1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Piłka nożna jest kobietą – Złe Dziewczyny podbijają świat futbolu

Piłka nożna jest kobietą – Złe Dziewczyny podbijają świat futbolu

Złe Dziewczyny
Złe Dziewczyny
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Kobiety i piłka nożna? Wielu pomyśli: „to nie jest sport dla dziewczynek”. Żeńska drużyna AKS ZŁY udowadnia, że nie ma w tym stwierdzeniu ani grama prawdy. Decyzyjne w klubie i ofensywne na boisku – takie są kobiety działające w pierwszym w Polsce demokratycznym klubie sportowym. Sprawdźcie, w czym tkwi wyjątkowość Złych Dziewczyn. 

Inspirująca idea AKS ZŁY narodziła się trzy lata temu w praskich klubokawiarniach. To pierwszy w Polsce demokratyczny klub piłkarski, powstały w odpowiedzi na atmosferę panującą w polskim futbolu. Zarządzany jest w 100% przez kibiców - to właśnie oni go tworzą i wspólnie podejmują wszystkie najważniejsze decyzje. Zły jest więc częścią ogólnoświatowego ruchu fans owned football-teams, co oznacza, że każdy członek Stowarzyszenia decyduje o jego funkcjonowaniu. Dwie podstawowe wartości klubu to różnorodność i otwartość, a najważniejszym celem jest zmiana sposobu kibicowania i zarządzania w polskiej piłce nożnej. „Na murawie walka, w klubie spokój i demokracja” – to jedna głównych zasad klubu.

Kluczowe dla Złego jest także piłkarskie równouprawnienie, tzn. egalizacja futbolu męskiego i kobiecego. W klubie funkcjonują więc równolegle dwie drużyny: występujący w B-klasie zespół męski oraz grające w IV lidze mazowieckiej Złe Dziewczyny. Należą do nich silne kobiety z różnych środowisk. Dzieli je prawie wszystko – wiek, pochodzenie, wyznanie, światopogląd, orientacja seksualna i umiejętności piłkarskie. Łączy determinacja, niepowtarzalne poczucie wspólnoty i co najważniejsze - ogromna miłość do piłki nożnej. W składzie są również zawodniczki głuche i niedosłyszące, porozumiewające się z innymi za pomocą migania. Zespół zbudowała i przez 2 lata trenowała Danuta Wojciechowska. Obecnie zawodniczki są pod opieką nowych trenerów: Karola Zakrzewskiego i Piotra Borkowskego.

Teraz pora na Złe Dziewczyny! Pozują w strojach piłkarskich w rejonie, w którym tętni życie klubu AKS ZŁY (Praga Północ, Ząbkowska, Szmulowizna, Kawęczyńska, Brzeska, Bazar Różyckiego). Na zdjęciach przewija się siedem piłkarek z podstawowego składu:

Żadna drużyna nie jest mniej ważna od drugiej. Od początku istnienia obie traktowane są równorzędnie, dostając tyle samo atencji i wsparcia.

„Mimo bardzo wielu przyziemnych problemów, z jakimi boryka się piłka nożna kobiet, zaangażowania, determinacji i boiskowej walki może się uczyć od naszych zawodniczek nie jeden pan piłkarz. Gwarantujemy, że panienki potrafią kopać" – tak mówią o sobie Złe Dziewczyny.

Kampania #ChodźcieNaZłego zachęca do przychodzenia na piłkarskie mecze drużyn AKS ZŁY, który skradł serca warszawiaków i kreuje alternatywę w polskim futbolu. Przyjdź i zobacz jak bardzo futbol różni się od twoich wyobrażeń.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Prawdziwe piękno tkwi w naszej kobiecości i różnorodności. Wyjątkowa kampania marki L'Oréal Paris

Grażyna Torbicka i Marieta Żukowska w kampanii
Grażyna Torbicka i Marieta Żukowska w kampanii "KobieTY w roli głównej". (Fot. materiały prasowe)
Coraz więcej mówi się o kobiecej sile, wyjątkowości i potencjale, który w nas drzemie. Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest, by każda z nas prawdziwie poczuła to głęboko wewnątrz siebie. Pomóc w tym ma najnowsza kampania marki L'Oréal Paris. 

"Dziś największą siłą jest siła kobiet" - mówi z przekonaniem Grażyna Torbicka w spocie promującym kampanię "KobieTY w roli głównej". I jakoś ciężko jest nie uwierzyć w te słowa. Tym bardziej, że wtóruje jej osiem wyjątkowych kobiet, znanych nam ze świata kultury, telewizji i Internetu.

https://youtu.be/nloEJUdaiqE

Kampania L'Oréal Paris "KobieTY w roli głównej" powstała, by docenić siłę kobiecości - dodawać kobietom pewności siebie i odwagi do odnajdowania własnej definicji kobiecości. Jej bohaterkami jest dziewięć wyjątkowych kobiet, które poprzez swoją różnorodność, pasje i historie, mają zaszczepić w nas siłę do inicjowania zmian. Marieta Żukowska, Ola Żebrowska, Magda Bereda, Karolina Gilon, Alicja Szemplińska, Anna Markowska, Olga Kleczkowska, Radzka oraz Grażyna Torbicka opowiadają nam swoje historie po to, byśmy w każdej z nich odnalazły cząstkę siebie i wyciągnęły z nich odpowiednie wnioski.

Z jednej strony Grażyna Torbicka – niezwykła osobowość, prawdziwa ikona kina, telewizji, dziennikarstwa - która niejednokrotnie musiała udowadniać swoją siłę. Z drugiej reprezentantki młodego pokolenia – piosenkarki, youtuberki, modelki, których głos trafia szczególnie do tak ważnej grupy dorastających dziewczyn. Alicja Szemplińska, Magda Bereda, Ania Markowska czy Olga Kleczkowska to kobiety, które pasją i aktywną postawą udowadniają, że wiara w swoją wartość jest prawdziwą potęgą. Z kolei Marieta Żukowska, aktorka znana z niesamowitej energii, uśmiechu i wyjątkowego uroku, przekonuje, że sekretem kobiecej siły jest miłość do samej siebie. Radzka, czyli Magdalena Kanoniak, dodaje, by pamiętać o samoakceptacji i pod żadnym pozorem nie ulegać presji otoczenia. Natomiast Karolina Gilon to symbol podążania własną drogą, którą sama sobie wyznaczyła: „To ja decyduję o tym, kim jestem”.

