1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Dorota Sumińska: "Troszcząc się o swoje zwierzęta, dbasz też o siebie"

Dorota Sumińska: "Troszcząc się o swoje zwierzęta, dbasz też o siebie"

Zwierzęta wyczuwają nasze emocje (Fot. iStock)
Zwierzęta wyczuwają nasze emocje (Fot. iStock)
O tym jak domowe zwierzęta mogą nam swoją obecnością i zachowaniem pomóc przejść przez trudny czas kwarantanny rozmawiamy z Dorotą Sumińską.

Jak nasze psy i koty mogą nam pomóc w czasie, gdy zamknięci w czterech ścianach, boimy się o zdrowie, o przyszłość i jesteśmy też coraz bardziej sfrustrowani?
Mogą nam pomóc tak samo, jak my im. Bo one widzą i czują, że jesteśmy sfrustrowani czy poddenerwowani, i to przejmują. Im my będziemy spokojniejsi, tym one też. No i sobie zrobimy dużo dobrego, bo spokojniejsi, będziemy bardziej odporni. Tak naprawdę nie powinniśmy się bać, bo strach jest najgorszym doradcą – w każdej dziedzinie, także jeśli chodzi o nasz układ immunologiczny, bo strach to stres, a kiedy jesteśmy zestresowani, jesteśmy słabsi. Więc nie bójmy się, tylko korzystajmy z okazji, że możemy być naprawdę blisko naszych zwierząt. Możemy porządnie wyczesać nasze psy i koty, możemy je wytulić, możemy z nimi spać dłużej, bo nie zrywamy się rano do pracy. Możemy mieć z tego obopólną korzyść i przyjemność.

To chyba zwłaszcza cenne dla osób, które mieszkają samotnie – zwierzęta łagodzą dojmujący teraz brak kontaktu z innymi ludźmi, także najbliższymi, którzy muszą być daleko. Ależ oczywiście. Poza tym nie można mówić, że ktoś mieszka sam, jeśli mieszka z psem, kotem czy świnką morską albo całą paczką zwierząt. To są osoby nieludzkie, i tak powinniśmy je traktować. Nikt wtedy nie jest sam – ani człowiek, ani pies, ani kot, ani jakaś większa mieszanka gatunkowa. Ja tu nie widzę żadnego problemu, ale ludzie lubią robić problem ze wszystkiego.

Problemem dzisiaj z pewnością jest epidemia, a nie pies czy kot. On nam ujmuje problemów, bo dzięki temu, że jest, mamy zajęcie. Cudowne zajęcie, bo możemy się naprawdę o niego zatroszczyć, a tym samym zatroszczyć się o siebie.

Nadal jednak wiele osób obawia się, że zwierzęta, w tym te domowe, mogą przenosić nowego wirusa. Sama słyszałam opinie niektórych lekarzy, by ograniczać z nimi kontakt. Z drugiej strony od innych lekarzy słyszę, że kto ma w domu zwierzę, ten ma większą odporność i jest mniejsze prawdopodobieństwo, że zachoruje a jeśli już, to przejdzie chorobę łagodniej.
Zacznę może nie najmilej: niestety, moje marzenie się nie spełniło i nie znaleziono jeszcze tabletki na głupotę i nic nie wskazuje, że ktoś taki proszek wymyśli. A bardzo by się przydał. Jeszcze raz powtórzę, bo mówiłam i pisałam to wielokrotnie: psy, koty, świnki morskie, chomiki, króliki, krowy, konie – nie przenoszą wirusa SARS CoV-2, nie ma takiej możliwości. Oczywiście gdyby ktoś się bardzo starał, to każdy – i zwierzę, i człowiek, i przedmiot – może być wektorem biernego przeniesienia wirusa. Jeśli ktoś chory nasmarka czy napluje na psa, a potem inna osoba dotknie zwierzęcia i bardzo szybko przeniesie to sobie na śluzówki, to jest duża szansa, że zarazi się wirusem SARS CoV-2. Ale ona nie zarazi się od psa, tylko od tego, kto napluł. Dlatego apeluję, zachowujmy zdrowy rozsądek, także wobec zwierząt. Do tej pory jeśli w domu był ktoś, kto był poddany kwarantannie – teraz wprowadzono już kwarantannę dla wszystkich domowników osoby zarażonej, ale wcześniej było inaczej – to inni członkowie rodziny nie przytulali się do niego i nie pili z nim z jednej szklanki – i to samo dotyczy psa czy kota. Czyli gdy jestem chory, izoluję się od mojego psa czy kota, jeśli ktoś zdrowy też jest z nim blisko, tuli, śpi z nim. Oczywiście nie myślę tu o wyprowadzaniu psa na spacer przez sąsiada, gdy opiekun jest chory. Nie ma takiej możliwości, by zarazić się od smyczy itp. To znaczy, wchodząc w skrajności - gdyby chory napluł na smycz, a my wtarlibyśmy to w oko, to tak. Z całą pewnością podkreślę: żadne zwierzęta, które są blisko nas, nie przenoszą nowego wirusa.

To może uspokoić tych, którzy przebywają w kwarantannie, że osoba, która w tym czasie wyprowadza ich psa – też jest bezpieczna.
Ktoś z psem musi wychodzić, no chyba, że mamy bardzo duży balkon czy ogród i pies jest przyuczony, by się w nim załatwiać. No i sam też nie jest zbyt duży. Ale nie każdy ma taką sytuację. Nie ma wtedy najmniejszego powodu do obaw, tym bardziej, że ktoś, kto pomaga wyprowadzać psa, wychodzi z nim na dwór, czyli nie przebywa w pomieszczeniu, w którym jest osoba chora. Przecież nie czujemy obaw przed wyjściem do sklepu, gdzie jest dużo innych ludzkich istot, które mogą nas potencjalnie zarazić. Nie popadajmy więc w paranoję.

W nowej, niewydanej jeszcze książce „Dość” sprzeciwia się pani temu, jak wykorzystujemy zwierzęta, te domowe i hodowlane, jak decydujemy o ich życiu i o ich śmierci. Sądzi pani, że taki manifest trafi teraz na podatny grunt? Jesteśmy bardziej uwrażliwieni na świat i przyrodę?
Zmartwię panią, bo myślę, że każdy czas jest dobry i robię to od lat bez specjalnego efektu. Z drugiej strony trudno mówić obecnie o jakimś większym uwrażliwieniu. Raczej już o naszym zdziczeniu. Sytuacja, w jakiej się teraz znaleźliśmy, jest trudna dla każdego. W tego typu okolicznościach budzą się w nas demony i bardzo okrutne zachowania. Ludzie zaczynają się bać swoich zwierząt, do których wcześniej deklarowali miłość, i zwyczajnie pozbywają się ich – oddają do schroniska czy wyrzucają przy drodze. Słyszałam o takich przypadkach od wielu osób. Tego typu zachowania wynikają z głupoty i kompletnego braku uczuć wyższych. Nie sądzę więc, że czas pandemii nas uwrażliwi na to, co robimy innym gatunkom. Było już wiele sytuacji, w których powinno się to stać, a się nie stało. Ale nadal mam wątłą nadzieję, że może jednak któregoś dnia większa liczba ludzi zauważy, że Ziemia jest jedną wielką rzeźnią dla zwierząt – produkujemy i konsumujemy mięso na ogromną skalę.

