1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Magdy istota życia (i śmierci)

Magdy istota życia (i śmierci)

Nadal mogłabym być ofiarą,
tak jest najprościej. Ale wolę już się nie rozczulać nad przeszłością.
Nadal mogłabym być ofiarą, tak jest najprościej. Ale wolę już się nie rozczulać nad przeszłością.
Na szpitalnym łóżku umierała sześć razy. – Odratowana, ocalona, a jednak przez lata byłam trupem za życia – przyznaje szczerze Magda Sipowicz, tłumaczka języka migowego, która w katastrofie pociągu pod Szczekocinami siedem lat temu straciła nogę. I – na długo, za długo – wiarę w siebie.

Biegła do tego pociągu z Warszawy do Krakowa jak na skrzydłach. Taki awans! Właśnie, w wieku 29 lat, została sekretarzem Stowarzyszenia Tłumaczy Polskiego Języka Migowego. W głowie miała tysiąc pomysłów, jak to ona, mnóstwo planów. Cały kalendarz zapisany, każda strona. Biegła szybko, zawsze żyła w pośpiechu, znajomi przezywali ją „Magda Petarda”. Był sobotni wieczór, jeszcze chłodno, bo marzec. 3 marca 2012 roku. A ta skrzypaczka w przedziale, w pierwszym wagonie, potwornie marudziła, że jej gorąco. Magda wyszła więc na korytarz, zadzwoniła do kolegi. Było tuż przed 21. Parę słów i nagle poczuła, że się zapada. Do słuchawki zdążyła jeszcze rzucić: „kurwa”. Potem wciągnęła ją czarna dziura. 

Czarna opaska

Pamięta wszystko, szczęk maszyn, uderzenie i jak pociąg mielił jej nogi. Jak w końcu wypadła na nasyp, agonię mężczyzny obok pamięta. Pociąg przed nią przypominał już harmonijkę. Te krzyki, kłębowisko ludzi, tego chłopaka z drugiego pociągu, którego błagała, by jej nie zostawiał, też pamięta, doskonale. Nie zostawił. Z pomocą samej Magdy obwiązał sznurkiem to, co zostało z jej nogi prawej, zatamował kurtką krew w lewej. Zapytała go, jak ma na imię. Później będzie złorzeczyć, że ten Paweł, cholera, uratował jej życie. W tamtym jednak momencie była prawie pewna, że umiera. Zadzwoniła do męża, rzuciła, że nie ma nóg, poprosiła, by dobrze opiekował się ich dwuletnią wówczas córeczką Wiktorią. Zadzwoniła do mamy, żeby się pożegnać. 

– Czułam, że życie ze mnie uchodzi, ale to nie było nieprzyjemne uczucie, wręcz błogie – wspomina. A jednak czuła się samotna. „Śmierć to samotność”, pomyśli później. Przytomność straciła w karetce. 

W katastrofie pod Szczekocinami zginie 16 osób. Kilkadziesiąt poniesie rany. Magda należy do najcięższych przypadków. Tuż po katastrofie ratownicy dali jej czarną opaskę oznaczającą, że nie ma dla niej szans na ratunek. W szpitalu prześpi osiem tygodni. Tyle czasu lekarze utrzymają ją w śpiączce farmakologicznej. Próbują Magdę raz wybudzić, ale ból jest dla niej nie do zniesienia, więc usypiają ponownie. Śnią jej się sny kolorowe, takie, jakie zdarzają się tylko po morfinie. Wielkie, latające słonie kłapią nad nią wielkimi uszami, leci gdzieś samolotem z rodziną, bierze udział w jakichś zamieszkach, pożarze. Przychodzą też do niej sny samobójcze, miłe. W tym czasie chirurdzy tłumaczą mężowi Magdy, że stan jego żony jest ciężki, bardzo ciężki. Nogę amputowali szybko. Ale całe ciało Magdy, poza rękami, jest pogruchotane, miednica, żebra, klatka piersiowa, poranioną ma twarz. Dlatego nieustannie w szpitalach na Śląsku, do których trafia, balansuje na granicy życia i śmierci. Kiedy wreszcie się wybudzi, usłyszy od lekarzy: „Umierała pani sześć razy”. I jeszcze, że powinna się modlić do aniołów, bo nikt nie wie, jak udało jej się przeżyć to wszystko. 

Na kształt kija

Na początku myślała, że w tym nowym życiu będzie jej w miarę dobrze. Nie było. Jak ma być dobrze, gdy jej mieszkanie na drugim piętrze w Skawinie obok Krakowa zamienia się w więzienie? Gdy córka, z którą niedawno wywijała fikołki na śniegu, boi się do niej podejść, bo ta nowa mama cała jest w bliznach i porusza się tak wolno, tak niezgrabnie.

Jakie to nowe życie, gdy okazuje się, że na rehabilitację z NFZ czeka się wiele miesięcy? Gdy w ramach publicznego ubezpieczenia proponują Magdzie jako protezę coś na kształt kija? Z trudem udaje jej się wyprosić u prywatnego ubezpieczyciela kolei protezę najwyższej klasy. Wcześniej musi jednak pokazać się wyznaczonym przez firmę lekarzom, udowodnić im, że naprawdę nie ma nogi. Palące upokorzenie. A i tak ją ta wyproszona proteza klasy mercedesa obciera, męczy, drażni. A prawa noga, ta, której nie ma, boli koszmarnie. Nieustannie. Ból rozrywający, zawsze zaczyna się od stopy, potem świdruje kolano, miażdży udo. Lekarze zapewniają: „Bóle fantomowe przechodzą do dwóch lat”. Cztery lata z fantomem dopada zaledwie kilka procent pacjentów. Siedem lat? To z medycznego punktu widzenia prawie niemożliwe. 

Jestem ofiarą

A ją fantomy męczą z każdym rokiem coraz bardziej. Więc Magda coraz częściej sięga po plastry z morfiną. Ciągnie ją do używek, wypala dużo papierosów. Za dużo pije, przyjemnie jej po lekach-narkotykach, izoluje się od znajomych, nie odbiera telefonów. Nie śpi, noc w noc wyje w poduszkę.  

Latami nie znosi tego nowego, brzydkiego ciała. Długo ma poczucie, że inni ciągle się na nią gapią. Na tę kuternogę, co potrafi w sklepie wywrócić się na ladę i wyrwać ją z podstawy. Ile razy można upaść? Mnóstwo. Na ulicy, na śliskim parkiecie przed grupą głuchych, na gładkiej podłodze w przedszkolu przed gromadką dzieci. Ile razy można tłumaczyć, że nie jest się w stanie ustać w kolejce na pocztę, bo proteza wbija się w pachwinę, a mózg zalewa taki ból, że ma się ochotę wrzeszczeć wniebogłosy. – Albo rzygać – wyjaśnia Magda dobitnie. 

Jeszcze całkiem niedawno chodziło jej po głowie, że niepotrzebnie przeżyła ten straszny wypadek. Ona, kiedyś piękna, radosna, wulkan energii, zamieniona przez los, przez jakieś fatum, tak sama o sobie myślała, w smutną kalekę. – Jesteś maszkarą – potrafi mówić do siebie na głos, przyglądając się sobie w lustrze.

Czasem zastanawia się tylko, dlaczego bez uszczerbku po katastrofie zostały jej właśnie ręce. Najważniejsze narzędzie pracy tłumacza języka migowego. 

To nie tak, że nieustannie było źle. Miewała małe, ale konkretne sukcesy. Zrobiła prawo jazdy, by uniezależnić się od taksówek. Była naprawdę szczęśliwa, gdy dowiedziała się, że jest w drugiej ciąży. Drugie dziecko to było jej marzenie przed wypadkiem. Po katastrofie lekarze nie owijali w bawełnę – nie będzie mogła mieć więcej dzieci. – Pojawienie się dwa lata temu na świecie Leonarda potraktowałam więc w kategoriach cudu – uśmiecha się Magda. – Moje ciało, mój umysł, jak sądziłam, wróciły do względnej normy. 

Otwarte oczy

Nigdy nie zapomni tamtego świtu. Leonard miał wtedy cztery miesiące. Leżała z nim na łóżku. Karmiła dziecko piersią. Nagle usłyszała szczęk maszyn, uderzenie, pociąg znów przypominał harmonijkę. Znów, jak kiedyś, zobaczyła umierających ludzi i… samą siebie na nasypie, w kałuży krwi. – To nie był sen, miałam otwarte oczy. Wszystko było realne, namacalne, straszne. Przez głowę przeszło mi, że zupełnie tracę zmysły, że to już koniec, wyląduję zapięta w pasy w jakimś wariatkowie – opowiada. Piekielnie się wtedy przestraszyła. Nie o siebie nawet, ale o Leonarda. Kiedy wreszcie się otrząsnęła, kiedy obrazy zniknęły, doszło do niej, że musi ratować siebie i rodzinę. Zaczęła rozpaczliwie szukać pomocy. – Pomagała mi psychoterapia, nawet bardzo, uświadomiła mi, że Szczekociny mam zaklęte w głowie, że to silna depresja, może nawet stres pourazowy, z którym muszę się w końcu uporać, jeśli nie chcę stale umierać za życia – wylicza Magda. Szukała jednak jeszcze czegoś więcej. 

Ktoś poradził jej hipnozę (pomogła i od tego się zaczęło), ktoś inny medytację i głęboką pracę ze świadomością. Szukała takiej medytacji, która nie będzie tylko relaksem, odprężeniem, choć tego też jej brakowało. Przez znajomą poznała ludzi, którzy wprowadzili ją w ceremonię Szałasu Potów. – To nie jest zwykła sauna. To głębokie, transformujące spotkanie z samym sobą. 

W Szałasie Potów Magda poczuła to, co Indianie wiedzą od pokoleń, że ceremonia ta ma oczyszczającą moc, przynosi ludziom uzdrowienie.

W Szałasie Magda spotkała prawdziwą siebie. Nie ofiarę wypadku pod Szczekocinami.

Bohaterka w rozsypce

Co udało jej się odkryć? – Że moje życie i doświadczenie, moja trauma, cierpienie, nawet ból mają sens, ale ja nimi nie jestem. Że każdy ma swoje Szczekociny – mniejsze lub większe smutki, depresję, lęki, fobie. Może – taka myśl zaczęła jej kiełkować w głowie – nie warto przed nimi tak panicznie uciekać?

Z tygodnia na tydzień zrzucała z siebie męczące ją traumy i przekonania. Na jednej z medytacji usłyszała, że ludzie wybierają się do Gwatemali, do starszyzny Majów, ale nie brała siebie pod uwagę. Przecież jak? Bez nogi? Na drugi koniec świata?