To, że nasza siła płynie ze wzajemnego wsparcia, potwierdza Ola Żebrowska, której nie zobaczymy w spocie marki, ale odnajdziemy w szeregach kobiet kampanii. Podczas, gdy pozostałe dziewczyny dzieliły się swoimi doświadczeniami na planie zdjęciowym, Ola pisała swój własny scenariusz historii KobieTy w roli głównej” – została po raz kolejny mamą. Ola kobiecą solidarność miała okazję odkrywać od najmłodszych lat – wychowała się w końcu wśród ośmiu sióstr!

Kampania "KobieTY w roli głównej" i manifesty jej głównych bohaterek mają przypominać o sile naszej kobiecości, którą możemy odnaleźć również w naszej różnorodności. Każda z nas ma za sobą inne doświadczenia, a mimo tego niektóre prawdy o nas i naszych potrzebach są niezwykle uniwersalne. Przez najbliższe miesiące bohaterki kampanii będą wspierać i promować kobiecą współpracę, a owoce tego będzie można odnaleźć na ich profilach instagramowych. Kampania L'Oréal Paris to wielowątkowy i wielowymiarowy kobiecy dialog, wzajemne dzielenie się własnymi historiami i doświadczeniami. My się do niego przyłączamy!

  1. Styl Życia

Mariaż mody i sportu - RISK made in Warsaw we współpracy ze Złymi Dziewczynami

RISK made in Warsaw we współpracy ze Złymi Dziewczynami (fot. Helena Bromboszcz/materiały prasowe RISK made in Warsaw)
RISK made in Warsaw we współpracy ze Złymi Dziewczynami (fot. Helena Bromboszcz/materiały prasowe RISK made in Warsaw)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Marka odzieżowa RISK made in Warsaw i Alternatywny Klub Sportowy ZŁY z warszawskich Szmulek połączyły swoje siły. Co powstało z tej współpracy? Zobaczcie sami! 

RISK made in Warsaw założyły w 2011 roku dwie przyjaciółki - Antonina Samecka i Klara Kowtun. Marka jest odzwierciedleniem ich gustów, przekonań i podejścia do życia. Wszystkiego, co jest dla nich ważne - od kultury, świetnego designu, przez przyjemność użytkowania go, po wspieranie lokalnego rzemiosła i szacunku dla planety. Ze sportem łączy je więcej niż myślicie. Antonina była kiedyś wielką fanką futbolu, a Klara mieszka z dziennikarzem sportowym, który zaraził ją miłością do AKS ZŁY. Do szykownych płaszczy lubią nosić drużynowe szaliki i kibicują nie tylko na trybunach.

Do udziału w swojej najnowszej sesji zdjęciowej marka zaprosiła Złe Dziewczyny - zawodniczki Alternatywnego Klubu Sportowego ZŁY. Oba projekty są „made in Warsaw”, dlatego nie było wyjścia - po prostu musieli "zagrać" razem.

AKS ZŁY to pierwszy w Polsce i (według UEFA) najlepszy amatorski klub sportowy w Europie. Nazwa klubu jest odniesieniem do powojennej powieści Leopolda Tyrmanda o samotnej walce tajemniczego „Złego” z warszawską chuliganerią. Klub powstał ze złości na zasady rządzące współczesnym futbolem. Złym nie rządzą pieniądze, ani prezes ze sponsorem. Źli rządzą się sami, a kierują nimi zasady równości i demokracji. Na Szmulkach mówią o Złych "Chuligani Miłości". Klub od początku prowadzi dwie drużyny futbolowe - kobiecą i męską, a od niedawna w klubie trenują też koszykarki.

Złe Dziewczyny zmiksowały nową kolekcję RISK made in Warsaw ze swoimi strojami treningowymi. Może nie da się w nich trenować, ale na pewno da się kibicować. Sesja zdjęciowa powstała w efekcie współpracy obu projektów to kwintesencja kobiecości - na zdjęciach widzimy delikatność i zmysłowość, ale też energię i siłę.

fot. Helena Bromboszcz/materiały prasowe RISK made in Warsaw fot. Helena Bromboszcz/materiały prasowe RISK made in Warsaw

fot. Helena Bromboszcz/materiały prasowe RISK made in Warsaw fot. Helena Bromboszcz/materiały prasowe RISK made in Warsaw

Sesja zdjęciowa towarzyszy trzeciej edycji kampanii #ChodźcieNaZłego, która zadedykowana jest kobietom i ma na celu feminizację trybun piłkarskich. W trakcie sesji Złe piłkarki i koszykarki spróbowały najdzikszych stadionowych stylizacji. O efektach współpracy przeczytacie poniżej.

Kim są Złe Dziewczyny?

Karolina Cymer jest żołnierzem. Służy w batalionie dowodzenia. Nie lubi, kiedy używa się formy „żołnierka”, bo jak mówi "wojsko nie zna płci". Karolina do Złego trafiła przypadkiem. Klub był po prostu blisko domu. Jest środkowym pomocnikiem. W piłkę nożną gra od piątej klasy podstawówki. Była zawodniczką w drużynach w Kaliszu i Stargardzie Szczecińskim, ale dopiero w Złym poczuła, że piłka nożna kobiet może być tak samo doceniana jak męski futbol. W trakcie sesji zdjęciowej dla RISK pozowała w ortalionowej bluzie, bo nie przepada za spódnicami i sukienkami.
"Kobiecość to nie noszenie sukienki czy dużego dekoltu, tylko emocjonalność, ciepło i opiekuńczość"
fot. Helena Bromboszcz/materiały prasowe RISK made in Warsaw fot. Helena Bromboszcz/materiały prasowe RISK made in Warsaw

Mariola Kornacka jest bramkarką. A w życiu pozasportowym - urzędniczką. W Złym trenuje od początku istnienia klubu. W piłkę nożną gra już 15 lat, przedtem trenowała taekwondo i grała w tenisa stołowego. W sesji dla RISK połączyła wyjściową sukienkę ze sportowymi ubraniami.