Może po pandemii nie będzie nas stać już na mięso?
To raczej mało prawdopodobne, mięso należy bowiem do najtańszych produktów spożywczych, co samo w sobie jest straszne. Mimo starań wielu ludzi i instytucji, mimo dowodów na to, że mięso zwierzęce jest dla ludzi bardzo toksyczne, a efektem jego spożywania jest cała rzesza ciężkich chorób – nadal za mało się o tym mówi. Nieśmiało się napomina jedynie o ograniczeniu spożycia. Nawet jeśli niektórych nie interesuje los zwierząt, to powinno ich zainteresować to, że przemysł mięsny doprowadza do degradacji środowiska naturalnego. Ludzie ucinają gałąź, na której siedzą, a jednak to nie zmniejsza ich apetytu i nie zmienia tzw. tradycji schabowego. Nie zmniejsza też ich okrucieństwa.

Napisała pani tę książkę z nadzieją, nawet jeśli wątłą, że coś można jednak zmienić?
Jeszcze kilka lat temu miałam nadzieję na to, że gatunek ludzki się opamięta. Kiedy jednak patrzę na to, co robią ludzie na całym świecie, bo mam ten przywilej, że różne jego zakątki poznałam – to coraz bardziej się załamuję. Co roku na naszej planecie ginie około 70 miliardów zwierząt – czujących, zdrowych i żywych – tylko po to, żeby ktoś zjadł kanapkę z szynką, a i tak pewnie połowę jej wyrzuci. Zachowujemy się tak, jakbyśmy wypierali fakty, odrzucali tę informację. Jesteśmy najokrutniejszym, najstraszniejszym gatunkiem na Ziemi, który nie liczy się z nikim i z niczym.

Mówi się o tym, że obecna pandemia jest ostrzeżeniem od natury, buntem z jej strony.
Jestem wielbicielką Matki Natury, ale moim zdaniem tu nie ona ingeruje, tylko znów my, ludzie. Proszę pamiętać, skąd przyszedł ten wirus. Z tzw. mokrego targu, a takie targi odbywają się powszechnie w Chinach. W klatkach i w koszmarnych warunkach zwierzęta są tam przetrzymywane i na miejscu zarzynane na życzenie kupca. Śmiertelny stres, jaki towarzyszy ich drodze, odkąd zostały złapane czy też wyhodowane do tego celu na fermie – jest doskonałym podłożem do tego, żeby każdy wirus mutował i stawał się coraz bardziej zjadliwy. Takich targów, tuczarni czy rzeźni jest na świecie mnóstwo – te miejsca są wylęgarnią bardzo niebezpiecznych drobnoustrojów. Oczywiście wszyscy producenci mięsa czy hodowcy powiedzą o normach, zabezpieczeniach – owszem, na pewno one są i a pewno w jakimś stopniu to ograniczają. Natomiast nie ma sposobu na wirusy, które do tej pory nieszkodliwe, staną się szkodliwe, mając do rozwoju podłoże kilku tysięcy podobnych do siebie żywych istot. Powinniśmy to sobie wziąć do serca, ale nie bierzemy. Ja rozumiem, jest epidemia, trzeba ratować ludzi, ale też trzeba mówić i myśleć o tym, jak się ustrzec przed następną.

Co my możemy zatem zrobić już teraz, oprócz tego, by zwierzętami się opiekować i pozwolić im zaopiekować się sobą?
To powinniśmy robić bez względu na to, czy jest epidemia, czy jej nie ma. Natomiast na pewno jeśli chcemy uratować świat dla naszych dzieci i wnuków, już dziś powinniśmy przestać jeść i kupować mięso. Gdyby ludzie w większej ilości przestali to robić, produkcja musiałaby się zmniejszyć. Zaczęto by myśleć o wiele intensywniej o zamiennikach, które byłyby dostępne i smaczne. Dziś jest odwrotnie – mięso jest głównym produktem, jaki ludzie jedzą, gdzieś tam pojawiają się zamienniki, ale są albo za drogie, albo pozostawiające wiele do życzenia w kwestii jakości i smaku, a przecież można byłoby poświęcić więcej uwagi produkcji tzw. czystego mięsa, czyli powstającego z probówki, z hodowli tkankowych, choć ja w ogóle uważam, że do zdrowia i szczęścia mięsa jeść nie potrzebujemy w ogóle. Tym bardziej teraz, kiedy lekarze mówią, że dieta roślinna jest najbardziej wskazana, i to nie tylko w czasie pandemii.

Dorota Sumińska, pisarka, lekarka weterynarii z wieloletnią praktyką, psycholog zwierzęcy z zamiłowania, wegetarianka z przekonania. Od przeszło dwudziestu lat prowadzi popularny radiowy program Wierzę w zwierzę. Autorka książek dla dorosłych i dla dzieci o zwierzętach, ludziach, podróżach i życiu. Najnowsza „Dość. O zwierzętach i ludziach, bólu, nadziei i śmierci” czeka na swoją premierę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Obserwacja ptaków poprawia nasz dobrostan i samopoczucie

Obserwacje ptaków pozwalają osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, ale w pozytywnym sensie. Można je też porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół. (Fot. iStock)
Obserwacje ptaków pozwalają osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, ale w pozytywnym sensie. Można je też porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół. (Fot. iStock)
Nie ma wątpliwości, że kontakt z przyrodą jest korzystny dla naszego zdrowia i psychiki. I nie ma co usprawiedliwiać się brakiem czasu na wyprawę za miasto. Wystarczy pójść do najbliższego parku na bezpłatną sesję ptakoterapii.

Na początku marca na stronie PAP pojawiła się depesza o czterech bocianach z okolic Siedlec, które zmierzają w stronę Polski. Dzięki nadajnikom GPS ich trasę monitorują przyrodnicy z Grupy Ekologicznej. (Kiedy oddajemy ten numer do druku, ptaki nadal są w podróży). Informację przekazałam wielu znajomym i każdego z nich ucieszyła w równym stopniu jak mnie. Czy tylko dlatego, że w zalewie doniesień o pandemii i wobec wynikającej z niej niepewności, daje namiastkę normalnego funkcjonowania? Rzeczywiście jesteśmy dziś spragnieni poczucia, że nie wszystko zależy od wprowadzania (lub nie) lockdownu, ale – jak przekonują Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec w książce „Ornitologia terapeutyczna” – obserwacja ptaków poprawia nasz dobrostan w każdych okolicznościach, nawet praktykowana na balkonie!

Autorzy przywołują wyniki badań na temat znaczenia kontaktu z ptakami dla samopoczucia mieszkańców miast, przeprowadzonych na kilku uniwersytetach w Szwecji, z których wynika, że już samo słuchanie śpiewu ptaków może stymulować tworzenie dobrych wspomnień i zmniejszać poziom odczuwalnego stresu. Bez trudu przychodzi mi w to uwierzyć, skoro samo doniesienie o lecących tysiące kilometrów boćkach nie mnie jedną podniosło na duchu.

