1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Ten dzień to prezent

Ten dzień to prezent

Historie bohaterek są tak różne, że wiele kobiet się w nich odnajdzie. Ale jedno jest w nich wspólne – wszystkie są optymistkami. (Fot. Kamila Bannach)
Historie bohaterek są tak różne, że wiele kobiet się w nich odnajdzie. Ale jedno jest w nich wspólne – wszystkie są optymistkami. (Fot. Kamila Bannach)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Panien młodych jest 11. I ani jednego pana młodego. Bo tym dziewczynom do ślubu nie po drodze. Ale jednocześnie każda chciałaby założyć piękną suknię. Chciałaby, żeby ktoś ją pięknie uczesał, zrobił makijaż, żeby o nią zadbał. Każda chce poczuć się najpiękniejsza. Dziś tak właśnie będzie.

Ania Żukowska w swojej Stodole Czereśniowy Sad od lat organizuje przyjęcia weselne. Marta Trojanowska projektuje suknie ślubne. Siedziały przy ognisku, wieczorem, po zakończeniu poprzedniego szalonego projektu. Pandemia postawiła znak STOP, ale Ania nie jest osobą, która potrafi wrzucić na luz. Musi działać. Wymyśliły więc, że może by zrobić pokaz sukien ślubnych Marty. Okej, ale sam pokaz to za mało, powiedzmy przy okazji coś jeszcze kobietom. I tak narodziło się #doslubuminiepodrodze.

Fot. Agnieszka Sopel Fot. Agnieszka Sopel

„Marta ze swoim Kubą nie ma ślubu, ja z Grześkiem też długo nie miałam, a wesela nie zrobiliśmy do tej pory – mówi Ania. – Jest wiele kobiet, które ślubu nie biorą. Niektóre nie mogą, inne nie chcą. Są i takie, które z powodu choroby mogą ślubu nie doczekać… Bywają powody prawne, a bywają i emocjonalne. Wynikające z przekonań czy trudnych doświadczeń. Może znajdziemy dziewczyny, które zechcą się swoimi historiami podzielić? Kiedy wrzuciłyśmy temat na Instagrama, zostałyśmy zasypane zgłoszeniami. Historie naszych bohaterek są tak różne, że, mamy nadzieję, wiele kobiet się w nich odnajdzie. Ale jedno jest w nich wspólne – wszystkie są optymistkami. Dużo się mówi o sile kobiet, my chciałyśmy nie gadać, ale coś zrobić. Dać naszym bohaterkom ich czas, zadbać o nie, dać im miejsce, żeby powiedziały coś, co może pomóc innym. Bo to wszystko są silne dziewczyny. I chcą się tą swoją siłą dzielić, wzmacniać nawzajem. Nie mają na co dzień łatwo, więc postanowiłyśmy zrobić coś specjalnie dla nich. Dlatego zaprosiłyśmy je wcześniej, były masaże, makijaże, dobieranie sukienek, leżenie w hamaczkach, na leżaczkach, opowieści, dzielenie się, śmiech, wsparcie. Kobiece. Niech się odnajdą w takiej wspólnocie”.

Fot. Hania Komasińska Fot. Hania Komasińska

Robię to dla siebie!

Bogusia kiedyś myślała, że celem jej życia jest znaleźć chłopaka. Że musi mieć narzeczonego, wziąć ślub, bo tylko wtedy będzie szczęśliwa. Że w pełni można żyć jedynie w parze. „Teraz wiem, że nic podobnego. Jestem sama. I jestem szczęśliwa. Dbam o siebie. Zaczęłam się zmieniać. Od paru lat trenuję pole dance, nabrałam świadomości ciała, umiem się poruszać, jestem też bardziej pewna siebie”. A jeśli kiedyś weźmie ślub, będzie to tylko jej własna decyzja, na pewno nie ulegnie presji innych, że wszyscy tak robią, że ważne jest mieć tę obrączkę i być żoną. „Chcę żyć w zgodzie ze sobą, nie myśleć, że każdego dnia musisz zrealizować jakiś plan. Szczęśliwie”.

Fot. Hania Komasińska Fot. Hania Komasińska

Kasia już kiedyś miała ślub. „A po ślubie mój mąż zabrał nasze pieniądze i uciekł z dziewczyną mojego brata. Nic, zupełnie nic wcześniej nie zauważyłam. A trwało to rok. Tyle czasu byłam ślepa. Wiele lat byliśmy razem, prowadziliśmy wspólnie firmę. Oddałam temu całą siebie...”. Kasia miała poczucie, że jej życie się skończyło. „Czarna dziura. Nie umiałam się pozbierać”. Uciekła w stany depresyjne, potem w imprezowanie. „Pięć lat trwało, zanim z tego wyszłam. Podniosłam się w końcu, poznałam chłopaka, muzyka, jesteśmy razem. Myślałam, że już nikomu nie zaufam, a już na pewno nie artyście, nie człowiekowi, który całe weekendy spędza poza domem. Ale nagle się okazało, że ufam. On dał mi dużo siły. Wspierał mnie. Mamy córeczkę, zaraz będzie druga. Ślub? Nie pojawił się ten temat. Mnie to nie jest potrzebne. Uzyskałam co prawda kościelne stwierdzenie nieważności małżeństwa, ale nie dlatego, że planuję kolejny ślub. Zrobiłam to dla siebie”. Mówi jednak, że fajnie będzie założyć suknię ślubną, poczuć się piękną, choć jest w zaawansowanej ciąży. „Z reguły to ja wszystko organizuję, to ja się wszystkim zajmuję. A dziś jest inaczej. I jak fajnie!”.

Fot. Agnieszka Sopel Fot. Agnieszka Sopel

Kamilla ma 32 lata i od siedmiu jest wdową. Mąż zginął, kiedy starszy syn miał sześć lat, młodszy – pięć miesięcy. Mówi, że czas co prawda nie leczy ran, ale jednak koi ból. „Nie poddałam się. Postanowiłam zbudować dom. To był mój cel. Stworzyć swoje miejsce na Ziemi, nie pomnik czy wyraz hołdu dla zmarłego męża. Nie było łatwo, ale to zrobiłam. Skończyłam też studia, teraz wybieram się na pielęgniarstwo. Lubię pracę z ludźmi, chcę pomagać. Jeśli kogoś w życiu spotkam, będzie dobrze. Ale nie szukam. Mam siłę, żeby być sama. Szczęśliwa. A nawet jeśli kogoś spotkam, nie będę chciała ślubu. Miałam jeden, niezwykły, cudowny. To mi wystarczy”.

Fot. Charlottesse Lowres Fot. Charlottesse Lowres

Dzisiejszy dzień jest dla niej ważny. „Chciałabym powiedzieć innym dziewczynom, że mają siłę. Wszystkie mamy, czasem nawet nie wiemy, jak wielką. Zdarzają się tragedie, trudne doświadczenia, ale da się iść do przodu. Chcę się ubrać w piękną suknię, chcę się śmiać i cieszyć. Synkowie mi kibicują, starszy czeka na zdjęcia, obiecałam, że będę mu wysyłać. Fajnie mieć taki czas dla siebie. Kiedy można z innymi kobietami pobyć, wygadać się. I pośmiać”.