Patrycja Wróbel, jak na koszykarkę jest niewysoka. Ma tylko 169 cm wzrostu. Gra na pozycji „niski skrzydłowy” i „rzucający obrońca”. Koszykówka to jej największa pasja i największy nałóg. Nie wyobraża sobie bez tego życia. W Złym gra od września.  "Pozowałam w różowej sukience, którą sama wybrałam. Pasuje do mojej karnacji i włosów. Zwiewna sukienka w panterkę na wieszaku wydawała mi się nie dla mnie, ale gdy ją przymierzyłam, zakochałam się".

fot. Helena Bromboszcz/materiały prasowe RISK made in Warsaw fot. Helena Bromboszcz/materiały prasowe RISK made in Warsaw

Paulina Janczura jest skrzydłową i rozgrywającą. W kosza gra od czwartej klasy szkoły podstawowej, a w Złym od początku września. "Wybrałam długą sukienkę w kolorze malinowo-koralowym i szałową panterkę. Na co dzień nie noszę takich wzorów, ale sukienką RISK zachwyciłam się. Wystarczyło ją przymierzyć. Świetne jest to, że ubrania Riska nadają się na wyjścia casualowe i odświętne” – mówi Paulina.

Karolina Górska-Tran gra w nogę od podstawówki. Wtedy chciała być Ronaldinhem. Miała tyle siły przebicia, że nikt nie odważył się jej powiedzieć, że piłka nożna jest dla chłopców. Grała z chłopakami na szkolnym boisku, a potem w sportowych klubach. Marzyła, by zostać zawodową piłkarką w Barcelonie. Teraz gra w Złym na prawej obronie. Trenuje dwa, trzy razy w tygodniu. Studiuje na Uniwersytecie Warszawskim, pracuje jako baristka i rysuje grafiki na longboardy. W Złym trenuje też żona Karoliny, Eliza. Poznały się grając w nogę w klubie uniwersyteckim. Do Złego zapisały się już razem. Na sesji Karolina założyła do swojej koszulki meczowej plisowaną spódnicę, a potem krótką spódniczkę i kurtkę do getrów i korków. W ubraniach RISK przekonuje ją "wygoda i to, że marka stara się mieć jak najmniej negatywny wpływ na środowisko".

„Fajnie było poeksperymentować, pobawić się konwencją, otworzyć na strój, którego nigdy wcześniej się nie nosiło"
Anna Przeździecka ma prawie 190 cm wzrostu. Pracuje w domu maklerskim, jest też sędziną koszykówki. Trenuje koszykówkę od szkoły podstawowej. „Mimo mojego wzrostu wszystkie sukienki i spódnice RISK były na mnie dobre. Na sesji wybrałam panterkową sukienkę z wiązaniami i drugą - obcisłą, koralową. Miałam też beżowy oversizowy płaszcz. Miał luźny fason, dobrą długość, duże kieszenie - po prostu ideał".

fot. Helena Bromboszcz/materiały prasowe RISK made in Warsaw fot. Helena Bromboszcz/materiały prasowe RISK made in Warsaw

Wiosenną kolekcję RISK made in Warsaw można kupić on-line i stacjonarnie (ul. Szpitalna 6A). W butiku RISK dostępne są również czarno-białe szaliki AKS ZŁY w stylu retro.

 

 

  1. Psychologia

Po co nam siła? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Fot. iStock
Fot. iStock
Nasze babcie musiały być silne. Wiadomo: wojna, potem PRL, było ciężko. A czy my też musimy takie być w czasach korporacji, konsumpcji, rywalizacji? Czym dziś jest siła kobiet? A mężczyzn? Bezwzględnością, asertywnością, elastycznością? A może spokojem – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Czy siła jest kobietom potrzebna? Skąd mają ją brać?
Kobiety mają daną im od natury, wrodzoną, biologiczną siłę i zdolność przetrwania, niezbędną, by rodzić i troszczyć się o nowe życie. Mają większe jej rezerwy niż mężczyźni, co widać także w tym, że żyją prawie dziesięć lat dłużej i sześć razy rzadziej popełniają samobójstwa. Może także dlatego, że poczucie sensu istnienia i życiowej misji dostają w pakiecie z rolą matki rodzicielki.

Bezdzietne kobiety mogą być słabsze?
Biologiczna siła dawczyni życia jest dostępna kobietom niezależnie od tego, czy stają się matkami, czy nie. Ale to prawda, że większości kobiet, które zostają mamami, włącza się dodatkowe zasilanie wpływające pozytywnie także na samoocenę i poczucie sensu. Kobiety z wyboru lub konieczności bezdzietne muszą tego sensu i misji życiowej szukać świadomie. Upodobniają się w tym do mężczyzn, dla których ojcostwo rzadko bywa ukojeniem egzystencjalnych niepokojów. Na szczęście coraz więcej kobiet matek szuka pozamacierzyńskiego sensu życia, co sprzyja ich poczuciu autonomii w relacjach z mężczyznami i uniknięciu niebezpiecznego uzależnienia od roli matki.

Reshma Saujani, autorka książki „Odwagi! Nie musisz być doskonała!”, twierdzi, że poczuła siłę i zaczęła żyć tak, jak tego pragnęła, dopiero kiedy odważyła się wyjść ze strefy komfortu. Przestać realizować życie, jakie uznawało się w jej rodzinie za wartościowe i dające prestiż. Czy kobiety potrzebują odwagi, aby poczuć siłę? Czy to nie siła dodaje odwagi?

Kobiety potrzebują często wielkiej odwagi – a w ich subiektywnym odczuwaniu wręcz odwagi straceńczej – by po swoją wewnętrzną, przyrodzoną siłę sięgnąć, budować poczucie godności i autonomii. Są bowiem nadal konsekwentnie ograniczane przez stereotypy płci, uporczywie obecne w wychowaniu, edukacji i religii. Większość dziewczynek ciągle podlega ogromnej kulturowej i wychowawczej presji stereotypu kobiety miłej, uległej, poświęcającej się i spragnionej męskiej aprobaty. Wykonawczyniami tej patriarchalnej obróbki dziewczęcych charakterów są zazwyczaj – wychowane w tym samym kulturowym klimacie – ich matki, babcie i nauczycielki. Kiedy więc dziewczynki stają się kobietami, nie potrafią korzystać ze swojej siły, bo są od niej odcięte. Aby więc powiedzieć sobie i światu: „Wykorzystam swój potencjał i będę żyć po swojemu!”, muszą skonfrontować się z zapisanym w ich podświadomości odwiecznym lękiem przed wykluczeniem ze społeczności. Dlatego tak niewiele z nich zajmuje się nowatorskimi, ryzykownymi czy wymagającymi uporu i siły woli przedsięwzięciami. Kobiety rzadko domagają się wprost tego, na czym im zależy. Większość ciągle nie żyje w zgodzie z prawdziwymi potrzebami. Dzieje się tak nie dlatego, że brak im siły czy innych zalet, ale odwagi i determinacji do bezpośredniej walki. Od pokoleń przywykły bowiem do zabiegania o przychylność i akceptację mężczyzn.

