1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Madera - wyspa obfitości

Madera - wyspa obfitości

Strome klify na północy wyspy. Najwyższy położony taras widokowy znajduje się na wysokim na 580 m Cabo Girao (Fot. Getty Images)
Strome klify na północy wyspy. Najwyższy położony taras widokowy znajduje się na wysokim na 580 m Cabo Girao (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Gdzie spojrzeć, to samo: bujność i piękno natury. Klify są spektakularnie poszarpane i strome, liście paproci tak duże, że mogą służyć za parasole, kwiaty hortensji wielkości głowy, na każdym kroku soczysta zieleń, a w tle intensywny błękit oceanu. To Madera.

Niemal pionowy klif spektakularnie wpada do oceanu, a u jego stóp zielenią się niewielkie spłachetki ziemi nazywane po portugalsku fajã. Równolegle do zbocza poprowadzono po skosie kolejkę linową, a im niżej zjeżdżą wagonik gondoli, tym wyraźniejszych kształtów nabierają pióropusze bananowców, rzędy krzewów winorośli, rozczapierzone liście figowców, niezwykła obfitość ananasów, żółtych mango i warzyw na grządkach.

Madera jest nazywana wyspą kwiatów. Na przełomie kwietnia i maja odbywa się w Funchal Festiwal Kwiatów – Festa da Flor. (Fot. Anna Janowska) Madera jest nazywana wyspą kwiatów. Na przełomie kwietnia i maja odbywa się w Funchal Festiwal Kwiatów – Festa da Flor. (Fot. Anna Janowska)

Na górzystej, pełnej poszarpanych skał i klifów Maderze każdy płaski i nadający się pod uprawę kawałek lądu jest na wagę złota. Stąd też ta stroma kolejka linowa karkołomnie poprowadzona na plantacje i nazwana na jej cześć Fajã dos Padres. Takie imię nadano winnicy założonej tu przez jezuitów w 1595 roku, a teraz – od trzech pokoleń –zarządzanej przez rodzinę Jardim Fernandes. Kontynuuje ona tradycje, robiąc wyborne wino i serwując je w restauracji z widokiem na fale wraz z flagowym daniem. Madery – peixe espada. To długa, czarna, żyjąca w głębinach Atlantyku ryba (pałasz czarny), w której skomplikowanych połowach – w nocy ryby żerują 200 metrów pod powierzchnią, łapie się je wówczas w specjalne długie sieci z przynętami - wyspecjalizowali się miejscowi rybacy. Na plantacji peixe espada podawana jest com banana, z pieczonym bananem prosto z drzewa.

Plaże Madery są głównie kamieniste, jak ta w Fajã dos Padres, z piaszczystych plaż słynie sąsiednia wyspa archipelagu – Porto Santo, odległa o 2,5 godziny rejsu promem z Funchal, stolicy Madery. (Fot. Anna Janowska) Plaże Madery są głównie kamieniste, jak ta w Fajã dos Padres, z piaszczystych plaż słynie sąsiednia wyspa archipelagu – Porto Santo, odległa o 2,5 godziny rejsu promem z Funchal, stolicy Madery. (Fot. Anna Janowska)

Słońce niemal praży, choć to dopiero kwiecień, ale nie bez powodu mówi się, że­ na Maderze przez cały rok panuje wiosna. Na ­kamienistej plaży już ustawiono kilka leżaków dla turystów. Na horyzoncie pojawia się karawela. Okręt w charakterystycznym kształcie do ­złudzenia przypomina ten, którym Krzysztof Kolumb wyprawił się w poszukiwaniu Indii z wiadomym skutkiem. Patrząc na replikę „Santa Marii” wożąca dziś turystów wokół wybrzeża wyspy, łatwo sobie wyobrazić, że to sam odkrywca płynie ku nieznanym ladom.

Zjazd wiklinowymi saniami po asfaltowej drodze ze wzgórza Monte do Funchal był dawniej ekstrawagancją dla bogatych mieszkańców wyspy, a dziś jest jedną z większych turystycznych atrakcji. Saniami sterują dwaj doświadczeni carreiros, a pełna zakrętów trasa ma dwa kilometry długości i pokonuje się ją w blisko dziesięć pełnych emocji minut. (Fot. Anna Janowska) Zjazd wiklinowymi saniami po asfaltowej drodze ze wzgórza Monte do Funchal był dawniej ekstrawagancją dla bogatych mieszkańców wyspy, a dziś jest jedną z większych turystycznych atrakcji. Saniami sterują dwaj doświadczeni carreiros, a pełna zakrętów trasa ma dwa kilometry długości i pokonuje się ją w blisko dziesięć pełnych emocji minut. (Fot. Anna Janowska)

Na Maderę pierwsi dotarli Portugalczycy w 1419 roku, a pod koniec XV wieku założyli tu plantacje niezwykle cennej w owych czasach trzciny cukrowej. Uprawy udawały się doskonale dzięki sprytnemu systemowi kanałów irygacyjnych zwanych lewadami, które sprowadzały wodę z porośniętych pierwotnymi lasami wawrzynowymi gór. Pod tą tajemniczą nazwą kryją się w większości endemiczne, karłowate drzewa i krzewy z rodziny wawrzynowców, kłujące jałowce, bogactwo paproci, wrzośców, mchów i porostów zdolnych niczym gąbka wysysać wilgoć z powietrza. Woda kapie z ich liści i gałęzi wprost do lewad ja niosących – dzięki sile grawitacji wspomaganej mnogością tam – z deszczowej północy na suchsze i cieplejsze południe wyspy.

Żyzna wulkaniczna gleba i łagodny klimat Madery sprzyjają roślinom. Kwiaty, paprocie, owoce rosną tu jak szalone. (Fot. Anna Janowska) Żyzna wulkaniczna gleba i łagodny klimat Madery sprzyjają roślinom. Kwiaty, paprocie, owoce rosną tu jak szalone. (Fot. Anna Janowska)

Pierwsze lewady były skromne, z trudem drążono je w wulkanicznych skałach lub konstruowano z drewna, a poza nawadnianiem plantacji napędzały również młyny wyciskające sok z trzciny cukrowej. Z czasem do­ budowania kanałów zaczęto używać betonu, a ponieważ aż do połowy XX wieku nie było na wyspie wodociągów, ludzie, rośliny i zwierzęta korzystali z wody z lewad.

