1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Felieton Hanny Samson: Doceńmy trzecią fazę!

Felieton Hanny Samson: Doceńmy trzecią fazę!

fot.123rf
fot.123rf
W naszej patriarchalnej kulturze mężczyźni są podobno jak wino: im starsi, tym bardziej doświadczeni i dojrzali. A kobiety? Być kobietą po pięćdziesiątce to lekki obciach. No a potem stajemy się niewidzialne i przechodzimy w niebyt.

Nic dziwnego, że nie chcemy się starzeć. Wiele energii wkładamy w to, żeby ukryć swój wiek. Ja sama na pytanie o to, ile mam lat, odpowiadam: „tyle, co wszyscy”. No bo może wyglądam młodziej (chyba każda z nas ma taką nadzieję) i po co miałabym się przyznawać, że jest ze mną gorzej niż widać?

A gdyby dostrzec, że tracąc młodość, coś zyskujemy? Gdyby docenić to, że stajemy się wiedźmami, a w każdym razie mamy na to szansę? Wiedźma to ta, która wie. Ale w naszej kulturze wiedźma brzmi złowieszczo. Idzie ramię w ramię z czarownicą, którą palono na stosie w czasach inkwizycji. „Najczęściej prześladowane były kobiety, które budziły największy lęk lub szacunek” – pisze Jean Shinoda Bolen w książce „Boginiczne archetypy dojrzałej kobiecości”. Książka ukazała się też w Polsce i jest nam bardzo potrzebna. Wcześniejsza książka tej autorki „Boginie w każdej kobiecie” otwierała oczy na to, że kobietą można być na wiele sposobów. Że kulturowy wzorzec ogranicza i nie pozwala korzystać z pełni możliwości. Teraz Shinoda Bolen pomaga nam zobaczyć wartość dojrzałości. Starożytni postrzegali boginię jako jedną, choć ucieleśnioną w trzech postaciach: dziewicy, matki i wiedźmy. Ta trzecia postać to nie jest zatem schyłek drugiej, ale nowy etap, w którym więcej niż przedtem zależy od nas. Dziewczynki czekają zwykle na chwilę, kiedy staną się kobietami. A dojrzałe kobiety starają się trzymać drugiej fazy, bo trzecia faza budzi nasz lęk. Czy tak być musi? Wróćmy do inkwizycji. Na stosach palono akuszerki, zielarki, uzdrowicielki, kobiety, których moc brała się z ich doświadczenia. Palono kobiety niezależne i cieszące się autorytetem w swojej społeczności. Również te, które były ekscentryczne lub posiadały jakiś majątek (zwykle wdowy). Każda kobieta w fazie wiedźmy była zagrożona. „Aby przetrwać, musiała pozostać niezauważona i nie wolno jej było niczym się wyróżniać, bowiem jedynie »niewidzialne« kobiety w tym wieku pozostawały przy życiu” – pisze Shinoda Bolen. Inkwizycja została uchylona w 1816 roku, ale lęk w nas pozostał. Z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie lęk przed tą fazą życia. Odzieramy ją z siły i wyjątkowości. Stajemy się niewidzialne, bo tak sobie życzy patriarchat.

A gdybyśmy przekroczyły ten lęk?

„Kiedy będę starą kobietą, założę fioletową sukienkę I czerwony kapelusz – zupełnie do niej niepasujący i całkiem nie w moim stylu Emeryturę wydam na brandy, letnie rękawiczki I satynowe sandałki, a potem powiem, że nie starcza mi na masło Kiedy się zmęczę, usiądę na krawężniku”

Tak zaczyna się wiersz „Ostrzeżenie” Jenny Joseph w tłumaczeniu Elżbiety Smoleńskiej. Jakie to planowane zachowanie bohaterki jest do nas niepodobne, prawda? Ale dobrze oddaje nasze tęsknoty.

W dwóch pierwszych fazach nasze życie przebiega często zgodnie z kulturowym scenariuszem, który nie my piszemy. Niezależnie od tego, ilu dokonujemy wyborów, w gruncie rzeczy mamy związane ręce. Codziennie się dostosowujemy. Wiele razy, pracując z kobietami, słyszałam: „Nie mam wyjścia”. Nie widzimy wyjścia, bo te wszystkie „muszę” i „powinnam” zasłaniają nam świat. Jesteśmy zniewolone przez oczekiwania innych i własne aspiracje.

W trzeciej fazie życia wszystko może się zmienić, jeśli sobie na to pozwolimy. Dzieci już zwykle są dorosłe. Znamy swoją wartość w pracy albo idziemy na emeryturę. Nie musimy zajmować się tyle swoim wyglądem, bo i tak nie mamy szansy się podobać. Powstaje przestrzeń na to, by poczuć, czego chcemy. Zacząć pisać własny scenariusz.

Jean Shinoda Bolen opisuje archetypy, które możemy uaktywnić w trzeciej fazie życia. Jeśli znamy pojęcie „wewnętrznego dziecka”, łatwo nam wyobrazić sobie, że w naszej psychice istnieją też inne struktury, które możemy dopuszczać do głosu. Żeby to zrobić, trzeba najpierw wiedzieć, że istnieją. Zacznijmy od Metydy, która jest archetypem kobiecej mądrości. Słyszałaś o Metydzie? Pewnie nie. Została zapomniana w patriarchacie, ale to wcale nie znaczy, że nie możemy jej obudzić. Zwłaszcza że jej historia powtórzyła się w życiu wielu z nas. To historia żon, które wspierały swoich mężów w drodze na szczyt, służyły im swoją mądrością i opieką, czasem również pieniędzmi. Gdy mąż osiągnął sukces, zmienił żonę na młodszą. To też historia kobiet, które mają duży wkład w pracę naukową lub społeczną, ale nagrody dostają mężczyźni. To historia zapomnianych kobiet z Powstania Warszawskiego i „Solidarności”, które teraz odzyskujemy. Powrót Metydy do naszej świadomości następuje wtedy, gdy przestajemy utożsamiać się z patriarchalną, mizoginiczną postawą wobec kobiet. Kiedy w końcu doceniamy siebie.