W książce „Jak kobiety podejmują decyzje” Therese Huston przeczytałam, że w latach 40. XX wieku to kobiety były programistkami, a mężczyźni konstruktorami komputerów. A to dlatego, że to zajęcie nie było jeszcze prestiżowe. To Grace Hopper, matematyczka i oficer marynarki, pracująca na Harvardzie, stworzyła pierwszy program komputerowy używający słów zamiast cyfr. Takie informacje dodają siły. Ale rzadko mamy okazje je dostawać, bo zazwyczaj jesteśmy bombardowane wizerunkami „nagiej kobiecej mocy”. Jeśli masz na myśli kobiece ciała reklamujące wszystko, co się da, włącznie z blachą falistą, to jest to zdecydowanie szkodliwe z punktu widzenia odzyskiwania przez kobiety siły i godności. To uprzedmiotowienie i zredukowanie do roli seksualnego obiektu. A męskiego erotycznego zainteresowania, podniecenia, a nawet zachwytu lepiej nie mylić z wyrazami szacunku i miłości. Ważnym i koniecznym początkiem procesu odzyskiwania przez kobiety ich ukrytej siły jest odzyskanie prawdziwie kobiecej seksualności, którą patriarchat represjonował, a potem ukształtował w umysłach kobiet na modłę męskich fantazji. Batalia kobiet o odzyskanie samostanowienia w sprawie ciała, seksualności i rozrodczości trwa od początków feministycznej rewolucji, napotykając coraz większy opór męskiej konserwy. Widać to na przykładzie batalii o edukację seksualną w szkołach.
Konserwatywne organizacje dobrze wiedzą, że edukacja seksualna najbardziej potrzebna jest dorastającym kobietom, bo wzmacnia ich samostanowienie, bezpieczeństwo i wolność w sprawach ciała, rozrodczości i seksu, a tego patriarchat boi się najbardziej.

Dlaczego autentyczna kobieca seksualność budzi taki lęk?
Bo energia seksualna, zwana libido, jest sama w sobie energią życia, jego siłą napędową. Libido nie zasila wyłącznie zachowań seksualnych, zasila wszelkie przejawy naszego istnienia. Tę właściwość ludzkiego libido nazywa się zdolnością do sublimacji i to właśnie wysublimowane libido generuje zdolność do walki i obrony. Odwagę i nieustraszoność. Sprawność fizyczną i zdolność przetrwania. Niezależność. Głębokie odczuwanie ciała i życia. Równowagę emocjonalną. Zdolność do miłości. Sprawne i kreatywne myślenie. Tworzenie, a także wyzwalającą i nieegzaltowaną duchowość. Skoro tak wiele od libido zależy, to łatwo sobie wyobrazić, jakie zagrożenie dla męskich rządów nad światem i kobiecymi duszami stanowić mogą kobiety z uwolnionym wysublimowanym libido. Jest się czego bać!

Ilustracja Paweł Jońca Ilustracja Paweł Jońca

A męska siła – czy różni się czymś od kobiecej?
Męskie libido jest bardzo oględnie represjonowane przez patriarchalną obyczajowość. Męskie roznegliżowane ciało jest pod ochroną i nie pokazuje się go w przestrzeni publicznej. Najwyraźniej mężczyźni nie chcą być upokarzani rolą obiektów seksualnych. Te i inne przejawy systemowej troski o męskie poczucie godności (i niemalże sakralizowanie męskiej potencji seksualnej) sprawiają, że mężczyźni mają łatwiejszy dostęp do swojej siły, odwagi i determinacji. Od natury dane są im także większa siła mięśni i wydolność organizmu. Łatwiej im walczyć, ratować, zdobywać i, niestety, wykorzystywać fizyczną przewagę w aktach przemocy wobec kobiet. Siła i sprawność kochanka, rozpłodowca, wojownika, budowniczego czy rolnika stanowią dla wielu mężczyzn ratunek przed utratą poczucia sensu i przydatności.

Czy męska siła nie bywa często bezwzględnością?
Nie ma odwrotnej zależności między siłą a zdolnością do czułości, empatii czy troski. Zazwyczaj idą one nawet w parze. Mężczyźni obdarzeni z natury siłą i wzrostem są na ogół spokojni, wspierający i troskliwi. Natomiast ci, którzy zbudowali mięśnie na siłowniach i sterydach, bywają bezwzględni i okrutni. A wynika to stąd, że masą ciała usiłowali ukoić poczucie upokorzenia, zagrożenia i umożliwić sobie wynikającą z nich chęć odwetu. W niektórych rodzinach przez pokolenia reprodukuje się w wychowaniu dzieci, a zwłaszcza chłopców, brak ciepła, troski, bliskości, dotyku, wsparcia. A więc nie daje się im nawet elementarnego poczucia bezpieczeństwa, nie mówiąc już o miłości. Siła i bezwzględność stają się najlepszym sposobem na przeżycie w świecie, który oceniany jest jako wrogi, zimny i niebezpieczny.

Istnieje uniwersalna, ponadpłciowa siła? Jaką rolę ogrywa?
Tak, to prawdziwa siła, zwana siłą ducha. Bierze się z odkrywania przyrodzonego wszystkim poczucia wartości i godności. Ze świadomości, że świat, życie i ludzie o otwartych sercach nas wspierają. Przejawia się w zrównoważeniu, w pewności siebie. W spokoju. W optymistycznym usposobieniu. Taka siła umożliwia działanie w zgodzie z okolicznościami, a nie z wyobrażeniami o tym, co zgodne z rolą kobiety czy mężczyzny. W robieniu tego, co jest do zrobienia, z uwagą, z zaangażowaniem. Siła nie wyraża się w przemocy, w manipulacji, we władzy czy kontroli nad drugim człowiekiem. Wyraża się w obdarzaniu innych wolnością, szacunkiem, uznaniem i troską. Nie boi się uczuć. Pozwala im się wyrażać, w miarę jak przychodzą i odchodzą. Gdy trzeba, nie boi się płakać, gdy czas na to, nie powstrzymuje radości.