Fot. Charlottesse Lowres Fot. Charlottesse Lowres

Wykorzystać swój czas

Karolina ma 24 lata. Dwa lata temu dowiedziała się, że choruje. Neuroendokrynny nowotwór trzustki z przerzutami. Chemia nie działa, teraz Karolina bierze udział w badaniu klinicznym. „Nie wiem, kiedy umrę, ale w sumie tego nikt nie wie. Nie chcę mówić ani myśleć o śmierci, ale o życiu. O tym, że trzeba je cenić. Nowotwór nauczył mnie radości. Wcześniej były nerwy, stres, porównywanie się z innymi. Kiedy zachorowałam, studiowałam fizjoterapię, ale nie byłam przekonana, czy to jest to, co chcę robić. Teraz mam przerwę. I dowiedziałam się, czego chcę. Chcę pomagać chorym onkologicznie. Skoro mam mało czasu, to muszę go wykorzystać. I nauczyć się być szczęśliwą, także sama ze sobą. Powiedziałam sobie: słuchaj, Karolina, musisz żyć normalnie, nie będę tracić czasu na smutek, płacz, stres. Dużo czytam, odpoczywam. Zwolniłam. Ale walczę”.

Fot. Kamila Bannach Fot. Kamila Bannach

Przyjaciele namawiali ją od dawna, żeby opowiedziała swoją historię. Mówili jej: „Jesteś taką fighterką, musisz się tym podzielić”. Dlatego kiedy zobaczyła zapowiedź projektu „ślubnego”, pomyślała: „Może to coś dla mnie?”. Chce przekazać, że warto walczyć o siebie, doceniać to, co się ma, wykorzystać każdy dzień. Celebrować go. „Nie od nas zależy, czy dostaniemy od losu raka, ale od nas zależy, co zrobimy z tym czasem, który jest nam dany. Czy będzie to coś wspaniałego, magicznego, czy zużyjemy go na nerwy i smutek. Myślę, że w mojej chorobie dorosłam”.

Fot. Kamila Bannach Fot. Kamila Bannach

Był pokaz sukien ślubnych, było przyjęcie, była siła kobiecego wsparcia. Zostały zdjęcia i grupa na Instagramie, ciągle gadają ze sobą, piszą: „Jakie my jesteśmy piękne, wszystkie, po prostu wcześniej tego nie widziałyśmy”. Bogusia: „Jestem tak szczęśliwa, że was poznałam. Spotkanie z wami otworzyło mi oczy na wiele spraw. Nie sądziłam, że historie takie jak wasze mogą się komukolwiek przydarzyć. Myślałam, że to raczej inspiracje na scenariusz filmowy, które w prawdziwym życiu się po prostu nie zdarzają. Teraz już wiem, że się myliłam i życie potrafi pisać najlepsze, najbardziej nieprawdopodobne scenariusze. Dziękuję wam bardzo”. „Gdybym miała te dziewczyny narysować – mówi Ania Żukowska – to na rysunku one wszystkie trzymałyby się mocno za ręce”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mamy moc! Pewna siebie dziewczyna to pewna siebie kobieta

Ilustracja Ada Dziewulska
Ilustracja Ada Dziewulska
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Większość z nas biega, ćwiczy na siłowni. Mało kto myśli o ćwiczeniu „mięśni psychicznych”. Zwłaszcza nie myślimy o tym my, kobiety, uwikłane w stereotyp „słabej płci”. Na szczęście coraz więcej z nas wie, że siłę i odporność psychiczną trzeba kształtować już u dziewczynek.

Kamala Harris, przyszła wiceprezydentka Stanów Zjednoczonych i pierwsza w historii kobieta na tym stanowisku, zdaje się doskonale to rozumieć. W powyborczy dzień zwróciła się do dziewczynek: „Miejcie marzenia i uwierzcie, że można je spełniać”. Ona sama jako dziecko imigrantów, w dodatku ciemnoskóre, żeby wspiąć się na szczyt, musiała pokonać wiele zewnętrznych barier. Wykazała się przy tym niesamowitą siłą i odpornością psychiczną, cechami – jak się okazuje – niezbędnymi do realizowania marzeń, zwłaszcza tych burzących uprzedzenia i stereotypy.

Cóż to takiego owa siła i odporność psychiczna? Małgorzata Henke, trenerka biznesu, licencjonowana konsultantka mental toughness, wyjaśnia: – To coś, co określa, jak radzimy sobie ze stresem, z presją, z trudnymi sytuacjami, z kryzysem. I na ile potrafimy być efektywni pomimo różnych wyzwań. To zarówno umiejętność znoszenia trudnych warunków, czyli nasza twardość, jak i umiejętność szybkiego powrotu do równowagi, czyli elastyczność, prężność, zwana również rezyliencją. Można porównać tę siłę do mechanizmu wańki-wstańki, który sprawia, że przewrócona lalka natychmiast wraca do pionu.

Nie musimy się tłumaczyć

Nie oznacza to jednak, że ludzie silni psychicznie nigdy się nie przewrócą. Przewracają się, i to nieraz, ale potrafią skupić się na tym, co zrobić, żeby się podnieść i iść do przodu. Kobiety już wiedzą, jak ta siła jest ważna. Potwierdzają to amerykańskie badania przeprowadzone w 2016 roku, w których zapytano 6 tysięcy kobiet z całego świata o znaczenie siły psychicznej w pracy i życiu: 92 proc. z nich odpowiedziało, że ta cecha to warunek sukcesu, 71 proc. – że zaszłyby dalej, gdyby były silniejsze. I – co znamienne – 82 proc. chciałoby dysponować większymi zasobami siły i odporności psychicznej. Wniosek z tych badań płynie dość oczywisty – kobiety chcą być silniejsze, ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Amy Morin, psychoterapeutka, w książce „13 rzeczy, których nie robią silne psychicznie kobiety”(wydawnictwo Galaktyka) pisze, że absolutnie każda z nas dysponuje siłą psychiczną. Szkopuł w tym, że jej nie wzmacniamy. No a wtedy ta siła zaczyna zanikać. Podobnie dzieje się z tężyzną fizyczną – gdy nie ćwiczymy mięśni, wiotczeją. Według Morin na siłę psychiczną składają się trzy wzajemnie na siebie wpływające czynniki: nasze myśli, uczucia i zachowania. Jeśli na przykład pomyślimy: „Tak naprawdę to nie mam nic mądrego do powiedzenia”, poczujemy się niezręcznie, głupio, a to z kolei spowoduje, że będziemy siedzieć cicho. Wszystko zaczyna się więc w naszej głowie. Zatem zdaniem autorki pierwsza rzecz, jaką powinniśmy zrobić, to zmienić nasze myśli! I na przykład nie porównywać się z innymi. Nie wątpić w siebie. Nie powstrzymywać się od zabierania głosu. Nie obwiniać się, gdy coś się nie uda. Nie wałkować wszystkiego w nieskończoność. Nie bać się łamania niepisanych zasad. Ten ostatni postulat jest szczególnie trudny. Od dziecka jesteśmy bowiem trenowane w byciu grzecznymi. Morin zauważa, że podporządkowywanie się oczekiwaniom innych bierze się z lęku przed złą opinią, utratą pracy, pozycji; z przekonania, że w ten sposób zasłużymy na szacunek, uznanie. Ważne, żebyśmy sobie to uświadomiły i nie ulegały niepisanym i destrukcyjnym zasadom. Zdaniem Morin świetnym na to sposobem jest… posiadanie własnego zdania. Zanim więc podejmiemy jakąś decyzję, powinnyśmy zastanowić się, dlaczego to robimy. Wystarczy krótki namysł, dwie, trzy minuty. Żeby było jasne – nikomu nie musimy nic tłumaczyć. Powinnyśmy jednak same zrozumieć, dlaczego to robimy. „Proszenie o zgodę i czekanie na zielone światło wcale nie musi być dobrym rozwiązaniem. Czasami lepiej rzucić się w coś z pełną świadomością, że za takie działanie trzeba będzie ponieść konsekwencje” – pisze Amy Morin.