To jedna z najstarszych ulic w Funchal, wzdłuż której stoją domy wzniesione w XV wieku. Do niedawnabyła to niebezpieczna, pełna ruder okolica, która dzięki miejscowym artystom i projektowi SztukaOtwartych Drzwi zyskała popularność i nowe życie. (Fot. Anna Janowska) To jedna z najstarszych ulic w Funchal, wzdłuż której stoją domy wzniesione w XV wieku. Do niedawna
była to niebezpieczna, pełna ruder okolica, która dzięki miejscowym artystom i projektowi Sztuka
Otwartych Drzwi zyskała popularność i nowe życie. (Fot. Anna Janowska)

Dziś jest ich 200 (specjalnie dla nich powstało aż 190 tuneli) i siecią 1400 km szczelnie oplatają Maderę, nawadniając plantacje, napędzając turbiny elektrowni wodnych oraz… służąc jako znak orientacyjny, bo równolegle do kanałów poprowadzono szlaki. Wybór tras jest ogromny o różnym stopniu trudności, od łatwych po bardziej wymagające, takich jak ta wzdłuż zbudowanej w XVIII wieku Levada do Caldeirão, która rozpoczyna się w korycie strumienia o tej właśnie nazwie i prowadzi przez strome zbocza, skalne tunele i klify z widokiem na najwyższy, wznoszący się na 1862 m n.p.m. szczyt Madery, Pico Ruivo. Niezależnie od ­trasy pewne są wrażenie i zachwyt. Bo Madera to wyspa hojnie obdarowana przez naturę urodą wspartą przemyślnością człowieka.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Slow travel - sposób na odpoczynek od życia w biegu

Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Choć dziś lokomotywy wyglądają inaczej niż w wierszu Juliana Tuwima, to wagony nadal pełne są interesujących podróżnych. Pociągi dają poczucie wolności, a poza tym są bardziej eko niż samoloty czy samochody – mówi Torbjørn Færøvik, norweski pisarz i propagator slow travel – powolnej podróży koleją. 

Choć dziś lokomotywy wyglądają inaczej niż w wierszu Juliana Tuwima, to wagony nadal pełne są interesujących podróżnych. Pociągi dają poczucie wolności, a poza tym są bardziej eko niż samoloty czy samochody – mówi Torbjørn Færøvik, norweski pisarz i propagator slow travel – powolnej podróży koleją. 

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne) Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne)

Dlaczego wybiera pan slow travel, czyli powolną podróż koleją, skoro samolotem można dolecieć szybciej i więcej zobaczyć w tym samym czasie? Dziś wiele osób lata na przykład na 10 dni do Chin. Nasze życie zmieniło się dramatycznie w przeciągu ostatnich 20–30 lat. Jesteśmy coraz bardziej zagonieni i slow travel jest moim sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. Wyjeżdżam na dwa, trzy miesiące albo nawet na pół roku. Rzeczywiście wielu ludzie podróżuje do Chin na tydzień–dwa, ale jeśli ten czas spędzą głównie w Pekinie, który jest obecnie nowoczesnym, wspaniałym miastem, to tak naprawdę nie poznają Chin. Centrum Pekinu można dziś równie dobrze pomylić z Londynem czy Nowym Jorkiem. W porównaniu ze starym Pekinem (z jego niskimi i szarymi budynkami), który istniał jeszcze, gdy byłem tam w 1974 roku, takie zwiedzanie jest zwyczajnie nudne.

Aby poznać Chiny trzeba podróżować po wsiach. Pojechać pod Wielki Mur, ale zobaczyć też, jak rolnicy pielęgnują stare śliwy. To olbrzymi kraj, prawie kontynent. I jest zróżnicowany jak cała Europa, w której mamy tak odmienne kulturowo państwa, jak Albanię, Polskę czy Francję. Ale rozumiem, że ktoś ma tylko tydzień urlopu i brakuje mu czasu na jeżdżenie do małych wiosek. Może jednak to, co zobaczy, spodoba mu się na tyle, żeby poprosić pracodawcę o dłuższy urlop?

Powolna podróż przygotowuje nas do poznania nowego miejsca? Latanie powoduje, że podróżuje się zbyt szybko: wsiadasz do samolotu w Warszawie i kilka godzin później jesteś w Pekinie. Kiedy przemieszczasz się wolno, widzisz, jak zmienia się nie tylko krajobraz, ale też kultura, ludzie, systemy polityczne. Takie powolne zmiany otaczającego świata są jak aklimatyzacja dla himalaistów – stopniowym przyzwyczajaniem się do warunków.

Poza tym jazda pociągiem to najbardziej socjalizujący sposób podróżowania – poznaje się wiele osób, można z nimi swobodnie porozmawiać, zjeść w wagonie restauracyjnym, tym samym próbując lokalnej kuchni. Jest też bardzo elastyczna – jeśli po drodze spodoba ci się jakieś mijane miejsce, możesz wysiąść na dowolnej stacji. To daje poczucie wolności. W pociągach nie kontrolują bagaży jak na lotniskach, nie trzeba stać aż w takich kolejkach: wystarczy kupić bilet i wsiąść. Znacznie łatwiej czytać w nich książki czy pracować na komputerze. W autobusie lub samolocie jest to trudniejsze. No i jest to również środek lokomocji bardziej ekologiczny niż samochody, autobusy czy samoloty.

W mojej ostatniej książce „Orient Express” opisałem swoją podróż koleją z Londynu aż do Samarkandy. W Europie system kolei jest bardzo rozbudowany, więc można udać się prawie w każdym kierunku. Jest wiele rodzajów wagonów: mniej lub bardziej luksusowe, sypialne – łatwo dobrać właściwy do swoich potrzeb i możliwości.

Czy czasem lata pan jeszcze samolotami? Tak. Nie mogę za każdym razem jechać pociągiem – to zajęłoby mi zbyt wiele czasu. Ale byłem już w Chinach kilka razy koleją: jechałem pociągiem z Oslo, przez Finlandię, Moskwę i Koleją Transsyberyjską. A kiedyś nawet pojechałem śladami Marca Pola: z Wenecji przez Turcję, Iran, Afganistan, Pakistan, Tybet i prowincje tzw. Mongolii Wewnętrznej.

Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock) Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock)

Obecnie fascynująca jest jazda z Wielkiej Brytanii pod kanałem La Manche – podróż z Londynu do Paryża zajmuje dwie i pół godziny. Generalnie uważam, że w Europie podróże koleją są lepsze niż samolotami. Szybkie (na przykład z Paryża aż do Wiednia pociąg jedzie z prędkością 300 km na godzinę, zatrzymując się w głównych miastach) i  nie aż tak drogie. Ale jeśli chce się zakosztować egzotyki, koniecznie trzeba pojeździć po Indiach.

