1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Wyszła z anoreksji, została terapeutką. Rozmowa z byłą modelką Kają Funez-Sokołą

Wyszła z anoreksji, została terapeutką. Rozmowa z byłą modelką Kają Funez-Sokołą

Kaja Funez-Sokoła przeszła przez piekło anoreksji, teraz pomaga innym z niej wyjść (Fot. Aleksandra Loska)
Kaja Funez-Sokoła przeszła przez piekło anoreksji, teraz pomaga innym z niej wyjść (Fot. Aleksandra Loska)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Okładki pism, popularność, świat wielkich pieniędzy, ale też piekło anoreksji i balansowanie na krawędzi – modeling pokazał jej obie twarze. Teraz kaja jest terapeutką uzależnień i pracuje z nastolatkami. mówi im, że trzeba mieć w życiu cel, ale zawsze warto przygotować sobie wyjście awaryjne.

Okładki pism, popularność, świat wielkich pieniędzy, ale też piekło anoreksji i balansowanie na krawędzi – modeling pokazał jej obie twarze. Teraz Kaja jest terapeutką uzależnień i pracuje z nastolatkami. mówi im, że trzeba mieć w życiu cel, ale zawsze warto przygotować sobie wyjście awaryjne.

Przeszłaś długą drogę – od nastolatki chorej na anoreksję do osoby, która z chorymi na anoreksję pracuje. Jaki był tej drogi początek? Byłam dzieckiem puszystym. Wyśmiewanym. Zakompleksionym tak, że nie chciałam chodzić do szkoły. Kiedy miałam 13 lat, dostałam anginy. Obłożone gardło, nie mogłam nic jeść przez dwa tygodnie. I bardzo schudłam. Wyładniałam. Mama i siostra zrobiły mi wtedy zdjęcia i wysłały na konkurs do agencji modelek D’vision i francuskiego oddziału Next. 

To miał być lek na kompleksy? Chyba nie, dla mamy, pięknej kobiety, uroda była po prostu ważna. Dla mnie stała się narzędziem pracy, ale właściwie nigdy do końca komfortowo się ze swoim wyglądem nie czułam. Na pewno w dużej mierze to sprawa urazu z dzieciństwa. Zewnętrznie się zmieniłam, ale w środku nie bardzo. 

Sukcesy cię nie przekonały? Modeling, który wydaje się fabryką pięknych dziewczyn, wcale tak nie wygląda. Wyobraź sobie piękną kobietę w przeciętnym tłumie – każdy zwróci na nią uwagę. Ale na castingach takich kobiet jest 200, czasem 300. I jak jesteś wśród nich, tracisz pewność siebie. Bo wszystkie są atrakcyjne, wszystkie też się porównują. Do tego dochodzi osąd ludzi z branży, wyrażany często dość brutalnie. Jeśli dojrzała kobieta usłyszy, że ma grube uda czy krzywy nos, to sobie z tym poradzi, bo wie, że ma inne wartości, które są dla niej ważne. Nastolatka może się załamać. 

Ty się załamałaś? Choroba dopadła mnie szybko, na samym początku kariery. Najgorszy czas to były lata między 14. a 16. rokiem życia. Szybko zaczęłam pracować. Byłam młoda, świeża, robiłam duże kampanie za granicą. W Polsce miałam okładki w magazynach – „Uroda”, „Votre Beaute”, „Elle”, „Sukces”. Świat mody zachłystuje się nowymi osobami, stajesz się popularna. Na zewnątrz wyglądało to fajnie, ale ja w środku czułam, że coś nie gra. Nie przystawałam do tego świata. Byłam dziewczyną, która lubiła poezję, romantyczką, w dodatku zależało mi na szkole, a to wszystko trudno było połączyć. 

Do takiego łączenia trzeba chyba sporo siły i dyscypliny? Tak. Czasem trzy razy w tygodniu latałam z Warszawy, gdzie pracowałam, do Wrocławia, gdzie mieszkałam, na zaliczenia przedmiotów, na klasówki, w liceum miałam indywidualny tok nauki, inaczej nie dałabym rady. Tak było przez pierwsze dwa lata, potem tych wyjazdów było więcej i więcej... Schudłam wtedy bardzo. Za bardzo. Ponieważ kiedyś byłam grubaskiem z kompleksami, nigdy nie byłam dla siebie wystarczająco szczupła. A agencje naciskały: jeszcze trochę, jeszcze schudnij. Mam szeroki rozstaw kości biodrowych, więc choć byłam już naprawdę wychudzona, nie robiłam takiego wrażenia. 

Najgorszy był wyjazd do Tokio. Miałam 15 lat. Obce miasto, obcy świat. Musiałyśmy same sobie radzić, same jeździć na castingi i do pracy. To mnie przerosło. Codziennie dzwoniłam do mamy, czułam się strasznie. Wtedy w ogóle nie mogłam jeść ze stresu. Wróciłam wykończona. Nasza sąsiadka, lekarka, zorientowała się, co się dzieje. Powiedziała mi: „Albo idziesz do szpitala, albo tyjesz co najmniej trzy kilogramy”. 

Mama tego nie widziała? Rodzice często długo nie widzą. Może nie chcą dopuścić do siebie myśli, że z dzieckiem jest źle. To jakiegoś rodzaju wyparcie. 

Przytyłaś? Tu dobrze widać, jak działa umysł osoby chorej. Lekarka mówi: „Musisz jeść, bo umrzesz”. A ja myślę: „Nie mogę się dać zamknąć w szpitalu, bo wypadnę z rynku. To utyję teraz te trzy kilo, a potem zrzucę i będzie w porządku”. 

Nie przestraszyłaś się? Lekarka powiedziała mi, że to choroba śmiertelna, że mogę któregoś dnia upaść i nie wstać. Zresztą miałam taką przygodę: zemdlałam na ulicy przed jadącym samochodem, sekundy dzieliły mnie od śmierci. Ale nie czułam strachu. Byłam zagubiona. Z jednej strony widziałam, że garściami wypadają mi włosy, że skórę mam jak pergamin, że to nie wygląda dobrze, a z drugiej – potwornie bałam się przytyć. W gruncie rzeczy cały czas balansowałam na krawędzi. Na granicy życia i śmierci. Między pracą a zatraceniem. To były niszczące dwa lata. Potem się poprawiło, ale dopóki nie wyszłam z modelingu, mój kontakt z jedzeniem nie był zdrowy. 

Jak to się dzieje: patrzysz w lustro, widzisz szkielet i jednocześnie nie widzisz? No właśnie, jak? Przeżyłam to, potem zdobyłam wykształcenie psychologiczne, pracuję z osobami z zaburzeniami odżywiania i nie, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Psychologia też nie potrafi. Dziewczynom z anoreksją robi się test: mają narysować siebie. I rysują kogoś innego. Grubszego, większego. Zaburzona percepcja jest w tę chorobę wpisana. Innych też widzą nieprawdziwie. O kimś przeciętnej tuszy mówią: „O Boże, jaki grubas!”. Czasem organizowane są kampanie przeciw anoreksji. Na billboardach przerażająco chude dziewczyny, widać, że na granicy życia i śmierci – a anorektyczki piszą na swoich forach: „To ideał!”. 

I z tobą tak było: patrzyłaś w lustro i widziałaś inną siebie? W ostatnich momentach choroby wiedziałam, że jestem za szczupła, ale potwornie bałam się przytyć. Ten strach zaburzał mi ogląd rzeczywistości. W dodatku cały czas dostawałam sprzeczne sygnały. Byłam potwornie chuda, w agencjach mówili: „Super”. Ubrania świetnie na mnie wyglądały, to było najważniejsze. Przyszedł w końcu taki moment, kiedy powiedzieli: „OK, więcej nie chudnij”, ale wcale nie tak łatwo utrzymać balans. Kiedy przed sesją czy pokazami wiedziałam, że muszę być, jak mówili w agencji, w superformie, czyli bardzo chuda, po prostu nie byłam w stanie jeść. I w nocy budziłam się przerażona, bo śniło mi się, że zjadłam cały tort. 

Takie miałaś koszmary? Tak. Alkoholik budzi się czasem na suchym kacu przerażony, że wypił trzy butelki piwa, a anorektyczka – że zjadła tort. 

Jak rodzi się anoreksja, jakie bywają źródła problemu? Są trzy grupy przyczyn: rodzinne, społeczne i indywidualne. Często, choć, oczywiście, nie zawsze, choroba ma źródło w trudnych relacjach z matką. Kiedy matka jest dominująca, zimna, nadmiernie kontrolująca, oceniająca. I córka ma potrzebę przejęcia kontroli nad jednym choćby obszarem życia. Bywa, że to jest właśnie jedzenie. 

Co powinno nas alarmować? Nadmierne skupienie na jedzeniu, a jednocześnie niechęć do jedzenia posiłków z rodziną. Smutek, apatia albo odwrotnie – wybuchowość. Wycofanie się z relacji towarzyskich. Izolacja od rodziny i przyjaciół. I, to jasne, drastyczna utrata wagi. 

Co robić? Rozmawiać. Okazywać miłość, akceptację. Mówić o tym. Konieczna jest też psychoterapia – nie tylko dziewczyny. Cała rodzina musi się sobie przyjrzeć. To bywa niełatwe, ale ważne. 

Anoreksję można wyleczyć? Tak do końca? Czy tak jak jest niepijący alkoholik, jest i jedząca anorektyczka? Można, ja z tego wyszłam. Choć w gruncie rzeczy bliższy jest mi pogląd, że raczej tę chorobę oswajamy. Zawsze coś się w nas tli, może być tak, że jakaś iskra znowu to ognisko rozpali. Poważny stres, trauma – i proces uruchamia się od nowa. 

Gadałaś o tym, co przeżywasz, z mamą, z siostrą? Nie, u mnie w rodzinie o problemach się nie rozmawiało, nie było przyzwolenia na okazywanie słabości. Poza tym winiłam siebie, bałam się, że to ze mną dzieje się coś nie w porządku. 

Czułaś się winna, że teoretycznie masz cudowne życie, a nie potrafisz się nim cieszyć? Właśnie tak. Po maturze zrobiłam sobie rok przerwy. Byłam wtedy w Nowym Jorku. Lubiłam to miasto, no i się zakochałam. Mój pierwszy poważny związek zaczął się, kiedy miałam 16 lat. Związałam się z mężczyzną o 20 lat starszym. I bardzo bogatym. Zaręczyliśmy się, trwało to trzy lata. Żyłam w świecie wielkich pieniędzy. Prywatne samoloty, najdroższe hotele, ochroniarze, którzy przez te trzy lata chodzili za mną krok w krok. Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Nowego Jorku, mieszkałam w malutkim mieszkaniu z czterema innymi modelkami. Z Aleksem przez kilka miesięcy w Four Seasons... Wiedziałam, że moja mama zarabia miesięcznie tyle, ile on jednego dnia wydaje na buty. Trudno mi to było ogarnąć, złapać dystans do tych pieniędzy i tego, co się dzieje w moim życiu. 

Ale było ci chyba dobrze i wygodnie? Z jednej strony tak. Z drugiej – wiedziałam, że to nie jest normalne życie, i miałam świadomość, że na dłuższą metę tego nie chcę. Fajnie, zabawa, a w środku pustka. Kiedy teraz wracam do swoich pamiętników, jestem przerażona: strona po stronie smutek. Czasem dobre momenty: zrobiłam okładkę, kupiłam mieszkanie – ale na co dzień depresja. 

Chciałam iść do szkoły aktorskiej w Nowym Jorku, ale narzeczony powiedział „nie”. Mówił mi: „Jak lubisz pokazy, to możesz oglądać je z widowni”. A ja chciałam i chodzić na wybiegu, i siedzieć w pierwszym rzędzie. Rozstaliśmy się. Na szkołę aktorską zabrakło mi pieniędzy. Miotałam się, w końcu postanowiłam pojechać́ do Polski i zacząć studia. Dostałam się na psychologię, ale po roku wzięłam urlop dziekański i wróciłam do Stanów. Zatęskniłam za tamtym życiem. 