Dwa miesiące później siedziała już nad świętym jeziorem Atitlán w majańskiej wiosce. – To, co robią Majowie, w jak ogromnym poszanowaniu dla natury, przodków żyją, jest dla nas, Europejczyków, nie do uwierzenia. I właśnie od Majów otrzymałam najwięcej bezwarunkowej miłości i wsparcia – wyjaśnia Magda. – Indianie przekazali mi również głęboki szacunek do wszelkiego istnienia. To pozwoliło mi na nowo zaufać sobie – przyznaje. Pomogło jej też przejść na wegetarianizm i odrzucić używki.

– Nie musiałam przed Majami odgrywać bohaterki, a często w takiej roli po wypadku mnie stawiano. Oto ta, mówili kiedyś o mnie w telewizji, która bohatersko przeżyła wielką katastrofę – opowiada Magda. W Gwatemali usłyszała, że nie musi wcale być silna i dzielna. Ma prawo do trudnych emocji, do słabości, bólu, rozdrażnienia. Mam prawo być bezbronna, zmęczona i obolała. Chodzi tylko o to, by nie koncentrowała swojej uwagi wyłącznie na tym, co ją boli i dręczy. Od dziewczyn z grupy, z którą medytuje, usłyszała z kolei: „Nie przepraszaj za swoje ciało, podziękuj mu, że ciebie nosi, spójrz, ile dla ciebie robi”. Dziś właśnie wdzięczność, także wobec ciała, pomaga Magdzie żyć. 

Bo jej zdaniem to kwestia wyboru, na czym skupimy uwagę. – Siedzę na łące, cieszę się śpiewem ptaków i nagle pojawiają się bóle fantomowe, miażdżąc mi kolano. To moja decyzja powoduje, że choć ból nadal jest, śpiew ptaków potrafi mnie cieszyć. Gdy z kolei podczas wykładu ból rozrywa mi ciało, mówię sobie: „Wytrzymaj jeszcze te dziesięć minut, skończysz zajęcia, pójdziesz do łazienki, wyryczysz się, trochę ci ulży”. Nie ucieknę od tego, co jest, ale mam wpływ na moją reakcję. Nadal mogłabym być ofiarą, bo tak byłoby najprościej. Ale wolę już nie rozczulać się nad tym, co się zdarzyło. Poziom rozumienia i odczuwania problemów, dzięki ciągłej pracy, ciągłym medytacjom i zachowaniu uważności w życiu, zmienił ich rangę.

W przetrwaniu gorszych chwil pomagają też Magdzie ludzie. – Ludzie, których latami unikałam, dziś dają mi energię – przyznaje. 

Od wielu miesięcy jej kalendarz jak kiedyś, przed katastrofą, znów wypełniony jest po brzegi. Jako tłumacz kończy próby do spektaklu „Kwiat paproci” w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Tłumaczy zajęcia na uniwersytetach, spotkania na międzynarodowych konferencjach, prowadzi lektoraty – od maluchów z mamami po seniorów. Uczy migać krakowian z jednej z dzielnic miasta. Chce odczarować hermetyczny świat ludzi, którzy mówią rękami. – Chcę, by byli bardziej zrozumiani, by oni mogli więcej zrozumieć.

Warto migać

– Zdarza się, że ryję ze zmęczenia głową o beton – przyznaje. Lubi ten stan, wprawdzie nie tak jak przed wypadkiem. Ale ceni sobie też wyciszenie. Zdarzyło jej się, znów wedle tradycji indiańskiej, spędzić kilka dni i nocy samotnie w polskim lesie na medytacji. – Mocne przeżycie, łatwo nie było, w nocy ze strachu aż się trzęsłam, nie wyściubiłam nosa z namiotu. A jednak udało jej się przetrwać w lesie, na dodatek bez jedzenia i picia. – To doświadczenie uczy bycia ze sobą. Na co dzień robimy wszystko, by nie spotkać się z ciszą. Ciągle gapimy się w telefon, laptop, telewizor. Wszystko, byleby nie być ze sobą. A ja dziś chcę być ze sobą. Dobrze mi z tym.

Co jeszcze się w życiu Magdy zmieniło? Od pewnego czasu nie chcą jej wpuszczać wejściem przeznaczonym dla osób niepełnosprawnych. Bo na niepełnosprawną nie wygląda. – Ma pani taką ładną buzię, zupełnie jak zdrowi – słyszy. Znajomi też jakoś ostatnio zapomnieli, że Magda nie ma nogi. – Dzwonią do mnie z jakąś propozycją, a potem dopiero okazuje się, że ten wypad na Festiwal Kolorów to chyba niekoniecznie dobry dla mnie pomysł, bo nie wystoję wielu godzin w tłumie. 

Słyszy rzeczy, których przez lata nie słyszała, na przykład że promieniuje optymizmem, że jest wobec innych taka życzliwa.

Poza tym napisała książkę. To synek Leonard zainspirował ją do napisania o niemowlęcym miganiu. O tym, jak można komunikować się z dzieckiem, które jeszcze nie mówi, ale ma swoje potrzeby. – Gdy mój syn miał roczek, pokazywał mi palcem przytkniętym do buzi, że jest głodny. A mógłby przecież płakać wniebogłosy, a ja martwiłabym się, o co może mu chodzić. Kiedyś zasypiał, jednym okiem już spał, drugim patrzył w laptop starszej córki. Nagle widzę, jak podnosi rękę do ust i pokazuje kaczkę. Pytam Wiktorię, co ogląda, a ona, że akurat przez ekran spacerują sobie kaczory. Warto migać – śmieje się Magda. 

Odrobić te lata

Ostatnio koleżanka, która studiuje reżyserię, zaproponowała Magdzie, że nakręci o niej film. – Mówię na tym filmie o tym, że pokonałam śmierć. Koleżanka nie odpuszcza i dopytuje, czym dla mnie jest ta śmierć. Ja na to, pół żartem, pół serio, że śmierci to ja akurat mam sporo na swoim koncie. Jedną przy torach, parę w szpitalu. – Ale najgorsza była ta kilkuletnia, gdy tak zatraciłam się w swoim cierpieniu, że choć teoretycznie żyłam, byłam trupem. 

Teraz chce odrobić te lata. Jej misją, to wie już na pewno, jest wspieranie swoim doświadczeniem tych, którzy nie potrafią oderwać się od „swoich Szczekocin”. – Ostatnio doszło do mnie, jak wielu młodych ludzi popełnia samobójstwo, jak bardzo boimy się, że stracimy reputację, karierę, zdrowie. Strach stał się naszą codziennością, rutyną. W ciągłym strachu nie da się ani szczęśliwie żyć, ani świadomie umierać. 

Myśli więc o tym, by organizować na przykład w liceach spotkania, na których dzieliłaby się z młodymi ludźmi swoim doświadczeniem „życia po życiu”. Kiedy jedna z koleżanek śmiertelnie zachorowała na raka, to właśnie Magda okazała się dla niej największym oparciem, rodzajem przewodnika. – Uważała, że tylko ja mogę jej pomóc przetrwać czas przejścia. 

Ma w planach wyszkolić tłumaczy języka migowego. I marzy jej się jeszcze jedna podróż. Do szamanów. Na Syberię.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Problemy psychiczne. Jak żyć z depresją, nerwicą, psychozą?

10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
Depresja, psychoza czy nerwica nie muszą oznaczać rezygnacji z planów na przyszłość ani stygmatyzować. Problemy psychiczne przychodzą i mijają jak wiele innych chorób. O to, jak żyć z chorobą i mimo niej – Ewa Pągowska pyta psychiatrę, dr Joannę Krzyżanowską-Zbucką.

Kiedyś usłyszałam od internistki, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko „niezdiagnozowani”. Jak to wygląda z perspektywy psychiatry? Kiedy byłam młodą lekarką, sądziłam, że świat da się podzielić na zdrowych i chorych psychicznie, ale im dłużej pracuję i im więcej widzę osób szukających pomocy, tym ta granica staje się mniej ostra. Rzadko jest tak, że ktoś kładzie się spać zdrowy, a budzi chory. To, co jest uznawane za chorobę czy zaburzenie psychiczne, zmienia się też w zależności od tego, jak szerokie są kryteria w aktualnie obowiązującej klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych.

Mam wrażenie, że coraz więcej zachowań czy stanów uznaje się za objaw choroby lub zaburzenia psychicznego. Rzeczywiście obecnie mamy do czynienia z powszechną psychiatryzacją, więc np. osobie, która cierpi z powodu różnych problemów psychicznych, bo spotkało ją coś trudnego – straciła pracę lub kogoś bliskiego, stawia się rozpoznanie: „zaburzenia adaptacyjne” albo „depresja reaktywna”. Kiedyś nazwalibyśmy to „kryzysem życiowym”, a dziś ten kryzys ma swój numer w klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych. Nie zawsze też objawy choroby psychicznej świadczą o tym, że tę chorobę mamy, np. jedna z moich pacjentek skarżyła się: „Pani doktor, chyba zwariowałam, w środku lata słyszę kolędy”. Okazało się jednak, że nie miała psychozy, tylko niedosłuch i tzw. omamy muzyczne. Każdy z nas ma czasem objawy lękowe czy depresyjne i w związku z tym może potrzebować pomocy psychologa lub psychiatry, ale to jeszcze nie znaczy, że jest chory psychicznie.

Ale jeśli już chorujemy psychicznie, to na co najczęściej? Statystyki pokazują, że poza uzależnieniami w populacji najczęściej występują zaburzenia depresyjne. Według niektórych doniesień 50 proc. kobiet przynajmniej raz w swoim życiu doświadczyło depresji, włączając w to zaburzenia okołoporodowe i menopauzalne. Moim zdaniem mamy do czynienia z nadrozpoznawalnością depresji.

Kryteria choroby są tak szerokie, że mieszczą w sobie i epizod depresyjny, który może być spowodowany kryzysem życiowym, pojawić się raz i nigdy nie wrócić, i depresję endogenną, czyli nawracającą chorobę uwarunkowaną biologicznie. Tymczasem są to zupełnie inne przypadki. Wrzucanie ich do jednego worka i mówienie o tym, że powinno się je tak samo leczyć farmakologicznie, budzi we mnie mieszane uczucia.

Sądzi pani, że bierzemy zbyt dużo leków? Mam poczucie, że nadmiernie skupiamy się na farmakologii. Oczywiście czasem leki są konieczne, sama często je przepisuję, ale myślę, że w wielu przypadkach można by było trochę oszczędniej nimi gospodarować. Zresztą one też mogą okazać się niewystarczające i powinno się je wspomóc innymi formami leczenia, np. psychoterapią, która pomaga zwłaszcza w przypadku zaburzeń depresyjnych, osobowości czy lękowych.