Ptasie sesje

„Początki bywają trudne. Coś przeleciało, zaświszczało, zaśpiewało. Co? Miało być tak pięknie i może nawet pięknie jest, ale nie bardzo wiadomo, co i jak. By poznać źródło dźwięku, trzeba się nieco namęczyć” – czytamy w przywołanej książce. Jeden z autorów, dr Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta, postrzega jednak w początkowych trudnościach pozytywy, bo satysfakcja, której doświadczymy po znalezieniu odpowiedzi, zwykle zachęca do bardziej uważnej obserwacji przyrody.

Przygodę z ptasiarstwem warto zacząć od niespiesznych spacerów po okolicy. Nawet w dużym mieście mamy szansę dostrzec kilkanaście gatunków ptaków, choć dla niewprawnego oka wszystkie mogą wydawać się podobne. Wróbel czy mazurek? Sikorka bogatka czy modraszka? Dostrzeżenie różnic to dobre zadanie na początek.

Dla niektórych przebywanie sam na sam z przyrodą może być sporym wyzwaniem, na przykład wzmagać poczucie osamotnienia (badania wskazują, że z czasem przebywanie w naturze przyczynia się do osiągnięcia stabilności emocjonalnej). Ptasiarstwo nie wyklucza jednak bycia w towarzystwie – wprost przeciwnie. Miłośników ptaków jest więcej niż może nam się wydawać (a w trakcie pandemii pewnie ich jeszcze przybyło). A więzi społeczne w grupie osób mających wspólne zainteresowania łatwiej się rodzą.

Obserwacje ptaków pozwalają też osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, w pozytywnym sensie tego określenia. Doktor Murawiec uważa, że można je porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który jakby przenosi nas w inny wymiar, ale jednocześnie na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół.

Ornitolodzy wskazują, że ptaki żyjące w miastach nasiliły głośność śpiewu, żeby mimo rosnącego hałasu w dalszym ciągu były słyszalne gołym uchem. Tym bardziej warto odpowiedzieć na ich wysiłek i skorzystać z prowadzonych przez nie bezpłatnych sesji mindfulness – zachęcam, powtarzając apel autorów „Ornitologii terapeutycznej”.

Ptasia autoterapia dla początkujących

  • Idź do najbliższego parku albo skupiska drzew. Wycisz się i spójrz na ptaki. Nawet najpospolitsze gatunki dostarczają wiele radości podczas ich obserwowania.
  • Zapamiętaj szczególne cechy ptaków, a potem porównaj je z opisem w Internecie lub przewodniku. Ile z nich dostrzegłeś w naturze? Ile z nich potrafisz wymienić z pamięci po upływie kwadransa?
  • Które z zaobserwowanych gatunków są twoimi ulubionymi? W jakich warunkach je widziałeś? Dlaczego właśnie te spodobały cię się najbardziej?
  • Czy pamiętasz śpiew ulubionego ptaka? Postaraj się wyobrazić go sobie, naucz się rozróżniać ten dźwięk. Słuchaj go z nagrań, szukając tego, co wyróżnia go spośród innych.
  • Włącz Symfonię „Pastoralną” Beethovena i spróbuj wychwycić ptasie dźwięki. Pamiętaj, że utwór trwa ok. 40 min, więc zarezerwuj sobie dość czasu, by go uważnie wysłuchać, wracając w razie potrzeby do wybranych fragmentów.

Więcej w książce: „Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe.

„Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe„Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe
  1. Zdrowie

Szczepienia – przekonujmy nieprzekonanych

Niestety, jako społeczeństwo myślimy egoistycznie, każdy o sobie, nie mamy w polu widzenia odpowiedzialności zbiorowej. A odporność zbiorowiskowa to nasza wspólna sprawa. I może być osiągnięta dzięki każdemu z nas. Nie myślimy o tym, że powinniśmy też z siebie coś dać. (Fot. iStock)
Niestety, jako społeczeństwo myślimy egoistycznie, każdy o sobie, nie mamy w polu widzenia odpowiedzialności zbiorowej. A odporność zbiorowiskowa to nasza wspólna sprawa. I może być osiągnięta dzięki każdemu z nas. Nie myślimy o tym, że powinniśmy też z siebie coś dać. (Fot. iStock)
"Naukowcy i lekarze, którzy stali nad umierającymi dziećmi, pragnęli zrobić „coś”, by ten koszmar i nieszczęście się nie powtarzało. Żeby przyszłe pokolenia nie doznały cierpienia, aby żyło nam się lepiej. Zrobili to, wynaleźli szczepionki. A my to teraz kwestionujemy”. Z dr Joanną Pietroń, lekarką, specjalistką medycyny rodzinnej z Centrum Medycznego Damiana rozmawiamy o szczepieniach – także tych na COVID-19.

Poziom zaszczepienia dzieci na odrę spadł w Polsce do poziomu poniżej 93 proc. To oznacza, że straciliśmy odporność zbiorową na tę chorobę – donosi UNICEF Polska. Nie chcemy się szczepić. Dlaczego?
Od początku XXI wieku nie tylko w Polsce, ale i na świecie widać masowe zwiększanie się występowania chorób zakaźnych. W 1930 roku w USA było wiele przypadków błonicy, w roku 2000 nie było ich w ogóle, a teraz choroba zaczyna wracać. Wraca krztusiec, wraca odra. Widzę tu dwa powody. Jeden dzieje się to często w miejscach, gdzie są konflikty zbrojne. Na to nie mamy wpływu. Drugi – odmowy szczepień. Zdarza się to w ortodoksyjnych mniejszościach religijnych, ale nie tylko. Mamy coraz mocniejsze ruchy antyszczepionkowe i ludzi, którzy są podatni na różne pseudonaukowe teorie i pseudowiedzę.

No właśnie, te ruchy rosną w siłę. Dlaczego?
Bo jest Internet. Informacje okrążają kulę ziemską w sekundę. Rozprzestrzeniają się i tam, gdzie padają na podatny grunt, dają owoce. Chore owoce. Kiedy wprowadzono powszechne szczepienia ochronne, choroby zakaźne były powszechne. Każdy widział chorych po polio, na własne oczy mógł zobaczyć, jak straszne są następstwa tej choroby – o ile oczywiście pacjent ją przeżył. Słyszało się o tragediach, o zgonach, ludzie znali rodziny dotknięte tragedią. Teraz osiągnęliśmy odporność zbiorowiskową na takim poziomie, że tacy ludzie, takie dzieci zniknęły. Więc choroby zaczęły być abstrakcją, nie konkretem. Zachorowania stały się nieliczne i dotyczą albo osób niezaszczepionych albo zaszczepionych jedną dawką, np. w niepełnym schemacie szczepień przeciwko śwince, odrze lub różyczce. Rzadko zdarza się, żeby chorowała osoba zaszczepiona w pełni, a jeśli już, to choruje łagodnie.