W trzeciej fazie życia mogą obudzić się w nas boginie gniewu. Mężczyźni zwykle bywają radykalni w młodości, później zostają strażnikami konserwatyzmu. Za to kobiety z wiekiem stają się bardziej radykalne. Kiedy łączymy w sobie gniew i mądrość, zmieniamy się w potężne wiedźmy, które troszczą się o inne kobiety i dla nich zmieniają świat. Wiele starszych kobiet wzięło udział w Czarnym Proteście – trzecia faza życia to czas, kiedy mamy odwagę wystąpić przeciw patriarchatowi i jego potrzebie kontrolowania kobiet.

Bogiń, które mogą nas wspierać w trzeciej fazie życia, jest znacznie więcej. One mogą sprawić, że poczujemy swoją moc. Ale nie musimy czekać do klimakterium, co podpowiada Jenny Joseph w końcówce „Ostrzeżenia”:

„Ale teraz muszę ubierać się stosownie do pogody Na czas płacić czynsz i uważać, by nie zakląć na ulicy Muszę zapraszać przyjaciół na kolacje, czytać gazety I dawać przykład swoim dzieciom. A może już powinnam zacząć ćwiczyć? Żeby ci, którzy mnie znają, nie zdziwili się za bardzo Kiedy nagle się zestarzeję i założę fioletową sukienkę”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie bój się starzenia

Przemijanie jest gwarancją tego, że zawsze jest ciekawie. (fot. iStock)
Przemijanie jest gwarancją tego, że zawsze jest ciekawie. (fot. iStock)
Ciekawe, że większość tych, którzy długo żyją, narzeka. Umierają niemowlęta, dzieci, młodzi ludzie, oni dostają ogromny dar, a marudzą: „Nie udała się Bogu starość!”. Odrzucają tę cześć życia z pretensją, że wiedzie ku końcowi i obfituje w choroby, utratę urody, wartości społecznej. Więc już „nie warto”. Żyć nie warto?! To nam się starość nie udaje.

Kiedyś była szanowana i ceniona. Wszystko trzymali w ręku nestorzy. Mieli młodych za nic. Więc młodość bierze okrutny odwet. Za nic ma to, co długo trzeba zdobywać: doświadczenie, wiedzę, dojrzałość, mądrość, spokój. Chce szybkiego posiadania, ważności i upojenia. Ci z teraźniejszych młodych szykują sobie trudną starość. Bo dobra starość to efekt całego życia i skutek świadomego, dobrego myślenia o całym życiu. Nie przygotowujemy się świadomie do seksu, związków, posiadania dzieci… Dlaczegóż by więc akurat do starości?

Bo jest zwieńczeniem naszego życia. Dla wielu osób życie to droga w dół. Ja, tak jak Jung, widzę życie człowieka jako powolną wędrówkę ku górze lub w głąb. Wędrówkę ku czemuś. Każda faza życia jest niezbędna, by życie było pełnią ludzkiego losu. Starość jest jego ukoronowaniem. Zebraniem w bukiet doświadczenia, przenikliwości, osobowości, stosunku do świata i do siebie. Jest dotarciem do Jaźni jako do celu, spełnienia się w nas człowieczeństwa.

W filmie „Czas, który pozostał” François Ozona, pojawia się postać będąca uosobieniem takiej postawy. Jest nią babka młodego człowieka, którego życie ma się skończyć z powodu choroby. Do babki właśnie udaje się wnuk, by ujawnić swój stan i otrzymać pociechę. Jeanne Moreau jest cudownie stara. Cudownie piękna. Jeszcze piękniejsza dla mnie niż przed laty, gdy była gładka i grała amantki. Jej wymowna twarz, pobrużdżona przez zmarszczki, jej spokojne, świetliste spojrzenie i wewnętrzna równowaga przynoszą ukojenie i bohaterowi filmu, i widzowi. Ona nie boi się rozmawiać o chorobie ani o śmierci. Ani swojej, ani wnuka. Nie musi dużo mówić, bo nie trzeba niczego tłumaczyć. Trzeba tylko naprawdę być blisko i umieć to najprościej przekazać, by ofiarować ukojenie. I nie potrzeba fałszywego żalu, że babka przeżyje wnuka.

Kogo będzie grała np. Catherine Deneuve „naciągnięta” tak, że już nawet trudno jej się uśmiechać? Piękne kobiety, nadmiernie utożsamiające się ze swą urodą, cierpią szczególnie. Podobnie mężczyźni, dla których najważniejsza była moc fizyczna lub znaczenie. Cierpią, bo już wcześniej zaburzyli równowagę swego rozwoju, chcąc na zawsze pozostać na przemijającym etapie. A Cesária Évora z boskim spokojem wyśpiewuje całemu światu urodę życia, która nie mija właśnie dlatego, że się zmienia.

Przemijanie jest gwarancją tego, że zawsze jest ciekawie. Wyobraźcie sobie róże, które nie będą więdły, słoneczny dzień, który będzie trwał i trwał, nas, którzy będziemy wciąż tacy sami… Czas zamiera, wszystko staje w bezruchu. Brrr.

Powiecie: ale to ciało, które nas zawodzi, te jego zdrady… Nikt tego nie chce. Ja też nie. Spadłam kiedyś ze schodów. Jestem ciężką babą i sanitariusze, którzy mnie nieśli do karetki, nie mieli łatwo. Pomyślałam o nich, zamiast tylko o sobie, i powiedziałam im, że bardzo im współczuję, że mają taką ciężką pracę. Roześmiali się. Jeden z nich trzymał mnie przez całą drogę za rękę, a potem odwiedził w szpitalu parę razy. Po tym doświadczeniu jakoś mniej się boję sytuacji zależności od innych. Pielęgniarki sporo mogłyby powiedzieć, jaka jest różnica w opiekowaniu się osobą niezadowoloną, skupioną na własnym nieszczęściu, a taką po prostu wdzięczną.

Lubię się starzeć. Lubię coraz spokojniej dojrzewać w cieple akceptacji siebie, innych i świata. W zrozumieniu, po co jestem tutaj i teraz. W coraz gruntowniejszym rozróżnianiu ważnego od tego, co mniej ważne.

Jaka to ulga i radość: już nie czuję, że tam, gdzie mnie właśnie nie ma, dzieje się coś wspaniałego, co mnie omija. Dobre jest tam, gdzie ja jestem. Zawsze wiedziałam, że druga połowa życia będzie lepsza. Tak właśnie jest. A od trzech lat zaczęłam układać piosenki i je śpiewać. Same przyszły. Wieczór cieplejszy niż ranek. Czego i Wam serdecznie życzę, w drugim miesiącu ciągle nowego roku.