No właśnie. Podobno leki antydepresyjne bierze się m.in. po to, by być w stanie pracować nad sobą na terapii. To prawda, bo pacjent, który ma objawy, może mieć problem z dotarciem na terapię. Czasem dopiero gdy ustąpią, jest w stanie w niej uczestniczyć. Psychoterapia jest bardzo ważna, bo często człowiek z zaburzeniami depresyjnymi, który poczuł się lepiej po wzięciu leków, nie ma refleksji, że może coś w jego stylu życia czy postawie doprowadziło do kryzysu. Nie zastanawia się nad przyczynami, a jeśli nie próbuje niczego zmienić, kiedy w końcu odstawi leki, szybko wróci do punktu wyjścia.

O psychoterapii warto więc pomyśleć, nawet jeśli mamy depresję endogenną, w której biologia gra decydującą rolę? Tak, bo nawet wtedy możemy zrobić coś, by zmniejszyć ryzyko nawrotu choroby. Niestety, wiele osób nie wierzy w psychoterapię, a ona naprawdę działa. Są nawet badania, które pokazują, jak zmienia się mózg pod jej wpływem. Tylko oczywiście terapia musi być odpowiednio długa. Czasem słyszę od pacjentów: „Już przeszedłem terapię i nie zadziałała”, więc pytam, ile ona trwała, i kiedy słyszę „Byłem trzy razy”, odpowiadam, że to chyba nie była psychoterapia tylko porada. Niektórzy wręcz domagają się leków. Mówią: „A może pani doktor coś by mi wypisała, tak na wszelki wypadek, jakbym się zdenerwował”.

Ale słyszałam też historie pacjentów, którzy podchodzili z rezerwą do leków, a psychiatra nie tylko ich namawiał, ale wciąż zwiększał dawkę i dokładał nowe specyfiki. Dlatego, jeśli człowiek ma wątpliwości i obawy, powinien porozmawiać z lekarzem, a ten powinien znaleźć chwilę, by wszystko wyjaśnić i samemu się zastanowić, czy na pewno trzeba tyle leków wypisywać – na rano, żeby się chciało wstać, na wieczór, żeby się dobrze spało… Może warto poszukać lekarstwa, które rozwiąże oba problemy albo zamienić jeden preparat na metodę niefarmakologiczną. W wielu sytuacjach rzeczywiście nie obejdzie się bez leków, np. często trudno jest stosować monoterapię u osoby z zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym.

Co to za choroba? To inaczej psychoza maniakalno-depresyjna. Zmieniono nazwę, by nie stygmatyzować pacjentów, bo wiadomo, jaki jest stosunek do osób, które mają psychozy. Budzą lęk. Podobnie jak nie mówimy już „nerwica” tylko „zaburzenia lękowe”. W przypadku schizofrenii nie mamy dobrego „zamiennika”, nazwa tej choroby straszy już od 100 lat, więc sądzę, że pora na zmianę, by ludzie nie wstydzili się tego rozpoznania i byli bardziej skłonni uwierzyć, że jakoś mogą sobie z tym poradzić.

Co jest ważne, by człowiek z chorobą psychiczną mógł wrócić do zdrowia i dobrze żyć? Przede wszystkim trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje leczenie, a nie biernie poddawać się lekarzowi. On ma tylko pomagać, można z nim zawrzeć sojusz, by osiągnąć cel, jakim jest powrót do zdrowia, ale to nie znaczy, że trzeba go ślepo słuchać, bo on czasem też może się mylić. Pacjent ma więc prawo dyskutować z lekarzem i, jeśli nie ma do niego zaufania, poszukać innego specjalisty. Dobrze, by chory uświadomił sobie, że ma wpływ na przebieg choroby – może brać leki lub nie, podejmować działania, które będą narażać go na nawrót i ponosić jego konsekwencje lub tego ryzyka unikać…

Czego dokładnie powinien się wystrzegać? To kwestia indywidualna. Na Oddziale Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii pracujemy z pacjentami nad stworzeniem „systemu wczesnego ostrzegania”. Najpierw zastanawiamy się nad tym, co u danej osoby może być zwiastunem choroby. Oczywiście jeśli ktoś ma już za sobą dwa epizody, to łatwiej dostrzec jakąś prawidłowość, np. że za każdym razem tuż przed pojawieniem się objawów choroby miał problemy ze snem, palił więcej czy częściej się modlił, ale nawet jeśli ktoś miał jeden epizod, to też można wyciągnąć jakieś wnioski. Potem pacjent wie, że kiedy zauważy już u siebie te zwiastuny, powinien reagować, czyli np. zgłosić się do lekarza. Ważne jest też określenie, w jakim czasie trzeba zgłosić się po pomoc. Niektórzy mogą poczekać trzy tygodnie na wizytę, a inni maksymalnie trzy dni. Oczywiście trzeba swojego lekarza poinformować o tych zwiastunach, żeby ich nie bagatelizował, bo niektórym pacjentom dwie nieprzespane noce nie zaszkodzą, a inni trzecią noc spędzą już w szpitalu. Potem trzeba zastanowić się nad czynnikami ryzyka, czyli tym wszystkim, co może doprowadzić do nawrotu choroby.

Podobno na czele listy jest alkohol. Rzeczywiście alkohol, marihuana czy inne substancje psychoaktywne są istotnymi czynnikami ryzyka nawrotu zaburzeń psychicznych. U wielu osób jest nim także stres, ale trzeba pamiętać, że nie każdego to samo i w takim samym stopniu stresuje. Miałam pacjenta, u którego następowało pogorszenie zawsze wtedy, gdy chorował ktoś z rodziny, i pacjentkę, dla której niebezpieczne były wyjazdy zagraniczne, bo kiedy ludzie zaczynali mówić w obcym języku, szybko dochodziła do wniosku, że ją obgadują. Ale ponieważ lubiła podróże, musiałyśmy opracować taką strategię, by wyjazd z kraju nie prowadził do nawrotu choroby. Częstym czynnikiem ryzyka jest też odstawienie leków, zwłaszcza nagłe, co w przypadku przewlekłej choroby zwykle prowadzi do zaostrzenia.

Czy to znaczy, że niektórzy muszą brać leki do końca życia? Tak bywa i wiem, że dla części pacjentów jest to trudne do zaakceptowania. Dlatego niektórzy psychiatrzy namawiają do przyjmowania leków, porównując to do brania insuliny przez chorych na cukrzycę. Myślę jednak, że lepszą analogią są środki antykoncepcyjne – bierze się je nie z powodu choroby, tylko profilaktycznie. Tak samo mogą myśleć osoby z doświadczeniem choroby psychicznej – teraz jestem zdrowy, ale zachorowałem raz i drugi, więc biorę leki, by nie zachorować po raz trzeci. Weźmy pacjentów ze schizofrenią – wbrew stereotypom większość nie ma objawów cały czas. Zdarza się, że przez całe życie mają tylko jeden epizod choroby. Mogą normalnie pracować i funkcjonować społecznie. Tymczasem osoby ze schizofrenią są stygmatyzowane. Co ważne, nie tylko spotykają się z dyskryminacją społeczną, ale też sami siebie uważają za wybrakowanych, wstydzą się choroby, nie przyznają do tego, że byli w szpitalu psychiatrycznym tylko mówią na przykład, że wrócili z sanatorium.

A jednak pojawiają się osoby, które mówią o swojej chorobie psychicznej publicznie, np. w ramach akcji społecznych. Tak. Na szczęście zaczyna się tworzyć ruch osób, które przeszły różne kryzysy zdrowotne. Ci ludzie mówią otwarcie o tym, co ich spotkało, przekonują, że choroba psychiczna nie musi degradować człowieka. Przyznają, że wprawdzie można przez nią okresowo wypaść z życia, ale potem się zdrowieje i człowiek może robić to, co sobie zaplanował. Oczywiście wiele zależy od tego, jak się pacjent do choroby „ustawi”. Czy stwierdzi, że to koniec – i wtedy rzeczywiście nic tylko na rentę przejść – czy się nie podda i uruchomi swoje wewnętrzne zasoby. Zwykle bowiem, mimo choroby, zachowujemy swoje zdolności i kompetencje. Czasem przestajemy wierzyć, że je mamy. Dlatego warto szukać pomocy wśród osób z doświadczeniem choroby psychicznej, gotowych wesprzeć tych chorujących, którzy są na początku drogi do zdrowia.

Dr Joanna Krzyżanowska-Zbucka: psychiatra, ordynator Oddziału Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Jest członkinią Zarządu Fundacji eFkropka, która zajmuje się zapobieganiem wykluczeniu społecznemu osób z doświadczeniem choroby psychicznej.

Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock) Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock)

4 powody, dla których warto rozważyć wizytę u psychiatry

  •  Cierpienie, z którym sobie nie radzisz. Jeśli jesteś pogrążony w smutku od dłuższego czasu, nic cię nie cieszy i z trudem rozpoczynasz kolejny dzień, nie warto zwlekać z wizytą.
  •  Skierowanie od innego lekarza, np. internisty, neurologa czy dermatologa. Na pewno nie warto się oburzać. Wiele chorób somatycznych, np. choroby skóry, ma swoje podłoże w psychice i czasem zadowalające efekty daje dopiero połączenie wiedzy z kilku dziedzin.
  •  Pogorszenie codziennego funkcjonowania. Jeśli problemy z koncentracją, nadmierna nerwowość, rozkojarzenie czy jakikolwiek inny objaw związany ze sferą psychiczną rodzi problemy, np. coraz częściej dochodzi do awantur w domu, dobrze jest porozmawiać o tym z lekarzem psychiatrą.
  • Namowy bliskich osób. Rady przyjaciół czy rodziny, by wybrać się do psychiatry, są zwykle najtrudniejsze do przełknięcia. Jeśli jednak radzą osoby, które zawsze były życzliwe i wspierające, warto ich posłuchać. Nawet jeśli nie do końca wierzysz, że wizyta u psychiatry ma sens.
 

  1. Psychologia

Jak wyleczyć się z traumy?

Trauma szokowa jest wynikiem przeżyć, na które składają się trzy czynniki: za dużo, za szybko i za nagle. (Fot. iStock)
Trauma szokowa jest wynikiem przeżyć, na które składają się trzy czynniki: za dużo, za szybko i za nagle. (Fot. iStock)
Zdaniem dr. Petera A. Levine’a, trauma nie zawsze jest wynikiem wielkiej katastrofy. Może doprowadzić do niej seria pozornie małych niepowodzeń. I choć mózg już o nich dawno zapomniał, to ciało magazynuje trudne doświadczenia. O Somatic Experiencing, metodzie pracy z traumą poprzez ciało, opowiada psychoterapeutka Dorota Hołówka.