Byłem. Ciekawa przygoda! Czy nadal wywieszają przy wejściach do wagonów listę imienną pasażerów? Tak! Można powiedzieć wiele złego o kolonializmie, ale Brytyjczycy zrobili sporo dobrego dla rozbudowy infrastruktury kolejowej w swoich koloniach. Zwłaszcza w Indiach mają silnie rozbudowaną sieć. I chyba najbardziej staromodną, dużo więcej pasażerów bywa na dachu pociągu niż w jego środku. Wagony są w kiepskim stanie, słabo utrzymywane, więc wypadki zdarzają się często. Jednak mnie nigdy się nie przydarzył, choć jeździłem tam dużo.

Już kilkadziesiąt lat jeździ pan głównie pociągami. Czy ta forma podróżowania jakoś pana zmieniła? W trasie generalnie dużo czytam o przeszłości każdego państwa, przez które jadę. Sądzę, że to jeżdżeniu koleją zawdzięczam lepsze poznanie powiązań między krajami, ich kulturami, wynikające często z przeszłości. To dzięki powolnemu podróżowaniu wciągnęła mnie historia Azji, zwłaszcza Chin. Dziś dostrzegam szerszą perspektywę, bo historia Chin musi być postrzegana przez wpływy Mongolii, Indii czy Japonii.

Lubi pan cytować amerykańskiego powieściopisarza Henry'ego Millera „Celem podróży nie jest określone miejsce, ale nowy sposób postrzegania rzeczy”. Co pan spostrzegł inaczej po dwóch miesiącach spędzonych w Orient Expressie? Mimo że we wszystkich krajach, przez które jedzie pociąg, byłem już wcześniej, w niektórych nawet kilka razy, to przed tą wyprawą musiałem je poznać na nowo. Przeczytałem wiele książek i dzięki tej nowo zdobytej wiedzy obejrzałem muzea, miejsca, zabytki, których wcześniej nie widziałem.

Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne) Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne)

Na przykład Bułgaria, która należy do biedniejszych państw Unii Europejskiej – ma tak bogate zabytki, bo była miejscem, w którym Wschód spotykał się z Zachodem. Podobnie rzecz się ma z Turkmenistanem, o którym wiele osób nawet nie słyszało. A to kiedyś było ważne miejsce na Szlaku Jedwabnym. Wszędzie pozostały zabytki, ruiny, dawne miasta, resztki murów obronnych.

Dzięki slow travel człowiek nie tylko zdobywa wiedzę o nowych kulturach, ale także zyskuje szacunek dla mieszkańców, którzy są przecież częścią historii danego kraju.

Czy zawsze podróżowanie było dla pana takie ważne? Tak, przez całe życie. Pochodzę z małej miejscowości w środkowej Norwegii, zaściankowej i mało otwartej na świat. Moi rodzice przenieśli się do okręgu Oslo, gdy miałem dziewięć lat. Wtedy trafiłem do zupełnie nowego świata... Zacząłem czytać książki o podróżach na Jawę, do Chin, Indii, Afryki. Zafascynowały mnie. Kiedy studiowałem historię w Oslo, zacząłem pracować w agencji informacyjnej, miałem więc okazję jeździć do Azji zawodowo. Później zawsze szukałem pracy, w której mogę łączyć przyjemne z pożytecznym. Teraz mam 72 lata, ale podróżowanie nadal sprawia mi tyle przyjemności, że pracuję dla biura podróży „Escape travel”. Zabieram pojedyncze osoby nad wielkie rzeki: Mekong, Ganges, Jangcy. To jest niezwykle interesujące, bo wszędzie tam, gdzie jest woda, powstały duże cywilizacje: Chiny, Indie, kultura Angkor... Moja matka niedawno zmarła w wieku 104 lat. Żartuję więc, że będę podróżował, aż osiągnę ten sam wiek.

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. Jest autorem 11 książek, po Polsku ostatnio ukazał się reportaż „Orient Express”.

'Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu' Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie \"Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu\" Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie

  1. Kultura

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca

W Stambule nie brakuje historycznych miejsc, które warto odwiedzić. A właśnie teraz, po przerwie, na kulturalną mapę stolicy Turcji wróciło jedno z nich – kino Atlas i Muzeum Kinematografii. (Fot. materiały prasowe)
W Stambule nie brakuje historycznych miejsc, które warto odwiedzić. A właśnie teraz, po przerwie, na kulturalną mapę stolicy Turcji wróciło jedno z nich – kino Atlas i Muzeum Kinematografii. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Nowe obostrzenia w całym kraju to niedobry moment na planowanie podróży? A może wręcz odwrotnie, może właśnie takie planowanie to dobry sposób, żeby myślami wyrwać się z pandemicznej rzeczywistości? Co powiecie na Stambuł? Pojawił się kolejny powód, dla którego warto go odwiedzić.

Miasto dwóch kontynentów – położone i w Europie i w Azji. Olbrzymie z prawie 20 milionami mieszkańców, nieoczywiste, piękne, mroczne. W Stambule nie brakuje historycznych miejsc, które warto odwiedzić. A właśnie teraz, po przerwie, na kulturalną mapę stolicy Turcji wróciło jedno z nich – kino Atlas i Muzeum Kinematografii.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)

Położone w dzielnicy Beyoğlu, przy słynnym deptaku İstiklal Caddesi (pol. Aleja Niepodległości) w europejskiej dzielnicy Stambułu, swoją działalność rozpoczęło w 1948 roku, a historia budynku, w którym kino się znajduje sięga jeszcze bardziej wstecz – neoklasycystyczną kamienicę ukończono w 1870 roku za panowania sułtana Abdulaziza. To miejsce wielu wyjątkowych premier, festiwali (w tym Międzynarodowego Festiwalu Filmów Fabularnych w Stambule) przez dwa ostatnie lata było zamknięte na głucho z powodu renowacji. Pracami konserwatorskimi zostały objęte między innymi takie miejsca jak scena, widownia, nagłośnienie i foyer. W odnowionym kinie dostępnych jest 483 miejsc siedzących, odnowiona scena o wymiarach 13x7 metrów, możliwe są tu projekcje w wysokiej jakości obrazu 4K, ale także inne niż filmowe wydarzenia, sala przystosowana jest m.in. do spektakli teatralnych.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)

Renowacji poddane zostało także mieszczące się w tym samym budynku Muzeum Kinematografii. Instytucja udostępnia cyfrowe kopie wszystkich filmów nakręconych w historii tureckiego kina. W muzeum można też będzie zobaczyć krajowe i międzynarodowe nagrody i wyróżnienia, które kino tureckie otrzymało na przestrzeni lat.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca (Fot. materiały prasowe)

A z ciekawostek – wśród zagranicznych gości podczas ceremonii otwarcia kina i muzeum znalazł się znany reżyser Guy Ritchie, który kręci właśnie w Turcji swój najnowszy film „Five Eyes” z Jasonem Stathamem, Joshem Harnettem i Jacquie Ainsley.