Fregment z książki „Nie bój się życia”

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Materiał partnera

Czy można opóźnić klimakterium?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Jeżeli słowo menopauza przywodzi nam na myśl głównie uderzenia gorąca, wahania nastroju czy problemy z nadwagą, oraz jeżeli obawiamy się tego szczególnego okresu w naszym życiu – już teraz powinnyśmy dowiedzieć się o nim czegoś więcej.  Okazuje się bowiem, że moment pojawienia się klimakterium można opóźnić. Wiemy, że jest to możliwe, a jednocześnie nieskomplikowane. W tym przypadku nasze dobre samopoczucie powinno być dla nas priorytetem.

Czym właściwie jest okres przekwitania?

Pojawiająca się u kobiet menopauza sprawia, że organizm dąży do zakończenia okresu płodności. Klimakterium to proces naturalny i potrzebny. Niestety jest on też często bardzo niekomfortowy, a nawet uciążliwy – zwłaszcza że objawy nie znikają po kilku miesiącach. Chociaż ustaje menstruacja, to początkowo krwawienia występują nieregularnie. Najczęściej wymieniane symptomy przekwitania to uderzenia gorąca, bóle głowy i mięśni, kołatanie serca, wahania nastroju, zmęczenie, a nawet nieuzasadniony niepokój. Jeżeli objawy te są dla nas zbyt trudne do tolerowania, to powinniśmy skontaktować się z lekarzem – najlepiej z ginekologiem.

Kiedy pojawia się klimakterium?

W zależności od organizmu – klimakterium może pojawić się w różnym wieku. Zazwyczaj mówi się, że menopauza ujawnia się między 45. a 55. rokiem życia. Jeżeli jej objawy zauważymy znacznie wcześniej – powinniśmy niezwłocznie skontaktować się z lekarzem pierwszego kontaktu albo specjalistą, ponieważ jest to niepokojąca reakcja organizmu. Czasami przekwitanie zaczyna się wcześniej właśnie ze względu na złą kondycję naszego organizmu. Warto reagować od razu. Ile natomiast może trwać okres klimakterium i towarzyszące mu uderzenia gorąca? Tutaj również ciężko o jednoznaczną odpowiedź, ale zakłada się, że około 10 lat.

Co zrobić, aby opóźnić klimakterium?

Podstawowe pytanie, które często słyszą lekarze (zwłaszcza ginekolodzy), dotyczy tego, czy istnieje sposób na odłożenie w czasie okresu przekwitania. W końcu jest to moment, kiedy kobieta przestaje być płodna i w którym przyspieszają procesy starzenia. Okazuje się, że w pewnym stopniu mamy wpływ na to, jak wcześnie zacznie się menopauza. W dużej mierze zależne jest to od naszego stylu życia – zdrowe odżywianie, regularne uprawianie sportu, nawadnianie organizmu i zrezygnowanie z używek daje najlepsze rezultaty.

Ważne także, aby regularnie się badać oraz w razie potrzeby rozpocząć kurację hormonalną. Dzisiejsza medycyna znacząco się rozwinęła, dlatego lekarze mają możliwość pomóc pacjentkom przetrwać ten trudny czas. Specjalista na pewno zaleci nam jednak przede wszystkim zmianę diety na taką, która zawiera najważniejsze składniki odżywcze – ich niedobory pojawiają się podczas klimakterium.

Warto pamiętać, że podczas menopauzy nasza gospodarka hormonalna nie działa należycie – stąd też pojawiają się problemy z częstym przybieraniem na wadze, a nasza cera staje się mniej napięta i przesuszona. Zmarszczkom możemy natomiast przeciwdziałać poprzez stosowanie właściwych kosmetyków zawierających w składzie m.in. kwas hialuronowy czy koenzym Q10.

  1. Psychologia

Poczucie własnej wartości - czy jesteśmy świadomi własnej rangi?

Ranga jest pojęciem, którego używa się w psychologii procesu do określenia zestawu przywilejów, nabytych lub odziedziczonych (fot. iStock)
Ranga jest pojęciem, którego używa się w psychologii procesu do określenia zestawu przywilejów, nabytych lub odziedziczonych (fot. iStock)
Jeśli ktoś nie ma świadomości, ile ma i kim jest, to nie wykorzystuje swojego potencjału. Nie potrafi dawać ani brać. O mocy przywilejów opowiadają psychoterapeuci Joanna Dulińska i Michał Duda.

Czym są rangi w Psychologii Procesu?
Joanna Dulińska: Ranga to suma wszystkich przywilejów. To, jaką mamy rangę, zależy od naszych przywilejów w różnych obszarach w danym momencie.

A czym są przywileje?
Michał Duda: To atrybuty, które podnoszą nasz status. Choć niekoniecznie muszą to być rzeczy materialne, można też nie mieć własności, a korzystać z przywilejów. Ten, kto ma dużo pieniędzy i w związku z tym wysoką rangę społeczną, niekoniecznie ma taki wpływ na ludzi jak ktoś, kto ma wysoką rangę duchową. Gdy mówimy o sumie przywilejów, mamy na myśli różne przywileje – psychologiczne, duchowe i społeczne. I to wszystko razem tworzy rangę w społeczeństwie.

Zawsze mamy jakąś rangę? J.D
.: Zawsze czymś dysponujemy, ale często jest tak, że się z tym nie utożsamiamy.

M.D
.: Na przykład ranga społeczna istnieje obiektywnie. Jest bardzo często mylona z subiektywnym doświadczeniem czy subiektywną oceną sytuacji. Może być też zmienna w czasie.

A po co nam wiedza o rangach? J.D
.: Jest niezbędna, aby móc z nich celowo korzystać, choć rangi działają bez względu na to, czy mamy ich świadomość, czy nie. Jeśli nie mamy wiedzy o swoich rangach, to inni nie mogą z nich korzystać, przeciwnie – mogą się poczuć ich ofiarami, a my będziemy mieć tendencję, by ich nadużywać, nawet jeśli czujemy się słabi i bezradni.