I trzeba powiedzieć bardzo wyraźnie: twierdzenie, że choroby zakaźne to łagodne choroby wieku dziecięcego, jest nieprawdziwe. One są łagodne, ale po szczepieniu. Na przykład odra. Łagodna choroba? Bzdura. Może wywołać zapalenie ucha, płuc, mózgu. Może na długo obniżyć odporność. Może nawet doprowadzić do śmierci. Nie znamy naturalnego przebiegu tych chorób, bo od lat nie mamy z nimi kontaktu. A bywają po ich przechorowaniu poważnie powikłania, szpital, czasem śmierć. Naukowcy i lekarze, którzy stali nad umierającymi dziećmi, pragnęli zrobić „coś”, by ten koszmar i nieszczęście się nie powtarzało. Żeby przyszłe pokolenia nie doznały cierpienia, aby żyło nam się lepiej. Zrobili to, wynaleźli szczepionki. A my to teraz kwestionujemy. Myślimy: mnie to nie spotka, po co narażać dziecko na kłucie, ból, może gorączkę. A ruchy antyszczepionkowe nagłaśniają każdą sytuację niepożądanych odczynów poszczepiennych – na takich właśnie emocjach bazują. Ta przesadna troska o bezpieczeństwo szczepień niestety często podważa ich istotę.

Nie chcemy wierzyć nauce?
Świat stał się skomplikowany, dużo w nim niepewności, nauka nie daje odpowiedzi na pewno i na zawsze, takie odpowiedzi za to dają ruchy pseudonaukowe, promujące, powiedzmy to sobie, mity. Nauka opiera się na specjalizacji, na zaufaniu, które jest wpisane w system instytucji kontrolnych. Szczepimy i jednocześnie zwiększamy wymagania co do samych szczepionek. Do jakości preparatu. Obecnie szczepionka powinna zapewniać niemal stuprocentową ochronę, ma stymulować mechanizmy odporności swoistej i nieswoistej, ma wywołać długotrwałą odpowiedź poszczepienną, ma być bezpieczna, bez działań niepożądanych, stabilna, łatwa w stosowaniu, najlepiej jednodawkowa, powszechnie dostępna i z przystępną ceną. Tych wymagań, jak widać, jest dużo. Producenci szczepionek reagują też na głosy opinii publicznej. Tiomersal, substancję konserwującą w szczepionkach, praktycznie wycofano (choć szkodliwości jej działania nie dowiedziono), bo ruchy antyszczepionkowe oskarżały ją o „wywoływanie” autyzmu. I co? Z jednej strony liczba autystyków w społeczeństwie wcale się nie zmniejszyła, z drugiej – rezygnacja z tiomersalu została, paradoksalnie, źle przyjęta: wycofują, aha, znaczy, że coś było nie tak. Truli nas.

Wierzymy w spiski?
Bywa, że ludzie nie odróżniają nauki od pseudonauki. Nauka dąży do poznania mechanizmów, do dania odpowiedzi na pytania, co i dlaczego. Pseudonauka głosi tezę i albo w nią wierzysz, albo nie. Poziom wiedzy dotyczącej biologii nie jest u nas wysoki, często niełatwo zrozumieć procesy zachodzące w organizmie czy mechanizmy działania pewnych substancji. Pseudonauka nie każe rozumieć, każe wierzyć. I to jest dla wielu osób prostsze. Nauka stara się zrozumieć szerokie konsekwencje głoszonych tez, pseudonauka nie uwzględnia choćby społecznych konsekwencji. Nie zaszczepię się i już. Nie zastanawiam się nad dalszymi kosztami takiej decyzji. Nie myślę o osobach z obniżoną odpornością, które szczepić się nie mogą, a które jako pierwsze poniosą konsekwencje powrotu chorób zakaźnych.

Dane mówią, że w roku 2019, kiedy w Polsce zanotowano rekordową liczbę zachorowań na odrę, bo aż 1500, najwięcej przypadków dotyczyło ludzi między 35. a 40. rokiem życia. Skąd to się bierze? Przecież oni w dzieciństwie byli szczepieni?
Ale produkcja czy raczej receptura szczepionek kiedyś wyglądała inaczej. Miały one bardzo wysoką immunogenność, zawierały dużo antygenów, które wywoływały mocną odpowiedź immunologiczną. Czyli na przykład szczepionka na krztusiec zawierała 3200 silnie immunogennych białek. Teraz we wszystkich szczepionkach podawanych dzieciom w ciągu pierwszego roku życia liczba tych białek nie przekracza 50. Im większy jest ładunek substancji, która ma wywołać odporność, tym mocniejsza jest odpowiedź. Ale żeby zmniejszyć ilość NOP, czyli niepożądanych odczynów poszczepiennych, zmniejszano ilość immunogenów.

Czyli u 35-latków odporność mogła wygasnąć, bo szczepionki przeciw odrze, które im podano, były „słabsze”?
Mogło tak być. Może ci ludzie mają własne dzieci, może ich nie szczepili albo miały one w przedszkolu kontakt z odrą – a to wyjątkowo zakaźna choroba, jedna osoba może zakazić 17 – a ich odporność wygasła czy była już słaba, stąd zachorowanie. To samo z krztuścem czy błonicą. Moi pacjenci mają dzieci w przedszkolu, a nie podaje się informacji, że błonicą, tężcem i krztuścem warto doszczepiać się co 10 lat. Odporność wygasa.

A gdyby dzieci były szczepione i mielibyśmy odporność zbiorowiskową, nie trzeba byłoby doszczepiać?
Wtedy chorują jedynie osoby podatne, te, którym wygasła odporność albo te, które nie byłyby szczepione. Ale też rzadziej, bo mniejsze byłyby szanse na kontakt z patogenem. Zresztą to nigdy nie jest tak, że szczepionka zabezpiecza w stu procentach przed zachorowaniem. Zawsze jest grupa osób, które nazywamy „non-responders”, które właśnie „nie odpowiadają” na szczepienie. Poza tym celem szczepionki jest zapobiec ciężkiemu przebiegowi choroby, który grozi poważnymi powikłaniami, z hospitalizacją i śmiercią włącznie.

No właśnie, to podkreślają też wirusolodzy i lekarze zachęcający do szczepienia się przeciw COVID-19. Ale znam osoby, które mówią: nie będę się szczepić, Iksiński się zaszczepił i zachorował.
Powiem jeszcze raz: żadna szczepionka nie zapobiega zachorowaniu w stu procentach. Chodzi o to, żeby było jak najmniej ciężkich przebiegów. I śmierci. I żeby osiągnąć odporność zbiorowiskową. Żebyśmy wszyscy mogli normalnie żyć.

Czy spotyka pani na co dzień w gabinecie ludzi, którzy nie chcą się szczepić?
Spotykam. Jest grupa, która zdecydowanie nie chce. Jest grupa niezdecydowanych. I grupa osób, które mówią: trudno powiedzieć. Ale to się zmienia. Chęć szczepienia jest większa, jeśli ktoś w rodzinie czy wśród bliskich znajomych widział tragedię związaną z COVID-19. Znał kogoś, kto zmarł albo u kogo choroba wywołała spustoszenie. Doświadczenie to najlepsza, niestety, droga do przekonania nieprzekonanych. Dotyczy to zarówno COVID, jak i chorób wieku dziecięcego – kiedy te wrócą i znajome dziecko wyląduje w szpitalu, nasze nastawienie się pewnie zmieni.