W żadnym ze światów nie czułaś się dobrze, ale każdy z nich w jakiś sposób cię pociągał? Tak. Byłam ambitna. Ciągnęło mnie do świata filmu, napisałam scenariusz, zrobiliśmy ze znajomym fotografem film, który odniósł sukces na tamtym niezależnym rynku. Ale potem napisałam kolejne scenariusze i one przepadły. Kroplą, która przelała czarę goryczy, był związek z aktorem, wielokrotnie nominowanym do Oscara. Przeniosłam się na trochę do Los Angeles, chciałam wrócić do szkoły, ale zabrakło na to miejsca przy jego sukcesach. Ten etap odebrałam jako porażkę. Postanowiłam wrócić do Polski. Modeling nigdy nie był dla mnie celem, w pewnym momencie zaczął mnie wręcz przerażać. Dziewczyny, które cały czas chudły, które rozmawiały tylko o jabłkach i sałacie, no i o imprezach, nie mogłam tego wytrzymać. Zrezygnowałam. Miałam 23 lata i byłam wrakiem. 

Ale jednak zaczęłaś nowe życie. Tak. Wiedziałam, że nie ma wyjścia. Albo podejmę drastyczne kroki, żeby wyjść na prostą, albo... Samobójstwo było dla mnie wtedy całkiem realnym rozwiązaniem. Narzuciłam sobie dyscyplinę jak sportowiec, który przygotowuje się do olimpiady. Perfekcjonizm, który w anoreksji tylko pogłębia chorobę, teraz pomógł. Najważniejsze było dla mnie zrealizowanie planu. Choć kiedyś miałam do zdania 20 egzaminów w sesji... 

Pracę magisterską pisałaś o modelingu. Wybór tematu był oczywisty? Nie. Promotorka mi to zaproponowała. „Kaja, jesteś w tym świecie naszą wtyczką, wykorzystajmy to, zróbmy coś, co pomoże innym”. Ja myślałam: „O nie, znowu ten cholerny modeling, nie chcę do tego wracać...”. 

Nie miałaś poczucia misji? Wtedy jeszcze nie. To rosło stopniowo. Kiedy widziałam, jak dziewczyny się przede mną otwierają, zrozumiałam, że faktycznie mogę zrobić coś sensownego właśnie dlatego, że przeżyłam to, co przeżyłam. 

Teraz potrafisz patrzeć na modeling bez emocji? Staram się... Choć bywa to trudne. Kiedy robiłam badania do pracy magisterskiej, 75 procent przebadanych przeze mnie modelek przyznało, że były namawiane przez agencje do rygorystycznych diet i strofowane, że są za grube, przez co występowały u nich zachowania kompensacyjne, żeby zrzucić wagę, czyli albo wymioty, albo obsesyjne ćwiczenia. Mam też swoje prywatne obserwacje i doświadczenia. Ale kiedy jest się w branży, nie da się otwarcie mówić o trudnych sprawach, dziewczyny boją się, że stracą pracę. Zresztą kiedy jedna modelka powie drugiej: „Widzę, że masz problemy z odżywianiem, może powinnaś więcej jeść”, a obie startują w tych samych castingach, to tamta pomyśli: „Wiem, co robisz – chcesz, żebym przytyła i nie dostała pracy”. 

Pracujesz jako terapeutka uzależnień, chodzisz na spotkania w szkołach. Jakie są reakcje? Super. Dziewczyny – ale coraz częściej i chłopcy – otwierają się, opowiadają własne historie. Ważne dla nich jest to, że z tego wyszłam. Że widzą kogoś, komu się udało. Mówię im otwarcie o pracy w modelingu. Wiem, że dużo dziewczyn o tym marzy i absolutnie nie o to mi chodzi, żeby je zniechęcać. Ale zawsze mówię jedno: „To cholernie ważne, żeby mieć plan B”. 

A jak się jest wysoko na modelingowej drabince, jest na ten plan B czas i przestrzeń w głowie? Musi być. Tego nie wolno odpuszczać. Pamiętam, ile czasu trwałam w samotnej depresji, w rodzaju obezwładnienia. Ile mnie to kosztowało. Nawet jak się chce zostać w tym świecie, to są inne drogi poza chodzeniem na wybiegu. Można uczyć się fotografii, można pisać o modzie. Kariera w modelingu? To tak, jakbym powiedziała: „Daję sobie teraz pół roku na to, żeby wygrać w totka i zostać milionerką”. Są szanse, ale raczej małe. Na tysiące dziewczyn, które próbują, wybija się może sto... 

Czy w anoreksji jedzenie smakuje? Nie. Nie ma żadnego smaku. Jedzenie to ciągłe rozdarcie: czy to dobrze, że jem, czy źle. I ciągłe wyrzuty sumienia. I te sny – niby wiesz, że nie jadłaś, ale podświadomość mówi ci co innego. Spotkania ze znajomymi też są stresujące. Jedzenie staje się koszmarem, a koszmar przyjemności nie daje. 

Teraz czujesz smaki? Jedzenia i życia? Tak. Długo walczyłam o to, żeby życie nabrało kolorów, ale udało mi się. Od trzech lat jestem mężatką. Spotkałam swoją bratnią duszę – Sebastiena. Jestem z nim i sama z sobą szczęśliwa. Bliska jest mi maksyma Junga: „Nie jestem tym, co mnie spotkało. Jestem tym, kim wybrałem być”.

Kaja Funez-Sokoła , przez wiele lat była modelką. Brała udział w pokazach na całym świecie, jej zdjęcia pojawiały się w prestiżowych magazynach, m.in. „V Magazine”, „Vogue’u”, „Harper’s Bazaar”. Dziś pracuje jako psycholog kliniczny, psychoterapeuta uzależnień. Robi doktorat z psychiatrii. Jest członkinią Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Depresja u osób starszych - czy to zjawisko normalne?

- Starość trzeba przyjąć bez paniki, ze spokojem, tak jak gościa – czasem może kłopotliwego, ale takiego, którego muszę przyjąć. Pomstując, rozpaczając, roszcząc pretensje do ludzi i świata tylko pogorszymy swój stan - mówi Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
- Starość trzeba przyjąć bez paniki, ze spokojem, tak jak gościa – czasem może kłopotliwego, ale takiego, którego muszę przyjąć. Pomstując, rozpaczając, roszcząc pretensje do ludzi i świata tylko pogorszymy swój stan - mówi Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Czy stany depresyjne u ludzi w podeszłym wieku są czymś normlanym? „Absolutnie nie!” – protestuje dr Ewa Woydyłło. „Jesień życia może być kolorowa”. 

Często słyszymy: „starość się Bogu nie udała”. Czy pani też tak uważa? Bogu wszystko się udało, także starość, tylko człowiek zaczyna to poprawiać. Gdyby nie ingerencja medycyny, to tylko bardzo zdrowi ludzie dożyliby później starości. Wtedy nie obserwowalibyśmy tylu niezdolnych już do samodzielności staruszków. Ale my odkryliśmy sposoby na przedłużanie życia – mamy lekarstwo na każdą infekcję, schorzenie... Drzewo wiadomości dobrego i złego w przypowieści o Adamie i Ewie jest w jakimś sensie odpowiedzią na to, co człowiekowi tak bardzo się teraz nie podoba. To skutek tego, że Adam skusił się na to jabłko...

Ale starość jest smutna, bo wiąże się z nią wiele różnych dolegliwości i ograniczeń... No tak, ale byłoby ich znacznie mniej, gdybyśmy pozwalali człowiekowi odchodzić w sposób naturalny, a my często przeciągamy czyjeś życie aż do degeneracji komórek, które nie mają przecież zdolności do wiecznego funkcjonowania.

Ludzie w podeszłym wieku, we wspaniałej formie, i fizycznej, i psychicznej, się zdarzają, ale to statystyczna rzadkość. Większość ludzi, którzy dożywają dziś 90 czy więcej lat, zawdzięcza to medycynie. Obecna średnia życia to efekt pomocy medycznej, bo biologicznie człowiek nie zmienił się aż tak bardzo od tysięcy lat.

Bliscy osoby starszej, która wpada w stany depresyjne, mówią nieraz: „w tym wieku to normalne”. Czy rzeczywiście objawy depresji u seniorów są naturalnym odruchem psychicznym? Absolutnie nie! Jeśli nawet przychodzą lękowe chwile, to są to tylko chwile. A chwila, nawet przykra, przerażająca... – przemija. To nie depresja. Z depresją jest zresztą tak, że częściej dotyka ludzi około 60. niż później. W tym bowiem okresie życia umiera wielu ich znajomych, bliskich lub najbliższych, a to przygnębia, czasem nawet załamuje. Ale przecież dwudziestolatek, który traci kogoś kochanego, też bardzo to przeżywa. Więc są to sprawy uniwersalne, niezależne od wieku. Z tą tylko różnicą, że u osób w podeszłym wieku te straty się kumulują.

W wieku 60 lat większość kobiet przechodzi na emeryturę, i starsi o 5 lat mężczyźni – czy to nie powód do apatii, przygnębienia...? Z przejściem na emeryturę jest jak z każdą zmianą – jeśli była wyczekiwana, to jest szczęściem. Osoby, które pragnęły uwolnić się od kieratu pracy zawodowej, wreszcie robią to, na co wcześniej nie miały czasu – zajmują się wnukami, pielęgnują ogródki, podróżują, czytają książki... One czekały na tę wolność i smakują ją jak truskawki z bitą śmietaną.

Czy zawsze smakują? Znam takie osoby, które też niby czekały na emeryturę, a kiedy przestały pracować zawodowo, wpadły w czarną dziurę. Jeśli „niby” czekały, to ja nie będę zgadywać, ale jeżeli ktoś naprawdę czeka, to może przez chwilę nie potrafić znaleźć sobie miejsca, ale wkrótce wypełnia wolną przestrzeń tym, co wcześniej było w jego życiu na drugim planie. Takie osoby nie zapadają w depresję.

Znakomicie pokazuje to film „Schmidt” Alexandra Payne’a z Jackiem Nicholsonem w roli 66-letniego emeryta. Pan Schmidt osiągnął sukces w zawodzie – w dniu przejścia na emeryturę firma zorganizowała mu pożegnalny benefis. Miał kochaną żonę, ustawioną życiowo córkę, wiernych przyjaciół, pełne konto w banku..., a jednak poczuł się wyrzucony na aut, zbędny. Wcisnął się w szlafrok i bezmyślnie przerzucał kanały telewizyjne. Nic go nie cieszyło. Kiedy rok później umarła mu nagle żona, wpadł, jak to pani mówi, w czarną dziurę. Ale potem wyruszył w podróż i zaczął uczyć się nowego życia. Bo każda zmiana wymaga nauczenia się nowych rzeczy.

Ale trzeba mieć do tego chęć. W tych sprawach to nie nazywa się „chęć”, a raczej „pokora”. Jeśli życie nas przerasta, trzeba do pewnych spraw podejść z pokorą, dostosować się, zaakceptować to, co jest, zmienić pewne nawyki...

Oczywiście, ze starości nie ma się co cieszyć, pojawia się świadomość, że niedługo zgasną światła, a podoba mi się w tym cyrku – więc zawsze towarzyszy temu uczucie pewnego żalu. Ale przecież wiadomo, że kiedyś te światła zgasną. Starość trzeba przyjąć bez paniki, ze spokojem, tak jak gościa – czasem może kłopotliwego, ale takiego, którego muszę przyjąć. Pomstując, rozpaczając, roszcząc pretensje do ludzi i świata tylko pogorszymy swój stan. Lepiej większą uwagę skierować na innych i zapytać siebie: „Co ja jeszcze mogę KOMUŚ po sobie zostawić?” – to może być wnuczek, sąsiadka, kościół, do którego będę codziennie chodzić i podlewać kwiaty.