  1. Styl Życia

Sztuka noszona - niezwykły naszyjnik Elżbiety Dzikowskiej

Sztuka noszona- niezwykły naszyjnik Elżbiety Dzikowskiej. (Fot. Andrzej Kupniewski)
Sztuka noszona- niezwykły naszyjnik Elżbiety Dzikowskiej. (Fot. Andrzej Kupniewski)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Pochodzi z Meksyku i zarazem z Polski. Unikat. Przypomina Elżbiecie Dzikowskiej ukochanego człowieka i miłe sercu miejsce.

Głównym elementem tego naszyjnika jest główka olmecka z Meksyku. Cywilizacja olmecka, sprzed 4000 lat, jest najstarszą cywilizacją w Meksyku i stanowi podstawę wielu innych cywilizacji, między innymi Majów. Owa główka to kopia, ale tak sobie myślę, że a nuż to oryginał?

Dostałam ją od mojego męża Tony’ego Halika. Było to prawie pół wieku temu, w Meksyku. Po raz pierwszy pojechałam tam w 1964 roku wysłana przez pismo „Kontynenty”. A ten naszyjnik dostałam dziesięć lat później, kiedy pojechałam po raz kolejny i kiedy poznałam Tony’ego. Zwiedzaliśmy razem park archeologiczny La Venta w Villahermosa, gdzie zgromadzono najwybitniejsze dzieła sztuki olmeckiej, między innymi ogromne kamienne głowy o charakterystycznych, jakby afrykańskich rysach. Zachwyciłam się. I Tony kupił mi maleńką ich kopię z zielonego jadeitu. Od dawna jestem fanką biżuterii, którą zwożę z całego świata, a potem ofiarowuję Muzeum Podróżników w Toruniu imienia Tony’ego Halika, które posiada chyba największą w Polsce kolekcję biżuterii etnicznej.

Ten naszyjnik pochodzi z Meksyku, ale też z Polski. A to dlatego, że główkę olmecką dałam do oprawy mojemu przyjacielowi, znakomitemu złotnikowi Andrzejowi Kupniewskiemu, którego wyobraźni nie ograniczam.

Mam wiele jego dzieł, to małe rzeźby, ale jak na biżuterię – duże formaty. Ja je nazywam sztuką noszoną. Bo to z całą pewnością sztuka przez duże „S” w znakomitym wydaniu. A noszona, bo zakładam je do skromnych jednokolorowych sukienek, które stanowią jedynie tło dla tych dzieł biżuteryjnych. Po moim długim życiu trafią wszystkie do muzeum w Toruniu. Co spojrzę na ten naszyjnik, a zakładam go na wyjątkowe okazje, to widzę mojego męża. Przypomina mi się Meksyk ze swoimi starymi, prekolumbijskimi cywilizacjami, a zwłaszcza z olmecką, którą szczególnie się interesuję. Jeździłam jej tropem po tym wspaniałym i ciekawym kraju. Przypominają mi się także okoliczności otrzymania tego prezentu. Teraz w Paryżu trwa ogromna wystawa sztuki olmeckiej, szkoda, że nie mogę jej zobaczyć.

Mam więc z tym naszyjnikiem wiele ciekawych wspomnień. To wyjątkowe dzieło, niepowtarzalne, unikat. Bardzo sobie go cenię i mam do niego niezwykle ciepły stosunek. Jak tylko go włożę, od razu lepiej się czuję.

Elżbieta Dzikowska, historyczka sztuki, podróżniczka, sinolożka, reżyserka i operatorka filmów dokumentalnych, autorka wielu książek, programów telewizyjnych, audycji radiowych, wystaw sztuki współczesnej. (Fot. Jacek Poremba)  Elżbieta Dzikowska, historyczka sztuki, podróżniczka, sinolożka, reżyserka i operatorka filmów dokumentalnych, autorka wielu książek, programów telewizyjnych, audycji radiowych, wystaw sztuki współczesnej. (Fot. Jacek Poremba) 

  1. Styl Życia

Przemysław Kossakowski: Wystrzelili mnie w kosmos

Przemysław Kossakowski: Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam. (Fot TVN/M.Wojtal)
Przemysław Kossakowski: Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam. (Fot TVN/M.Wojtal)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Mam swoje opus magnum, zdecydowanie. I nie chodzi mi o to, że znalazłem się w telewizji… „Down the Road” i to, co wydarzyło się po tym programie, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie zrobiłem. Mam też bardzo dobry czas w życiu prywatnym. Zdecydowanie nie tylko nieszczęścia chodzą parami – mówi Przemek Kossakowski, dziennikarz, dokumentalista i podróżnik.

Jesteś człowiekiem „w drodze”, wciąż w podróży, w każdym razie takiego cię znamy. Jak przetrwałeś ten miniony rok w zamknięciu? Mam to szczęście, że nie jestem uzależniony od żadnego stanu. Nie muszę się przemieszczać, żeby żyć. Jedyne, czego rzeczywiście potrzebuję koniecznie, to wysiłek fizyczny, ale ten mogę zapewnić sobie w każdym miejscu. W moim życiu były bardzo długie okresy „stacjonarności”. Zupełnie mi to nie przeszkadzało, potrafię także w tym odnaleźć przyjemność, nie czuję się źle. Poza tym, tak naprawdę, to moje intensywne podróżowanie związane jest z telewizją, więc zaczęło się stosunkowo niedawno, kiedy byłem już w pełni ukształtowanym człowiekiem. Ta nowość nie zdążyła mnie jeszcze w tej kwestii zmienić, ale na pewno bardzo mnie wzbogaciła. Jedyny problem, jaki mi doskwiera, to ograniczony z powodu pandemii kontakt z drugim człowiekiem. Ale umiem siedzieć w domu, wiele lat przesiedziałem w domu.

Mówisz o kontakcie z drugim człowiekiem. Gdy ogląda się twoje programy, można odnieść wrażenie, że to jest właśnie coś, co cenisz sobie najbardziej. Czy w podróży liczy się dla ciebie przede wszystkim jej cel, czy towarzystwo? Zdecydowanie to drugie! Jasne, to wielka frajda poznawać świat, zmieniać strefy klimatyczne i scenerię, oglądać różne oblicza natury. To fascynujące, ale bez tego mógłbym się obyć. Kontakt z drugim człowiekiem to dla mnie esencja odkrywania. Nie wiem, z czego to wynika, ale najbardziej frapuje mnie różnorodność charakterów, osobowości, obyczajów i przyzwyczajeń ludzkich, a nie różnorodność krajobrazu.