Możemy zilustrować to przykładem? J.D
.: Do tego potrzebna jest wiedza o rodzajach rang. Wyróżniamy trzy typy: ranga społeczna – mówi o naszej pozycji w społeczeństwie, a ta zależy od wykształcenia, wieku, płci, pieniędzy – przywilejów, które dają wysoki status społeczny. Do tego dochodzi ranga psychologiczna, która jest wysoka, jeżeli człowiek czuje się bezpiecznie ze sobą, potrafi rozwiązywać konflikty, jest oswojony z emocjami, umie je przeżywać i wyrażać, lub niska, jeśli tego nie potrafi. Wreszcie ranga duchowa – kontakt z czymś większym, głęboką wiarą, z czymś, co daje jakąś pewność.

Przypuśćmy, że mamy do czynienia z szefem korporacji, który w ogóle nie jest świadomy swoich rang. Zarabia mnóstwo pieniędzy, ma bardzo duży wpływ na swoich pracowników, ale nie zdaje sobie sprawy z własnych możliwości. Ma za to kompleksy, bo np. jest otyły albo łysy, może ma wadę wymowy – w dzieciństwie był odrzucany przez kolegów i w związku z tym czuje się niepewnie w relacjach – więc nie ma rangi psychologicznej. Nie ma też rangi duchowej, nie uznaje, że jest coś większego, co go prowadzi, nie ma poczucia misji. I taki człowiek w sytuacji, gdy podwładna w jakiś sposób uruchomi jego kompleks, nastawi się obronnie, może atakować, bo nie posiadając umiejętności bycia w relacjach z kobietami, może uznać, że ona go lekceważy czy się z niego naśmiewa. Wtedy on może nadużyć swojej rangi i powiedzieć lub zrobić coś przykrego.

Mając świadomość swojej pozycji, możemy chyba też wpływać na podnoszenie rang innych ludzi. Przykładowo – może nam się wydawać, że nie mamy czym się podzielić, podczas gdy wystarczy czasem jednostkowo niewielka kwota miesięcznie, a pomnożona przez udział kolejnych osób daje globalną pomoc.

M.D
.: Kryteria porównania są bardzo różne i na ogół ludzie wybierają identyfikację z niższą rangą niż z wyższą. Ale rzeczywiście parę złotych płacone na rzecz różnych fundacji może bardzo pomóc komuś, kto ma niższą rangę od naszej i pokryć mu np. koszty życia przez miesiąc. My takiej pomocy rzeczowej, finansowej, doświadczaliśmy ponad 20 lat temu. Świadomość rang w aktualnej sytuacji z obiektywnego punktu widzenia pomaga też więc odnaleźć swoje miejsce w tej hierarchii i korzystać świadomie z rang, np. poprzez przeznaczenie kwoty, którą codziennie wydajemy w sklepie spożywczym na pomoc komuś o niższej randze.

Masz świadomość, masz wybór. J.D
.: Świadomość rang pomaga podczas pracy z indywidualnymi trudnościami – jeśli ktoś nie ma świadomości, jaką ma rangę, to nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału. Nie potrafi dawać ani brać. Kiedy wiem, co mam, to mogę się tym podzielić, nie muszę się tego kurczowo trzymać, pilnować, by mi ktoś tego nie zabrał. Świadomość rangi wpływa na poczucie wartości, na zadowolenie z życia, na dobrostan psychiczny. Kiedy odnajdę, co mam – a każdy coś ma – to poznam swoje miejsce na ziemi.

Można mieć taką samą rangę w kilku dziedzinach? J.D.
: Niższa ranga w jednej dziedzinie wiąże się zwykle z wyższą rangą w innej. My, mieszkańcy Zachodu, mamy dostęp do bieżącej wody, robimy zakupy w sklepie, a np. ludzie żyjący w Tybecie tego nie mają, posiadają więc dużo niższą rangę społeczną. Mają jednak dużo wyższą rangę duchową, a może też psychologiczną. Cenią życie, widzą jego ogromną wartość, bo żyją na co dzień w ogromnym zagrożeniu, muszą dołożyć starań, by przeżyć – nie są zagubieni, nie zadają pytań: „po co ja żyję?”.

Z kolei rangę psychologiczną zazwyczaj mają osoby o niższej randze społecznej, radzą sobie dobrze w trudnych sytuacjach, stawiają bardziej na relacje, jednoczą się, ponieważ same nie radzą sobie w rzeczywistości, która je otacza. Wysoką rangę psychologiczną mają też ludzie, którzy przetrwali krytyczne sytuacje – taka osoba, gdy straci wszystko, nie załamie się, bo ona już zna sytuację, gdy niczego nie miała albo miała niewiele. I przeżyła, poradziła sobie. A ktoś, kto zawsze miał dom i samochód, będzie się bał kryzysu, końca świata i innych rzeczy, które go nagle z tego stanu posiadania mogą wytrącić. Gdy znam swoją rangę i czuję, kim jestem, jaką mam moc – to mogę się dzielić swoimi przywilejami, wspomagać innych.

Czy wyższa ranga jest zawsze lepsza? J.D.
: Nie chodzi o to, żeby mieć najwyższą rangę w całej okolicy, tylko o to, by się podzielić, jeśli ma się wyższą, i umieć poprosić i przyjąć, gdy ma się niższą. Świadomość niższej rangi nie jest wcale taka zła. Wyższa ranga wiąże się z odpowiedzialnością, a niższa z relaksem, z tym, że to inni mogą zabiegać, decydować. Mogę się komuś poddać, dostać coś, zaufać. To też jest dobre przeżycie – nie mieć w danej sytuacji rangi.

Rangi zaostrzają czy pomagają rozwiązać konflikt? J.D.
: To właśnie ranga, hierarchia jest częściej źródłem konfliktu niż cokolwiek innego. Wyższa ranga wzbudza emocje, takie jak zazdrość, złość, zawiść, niechęć, roszczeniowość, ale też inne – podziw, chęć przypodobania się. Jest to trudne dla osoby, która ma wysoką rangę w środowisku – musi umieć sobie poradzić ze wszystkimi konsekwencjami swojej pozycji. A jeśli nie utożsamia się z nią, to będzie uciekała od odpowiedzialności, nie będzie w stanie sobie z tym radzić. Często związane jest to z poczuciem winy, wychowaniem. Taką ideą, że wszyscy powinni być równi.