Tylko musimy znów zatoczyć to koło, z którego, wydawało się jeszcze niedawno, udało nam się wyjść…
Tak to wygląda. Kiedy zagrożenie znika nam z oczu, przestajemy się bać. To w gruncie rzeczy cena sukcesu programu szczepień.


Kto szczepi się najchętniej?
Mężczyźni z dużych miast, ci, którzy są zmęczeni pandemią, a mają odpowiedzialność za innych. Tak mówią badania i potwierdza mi się to w gabinecie. Najmniej chętni są ludzie z małych miejscowości, mniej przekonane są też kobiety.

Boimy się konsekwencji zdrowotnych szczepienia, nagłaśniane są przypadki powikłań, zatorowości – jak w przypadku Astra Zeneca i Johnson&Johnson – ale to są sprawy jednostkowe. Zwłaszcza jeśli zestawić je z zagrożeniem, jakie niesie sama choroba. Boimy się, że szczepionka jest nowa, że tak szybko powstała, że nie wiadomo, czy będzie skuteczna, czy nie trzeba jej będzie co rok powtarzać. A jednocześnie ci sami ludzie zamykają się na informacje dotyczące epidemii, nie śledzą doniesień, nie widzą realnych niebezpieczeństw. To przypomina mi sytuację, kiedy jest wojna, ogłaszają alarm, a ja wyłączam radio, które jest moim źródłem informacji o zagrożeniu. Tak bym to określiła. To chyba kwestia i zmęczenia przedłużającą się pandemią, i lęku, który wiadomości podsycają.

Jakie jest wyjście? Na razie chyba szczepienia to jedyna droga?
Nie mamy na COVID-19 póki co dostępnych skutecznych i przebadanych leków przeciwwirusowych. To zresztą dotyczy wielu chorób zakaźnych, choćby odry, świnki czy różyczki. Mam nadzieję, że jednak osoby niezdecydowane przy stałym przekazie medialnym i dostępności szczepień będą się szczepić. Naprawdę jedna rozmowa z osobą, która przeszła hospitalizację przez COVID-19, a teraz nie może wejść po schodach, może tu być argumentem decydującym.

Mówiła pani o naszych brakach w wykształceniu. Ale wszyscy znamy osoby po studiach, które deklarują, że się szczepić nie będą.
To nie jest łatwe. Myślę, że mechanizm działania szczepionek nie jest zrozumiały nawet dla części lekarzy. Szczepionki mRNA to nowy krok, choć ta technologia była już wykorzystywana w badaniach nad nowotworami, epidemia spowodowała jedynie przyspieszenie prac. Także procedur rejestracyjnych – to, co kiedyś trwało i trwało, teraz zostało załatwione w szybszym tempie. Strach przed epidemią zmobilizował rzesze urzędników i naukowców do działania dla dobra ludzkości. Motywacja była i jest silna.
Poza tym dziś, kiedy trwają szczepienia, wszystkie instytucje otwarte są na przyjmowanie każdego zgłoszenia dotyczącego NOP.
Może zadziałałoby też, gdyby rzeczywiście wprowadzono realne przywileje dla zaszczepionych. Tak jak dzieje się to w krajach, w których proces szczepień idzie szybciej niż u nas – jak Izrael czy Wielka Brytania. Sądzę, że u nas młodzi ludzie, którzy chcą wyjeżdżać na wakacje czy nie mieć już ograniczeń w życiu codziennym, zdecydują się na szczepienie, nawet jeśli jeszcze parę miesięcy temu nie byli przekonani. Niedobrze natomiast, że my, lekarze, nie mamy tu jednolitego stanowiska.

Zdarza się podobno, że w szpitalach w mniejszych miejscowościach zaszczepione są pojedyncze osoby z personelu medycznego, zarówno wśród lekarzy, jak i pielęgniarek.
Tak, znam takie sytuacje. Cały czas słyszę: ja mam dobrą odporność, na pewno nie zachoruję, a nawet jeśli, przejdę to lekko. Tylko niestety absolutnie nie ma tu gwarancji.

Co pani wtedy odpowiada?
No właśnie: że nie ma gwarancji. Że jest pandemia i warunkiem powrotu do normalności jest wyszczepienie pewnego procenta populacji. I to dotyczy każdego z nas. A szczególnie tych, którzy mają codziennie kontakt z wieloma ludźmi, pracują w handlu, prowadzą restauracje, uczą w szkole, są lekarzami. Został napompowany lęk przed powikłaniami po szczepieniu. Ja mam wśród pacjentów dużą grupę zaszczepionych i nie wiedziałam jeszcze naprawdę poważnych powikłań poza bólem ręki czy gorączką, która po dniu czy dwóch mija. I jest na dobrą sprawę efektem pożądanym, bo to znak, że szczepionka zaczyna działać. Antyszczepionkowców się nie przekona, tylko straci się dużo energii, a efekt żaden. Powinniśmy walczyć o grupę niezdecydowanych.

Czyli rozmawiać, przekonywać?
Trzeba to robić. Wczoraj rozmawiałam z kuzynką, która nie chce się szczepić. Zrobiłam coś, czego pewnie nie powinnam – zapisałam ją na szczepienie. Ona się obraziła, bo jak ja tak mogłam. Powiedziałam jej, że ma telefon, może odwołać. Ale uważam, że ryzykuje. A ja chcę się jeszcze przez wiele lat móc z nią widywać i nią cieszyć. Wykształcona dziewczyna, a jest w niej ogromny lęk przed następstwami szczepionki, nie ma za to lęku przed następstwami choroby. Cały czas to samo przekonanie: że szczepionka jest gorsza niż choroba. Niemożliwe i nieprawdziwe. Mamy dziś tak wysokie wymagania stawiane szczepionkom, także tym na COVID-19, one też przeszły absolutnie wszystkie obowiązkowe badania i etapy. I cały czas są monitorowane. A mimo to cały czas jest też strach. A strach to silna i trudna emocja, nie jest łatwo z nią walczyć.

Można mieć nadzieję, że jednak powoli będzie się to zmieniać.
Jeszcze rok temu ja sama nie znałam nikogo, kto ciężko przechodził COVID-19 czy zmarł w wyniku tej choroby. Teraz codziennie rozmawiam z pacjentami, z których większość już kogoś straciła. Sąsiadkę, przyjaciółkę, ojca. To już nie jest abstrakcja. Ale może ten przedłużający się stres sprawia, że ludzie to wypierają. I wyłączają się. Nie słuchają o nalocie bombowym. Tak im wygodniej, w ten sposób czują się bardziej komfortowo. Jak znikły czerwone paski w telewizjach informacyjnych, to jakby choroby nie było. No nie, ona jest. I sieje spustoszenie. Liczba zmarłych straszna, a ciągle nie ma w społeczeństwie głębszej refleksji. Choć też w gabinecie widzę zmiany na lepsze. Ludzie, którzy jeszcze niedawno deklarowali, że nie będą się szczepić, dziś martwią się i narzekają, że muszą czekać na termin szczepienia. I jadą do Białegostoku czy Przasnysza, bo tam może być szybciej. Co, z drugiej strony, znaczy, że w Białymstoku czy Przasnyszu zbyt wielu chętnych na szczepienie nie ma…

Ludzie mówią, że kiedyś szczepionki były lepsze, bezpieczniejsze…
Jest dokładnie odwrotnie. Nie były tak dobrze oczyszczone, nie stawiano im tak wysokich wymagań jak dziś. Ja ze szczepionkami przecież pracuję na co dzień i wiem – jeśli jakaś partia jest podejrzana, natychmiast się ją wycofuje. Jeśli w przychodni jest awaria prądu i rozmrozi się lodówka, to cała zawartość tej lodówki idzie do utylizacji. Niestety, ludzie nie wierzą, że tak się dzieje.