Czy to znaczy, że gdyby nie ludzie, nie umiałbyś czerpać, korzystać z podróżowania? Od czasu do czasu, dla higieny psychicznej, wyjeżdżam sam. Zapadam się wtedy w lesie na Podlasiu w naturę i czerpię z tego siłę. Tkwię w ciszy i bezruchu. Lubię tę intymność. Ale w każdym innym podróżowaniu, w tym podróżowaniu, które opisuję w telewizji, liczy się właściwie wyłącznie człowiek. Tylko przez ludzi umiem opisać rzeczywistość.

Przemysław Kossakowski, na drugim planie od lewej: Adam Wdówka, Szymon Grzech i Jan Skiba. (Fot. TVN/M.Wojtal) Przemysław Kossakowski, na drugim planie od lewej: Adam Wdówka, Szymon Grzech i Jan Skiba. (Fot. TVN/M.Wojtal)

Czy jesteś człowiekiem, który uważa, że można śmiać się absolutnie ze wszystkiego? Wiem, o co pytasz. Nie, uważam, że są granice, ale ja mam je dosyć daleko przesunięte. I sądzę, że to powód, dla którego tak dobrze „zagrałem” w kontakcie z osobami z zespołem Downa. Bardzo dużo się ze sobą śmialiśmy. To był dla mnie powrót do dziecięcej substancji w przeżywaniu. Oni mnie wciągnęli na swoją orbitę. A ta orbita składa się ze wszystkiego, co dorosły człowiek z czasem traci. Tracimy zachwyt nad prostymi rzeczami. Jeśli się na coś napatrzymy, już się nigdy tym nie zachwycimy. A dziecko może zachwycać się czymś, co dobrze zna, bez końca, bo potrafi wciąż nadawać temu inne znaczenie, inny kontekst. W kilku zbitych deskach potrafi zobaczyć galeon, na który można wsiąść i popłynąć, żeby odkryć nowe lądy. Im jesteśmy starsi, tym ten „galeon” coraz mocniej się zaciera, aż w końcu zostaje tylko kilka zwyczajnych desek – to oznacza, że jesteśmy dorosłymi! Krzesło, na którym siedzimy, już nie może być fotelem w statku kosmicznym itd.

Robi się smutno? W pewnym sensie tak, choć raczej większość z nas w ogóle nie zauważa źródła tego smutku. Ja miałem szczęście, bo bohaterowie „Down the Road” zaproponowali mi powrót do tego stanu, wystrzelili mnie – i wciąż wystrzeliwują, bo mamy ze sobą kontakt – w kosmos. Ale nie chciałbym być źle zrozumiany – nie chcę powiedzieć przez to, że ludzie z zespołem Downa są infantylni, absolutnie nie. Tu chodzi o coś innego, o umiejętność korzystania z potencjału wyobraźni. Z wielką przyjemnością dałem im się wciągnąć w ten świat i, wracając do twojego pytania, śmialiśmy się razem ze wszystkiego, wkręcaliśmy siebie nawzajem. Choć przyznam, że musiałem się przełamać, na początku pierwszego sezonu programu czułem się skrępowany. Uruchomiły się rozmaite blokady: „Nie powinienem”, „Nie wypada”, „Robienie sobie żartów z osoby z zespołem Downa jest nie na miejscu” itd. Poszedłem wtedy na konsultację do pracujących na planie terapeutek i zwierzyłem się, że mam problem, bo moja natura jest taka, że często sobie z ludzi, z siebie też, żartuję, a nie wiem, czy w tym przypadku mogę to robić. Usłyszałem, że jeżeli zamierzam poddać się takiej autokontroli, jeżeli będę się ciągle zastanawiał się, czy to, co chcę zrobić, albo to, co chcę powiedzieć, jest właściwe czy nie, to stracę szansę na dogadanie się z tymi ludźmi! Oni nie będą czekać na wynik moich kalkulacji, a poza tym oni tę kalkulację wyczują i odsuną się ode mnie, tak jak ludzie uczciwi odsuwają się od kłamców.

Wyczują sztuczność? Dokładnie. Jeśli nie będę robił tego, na co mam ochotę, oni w mig to wychwycą – to bardzo bystre osoby – i nawet jeśli tego nie powiedzą, nie nazwą, to nie pozwolą się do siebie zbliżyć, bo nie będę dla nich wiarygodny. Będę w ich oczach obserwatorem, cenzorem, a nie przyjacielem. Przede wszystkim poczują, że jestem na nich zamknięty, a oni mają wokół siebie wystarczająco dużo zamkniętych na nich ludzi, ludzi, którzy sprawiają im cierpienie, bo nie chcą ich do siebie dopuścić.

Przełamałem się raz, a potem już to wszystko gładko popłynęło. Jest taka scena w drugim sezonie, kiedy jedziemy samochodem i w pewnej chwili mówię do nich, że już mam dość tej naszej sielanki i chciałbym się z nimi pokłócić. Oni jednym głosem odpowiadają: „No co ty, nie ma mowy!”, ale za moment jeden z nich, Janek Skiba, podejmuje rękawicę. I nagle zaczynamy przerzucać się wyzwiskami! Janek mówi do mnie, że jestem: matołem, tępakiem, prostakiem, a ja nie pozostaję mu dłużny. Pomyślałem sobie chwilę po tej soczystej wymianie, że to jest nieprawdopodobne, co ci ludzie ze mną zrobili. Rok temu w życiu bym sobie na to nie pozwolił, bo byłem poblokowany i myślałem, że nie wolno mi powiedzieć do kogoś z niepełnosprawnością przykrej rzeczy. A tymczasem umówiliśmy się na jakąś konwencję i poszliśmy w nią ramię w ramię! Zabawa była genialna – powstała świetna scena, w której prowadzący program obraża człowieka z zespołem Downa, a ten nie pozostaje mu dłużny, cała reszta kibicuje, oczywiście nie mnie, tylko Jankowi! Skończyliśmy, zapadł werdykt, że wygrał Janek, dostanie więc nagrodę, którą sobie wcześniej wymyślił – dowiedziałem się dopiero wtedy, że była nią moja żona i że ją właśnie przegrałem!

Miałem potem taką refleksję, że w tym naszym świecie, coraz bardziej kneblowanym przez coraz silniej patologizowaną poprawność, taka sytuacja mogła wydarzyć się tylko w towarzystwie tych ludzi. Mam wielki przywilej, że jesteśmy ze sobą blisko, że siebie mamy, że mogłem ich poznać. Ekscytujące.