Uczucia nas nie osłabiają? „Nie czuć” to dla wielu „być silnym”.
To pozorna siła. Wyrzekanie się uczuć jest raczej symptomem lęku, wyrazem strategii obronnej. Ci, którzy tej strategii nie zweryfikują, prędzej czy później odkryją, że sami siebie zamknęli w pancernej skorupie oddzielającej ich od życia i od ludzi. A taka izolacja stopniowo zabiera siłę i wolność. Poza tym świadomość uczuć – pod warunkiem że nie są one nawykowe i neurotyczne – pomaga lepiej kierować życiem, czyli dążyć do tego, czego naprawdę potrzebujemy, i unikać tego, co nam szkodzi.

A co z bezsilnością? Jesteśmy bezsilni wobec zdarzeń losowych. Kiedy ktoś bliski umiera, trudno nie czuć bezsilności…
To nie jest bezsilność, to pokora uznać, że nie wszystko jest w naszej mocy, a każde życie kiedyś się kończy. Prawdziwa siła nie robi dramatu ze śmierci, jednocześnie pozwalając sobie na wyrażanie związanych z nią żalu i straty. Nie ma za to nic dobrego w bezsilności, która nie jest dowodem pokory, ale cechą charakteru. Tej trzeba się jak najprędzej pozbyć, by odzyskać przyrodzoną siłę, która zapewne została stłumiona przez wychowanie, toksyczne relacje z ludźmi.

Słychać opinie, że bezradność emocjonalna staje się przyczyną chorób somatycznych. Czy to możliwe?
Tak, bo kiedy nie stajemy w swojej obronie, gdy czujemy się bezsilni, nasz układ immunologiczny zachowuje się analogicznie. Nie broni nas. Bezradność psychiczna pociąga za sobą bezradność immunologiczną. Chorujemy, bo nasz układ odporności nie broni nas, kiedy sami siebie nie bronimy w relacjach społecznych czy politycznych. Człowiek jest całością. Psychika i ciało działają jednocześnie i spójnie. Dlatego pracując nad poczuciem wewnętrznej siły, pracujemy jednocześnie nad wzmocnieniem odporności fizycznej. Nasza uwolniona wrodzona siła jest nie tylko lekarstwem dla psychiki, ale także dla ciała.

Przyznam się na koniec: boję się tego, co nazywamy siłą kobiet. Zapewne to wynik doświadczeń jeszcze z dzieciństwa, które każą mi kojarzyć ją z ukrytą, ale okrutną rywalizacją z innymi kobietami oraz lekceważeniem mężczyzn…
Myślę, że większość polskich kobiet wykształciła szczególną siłę, wywodzącą się z pokoleniowych doświadczeń ich babć, prababć i praprababć, które nauczyły się tego, że nie można liczyć na mężczyzn. Bo ci ginęli w wojnach, w powstaniach, w pojedynkach albo topili żal i upokorzenia w alkoholu. Kobiety musiały obudzić w sobie męski aspekt, który pozwalał im radzić sobie z tym, co było obowiązkiem mężczyzn. Musiały same zarządzać domem i zarabiać, zdobywać jedzenie dla dzieci. Tworzyły więc kobiece grupy i dawały sobie wsparcie. Lecz gdy w zasięgu wzroku pojawiał się jakiś wolny, zdolny do pracy i miłości mężczyzna, stawały do bezwzględnej walki o jego względy. W Polsce gros kobiet ma w systemie rodzinnym takie doświadczenie, a więc czuje to, co ich praprababki. Ale w czasach pokoju owocuje to m.in. brakiem wsparcia dla innych kobiet, nawet własnych córek. I lekceważeniem mężczyzn. Takie nastawienie często doprowadza do rozpadu związków. Zwłaszcza że polscy mężczyźni są szczególnie wrażliwi na punkcie swojej godności.

  1. Styl Życia

Scarlett Szyłogalis - kobieta, która ratuje konie

Scarlet Szyłogalis od lat jest bez reszty oddana zwierzętom (Fot. Agnieszka Rodowicz)
Scarlet Szyłogalis od lat jest bez reszty oddana zwierzętom (Fot. Agnieszka Rodowicz)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Mogłaby godzinami patrzeć na pasące się na łące konie. Ale nie ma na to czasu. Ciągle w ruchu, w biegu. Scarlett Szyłogalis od 24 lat ratuje konie przeznaczone na rzeź. Żeby znaleźć na to pieniądze i siłę, paktuje z diabłem i Bogiem.

I pomyśl, że one wszystkie miały być kiełbasą – mówi Scarlett, patrząc na ponad setkę koni pasących się spokojnie na łąkach pod Nieszkowicami, kilkadziesiąt kilometrów od Wrocławia. Te, które nie wymagają specjalnej opieki, mieszkają tu od wiosny do jesieni. Podchodzą, obwąchują, zaczepiają, przytulają łby do twarzy Scarlett. Niektóre są z nią od samego początku.

Powódź tysiąclecia

Pierwsze w Polsce schronisko dla starych i chorych koni Scarlett założyła w 1995 roku, po tym, jak dostała pieniądze od rodziców. Za część tej sumy kupiła kawałek łąki w podwrocławskim Jarnołtowie, ciężarówkę desek i przyczepę sosnowych bali. I wzięła się do budowy stajni. Nie było studni ani prądu. Deski musiała ciąć ręczną piłą, bale ciosać siekierą. Miała plan, żeby żyć z odsetek i co jakiś czas wykupywać kolejnego konia z rzeźni. Dlaczego postanowiła ratować akurat konie? Bo najpierw one uratowały ją.

– Byłam brzydkim i grubym dzieckiem. Nie dawałam rady na WF-ie – wspomina Scarlett. W szkole jej z tego powodu dokuczali, przezywali. Odpowiadała ciosami. Ciągle się z kimś biła. Mimo że muchy by nie skrzywdziła. Podobnie jak jej rodzina. W domu Szyłogalisów zawsze były przygarnięte psy, koty, ptaki. Scarlett znosiła wszystkie znalezione bidaki. Pewnego dnia ojciec zaprowadził ją do klubu jeździeckiego. Od tej pory chodziła tam dwa razy w tygodniu. Schudła, zapisała się na karate i dżudo, wygrywała kolejne zawody. Potem skończyła AWF, zrobiła kurs dla instruktorów hipoterapii. I wyrosła na piękną kobietę.