Pewna siebie dziewczyna to pewna siebie kobieta. (Ilustracja Ada Dziewulska) Pewna siebie dziewczyna to pewna siebie kobieta. (Ilustracja Ada Dziewulska)

Same decydujemy o sobie

Dzisiaj w Polsce młode kobiety właśnie to robią – nie boją się łamać niepisanych zasad, między innymi takich: siedź cicho, bądź grzeczna, nie przeklinaj. To ogromny krok naprzód w nabywaniu siły. Małgorzata Henke przypomina jednak, że budowanie siły i odporności psychicznej nie jest jednorazowym aktem, ale procesem. I że wymaga pewnego programu i systematyczności. Chodzi o to, żeby wyrobić sobie nawyki działania w obszarach, które tę siłę budują. Jakie to obszary?
  •  Po pierwsze, pozytywne myślenie oparte nie na hurraoptymizmie, ale na faktach.
  •  Po drugie, umiejętność postawienia sobie pytania: czego ja właściwie chcę? I dążenie do tego celu.
  • Trzeci to kontrola uwagi, czyli skupianie się na tym, co istotne.
– Jednym ze sposobów kontrolowania uwagi, a zarazem jedną z najsilniejszych interwencji psychologicznych, która pomaga budować naszą siłę, jest trening wdzięczności. Także samym sobie. Ta technika może się wydawać śmieszna czy banalna, ale w istocie jest bardzo pomocna. Polega na tym, żeby każdego dnia zapisywać co najmniej trzy rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni. Na przykład to, że nie spanikowałam, że zachowałam się racjonalnie, że potrafiłam powiedzieć „nie”.
  • Czwarty obszar budujący siłę i odporność psychiczną według Małgorzaty Henke to wizualizacja, czyli wyobrażanie sobie tego, co chcemy osiągnąć, bo dla neuroplastycznego mózgu wyobrażanie sobie czegoś jest tak samo ważne jak sama czynność.
  • Piąty obszar to kontrola lęku, czyli zadbanie o siebie poprzez relaksację, medytację, odpoczynek. I kolejny obszar – samoświadomość, czyli kierowanie uwagi na swoje myśli, emocje, zasoby, po prostu na siebie.
Po czym można poznać silne kobiety? Według Amy Morin po tym, że nie pozwalają innym decydować o sobie. Że nie starają się zadowolić wszystkich. Że mają odwagę mówić, co czują, myślą i czego chcą. Że nie użalają się nad sobą, nie traktują siebie jako ofiary, tylko biorą sprawy w swoje ręce. – Jako terapeutka zawsze interesowałam się tym, co sprawia, że niektórzy ludzie potrafią adaptować się do sytuacji, są odporni na stres i zdolni do odbudowania sił – mówi Amy w jednym z wywiadów. – Ale kiedy przeszłam przez doświadczenia kilku strat we własnym życiu – w dość krótkim czasie zmarli mój mąż, moja matka, teść – rozwinęłam także osobiste zainteresowanie siłą psychiczną. Chciałam się dowiedzieć, jak mogę uleczyć moje złamane serce, skąd wziąć siłę do życia. Teraz wiem, że najważniejsze to zarządzać tym, jak myślimy, odczuwamy emocje, jak się zachowujemy. Gdy będziemy zdolni do realistycznego myślenia, radzenia sobie z emocjami w zdrowy sposób i jeśli podejmiemy konstruktywne działania – wtedy nasza siła psychiczna będzie rosła.

Badania dowodzą, że kobiety i dziewczyny są bardziej skłonne działać, na wielką skalę, czasem ryzykownie, jeśli zachęci je choć jedna przyjaciółka albo szanowana przez nie osoba. (Ilustracja Ada Dziewulska) Badania dowodzą, że kobiety i dziewczyny są bardziej skłonne działać, na wielką skalę, czasem ryzykownie, jeśli zachęci je choć jedna przyjaciółka albo szanowana przez nie osoba. (Ilustracja Ada Dziewulska)

Pewna siebie dziewczyna…

…to pewna siebie kobieta. Ta pierwsza buduje tę drugą i odwrotnie. To zarazem tytuły dwóch książek Katty Kay, dziennikarki BBC, oraz Claire Shipman, dziennikarki ABC News i CNN, pisarki. „Pewna siebie kobieta” w Polsce ukaże się wiosną nakładem Wydawnictwa Literackiego. „Pewna siebie dziewczyna” już zdobyła uznanie polskich psychologów i czytelniczek. Obydwie powinny być lekturami obowiązkowymi dla wszystkich kobiet. W książce dla nastolatek autorki dają dziewczynom gotowe klucze potrzebne do otwierania pewności siebie. Jest tych kluczy cały pęk, a na pierwszym miejscu – wiara w siebie (czyli „to, co zmienia nasze myśli w działania”). Autorki poprosiły dziewczyny o pomoc w odpowiedzi na pytanie, do czego ich zdaniem służy wiara w siebie. I co usłyszały? „Żeby zapytać koleżankę, dlaczego usunęła mnie ze zdjęcia na Instagramie”. „Żeby powiedzieć innym, że jestem lesbijką, i nie ukrywać żadnej strony swojej osobowości”. „Mówić otwarcie o dręczeniu przez kolegów, chociaż się na mnie wkurzają”.