Wielu ludziom bardzo trudno przychodzi jednak zaakceptowanie zmian i ograniczeń związanych ze starością. Niektórym ludziom trudno zaakceptować cokolwiek, nawet gdy mają 20 lat. Jak się dobrze rozejrzymy, to zobaczymy tyle samo przygnębionych i zgorzkniałych trzydziestolatków, co ludzi starszych. To nie przychodzi tylko z końcem życia. Jeśli ktoś nie potrafił zaakceptować utraty jakiegoś życiowego daru, jak miał 20 lat, to trudno mu przyjdzie to zrobić także wtedy, gdy będzie mieć 115.

Nie tylko ciało się starzeje, mózg także... To zasmuca, ale między „zasmuca” a „wpadam w depresję” jest ocean różnicy. Kogoś zasmuca na przykład to, że nie może już jeździć na nartach, że nie urodzi dziecka..., ale może jeszcze przeczytać książkę, pójść na koncert, zrobić pyszne konfitury z wiśni, może zrobić wiele rzeczy, by sprawić sobie radość. Bywa, że człowiek jest smutny, przygnębiony, bez względu na to, czy pracuje, czy nie. Bo dużo zależy od charakteru, osobowości – jedni są bardzo otwarci na nowe, inni zamknięci.

Często, kiedy prowadzę samochód, włączam sobie płytę z balladami Bułata Okudżawy – w jednej śpiewa, że człowiek mądry, rozumny lubi się uczyć, jest ciekawy nowych rzeczy, a durak lubi pouczać, uważa się za najmądrzejszego, myśli, że wszystko wie najlepiej, niczego nie musi się już uczyć, jest zamknięty na inność, na zmiany – to osoba zastygła. I dla duraków starość jest najgorsza.

... zrzędliwa, uparta, złośliwa, oskarżająca, roszczeniowa? Tak, bo do starości trzeba się też przygotować, trzeba się jej nauczyć, tak jak uczymy się prowadzić samochód. Jeśli ktoś wchodzi w nową sytuację kompletnie nieprzygotowany, to niech się nie skarży, że sobie z nią nie radzi.

Usłyszałam kiedyś od mocno starszego pana: „Dopóki fakt, że żyję, obchodzi choć jedną osobę, nie jestem bezwartościowy”. Był bardzo pogodnym staruszkiem. Samotność, poczucie, że się jest już nikomu niepotrzebnym bolą chyba najbardziej... To prawda. Ale samotność towarzysząca starości wynika często z tego, że odeszli bliscy, dzieci powyjeżdżały w świat albo w ich sercach brak miejsca dla rodziców... Czy z tego powodu mamy siedzieć i narzekać? Nie! Trzeba poszukać innego rozwiązania. Jeśli nie ma przy nas tych, których byśmy chcieli, to szukamy sobie innych. Bo najlepsze na samotność są spotkania z ludźmi.

Kiedyś przyszła do mnie córka ze swoją matką staruszką, która na wszystko narzekała, wszystkim miała coś za złe, chodziła przygnębiona i nieszczęśliwa. Dziewczyna zapytała mnie, co może dla tej matki zrobić. Pomoc, jaką w takich przypadkach staram się wyczarować, polega na tym, że zadaję takiej zgorzkniałej kobiecie dwa pytania: „Niech mi pani powie, czy lubi pani ludzi, którzy są wciąż ze wszystkiego niezadowoleni? Czy pani chętnie spotykałaby się z kimś, kto wiecznie narzeka i ma o wszystko pretensje?”. Czasami trzeba najpierw spojrzeć na siebie, zanim zacznie się narzekać i krytykować innych. Kiedy odwiedzą nas dzieci czy wnuki, to zamiast mówić, jacy to wszyscy wokół są okropni, trzeba zapytać, co u nich słychać, upiec pyszne naleśniki z konfiturą, zaśpiewać wnukowi starą piosenkę, najlepiej sprośną... Wtedy młodzi chętnie będą mamę czy babcię odwiedzać.

Czy przyczyn stanów depresyjnych u osób starszych nie należy również upatrywać w niezdrowym trybie życia? Oczywiście, szczególnie w braku ruchu, a im mniejsza aktywność fizyczna, tym szybciej słabnie sprawność biologiczna. W tym okresie ten ruch siłą rzeczy może nie być intensywny, ale przecież nikt nie każe staruszkom biegać maratonów. Zamiast siedzieć przed telewizorem, powinni jak najwięcej spacerować, co najmniej 2 godziny dziennie, ale nie pomiędzy straganami czy w supermarketach, tylko na świeżym powietrzu, w otoczeniu zieleni, nawet w deszczu, kaloszach i pelerynie. Każdego dnia pamiętać, żeby nie zastygać.

Często podróżuję po świecie i obserwuję starych ludzi. W Kalifornii z zachwytu oczu nie mogłam oderwać od grupy staruszków, którzy każdego poranka w białych luźnych strojach i tenisówkach ćwiczyli w parku tai chi. Potem wsiadali do busa i jechali na wegetariański lunch, wieczorem do muzeum czy na koncert. Ale w Stanach starych ludzi nie nazywa się „old”, tylko „senior cityzen”, czyli „obywatel senior”, i organizuje się dla nich różne zajęcia, spotkania, wyjazdy... oni cały czas są w jakiejś grupie. U nas też już coraz więcej robi się dla osób po 60., ale wciąż za mało jest miejsc, gdzie mogliby wspólnie spędzać czas.

Czyli zamiast depresanta – spacer, tai chi, taniec... Tak, to najlepsze lekarstwo. Wie pani, kto ma najgorszą starość? Osoby, które osiągając późny wiek, oglądają się za siebie, a tam nie ma nic pięknego. Każdy z nas posiada skarbnicę, która nazywa się pamięcią – i jak ten skarbiec jest pusty albo pełen cuchnących śmieci, z którymi trzeba dalej żyć, to te stare lata rzeczywiście są straszne. Dlatego przez całe swoje życie zbierajmy piękne wspomnienia. Jak będziemy pięknie żyć, to i jesień życia będzie kolorowa.

  1. Styl Życia

Masaż dźwiękiem - moc wibracji

Joanna Przybyła terapeutka holistyczna, specjalizuje się w terapiach dźwiękiem wykorzystujących uzdrawiające wibracje mis, gongów i sonory. (Fot. Michał Klusek)
Joanna Przybyła terapeutka holistyczna, specjalizuje się w terapiach dźwiękiem wykorzystujących uzdrawiające wibracje mis, gongów i sonory. (Fot. Michał Klusek)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Fale dźwiękowe wprawiają nasze ciało w wibracje, które uwalniają napięcia, relaksują, regenerują i poprawiają nastrój. Najlepsze efekty przynosi masaż w sonorze – specjalnie do tego celu zbudowanej kapsule dźwiękowej. Sesja w sonorze to niezwykłe (zaryzykowałabym nawet określenie – duchowe) doznanie.

Sonorę trudno jest zdefiniować. Mówi się, że to instrument terapeutyczny, kapsuła dźwiękowa, portal. Jak powstało to wyjątkowe urządzenie? Czeski lutnik, muzyk i multiinstrumentalista Jan Rosenberg pragnął skonstruować instrument, do którego można wejść. Chciał, by wibracje dźwięków dało się odbierać całym ciałem. W latach 90. zbudował sonarium – tubę z ławką w środku i 28 strunami. Później modyfikował instrument, aż powstała sonora, czyli tuba z najwyższej jakości drewna rezonansowego z wysuwaną na szynach ławą i 56 strunami. Osoba, która przychodzi na sesję, kładzie się na drewnianej ławie, otulam ją kocem i wsuwam do środka instrumentu. A potem zaczynam poruszać strunami. Rosenberg w pracy inspirował się monochordem, którego stworzenie przypisuje się Pitagorasowi, oraz pitagorejskim podziałem harmonicznym, o którym mówi się, że to rodzaj kosmicznego klucza, boska proporcja. Sonora wydaje dźwięk o częstotliwości 64 herców, więc mieści się w spektrum wibracji o właściwościach leczniczych (od 40 do 80 herców).

Można powiedzieć, że działa jak muzykoterapia? Sesja absorbuje na dwóch płaszczyznach, słuchamy dźwięków i odczuwamy wibracje. Mamy tu więc do czynienia z muzykoterapią, która równoważy emocje, pomaga docierać do podświadomości. Ale mamy też wibroakustykę, która wpływa na ciało jak fizjoterapia, w sposób energetyczny. Takie połączenie pozwala spontanicznie osiągnąć głęboki stan relaksu, jak w medytacji.

W Niemczech i Austrii terapia dźwiękiem z wykorzystaniem na przykład mis dźwiękowych jest refundowana przez tamtejsze fundusze zdrowia i stosowana w placówkach medycznych, psychoterapeutycznych czy pedagogicznych. U nas nadal jest to postrzegane jako ezoteryka. Jest coraz więcej badań z dziedziny wibroakustyki potwierdzających jej korzystny wpływ na nasz organizm. Wibracje wędrują przez wszystkie tkanki, mięśnie, nerwy, kości, docierając do każdego miejsca w ciele. Okazało się, że odpowiednio dobrane fale dźwiękowe poprawiają pracę komórek, przyspieszają metabolizm, rozszerzają naczynia włosowate, dotleniając wszystkie organy. Działanie dźwięku przyczynia się także do niwelowania bólu, przyspiesza regenerację tkanek, zmniejsza napięcie mięśni. Terapię dźwiękiem z powodzeniem stosuje się u osób ze spastycznym porażeniem mięśniowym i porażeniem mózgowym, chorobą Parkinsona, stwardnieniem rozsianym – wibracje redukują napięcia mięśniowe i poprawiają funkcje motoryczne. Pomaga w przypadku bezsenności czy przy chorobach autoimmunologicznych, ponieważ działa tonująco na wegetatywny układ nerwowy i autoimmunologiczny. Gdy głęboko się rozluźniamy, uruchamiają się mechanizmy samouzdrawiające. Nie twierdzę, że sonora zastąpi tradycyjną medycynę, ale jest świetnym narzędziem wspomagającym.

Podobno poszczególne fale dźwiękowe pozytywnie wpływają też na psychikę – zmniejszają poziom stresu, odczuwanego lęku, zwiększają motywację do życia. To prawda, sonora daje możliwość pracy z emocjami, pozwala uwalniać traumy. Wibracje instrumentu pomagają wyciszyć umysł krytyczny i rozluźnić ciało. To daje subtelne, nienamacalne korzyści. Gdy chcemy pracować z emocjami, idealnie jest, jeśli człowiek potrafi odnaleźć je w ciele. Wielu ludzi jest zablokowanych na tym poziomie. Wiedzą, że są smutni albo że się boją, ale nie są w stanie odnaleźć tego w ciele, powiedzieć, gdzie emocja jest uwięziona. Wibracje sonory pozwalają poczuć swoje ciało, skierować uwagę do wnętrza. To dobry punkt wyjścia do dalszej pracy.

Dla każdego gra pani tak samo? Wszystkie struny są w jednym dźwięku, nie ma tu chwytów, strojeń, więc nie można zagrać melodii. W pewien intuicyjny sposób dobieram jednak metodę grania do osoby. Przede wszystkim staram się wprowadzić pacjenta w bezpieczną i komfortową przestrzeń, dopasować sesję do potrzeb danej osoby. Robię to intuicyjnie. Sonora najczęściej wybrzmiewa nieprzerwanym jednostajnym dźwiękiem. Jednak oprócz tonu podstawowego mamy składowe harmoniczne, bardzo dobrze słyszalne, więc muzyka w odbiorze jest wielopoziomowa i przestrzenna. Dźwięk można porównać do transowego brzmienia instrumentów etnicznych, na przykład didgeridoo.

Czym różni się sesja w sonorze od masażu misami tybetańskimi? Grałam na misach i gongach, praktykowałam metodę pracy dźwiękiem Petera Hessa, niemieckiego fizyka, który badał misy i ich wpływ na człowieka. Różnica jest taka, że misy w czasie zajęć grupowych są w jednym miejscu i dźwięk rozchodzi się po całej przestrzeni. Gdy pracujemy z misami na ciele, to dotykamy ich, a one wybrzmiewają i milkną. W sonorze jesteśmy w środku instrumentu, trochę jakbyśmy byli we wnętrzu misy. Dźwięk nie rozprasza się na zewnątrz, jest skoncentrowany na nas. Do budowy sonory wykorzystane jest drewno rezonansowe, które nie wygłusza tych dźwięków i daje nam potężną dawkę wibracji. Efekty są bez porównania intensywniejsze niż przy masażu misami. Wiele osób ceni sobie też to, że sonora daje poczucie bezpieczeństwa, w jej wnętrzu jesteśmy schowani, otuleni jak w łonie matki – to porównanie, które często słyszę. 