Wkrótce po tym, jak założyła schronisko, ojciec umarł. Scarlett, wtedy już samotna mama kilkuletniego Ikara, efektu licealnej miłości i dwumiesięcznego małżeństwa, rzuciła się w wir pracy. Schronisko nazwała Tara, tak jak plantacja bohaterki „Przeminęło z wiatrem” Scarlett O’Hary. Imię dla Scarlett wymyśliła jej matka, wielbicielka ekranizacji tej książki.

W połowie lipca 1997 roku powódź tysiąclecia zmiotła stajnie, stodoły, zniszczyła zapasy siana, owsa i słomy. Konie Scarlett zawczasu wywiozła do przyjaciół. Z drzew ściągała koty, które uciekły tam przed wodą. – Wtedy się załamałam – wspomina. Jeden jedyny raz.

Zadzwoniła prosić o pomoc Piotra Jankowiaka. Poznała go kilka miesięcy wcześniej, gdy przyszła do firmy budowlanej, w której pracował, po materiały. Młodszy o kilkanaście lat Piotr pomógł odbudować Tarę. I został. Na wiosnę powódź przyszła po raz drugi. Scarlett była wtedy w ciąży z drugim synem Dawidem. Mieszkali w nieogrzewanej komórce, bez prądu i bieżącej wody. Za to z gromadą uratowanych psów i kotów. I z końmi. Handlarze wiedzieli, że się nie targuje, bo nie chce negocjować ceny za życie. Przywozili więc do niej konie, których nie przyjmowały nawet rzeźnie. A ludzie z całej okolicy znosili inne niechciane zwierzaki.

Raj na ziemi

Początkowo niektóre konie były używane do hipoterapii i jazd. Z czasem i z tego Scarlett zrezygnowała. – Za dużo wycierpiały. Chciałam, żeby miały w Tarze raj – wyjaśnia. Dlatego też żadnego z nich nie oddała ani nie sprzedała. Zgadza się wyłącznie na adopcje wirtualne. Chętni deklarują kwotę, jaką mogą wpłacać na utrzymanie konia. Miesięczny koszt życia jednego to ok. 300 zł. Kwota drastycznie wzrasta, jeśli zwierzę wymaga specjalistycznego leczenia. A większość z nich na początku go wymaga. Tak jak Bolek, który trafił do Tary cztery lata temu w Boże Narodzenie. Pod grzywką ma kilkucentymetrowe zagłębienie. – To już nic, kiedyś mieściła się w nim cała pięść – mówi Scarlett. Kiedy Bolek był sześciomiesięcznym źrebakiem, właściciel zamknął go w ciemnej komórce i założył łańcuch, którego nigdy nie zdjął, nie zmienił na większy. Z biegiem lat łańcuch wrósł w szyję konia. Na Białej Tarze studenci weterynarii we Wrocławiu uczyli się przez lata pobierania krwi, zastrzyków, badań rektalnych… Gdy zaniemogła, rektor wydał na nią wyrok: rzeźnia. Studenci zadzwonili wtedy do Scarlett z prośbą, by klacz ratować.

Każdy koń w Tarze to dramatyczna historia. Każdy dostaje tu, razem z nowym życiem, nowe imię. Tak jak Soleil, jasna kasztanka o błękitnych oczach. Scarlett poznała ją na targu koni w Skaryszewie. Na grzbiecie miała wycięte znaki rzeźne, na głowie sznurkowy kantar. To znak, że koń przeznaczony jest do uboju. Przepiękna, smutna klacz zaczepiała nosem przechodzących ludzi, jakby prosiła o ratunek. Scarlett dwukrotnie podchodziła do handlarzy, by ją odkupić. Nie zgadzali się. Złośliwie. Udało się za trzecim razem.

– Kiedy trafia do nas zwierzę, patrzę mu głęboko w oczy, witam w Tarze i mówię, że już nie musi się bać, że wszystko będzie dobrze. I proszę o dwie rzeczy: by nie chorowało i nie umierało – mówi Scarlett. – I starają się jak mogą. Kilka koni żyło ponad 40 lat!

Widok pasących się na łąkach koni to największa nagroda i przyjemność dla Scarlett. – Mogłabym na nie patrzeć godzinami. Ale nie mogę. Zawsze mam coś do zrobienia – mówi.

Na łąkach pod Nieszkowicami konie Fundacji 'Tara' spędzają spokojnie czas od wiosny do jesieni. (Fot. Agnieszka Rodowicz) Na łąkach pod Nieszkowicami konie Fundacji "Tara" spędzają spokojnie czas od wiosny do jesieni. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

PRL i huragan

Kiedy woda drugi raz Tarę zalała, usłyszał o niej w telewizji właściciel gospodarstwa w Porębach. Zaproponował dzierżawę murowanych stajni, stodoły, niedużego domu z gankiem i 35 ha łąk. Scarlett była w szóstym miesiącu ciąży. Rano rozbierała z Piotrem to, co zostało z Tary. W południe wzięli ślub. Scarlett była w czarnym podkoszulku, czarnych dżinsach i oficerkach. A po południu przeprowadzili się do Poręb i zaczęli wszystko od początku. Po kilku latach właściciel wypowiedział dzierżawę. Więc kolejna przeprowadzka, remonty, urządzanie schroniska. Tym razem w Nieszkowicach.

Osiem lat temu Tara znalazła miejsce w dawnym majątku, a potem pegeerze, w Piskorzynie. Fundacja, którą Scarlett założyła, dostała go w darowiźnie od Agencji Nieruchomości Rolnych. Ponad 30 ha terenu, zrujnowany pałac, stajnie, obory, świniarnie, warsztaty. Bez okien, drzwi, prądu i wody. – Wszystko zarośnięte drzewami, busz. Na całym terenie mnóstwo śmieci, porzuconych sprzętów, potłuczonego szkła. Na dodatek zaraz po tym, jak się sprowadziliśmy, przeszedł huragan, zrywając dachy budynków – wspomina Scarlett. Po latach ciężkiej pracy i niezliczonej ilości pieniędzy budynki mają nowe dachy, teren jest wysprzątany, dookoła pałacu pobudowane zagrody i kojce dla zwierząt, na łąkach ogrodzone wybiegi dla koni. Wciąż jest wiele do zrobienia, na remont czeka pałac. Brakuje czasu i pieniędzy. Te od rodziców skończyły się po dziewięciu latach. Wtedy Scarlett założyła fundację. – Ale czasy żebrania się kończą – mówi jej prezes. – Internet ułatwił zbiórki pieniędzy, potrzebujących jest masa, a portfele ludzi nie są bez dna. Z kolei umowa z ANR-em wyklucza prowadzenie na terenie folwarku działalności zarobkowej. Pat.

kiedy większość koni jest na łąkach, karmienie trwa dużo krócej. Co innego zimą, gdy na karmę czeka 180 zwierząt. (Fot. Agnieszka Rodowicz) kiedy większość koni jest na łąkach, karmienie trwa dużo krócej. Co innego zimą, gdy na karmę czeka 180 zwierząt. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

Kawa i papierosy

Tara to schronisko dla koni, ale jeśli Scarlett spotka na swojej drodze porzuconego psa, kota czy osła, nie odmawia pomocy. Mieszka więc z nią w sumie koło 300 zwierząt.