Tak rodzi się dziewczyńska siła, która potem, jak piszą autorki, „rozlewa się niczym masło na grzance”. Autorki tłumaczą to tak: Jeśli masz w swoim otoczeniu osoby pewne siebie i pozytywnie nastawione, uaktywnia się twoja kora przedczołowa, główny ośrodek racjonalnego myślenia. Przez co również twoja wiara w siebie wzrasta. Badania dowodzą, że kobiety i dziewczyny są bardziej skłonne działać, na wielką skalę, czasem ryzykownie, jeśli zachęci je choć jedna przyjaciółka albo szanowana przez nie osoba. Te badania znajdują potwierdzenie w tłumach kobiet na ulicach polskich miast. Oto rośnie świadome siebie pokolenie dziewczyn. Część z nich to wychowanki Fundacji „Kosmos dla Dziewczynek”, która prowadzi liczne warsztaty wzmacniające dziewczyńską siłę, uczy usuwania barier w głowach, które przeszkadzają rozwijać skrzydła. Fundacja wydaje świetne czasopismo „Kosmos dla Dziewczynek”, w którym przedstawia wspaniałe kobiety liderki. I promuje feminatywy w języku polskim, w myśl zasady, że język kształtuje percepcję świata. Największe zadania w budowaniu siły dziewczynek stoją jednak przed nami, rodzicami. Co możemy zrobić dla swoich córek? – Na pierwszym miejscu wymieniłabym to, żeby nie chronić dziewczynek, i w ogóle dzieci, przed porażkami – odpowiada psycholożka Aleksandra Piotrowska. – Dzisiejsi rodzice popełniają ten błąd nagminnie. Tymczasem bez porażki nie ma rozwoju. Dobrze jest więc powiedzieć: „Tak to już jest, córeczko, że człowiek ma porażki zagwarantowane”. W ten sposób pomagamy córce popatrzeć na nie z dystansem. Ale z drugiej strony trzeba też przeanalizować z nią to, co ewentualnie można zrobić, żeby zminimalizować ich ryzyko. Przy czym nie wolno przekazać młodej osobie, dojrzałemu człowiekowi zresztą też, że na wszytko mamy wpływ, bo to nieprawda. Aleksandra Piotrowska podkreśla, że w rozmowach z córkami trzeba akcentować brak biologicznych ograniczeń związanych z płcią. Dobrze jest pięć razy się zastanowić, zanim powiemy: „To nie dla ciebie, to dla chłopców”. Psycholożka szukała ostatnio prezentu dla wnuczki, która kończy sześć lat. I w każdym sklepie słyszała od ekspedientki pytanie: „Ten prezent to dla dziewczynki czy dla chłopca?”. Na hasło „kreatywna zabawka dla dziewczynki” wyszukiwarki pokazują przede wszystkim zestawy do makijażu. Zabawki dla chłopców wielokrotnie przewyższają różnorodnością i wartością edukacyjną te dla dziewczynek. – W najczarniejszych myślach nie sądziłam, że u schyłku mojej aktywności zawodowej będę mierzyła się z taką rzeczywistością, w której są w sklepach oddzielne półki dla dziewczynek i oddzielne dla chłopców. Tak nie było, kiedy wychowywałam moje dzieci. Nastąpiło tu niebywałe uwstecznienie. Unikajmy chociaż jako rodzice powielania stereotypów płciowych, bo uczą dziewczynki rezygnacji ze stawiania sobie wartościowych celów. Zamiast tego wspierajmy je w zyskiwaniu poczucia sprawczości, czyli w nabywaniu przekonania, że mogą mieć wystarczające kompetencje i zasoby, żeby sobie poradzić w życiu, że nie muszą uwieszać się na ramieniu mężczyzny. Traktujmy jako oczywistość to, że dziewczynka sama podejmuje decyzje w sprawach jej dotyczących i nikomu nic do tego, co wybierze. Jeśli zamarzy sobie jako prezent album z piłkarzami, a nie z królewnami, to bez mrugnięcia okiem spełnijmy to marzenie. I nie podkreślajmy na każdym kroku, że największą zaletą dziewczynek są niebieskie oczka i blond loki. Jeśli już chwalimy, to wtedy, gdy jest ku temu powód, a najlepiej za wysiłek, konsekwentne działanie. Bo właśnie tak buduje się siłę ich jako dziewczynek, a potem kobiet – radzi Piotrowska.

  1. Psychologia

Odzyskana solidarność - prawa kobiet to prawa człowieka

Wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. (Fot. iStock)
Wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. (Fot. iStock)
Kobiety się policzyły. Zobaczyły, jak wiele z nich jest gotowych iść na demonstrację, pomimo pandemii, pomimo tego, że w domu dzieci i praca. To ważne, że wyszły razem, ale też wielopokoleniowo, i że się podczas tych protestów wspierały – mówi psycholog Zofia Milska-Wrzosińska.

Jest pani jedną z sygnatariuszek petycji polskich psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów w sprawie niedawnego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Przestrzegają państwo przed konsekwencjami, jakie może ono mieć dla życia „indywidualnego, rodzinnego i społecznego”. Porozmawiajmy zatem o tych konsekwencjach i o tym, co wydarzyło się pod koniec października.
Oczywiście, konsekwencje będą się różnić w zależności od tego, o jakiej grupie mówimy, a mam tu na myśli różnice pod względem wieku, płci, miejsca zamieszkania czy życiowego doświadczenia. Ale jeśli miałabym uogólniać, powiedziałabym, że to orzeczenie było dla wielu bardzo głęboką, wręcz wstrząsającą ingerencją w prywatność. Okazało się, że tu właśnie przebiega granica, której przekroczenie wywołuje u nich natychmiastowy i silny sprzeciw. Przecież w ciągu ostatnich kilku lat demonstracje w Polsce były na porządku dziennym – w obronie wolnych sądów, gimnazjów czy instytucji kulturalnych – a jednak nie było widać, żeby tak wielu ludzi, zwłaszcza młodych, gromadnie uznało to za swoją sprawę. A tę uznali. Nie sądzę, by ktokolwiek wcześniej to przewidział, również rządzący.

W powszechnym przekonaniu, zwłaszcza wśród starszych pokoleń, młodych przecież niewiele obchodzi.
Złośliwie mówiono, że oni wyszliby na ulice tylko wtedy, gdyby im zabrano dostęp do Internetu. Tymczasem wyszli w obronie swojej prywatności. Okazało się, że mamy aktywną, twórczą młodzież, która jak już się zaangażuje, gdy uzna jakąś sprawę za swoją – jest gotowa mocno i wyraźnie wyrażać swoje stanowisko. A przy okazji oni są inteligentni, dowcipni, odważni, z dystansem do siebie i świata.

Zgadzam się, październikowe protesty po raz pierwszy to, co prywatne, uczyniły publicznym. Widać to było w treści transparentów, ale też w internetowych postach znanych kobiet. Wiele z nich właśnie teraz publicznie opowiedziało o historii swoich poronień czy traumatycznych porodów.
Skoro strefa publiczna wkroczyła tak bezceremonialnie w najintymniejsze sprawy obywateli, to prywatność przestała być prywatnością. Gdy ktoś mówi kobiecie, że na przykład nie powinna stosować antykoncepcji, która na razie nie jest zakazana, albo że jak jest w ciąży, to musi urodzić, z wyjątkiem dwóch przypadków, które realnie rzadko kiedy były przesłankami do terminacji ciąży, czyli gwałtu i bezpośredniego zagrożenia życia matki – to w jakimś sensie ją obnaża, wdziera się w istotę jej kobiecości. I niektóre kobiety odpowiedziały: „Skoro chcecie zaglądać nam do brzuchów, to dobrze, my wam opowiemy, co tam jeszcze może się zdarzać”. Nie jestem szczególną zwolenniczką odsłaniania prywatności, przeciwnie, uważam, że warunkiem równowagi psychicznej jest zachowanie dla siebie i najbliższych strefy intymności. Ale kiedy ta intymność jest atakowana, to nasza prywatność staje się publiczna. Można mieć tylko nadzieję, że w pewnym momencie nastąpi proces korekcji, czyli życie seksualne i kwestie prokreacyjne przestaną być argumentem politycznym, będą prywatnym doświadczeniem pary.