Ci, którzy oglądają twoje programy, wiedzą, że ty tych ekscytujących historii masz na swoim koncie już całkiem sporo, ale rozumiem, że to coś zupełnie nowego, zupełnie inny rodzaj ekscytacji. Tak, to jest kompletnie inny rodzaj doświadczenia. W moich wcześniejszych projektach spotkanie z człowiekiem było tylko chwilą, spędzaliśmy wspólnie kilka intensywnych dni, a potem każdy szedł w swoją stronę i nasze drogi już nigdy się nie przecinały, nie było kontaktu. Więc to nigdy nie była głęboka więź, bo głębokiej relacji nie da się zbudować w kilka dni. A tu, po pierwsze, wyjeżdżamy razem na trzy tygodnie, jesteśmy non stop razem. Po drugie, kiedy kończy się projekt, i w przypadku pierwszego, i w przypadku drugiego sezonu, my wciąż mamy ze sobą stały kontakt. Pół godziny temu rozmawiałem właśnie z Jankiem Skibą, umówiliśmy się na jutro na spotkanie.

Masz z nimi kontakt, bo za nimi zwyczajnie, tak po ludzku, tęsknisz? Tęsknię bardzo. Za każdym z nich z osobna, za charakterem, poczuciem humoru, za twarzą, ale to jest też coś więcej. To jest tęsknota za stanem, w którym się dzięki nim znajduję. Wiem, egoistyczne, ale taka jest prawda. I to był jeden z powodów, dla których po powrocie z pierwszego wyjazdu z moimi bohaterami postanowiłem zostać w tym świecie.

To znaczy? To znaczy, że ostatni rok regularnie uczęszczałem jako wolontariusz na warsztaty terapii zajęciowej w Warszawie, na Pradze. Spędzałem tam czas z ludźmi nie tylko z zespołem Downa, lecz także ze schizofrenią czy z autyzmem.

I nie jest to poświęcenie. Potrzebowałem tego, to na pewno, wiele z tego czerpię dla siebie. Ale chcę też powiedzieć, że to nie tylko „łatwe, miłe i przyjemne” spotkania. Bohaterowie „Down the Road” to osoby, które przeszły przez castingi, mówiąc fachowym językiem – to ludzie wysoko­funkcjonujący: wiele rzeczy są w stanie robić sami, są dość niezależni. Natomiast i zespół Downa, i autyzm mają swoje szerokie spektrum i są także osoby niskofunkcjonujące, które nie mają zbyt dużej autonomii, wymagają praktycznie ciągłej opieki i pomocy. Takie także spotykam na terapii zajęciowej – i to już nie są wyłącznie radosne chwile… Tu dołącza się jeszcze inny aspekt – myślę o tym w kategoriach mojej moralnej powinności. To już nie jest tylko zabawa, śmiech i powrót do dzieciństwa, to już coś, co mogę nazwać – nawet jeśli zabrzmi to dla niektórych patetycznie – posługą. Posługą, którą jako neurotypowa większość jesteśmy tym ludziom winni. I tyle. Oni i ich rodziny bardzo często pozostawieni są przez system, ale też przez społeczeństwo sami sobie.

Czy ta posługa bywa frustrująca? Bywa. Spotykam osoby, które mają kłopot z mówieniem w ogóle, ale też takie, które nie są w stanie nazywać swoich emocji, opisać, co czują. Ktoś płacze, a ty nie wiesz dlaczego, nie możesz do niego dotrzeć w żaden sposób, zrozumieć. Tak, to bywa frustrujące…

Co zobaczyłeś w sobie, kiedy zetknąłeś się z takim murem? Że mam bardzo duże braki, że dużo nauki przede mną, to tak, jakbym zaczynał uczyć się zupełnie nowego języka, i to z grupy tych trudnych. Ale akurat to mnie motywuje, chcę w to wchodzić głębiej, chcę – znowu będzie patetycznie – jakoś, na miarę swoich możliwości, im pomóc, dawać chwilową ulgę. Jak pierwszy raz udało mi się kogoś zza tego muru rozbawić, byłem naprawdę szczęśliwy.

Wiesz, ja pierwszy raz w życiu, właśnie teraz, poczułem się przydatny, tak naprawdę pożyteczny. Od pewnego czasu chodziły mi po głowie myśli, żeby zrobić coś sensownego, dobrego, ale zupełnie nie miałem pojęcia, co by to mogło być. Poza tym to były tylko myśli, a nie prawdziwa, głęboka potrzeba. Kiedy poznałem ludzi z zespołem Downa, to wszystko samo się ułożyło – wykiełkowała potrzeba i jednocześnie znalazł się na to sposób. Dwa w jednym. Tu, gdzie teraz jestem, czuję się pożyteczny i chcę zachęcić innych do wolontariatu. Proszę wierzyć, to nie jest coś, co zabiera życie, dramatycznie każe zmienić codzienność, to mogą być zaledwie trzy godziny w tygodniu. Tylko tyle i aż tyle. Chciałbym, żeby zachwyt widzów programu „Down the Road” nie był jedynie chwilą zabawy przed telewizorem, tylko żeby coś w ludziach rozpalił, przeniósł się na realne, nawet drobne działania. Narzucam się z opowieścią o moim wolontariacie nie dlatego, że chcę ci się pochwalić, ale dlatego, że to naprawdę jest dużo prostsze, niż sądzimy, a można w ten sposób coś realnie poprawić. Jestem samozwańczym ambasadorem wolontariatu! Dziś pole do działania jest gigantyczne. Marzy mi się, że wolontariat stanie się modny.

Motywacje i intencje cię nie interesują? Zupełnie nie, akurat tu naprawdę liczy się wyłącznie efekt. Wiem, że ludzie czasem by chcieli, ale się boją. Rozumiem, też się bałem przed pierwszym spotkaniem z moimi bohaterami „Down the Road”. Bałem się, że nie będę wiedział, jak się zachować. Bałem się, czy dam radę. I tu znowu miałem szczęście, bo oni doskonale wiedzieli, co zrobić z moim lękiem. Skracanie dystansu wzięli na siebie i zrobili to po mistrzowsku. Oswoili mnie bardzo fachowo. Ale myślę, że ja też się sprawdziłem i sprawdzam się nadal.

To jedna z najważniejszych „przygód” w twoim życiu? To moje opus magnum, zdecydowanie. I nie mówię o tym, że znalazłem się w telewizji… „Down the Road” i to, co wydarzyło się po tym programie, to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Mam też bardzo dobry czas w życiu prywatnym, więc zdecydowanie nie tylko nieszczęścia chodzą parami. Moje życie obfitowało w wiele, czasem dość dramatycznych zmian. Długo byłem zawieszony, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, nie miałem żadnej konkretnej wizji siebie. Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam.

Przemek Kossakowski, dziennikarz, dokumentalista i podróżnik. Ukończył studia na Wydziale Wychowania Artystycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie. Początkowo zajmował się malarstwem. Później pracował jako nauczyciel, drwal, mechanik samochodowy. W 2012 roku został zatrudniony jako dokumentalista w stacji TTV i zaczął pracować jako dziennikarz i prowadzący programy. W lutym na antenie TTV będzie można oglądać nowy sezon formatu „Down the Road”.