W tym Blanka, biała krowa, której, gdy była malutka, zmiażdżono w hodowli staw kolanowy. Taurus, 12-letni ogromny wół. i jego mama Liberty, którą wielkolud do dziś ssie. Bo w Tarze nie rozdziela się rodzin. I Piotrusia, maciora, która jakiś czas temu wypadła z tira jadącego do rzeźni. Przybiega, kiedy tylko podejdzie się do jej wybiegu. Wyciąga ciekawski ryjek, łypiąc małymi oczkami. W schronisku są też kozy, kury, owce, kaczki, króliki i 180 koni.

Żeby nad tym wszystkim zapanować, Scarlett wstaje o 6 rano, pije kawę i działa. Potem jeszcze kilka razy w ciągu dnia łyka małą lub dużą czarną i pali papierosy. – Jadąc załatwiać jakieś sprawy, jem w samochodzie kupione po drodze truskawki, brzoskwinie, śliwki… Zależy, na co akurat jest sezon. Mięsa nie tykam od ponad 40 lat – mówi Scarlett. Nie jedzą go także pracujący w Tarze wolontariusze. Ani goście. Takie są tu zasady. Scarlett walczy nawet z kiełbaskami na ognisko, które przywożą przyjeżdżające z wizytą szkoły. Nie zabrania, tylko zabiera dzieci do zagrody Piotrusi. Dzieciaki głaszczą świnkę, a Scarlett pyta: – Lubicie Piotrusię? – Lubimy. – A wiecie, że właśnie jecie jej mamę? Zapada cisza. Potem widzi, że dzieci rozdają kiełbasę psom.

W tarze mieszka też ogromny wół Taurus i kilka krów, w tym jego mama Liberty. (Fot. Agnieszka Rodowicz) W tarze mieszka też ogromny wół Taurus i kilka krów, w tym jego mama Liberty. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

– Lubię wizyty dzieci i innych gości, ale to dodatkowy wysiłek – przyznaje Scarlett. W Tarze i bez tego ciągle jest coś do zrobienia. Trzeba przygotować jedzenie dla zwierząt, nakarmić je, podać leki, wyprowadzić z boksów, posprzątać… – Kiedyś przewalały się tu tłumy wolontariuszy, bywało z 60 osób naraz. – Większość siedziała i dłubała w nosie – wspomina Scarlett.

Dziś przyjeżdża mniej ludzi, ale pracują. Ona wszystko kontroluje i nieustannie odbiera telefony. Jedzie do urzędu, banku, na pocztę, po kowala, po siano, marchew, jabłka, drewno do budowy ogrodzenia, dachówkę, leki… Nie zatrzymuje się ani na chwilę. Chyba żeby pogłaskać któregoś z psów, podrapać za uchem kota, poklepać po szyi konia. – Moje dzieciaki – mówi z czułością. Dawida, syna maturzystę, zapędza do roboty.

W tym roku odszedł Piotr. – Kiedy mu się oświadczałam, uprzedzałam, że jestem generałem. Ludzie się mnie boją – mówi Scarlett. Wytrzymał 20 lat. Przez ten czas nie obchodzili świąt, nie wyjeżdżali na wakacje, nie brali dni wolnych, nie mieli w zasadzie prywatnego życia.

– Może mu tego brakowało – zamyśla się Scarlett. Jej, jak twierdzi, nie. – Ubieram się w to, co dostanę, chodzę w tym latami. Na jedzenie przy stole szkoda mi czasu. Ale o jednym od jakiegoś czasu marzyłam. Ciepłej łazience – przyznaje Scarlett. Przez lata marzła, myjąc się wodą ze studni, w komórce, w nieogrzewanych wnętrzach. Dlatego niedawno przeniosła się ze zrujnowanego pałacu do dawnego warsztatu stojącego pośrodku folwarku. Tu ma ciepłą łazienkę i widok na wszystko. Między warsztatem a stajnią, z którą jest połączony, zrobiła przeszklone drzwi. Żeby widzieć, co się dzieje w „staruszkowie”, stajni dla najstarszych, najbardziej potrzebujących koni. Marzy, by choć przez trzy doby się wyspać. Bo co noc z niepokojem słucha dobiegających ze stajni odgłosów. Budzi ją nierówny oddech czy kaszel. Leci sprawdzić, czy ze zwierzakiem wszystko w porządku. A od rana do wieczora pracuje.

Pakt z diabłem, układ z Bogiem

Piskorzyna leży 20 km od Rawicza. – Nienawidzę tego miasta – mówi Scarlett. – Jest w nim jedna z największych rzeźni koni w kraju. A ona nie może nic z tym zrobić. Na swoim terenie musi być ostrożna, bo prowadząc fundację, ciągle o coś prosi, żebrze, załatwia z miejscowymi. Więc na razie Rawicz odpuściła.