Metoda leczenia z traumy Somatic Experiencing wydaje się bardzo nowatorska. Jej autor, dr Peter A. Levine, uważa, że człowiek rodzi się ze zdolnością do przezwyciężania traumy.
Somatic Experiencing (SE), metoda, którą do Polski wprowadził Instytut Terapii Psychosomatycznej, zajmuje się głównie traumą szokową, czyli przeżyciami, na które składają się trzy czynniki: za dużo, za szybko i za nagle. W takich sytuacjach układ nerwowy nie jest w stanie zintegrować tego, czego człowiek doświadcza na poziomie emocjonalnym. Przykładem może być wypadek samochodowy, w którym ginie bliska osoba. Organizm, żeby móc przetrwać i ochronić się przed odczuwaniem cierpienia, wchodzi w fazę ucieczki albo zamarcia.

Doktor Levine obserwował zwierzęta i zauważył, że gdy przetrwają zagrożenie, zaczynają mocno drżeć. W ten sposób wyładowują napięcie mięśniowe, pojawiające się wskutek silnego stresu, a ich układ nerwowy sam się reguluje i trauma znika. U ludzi nie jest to takie proste. Długo rozpamiętujemy trudne sytuacje, zaczynamy fantazjować, tworzyć czarne myśli i ciągle dostarczamy układowi nerwowemu informację, że nie jest bezpiecznie. Często myślimy, że skoro potrafimy opowiadać o bolesnym wydarzeniu, znaczy, że się go pozbyliśmy. Nic bardziej mylnego – mówi nasze ciało, które je przechowuje. Mogą to być ramiona, brzuch, kark, stopy czy dłonie. Są osoby, które budzą się z rękami poranionymi od zaciskania pięści. To, w którym miejscu w ciele zapisuje się trauma, zależy od naszej fizjologii i rodzaju przeżycia. Jeżeli źródłem traumy jest doświadczenie związane z seksualnością, może to być miednica. Tam zamraża się historia. Uwalniamy się od traumy, kiedy bez problemu możemy o niej opowiedzieć i jednocześnie odczuwać swoje ciało, jednak z moich obserwacji wynika, że zazwyczaj tracimy zainteresowanie tą historią.

Czyli rozum stara się przechytrzyć nasze ciało. Jak Somatic Experiencing pomaga uleczyć traumę, którą zamrażamy w ciele?
Terapeuta rozmawia z klientem o tym, co się wydarzyło tuż przed traumatycznym doświadczeniem i zaraz po nim, a nie o samej traumie. Z uwagą i delikatnością pyta, co się w tym czasie dzieje w jego ciele. Peter A. Levine uczy terapeutów, by zauważali moment, w którym klient za bardzo zbliża się do traumatycznego przeżycia. Wtedy należy sięgnąć do zasobów klienta zebranych podczas wcześniejszych sesji. W ten sposób osoba w traumie zaczyna wracać pamięcią i ciałem do chwil sprzed zagrożenia i regulować swoje reakcje w ciele.

Czym są te zasoby klienta?
W czasie pierwszych sesji terapeuta dowiaduje się, co daje klientowi poczucie stabilności w ciele. Pyta: co sprawia, że czujesz się komfortowo, jak to rozpoznajesz? Jakie masz pierwsze skojarzenie z przyjemnością? Może to być sposób siedzenia. Strategiczną postawą, nad którą się pracuje, są dobrze osadzone na podłodze nogi i oparcie pod plecami. Wracając do tej pozycji, osoba w traumie czuje, że się nie przewróci, czuje się bezpiecznie. Jednak nie możemy niczego zakładać – to klient sam dla siebie ma odnaleźć poczucie stabilności. Zasobami są również obrazy, np. plaża, góra, otwarta przestrzeń czy kolory, zapachy, dotyk, dźwięki. Klient zauważa: „O, wstrzymałem oddech, co będzie, jak zacznę swobodnie oddychać?”. I wtedy może przyjść mu na myśl jakiś obraz. Układ nerwowy zaczyna sam się regulować.

Czasem trudno rozpoznać i nazwać odczucia w ciele.
Tak, dlatego to długi proces. Jako terapeutka nie mogę pospieszać, oceniać, podpowiadać, bo wiem lepiej. Ważny tu jest szacunek i zaufanie do klienta. W końcu sam zaczyna mówić, że odczuwa lekkie napięcie, że ma spłycony oddech i uczy się rozluźniać. Zauważa, że jeśli w tym momencie skupia się na oddechu, oddech się wydłuża i zaczyna ufać ciału. Często w przypadku traumy ciało jest dla nas piekłem. Nie chcemy poczuć smutku, tłumacząc sobie, że to oznaka słabości i trzeba go stłumić, a okazuje się, że tak naprawdę za smutkiem kryje się wielka rozpacz, przerażenie, których się boimy. Ze strachu, że się rozpadniemy, nie dopuszczamy do siebie tego przerażenia. Trzymamy je w ciele i blokujemy. Na prośbę: „Spróbuj to poczuć”, często słyszę od klienta: „Nie chcę, bo się rozpadnę”. Ciało wysyła sygnał: „Nie przeżyjesz tego”. Wtedy cofamy się i łapiemy moment tuż sprzed tego smutku. I tak zaczyna się nauka, jak wchodzić w stan równowagi, korzystając z własnych zasobów.

No dobrze, w czasie sesji w obecności terapeuty osoba w traumie zaczyna się dobrze czuć, potrafi nazwać odczucia w ciele, przywołać dobre skojarzenie, wyregulować układ nerwowy. Ale co dzieje się po wyjściu z gabinetu, po skończeniu terapii? W dalszym życiu? Czy SE jest skuteczne długoterminowo?
Tak. Terapia kończy się dopiero, gdy klient wyjdzie całkowicie z traumy. Sesje Levine’a z żołnierzami są najlepszym tego dowodem. Żołnierze uwalniali się od tików, które pojawiły się na skutek doświadczenia np. huku bomb. W tej metodzie najważniejsze jest, że terapeuta tylko zadaje pytania, a klient sam uczy się, jak może sobie pomóc. Gdy wyjdzie na zewnątrz, nie zapomni tego, bo sam do tego doszedł, sam się rozluźnił, skorzystał z oparcia czy przywołał wspierający obraz. Terapeuta dodatkowo wzmacnia tę naukę. Zatrzymuje się na momentach rozluźnienia i dopytuje. Przepracowujemy te momenty jakby w zwolnionym tempie. Obserwujemy wspólnie, że ciało inaczej reaguje w chwili zagrożenia. Nie wpada już tak łatwo w panikę, bo mimowolnie czerpie z tych zasobów, których wcześniej nie było świadome.

Na przykład?
Kiedy widzę wypadek, roztrzaskany samochód, krew, pogotowie, słyszę wycie syreny – moje ciało ma już utrwalone obrazy i skojarzenia, które nie pozwolą mi wpaść w panikę i wrócić do mojej historii. Już mam przepracowaną traumę na wszystkich poziomach i na to miejsce pojawia się skojarzenie, które wypracowałam – ten obraz czy dźwięk mnie reguluje. Ciało zaczyna odwracać proces, a ja pozostaję w równowadze.

Czy Somatic Experiencing jest metodą stosowaną w szpitalach? Czy idzie w parze z terapiami farmakologicznymi?
Niestety, nie idzie w parze, bo zazwyczaj lekarze są zamknięci na takie metody. Moje koleżanki psycholożki pracujące w szpitalach są osamotnione w działaniu, bo nikt nie traktuje poważnie metod, które stosują. A ci lekarze, którzy poza farmakologią chcieliby wprowadzać inne formy terapii czy badać ich skuteczność, muszą to robić, mówiąc kolokwialnie, „poza protokołem”. Inaczej wygląda to np. w krajach skandynawskich czy w Izraelu, gdzie nawet dofinansowuje się szkolenia w zakresie SE.

Mam wrażenie, że ci, którzy potrzebują pomocy w leczeniu traumy, nie są świadomi, że takie metody jak Somatic Experiencing istnieją i są skuteczne. Jeżeli mamy w swoim otoczeniu osobę, która nie potrafi poradzić sobie z jakimś doświadczeniem, jak możemy namówić ją na pomoc? Nie zrazić, ale nakłonić?
Najpierw proponuję przyjrzeć się sobie: dlaczego ja chcę tej osobie pomóc? To jest niezwykła praca indywidualna. Co takiego we mnie się dzieje, że nie potrafię udźwignąć tego, że ktoś przeżywa traumę? I nie zabrzmi to może naukowo, ale magiczne jest, że jeśli przepracuję niepokój o tę osobę, zwłaszcza gdy dotyczy kogoś bliskiego, np. dziecka, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nagle ta osoba zaczyna czuć się lepiej. Warto siebie pytać, co się ze mną dzieje, gdy się martwię o kogoś. To bardzo nas uwalnia, stajemy się odpowiedzialni za nasze relacje. Inny sposób to zapytać tę osobę, czy chce sobie pomóc i uszanować jej odpowiedź, jeśli usłyszymy: nie. Może nie jest gotowa. Nie zakładajmy, że jeśli u kogoś dzieje się coś złego, to potrzebuje pomocy w tym momencie. To naturalne, że chcemy, by bliscy czuli się szczęśliwi. To jest jak z zamartwianiem się. Sama bardzo martwiłam się o bliskich. Zaczęłam się więc temu mechanizmowi przyglądać. Często martwiąc się o kogoś, osłabiamy tę osobę. Stawiamy się w pozycji, że jesteśmy lepsi. Martwię się, czyli uważam, że on jest słaby, że sobie nie da rady. A potem okazuje się, że ten ktoś jest bardzo silny i zaradny. Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nasze myślenie wzmacnia osobę, której chcemy pomóc. Prosty przykład: czy jako dziecko lubiłam, kiedy rodzice martwili się o mnie? Gdy pytali: „Dlaczego nie zjadłaś śniadania? Co zrobisz, gdy ci nie pójdzie na spotkaniu?” – jaką wywoływało to reakcję? Raczej taką: „Mamo, uwierz we mnie trochę. Nic mi nie jest, nie jestem głodna. Dam radę”. Nawet jeśli nie komunikujemy bliskiej osobie, że się o nią martwimy, ale tak myślimy, ona to odczuwa i to ją osłabia. Lepiej pomyśleć: co silnego w niej widzę? Ile razy już w życiu sobie poradziła? Zracjonalizowanie, dlaczego chcę pomóc czy dlaczego się martwię, bardziej pomaga niż samo pomaganie. Dopóki nie zobaczę w drugiej osobie potencjału i siły do zmiany, dopóty w żaden sposób jej nie pomogę. To dotyczy wszystkich relacji, również relacji: terapeuta – klient. Jeśli jest to dla mnie trudne, to należy zastąpić chęć pomagania pracą nad sobą.