Ktoś powiedział mi, że na COVID-19 się nie szczepi, bo szczepionka nieprzebadana. Nie to, co ta na polio.
Pierwsza szczepionka na polio, żywa, doustna, chroniła, ale było co do niej wiele zastrzeżeń. A mimo to była podawana. I zrobiła swoje. Myślę, że dziś trudno byłoby ją zarejestrować, o ile w ogóle by się to udało.
Mogę tylko apelować. Nawet jeśli jesteśmy zdrowi, odporni i zakładamy, że kiedy zachorujemy, nic poważnego się nie stanie, ale na przykład mamy w domu, sąsiedztwie, pracy chorego na nowotwór, w immunosupresji, albo osobę starszą, z osłabioną odpornością i przywleczemy jej COVID, to konsekwencje mogą być tragiczne.

Niestety, jako społeczeństwo myślimy egoistycznie, każdy o sobie, nie mamy w polu widzenia odpowiedzialności zbiorowej. A odporność zbiorowiskowa to nasza wspólna sprawa. I może być osiągnięta dzięki każdemu z nas. Nie myślimy o tym, że powinniśmy też z siebie coś dać.
Zadbajmy też o seniorów. Moim zdaniem wielu z nich nie zgłosiło się na szczepienia, bo nie mieli nikogo, kto im pomoże. Zapisze ich, zawiezie. Cyfryzacja idzie błyskawicznie do przodu, system szczepień jest na tym oparty, starsi ludzie często sobie z tym nie radzą, nie wiedzą, jak, nie potrafią „ogarnąć”, dzieci daleko, czasem za granicą. W ich przychodni nie ma punktu szczepień i czują się często bezradni. Warto im pomóc. Zapytać, zawieźć. Cały czas możemy to zrobić. Bardzo do tego zachęcam.

  1. Psychologia

10 strategii dla wypalonych rodziców

Zadbaj o to by mieć 15-30 minut dla siebie każdego dnia, ważne aby nauczyć rodzinę, że Twój czas dla siebie jest święty, no i przede wszystkim by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. (Fot. iStock)
Zadbaj o to by mieć 15-30 minut dla siebie każdego dnia, ważne aby nauczyć rodzinę, że Twój czas dla siebie jest święty, no i przede wszystkim by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. (Fot. iStock)
Bycie wypalonym rodzicem nie jest ani niczym rzadkim ani wstydliwym. Zdarza się i co najważniejsze można sobie z nim poradzić.

 

Źródło: Studio Psychologiczne Joanna Węglarz w ramach kampanii „Szkoła-od-nowa”

Roczna izolacja społeczna odbiła się na stanie psychicznym wszystkich. Ta trudna sytuacja szczególnie dotyka rodziców, którzy łącząc zdalną pracę zawodową z całodzienną opieką nad dziećmi i edukacją online - czują się wypaleni, przemęczeni i zrezygnowani. Jak temu zaradzić?

Nie ma jednego uniwersalnego schematu działania przy wypaleniu rodzicielskim, Bo co działa na jedną osobę, wcale nie musi być skuteczne dla drugiej. Czasem potrzeba zwrócić się o profesjonalną pomoc psychoterapeuty w innych sytuacjach wystarczy zadbać o siebie i zmienić destrukcyjne nawyki na nowe bardziej konstruktywne. Najważniejsze by w tym wypalaniu nie być samemu i by szukać wsparcia u innych ludzi.

  1. Zaakceptuj swoje uczucia i przestań się ich wstydzić - pamiętaj że masz prawo zarówno do radości jak i do złości, smutku, irytacji czy lęku. Możesz również mieć dość i marzyć o bezludnej wyspie. Wszystko co czujesz jest całkowicie naturalne i normalne.
  2. Zadbaj o swoje poczucie bezpieczeństwa i nie bój się prosić o pomoc – czasem potrzeba tu profesjonalnego wsparcia terapeuty, bywa również, że możesz zwrócić się do swoich bliskich lub wprost przeciwnie poszukać takich aktywności, wykonywanych w samotności, które pomogą Ci odzyskać spokój.
  3. Dbaj o zdrowy balans pomiędzy pracą i życiem rodzinnym – nie jest prawdą to w co wierzą niektórzy pracoholicy, że jeśli lubi się pracę to można skupiać się na niej przez większość czasu. Przesada raczej zawsze bywa zgubna, dlatego istotne jest by we wszystkim co robimy szukać umiaru.
  4. Naucz się odpuszczać - wybierz 1 dzień w tygodniu w którym pozwolisz na urlop od niektórych obowiązków. Warto czasem zjeść kanapki, mrożone pierogi czy zamówioną na wynos pizzę i spędzić miło dzień, niekiedy można odpuścić sprzątanie i poczytać książkę. Pamiętajmy, że to właśnie potrzeba perfekcjonizmu i krytyczne ocenianie samego siebie powoduje, że nie będziemy się wypalać.
  5. Pamiętaj o zdrowym egoizmie - zadbaj o to by mieć 15-30 minut dla siebie każdego dnia, ważne aby nauczyć rodzinę, że Twój czas dla siebie jest święty, no i przede wszystkim by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.
  6. Śmiej się i szukaj tego co daje ci radość - tego akurat najlepiej się uczyć od dzieci, które potrafią cieszyć się i śmiać z drobiazgów. Czy wiesz, że przedszkolak potrafi śmiać się nawet 300 razy na dzień? Może warto się tym zainspirować.
  7. Praktykuj wdzięczność - postaraj się każdego dnia znaleźć choć jedną rzecz, za którą możesz być wdzięczna/y. Warto uczyć takiego rytuału swoją rodzinę, szukać wspólnie tego dobrego co każdy z domowników doświadczył. Pamiętaj, że gdy zaczniesz skupiać się na pozytywach, Twój mózg zacznie je wychwytywać i zauważać.
  8. Stosuj metody relaksacyjne - warto zacząć od pogłębionego oddychania, pamiętając o tym by wdech i wydech robić nosem oraz starać się aktywizować przeponę. Drugą grupą technik, która może dać nam doskonałe efekty jest mindfulness czyli uważność – to pełna obecność czyli skupienie się na doświadczaniu chwili obecnej. Należy jednak pamiętać, że stosowanie metod relaksacyjnych to rodzaj nawyku, który warto pielęgnować bo to by uczyć swój organizm stanu odprężenia.
  9. Pielęgnuj swoje hobby – niestety wiele osób dorosłych nie ma hobby ponieważ praca i obowiązki domowe wypełniają ich kalendarz po brzegi. Ważne jest jednak aby mieć sposoby na relaks i spędzanie czasu wolnego. Idealnie jeśli uda się coś zrobić całą rodziną oraz by znaleźć coś co będzie przyjemne dla wszystkich domowników. Czasem dobrym pomysłem będzie rodzinny seans filmowy z popcornem, kiedy indziej wspólne gotowanie czy pieczenie, można również urządzić sobie szalone tańce do muzyki lub wybrać się do lasu na wyprawę w poszukiwaniu oznak wiosny.
  10. Pamiętaj, że nie musisz być idealnym rodzicem – dziecko potrzebuje nie rodzica, który nigdy się nie myli i jest niedoścignionym wzorem, ale opiekuna z krwi i kości, który popełnia błędy, bywa zmęczony i nie zawsze radzi sobie z emocjami, ale jest sobą dzięki czemu pokazuje jak akceptować siebie samego. Pamiętaj, że superbohaterowie najlepiej sprawdzają się w filmach czy w komiksach, w życiu lepiej radzą sobie niedoskonali i zwyczajni ludzie.