Joanna Przybyła terapeutka holistyczna, specjalizuje się w terapiach dźwiękiem wykorzystujących uzdrawiające wibracje mis, gongów i sonory (na zdjęciu). www.kalejdoskopth.pl

  1. Zdrowie

Jak działa efekt placebo?

Sfektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. (Fot. iStock)
Sfektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Czasem wystarczy sama informacja, że dostałeś lekarstwo, by wyzdrowieć. Albo wiara w to, że jesteś zdolny – by odnosić sukcesy. Fundamentem efektu placebo i samospełniającego się proroctwa jest przekonanie, że oczekiwania kształtują rzeczywistość albo innymi słowy: zmieniają rzeczywistość, stwarzają ją na nowo. Sile ludzkiej autosugestii przygląda się Robert Rient.

Bruce Moseley, chirurg wojskowy i specjalista w zakresie ortopedii sportowej w Teksasie, do swojego eksperymentu wybrał grupę byłych żołnierzy, którzy cierpieli z powodu bólów reumatycznych w stawach kolanowych. Przy czym ból musiał być na tyle dotkliwy, by uniemożliwiał im codzienne aktywności. W 1994 roku wszyscy chorzy zostali przewiezieni do szpitala w Houston (Veterans Affairs Medical Center) oraz poinformowani, że czeka ich operacja, a dokładnie artroskopia kolana. Pacjenci zostali poddani narkozie i żaden z nich nie wiedział, że operację przeprowadzono wyłącznie u dwóch weteranów. Trzem pacjentom jedynie wypłukano staw kolanowy, a pięciu wykonano tylko nacięcie na skórze, bez najmniejszej ingerencji chirurgicznej w staw kolanowy, po czym nacięcie zaszyto, by wyglądało dokładnie tak samo jak blizny wszystkich, którzy przeszli artroskopię kolana. Dziesiątka pacjentów została wypisana do domu w tym samym czasie, dostali te same leki przeciwbólowe, zalecenia dotyczące rehabilitacji kolana i kule, którymi mogli się wspierać podczas chodzenia.

Minęło pół roku od zabiegu i wszyscy pacjenci poczuli się lepiej. Bez względu na to, czy przeszli artroskopię kolana, czyszczenie czy wyłącznie przecięto im skórę i ponownie ją zaszyto. I chociaż dla niektórych to dowód na skuteczność rehabilitacji w walce z bólami reumatycznymi – większość nie ma wątpliwości: placebo niekiedy działa tak samo skutecznie jak skalpel i najlepsze leki.

Od pomagania do szkodzenia

Placebo z łacińskiego oznacza „będę się podobał”, natomiast efektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. Istotne jest również, że poddany efektowi placebo nie jest tego świadomy i zachowuje przekonanie, że otrzymał właśnie konkretny lek lub przeszedł określony zabieg medyczny. Co ciekawe, placebo może również wywołać efekty uboczne, takie jak zmiany skórne, senność, wymioty, przyspieszone bicie serca, a nawet obrzęki. Takie efekty nazywa się nocebo, co z łacińskiego można przetłumaczyć „będę szkodzić”. Niektórzy pacjenci po przeczytaniu ulotki opisującej efekty uboczne, momentalnie zaczynają odczuwać określony efekt uboczny, nie będąc świadomi, że sami go wywołali. Nocebo może się również pojawić, gdy mamy negatywne podejście do lekarza i nie ufamy mu.

Badania Office of Technology Assessment wykazały, że skuteczność współczesnych leków i przyjmowanych lekarstw została dowiedziona naukowo jedynie w 20 proc. przypadków! Oznacza to, że pozostałe 80 proc., czyli zdecydowana większość tego, co możemy znaleźć na aptecznych półkach, jest na etapie testowania, eksperymentu albo jest preparatem placebo. Przemysł farmaceutyczny jest zainteresowany jak największą liczbą chorych ludzi, którzy kupią jak najwięcej lekarstw. Oczywiście przemysłu farmaceutycznego nie należy mylić z przypadkami lekarek i lekarzy żywo zainteresowanych zdrowiem swoich pacjentów. Jednak ów przemysł działa w myśl zasady: im więcej chorób, im więcej objawów u siebie rozpoznam – tym więcej kupię lekarstw, bez względu na to, czy ich działanie przyniesie jakikolwiek efekt i czy bez nich zdrowienie odbyłoby się w tym samym czasie (i być może bez uszczerbku na zdrowiu spowodowanego przyjęciem leku). Również skuteczność bardzo kosztownej przecież chemioterapii stawiana jest pod znakiem zapytania.

Moc oczekiwań

Z efektem placebo bezpośrednio łączy się psychologiczny mechanizm samospełniającego się proroctwa. Szereg eksperymentów potwierdziło, że nastawienie może mieć kolosalne znaczenie w osiąganiu sukcesów, zdrowieniu, zdobywaniu pracy, a nawet zawieraniu związków miłosnych i przyjacielskich.

Wszystko zaczęło się od eksperymentu przeprowadzonego w latach 60. XX wieku przez psychologa Roberta Rosenthala. Razem z nauczycielką Lenore F. Jacobson przeprowadził on szereg testów na inteligencję wśród uczniów rozpoczynających naukę w szkole podstawowej w West Coast, w San Francisco. Na podstawie wyników uczniowie zostali podzieleni na tych, którzy osiągnęli wysokie wyniki IQ, i tych, których wyniki były niższe. Kluczowy w całym eksperymencie był losowy przydział uczniów do wyników badań. To znaczy, że Rosenthal podzielił uczniów na tych, którzy są zdolniejsi, i na tych, którzy są mniej zdolni z zupełnym pominięciem przeprowadzonych badań, ale nikomu o tym nie powiedział.

Po ośmiu miesiącach powtórzono badania mierzące postępy w nauce i rozwój inteligencji. Co szokujące – u 78 proc. uczniów, których uznano za zdolnych, zaobserwowano wyższe wyniki w porównaniu do stanu początkowego, różnica na skali punktowej wynosiła od 10 do 30. Eksperyment wywołał debatę na temat mechanizmu samospełniającego się proroctwa (nazywanego również „efektem Rosenthala”).

W wyniki testów na inteligencję uwierzyli nauczyciele, którzy z odpowiednim nastawieniem traktowali uczniów. Określonym jako zdolniejsi poświęcali więcej uwagi i czasu, ich błędy były raczej wypadkami, a nie normą jak u uczniów zaklasyfikowanych jako mniej zdolni – niejako skazanych na życiową porażkę, ale również brak atencji u nauczycieli. Pojedyncze osoby być może znalazły w sobie wystarczająco dużo siły i odporności, by udowodnić, że są zdolne i zasługują na takie samo traktowanie. Jednak znaczenie systemu edukacji okazało się miażdżące. Do dnia dzisiejszego, nie tylko w szkolnych murach, obowiązuje podział ludzi na podstawie pierwszego wrażenia, tymczasowych wyników ich pracy, działań czy udzielonych dawno temu odpowiedzi. Przypisanie określonej osobie danych cech wpływa na to, jak będzie traktowana przez innych, ale również jak sama zacznie o sobie myśleć. Człowiek uznany za zdolnego otrzymuje więcej uwagi, możliwości i przestrzeni na pomyłkę. Ten zaszufladkowany jako mniej utalentowany będzie otrzymywał od otoczenia informacje o tym, jak bardzo sobie nie radzi. W relacji miłosnej, przyjacielskiej czy w relacji z przełożonym i podwładnym również mogą pojawić się zachowania będące wynikiem samospełniającego się proroctwa. Jeśli dana osoba traktowana jest od czasów dzieciństwa jako zdolna – najpewniej uwewnętrzni to przekonanie na własny temat i będzie łaskawiej patrzyła na (lub wręcz pomijała) te momenty, w których zawiodła. Gdy to samo przydarzy się osobie z niską wiarą w siebie i niskim poczuciem własnej wartości, które (analogicznie) zazwyczaj jest efektem silnego oddziaływania autorytetów i rodziców w dzieciństwie, uzna to za potwierdzenie usłyszanego setki razy przekonania na własny temat. I chociaż rzeczywistość obu osób może być taka sama, to przeżywana jest całkiem inaczej ze względu na oczekiwania, które bezpośrednio warunkują sposób mówienia, myślenia, a w końcu działania.

Odpowiednia atmosfera

Warto pamiętać, że początki efektu placebo sięgają II wojny światowej i praktyki amerykańskiego anestezjologa i lekarza Henry’ego Beechera. Właśnie miał on rozpocząć zabieg, gdy zauważył, że skończyła się morfina. Nic nie powiedział, bo obawiał się wybuchu paniki, a pacjentowi podał roztwór soli fizjologicznej. Okazało się, że chociaż ta w pełni nie zniwelowała bólu, to zadziałała skutecznie. Po wojnie Beecher został kierownikiem oddziału anestezjologii w Massachusetts General Hospital w Bostonie. Rozpoczął badania i eksperymenty kliniczne, w których pacjenci zamiast prawdziwych leków dostawali tabletki z cukru. Stan zdrowia 1082 chorych poddanych kuracji placebo polepszył się. W 1955 r. Beecher opublikował artykuł pt. „Potęga placebo” i tak rozpoczął się w medycynie i psychologii okres leczenia niczym.

Na efekt placebo wpływa także nastawienie pacjenta do lekarza i terapii. Do dzisiaj wielu lekarzy uważa, że dla procesu zdrowienia nie ma absolutnie znaczenia to, czy wzbudzają oni sympatię, budują z pacjentem podmiotową relację, ale badania temu przeczą. Co ciekawe, skuteczność placebo jest większa, jeśli przepisana tabletka jest duża, czerwona i gorzka, pomaga również nazwa leku w języku łacińskim i szczegółowo opisane efekty uboczne. Pacjenci szybciej ulegają placebo, jeżeli lekarz wcześniej ich wysłuchał i porozmawiał o ich samopoczuciu – zdaje się to być ważniejsze od profesjonalnej diagnozy przy użyciu nowoczesnego sprzętu. Wszystko to służy budowaniu poczucia bezpieczeństwa oraz autorytetu w osobie lekarza.

Badacze do tej pory nie potrafią precyzyjnie określić, dlaczego placebo działa na jednych ludzi a na innych nie, nie potrafią również wyjaśnić, dlaczego skuteczność placebo zdaje się być tak wysoka w leczeniu astmy i depresji. Istotny jest mechanizm samospełniającego się proroctwa, który opowiada o sile nastawienia albo wiary. Należy jednak pamiętać, że ma on swoją czarną stronę – rzucona pod naszym adresem przestroga, złe słowa, niekorzystna wróżba mogą zainfekować nasz sposób myślenia, ale tylko wtedy gdy uwierzymy w czekające nas kłopoty. A te być może nigdy by nie przyszły, gdybyśmy nie zaprosili ich do swojego życia. Skutecznym antidotum zdaje się być zrelaksowanie w tym, co można nazwać rzeczywistością, oraz świadome i selektywne karmienie się zasłyszanymi informacjami po to, by wybrać te, w które chcemy uwierzyć.

Robert Rient dziennikarz, trener interpersonalny. 