  1. Styl Życia

Z miłości do gór i schroniska Pięć Stawów

Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. (Fot. Jan Wierzejski/Fotonova)
Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. (Fot. Jan Wierzejski/Fotonova)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Choć Nowy Targ dzieli od Zakopanego zaledwie 25 kilometrów, to tak naprawdę wiele je różni. Może dlatego, że Gorce są bardziej łagodne, a Tatry bywają groźne i zmienne. Ich dzikość uczy pokory i determinuje życie mieszkańców. O narastającym zachwycie Zakopanem, w którym po przeprowadzce z Krakowa czuła się jak banitka – opowiada dziennikarka i autorka książek o tematyce górskiej Beata Sabała-Zielińska.

Beata Sabała-Zielińska, rodowita góralka, jest publicystką i dziennikarką radioąa, a także autorką i współautorką książek o Zakopanem i Tatrach. (Fot. materiały prasowe) Beata Sabała-Zielińska, rodowita góralka, jest publicystką i dziennikarką radioąa, a także autorką i współautorką książek o Zakopanem i Tatrach. (Fot. materiały prasowe)

Pamięta pani pierwsze doświadczenia związane z Tatrami? Urodziłam się w Nowym Targu, więc pozornie miałam Tatry na wyciągnięcie ręki, ale jednocześnie na tyle daleko, że patrzyłam na nie trochę jak niskopienna turystka. Postrzegałam je jako góry trudne i niebezpieczne, do których trzeba się przygotować. Dużo częściej chodziłam w łagodne Gorce, które miałam pod nosem. Dopiero jako licealistka zaczęłam chodzić po Tatrach razem z przyjaciółmi mojej siostry ciotecznej, studentami, którzy byli wędrowcami zapalonymi. Wtedy też po raz pierwszy zawędrowałam do schroniska Pięciu Stawów.

I jakie zrobiło to na pani wrażenie? Pamiętam, że ciągle było pod górę i czułam się bardzo zmęczona (śmiech). I chyba to zmęczenie przyćmiło urok miejsca. Świadomość gór przyszła dopiero, kiedy zamieszkałam w Zakopanem, gdy ich bliskość zaczęła ingerować w moje życie codzienne.

Co ma pani na myśli? Na przykład to, że przez osiem miesięcy mamy zimę z pełną gamą „atrakcji” typu śnieg, mróz, roztopy, ślizgawice, gołoledzie. Kidanie, czyli odśnieżanie – palenie w piecu, palenie w piecu – kidanie. I tak w kółko. I wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że 25 kilometrów różnicy między Nowym Targiem a Zakopanem to niemal Rów Mariański, bo pod Tatrami wszystko jest inne: bardziej intensywne, bardziej dzikie, bardziej wymagające... Na początku widziałam tylko tę jedną stronę medalu. To się zmieniło, gdy zostałam dziennikarką. Wtedy poznałam ludzi, który pokazali mi inne oblicze Tatr, bardziej fascynujące, związane z wieloma górskimi pasjami. Wtedy też sama zaczęłam chodzić po Tatrach, a raczej po nich dreptać. Nie jestem fanką sportów ekstremalnych, moje obcowanie z górami ma zdecydowanie łagodniejszą formę, która sprowadza się do zasady: nie bardzo wnikam w Tatry, dzięki temu one mnie nie zamęczają (śmiech). Mieszkam przy wejściu do Doliny Małej Łąki i bardzo często robię spacery właśnie po dolinkach. Pewnie nie poznam tych gór tak jak ludzie, którzy poświęcają im dużo czasu, ale to nie znaczy, że mniej je kocham albo mniej rozumiem.

Czy rozumienie gór przychodzi z czasem, kiedy ma się z nimi taki nieustający kontakt? A może wraz ze zrozumieniem ludzi, którzy w tych górach żyją? Jedno i drugie. Jeśli chcemy tu żyć, musimy się gór nauczyć, nie ma innego wyjścia. Poza tym wchodzimy z tymi górami w różne interakcje, także turystyczne. Pewnie dlatego dobrze rozumiemy tych, którzy chodzą po Tatrach, ale też – widząc je na co dzień – wiemy, jakie są groźne i zmienne.

Zakopane zimą. (Fot. Jan Wierzejski/Fotonova) Zakopane zimą. (Fot. Jan Wierzejski/Fotonova)

A jak to się stało, że zamieszkała pani jeszcze bliżej Tatr, a nie w innej części kraju? Przypadek. A może zrządzenie losu? Przez kilka lat mieszkałam w Krakowie. Tam poznałam mojego męża, warszawiaka, który po jakimś czasie dostał propozycję pracy w Zakopanem. I jak typowy ceper, natychmiast się tym zachwycił. Bo przecież w każdej wolnej chwili będzie chodził po górach i wiadomo, codziennie będzie jeździł na nartach. W Zakopanem mieszkamy już 30 lat i na nartach był co najwyżej kilkanaście razy (śmiech). Z tymi wycieczkami też nie jest najlepiej. Ale wtedy zachwytom nie było końca. Ja tymczasem nie skakałam z radości, perspektywa powrotu na Podhale była dla mnie równoznaczna ze zrobieniem kroku w tył. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Zakopane nie ma nic wspólnego z wiejskością. Dopiero kiedy zaczęłam poznawać miasto, ludzi i Tatry, zrozumiałam, że to – jak pisał Malczewski – pępek świata. Zachwyciłam się i w tym zachwycie trwam do dziś, dziękując losowi za taki obrót spraw.

Wyobraża sobie pani, że radykalnie zmienia pani otoczenie i wyprowadza się na przykład nad morze? (śmiech) Nie. Chociaż miewam takie myśli, że byłoby super wyjeżdżać na pół roku w czasie zimy w ciepłe kraje i wracać do Zakopanego wiosną. Z drugiej strony kiedy zima jest już tu ogarnięta, wszystko jest odśnieżone i jeszcze zaświeci słońce, to nie ma piękniejszego miejsca na ziemi.

Ja znam Zakopane tylko z perspektywy turystki, i to w takim najgorszym, letnim sezonie. Zawsze mnie ciekawiło, jak wygląda to miejsce poza sezonem. Rok temu powiedziałabym, że zachwycająco. Mniej oblegane miesiące pozwalały nam, tubylcom, złapać oddech, przejechać przez miasto w 15 minut i spotkać na ulicach nigdzie niespieszących się znajomych. Na początku pandemii rozkoszowałam się wszechobecną pustką. Miałam poczucie, jakbym pojawiła się tu dzień po stworzeniu świata, ale jeszcze przed jego zaludnieniem. Po tygodniu jednak zachwyt znikł. Obraz stał się apokaliptyczny, bo zrozumiałam, że Zakopane bez turystów traci urok, charakter, energię i poniekąd sens istnienia. Teraz więc wszyscy tęsknimy do czasów, gdy znów będą u nas tłumy, i marzymy o listopadach, marcach i kwietniach, w których będziemy mieli od czego i kogo odpoczywać.