M.D.
: Uświadomienie sobie swojej rangi, miejsca, w którym się jest, jest po części kluczem do rozwiązania bardzo wielu konfliktów. Dotyczy to wszelkich obszarów, pracy czy życia rodzinnego – jeżeli ojciec krzyczy na dziecko, nie mając świadomości, że ma ono niższą rangę, to nie atakuje równego sobie, tylko słabszego. Nie zdaje sobie sprawy z poczucia zagrożenia, jakie wywołuje w tym dziecku. Jeśli będzie świadomy różnicy rang, to będzie w stanie adekwatnie ocenić sytuację. Już samo to może prowadzić do częściowego rozwiązania kłopotu. To jest też kwestia zrozumienia drugiej strony, tego, co ona robi. Świadomość rang naprawdę może coś zmienić.

  1. Psychologia

Przestańmy walczyć z przemijaniem! - apeluje Wojciech Eichelberger

Już niedługo będziemy wiecznie młodzi, piękni i szczupli. Dzięki tabletkom nie osiwiejemy. Manipulacja genami zlikwiduje nam zmarszczki. A żywność nowej generacji sama nas odchudzi. Raj. Czy jest więc powód, by stawać w obronie starości? – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Wyobraźmy sobie lustro. A w nim przeglądają się razem wnuczka i babcia. Obie wyglądają tak samo dzięki manipulacji genami odpowiedzialnymi za starzenie się, chirurgii plastycznej i neofarmakologii. Ciekawe, jak to wpływa na ich relacje? Wiecznie młoda babcia i jej naturalnie młoda wnuczka – obie na tym tracą. Babcia traci możliwość bycia starą, mądrą, bogatą w życiowe doświadczenie kobietą. Doświadczającą przemijającego życia jako źródła miłości, radości i zachwytu. Wnuczka traci szansę na relację ze świadomą popełnionych przez siebie błędów i tego, co jest w życiu najważniejsze, matką swojej matki. Rzecz nie w powierzchowności, lecz w tym, że „wyliftowana” babcia poświęca większość czasu zabieganiu o wygląd i atrakcyjność, zamiast odkrywać swoją przyrodzoną mądrość.

A więc babcia na tym traci? Paradoksalnie, walcząc o wieczną młodość, tracimy życie. Umysł zajęty obsesyjną, beznadziejną walką z przemijaniem nie zazna ani zachwytu, ani radości, ani miłości, a tym bardziej spokoju. W dodatku rozdygotana, rozkapryszona i rozgoryczona nieuchronną porażką w walce z siłami natury babcia dzidzia jest często ciężarem dla otoczenia.

Wnuczka może być dla niej rywalką? Oczywiście. Tak jak w bajce o złej macosze, dla której odpowiedź lusterka na pytanie, kto jest najpiękniejszy na świecie, była najważniejszą sprawą w jej życiu. Więc gdy w końcu dowiaduje się, że najpiękniejsza na świecie jest jednak jej dorastająca pasierbica, postanawia ją zabić. Baśnie i mity wskazują na to, że wojna starości z młodością ma długą historię. Ostatnio się nasiliła na skutek agresywnego marketingu usług upiększająco - odmładzających. I tylko babcia prawdziwie pogodzona z życiem może swoim przykładem pokazać wnuczce, o co w tym wszystkim chodzi. Nie może tego zrobić babcia, która wygląda oraz myśli jak wnuczka. Taka budzi w dziewczynie politowanie.

Starość ma być wartością? Dziś widzi się w niej tylko obciążenie, np. młodzi muszą pracować na emerytury starych. Może dlatego chcemy za wszelką cenę ukryć upływ czasu, by nie poczuć się tym ciężarem? Starość ma głęboki sens i bardzo ważną rolę do odegrania. Wytyka wcześniej popełnione błędy, każe płacić niezapłacone rachunki, uczy pokory wobec życia, porządkuje system wartości, skłania do głębszej refleksji i poszukiwania prawdziwej tożsamości. Dlatego to tak ważne, by starzy przekazywali młodym swoją życiową mądrość. Pytanie tylko: skąd ją mają brać, skoro chcą żyć jak młodzi, myśleć jak młodzi, kupować to samo i tak wiele jak młodzi? Nie ma nic złego w uczeniu się od młodych tego, co przydatne. Ale nie należy dewaluować życiowej wiedzy i doświadczenia. Jeśli starzy nie zaczną cenić lekcji przemijania, to zagrozi nam wszystkim pandemia niedojrzałości, nieodpowiedzialności i niepohamowanej chciwości. Trzeba jednak przyznać, że docenienie własnej starości to dziś zadanie trudne. Starość jest bowiem kontrkulturowa i dlatego dewaluowana, spychana na społeczny i ekonomiczny margines. W państwowych rachubach znajduje się w rubryce czynników spowalniających rozwój gospodarczy. Starzy są bowiem marnymi konsumentami. Przy obecnych emeryturach nie da się na nich zarobić. W dodatku potrzebują mniej, a nie więcej, podążają raczej w stronę świątyni niż hipermarketu, wolą się wyzbywać, niż nabywać, nie dążą do odległych ambitnych celów – raczej zwalniają, odkrywając na nowo wartość tego, co bliskie, małe, znane i zwyczajne.

Może jednak podążanie ku świątyni da się pogodzić z korzystaniem z tego, co oferuje najnowsza antystarzeniowa technologia? Na przykład dzięki kosmetykom trójwymiarowym będzie można zmieniać kształt nosa czy ust… Może wracamy do raju? A co tam – idźmy na całość! Po co w ogóle żyć w tym kruchym, zużywającym się ciele? Film science fiction „Surogaci” przedstawia wizję rozwiązania naszych cielesnych problemów. Każdy może kupić sobie zdalnie sterowanego mózgiem, idealnie prezentującego się i supersprawnego surogata. Wyobraźmy sobie – sami leżymy wygodnie na skomputeryzowanym fotelu, który przekazuje surogatowi nasze mózgowe impulsy i zwrotnie transmituje nam do mózgu to, co odbierają jego elektroniczne zmysły. A surogat żyje za nas: pracuje, uczy się, gotuje, wychowuje dzieci, flirtuje i kocha się z innymi surogatami. Kiedy dzieje się coś, co użytkownikowi nie odpowiada, to w każdej chwili można go wyłączyć. Nie choruje. Nie starzeje się. Jest niezniszczalny i nieśmiertelny.