No właśnie, mówi pani „pary”. Czy to był tylko bunt kobiet? Na początku jak najbardziej tak, ale potem?
Oczywiście na początku dotyczyło to kobiet, które uznały, że władza im chce odebrać coś podstawowego. One mocniej zareagowały, bo poczuły obmierzłe totalitarne łapy w swoim wnętrzu. Ale trzeba pamiętać, że prokreacja, rodzicielstwo to obszar, w którym role genderowe bardzo się w ciągu ostatnich 50 lat zmieniły. Kiedyś, jak to bardzo ciekawie opisuje profesor Bogusław Pawłowski, mężczyzna był zaprogramowany psycho­biologicznie, żeby spłodzić jak najwięcej dzieci – bo wtedy są większe szanse, że któreś przeżyje, a on przekaże dalej swój materiał genetyczny. Z punktu widzenia kobiety było na odwrót, bo koszt biologiczny ciąży i urodzenia dziecka, a potem zajmowania się nim jest wysoki, więc biologicznie korzystniej było rodzić tych dzieci mniej, móc się nimi jak najlepiej i najdłużej opiekować w bezpiecznym gnieździe. Wtedy matka mogła dbać o potomstwo tak, by jej materiał genetyczny przetrwał. Historia zna wiele przykładów wybitnych mężczyzn, którzy nie byli zainteresowani swoimi legalnymi dziećmi, o nieślubnych już nie mówiąc. Z emocjonalnym przywiązaniem mężczyzny do potomstwa bywało różnie, niektóre przypadki z dzisiejszej perspektywy mogą szokować.

W ciągu ostatnich 50 lat dziecko również dla mężczyzny stało się czymś cennym. Ta rewolucja wydarzała się stopniowo, i to w dużej mierze dzięki kobietom, które dokonały procesu reedukacji mężczyzn. Kluczowe znaczenie miała antykoncepcja. Przestało być tak, że mężczyzna zapładnia, a kobieta, chcąc nie chcąc, zachodzi w ciążę. Od czasu kiedy kobiety zyskały kontrolę nad swoją płodnością, to również one decydują, z kim i kiedy mają dzieci. A decydują wtedy, kiedy uznają, że ich inwestycja w ten związek i tego mężczyznę jest sensowna. Dlatego też partner, który chce przekazywać swoje geny dalej, musi brać w tej kwestii pod uwagę także wolę i decyzję partnerki. Jest duże prawdopodobieństwo, że nie będzie chciała mieć tych dzieci piętnaścioro i wybierze kogoś, kto wesprze ją w urodzeniu i bezpiecznym wychowaniu dwójki lub trójki potomstwa. Wracając do strajków, kiedy mężczyźni dowiedzieli się, że ich kobieta, z którą są teraz lub będą w przyszłości, może być zmuszona do donoszenia ciąży z bardzo uszkodzonym płodem, kalekim czy niemającym szansy na godne życie, od razu zrozumieli, że ich to też dotyczy – nie tylko w akcie współczucia, ale że to jest też w ich interesie, by kobiety chciały uprawiać z nimi seks, zachodzić w ciążę i mieć kolejne dzieci. Dostrzegli, że ta zmiana ustawowa jest też przeciwko nim, nie tylko przeciwko kobietom. Dlatego tak dużo młodych chłopaków pojawiło się na demonstracjach w całej Polsce.

Ilustracja Patrycja Lewandowska/ Intocollage.pl Ilustracja Patrycja Lewandowska/ Intocollage.pl

Na ulice wyszła nowa kobieta, ucieleśniona – z macicą, biodrami i waginą. Ale też kobieta wkurzona, niemówiąca językiem salonów. Zastanowiło mnie, jak wielkie oburzenie wzbudziła zwłaszcza kobieca agresja i wulgaryzmy. Czy można powiedzieć, że obudziła się dzika kobieta?
Nie wiem, czy się obudziła, czy tylko się ukazała. I nie sądzę, by tu chodziło o dzikość, bardziej pewnie o siłę. Oczywiście dzikość może być czasem wprzęgnięta w siłę – wtedy kiedy chce się coś pokazać w sposób ostry, bezkompromisowy. Na pewno okazało się jedno – że wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. A co do wulgarności, to aby ją lepiej zrozumieć, trzeba przywołać drugi aspekt orzeczenia Przyłębskiej. Pierwszy dotyczył głębokiego naruszenia prywatności, bo jednak życie intymne to jest sprawa najbardziej osobista, jaka może być. Drugi można opisać w kategoriach przemocy. Bo sam sposób wprowadzenia zmiany w system legislacyjny był zrobiony w sposób przemocowy, zresztą nie pierwszy raz. Od kilku lat władza wręcz demonstracyjnie nie liczy się z wolą sporej części społeczeństwa. A jeżeli lekceważy się ludzi w taki sposób, i to jeszcze z intencją upokorzenia i pokazania, kto może więcej – jest to przemocowe. Nie było debaty społecznej ani dyskusji parlamentarnej, tylko po prostu w jakimś momencie odmrożono zapytanie do Trybunału Konstytucyjnego, które tam leżało i pewnie mogło sobie jeszcze leżeć, jak wiele innych wniosków.

W moim odczuciu wulgarność i to, co się działo w trakcie demonstracji, to była reakcja na przemoc. Schowaną pod płaszczykiem hipokryzji i podawaną jako coś, co się robi, bo ma się do tego prawo, albo rzekomo dla czyjegoś dobra.
Reakcją na przemoc były furia, złość i bunt. Bo jeśli jedna strona odmawia rozmowy, to drugiej pozostaje jedynie krzyknąć: „wypierdalać” – bo na to ludzie reagują, słyszą to i się temu dziwują. Przecież były tysiące grzecznych, racjonalnych petycji przeciwko rozmaitym zmianom, jakie wprowadzał rząd, i co? One były pomijane, nawet niebrane pod uwagę. Nie było żadnej rozmowy z protestującymi.

Stąd pojawiające się hasła: „Grzeczne już byłyśmy”.
Połowa społeczeństwa mogłaby powiedzieć: „Grzeczni już byliśmy – robiliśmy demostracje, żeby wspomnieć protest czarnych parasolek, pisaliśmy petycje, próbowaliśmy, pokazywaliśmy”. Ile było opracowań na temat tego, jak złe jest to, co dzieje się w Polsce z sądami! I nic. Przeciwnie, parę skompromitowanych posłów wpakowano do trybunału. U kobiet doszedł jeszcze czynnik sprawstwa: „Zaskoczę was. Pokażę wam, że nie da się mną rządzić tak, jak wam się podoba”. A skoro nas nie szanujecie, to jesteśmy gotowe do wojny. Stąd mocno rezonujące hasło z demonstracji: „To jest wojna”. Czyli: „Wy wypowiedzieliście nam wojnę, a my przyjmujemy wyzwanie”.