(Fot. Jan Wierzejski/Fotonova) (Fot. Jan Wierzejski/Fotonova)

Jak bardzo ta nieustająca i widoczna obecność gór wpływa na mentalność, na myślenie o przyrodzie czy o innych ludziach, w ogóle o świecie? Bardzo, góry wręcz determinują nasze życie. Tu przyroda narzuca tempo i sposób życia. Myślę, że w związku z tym żyjemy tu trochę wolniej, ale za to zdecydowanie ciężej pracujemy, bo musimy się z tą naturą mocować. Bliskość gór uczy wytrwałości i pokory. Na pewno łatwo się nie poddajemy, ale też wiemy, kiedy odpuścić. Kiedy nie warto kopać się z koniem. Poza tym przyroda nas do siebie zbliża, uczy solidarności. Jeśli wpadnę samochodem w zaspę, „nasi” natychmiast się zatrzymają, żeby mnie z tej zaspy wyciągnąć. Jeden sąsiad przybiegnie ze żwirem, żeby podsypać pod koła, a drugi wyjdzie z kurtką zarzuconą na piżamę, żeby pomóc mnie wypchnąć. Bo tak się tu robi. Bez zbędnych słów, bez specjalnych próśb. Góry pokazują, że w jedności siła.

Właśnie ukazała się pani książka o schronisku Pięć Stawów w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Czytając ją, ma się wrażenie, jakby doświadczyła pani w tym domu wszystkich pór roku. Wszystkich nie doświadczyłam. Do samego schroniska wchodzę tak często, jak daję radę, czyli coraz rzadziej. Śmieję się, że chyba w ostatniej chwili zabrałam się do tego tematu, bo kondycja już nie ta. Ale pisząc książkę, miałam poczucie, jakbym była tam przez półtora roku. I byłam, myślami, nieustannie. Najpierw przez rok zbierałam materiał, a potem pisałam po 12–14 godzin dziennie. W pewnym momencie nawet śniłam o Stawach! I ani przez moment się nie nudziłam. Pisałam książkę podczas pierwszej fali pandemii, za oknem rozkwitała wiosna, ludzie chodzili na spacery, a ja nie żałowałam, że nie mogę wyjść, bo cały czas byłam w cudownym miejscu.

Opowieść o schronisku Pięć Stawów to poniekąd opowieść o nas samych, o naszych marzeniach, oczekiwaniach, troskach. To także opowieść o ludziach, którzy gdzieś na końcu świata zbudowali dla nas ten dom i robią wszystko, byśmy czuli się tam bezpieczni i zaopiekowani. Myślę, że fascynacja tym miejscem wynika z tego, że tam bardzo wyraźnie czuje się dzikość natury. To schronisko wciąż opiera się cywilizacji. Kiedy porządnie sypnie – nikt tam nie wejdzie i nikt stamtąd nie zejdzie. Kiedy wiatr powali drzewa albo wyleją potoki – to samo. Tam pierwsze skrzypce gra matka natura i nic nie wskazuje na to, że to się zmieni. Dlatego ciągnie tam tych, którzy chcą doświadczyć tej dzikości. I dobrze, tyle że do natury trzeba mieć respekt.

Teraz głównie kobiety prowadzą schronisko. Pani pokazuje, że góry to jest także kobiecy świat. Góry dają równouprawnienie? Oczywiście. Pani Maria Krzeptowska, która stworzyła schronisko w Dolinie Pięciu Stawów, była legendą za życia. Robiła niezwykłe wrażenie, także na mężczyznach, choć tym twardym, zahartowanym chłopom trudno było zaimponować. A jednak pani Maria imponowała, bo radziła sobie fenomenalnie. Równie dobrze radzą sobie jej wnuczki. To także bardzo mocne kobiety. Ale góralki takie są. Na żadnym polu nie ustępują facetom. Potrafią ciężko pracować, są charakterne, zdecydowane i bardzo silne, także fizycznie. A jeśli chodzi o góry, chodzą i wspinają się po nich nie gorzej od chłopów. I tak samo tracą w nich życie, więc owszem, w górach jest równouprawnienie, które sprowadza się do tego, że Tatry nie wybaczają błędów ani kobietom, ani mężczyznom.

Jakie doświadczenie albo wspomnienie związane z górami najmocniej na panią wpłynęło? Takim bardzo przykrym doświadczeniem była śmierć ratowników TOPR-u w 2001 roku. Znałam tych chłopaków, zwłaszcza Marka Łabunowicza „Maję”. W lawinie było też kilku innych kolegów, którzy cudem ocaleli. To był moment, w którym zrozumieliśmy, chyba my wszyscy, że nawet najlepsi z najlepszych nie są nieśmiertelni i że te nasze kochane Tatry są nieobliczalne i bezlitosne. Nikt nie ma w nich taryfy ulgowej.

Moim zdaniem jako ludzie mamy tendencję do zagłaskiwania przyrody. Robimy sobie ładne zdjęcia w lesie, na plaży, wydaje nam się, że to wszystko jest piękne, przyjemne i łagodne, stworzone do naszej przyjemności i do naszych usług. Myślę, że zatraciliśmy instynkt samozachowawczy, że rozwój cywilizacji zagłuszył w ludziach tę atawistyczną intuicję. Zamiast patrzeć w niebo i rozglądać się wokół, patrzymy w telefon. Bardziej wierzymy pseudonaukowcom i pseudospecjalistom niż temu, co widzimy. Być może dlatego, że nie umiemy tej przyrody interpretować. A nie umiemy, bo się od niej oddalamy. Wydaje nam się, że markowy sprzęt zastąpi umiejętności i wiedzę. Patrzymy na góry z pozycji zwycięzców, tymczasem są one żywiołem. Jest takie stare powiedzenie ratowników TOPR-u: „Szanuj góry, to i one cię będą”. Nic dodać, nic ująć.

Beata Sabała-Zielińska, rodowita góralka, publicystka i dziennikarka radiowa. Pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie prowadzi studencką rozgłośnię UJOT FM. Jest autorką i współautorką książek o Zakopanem i Tatrach.

Polecamy książkę: 'Pięć Stawów. Dom bez adresu', Beata Sabała-Zielińska, wyd. Pruszyński i S-ka Polecamy książkę: \"Pięć Stawów. Dom bez adresu\", Beata Sabała-Zielińska, wyd. Pruszyński i S-ka