W przeciwieństwie do nas. Nam za drzwiami domu zagrażają choroby, terroryści, pijani kierowcy, trąby powietrzne, a nawet kiełki z bakteriami zabójcami... Może więc dobrze mieć surogata? Propaganda zagrożenia jest tak silna, że znaczna część z nas już dziś z ulgą zdecydowałaby się na zakup surogata, a jeszcze chętniej zainwestowała w surogaty dla dzieci. Ale film ma morał, który mówi, że lekarstwo bywa gorsze od choroby. Użytkownik surogata, chcąc chronić i przedłużyć swoje życie, w rezultacie je marnuje. Leżąc całymi dniami na fotelu sterowniczym, śni swoje życie, zamiast je autentycznie przeżywać. A czyż nie po to się rodzimy, aby doświadczać? By – czerpiąc lekcje z naszych radości i cierpień, wzlotów i upadków – szukać szczęścia i satysfakcji, a nade wszystko uwolnić się od lęku przed stratą, rozstaniem, przemijaniem i śmiercią? Jeśli tak, to unikajmy pokusy posiadania surogata. Bo gdy on będzie żyć za nas, gdy zaczniemy unikać ryzyka, bólu, przemijania, uczynimy nasze życie podróbką. „Lekarstwo” nieuchronnie przyniesie więcej cierpienia niż życie, od którego za jego pomocą próbujemy uciec.

Czyli zamiast na lifting lepiej postawić na duchowość? Dojrzewanie i prawdziwy wewnętrzny rozwój sprowadzają się do tego, abyśmy urealniali nasze istnienie, doświadczali go takim, jakie jest. Kluczowe jest tu zrozumienie i zaakceptowanie tego, że wszystkie istnienia, w tym także nasze ciało, są nietrwałe i przemijają. Dopiero przyjęcie do serca tej trudnej prawdy skłoni nas do zadawania sobie pytań o naszą prawdziwą tożsamość. Jeśli będziemy szukać odpowiedzi, to prędzej czy później zrozumiemy, że nasze ciało było i jest tylko doskonałym surogatem/awatarem. Nie ma więc sensu obsesyjnie chronić go przed życiem i zużyciem za pomocą elektronicznych wynalazków i przedłużek.

Tym bardziej że zatrzymanie urody i młodości wymaga pieniędzy, czasu, starań. Ale też napędza gospodarkę. Duchowość jest kontrkulturowa i dlatego, podobnie jak starość, się ją dewaluuje. Odkrywanie duchowej tożsamości uwalnia ludzi od lęku, a więc od potrzeby nabywania produktów mających zapewnić bezpieczeństwo, wieczne zdrowie i młodość. Duchowość nie służy konsumpcji. Powszechny wgląd w to, co naprawdę ważne, spowodowałby więc niewyobrażalny kryzys ekonomiczny. Ale przecież nie bez powodu prorocy, święci i oświeceni wszystkich wyznań i tradycji ostrzegają, że życia, które ma sens, nie da się kupić.

Ale wiele kobiet, ja chyba trochę też, wierzy w to, że będą szczęśliwe, jeśli pozbędą się zmarszczek i cellulitu. Będziesz szczęśliwa, gdy przyjmiesz zmarszczki, a nawet cellulit za rzecz naturalną. I nie będą cię one w żaden sposób upokarzać, boleć ani dziwić. Spędzając zbyt wiele czasu w gabinecie kosmetycznym, trudno odnaleźć w życiu poczucie sensu. Jeśli będziemy dbać wyłącznie o utrzymywanie ciała w doskonałej formie, skażemy się na przegraną. To nie znaczy, że nie powinniśmy tego robić. Ale dbać, to nie kontrolować, poprawiać, traktować jak przedmiot. Ciało wie, co mu jest potrzebne. Wystarczy się w nie wsłuchać.

Ciało staje się produktem, gdy musi służyć temu, by nienasycone, zagrożone ego lepiej się czuło. Gdy musi sprostać wzorcom popkultury. Ego nieustannie wymaga promocji i potwierdzenia, więc ulepsza ciało tak, jakby było witryną sklepową. Witryna może być piękna, ale jak wejdziesz do takiego sklepu, to okaże się, że jest tam pusto, zimno i ciemno. Więc nie w tym rzecz. Ważnym drogowskazem duchowego rozwoju i dojrzewania jest przekraczanie zarówno ciała, jak i ego. Ani jedno, ani drugie nie stanowi naszej prawdziwej tożsamości. Gdy ciało wyzwolone od ocen i nadmiaru kontroli uwolni cały swój potencjał, starość stanie się tak samo cudowna jak młodość albo i bardziej.

Ale to trudne, bo nasz duch wciąż jest zwodzony obietnicami składanymi ciału. Np. taką, że będziemy szczupli, choć będziemy jeść do woli, bo pojawi się żywność, po której nie będziemy tyć. I taka, której sam zapach sprawi, że poczujemy się syci. Czy to cud w czasach epidemii rozmiaru XXL? Raczej nie. Kultura konsumpcyjna zmierza do tego, byśmy przestali decydować o sobie i stali się całkowicie zewnątrz-sterowni. Obiecuje się nam, że wszystkim zajmie się inżynieria spożywcza, inżynieria genetyczna, koncerny farmaceutyczne i kosmetolodzy. Nie widzimy więc powodu, by ćwiczyć cnoty charakteru, uczyć się panować choćby nad łakomstwem, a co dopiero nad umysłem i emocjami. Tak się nam wszystko ułatwia, byśmy nie chcieli już korzystać z tego, co nazywamy wolną wolą, byśmy nie rozwijali zdolności do samodzielnego, krytycznego myślenia. Moim zdaniem warto jednak zadbać nie o zapas odchudzającego jedzenia, ale o to, by nasze dzieci miały okazję ćwiczyć swój charakter, wolę i umysł. Wpływać na ich postawy i przekonania własnym przykładem.

Do walki z technologią staje też ewolucja. Są badania, które mówią, że kobiety będą niskie, krępe i do tego neurotyczne. Bo takie mają najwięcej dzieci i są faworyzowane przez mężczyzn, gdyż nie robią kariery i siedzą w domu. Nie można wykluczyć, że ten typ kobiet osiągnie tzw. przewagę ewolucyjną. Wiadomo, że aby kobieta była płodna, nie może żyć w bezustannym napięciu, bo wtedy jej organizm wydziela za dużo testosteronu, a to nie sprzyja zajściu w ciążę i jej utrzymaniu. Nie może też być zbyt chuda, bo tkanka tłuszczowa jest magazynem estrogenu związanego z płodnością. Na razie jest coraz więcej kobiet, o których Maria Awaria śpiewała: „są kobiety jak rakiety”. Wygląda na to, że ten typ korporacyjnej wojowniczki ma mniejsze szanse na płodność. W tych badaniach jest jednak wyraźny ślad męskiego szowinizmu – założenie, że kobieta, żeby być płodna, musi być gruba, niezbyt mądra i mieć problemy emocjonalne. Nie sądzę, żeby na tym polegała przyszłość tej połowy ludzkości.