„Bo my też mamy siłę”.
Oczywiście! Bardzo dużo mówiło się niedawno, i to z niepokojem, o tym, że dziewczynki z gimnazjów czy liceów są coraz bardziej agresywne i „używają słów”. Sama czasem podsłuchiwałam na ulicy dyskusje między dziewczynkami w wieku 12–13 lat wracającymi ze szkoły: „I, kurwa, ten chuj mi powiedział, żebym wypierdalała”. Mowa była skądinąd o nauczycielu, który wyprosił dziewczynkę z lekcji. One się nie obrażały, nie kłóciły, one miały po prostu taki styl narracyjny. Już wtedy myślałam, że coś się zmienia, że to naprawdę jest inne pokolenie. Bo tak, jak prawie zawsze przy zmianie, wahadło odchyla się daleko, a potem stopniowo wraca bliżej środka. Młode dziewczyny patrzą na to, co się dzieje, i myślą: „Jak to jest, że im wolno, a nam nie? Jak to jest, że pijany ojciec może wyzywać matkę od kurew, a ona ani ja nie możemy odpowiedzieć, nazwać go chujem złamanym?”. Mam wrażenie, jakby to nowe pokolenie dziewczyn ćwiczyło, jak to się robi.

Czyli w tym buncie chodziło o pewne wyrównanie w prawach?
Proszę zauważyć, że przekaz rządzących był zbudowany w klimacie napominania małych dzieci przez mądrych rodziców: „To jest dla waszego dobra, tylko wy tego na razie nie rozumiecie”. I na przykład wykorzystywał do tego powstałą w kręgach kościelnych ideę „syndromu poaborcyjnego”, czyli arbitralne twierdzenie, że każda kobieta po dokonaniu aborcji przeżywa zespół chorobowy. Nie, że jest smutna czy żałuje, ale że ma zaburzenie psychiczne i trzeba ją z tego wyleczyć. To tak, jakby powiedzieć kobiecie: „Dziecko drogie, ty nie widzisz tej boskiej woli w swojej macicy, bo niewiele ogarniasz swoim malutkim rozumkiem, ale zapewniam cię, że to, o czym myślisz, to morderstwo, potem bardzo byś cierpiała, dlatego dla twojego dobra zakazuję ci tego robić, jeżeli nie chcesz być ukarana”. Poza tym stanowisko władz zakłada, że kobieta podejmuje decyzję o aborcji w emocjach, w panice, bo zobaczyła na USG uszkodzony płód, a dorosły mężczyzna o mentalności, powiedzmy sobie otwarcie, dziadersa, ma wiedzę, zrozumienie i mądrość, dlatego on będzie decydował. Jak ten dobry ojciec podejmie za nią decyzję. I to właśnie doprowadziło kobiety do furii.

Może dlatego, że od wieków mężczyźni za nas podejmują decyzje. Ojcowie, bracia, mężowie...
No więc teraz jest nad nami taki ojciec zbiorowy, który mówi, że to nie jest przeciwko nam, tylko dla nas, z troską o naszą psychikę i ciało. Myślę, że ten wyższościowy paternalistyczny ton, nieznośnie rodzicielski, to jest coś, czego kobiety biorące udział w protestach najbardziej nie akceptują w tym wszystkim. Można czasem założyć, że rodzic wie lepiej, ale to musi być rodzic, który ma autorytet. A dzisiejsza władza w Polsce dla wielu osób nie spełnia kryteriów mądrego rodzica czy ojca – autorytetu.

W moim odczuciu to był też bunt przeciwko patriarchatowi.
Ja bym powiedziała, że to był bunt dorosłych dzieci przeciwko ojcom, którzy są niezbyt mądrzy, niezbyt dobrzy, których trudno uznać za autorytet, bo się wielokrotnie skompromitowali, i trudno kochać, bo są okropnie niesympatyczni. Przy tym trzeba pamiętać, że niektórzy z tych ojców to niestety matki. I tacy rodzice traktują swoje dorosłe dzieci jak głupie i nieumiejące podejmować własnych decyzji. Próbują im narzucić wizję świata, nie mając do tego podstaw, bo nie są z nimi w dobrej relacji i nie mogą się powołać na mądrość inną niż taka: bo ja tak chcę i uważam. Czyli nie sam patriarchat jako przewaga mężczyzn był tu wrogiem – od tego odchodzimy już coraz bardziej. Byli nim fałszywi ojcowie, dziadersi (i dziaderki), którzy nie widzą, że dzieci wiedzą więcej i myślą inaczej. Nie słuchają ich, a wtedy one zaczynają mówić tak, by je usłyszano.

Myślę, że te protesty pokazały też, że siła kobiet jest w grupie. Nawet jeśli w tej grupie nie do końca mamy to samo zdanie.
Zgadzam się i uważam, że to bardzo ważne, że kobiety nie tylko wyszły razem, ale też wyszły wielo­pokoleniowo i że się podczas tych protestów wspierały – było tam wiele podnoszących na duchu obrazków, ukazujących kobiecą solidarność. Kiedy zobaczyłam, jak ogromne liczebnie były te demonstracje, pomyślałam o czymś jeszcze. Przypomniały mi się zdjęcia z pierwszej pielgrzymki do Polski postaci przez lata bardzo idealizowanej, czyli papieża Jana Pawła II tuż po jego wyborze. Aby go powitać, na ulice wyszły tłumy Polaków, a władza komunistyczna patrzyła na to z pewnym wahaniem, wstrzymując się jednak od reakcji. Wtedy użyto określenia, że Polacy się policzyli. Czyli zobaczyli, ilu ich naprawdę jest, ilu z nich wyszło na ulice w tej samej sprawie. Teraz można powiedzieć, że protestujące kobiety się policzyły. Zobaczyły, jak wiele z nich jest gotowych iść na demonstrację, pomimo pandemii, pomimo tego, że w domu dzieci i praca. To było ważne zwłaszcza w małych miasteczkach, gdzie nie można być anonimowym w tłumie, bo wszyscy się znają. Obyśmy tej odnalezionej solidarności nie straciły. 

Zofia Milska-Wrzosińska, psycholog, psychoterapeutka, współzałożycielka Laboratorium Psychoedukacji, w którym pracuje od jego powstania. Prowadzi psychoterapię w nurcie psychodynamicznym.

 

 

  1. Psychologia

Matematyka miłości - czy można obliczyć szansę na udany związek?

To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wydaje się, że nie ma dwóch bardziej odmiennych dziedzin. Jedna jest królową nauk, druga – serc, a przecież każdy powie, że emocje nie mają nic wspólnego z logiką. Okazuje się jednak, że miłość może zadziwiająco wiele zawdzięczać matematyce.

Matematyka otacza nas niewidzialnym kokonem. Pewnie o tym nie wiesz, ale gdy patrzysz na Drogę Mleczną, liście paproci albo muszlę ślimaka czy własne odbicie w lustrze, widzisz proporcje liczbowe, wyrażone odkrytą już przez starożytnych Greków złotą liczbą – fi (1,618). A jeśli matematyczny porządek można odkryć zarówno w budowie płatków śniegu, jak i gigantycznych galaktyk, dlaczego nie miałby istnieć także w naszych uczuciach?