  1. Psychologia

Czego możemy nauczyć się z bajek? Rozmowa z Katarzyną Miller

Bajki powinniśmy czytać nie tylko dzieciom, ale też sobie. Zwłaszcza te, które najbardziej lubiliśmy, albo których się baliśmy. To powie dużo o naszych potrzebach, ale też pomoże pokonać dzisiejsze problemy. (Ilustracja: iStock)
Bajki powinniśmy czytać nie tylko dzieciom, ale też sobie. Zwłaszcza te, które najbardziej lubiliśmy, albo których się baliśmy. To powie dużo o naszych potrzebach, ale też pomoże pokonać dzisiejsze problemy. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Lubimy czytać je dzieciom, i bardzo słusznie, ale według psycholożki Katarzyny Miller powinniśmy poczytać też sobie. A zwłaszcza wrócić do bajek, które najbardziej lubiliśmy, albo których się baliśmy. To powie dużo o naszych potrzebach, ale też może pomóc pokonać dzisiejsze problemy.

Chyba nie pamiętam, kiedy usłyszałam pierwszą baśń lub bajkę. Sądzę, że wiele osób ma podobnie. To świadczy o tym, że towarzyszą naszemu wychowaniu od najmłodszych lat. No oby, oby ciągle tak było...

Sprzedaż klasycznych baśni nadal ma się dobrze, do tego powstaje wiele nowych wersji... I nie zawsze są one mądre, niestety. W baśniach jest wiele okrucieństwa, a przede wszystkim często okrutni są tam rodzice lub opiekunowie. Niektórzy nie lubią czytać klasycznych bajek swoim dzieciom właśnie z powodu tego okrucieństwa. Boją się je w sobie odnaleźć, gdyż czują się tu bezradni. Dlatego też scenarzyści piszą nowe wersje, gdzie jest więcej pozytywów, ale mniej prawdy o życiu. A dzieci się lepiej wychowują i bardziej wzmacniają na prawdziwych bajkach, w których Babę-Jagę wrzuca się do pieca i pali żywcem. Bo wtedy dopiero jest sprawiedliwy koniec – zło już nie istnieje, zostało unicestwione. Opłaca się być więc dzielnym, opłaca się pomagać innym, prosić o pomoc i współpracować z tymi, którzy są w porządku. Opłaca się być żywym, a nie grzecznym. Jest w tym nadzieja dla dziecka.

Idea tworzenia i czytania bajek jest ciągle ta sama – mają nam pomóc w rozwoju, dodać wiary w siebie i pomóc przejść przez rozmaite kryzysy. Dobrze mówię? Dobrze mówisz. Bajki mają, po pierwsze, pokazać dzieciom, że ich lęki i obawy są zupełnie normalne. Bo w życiu, oprócz dobrych rzeczy, zdarzają się też rzeczy straszne, ale można sobie z nimi poradzić i trzeba to robić poprzez rozwijanie siebie, stawianie na siebie oraz szukanie lub wykształcanie w sobie pewnych umiejętności albo cech. Po drugie, bajki pokazują, że życie jest drogą, a każdy jest królem w swoim królestwie. To słynne zdanie, które pojawia się na zakończenie prawie każdej bajki, a które mówi o tym, że król i królowa żyli od tej pory długo i szczęśliwie, jest tak naprawdę o wiele mądrzejsze i piękniejsze niż nam się wydaje. Nie chodzi w nim wcale o to, że oni później nie mieli żadnych kłopotów, tylko że poprzez drogę, którą przeszli, nauczyli się radzić sobie, ufać sobie, pomagać sobie wzajemnie, wierzyć w dobro i żyć w zgodzie z przyrodą. Stają  się ludźmi coraz pełniejszymi.

Wiedzą, jak sobie radzić ze złem, które może ich spotkać, więc optymistycznie patrzą w przyszłość. Dokładnie tak, w związku z tym mądrze rządzą swoim królestwem.

Czyli sobą? Sobą i wszystkim, co jest ich życiem.

Dlatego w bajkach jest tyle księżniczek, królewien i królewiczów? Po części tak, a po części dlatego, że byli dobrym symbolem. Większość klasycznych baśni powstała w czasach, gdy król i królowa byli po prostu najważniejsi. Byli autorytetami, wzorami; dziś powiedzielibyśmy – celebrytami. Na nich wszyscy patrzyli i każdy chciał być tacy, jak oni.

Bajki miały pokazać, że wcale nie mają lżej od nas? Raczej, że to są ludzie i też muszą przejść swoją drogę, czegoś się nauczyć, doświadczyć – jak każdy. Mimo że pewnie oni to przejdą na innym poziomie bytowym. Choć królewna wygnana do lasu nie ma już służby, prawda?

Jest też spora grupa bajek, typu Głupi Jaś, Tomcio Paluch czy Rybak i Złota Rybka, które nie opowiadają o koronowanych głowach, a o prostych ludziach i ich mądrości. Moją ukochaną bajką z tej grupy jest ta o rybaku, który znalazł szktatułkę z dżinem. Rybak był bardzo biedny i na dodatek tego dnia nie udało mu się niczego złowić. Kiedy już miał się poddać i iść do domu, nagle w sieci poczuł coś ciężkiego. Była to złota szkatułka, on ją oczywiście otworzył, a wtedy ze środka wychynął dżin i powiedział: „Aha, to teraz cię zabiję”. „Jak to? Przecież cię uratowałem” – zdziwił się rybak. „No to zaraz ci wyjaśnię. Mój kalif, u którego byłem wezyrem, był jeszcze większym czarownikiem niż ja. Kiedy mu się sprzeciwiłem, zamknął mnie w tej szkatułce i wrzucił na dno jeziora. Przez pierwsze sto lat obiecywałem sobie, że kto mnie uratuje, dostanie królestwo i królewnę za żonę i będzie zawsze szczęśliwy. Przez następne sto mówiłem, że kto mnie uratuje, dostanie królestwo, królewnę, ale nie będzie już taki szczęśliwy. Za kolejne sto – nie będzie już miał królewny, za kolejne – królestwa, a na końcu postanowiłem sobie, że jak ktoś mnie odnajdzie, to go zabiję, bo mam już tego dosyć”. Zobacz, to bardzo fajny obraz tego, jak człowiek traci nadzieję i jak się wtedy zmienia jego podejście.

Rybak tak trochę podumał i powiedział: „To wszystko jest bardzo smutne i przykre, ale mnie się wydaje, że ty kłamiesz”. „Ja kłamię?!”. „Taki wielki dżin nie może się przecież zmieścić w takiej małej szkatułce”. „Taak? To ja ci zaraz pokażę…”. No i ponieważ dżin miał chorą ambicję, schował się z powrotem do szkatułki, na co rybak zamknął wieko i wrzucił dżina z powrotem do jeziora.

I jaki morał z tej bajki? Bo bajka chyba musi mieć morał... Co prawda rybak nadal niewiele złowił i się nie najadł, za to okazał się mądrzejszy od wielkiego mędrca. Został jakby ten sam, a jednak nie był już taki sam, prawda? Zdobył jakieś zaufanie do siebie, może też podziw i wdzięczność. Ale może nie zawsze chodzi o morał? Przeżycie, doznanie, znalezienie się gdzie indziej jest wielką wartością. Obcujemy z dżinem, czarami, głębią jeziora i głębią czasu, ze sprytem, wygraną i przegraną...

Jest taka piękna książka Pierre’a Péju „Dziewczynka w baśniowym lesie”. Francuski filozof polemizuje w niej z Brunonem Bettelheimem, psychoanalitykiem i badaczem baśni.  Jego zdaniem nie chodzi o interpretowanie baśni, lecz o to, by obcować z nimi. „Chodzi o porywy i siły, o intensywność uczuć, o niejasne sposoby odczuwania”. Mnie fascynuje podejście i Bettelheima, jako psychoterapeutkę, i Péju, jako poetkę.

A powiedzmy trochę o kobietach w bajkach. Z jednej strony mamy Królewny Śnieżki, Calineczki, Kopciuszki, a z drugiej – macochy, czarownice i złe królowe. Panuje tu o wiele większa różnorodność niż wśród męskich bohaterów. Kobiety w bajkach są takie jak te w życiu. Bywają macochy dobre i złe, bywają złe i dobre królowe, tak jak bywają złe i dobre matki. Bywają też takie dziewczyny jak Gerda z „Królowej Śniegu” albo jak Córka Rozbójnika, którą Gerda spotyka. Obie są zupełnie inne, a jednocześnie mają do siebie ogromny szacunek, są bardzo mądre i odważne. A pamiętasz, jak Gerda spotyka wróżkę od kwiatów? Ona jest wobec dziewczynki bardzo ciepła, troskliwa i chce ją zatrzymać u siebie na zawsze. I to jest na przykład matczyna nadopiekuńczość. Bardzo częsta zresztą. Niektórzy może woleliby tam zostać...

A Królowa Śniegu kim jest? Ona jest zniszczoną kobietą, przez los albo przez ludzi, potwornie zimną w środku i w związku z tym chce, by świat wyglądał tak jak jej wnętrze. Żeby nie być jednak sama, porywa Kaja i jego też zamraża. A udaje jej się to między innymi dlatego, że jest bardzo piękna – zimno w końcu konserwuje (śmiech). Motyw pięknej królowej, zazdrosnej o młodą królewnę jest bardzo częsty w bajkach. Najbardziej rozpoznawalny jest w „Królewnie Śnieżce”, gdzie pada słynne: „Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie”.

W bajkach ważną rolę pełnią też zwierzęta. Czasem są pomocnikami, a czasem przewodnikami. Zwierzęta w bajkach są zawsze mocno ugruntowane w świecie, w którym żyją, wiedzą, co trzeba robić i jak. Oprócz takich jak Smok Wawelski czy wilk z „Czerwonego Kapturka”, są raczej pozytywnymi postaciami. A jeśli się im pomoże, to potem się odwdzięczają. Często poddają bohatera próbie, która ma zaświadczyć o jego wewnętrznej klasie.

Jako dziecko uwielbiałam takie bajki. Pamiętam zwłaszcza jedną, o trzech braciach, którzy kolejno mieli iść po wodę do zaczarowanego źródełka, żeby uleczyć chorą matkę. Po drodze mijali wiele zwierząt w potrzebie i tylko najmłodszy zatrzymał się, by pomóc, a one potem bardzo pomogły jemu. Czyli przemawiało do ciebie dobro, które potem wraca i świat jako wspólnota, w której to, co zrobiłeś dla innych, nie idzie na marne.

Oraz taka refleksja, że nigdy nie wiesz, kiedy będziesz potrzebował pomocy od tego najmniejszego, któremu teraz pomagasz. Do dziś pamiętam taki motyw z bajki, w której chłopiec albo dziewczynka uratowali pszczołę, a potem odwdzięczył im się za to cały rój. To jest moim zdaniem najcenniejsze przesłanie wszystkich bajek. To, co wypuszczasz dobrego, wróci, tylko nie wiesz nigdy, z której strony i jak. Ale też nie możesz tego robić jedynie po to, by wróciło. Warto widzieć coś więcej niż czubek swojego nosa i niż cel swojej podróży. Bo sama droga jest ważniejsza niż cel.

Zgodzisz się wybrać ze mną w taką podróż po najpopularniejszych z bajek i po tym, jak można je czytać terapeutycznie? No pewnie, z przyjemnością!

Zacznijmy od „Calineczki”. Czy to jest opowieść o – delikatnie mówiąc – niefortunnych zalotnikach? Moim zdaniem Calineczka znalazła się po prostu w nie swoim świecie. To wszystko, co kret, ropucha, mysz polna czy chrabąszcz od niej chciały, było zupełnie normalne w ich świecie i w ich relacjach z ich pobratymcami. Niemniej jednak wobec Calineczki było opresyjne. Te wszystkie zwierzęta chciały ją, bo była takim cudem, dziwem – dziewczyną nie większą niż paluszek, wyhodowaną z ziarenka, które zasadziła kobieta bardzo pragnąca własnego dziecka. To jest opowieść o tym, że nie można szukać w innych światach niż swój. Można się kimś zachwycić, można nawet się wdać we wspaniały romans, ale życie z kimś całkiem różnym od nas nie byłoby dobre. Bo wtedy się ma, że tak powiem, za dużo niewspólnego ze sobą.