Czym jest wypalenie rodzicielskie?

Wypalenie zawodowe to termin dość powszechnie znany, nie wszyscy jednak wiedzą, że zjawisko wypalenia rodzicielskiego będzie miało analogiczny mechanizm oraz skutki. Wypalenie jest ściśle powiązane z przewlekłym stresem oraz sytuacją gdy sił i zasobów jest mniej niż potrzeb. Szczególnie to widać podczas pandemii, gdyż rodzice, pozbawieni pomocy dziadków, niań i szkoły, sami muszą dźwigać ciężar opieki nad dziećmi. Do tego dochodzi jeszcze własna praca zdalna, brak poczucia bezpieczeństwa finansowego i zdrowotnego, utrata lub ograniczenie możliwości rozwoju osobistego, a także izolacja społeczna.

Objawy wypalenia rodzicielskiego

Wypalenie rodzicielskie będzie odnosiło się do trzech obszarów

Sfery fizycznej – wypalenie i związany z nim przewlekły stres skutkować będą przemęczeniem i wyczerpaniem psychofizycznym. Sytuację pogarsza fakt, że w takiej sytuacji bardzo trudno się zregenerować i wypocząć. Powoduje to przewlekły stan braku energii i przytłoczenia obowiązkami. Z czasem, jeśli sytuacja się utrzymuje mogą pojawiać się kolejne objawy takie jak zaburzenia snu czy problem z apetytem, może pogorszyć się stan zdrowia w związku z obniżoną odpornością.

Sfery myślenia – pojawia się poczucie nieefektywności, braku bycia skutecznym i efektywnym rodzicem, uruchamiają się destrukcyjne skrypty poznawcze, które sprawiają, że rodzic zaczyna coraz negatywnie myśleć o sobie i o swoich kompetencjach rodzicielskich. Z czasem, jeśli sytuacja się pogłębia, rodzic ma coraz mniej zaufania do siebie i coraz krytyczniej myśli o sobie.

Sfery emocji – często rozpoczyna się od wzmożonej drażliwości i pobudliwości, którą odczuwamy z błahych powodów oraz sytuacjach, które wcześniej nie rodziły takich uczuć. Z czasem, jeśli sytuacja się pogłębia może pojawić się dystans emocjonalny w stosunku do dziecka, partnera a czasem i innych osób. Może pojawiać się silna potrzeba by zamknąć się w sobie i odizolować emocjonalne od bliskich. Niestety z tym wiąże się również błędne koło poczucia winy. Wypalony rodzic, u którego pojawiają się trudne emocje, czuje się winny ponieważ uważa, że pewnych rzeczy nie powinien czuć. To z kolei znów nasila wypalenie i koło się zamyka.

Skąd bierze się wypalenie rodzicielskie?

W marcu 2020 zakończono ponad dwuletni projekt badawczy, w którym zebrano dane od ponad 17 tysięcy rodziców (głownie mam). Wyniki były jednoznaczne: kraje zachowanie oraz rodziny mające mało dzieci są najsilniej dotknięte problemem wypalenia rodzicielskiego. Niestety kultura indywidualizmu i perfekcjonizmu oraz osłabienie więzi społecznych może nasilać to zjawisko. Niestety badania pokazały, że Polska i Stany Zjednoczone to kraje, w których odsetek wypalonych rodziców jest najwyższy i oszacowano go na 8%. Pandemia i związany z nią stres bez wątpienia zwielokrotniły te dane.

Joanna Węglarz, jestem psychologiem, specjalistą psychologii klinicznej, trenerem i wykładowcą akademickim oraz dyrektorem Niepublicznej Placówki Doskonalenia Nauczycieli Studio Psychologiczne.Joanna Węglarz, jestem psychologiem, specjalistą psychologii klinicznej, trenerem i wykładowcą akademickim oraz dyrektorem Niepublicznej Placówki Doskonalenia Nauczycieli Studio Psychologiczne.

  1. Zwierciadło poleca

Odbudować relacje społeczne - rusza kampania „Szkoła-od-nowa”

Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Wraz z powrotem uczniów do szkół rusza ogólnopolska kampania społeczna „Szkoła-od-nowa”. Jej celem jest ułatwienie dzieciom i młodzieży funkcjonowania w szkole po roku przymusowej nauki zdalnej, pomoc w naprawie relacji społecznych i powrocie do zdrowia psychicznego.

Nie ma dla nas dorosłych teraz nic ważniejszego niż pomoc dzieciom i młodzieży w powrocie do równowagi psychicznej – mówi Joanna Węglarz, psycholog i pomysłodawczyni kampanii „Szkoła-od-nowa”. - Szkoła po pandemii będzie inna, ponieważ COVID-19 nieodwracalnie zmienił świat, w którym żyjemy. Nauczyciele i uczniowie muszą się dostosować do nowej szkoły, by była miejscem, które uczy i rozwija społecznie. Dlatego kilkunastu ekspertów w zakresie psychologii, pedagogiki, zdrowia psychicznego, terapeutów i wykładowców akademickich zaangażowało się w kampanię społeczną „Szkoła-od-nowa”, by dzielić się swą wiedzą z nauczycielami i rodzicami. - dodaje ekspertka.

Celem kampanii społecznej „Szkoła-od-nowa” jest zwrócenie uwagi, jak ważna jest kwestia zdrowia psychicznego oraz rozwoju społeczno-emocjonalnego dzieci i młodzieży - bycia w grupie, kontaktów z rówieśnikami i współpracy, a także podjęcie działań, które pomogą uczniom wrócić do szkoły stacjonarnej po roku przymusowej edukacji zdalnej - Rozwój umiejętności społecznych dzieci i młodzieży w czasie pandemii został zaburzony, u niektórych opóźniony albo wręcz wstrzymany. Konsekwencje tego zobaczymy tak naprawdę dopiero za kilka lat. Rzeczywistość w dalszym ciągu jest mało przewidywalna i mało optymistyczna, dlatego tak ważne jest, byśmy umieli pomóc dzieciom i młodzieży powrócić do życia w społeczeństwie i zaspokoić ich podstawowe potrzeby bezpieczeństwa, przynależności i samorealizacji, bo one w głównej mierze wpływają na prawidłowy rozwój i zdrowie psychiczne – dodaje Joanna Węglarz.