Dorota Hołówka psycholożka, psychoterapeutka, założycielka Stowarzyszenia Nowa Psychologia. Pracuje m.in. metodą Somatic Experiencing. Twórczyni autorskiego programu pracy z ciałem. Prowadzi cykliczne sesje i warsztaty skupiające się m.in. na uzdrawianiu lęków. 

Tekst pochodzi z archiwalnego wydania magazynu "Sens"

  1. Psychologia

Córka bez matki. Jak sobie radzić?

Matka jest dla dziecka całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest z nas niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, bierzemy jej cierpienie na siebie. (Fot. iStock)
Matka jest dla dziecka całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest z nas niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, bierzemy jej cierpienie na siebie. (Fot. iStock)
Jako dziewczynki uczymy się, że niektóre uczucia są bardzo niedobre, na przykład gniew, nienawiść; że nie wolno ich wyrażać. Tymi niewyrażonymi uczuciami trzeba się koniecznie zająć w dorosłym życiu. Trzeba pozwolić im wybrzmieć. To jest proces dążenia do prawdy o sobie, o swoim życiu – mówi psychoterapeutka Maria Zembrzuska-Peche.   

Utrata córki przez matkę i matki przez córkę jest podstawową kobiecą tragedią – pisze filozofka Adrienne Rich. Nie każda z nas straciła mamę w tym sensie, że mama umarła. Jednak większość z nas – jak się zdaje – przeżywa żałobę po tym, że nie miałyśmy i nie mamy kochającej, czułej i silnej matki. Mamy matki chore, emocjonalnie nieobecne, obojętne, a nawet wrogie.
Taka żałoba trwa wiele lat, czasem nawet całe życie. Wiąże się z cierpieniem, z brakiem, z nadzieją, że relacja z mamą kiedyś się poprawi.

I z tęsknotą. Za czym?
Za tym, czego nie dostałyśmy; za radością, szczęściem, błyskiem w oku mamy, rozpoznaniem, że jesteśmy dla niej skarbem, za czułym dotykiem. Córka potrzebuje tego wszystkiego, żeby swobodnie żyć. Dlatego tak tęskni, czeka.

Czy to może się wydarzyć?
Dopóki żyjemy, wszystko, oczywiście, może się zdarzyć. Życie przynosi nieoczekiwane rozwiązania. Żadna z nas nie jest w stanie przewidzieć, co się stanie. Mama ma swój los, swoje cierpienie, którego nie znamy. Dała i daje tyle, ile może; to jest jej ograniczenie, z którym nic nie możemy zrobić. Żałoba dotyczy nas samych. To my mamy sobie dać to wszystko, czego nie dostałyśmy od mamy.

Żałoba sprawia, że nie możemy ruszyć z miejsca, utknęłyśmy, czujemy się odrętwiałe, bez energii.
Ruszymy dopiero wtedy, gdy uświadomimy sobie, co tak naprawdę się z nami dzieje, co czujemy. Trwamy w miejscu, dopóki tego nie odkryjemy. To cała tajemnica. Nie aktywność, nie pytanie siebie, co tu zrobić, jak rozwiązać problem. „Robienie” jest wtórne. Najważniejsze jest pełne uświadomienie sobie, czego doświadczam teraz.

To właśnie może być najtrudniejsze.
Matka jest dla córki – w ogóle dla dziecka, ale mówimy tu o córkach – całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest ze mnie niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, biorę jej cierpienie na siebie. To ja jestem zła. „Ja jestem zła” – często słyszę to od kobiet. To są mocne i dramatyczne wyznania. Szczególnie, gdy dotyczą – a często tak się dzieje – kobiet „światowych”, odnoszących sukcesy, samodzielnych. W gabinecie te kobiety uświadamiają sobie, że często przeżywają siebie tak jak opuszczone, przerażone, małe dziewczynki.

A mama? „Przecież się starała”. „Kochała na swój sposób”. „Też miała ciężko”. „Chciała dobrze”. „Wszystko poświęciła dla rodziny”.
O tak, tłumaczymy, usprawiedliwiamy, idealizujemy nasze mamy. Niekochająca matka to jest w naszej kulturze tabu. Bo matka musi kochać; jest matką, więc kocha. To nie jest prawda. Nie każdy umie kochać. Jeśli matka deklaruje, że kocha, to wcale nie musi znaczyć, że tak jest. Miłość przejawia się we właściwym postępowaniu. Polecam świetną książkę Susan Forward na ten temat „Matki, które nie potrafią kochać...”.

Mamy tyle wyrozumiałości i współczucia dla naszych mam, trudniej ze współczuciem dla siebie.
Bo wtedy musiałybyśmy otworzyć w sobie miejsca pełne rozpaczy, opuszczenia, smutku, strachu. Bronimy się przed bólem, którego nie chcemy czuć. Podstawowym przeżyciem córek, które mają trudne relacje z matkami, jest strach; one czują się opuszczone w „tym wielkim świecie”. To właśnie matka jest dla dziewczynki „tym wielkim światem”. Matka kochająca koi strach. Gdy córka ma wątpliwości co do miłości matki, wtedy doświadcza potwornego strachu. To naprawdę przerażające doświadczenie. Kobieta przenosi je potem na dorosłe życie. Jest przerażona w nieoczekiwanych sytuacjach. Świetnie sobie radzi, a tu nagle doznaje ataku paniki. Skąd to się bierze? Nie wie. Boi się. W procesie psychoterapii w bezpiecznych warunkach może pozwolić sobie na przeżywanie wszystkiego, może panicznie się bać, trząść się, płakać, wyć, czyli czuć to wszystko, co – jako dziewczynka – musiała w sobie zamknąć, stłumić. Teraz ma możliwość przeżyć to wszystko świadomie, w obecności kogoś, kto mówi: „Tak, jestem przy tobie, jesteś w porządku”.

Tego właśnie zabrakło w naszym dzieciństwie.
Jako dziewczynki uczymy się, że niektóre uczucia są bardzo niedobre, na przykład gniew, nienawiść; że nie wolno ich wyrażać. Oczywiście, pogrążanie się w gniewie i nienawiści w dorosłym życiu nikomu nie służy. Jednak niewyrażonymi uczuciami trzeba się koniecznie zająć, pozwolić im wybrzmieć. To jest proces dążenia do prawdy o sobie, o swoim życiu.

Te bolesne uczucia, niestety, nie odchodzą na zawsze. Odzywają się w nas w przełomowych momentach życia – gdy rodzimy własne dzieci, zmieniamy pracę, przeprowadzamy się, rozwodzimy, awansujemy, gdy dzieci wychodzą z domu, gdy ktoś bliski umiera.
Pamiętam, jedna z moich córek miała może 12, 13 lat, a ja… przestraszyłam się jej. Uświadomiłam sobie, że boję się własnego dziecka. Już jakiś czas temu zakończyłam własną psychoterapię, jednak ten strach sprawił, że wróciłam. Wtedy zrozumiałam, że to jest proces, droga. Jesteśmy razem, kochamy się, mamy dobrą relację, a jednak to nie jest skończone dzieło.

Co więc uwalnia?
Pogodzenie się, że relacja z mamą jest taka, jaka jest. Że w taki sposób borykam się z trudnościami, z pustką, ze strachem. Że to boli. Że ten ból może wracać. Proces żałoby wiąże się z uznaniem, że jesteśmy takie, jakie jesteśmy, miałyśmy doświadczenia, które sprawiły, że właśnie w ten sposób sobie radzimy. Mamy świadomość tego, co czujemy. Jeśli czuję, że się boję, zauważam to i nazywam: „Tak, boję się”. Wraz ze świadomością i pogodzeniem przychodzi taki czas, gdy to wszystko, co dotyczy relacji z mamą, nie jest już osią życia, pierwszoplanowym doświadczeniem. Czasem się boję, ale przecież żyję i moje życie jest dobre.

Wszyscy mamy zdrowy rdzeń, który nie może być „uszkodzony”, to nasza prawdziwa natura.
Jesteśmy dobrzy. Tak mówią wszystkie tradycje duchowe.

Możemy się na tym oprzeć.
Tak, mamy wiele punktów oparcia. Często szukamy w świecie tego, czego nie dostałyśmy od mamy. Szukamy na przykład relacji ze starszymi, ciepłymi kobietami. Świat jest wielki; możemy znaleźć ludzi, których pokochamy i którzy nas pokochają. Jednak proces zdrowienia zawsze zaczyna się od nas samych. Dorosłość to jest umiejętność oparcia się na sobie, na tym, co czuję, co przeżywam, na tym, że nie wiem. Ja, gdy „nie wiem”, nic nie robię, nie podejmuję działań, obserwuję, co się ze mną dzieje, rozmawiam z bliskimi. Także w żałobie możemy całkowicie oprzeć się na sobie.

Na bólu, lęku, przerażeniu?
Kobiety mnie pytają: „Boję się! Na tym mam się oprzeć?”. Tak, boisz się. Oprzyj się na tym. Na tym, co czujesz i przeżywasz teraz. Na tym, że jesteś zmęczona, pusta, zamknięta. Możemy być pewni tylko tego, co teraz. Jestem pewna, że teraz tu jestem, czuję to, co czuję – to jest to oparcie. Wszystko poza „teraz” jest niewiadomą. Oparcie się na sobie oznacza też własne rozumienie swojej żałoby. „Zakończyłam żałobę”, „nie zakończyłam żałoby” – odwołujemy się do stwierdzeń, które być może wcale nie są nasze. Co to jest żałoba? Ważne jest odszukanie osobistego sensu, czym jest dla mnie, co dzieje się we mnie, pal licho, czy to się nazywa żałoba, czy inaczej. Oparcie się na sobie to zaufanie – tak, to, co czuję i przeżywam, jest dobre. Może być trudne, bolesne, ale jest dobre. Możemy oprzeć się także na trudnej relacji z mamą. Ta relacja dzisiaj, teraz, tak właśnie wygląda. Prawda uczuć daje nam oparcie. Za tym idzie otwieranie się na życie, na to, co się wydarza i ufanie temu.

  1. Psychologia

Jak świat widzą Dorosłe Dzieci Alkoholików?