To teraz „Kopciuszek”. W powszechnym mniemaniu to synonim dziewczyny wykorzystywanej i wykonującej najgorsze prace. Nieśmiałej, kryjącej swoje atuty. Stąd właśnie moje głębokie przekonanie, że to jedna z tych bajek i bohaterek, które są zupełnie niewłaściwie interpretowane. Albo się ją uważa za ofiarę losu albo za taką, co to jej się cudem trafił książę. Ja widzę ją zupełnie inaczej.

Po pierwsze, to dziewczyna, która miała kochającą matkę. Mimo że umarła wcześnie, zostawiła jej poczucie, że jest ważna. Postać wróżki, czyli matki chrzestnej, jest właśnie uosobieniem matki, która wraca, kiedy Kopciuszek jej potrzebuje, i która stale się nim opiekuje. Jest tu też zła macocha z dwiema córkami. Macocha to z kolei taka baśniowa postać, która, jak podkreślał Bettelheim, pełni rolę matki stawiającej dziecku hołubionemu i pieszczonemu zadania i ograniczenia, dziecku więc się to nie podoba. Moim zdaniem macochy w baśniach mają za zadanie także podkreślić postawę ojca, oddającego władzę nad domem i dziećmi kobiecie, takiemu trochę umywającemu ręce. I przypomnę tu ojca Jasia i Małgosi, który na żądanie nowej żony wyprowadził dzieci do lasu. Ojciec Kopciuszka też nie zwraca uwagi na to, że macocha traktuje jego córkę gorzej niż swoje córki, każe jej sprzątać, jadać w kuchni i generalnie służyć całej reszcie. Ciągle nie ma go w domu, jakby wcale się nie interesował tym, co się w nim dzieje.

Pomimo tego wszystkiego Kopciuszek jest pogodną, ciepłą i bardzo pogodzoną ze sobą istotą. Dziewczyna tańczy i śpiewa, pracując, karmi myszki okruszkami, wszystkie zwierzątka ją lubią, ufają jej i się z nią bawią – ona nie jest samotna ani godna pożałowania. I zobacz, mimo że jej przyrodnie siostry i macocha są dla niej okropne, nie jest dla nich złośliwa, nie mści się na nich, nie narzeka, nie złości się. A kiedy się dowiaduje o balu, oczywiście, że chce na niego iść, ale po to, by zobaczyć, pobawić się, potańczyć. Nie jak jej przyrodnie siostry, które są przez matkę wypychane na bal, by zdobyć męża. A kiedy dostaje suknię i powóz – i trzeba to podkreślić – przyjmuje to zupełnie naturalnie. Wsiada do karocy i jedzie. Mało tego, bawi się na balu jak nikt. Ta radość z niej tak promieniuje, że książę po prostu musi zwrócić na nią uwagę. Poza tym się spóźnia – czyli ma dobre entrée!

I jeszcze wychodzi przed czasem! Nie dybie na księcia, nie narzuca się mu, w tym sensie jest inna od wszystkich panien na balu. Kompletnie nie widzę w niej ofiary. A co do jej „bezsensownej” pracy: to najbardziej kobieca praca pod słońcem, która nie jest wojną, a oddzielaniem ziaren od popiołu, czyli znajdywaniem tego, co jest w życiu ważne i odżywcze. Dla mnie to bajka o pogodzie ducha, czyli o tym, że kiedy cieszysz się z tego, co masz, przychodzi więcej.

A „Kot w Butach”? Moim zdaniem opowiada o tym, że wszyscy potrzebujemy dobrego PR-u. Kot wpada na świetne pomysły, by zapromować swojego pana, czyli Jasia młynarczyka, królowi i jego córce. Zwierzęta w bajkach, mitach czy snach często uosabiają pewne cechy ludzkie. Kot jest dla mnie właśnie taką częścią Jasia, która jest bardzo inteligentna, spostrzegawcza i sprawcza i potrafi siebie „sprzedać”. Czyli morał z bajki jest taki, że nieważne, czy urodzisz się biedny, jeśli umiesz korzystać ze swoich zasobów i z pomocy. No i przypomnijmy początek bajki – początki są zawsze niesłychanie ważne – czyli skąd ten kot się w ogóle wziął. Otóż ojciec, stary młynarz dzielił majątek na łożu śmierci i starsi bracia dostali dom, sad i osła, a Jaś dostał kota. Czyż to nie jest cudowne? Tym, co najcenniejszego dostajesz, jest twoja inteligencja i spryt. Z nią i dom sobie wybudujesz, i sad zasadzisz. Ta bajka przypomina mi zresztą inną, jedną z moich ulubionych, o Jasiu Głuptasku.

Tu też początek jest genialny: „Miał dziedzic dwóch synów, a trzeci, Jasiek, latał po polach, nieubrany, niewykształcony...” Zobacz, od początku widzimy, że on w tej rodzinie się nie liczy. Wiesz, ile dzieci tak właśnie się czuje, bo są tak traktowane? Ale to nie znaczy, że nie mogą potem najlepiej żyć! W bajce wszyscy jadą do królewny w konkury. Ojciec wyposaża dwóch synów w piękne ubrania, daje im konie i pieniądze na drogę. A Jasiek? Wskoczył na swoją kozę, bo tylko ją miał, i wesolutki wyruszył przed siebie za braćmi. I zbierał, co miał po drodze. A to gówienko zaschnięte, a to zdechłą wronę... Kiedy wszyscy dojechali na miejsce, królewna była już nieźle znudzona zalotnikami. Każemu zadawała jakieś pytanie. I żaden się nie popisał odpowiedzią. Przyszła też kolej na Jasia. Królewna pyta go, tak jak i innych: „A co mi przyniosłeś w darze do jedzenia?”. „A zdechłą wronę” – odpowiada niezbity z tropu Jaś. „A na czym mi ją podasz?” – już z lekkim uśmiechem pyta królewna. „A na tym gówienku zeschniętym”. „A jak mi ją podasz?”, „A rozprysnę to gówienko na posadzce, żeby wszystkich pobrudziło” – odparowuje Jasiek. Kiedy królewna zaczęła się śmiać, to już jasne było, że wybierze tego, z którym będzie się bawić całe życie.

Obie bajki mówią o naszym potencjale. O potencjale i Wewnętrznym Dziecku, które jest otwarte, spontaniczne, które ma pomysły, jest szczere i nie udaje nikogo. Ale też traktuje innych jak fajnych ludzi. Jaś w królewnie zobaczył dziewczynę, która się nudzi i którą przydałoby się rozweselić.

Dzięki temu ona też mogła poczuć się zwykłą dziewczyną, a nie nagrodą. W bajkach królewna zawsze była „dorzucana” w gratisie do królestwa. Niejedna kobieta „królewna” tak ma.

A „Śpiąca Królewna”? Tu z kolei mamy piękną opowieść o dorastaniu, którego nie można zlekceważyć i w żaden sposób zatrzymać. W „Śpiącej Królewnie”, co rzadkość, występują oboje rodzice. Przestraszeni klątwą jednej z wróżek (niezaproszonej na chrzciny królewny), głoszącą, że ich córka zaśnie na wieki, kiedy ukłuje się w palec wrzecionem w wieku 15 lat, dostają świra na punkcie chronienia jej przed wszelkim niebezpieczeństwem. Zaczynają od wyrzucenia z kraju wszystkich kobiet, które tkają ubrania – wyobraźmy sobie, jak w ten sposób zubażają poddanych. A co robi królewna w dniu 15. urodzin? Wchodzi na wieżę, na którą nie wolno jej było wchodzić, a tam już czeka stara kobieta, prządka, ostatnia, która się uchowała w kraju – i królewna oczywiście kłuje się w palec. Zasypia więc na sto lat, a wraz z nią zasypia królestwo, pogrążone w smutku. Na szczęście trafia się królewicz, który budzi królewnę pocałunkiem prawdziwej miłości.

I z tym fragmentem mamy dziś pewien problem. Niektórzy oburzają się, że książę całuje niczego nieświadomą królewnę, czyli robi to wbrew jej woli. Ale tu wcale nie o to chodzi, według mnie oczywiście. Choć ciekawi mnie i cieszy różnorodność odczytywania baśni, to lubię moje interpretacje podbite doświadczeniem i życiowym, i zawodowym.

Więc o co chodzi? Królewna ma 15 lat, kiedy zasypia, i to zasypia z krwią na palcu, a krew jest menstruacyjna. Czyli następuje przejście dziewczynki w kobietę, do czego nie chcieli dopuścić król i królowa. Mamy więc kolejną parę nadopiekuńczych rodziców. Postępują zupełnie jak niektórzy ministrowie, którzy uważają, że jeśli młodych odetnie się od wiedzy o seksie, to przestaną go uprawiać. Rodzice królewny nie zgadzają się na to, by ona wiodła prawdziwe życie. Chcą zatrzymać jej rozwój.

Zasypia więc na sto lat, żeby obudzić się już w innym świecie. Książę jest z jednej strony mężczyzną w niej zakochanym, ale z drugiej strony – jej wewnętrznym animusem, męskim pierwiastkiem. Grzeczna dziewczynka nie wytwarza w sobie animusa, czyli mocy do obrony swoich praw. A Śpiąca Królewna ewidentnie była taką dziewczynką. Od rodziców tego nie dostała, dopiero od księcia, który ją obudził. Książę pełni tu rolę rówieśnika, kogoś z zewnątrz, kto wnosi nową energię. I to jest właściwy etap rozwoju, bo młodzi muszą zostawić dom, żeby dorosnąć. Dziecko ma żyć własnym życiem, a rodzice – własnym.

Mówiłyśmy już trochę o „Królewnie Śnieżce”, że opowiada o kobiecej zazdrości. Rywalizacji, nienawiści, nieżyczliwości, egocentryzmie... No ale są też krasnoludki, które opiekują się Śnieżką w lesie.

I co one symbolizują? Wszystkie instynkty, cechy i wyposażenie Śnieżki, jak i duchy przyrody, siły życia, które istnieją i bardzo pomagają ludziom. Tylko trzeba z tego ich wsparcia korzystać. Proponuję: „Nie pomagajcie nikomu, kto nie prosi, nie dziękuje i nie korzysta. Bo wtedy wszystko się marnuje”.

A „Królowa Śniegu”, o której też już mówiłyśmy – czy to jest opowieść o kobiecie, która ratuje mężczyznę, jak Gerda – Kaja? Znów to powtórzę, Gerda jest dla mnie najpełniejszą postacią kobiecą w bajkach. Oczywiście można czytać „Królową Śniegu” na kilka sposobów, ja lubię ten jungowski, według którego Gerda ma w sobie zarówno animę, jak i animusa. Pierwiastek kobiecy i męski. Moim zdaniem Kaj jest właśnie jej animusem, więc idzie po niego, żeby spotkać swoją dzielność. Żyjemy w czasach, w których kobiety znacznie częściej niż kiedyś spotykają swoją dzielność. Można więc powiedzieć, że to jest bardzo aktualna baśń. Poszłabym nawet dalej i powiedziała, że ponieważ kobiety znajdują swojego animusa, to dzięki temu są w stanie uratować także mężczyzn, którzy posłali świat w bardzo złą stronę, bo od dawna szczycą się tym, że zaprzeczyli swojej animie.

Skoro ratujesz mężczyznę w sobie, ratujesz też męskość? Jeśli zaczynasz rozumieć mężczyznę w sobie, jeśli twój ojciec zaszczepia ci dobry obraz męskości, a do tego masz fajnych braci i kumpli – to męskość jest energią, z którą z przyjemnością się spotykasz, nie obawiasz się jej, nie chcesz jej zwalczać, a i ona nie zwalcza ciebie.