W ramach kampanii, na stronie szkola-od-nowa.pl są udostępniane bezpłatnie dla wszystkich nauczycieli, rodziców, dzieci i młodzieży m.in.:

  • nagrania wideo ekspertów dotyczące tego jak przygotować się do nauki stacjonarnej w sytuacji pandemicznej;
  • materiał na temat technik relaksacyjnych na godzinie wychowawczej;
  • scenariusze godziny wychowawczej dla szkół podstawowych, średnich oraz szkół specjalnych i oddziałów integracyjnych;
  • ebook dla nauczycieli „Jak wspierać rozwój społeczno-emocjonalny uczniów?”;
  • ebook dla rodziców „10 strategii dla wypalonych rodziców”;
  • wyniki badań na temat wpływu pandemii i nauki zdalnej na dobrostan uczniów i nauczycieli;

Badania* pokazują, że dzieci i młodzież są w złej kondycji psychicznej. Rok izolacji społecznej spowodował, że prawie 100 proc. uczniów ma problemy ze snem, blisko 80 proc. z odżywianiem, 70 proc. ma wahania nastroju, a ok. 40 proc. problemy z koncentracją. U 10% zaobserwowano symptomy depresyjne, a u 18 proc. zaburzenia psychosomatyczne (bóle głowy, brzucha, brak energii i zdenerwowanie). 60 proc. uczniów źle ocenia naukę umiejętności praktycznych podczas nauczania zdalnego, a 70 proc. mówi o pogorszeniu relacji społecznych z rówieśnikami. Ponad połowa przyznała, że czuje się przeładowana otrzymywanymi treściami, a aż 66 proc. korzysta z urządzeń elektronicznych przed pójściem spać.

*Badanie realizowane w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych w Polsce, w okresie od  12 maja do 12 czerwca 2020 r, w trzech grupach składających się z uczniów, nauczycieli i rodziców (łącznie ok. 3000 osób), oraz badanie pod patronatem Rzecznika Praw Dziecka przeprowadzone metodą CAWI na panelu internetowym w dniach 25-28 grudnia 2020 roku na reprezentatywnej grupie ponad 2000 uczniów wieku 15-18 lat oraz rodziców posiadających dzieci w tym wieku.

Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.

  1. Zdrowie

Trening medyczny - bezpieczny sposób na walkę ze skutkami pandemii bezruchu

dr n.med. Konrad Słynarski, chirurg ortopeda, właściciel Kliniki Chirurgii Kolana w Warszawie.
dr n.med. Konrad Słynarski, chirurg ortopeda, właściciel Kliniki Chirurgii Kolana w Warszawie.
Jak „domowy tryb życia”, do którego zmusiła nas pandemia, wpłynął na nasze zdrowie? Sytuacja zmieniła również nasze sportowe nawyki. O tym, z jakimi problemami fizycznymi obecnie się zmagamy, oraz o pandemii bezruchu porozmawialiśmy z dr n.med. Konradem Słynarskim, chirurgiem ortopedą, właścicielem Kliniki Chirurgii Kolana w Warszawie.

Jak pandemia wpłynęła na naszą aktywność? Dr n.med. Konrad Słynarski: Pandemii, z którą żyjemy już od ponad roku towarzyszy pandemia bezruchu. Wiele osób z oczywistych względów nie mogło uprawiać sportu i być aktywnym. Byli zmuszeni do tego, żeby siedzieć w domu. Wiadomo, że nie zawsze warunki domowe są odpowiednie żeby uprawiać sport.

Co spowodowała ta pandemia bezruchu? Dr n.med. Konrad Słynarski: Na początku pandemii wielu moich pacjentów bało się do nas przychodzić na rehabilitację i zaprzestało ćwiczeń. To spowodowało wiele problemów, z którymi do dzisiaj musimy walczyć. Zaprzestanie ruchu, zaprzestanie ćwiczeń rehabilitacyjnych powoduje bardzo poważne konsekwencje. Niedawno wpadła mi w ręce bardzo ciekawa publikacja, która pokazuje, że ograniczenie dostępu do opieki ortopedów i rehabilitantów będą najpoważniejszą konsekwencją, z jaką będzie musiała zmierzyć się cywilizacja po pandemii. Wiem, że to zabrzmi zaskakująco, ale konsekwencje braku leczenia ortopedycznego mogą w perspektywie wielu lat spowodować większe konsekwencje niż brak dostępności kardiologa, onkologa.

Czy do kliniki zgłasza się teraz więcej pacjentów? Dr n.med. Konrad Słynarski: Kiedy po pierwszy lockdownie siłownie zostały ponownie otwarte oraz przywrócono możliwość uprawiania sportu z początkiem ubiegłego lata też zauważyliśmy problemy. Choć nasz umysł pamięta naszą sprawność, to nasze ciało bardzo szybko jej zapomina. Dlatego bardzo ważne jest, by przed podjęciem ponownej aktywności fizycznej, jeżeli byliśmy zamknięci przez jakiś czas, tym bardziej jeżeli przebyliśmy infekcję i nasz organizm jest słaby, bardzo ważne jest by odpowiednio się do tego przygotować. My zalecamy odpowiednie przygotowanie. Należy powracać do aktywności stopniowo. Wsłuchujmy się w organizm, w stawy, w ból. Jeżeli mamy jakieś problemy nie bagatelizujmy. Ważne jest, by nie odkładać  leczenia na później, a zacząć działać od razu. Czasami nawet banalne sygnały mogą oznaczać poważne problemy. Do naszej Kliniki zgłaszają się osoby z typowymi urazami związanymi z zaprzestaniem ruchu np. zerwanie ścięgna Achillesa, mięśni. Wrócili do nas pacjenci, którzy przerwali rehabilitację i mieli z tego powodu poważne problemy. Czasami bardzo ciężko jest odzyskać kilka straconych miesięcy.

Dlaczego ruch jest tak istotnym elementem naszego życia? Dr n.med. Konrad Słynarski: Ruch wpływa na zmniejszenie rozwoju chorób układu krążenia, zmniejsza ryzyko wystąpienia nowotworów. Istnieje bezpośrednia korelacja między aktywnością fizyczną a długością życia. W związku z czym te konsekwencje bezruchu przyjdą do nas jeszcze w ciągu najbliższych lat.

Jak możemy temu przeciwdziałać? Dr n.med. Konrad Słynarski: My z moim zespołem cały czas pracujemy i staramy się pomagać naszym pacjentom. Prowadzimy rehabilitację i treningi medyczne, dzięki którym pacjenci mogą korygować problemy. Przypomnę tylko, że treningi medyczne pomimo obowiązujących obostrzeń są dozwolone, ponieważ jest to forma terapii. Trening medyczny jest połączeniem treningu personalnego oraz fizjoterapii. Zajęcia dedykowane są wszystkim tym, którzy chcą bezpiecznie powrócić do pełnej formy. W naszej klinice prowadzimy również takie zajęcia.