Etykietka chorego, którą dostaje się tylko z powodu alkoholizmu rodziców jest myląca. Bo bycie dzieckiem alkoholika to jest życiorys, a życiorysu nie da się wyleczyć. (Fot. iStock)
Etykietka chorego, którą dostaje się tylko z powodu alkoholizmu rodziców jest myląca. Bo bycie dzieckiem alkoholika to jest życiorys, a życiorysu nie da się wyleczyć. (Fot. iStock)
Ta etykieta czasami przytłacza. Nie dość, że miałam koszmarne dzieciństwo, nie dość, że męczę się z życiem i światem, to ktoś jeszcze mi wciska, że jestem nienormalna – mówi o syndromie DDA psychoterapeutka Magdalena Ilnicka.

Usłyszałam kiedyś, że dorosłe dzieci alkoholików to jeden z najbardziej poszkodowanych „targetów psychoterapeutycznych” – nic nie zrobiły, a lądują z metką psychicznego defektu, z którą nie wiadomo co zrobić. Czy cechy, które składają się na syndrom DDA, to choroba?
Sam pobyt w rodzinie chorej nie daje choroby, ale faktycznie, osoby wyrosłe w rodzinie alkoholowej mają większe problemy niż ludzie wychowani w „normalnych” domach. Niewątpliwie dorastanie w alkoholowym domu to bardzo trudne doświadczenie, ale bycie dzieckiem osoby psychicznie chorej, marynarza, który znika na pół roku, czy górnika, który może zginąć na każdej zmianie, też jest trudnym doświadczeniem.

Diagnoza: „Jesteś DDA”, pomaga czy odbiera siły?
Czasami ta etykieta przytłacza. Informacja, której według mnie brakuje, to: „Mimo że doznałaś krzywdy, świetnie poradziłaś sobie w tamtym momencie życia, przetrwałaś. A jak sobie wtedy poradziłaś, to i teraz dasz radę”. Poza tym ta etykietka chorego – którą dostaję nie z osobistych zasług, tylko z powodu alkoholizmu rodziców – jest myląca. Choroba to jest coś, co można leczyć. A nie da się sprawić, że zmienię przeszłość i nagle nie będę dzieckiem alkoholika. To już się stało i tę tożsamość mam na zawsze. Można ogarnąć swoje nerwice, inne przypadłości i kłopoty, a bycie dzieckiem alkoholika to jest życiorys. Życiorysu nie da się wyleczyć!

Znasz ludzi, którzy wyszli z alkoholowego domu i nie mają życiowych komplikacji spod znaku DDA?
Znam bardzo wielu ludzi, którzy świetnie sobie radzą w życiu, mimo że mają życiorys alkoholowy i mimo że nie byli na żadnej terapii. Jednak każda z tych osób ma w sobie jakiś szczególny rodzaj nadkontroli. Mogę powiedzieć niemal w ciemno, że jak jedzie wycieczka autokarowa, to w ciągu pierwszych sześciu godzin można poznać żony i dzieci (dorosłe) alkoholików.

Po czym?
Żony alkoholików sprawdzą, czy dziecko siedzące trzy rzędy dalej ma kanapkę. Albo czy tej pani z bandażem jest wygodnie. A dzieci alkoholików na ogół wiedzą, jaki napój pije kierowca. I nabywają tę wiedzę – zupełnie poza świadomością.

Normalni ludzie tak nie mają?
Nie, ludzie przeważnie nie zwracają aż takiej uwagi na to, co się dzieje dookoła. Dzieci alkoholików zwracają i wiedzą, np. od czego zaczęła się kłótnia w autokarze. Niby czytali książkę i mogą nawet powtórzyć, o czym czytali, a jednak ten kawałek mózgu w służbie bezpieczeństwa pracował. Tam, gdzie była przemoc w rodzinie, czujników kontroli jest więcej, są bardziej wyczulone. I często w dorosłym życiu te kontrolery są przedziwne, np.: „A wzięłaś paszport? Wzięłaś pieniądze?”. Jedzie grupa dorosłych ludzi, każdy odpowiada za siebie, a tu nagle takie pytania! Co ciekawe, te kontrolujące osoby dostają mnóstwo wsparcia dla swoich dysfunkcji. Chociaż to nawet nie jest dysfunkcja, to jest funkcjonalne: gdy żyjesz w świecie, w którym ludzie zapominają paszportów, normalne, że to sprawdzasz. Zwłaszcza że ludzie wyposażeni w tego rodzaju nadkontrolę tworzą bliskie relacje z osobami, które zapominają paszportów. A więc dostają nieustające potwierdzenie, że ta ich zapobiegliwość ma sens. I im bardziej pytają i sprawdzają, tym bardziej ich bliscy zapominają! Zdrowy człowiek, jeśli zapytam go trzeci raz o paszport, stuknie się w głowę, bo nie będzie w stanie znieść ciągłej kontroli. Ale gdy natknę się na sierotkę Marysię, zadam trzy razy to pytanie, potem poczuję się odpowiedzialna za to, że jej coś doradziłam, ona coraz mniej się będzie ogarniać, bo przecież ja za nią zadbam o wszystko, więc coraz mocniej na mnie zawisa. Ja jestem zła, zmęczona i absolutnie nie mogę tego zerwać, bo przecież ona beze mnie zginie, jak ja ją mogę teraz tak zostawić, bidulkę, prawie 40-letnią!? Jestem umęczona i przygnieciona. Wyjściem jest… picie. Picie zwalnia ze wszystkiego. Już mnie Marysia nie obchodzi, wreszcie mogę odpuścić. To jest sposób na odpoczynek.

Kontrola jest chorobą?
Jeśli jesteś wychowana w otoczeniu, w którym co chwila coś się wali i pali, to czy czujność i kontrola są chorobą? No, chyba nie. Jeżeli jesteś bardziej czujna, to społecznie często wchodzisz w role czujnika i kontrolera: strażaka, lekarza ratownika, prokuratora, pielęgniarki. Czy prokurator albo strażak mogą nie być czujni?

Więc nie powinno być problemu…
A jest. Najbardziej go widać wtedy, gdy wcale nie musisz być czujna, a i tak wyłapujesz wszystkie sygnały z otoczenia. W salonie toczy się miła pogawędka o pogodzie, a ty doskonale wiesz, co dzieje się w pokoju obok. Nawet na chwilę nie odpuszczasz. Tego rodzaju przeciążenia muszą zostawiać ślady. Ale jednocześnie jest to bardzo miłe społecznie – jest ktoś, kto odstawi szklankę w bezpieczne miejsce, złapie w locie dziecko, ostrzeże przed radarem.

To nie musi być wcale miłe, jeśli non stop napominasz: „Jedź wolniej”, „nie kładź tu noża”. Można uprzykrzyć innym życie.
Byłam ostatnio w węgierskiej restauracji, była tam rodzina z mniej więcej trzyletnim dzieckiem. Chłopiec biegał po sali, a jak to w węgierskiej knajpie – zupa gulaszowa na palniku, płonące naleśniki. Do sali prowadziły otwierane wahadłowo drzwiczki. Kelner idzie z wrzącymi talerzami, dziecko po stronie restauracji, tuż za tymi drzwiami… Zdążyłam. Kelner podziękował przerażony. W tym miejscu było dziesięć stolików, poza mną nikt, łącznie z rodzicami, niczego nie zauważył. I teraz, czy za uratowanie tego dziecka warto się tak umęczyć tym, że dziesięć razy więcej niepotrzebnie widzę? To jest takie trzecie oko. Terapeutycznie umiałabym z niego nie korzystać, ale czy tak naprawdę chcę?

Defekt czy zasób?
Otóż to. Z jednej strony DDA będzie się pakować w niebezpieczne sytuacje, głupie, raniące, nawet beznadziejne związki. Ale z drugiej – w razie wypadku, wojny, katastrofy to właśnie on sobie poradzi. Gdy masz oczy dookoła głowy, to będziesz zorganizowany, unikniesz niebezpieczeństwa, wykorzystasz szanse. To jest zasób. Osoby, które wierzą w służby, będą czekały na innych, bo same nie potrafią nic zrobić. Gdyby tylko dzieciom alkoholików zaoferować możliwość odpoczynku, czyli odpuszczania tej kontroli, to właściwie nie musiałoby być źle. Ale ja bym nie chciała żyć w świecie, w którym nie ma ludzi czujnych, zorganizowanych, z taką gotowością. Jednak widzę, że to zmęczenie nieustającym dyżurem jest trudne do uniesienia.

Czy można wyłączać tę czujność? Pojechać w miejsce, gdzie nikt nie będzie gubił kluczy, okularów, rysował sąsiednich samochodów przy parkowaniu. Czy da się odpocząć?
Nie, to nie tak. Nie chodzi o ucieczkę i eliminację z życia niebezpiecznych sytuacji. Można doprowadzić swoje poczucie bezpieczeństwa do takiego miejsca, w którym czujność włącza się przy zagrożeniu, a nie jest stałym elementem oglądu świata. Włącza się sprawnie, wcześniej niż u innych ludzi, ale nie jest nieustająca. A po drugie, jeśli tę czujność nazwać trzecim okiem, to czy pierwsza para oczu właściwie działa?

Czyli?
Często dzieci alkoholików tak bardzo widzą niebezpieczeństwo, że nie widzą już nic innego. Zbierają dowody na to, że świat jest niebezpieczny. Jechałam z kolegami pociągiem podmiejskim. Na stacji – intuicja, czujność, spostrzegawczość, nie wiem – zauważyłam grupkę niepewnie zachowującej się młodzieży, kręcili się przy jakimś zmęczonym człowieku. Tuż przed odjazdem pociągu wepchnęli go pod wagon. A ja go w ostatniej chwili wyciągnęłam. I teraz – mogę dołączyć tę historię do mojej kolekcji „Jak Magda uratowała świat” albo przyjąć, że zareagowałam właściwie, udało się uniknąć wypadku. I tyle. Tego dnia pod kołami pociągu zginęło pewnie kilkanaście osób. Pytanie, czy rzucę się ratować świat i tropić takie przypadki, czy dam radę normalnie żyć.

To co, mam reagować czy nie? Widzę, że koleżanka pozwala swojej dwuletniej córeczce bawić się ostrym nożem, mam się nie wtrącać?
Jeśli coś by się stało, to dla większości ludzi nie ty byś była odpowiedzialna. Ale co ty byś sądziła?

Że nie dopilnowałam.
Otóż to. Ponieważ widzę zbliżające się niebezpieczeństwo, to nie mogę nie zareagować. Dla własnego spokoju. Bo u mnie nie będzie wypadku, będzie moje zaniedbanie. A trzecie oko jest i ja nie umiem go zamknąć, nie widzieć. Leczenie tego uważam za absurd.

Ale dlaczego inni nie reagują?
Bo nie widzą!