Baśń, która w dzieciństwie utkwiła mi w pamięci, to „Dzikie łabędzie”. Czyli opowieść o siostrze, która aby zdjąć zaklęcie z braci, szyje dla nich koszule z pokrzyw zbieranych o północy przy cmentarzu. Bardzo mi to przemawiało do wyobraźni. Prawda? Coś dla Pierre’a Péju! A bracia – znów – zostali zaczarowani przez złą macochę. Ciekawe jest to, że aby przeciwzaklęcie podziałało, dziewczyna ma nic nie mówić do momentu, gdy skończy szyć ostatnią koszulę. Macocha i ją wygania z zamku, więc ona siedzi w lesie i szyje te koszule, kalecząc sobie przy tym palce. Aż spotyka ją król, który się w niej zakochuje. Kolejna postać męska, która bierze sobie niemotę. Dziewczyna jest miękka, biedna, więc król może się przy niej czuć jeszcze bardziej królem. Ale jeden z doradców zarzuca jej, że jest czarownicą. Pod wpływem jego podszeptów król zapomina o swojej miłości, dochodzi do procesu. W ostatnim momencie przylatują jej bracia, ona zarzuca im koszule, zamieniają się w mężczyzn, tylko jednemu zostaje skrzydło zamiast ręki, jako przypomnienie, że nie ma całkowitej „idealności”.

No to na zakończenie bajka, która mnie jako dziecko najbardziej przeraziła – „Sinobrody”. Ach, cudowna! Przejmująca i bardzo plastyczna.

Przecież to opowieść o przemocy wobec kobiet. Ale też o psychopatii i złu oraz łatwości ulegania im. W książce „Bajki rozebrane” mówię o niej tak: „Postać ta ma dużą nośność w kulturze, a bajka jest bardzo ważna dla kobiet, przede wszystkim dla tych, które poszukują mężczyzn, związku pełnego poczucia bezpieczeństwa i spełnienia. To jest baśń nie o nas jako o dzieciach, tylko o nas jako dorosłych. To jest baśń o naszej naiwności, o pragnieniach, których często nie widzimy i nie potrafimy sobie zdać sprawy z ich istoty, o depresji, w jaką wpadamy, o bezwzględności mężczyzn, z którymi mamy często do czynienia. Nie mówiąc o naszej dzielności, o tym, że związki często zmuszają nas do tego, byśmy dorosły i porzuciły pewną dziecięcość”.

Sinobrody jest bogaty, odpychający i miał wiele żon, z którymi nie bardzo wiadomo, co się stało. Ale najmłodsza córka pewnej rodziny się go nie bała. Wziął ją więc za żonę i przykazał, że wszędzie może w ich domu wchodzić, poza jednym pokojem. Jest kilka wersji bajki, w jednej to siostry ją namówiły, w innej sama zdecydowała się włożyć kluczyk do zamka. I znalazła tam wszystkie żony, zabite. Niestety kluczyk zaszedł krwią, więc mąż po powrocie dowiedział się, że go nie posłuchała. Oczywiście to nie jest dobrze, żeby mężczyzna miał komnatę pełną trupów, ale jest dobrze, żeby miał swoją przestrzeń, w którą kobieta nie wlezie. A ona włazi.

Dzisiaj zamiast komnat kobiety sprawdzają komórki partnerów... „A co ty tak z nią esemesujesz?”, „Kto do ciebie o tej porze pisze?”. Gdyby żona Sinobrodego nie otworzyła komnaty, to on nie miałby powodu chcieć jej za to zabić. Złamała obietnicę, jaka była warunkiem jej dobrobytu. Często mówię: czego chcą kobiety? Kobiety chcą więcej.

To też jest baśń o tym, że każdy ma swój mroczny kawałek i trzeba sobie i innym na to pozwolić. Nie zmuszajmy ludzi do wyjawiania tajemnic. Oczywiście tu nie chodzi o to, że życzę kobietom życia z mordercami, choć niektóre się o to same proszą, pisząc listy do więźniów i potem za nich wychodząc.

Sinobrodego zabijają bracia, którzy ruszają siostrze na pomoc, czyli znów podkreślana jest potrzeba dzielności, odszukania w sobie animusa. Ale też jak ważne jest to, że mamy pomocników w życiu.

Na czym właściwie polega terapeutyczność bajek? To wszystko jako dzieci odbieramy podświadomie? Bardzo dużo przekazów odbieramy podświadomie. Poza tym im wcześniej nauczymy się prawdy, że życie bywa różne: fajne i okrutne też – tym lepiej. Naturalnie chodzi o to, by dziecko było gotowe to przyjąć i chciało słuchać. Niektóre chcą, by w kółko czytać im jedną bajkę.

Rodzice są tym zwykle zmęczeni... Ale właśnie te bajki, których najczęściej chcemy słuchać, są nam najbardziej potrzebne do rozwoju. Dzieci, którym dużo czytano bajek w dzieciństwie, mają zwykle swoje ulubione i te, których najbardziej się boją. To wszystko o czymś mówi. Moją ulubioną była „Królowa Śniegu”, bo moja matka była królową śniegu. A Gerda była dziewczyną, którą chciałam się stać, i chciałam wierzyć, że mogę.

A jest sens nam, dorosłym wracać do tych bajek? I to wielki! Ciągle dużo te bajki o nas, dziś żyjących, mówią. Tym, którzy chcą dowiedzieć się więcej, jak je interpretować, polecam moją książkę, „Cudowne i pożyteczne” Bettelheima, Pierre’a Péju i jeszcze inną: „Tęsknota silnej kobiety za silnym mężczyzną” Mai Storch, psychoanalityczki i pisarki. Właściwie cała  jest oparta  na pięknej baśni o dziewczynie bez rąk. Opowiada o tym, jaką pracę nad sobą musi wykonać nieporadna i nieprzygotowana przez rodziców do życia dziewczyna, ale też jaką drogę muszą przejść kobieta i mężczyzna, żeby się ze sobą spotkać.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Depresja - bardzo demokratyczna choroba

Joanna Poremba - prezeska Fundacji Melancholia; Magda Umer - piosenkarka, wykonawczyni poezji śpiewanej, reżyserka, scenarzystka i aktorka; Ewa Pawlik - dziennikarka; Jacek Bończyk - aktor i wokalista;  Agnieszka Glińska - reżyserka teatralna; Joanna Kos-Krauze- reżyserka (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia)
Joanna Poremba - prezeska Fundacji Melancholia; Magda Umer - piosenkarka, wykonawczyni poezji śpiewanej, reżyserka, scenarzystka i aktorka; Ewa Pawlik - dziennikarka; Jacek Bończyk - aktor i wokalista; Agnieszka Glińska - reżyserka teatralna; Joanna Kos-Krauze- reżyserka (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Joanna Poremba, prezeska Fundacji Melancholia, mówi otwarcie, że długo chorowała na depresję, a dziś, kiedy czuje się lepiej, pragnie dzielić się swoim doświadczeniem z tymi, którzy cierpią lub trwają u boku chorujących. Znane osoby, które opowiedziały swoje historie, również chcą pomóc innym, ale przyznają też, że mówienie głośno o tym, co trudne i bolesne, pomaga ogromnie także im samym.

Co robią dziewczyny, które chcą pomagać światu, bo im także ktoś kiedyś podał pomocną dłoń? Zakładają fundację – niedochodową organizację pożytku publicznego, całkowicie niezależną, po to, aby robić wszystko po swojemu, tak, jak podpowiada im serce. Na stronie internetowej zapisują cel fundacji: wsparcie w szukaniu pomocy i dbaniu o zdrowie psychiczne oraz edukacja społeczna w zakresie szerzenia wiedzy o depresji. Jest początek 2020 roku. Joanna Poremba, prezeska, wymyśla nazwę: Melancholia. Jeszcze nie wiedzą, że za kilka miesięcy wybuchnie pandemia, a liczba doświadczających kryzysu psychicznego wzrastać będzie w zastraszającym tempie.

Joanna Poremba, prezeska Fundacji Melancholia (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia) Joanna Poremba, prezeska Fundacji Melancholia (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Melancholia - teraz musisz się zatrzymać 

Nazwa, która trafi do KRSu, znajomym kojarzy się z  melancholijnym malarstwem i słynnym filmem Larsa von Triera. Gorąco ją odradzają. – Wbrew pozorom inspirowałam się nie sztuką i kinem, a tytułem głośnej książki wielkiego polskiego psychiatry i filozofa Antoniego Kępińskiego. Chciałam, by nazwa brzmiała podobnie w różnych językach. Pragnęłam, by otwierała furtkę do mówienia o depresji językiem, który nie przytłacza. I chyba się udało. Dla mnie samej melancholia jest stanem, który stanowi rodzaj czerwonego światła: teraz musisz się zatrzymać. Kiedy w nią wpadam, wiem, że moje "ja" domaga się odpoczynku, wyciszenia, mniejszej presji. Że muszę o nie zadbać. Joasia mówi otwarcie, że długo chorowała na depresję, a dziś, kiedy czuje się lepiej, pragnie dzielić się swoim doświadczeniem z tymi, którzy cierpią lub trwają u boku chorujących. To ona, obok zarządzania fundacją, obmyślania kampanii społecznych, współpracy z mediami oraz szeregu innych zajęć, zajmuje się tworzeniem treści na facebookowy profil fundacji – często właśnie o tym, jak zadbać o siebie, jak zapobiegać, a także o tym, jak wspierać. W tym samym czasie Emilia Grabowska, trenerka i koordynatorka projektów, podkreślająca, że jej misją jest praca z młodzieżą, oraz Magdalena Guzik, psychoterapeutka i trenerka, prowadzą działania statutowe fundacji: warsztaty dla szkół, zajęcia dotyczące pracy z emocjami, warsztaty prewencyjno-profilaktyczne. Ja, Julia Wollner, zawodowo zajmująca się pisaniem, biorę się za zbieranie historii, które dają nadzieję. Choruję na depresję od 22 lat i choć jako italianistka opowiadam czytelnikom głównie o pełnej światła kulturze krajów śródziemnomorskich, to doskonale wiem, że tam, gdzie jest słońce, jest też zawsze cień. Ważne, by próbować jednak do słońca wracać.

Julia Wollner (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia) Julia Wollner (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Moc rozmowy, moc edukacji

O tych powrotach i o swojej walce z cieniem opowiadają Fundacji Melancholia znane osoby, dzielące się doświadczeniami w serii wywiadów zatytułowanych "Historie", publikowanych co miesiąc w internecie. W bardzo osobistych rozmowach pokazują, że depresja obecna jest w każdej warstwie społecznej, bez względu na płeć, wiek, wykształcenie, zawód czy status majątkowy. Że najlepszą formą jej leczenia jest psychoterapia oraz farmakoterapia prowadzona pod okiem doświadczonego lekarza psychiatry. I że w tunelu zawsze jest światło, a najgorszy nawet kryzys kiedyś dobiega końca. Zdanie to powtarzają jak mantrę wszyscy rozmówcy fundacji, pokazując jednocześnie, że wymiana doświadczeń może być realnym wsparciem, dawać siłę, pomagać i pozwalać zrozumieć. Oczywiście jest to trudne, tak jak trudne jest nieustanne babranie się w bebechach, w tym, co w człowieku najbrudniejsze, najtrudniejsze, najboleśniejsze, najdotkliwsze – mówi Agnieszka Glińska, reżyserka teatralna. – Dzielenie się moją własną drogą ma dla mnie jednak fundamentalne znaczenie. Chcę tak wykorzystać swoje indywidualne doświadczenie, aby mogło ono coś otworzyć, komuś pomóc, coś komuś wskazać. W moc rozmowy zespół Melancholii i zaproszeni do kampanii wierzą zresztą bardziej niż w cokolwiek innego – także dlatego, że jest nią przecież sam proces terapeutyczny. Bohaterowie wywiadów chcą pomóc innym, ale przyznają też, że mówienie głośno o tym, co trudne i bolesne, pomaga ogromnie także im samym. Jacek Santorski powiedział mi, że póki się nie otworzę, póki będę swoją chorobę ukrywać, to będę cierpieć 100 razy bardziej – tłumaczy Magda Umer, piosenkarka, wykonawczyni poezji śpiewanej, reżyserka, scenarzystka i aktorka, a aktor i wokalista Jacek Bończyk dodaje: – Ja wychodzę z założenia, że o depresji trzeba mówić, podobnie jak o wszystkich innych chorobach, których się wstydzimy, albo za które się obwiniamy, że nas dotknęły. Może dzięki temu inni przestaną chorujących stygmatyzować. Rozmowa to także edukacja. Wiedza daje potrzebny nam wszystkim spokój i poczucie bezpieczeństwa, a zadawanie pytań jest drogą do zwiększenia społecznej świadomości oraz poznania siebie.