Ciekawość, pierwszy stopień do wiedzy

Matematyka to wspaniała dziedzina, ale nawet gdy ją kochasz, po sześciu godzinach wykładu możesz mieć serdecznie dosyć. Jak więc zainteresować studentów równaniami różniczkowymi? Kazać im policzyć, jakie szanse na przetrwanie miłosnych zmagań mieli Romeo i Julia! Na ten genialny pomysł wpadł w latach 80. XX wieku amerykański matematyk Steven Strogatz. Zachwyceni studenci zaprzęgli do opisu relacji między najsłynniejszymi kochankami świata układy dynamiczne (struktury matematyczne pozwalające przewidzieć stan układu w przyszłości, jeśli znamy jego stan w bieżącej chwili, oraz jego – chwilowe – tendencje zmian). Badali, jak na trwałość związku wpływają nastroje partnerów. – Romeo kocha Julię, ale Julia jest kapryśna. Im bardziej on okazuje miłość, tym bardziej ona usiłuje od niego uciec. Wtedy zniechęcony Romeo wycofuje się, a Julia zaczyna dostrzegać jego atrakcyjność. Romeo działa jak echo Julii: pozytywne emocje rosną, gdy Julia go kocha, a kiedy nienawidzi, narastają negatywne – wyjaśnia model tego układu dynamicznego dr Urszula Foryś z Instytutu Matematyki Stosowanej i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Miłosnomatematyczne zmagania tak spodobały się studentom, że zaczęli liczyć szanse przetrwania związków kolejnych ikonicznych par, od Pięknej i Bestii po Cyrana de Bergerac i jego umiłowaną kuzynkę. Do zabawy dołączyli wkrótce kolejni naukowcy (m.in. profesor teorii systemów Sergio Rinaldi, który pisał o równaniach miłosnej dynamiki u Petrarki, i fizyk Clint Sprott, zajmujący się matematycznymi modelami miłości i szczęścia). Bo choć nie da się wyczuć, kogo, gdzie i kiedy porazi strzałą ten mały drań Amor, skutki jego działań są już dużo łatwiejsze do przewidzenia. Zakochanie, miłość, ślub, rodzicielstwo – to jeden z kilku schematów, według których przebiega nasze miłosne życie. A matematycy kochają schematy. I potrafią zrobić z nimi prawdziwe cuda.

Mózg elektronowy

– Matematyka może zaproponować nowy sposób spojrzenia na niemal wszystko – przekonywała uczestników konferencji TED na Binghamton University w Nowym Jorku Hannah Fry. Płomiennie rudowłosa i uroczo zaróżowiona przypominała bardziej irlandzkiego elfa z ciętym poczuciem humoru niż poważną brytyjską matematyczkę: – Chyba wszyscy się zgodzimy, że matematycy są znani z trafnego doboru partnerów. Nie tylko dzięki naszym wspaniałym osobowościom, wyjątkowym umiejętnościom konwersacji oraz schludnym piórnikom. Zawdzięczamy to również ogromnej ilości obliczeń wykonanych w poszukiwaniu sposobu na znalezienie idealnego partnera. W brawurowym wykładzie (ponad 5 mln wyświetleń) Fry zaprezentowała matematyczne wskazówki mogące ułatwić XXI-wieczne poszukiwania drugiej połówki, statystycznie najczęściej odbywające się przez Internet. Bazowała m.in. na badaniach twórców kultowego portalu randkowego OkCupid (założonego przez… matematyków, którzy przez blisko dekadę szukali schematów, według jakich działali randkowicze w sieci). Fry przekonywała, że szansę na wymarzoną miłosną interakcję ma każdy, bo najbardziej popularni nie są wcale ci superatrakcyjni (co udowodniła stosownym działaniem). Wyjaśniła też, że z matematycznego punktu widzenia nie powinniśmy wiązać się z pierwszą osobą, która się nami zainteresuje, ale też lepiej nie zwlekać zbyt długo z wyborem partnera. Posługując się metodą optymalnego punktowania: jeśli zaczynamy randkować w wieku 15 lat i chcemy wziąć ślub około 35. roku życia, przez pierwszy okres (stanowiący 37 proc. czasu randkowania) powinniśmy odrzucić wszystkich kandydatów, a potem wybrać pierwszą osobę, która wydaje się lepsza od poprzedników. – Matematyka udowadnia, że takie postępowanie maksymalizuje szanse na znalezienie idealnego partnera – twierdzi Hannah Fry. I zaraz dodaje, że całe wyliczenie bierze w łeb, jeśli trafimy na Pana Idealnego podczas pierwszych 37 proc. czasu. Nie jest to więc stuprocentowo pewna, ale za to statystycznie dająca najlepsze rezultaty metoda. Najważniejsze jednak, że stosujemy się do niej nieświadomie, randkując ostro koło dwudziestki, a szukając życiowego partnera, gdy zbliżamy się do trzydziestki. To według Fry, która jest również autorką książki „Matematyka miłości”, potwierdza zasadność użycia równań i algorytmów w służbie uczuć. – To dowód, że nasze mózgi są zawczasu skonstruowane tak, by działać według matematycznych schematów.

https://www.ted.com/talks/hannah_fry_the_mathematics_of_love?utm_campaign=tedspread&utm_medium=referral&utm_source=tedcomshare

Komputerowy model miłości

Dr Urszula Foryś zajmuje się głównie zastosowaniami matematyki w biologii i medycynie. I podobnie jak Hannah Fry uważa, że matematyka to wszechstronne narzędzie, które może pomóc nam niemal w każdej dziedzinie życia. Od leczenia nowotworów po miłość. – Nauki przyrodnicze i społeczne są wciąż empiryczne. Jeśli czegoś nie zobaczymy w doświadczeniu, to nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy może się zdarzyć. Gdy pracujemy nad modelowaniem dynamiki terapii nowotworów, sprawdzamy m.in., jak łączyć terapie, kiedy i jak wprowadzać leczenie niestandardowe. Eksperymentalista nie jest w stanie sprawdzić wszystkich możliwych kombinacji, a co dopiero zbadać ich w praktyce, bo przecież musiałby eksperymentować na ludziach. My robimy to w komputerach – tłumaczy.  Kilka lat temu, zainspirowana m.in. pracami Stevena Strogatza, postanowiła również swoim studentom zadać miłosne równania. Wybór padł na stworzenie matematycznego modelu związku romantycznego, który pozwoli prognozować, czy dana relacja przetrwa, czy się rozpadnie – z uwzględnieniem tego, jak rzutują przeżycia jednego z partnerów na reakcje drugiego, czyli tzw. zjawisko opóźnienia. Okazało się, że może mieć ono spore znaczenie dla przyszłości kochanków. – Poprzez modelowanie matematyczne możemy opisać każdy proces, który nas interesuje. Na przykład relację między dwojgiem ludzi i jej możliwe wyniki – tłumaczy dr Foryś. – W modelu możemy jednemu partnerowi zmienić jakąś cechę – uznając, że popracuje z psychologiem nad jej zmianą – i zobaczyć, jaki będzie miało to wpływ na cały związek. Wyliczymy, czy warto pracować nad zmianą tej cechy, bo co, jeśli lepiej skupić się na innej? Możemy zbadać efekty wszystkich możliwych zmian i wybrać najlepszą strategię. Polskim matematykom przyszło do głowy stworzenie serwisu internetowego, w którym na podstawie badania zachowań partnerów można oszacować, jakie reakcje będą dla związku optymalne: – Moglibyśmy informować partnerów, które z nich powinno być bardziej refleksyjne, a które musi reagować szybciej. Serwis miałby służyć tym związkom, którym grozi rozpad. Niestety, pozostaje tylko bytem teoretycznym, bo nie udało się zdobyć grantu na dalsze prace. Na razie polscy zakochani nie będą więc mieli osobistego pożytku z prac matematyków. – Jeśli chcemy przekładać wyniki modelowania matematycznego na rzeczywistość konkretnej pary, zmienne używane w równaniach muszą być zmierzone. I tu matematyk potrzebuje psychologa, który pomoże mu zmierzyć i usystematyzować ludzkie reakcje – mówi dr Foryś.