Żartujesz sobie?
Nie, naprawdę nie widzą. Jeśli kogokolwiek zapytasz, czy należy interweniować, gdy dziecko bawi się nożem albo szklanką, to powiedzą, że oczywiście.

To dlaczego nie reagują?
Bo nie widzą. Idziemy ulicą, ja i mój mąż, który nie jest DDA. Mówię: „Robimy coś czy nie?”, bo widzę, że matka bije dziecko. On na to: „Ale z czym?”. I jak ja mu powiem: „Zobacz, ta baba bije dziecko, ja nie wyrobię”, to on wkroczy, nie ma żadnego problemu, żeby działać. Tyle że zanim mu nie powiem, on tego nie widzi. Nie słyszy popiskiwania, a ja słyszę. Nie dlatego, że jest głuchy. On nie ma na to radarów. A ja mam. DDA mają. Kiedyś myślałam, że ludzie wypierają to…

A nie myślisz, że widzą, tylko ich to w ogóle nie obchodzi?
Nie. Wiem, że nie widzą! Tam na ścianie wisi aniołek, mogłaś nie zwrócić uwagi. To może być bomba. Gdybyś była afgańskim dzieckiem, którego kolegom takie zabawki urwały ręce, to reagowałabyś na nią inaczej. To nie jest tak, że ty jesteś ślepa. Aniołek po prostu nie wzbudził w tobie żadnych podejrzeń, żadnego alarmu.

Wracając do tego zmęczenia ciągłym dyżurem – jak zamienić przymus widzenia i reagowania w wybór?
Można to zrobić świadomością. Nauczyć się, że taka reakcja jest odpowiedzią na zagrożenie. I sprawdzać, czy zagrożenie jest realne. Autentyczna historia sprzed bardzo wielu lat. Mojemu mężowi upadł w kuchni nóż. Jak łatwo się domyślić – mnie noże nie upadają! Spojrzałam ze zgrozą, on znając ten wzrok, mówi: „Spokojnie, nic się nie stało”, co sprawiło, że wpadłam niemal w furię. „Jak to nic się nie stało! Gdyby to był nasz jedyny nóż, a bylibyśmy w pociągu jadącym na Syberię, a tobie on tak by wypadł, to co by było?”. Hm, ale jesteśmy w kuchni. I to jest ten kłopot. Fakt, gdybyśmy naprawdę byli w pociągu, to ja jestem zbawieniem, ocalę najważniejszy sprzęt. Ale jeśli będąc w kuchni, jestem w pociągu na Syberię, to mnie to wykończy. I wykończy rodzinę. To, co mogę zrobić i robię, to gdy odwiedzają mnie wnuki, szklankę z herbatą odstawiam w niedostępne miejsce, ale talerzykiem z truskawkami się nie przejmuję, bo najgorszym, co może się zdarzyć, jest rozbity talerz. I nie muszę pilnować. Przy moim stole w ogrodzie mam mieć stół w ogrodzie, a nie pociąg na Syberię. Muszę zlikwidować prawdziwe niebezpieczeństwa i obserwować siebie, bo inaczej się w życiu nie przekonam, czy mogę być spokojna, jeśli nie kontroluję wszystkiego, jeśli nie stoję na straży całego świata. Natomiast w sytuacji z restauracji węgierskiej odpuścić nie mogę, bo widziałam to niebezpieczeństwo. Mogę tam więcej nie bywać, ale nie zareagować nie mogę, bo wyrzuty sumienia mnie zamordują.

Terapia DDA potrafi to wyleczyć?
Tak. Choć nie uważam, żeby potrzebna była terapia. Trzeba tylko wiedzieć, że się ma takie odruchy, i rozumieć, czemu one służą. Ale mam też spory szacunek do tych mechanizmów obronnych, nie chciałabym się ich pozbyć. Nie chciałabym być w grupie ludzi, którzy nie widzą bitego dziecka. Już rozumiem, nie jestem na nich zła, że nie widzą (sama umiem usiąść tak, żeby nie być w stałej czujności), ale cenię sobie ten zasób.

Czy coś się przez lata zmieniło w terapeutycznym/metodologicznym patrzeniu na DDA?
Jest więcej procedur. A ja ich nie lubię. Mam wrażenie, że np. w lecznictwie odwykowym przerabiamy pijących alkoholików na trzeźwiejących alkoholików i nikt nawet nie mówi o człowieku. Ale to jeszcze trochę rozumiem – trzeźwy alkoholik to jednak o oczko lepiej niż pijany. Natomiast fabryka przeleczonych DDA?

Chodzi o to, żeby dzieciństwo, szczególnie to niezbyt udane, przestało mieć taki wpływ na dorosłe życie, a nie żeby nosić na stałe etykietkę na czole. Terapia tak – dla ludzi, którzy jej potrzebują. I być może edukacja dla wszystkich osób z rodzin dysfunkcyjnych po to, żeby lepiej zrozumieli siebie i podjęli decyzję, czy potrzebują coś zmieniać. Żeby nie myśleli, że świat jest podły i nie reaguje na bite dzieci, tylko zrozumieli, że świat tego nie widzi. To jest duża różnica. Bo gdy myślę: „Boże, ten mój mąż to potwór – nie widzi”, to jest powód do rozwodu, a gdy wiem, że po prostu nie widzi, to mam powiedzieć: „Pomóż mi i coś zróbmy, bo ja widzę”. To zupełnie inna relacja emocjonalna. Tyle wystarczy, żeby mi poprawić funkcjonowanie ze światem i innych ze mną.

Magdalena Ilnicka, psychoterapeutka, terapeutka rodzinna, specjalistka terapii uzależnień. Pracuje m.in. z osobami współuzależnionymi i DDA.

  1. Psychologia

Syndrom DDD - czym jest i kogo dotyczy?

Nie tylko alkohol czy przemoc powodują, że rodzina nie spełnia swojej roli wobec dziecka. (Fot. iStock)
Nie tylko alkohol czy przemoc powodują, że rodzina nie spełnia swojej roli wobec dziecka. (Fot. iStock)
Nie tylko alkohol czy przemoc powodują, że rodzina nie spełnia swojej roli wobec dziecka. O tym, czym jest syndrom Dorosłych Dzieci z rodzin Dysfunkcyjnych i dlaczego warto mówić oddzielnie o problemach kobiet z takich domów – z psychoterapeutką Eugenią Herzyk rozmawia Beata Pawłowicz.

Czym jest dysfunkcja w nazwie syndromu DDD, czyli Dorosłe Dzieci z rodzin Dysfunkcyjnych? Z punktu widzenia psychologii humanistycznej celem wychowania jest umożliwienie dziecku rozwoju zgodnego z jego potencjałem. Pomoc w tym, aby mogło ono odkryć, kim jest, co jest dla niego ważne, a więc także świadomie dokonać wyboru autorytetów.  Wychowanie w rodzinie dysfunkcyjnej polega na zrobieniu z dziecka doskonałego trybiku społecznej maszynerii, czyli podporządkowanie go zewnętrznym autorytetom. Dziewczynki, o których piszę w książce „Dorosłe Dziewczynki z rodzin Dysfunkcyjnych”, są ukształtowane tak, aby troszczyły się o innych, były grzeczne i odcięte od swojego ciała – wtedy łatwiej nimi manipulować. Uczy się je także, aby nigdy nie kwestionowały tego, co mówi autorytet.

Pisze pani, że dysfunkcyjność rodziny powoduje powstanie fałszywego „ja” i życie w niezgodzie z „ja” prawdziwym. Dorosłe dziewczynki z rodzin dysfunkcyjnych mają oczywiście jakieś poglądy, ale zazwyczaj nie są one wybrane samodzielnie, tylko narzucone przez wychowanie. Tymczasem, aby prawdziwe „ja” mogło powstać, trzeba zastanowić się, co chcę przyjąć od rodziców, a czego nie chcę. Dali mi zapewne jakieś cenne lekcje, ale nie wszystkie ich poglądy uznaję za moje. Proces kształtowania się prawdziwego „ja” polega na świadomym wyborze wartości, ale w rodzinach dysfunkcyjnych on nie zachodzi.

Czym jest to prawdziwe „ja”? Bazuje na odpowiedziach na fundamentalne pytania: co lubię? czego nie lubię? jakie są moje priorytety? jaki system wartości? jaka jest moja prawda życiowa? Prawdziwe „ja” pomaga mi określić własne prawa w relacji z drugim człowiekiem. Ale też przyjąć zobowiązania. Aby wyznaczać zdrowe granice, potrzebuję poznać prawdziwą siebie, zbudować swoją tożsamość. Wychowanie w rodzinie dysfunkcyjnej to uniemożliwia. W konsekwencji nie będę stawiać zdrowych granic w budowanych przez siebie relacjach – z partnerem, z dzieckiem, z przyjaciółmi.

Co może zatem pomóc DDD? DDD nie wie, jakie są jego potrzeby i często mierzy się z poczuciem wewnętrznej pustki. Wynika ona stąd, że do tej pory nie żyło swoim życiem, ale cudzym. Jeśli jednak nie zmierzymy się z pustką fałszywego „ja”, to nie staniemy się niezależni. Będziemy podejmować decyzje pod wpływem zewnętrznych autorytetów, takich jak rodzice czy partner, albo autorytetów uwewnętrznionych, tak zwanego Wewnętrznego Rodzica.

Znam wiele Dorosłych Dziewczynek, które lepiej znają uczucia innych niż swoje. Bo w rodzinie dysfunkcyjnej dochodzi do zniewolenia emocjonalnego, czyli do przejęcia przez dziecko odpowiedzialności za emocje rodzica. Dlaczego? Często słyszały: „ty mnie wpędzisz do grobu!”, „nie piłbym, gdybym miał lepsze dziecko” itp. Ponieważ dysfunkcyjni rodzice nie radzą sobie z emocjami, wykorzystują dzieci w ten sposób, że obciążają je odpowiedzialnością za to, co czują. W ten sposób wikłają je we własne dysfunkcje. Nie uczą, jak być w kontakcie z emocjami i jak nimi zarządzać. Każda emocja niesie za sobą informację pozwalającą funkcjonować w świecie w taki sposób, który nam służy. Kontakt z nimi jest podstawą skutecznej komunikacji, a przez to umożliwia nawiązanie bliskich relacji. W zdrowej rodzinie mówię, co czuję, żeby bliscy wiedzieli, jak ich zachowanie wpływa na mnie, czyli na naszą relację, i to jest wspaniały sposób na budowanie bliskości. W rodzinach dysfunkcyjnych komunikacji w ogóle nie ma albo dotyczy ona wyłącznie sfery zadaniowej.