Magda Umer (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia) Magda Umer (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Wołanie o czułość

Obok rozmowy i edukacji, trzecim elementem leżącym u podstaw działalności Fundacji Melancholia jest troska – okazywana zarówno samemu sobie, jak i innym ludziom. Wiara w to, że każdy z nas winien jest opiekę i czułość tym, których spotyka na swojej drodze, ale także, w równym stopniu, swojemu własnemu “ja”.  W czasie pandemii wydaje się to szczególnie ważne, bo o kryzys psychiczny jest teraz nietrudno. Warto przyglądać się bacznie bliskim, ale także obserwować i słuchać sygnałów, które dają nam nasze własne organizmy. A sygnały te bywają zupełnie nieoczywiste. – Depresja może mieć rozmaite podłoże i bardzo różny przebieg, nierzadko daleki od powszechnego wyobrażenia. Przywoływany często obrazek zmęczonego człowieka pogrążonego w apatii może stanowić całą prawdę o czyjejś chorobie, ale może też nie pojawić się w ogóle lub być tylko jedną z kilku różnych faz – tłumaczy Joanna, podkreślająca często, że jest tzw. "ekspertką przez doświadczenie", ma bowiem za sobą kilka różnych epizodów choroby. – Z całą pewnością nie jest jednak jedynym ani obowiązującym sposobem przechodzenia depresji! Rzeczywiście często występuje w niej apatia i ospałość, ale równie dobrze może pojawić się nadaktywność i bezsenność. Podobnie jest z apetytem: objawem depresji może być zarówno jego brak, jak i nadmierne łaknienie. Bywa też, że dominujące objawy są jeszcze bardziej zwodnicze. W niektórych formach depresji okazują się mylące na tyle, że sugerują występowanie zupełnie innych chorób. To tak zwane maski depresji, które sprawiają, że jest ona szczególnie trudna do zdiagnozowania. Wywiady fundacji pokazują, że ile chorujących, tyle historii: różne są powody, różne początki, różne pierwsze objawy; rozwój choroby też może przebiegać na wiele sposobów. Sporo jest też jednak części wspólnych; wśród nich na pierwszy plan wysuwa się tzw. wysoka wrażliwość. Osoby nią obdarzone odbierają bodźce silniej niż inni; widzą i czują więcej, wchłaniają też nastroje innych. Poza tym powtarzają się pewne elementy biografii i cechy charakteru, jak nadodpowiedzialność i perfekcjonizm; zbieżne są pierwsze symptomy, jak obniżenie samooceny, umniejszanie swoich zasług i pozytywnych cech, pesymizm, bezsenność lub przesypianie prawie całej doby, zaburzenia łaknienia, objawy somatyczne, jak bóle głowy, brzucha czy kręgosłupa, drażliwość, apatia, ale i złość. – W pewnym momencie było ze mną tak źle, że, jak to nazywam, rozlewałam się na podłogę i trzeba mnie było zbierać łyżeczką. Niby pracowałam, bo znajdowałam w teatrze jakiś azyl, ale tworzyłam tam alternatywną rzeczywistość, w której funkcjonowała sztuczna ja – dzielniejsza wersja mnie, skonstruowana na potrzeby pracy z ludźmi. Na wizytę u psychiatry zdecydowałam się, kiedy dołączył do tego jeszcze jeden objaw: ogromne, ciągle tłumione napięcie skutkowało napadami agresji i autoagresji, jak z podręcznikowych opisów histerii. Wciąż miałam wszystko wszystkim za złe, czułam się ciągle spięta. I jednocześnie kompletnie zalękniona, bezsilna, bezbronna, jakby bez skóry – wspomina Agnieszka Glińska. Magda Umer tłumaczy, że gdy napięć i stresów było w jej życiu za wiele, ciało zaczęło po prostu odmawiać posłuszeństwa. Mdlałam, traciłam przytomność, przelewałam się przez ręce, umierałam ze strachu i bałam się wyjść z pokoju… Trafiłam do szpitala, na OIOM, a lekarze nie mogli dojść, co mi jest – czy przeszłam wylew, czy to problemy z sercem. Dziennikarka Ewa Pawlik deklaruje, że objawów było u niej tak wiele, że łatwiej jest opisać, jak widzi siebie, gdy nic jej nie dolega, a zdrowie dopisuje. – Jestem osobą bardzo energetyczną, ciągle gdzieś bywam, jeżdżę, poznaję ludzi, gadam jak katarynka, jestem wszystkiego ciekawa, głodna, wtykam nos, gdzie tylko się da. I nagle, powolutku, staję się coraz bardziej zamknięta, wszystko widzę w czarnych barwach, wypełnia mnie złość. Spotkania, które bardzo lubię, stają się nagle strasznym wysiłkiem i nie dają żadnej przyjemności, przede wszystkim dlatego, że jestem podczas nich nieustannie spięta. Pojawia się lęk sytuacyjny: nie tylko przed rozmową, ale nawet przed wyjściem z domu. Przestaję mieć siłę i odwagę być z ludźmi. Lęk, choć powszechnie nie jest z depresją kojarzony, stanowi jeden z najczęstszych jej objawów, występujących w jakiejś formie u prawie 95% zdiagnozowanych. – Kiedy byłam młodą dziewczyną, Marek Grechuta śpiewał piosenkę do tekstu Witkacego: "Zabij ten lęk". Zupełnie wtedy nie wiedziałam, o co mu chodzi. Później zrozumiałam aż za dobrze – i marzyłam, aby ten lęk zastrzelić – wspomina swoje doświadczenia Magda Umer. To dojmujące poczucie zagrożenia bywa zresztą ratunkiem, bo jest tak dotkliwe, że zmusza do odwiedzenia lekarza. Są jednak osoby, które go nie doświadczają –  jak reżyserka Joanna Kos-Krauze. W jej wypadku nie miały miejsca ani ataki paniki, ani apatia, ani poczucie kruchości czy bezradności. – Istnieje także druga strona depresyjnego medalu – nadaktywność, łapanie się miliona zadań, zagłuszanie emocji, z którymi człowiek nie może sobie poradzić – tłumaczy. – Jako osoba od urodzenia bardzo rzutka i energiczna nie sprawiam na ludziach wrażenia kogoś, komu dzieje się coś niedobrego. Dziś wiem jednak, że mnóstwo rzeczy robię dlatego, że cierpię, a nie chcę się zatrzymać i wsłuchać w to cierpienie.

Depresja - bardzo demokratyczna choroba Depresja - bardzo demokratyczna choroba

Wychodzenie na prostą

Jeśli coś zaniepokoi nas we własnym samopoczuciu lub zachowaniu bliskich, trzeba jak najszybciej sięgnąć po pomoc – nieleczona depresja nie tylko odbiera chęć do życia, ale prowadzić może do śmierci. Aż dziewięć na dziesięć osób dotkniętych chorobą miewa myśli samobójcze. Głośno wypowiedziana prośba o wsparcie skierowana do krewnych czy przyjaciół, wizyta u terapeuty i lekarza psychiatry to najważniejsze gesty troski i czułości, jakie możemy wykonać sami wokół siebie. – Będę to powtarzać do znudzenia: ludzie, terapia i leki! – apeluje Jacek Bończyk, podkreślając, że żałuje okresu, kiedy, jak sam mówi, udawał twardziela, z pokerową twarzą przystępując do różnych zadań. – To dzięki farmakologii i skutecznej terapii wyszedłem na prostą. Czasem łapię się za głowę na samą myśl: ile mi to cierpienie w ciszy i samotności czasu zabrało? Ile ważnych spraw i ludzi uciekło… Zdrowienie jest procesem długim, ale, jak podkreślają rozmówcy Melancholii, łączy się nie tylko z poprawą samopoczucia, ale też satysfakcją. Depresja stanowi rodzaj przebudzenia do prawdy. Nagle widzisz swoje życie bardzo wyraźnie, bez odcieni różu. Musisz uporać się z tym, co sobie przez lata wyhodowałaś, zbudowałaś – mówi Ewa Pawlik, a Magda Umer dodaje: – Walka z tą chorobą jest prawdziwym bohaterstwem, a zwycięstwo daje wielką radość. Agnieszka Glińska porównuje terapię i leczenie do gruntownego remontu domu. – Najpierw zauważasz, że mieszkanie, w którym przebywasz, zupełnie nie jest twoje – ktoś postawił wszystkie ścianki nie tak, jak byś chciała, i dusisz się w tym. Musisz wszystko rozkuć, a w ścianach czeka cię mnóstwo niespodzianek. Potem zaczynasz wyrzucać gruz i to też trwa bardzo długo… Wreszcie zostaje ci wielka, pusta przestrzeń, którą musisz jakoś zaaranżować. Pojawia się więc pytanie: jak się za to zabrać? Jak ma wyglądać moje idealne mieszkanie? Przecież ja nie wiem. Muszę się zdefiniować, ale nie wiem, jak. Czy chcę mieć tu ściankę? Czy ja W OGÓLE chcę mieć ściankę? To jest szukanie i odkrywanie siebie.

Agnieszka Glińska (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia) Agnieszka Glińska (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Jacek Bończyk (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia) Jacek Bończyk (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Czarne diamenty

Depresja jest zaburzeniem bardzo demokratycznym, bo dotknąć może każdego. Gdy kilkanaście lat temu trafiłem do psychiatry z rozpoznaniem choroby, moja pani doktor uświadomiła mi dwie kwestie: po pierwsze, że nie jestem temu winien, a po drugie, że nie jestem w tym w żaden sposób szczególny, bo na depresję chorują miliony ludzi – wspomina Bończyk. WHO zapowiada, że już niebawem hasło "depresja" stanie się najczęściej stawianą diagnozą na świecie. Według NFZ w Polsce przed pandemią koronawirusa chorowało na nią ok. 1 miliona Polaków. Liczba ta obejmowała tylko i wyłącznie osoby pozostające pod opieką lekarzy i, co ważne, leczące się w publicznych ośrodkach – statystyki NFZ nie obejmują sektora prywatnego, są więc znacznie zaniżone. Ile jest chorujących dzisiaj, po niezwykle trudnych miesiącach minionego roku, gdy nadal nie widać szansy powrotu do przedpandemicznej normalności? Tego, zapewne boleśnie, dowiemy się dopiero za jakiś czas; wiemy już, że sprzedaż leków antydepresyjnych wyraźnie wzrosła. Bardzo ważne jest jednak, by pamiętać, że bez względu na estymacje, za każdą liczbą kryje się ludzkie cierpienie, gorzka historia, ale także nadzieja na wyjście z kryzysu. Na logo naszej fundacji nie bez powodu wybrałyśmy czarny diament – przypomina Joanna Poremba. – Stanowi on symbol twardości, niezłomności i wytrwałości. Człowiek dotknięty depresją nie jest bowiem słaby, wręcz przeciwnie – zbyt długo był silny. Głęboko wierzymy, że obdarzony troskliwym wsparciem z zewnątrz zdolny jest do pokonania najgorszego kryzysu. Jak śpiewa Magda Umer, po zimie zawsze wraca wiosna, a po rozpaczy spokój. Wzruszająco opisała to też w rozmowie z nami Joanna Kos-Krauze, mówiąc, że wszyscy cierpimy, na wszystkich nas spadają nieszczęścia, ale wszyscy mamy też cudowny, ogromny dar życia, które jest piękne mimo wszystko, mimo – a może dzięki temu – że nad wieloma jego sferami nie mamy żadnej kontroli. Na szczęście mamy wpływ na nasz stosunek do świata, życia, tych trudności. To nasza jedyna realna władza, z której warto skorzystać. Umiejętności sięgnięcia po nią z całego serca życzymy wszystkim Czytelnikom  nie tylko w lutym – Miesiącu Walki z Depresją, ale także w każdy kolejny dzień.