Zobaczymy, kto silniejszy: ewolucja czy technologia. Z ewolucyjnego punktu widzenia wskaźnik dzietności można interpretować jako wskaźnik tego, czy cywilizacja podąża w dobrym kierunku. Jeśli on spada, to znaczy: nie tędy droga. Natura nie wspiera tego kierunku rozwoju. Skoro w krajach cywilizacyjnie zaawansowanych poziom dzietności spada, to być może warto potraktować to jako sygnał ostrzegawczy, że wbrew dobrym intencjom zeszliśmy na manowce.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Styl Życia

Jak żyć długo i szczęśliwie? 9 lekcji na długowieczność od stulatków z Niebieskich Stref

Określenia „Niebieskie Strefy” pierwszy raz użyli demografowie, którzy badali jeden z rejonów świata, położony na włoskiej Sardynii, gdzie żyło najwięcej stulatków. (Fot. iStock)
Określenia „Niebieskie Strefy” pierwszy raz użyli demografowie, którzy badali jeden z rejonów świata, położony na włoskiej Sardynii, gdzie żyło najwięcej stulatków. (Fot. iStock)
Kto by nie chciał żyć długo i szczęśliwie? Ale spójrzmy na to realnie: los, nawyki, geny… Mieszkańcy Niebieskich Stref przekonują, że mamy wpływ na jakość i trwałość naszego życia. Niektóre ich rady cię zaskoczą.

Określenia „Niebieskie Strefy” pierwszy raz użyli demografowie, którzy badali jeden z rejonów świata, położony na włoskiej Sardynii, gdzie żyło najwięcej stulatków. Dan Buettner, amerykański badacz i pisarz, który interesuje się tematem długowieczności, rozszerzył to pojęcie na inne rejony: Okinawę, Kostarykę, południową Kalifornię oraz grecką Ikarię. Razem z ekipą badawczą wybrał się we wszystkie te miejsca, by poznać sekret długowieczności. – Moim zdaniem to, że dieta, jaką stosują mieszkańcy stref, sposób, w jaki współdziałają, pozbywają się stresu, leczą się, unikają chorób i postrzegają swój świat, zapewnia im dłuższe życie, wcale nie jest dziełem przypadku – pisze Buettner w książce „Niebieskie strefy”. – Wiedza kultur, w których żyją, ewoluowała. I tak jak natura faworyzuje cechy gatunku, które umożliwiają jego przetrwanie, tak moim zdaniem kultura promuje te nawyki społeczności, które najlepiej działają na korzyść długowieczności jej członków.

9 lekcji od stulatków

Buettner na szczęście nie zamierza ukrywać wyników swojego śledztwa. Nie tylko opublikował je w książce, jako 9 lekcji długowieczności, ale też prowadzi dwa pilotażowe programy w ramach projektu Niebieskich Stref. Jak to działa? Na stronie www.bluezones.com obliczysz spodziewaną długość swojego życia oraz liczbę lat, o które możesz je przedłużyć, jeśli zoptymalizujesz jego styl. Najważniejsze jest jednak to, abyś podjęła się stworzenia swojej prywatnej Niebieskiej Strefy. Pomogą ci w tym wskazówki Buettnera oraz jego stuletnich znajomych. Dotyczą głównie diety i regularnego ruchu, ale nie tylko…

Lekcja pierwsza: naturalny ruch

Nie chodzi o to, by raz w roku przebiec triathlon lub trzy razy w tygodniu odwiedzać siłownię (choć oczywiście możesz). Sekret tkwi w umiarkowanej i regularnej aktywności fizycznej, którą niejako wplatasz w swoje codzienne zajęcia. Zamiast podjeżdżać dwa przystanki autobusem, przejdź się, zwłaszcza jeśli pogoda dopisuje. Przesiądź się z samochodu na rower, a zamiast na kawę, umawiaj się ze znajomymi na spacery. Możesz zapisać się na spokojne, wymagające niewielkiego wysiłku zajęcia, np. pilates, tai-chi czy jogę. Możesz też celowo „utrudniać sobie” codzienne, zwykłe czynności: chodź schodami zamiast jeździć windą, codziennie myć podłogę albo sprzątać jakieś trudno dostępne miejsce, a jeśli masz przed domem trawnik, koniecznie kup sobie grabie i łopatę do śniegu. Stulatkowie stawiają też na uprawianie ogródka.

Lekcja druga: Hara hachi bu

Tę konfucjańską formułkę zwykli wypowiadać przed jedzeniem Okinawczycy, a znaczy ona mniej więcej tyle: zawsze najadaj się tylko w 80 proc. Skuteczność niskokalorycznej diety potwierdzają badania naukowe – jednym z efektów jest zahamowanie niszczenia komórek przez wolne rodniki. Nie mówiąc już o skutku ubocznym, czyli utracie wagi, która z kolei korzystnie wpływa na ciśnienie oraz poziom cholesterolu. Okinawczycy jedzą do momentu, kiedy nie są już głodni, ale nie syci. W wypracowaniu tego nowego nawyku pomoże ci stosowanie mniejszych naczyń i kupowanie produktów w mniejszych opakowaniach. Nigdy nie jedz też w biegu i na stojąco, przeżuwaj powoli, delektując się smakiem. Największy posiłek zjadaj w pierwszej połowie dnia, najmniejszy – późnym popołudniem lub wieczorem. Tak właśnie robią Sardyńczycy i mieszkańcy półwyspu Nicoya.