Za to od lat walczy o zamknięcie Skaryszewa, najbardziej znanego w Polsce i największego w Europie targu, na którym handluje się końmi. – Uczepiłam się Skaryszewa, odkąd pierwszy raz zobaczyłam tam w nocy na polach kilka tysięcy koni. Świsty batów, krzyki, ogniska, przy których leje się wóda, przerażone zwierzęta. Powiedziałam: „nie”. I od tego momentu Scarlett mówi, pisze, nagłaśnia na wszelkie możliwe sposoby sprawę jarmarku końskiego w Skaryszewie. Jego zwolennicy mówią, że to trwająca od ponad 400 lat tradycja, że kupowane tam kiedyś zwierzęta służyły rycerzom. Tyle że z biegiem lat targowisko się zmieniało, a duża część sprzedawanych tu koni jest przeznaczona na ubój. Kupuje się je na wagę. Często są chore i zaniedbane. Potem, załadowane do tirów, pokonują morderczą trasę, bez jedzenia i picia, do ubojni. W Polsce, we Włoszech, Francji…

– A ja im obiecałam, że doprowadzę do zlikwidowania tego miejsca – mówi Scarlett. Pojawia się więc w Skaryszewie co roku z grupą wolontariuszy i pieniędzmi na wykup koni. Handlarze podbijają stawki do ceny „wyrobu” – kiełbasy czy pasztetu, które można z nich zrobić. W zeszłym roku Fundacji „Tara” udało się zebrać prawie ćwierć miliona złotych. – Nie jechaliśmy do Skaryszewa po kilka koni, ale po wszystkie – mówi kobieta. Wykupili ponad 60.

Scarlett walczy też o zakaz hodowania polskich koni na mięso, zabijania ich i eksportu w celach przetwórczych. Chciałaby doprowadzić do uznania ich przez polskie prawo za zwierzęta towarzyszące człowiekowi, a nie hodowlane.

Nieużywane kantary, symbol wyzwolenia koni z dominacji człowieka, na ogrodzeniu folwarku. (fot. Agnieszka Rodowicz) Nieużywane kantary, symbol wyzwolenia koni z dominacji człowieka, na ogrodzeniu folwarku. (fot. Agnieszka Rodowicz)

– Jestem gotowa zawrzeć pakt z samym diabłem, by tego dopiąć – powtarza często. Z Bogiem też próbuje negocjować: w zamian za hojnego darczyńcę lub wygraną w Lotto rzędu kilkunastu milionów obiecuje zrezygnować z palenia papierosów. Bo mimo że fundację od lat wspierają wolontariusze i sponsorzy, Scarlett co rok drży o finanse. Niemal każdy zaczyna i kończy z długami. Bo potrzeby są ogromne.

– Gdyby te 100 tys. osób, które nas lubią na Facebooku, wpłaciło po złotówce miesięcznie, nie musiałabym się martwić – wzdycha Scarlett. Ale tak nie jest. Na razie ma zamożnych znajomych, od których pożycza pieniądze i oddaje bez procentu.

A jeśli Wszechmogący nie pójdzie na układ? – Będę dalej ciężko pracować – odpowiada Scarlett. – I tylko jednego się boję. Że pewnego dnia zabraknie mi sił.

  1. Kultura

Kobieta idzie na wojnę - film o kobiecie, która wywraca system do góry nogami

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Kobieta idzie na wojnę" (materiały prasowe)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
„Kobieta idzie na wojnę” to niesamowita opowieść o kobiecie, która w obronie środowiska naturalnego wypowiedziała wojnę potężnemu koncernowi. Film podbił dziesiątki festiwali na całym świecie i zachwycił samą Jodie Foster, która wykupiła prawa do amerykańskiego remake'u filmu.

„Kobieta idzie na wojnę” to niesamowita opowieść o kobiecie, która w obronie przyrody wypowiada wojnę potężnemu koncernowi. Film podbił dziesiątki festiwali na całym świecie i zachwycił samą Jodie Foster, która wykupiła prawa do amerykańskiego remake'u filmu.

Halla mieszka w małym islandzkim miasteczku i na co dzień jest dyrygentką lokalnego chóru. Nikt nie podejrzewa, że zawsze uśmiechnięta i pełna pozytywnej energii Halla po godzinach prowadzi drugie życie. Ukrywając się pod pseudonimem „Kobieta z Gór”, niczym superbohaterka wypowiada walkę potężnemu koncernowi, który zagraża środowisku naturalnemu Islandii.

Kadry z filmu 'Kobieta idzie na wojnę'. (Fot. materiały prasowe) Kadry z filmu "Kobieta idzie na wojnę". (Fot. materiały prasowe)

"Kobieta idzie na wojnę" to drugi film Islandczyka Benedikta Erlingssona, reżysera filmu „O koniach i ludziach”, zdobywcę wielu nagród w tym za najlepszy debiut reżyserski na MFF w San Sebastian i 5 Nagród Edda.

„Kobieta idzie na wojnę” to kolejna produkcja Erlingssona, która zachwyciła nie tylko publiczność, ale również środowisko filmowe. W ubiegłym roku  film zdobył Nagrodę Stowarzyszenia Autorów, Reżyserów i Kompozytorów (SACD) na festiwalu w Cannes, a następnie został uznany za Najlepszy Europejski Film Roku, wygrywając Nagrodę Lux. Występująca w głównej roli Halldóra Geirharðsdóttir była nominowana do nagrody dla Najlepszej Europejskiej Aktorki, konkurując z Joanną Kulig.

Zachwycona filmem "Kobieta idzie na wojnę" jest też amerykańska aktorka i reżyserka Jodie Foster. Kupiła prawa do amerykańskiego remake'u i zadeklarowała, że sama go wyreżyseruje i wcieli się w główną rolę.

Zafascynowała mnie ta bohaterka. To silna kobieta, która walczy o środowisko i potrafi zaryzykować wszystko, żeby postąpić tak, jak uważa za słuszne.
– stwierdziła Foster. Amerykańska gwiazda doceniła też obecny w filmie „fascynujący miks humoru i emocji”.

Kadry z filmu 'Kobieta idzie na wojnę' (Fot.materiały prasowe) Kadry z filmu "Kobieta idzie na wojnę" (Fot.materiały prasowe)

Film polecamy nie tylko z uwagi na ważki temat, jakim jest ochrona przyrody. Wyjątkowe wrażenie zrobiła na nas główna bohaterka - silna, zdeterminowana kobieta, gotowa poświęcić wszystko w imię wyznawanych wartości. Absolutnie zachwycające są też pejzaże Islandii, piękno przyrody wyspy zostało w filmie pokazane na tyle sugestywnie, że po projekcji ma się ochotę natychmiast polecieć na Islandię i  zobaczyć na własne oczy te szarozielone przestrzenie spowite we mgle.

Film został objęty patronatem miesięczników "Zwierciadło" i "Sens".

'Kobieta idzie na wojnę', plakat filmu (materiały prasowe) "Kobieta idzie na wojnę", plakat filmu (materiały prasowe)