Nieprawda! W rodzinach dysfunkcyjnych wciąż ktoś mówi, co czuje! A nawet wykrzykuje! Ale po to, aby kogoś wpędzić w poczucie winy. Żeby wymusić określone zachowanie: „zobacz, jak mamusi jest smutno, gdy jesteś nieposłuszna”. Mówienie o emocjach jest tam formą manipulacji, a nie budowania relacji. W funkcjonalnej rodzinie zawsze wprost i w formie prośby mówimy o tym, czego nie chcemy lub czego potrzebujemy.

Problem z mówieniem o uczuciach jest kluczowy dla DDD? Tak, bo w rodzinach dysfunkcyjnych nie siada się razem i nie rozmawia o problemach, nie szuka wspólnie rozwiązania, porozumienia. Dla wielu rodziców najważniejszy jest święty spokój. W takich rodzinach zamiata się wszystko pod dywan. No ale w końcu ktoś ten dywan podnosi i zazwyczaj dzieje się to podczas jakiejś uroczystości lub w święta.

Jak to zmienić? Po pierwsze, mieć świadomość tych mechanizmów. Po drugie, pozwolić sobie poczuć emocje, których doświadczyliśmy w dzieciństwie, bez automatycznego usprawiedliwiania rodziców. Alice Miller, znana psychoterapeutka, autorka wielu bestsellerowych książek, zrobiła znakomitą robotę, bo pozwoliła ludziom na nazwanie emocji, które jako dzieci odczuwali wobec rodziców. Przedtem negatywne uczucia wobec ojca czy matki były zakazane. A to prowadziło do tego, że jako dorośli zakłamywaliśmy nadal to, co czuliśmy, gdy byliśmy krzywdzeni.

Pani pisze tylko o kobietach, a przecież te zakazy dotyczą także mężczyzn. Dziewczynce nie wolno się złościć, ale za to chłopcom smucić. To prawda, kobiety, które zaczynają się rozwijać, napotykają masę stereotypów dotyczących złości. Uważam, że skoro ewolucja dała nam tę emocję, to jest nam ona potrzebna. Ważne tylko, aby nie była destrukcyjna, czyli by jej nie puszczać wolno. Ale DDD tego nie potrafią. Jeśli w domu nie miały poczucia bezpieczeństwa, bo na przykład jedno z rodziców było uzależnione, to zazwyczaj nie potrafią zarządzać lękiem. Jeśli rodzice nie dali im bezwarunkowej miłości, to mają problem ze smutkiem. Jeśli nie były szanowane, to właśnie złość sprawia im kłopot.

Na czym polega zarządzanie złością? Podstawowym warunkiem tego zarządzania, tak jak w przypadku innych emocji, jest mieć z nią kontakt. Czyli wiedzieć, kiedy się ją czuje. Kobiety napotykają tak wiele przekazów dotyczących tego, że nie wolno im odczuwać złości, że często całkowicie się od niej odcinają. I można z nimi zrobić, co się chce, bo się nie bronią.

Zostały zniewolone zakazem odczuwania złości? Właśnie, i dlatego tak ważne jest, by zaczęły budować swoją tożsamość, czyli zastanawiać się: jakie mam prawa? czego potrzebuję? To je zbliży do samych siebie, a wtedy mogą odkryć, że jednak czują złość, gdy ktoś przekracza ich granice. Następny krok to pozwolić sobie na tę złość i obronić siebie.

Co na tej pracy kobieta z syndromem DDD zyskuje? Choćby to, że przestaje używać bierno-agresywnych zachowań, bo te pojawiają się, kiedy nie dajemy sobie pozwolenia na jawne okazywanie złości.

Co się dzieje, gdy nie potrafimy zarządzać emocjami? Mamy dwie drogi – albo właśnie odciąć się od nich, zaprzeczyć im, albo poszukać jakiegoś regulatora emocji. Może to być substancja psychoaktywna jak alkohol. Może też być zachowanie typu zakupy czy objadanie się. Gdy zachowania regulujące emocje pojawiają się w obszarze relacji z drugim człowiekiem, dochodzi do uzależnienia od miłości. Uzależnienie to dotyka bardzo wiele kobiet pochodzących z dysfunkcyjnych rodzin. Gdy mówimy o relacjach intymnych kobiety heteroseksualnej, jej regulatorem emocji staje się mężczyzna i relacja z nim.

Regulatorem emocji kobiety staje się mężczyzna? Weźmy bajkę o księciu na białym koniu, która wmawia dziewczynkom, że to związek z mężczyzną je uszczęśliwi. Weźmy stereotyp o „ułożeniu sobie przez kobietę życia”, czyli o posiadaniu męża i dzieci. To tylko dwa z wielu kulturowych przekazów, które mają wpływ na powstanie uzależnienia od miłości. W tę pułapkę wpada całe mnóstwo kobiet. Zwłaszcza te, które w dysfunkcyjnych domach zostały pozbawione kontaktu z kobiecością, bo one zyskują poczucie, że są kobietami dopiero wtedy, kiedy jakiś mężczyzna je dostrzeże. No ale kiedy przestanie się nią interesować, to kobieta przestaje czuć się kobietą.

Co robić, gdy uzależnimy się od drugiego człowieka? Warto zacząć od uświadomienia sobie, że jest to uzależnienie od miłości, a nie od człowieka. Osoba uzależniona powiela nałogowe zachowania w kolejnych relacjach. Podobnie uzależniona od alkoholu nie jest uzależniona od konkretnej butelki wódki, ale od alkoholu jako substancji. Uzależnienie od zachowania, do której to kategorii należy uzależnienie od miłości, powstaje, bo pewne nasze działania powodują wydzielanie się neuroprzekaźników, które stają się wewnętrznymi narkotykami wpływającymi na nastrój.

Pisze pani o dwóch rodzajach kobiet z dysfunkcyjnych domów: o kobietach podporządkowanych i dominujących. Oba nie radzą sobie z emocjami. Z tym że kobieta podporządkowana zalewa się lękiem i smutkiem, a odcina od złości. Może mieć napady paniki, fobie, stany lękowe, może wpadać w depresję.

A kobieta dominująca? Ta z kolei odcina się od lęku – jest nieustraszona i ciągle szuka wyzwań. Nie odczuwa też smutku – jest ciągle cool. Ale za to zalewa się złością – miewa jej wybuchy, często połączone z agresywnymi zachowaniami. Z powodu wielu przekłamań dotyczących znaczenia słowa „asertywność” bywa, że jest uważana za pewną siebie, broniącą swoich granic, silną kobietę sukcesu.

Dysfunkcyjna może być histeryczka, ale kobieta sukcesu? Trudno w to uwierzyć… Bo mamy stereotyp kobiety sukcesu. Prawda jest taka, że bywają one wewnętrznie nieszczęśliwe, związki im nie wychodzą, dzieci wpadają w narkotyki, nie mają bliskich przyjaciół. Na poziomie zawodowym są wzorem, dostają nagrody branżowe, ale na poziomie osobistym – katastrofa. I nie może być inaczej, bo za odcięciem od uczuć idzie lęk przed bliskością. Chłód i dystans. Dlatego nie są szczęśliwe, bo żyją za murem. Samotne.

Rozpoznaję w sobie i tę podporządkowaną, i dominującą – co teraz? To typowe. DDD przeskakują między biegunami. Efektem wzrastania w rodzinie dysfunkcyjnej może być wykształcenie osobowości borderline, która w sekundę potrafi zmienić swoje uczucie do drugiej osoby z uwielbienia w nienawiść. Ale wracając do kobiet dominujących i podporządkowanych, mają one wspólny mianownik: zawsze tworzą związki hierarchiczne. Pozycje w tych związkach mogą być ustalone albo zmienić się z czasem, w związku może trwać też bezustanna walka o władzę.

DDD mają szansę, by zacząć tworzyć dobre związki? Tylko co to znaczy „dobry związek”. Powiem tak, oprócz hierarchicznych i partnerskich istnieje jeszcze trzeci rodzaj związków, tak zwane związki symbiotyczne. To bardzo popularne wśród DDD związki budowane na micie dwóch połówek. Takie związki mogą trwać długo i dawać obojgu szczęście. Ceną, jaką się za nie płaci, jest jednak to, że żadna z osób tworzących taki związek symbiotyczny się nie rozwija, a gdy jedno odchodzi w zaświaty, dla drugiego w zasadzie też kończy się życie.

Osoba z syndromem DDD nie umie stworzyć związku partnerskiego? To jest możliwe, ale po terapii, poznaniu swoich mechanizmów i uzupełnieniu wyniesionych z dzieciństwa deficytów. Związek partnerski to taki związek, w którym każda z osób zachowuje swoją tożsamość, swoją przestrzeń, a jednocześnie razem budują przestrzeń wspólną. To związek, w którym każdy potrafi dostrzegać zarówno potrzeby własne, jak i drugiej osoby oraz umie znajdować rozwiązania, gdy te potrzeby są w konflikcie. Wreszcie związek partnerski to taki, w który wchodzi się z pozycji bogactwa i otwartości na dzielenie się nim z partnerem, a nie deficytu, którego uzupełnienia oczekujemy od drugiej osoby.

Co pani pomogło pokonać syndrom DDD? Kryzys. Rozpadłam się na kawałki i musiałam poskładać na nowo. Do tego momentu emocje robiły ze mną, co chciały, myślałam, że to, jak się czuję, nie zależy ode mnie, i szukałam ukojenia w relacjach. No i nic dobrego z tego nie wynikło. Zaczęłam więc zdobywać wiedzę, poszerzać swoją świadomość, pracować nad sobą z pomocą psychoterapii. Poznałam mechanizm uzależnienia, który wyjaśniał wiele z tego, co się wówczas ze mną działo. Gdy poczułam się wystarczająco poukładana i uznałam, że mam się czym dzielić, założyłam fundację dla kobiet uzależnionych od miłości Kobiece Serca.

Pani książka ma poszerzyć świadomość takich kobiet? To książka kucharska o emocjach. Najważniejsze dla mnie jest to, aby czytelniczki zobaczyły, że mają wpływ na to, co czują. Że dzieciństwo nie stanowi wyroku na całe życie i że warto skorzystać z psychoterapii.

Eugenia Herzyk, psychoterapeutka humanistyczna, założycielka i prezeska Fundacji Kobiece Serca, prowadzącej ośrodki terapeutyczno-rozwojowe dla kobiet w Warszawie i Krakowie. Organizuje grupy terapeutyczne dla Dorosłych Dziewczynek z rodzin Dysfunkcyjnych. Autorka książek „Nałogowa miłość” i „Dorosłe Dziewczynki z rodzin Dysfunkcyjnych”.