Lekcja trzecia: Rośliny rządzą

Większość mieszkańców Niebieskich Stref rzadko ma do czynienia z wysoko przetworzonym jedzeniem, nigdy nie wyrobili sobie też nawyku picia gazowanych napojów czy podjadania słonych przekąsek. Jedzą mało mięsa, także z tego powodu, że zwykle mieli do niego ograniczony dostęp. Podstawą ich diety są wyhodowane we własnym ogródku warzywa, a także twarda pszenica, słodkie ziemniaki, fasola czy kukurydza. Okinawczycy stawiają też na tofu, które dla nich odgrywa podobną rolę jak pieczywo we Francji. Ikaryjczycy z kolei zachwalają ziołowe herbaty, pite nieśpiesznie i regularnie. Ograniczyć mięso nie znaczy całkowicie z niego zrezygnować. W czterech spośród pięciu Niebieskich Stref dużą popularnością cieszy się wieprzowina. Chodzi o to, by nie jadać jej regularnie, a raczej „od święta”. Prawdziwą furorę wśród pokarmów sprzyjających długowieczności robią orzechy, zwłaszcza ziemne, laskowe, włoskie, migdały, pekany oraz pistacje.

Lekcja czwarta: Grona życia

Według badaczy piwo, wino i wódka, pite w niewielkich ilościach, mogą mieć korzystny wpływ na nasze zdrowie. Na Okinawie codziennie pije się czarkę lub dwie sake z przyjaciółmi, a na Sardynii nie wyobrażają sobie, by zjeść posiłek bez szklaneczki czerwonego wina. Zwłaszcza wino jest chwalone za swoje właściwości prozdrowotne, zawiera bowiem polifenole, utrzymujące tętnice w dobrej kondycji, a jego picie podczas posiłku sprawia, że wolniej i mniej jemy. Uwaga – dozwolona ilość to jeden–dwa kieliszki dziennie.

Lekcja piąta: Mieć cel

Różnie można wytłumaczyć zalecenie tej lekcji, generalnie chodzi o powód, dla którego warto budzić się każdego dnia. Silne poczucie sensu i posiadanie motywacji do życia chroni przed stresem, zmniejsza też ryzyko zachorowania na Alzheimera, artretyzm czy udar. Poczucie celu nie musi wynikać z jakiejś szczególnej misji, jaką mamy do wykonania, to może być chęć zobaczenia, jak nasze dzieci dorastają, posiadanie ciekawego hobby czy opiekowanie się psem ze schroniska. Może to być chęć nauczenia się nowych rzeczy: gry na jakimś instrumencie, jazdy konnej czy nowego języka. Warto podejmować się nowych, trudnych na początku rzeczy – to utrzymuje nasz mózg w dobrej kondycji. Dobrze jest mieć też bliską osobę, z którą można o swoim celu porozmawiać.

Lekcja szósta: Nie spiesz się

Stulatkowie wiedzą, że kiedy gonimy na oślep za jakimś iluzorycznym celem, jak pozycja zawodowa, prestiż czy sława, omijają nas najcenniejsze chwile w życiu. Kluczem do szczęścia jest umiejętność robienia sobie przerw – choćby pogapienie się na drzewa w parku czy wyjście na smaczny lunch mimo nawału pracy. Zwolnienie jest nam potrzebne, aby mogli uchronić się przed przewlekłym stresem, który jest swego rodzaju stanem zapalnym organizmu. Negatywne skutki takiego zapalenia to m.in. schorzenia typowe dla wieku starczego, jak choroba Alzheimera, cukrzyca i miażdżyca. Dlatego niech każdy weekend czy urlop będą czasem świętym. Nasze ciało nam za to podziękuje. Zwolnieniu obrotów sprzyjają wszelkie praktyki duchowe, jak modlitwa czy medytacja, a także ograniczenie hałasu w miejscach, w których często przebywamy. Bardzo pomocne może być też wypracowanie w sobie nawyku przychodzenia 10 minut wcześniej na spotkania.

Lekcja siódma: Duchowa więź

Nie ma znaczenia, czy jesteś muzułmanką, chrześcijanką, buddystką czy żydówką – szczęśliwe stuletnie osoby zawsze są pełne wiary. Badania przeprowadzone przez „Journal of Health and Social Behaviour” udowodniły, że uczestnictwo w nabożeństwach, nawet raz w miesiącu, pozytywnie wpływa na długość naszego życia. To działanie można porównać do wpływu umiarkowanej aktywności fizycznej. Po pierwsze, osoby wierzące rzadziej przejawiają szkodliwe dla zdrowia zachowania, a uczestnictwo w nabożeństwach skłania do refleksji i wyciszenia. Niebagatelną rolę odgrywa też poczucie przynależności do wspólnoty. Jeśli jeszcze nie znalazłaś swojej duchowej drogi – szukaj, próbuj, to też daje spełnienie.

Lekcja ósma: Bliscy najważniejsi

Długowieczni mieszkańcy Niebieskich Stref zawsze na pierwszym miejscu stawiają rodzinę. Wychodzą za mąż, żenią się, mają dzieci i wspólnie spędzają z nimi czas. Dbają o tych, których kochają, a oni odwdzięczają się im tym samym. Badania potwierdzają, że starsze osoby mieszkające z dziećmi są mniej podatne na choroby i nie doświadczają stresu. Samotność nie sprzyja zdrowiu i dobremu samopoczuciu. Dlatego jeśli masz szczęśliwą rodzinę, poświęcaj jej jak najwięcej czasu i dbaj o wasze rytuały: codziennie wspólnie zjedzony posiłek, raz do roku wyjazd na wakacje, raz w tygodniu wspólne wyjście. Stwórzcie też w domu „miejsce pamięci”, czyli np. ścianę z fotografiami przodków. A jeśli nie masz rodziny, stwórz ją ze zdjęć przyjaciół i znajomych.

Lekcja dziewiąta: Wśród swoich

Rodzina to jedno, ważne jest także, by otaczać się ludźmi myślącymi jak my. Więzi społeczne stanowią nieodłączny element kultury Niebieskich Stref. Sardyńczycy każdy dzień kończą w miejscowym barze, gdzie w gronie przyjaciół opowiadają, jak minął im dzień. Silne więzi społeczne są w stanie zrekompensować nawet brak partnera życiowego. Dlatego jeśli chcesz żyć długo i szczęśliwie, określ, kto należy do twojego kręgu „pokrewnych dusz”, czyli kto jest ci przyjazny, otwarty, wspiera cię w twoich postanowieniach, towarzyszy ci w radościach i smutkach – i przebywaj z tymi osobami jak najczęściej. Poza tym nie bądź zrzędą, daj się lubić, nie noś w sobie urazy i nie bądź zazdrosna. Spędzaj przynajmniej 30 minut dziennie z osobą z twojego kręgu.