Równania przeciw rozwodom

Jak dotąd jedynym psychologiem, który przeprowadził badania ilościowe i we współpracy z matematykiem przełożył równania na konkretne porady dla par, jest amerykański terapeuta John Gottman. Od ponad 30 lat prowadzi Instytut Badania Związków, instytucję, która zaprzęgła matematykę do walki z plagą rozwodów (w USA rozstaje się co drugie małżeństwo). Jak wspomina w książce „Principia Amoris. The New Science of Love”, opisującej matematyczne reguły życia uczuciowego, Gottman w młodości sam nie miał szczęścia w miłości. Zaczął więc badać małżeństwa w nadziei, że znajdzie w ich zachowaniach złoty wzór na to, jak żyć długo i szczęśliwie (chyba mu się udało, bo dr Julie Schwartz Gottman, którą poślubił ponad 30 lat temu, nazywa „swoim klejnotem, genialną i przepiękną żoną”. Trzecią, jeśli mamy być skrupulatni). Wraz z Robertem Levensonem, najlepszym przyjacielem i podobnym miłosnym nieudacznikiem, przebadał setki par, nie tylko przysłuchując się ich rozmowom, lecz także nagrywając je, monitorując badanym tętno, ciśnienie krwi, przewodnictwo skóry, mimikę. Odkryli, że najważniejszym wskaźnikiem rozwodu jest nastawienie partnerów w rozmowie: negatywne – zwiększało ryzyko rozstania aż o 90 proc. Ale w odkryciu, jak i dlaczego pary wpadają w spiralę negatywnej energii, pomógł im dopiero matematyk James Murray. Stworzył równania rozpisujące szanse na to, jakie nastawienie w następnej rozmowie będą mieli małżonkowie, biorąc pod uwagę takie zmienne, jak ich nastrój (gdy są sami i kiedy przebywają z partnerem) i to, jak wpływa na nich osoba współmałżonka.

Dziś pary stojące na krawędzi są w instytucie Gottmana badane jak kosmonauci przed startem. Ich emocje, kodowane za pomocą systemu liczb, są przepuszczane przez skomplikowany wzór matematyczny, w wyniku czego powstaje unikalny wzorzec interakcji pary, „DNA małżeństwa”. Wystawiana na jego podstawie prognoza trwałości związku sprawdza się z dokładnością do 94 procent! Gottman chwali się oszałamiającymi wynikami – aż 70 procent par, które wprowadziły w życie otrzymane w jego instytucie zalecenia, zawraca znad rozwodowej przepaści i żyje dalej długo i szczęśliwie. Okazuje się więc, że matematyka może naprawdę pomóc miłości. Jak mówiła Hannah Fry: – Równania i symbole mają głos, który wyraża ogromny urodzaj natury i oszałamiającą prostotę w schematach, które kręcą się, zaginają i ewoluują wokół nas. I opisują wszystko, od sposobu, w jaki działa świat, po nasze zachowanie. Już Galileusz uważał matematykę za alfabet, za pomocą którego Bóg opisał wszechświat. Być może, by miłość trwała, nie wystarczy kochać, ale trzeba też jasno i logicznie myśleć. I dostrzegać schematy i równania nie tylko w książkach, lecz także we wszystkim, co nas otacza. Zwłaszcza w naszych związkach.

  1. Styl Życia

Prawdziwe piękno tkwi w naszej kobiecości i różnorodności. Wyjątkowa kampania marki L'Oréal Paris

Grażyna Torbicka i Marieta Żukowska w kampanii
Grażyna Torbicka i Marieta Żukowska w kampanii "KobieTY w roli głównej". (Fot. materiały prasowe)
Coraz więcej mówi się o kobiecej sile, wyjątkowości i potencjale, który w nas drzemie. Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest, by każda z nas prawdziwie poczuła to głęboko wewnątrz siebie. Pomóc w tym ma najnowsza kampania marki L'Oréal Paris. 

"Dziś największą siłą jest siła kobiet" - mówi z przekonaniem Grażyna Torbicka w spocie promującym kampanię "KobieTY w roli głównej". I jakoś ciężko jest nie uwierzyć w te słowa. Tym bardziej, że wtóruje jej osiem wyjątkowych kobiet, znanych nam ze świata kultury, telewizji i Internetu.

https://youtu.be/nloEJUdaiqE

Kampania L'Oréal Paris "KobieTY w roli głównej" powstała, by docenić siłę kobiecości - dodawać kobietom pewności siebie i odwagi do odnajdowania własnej definicji kobiecości. Jej bohaterkami jest dziewięć wyjątkowych kobiet, które poprzez swoją różnorodność, pasje i historie, mają zaszczepić w nas siłę do inicjowania zmian. Marieta Żukowska, Ola Żebrowska, Magda Bereda, Karolina Gilon, Alicja Szemplińska, Anna Markowska, Olga Kleczkowska, Radzka oraz Grażyna Torbicka opowiadają nam swoje historie po to, byśmy w każdej z nich odnalazły cząstkę siebie i wyciągnęły z nich odpowiednie wnioski.

Z jednej strony Grażyna Torbicka – niezwykła osobowość, prawdziwa ikona kina, telewizji, dziennikarstwa - która niejednokrotnie musiała udowadniać swoją siłę. Z drugiej reprezentantki młodego pokolenia – piosenkarki, youtuberki, modelki, których głos trafia szczególnie do tak ważnej grupy dorastających dziewczyn. Alicja Szemplińska, Magda Bereda, Ania Markowska czy Olga Kleczkowska to kobiety, które pasją i aktywną postawą udowadniają, że wiara w swoją wartość jest prawdziwą potęgą. Z kolei Marieta Żukowska, aktorka znana z niesamowitej energii, uśmiechu i wyjątkowego uroku, przekonuje, że sekretem kobiecej siły jest miłość do samej siebie. Radzka, czyli Magdalena Kanoniak, dodaje, by pamiętać o samoakceptacji i pod żadnym pozorem nie ulegać presji otoczenia. Natomiast Karolina Gilon to symbol podążania własną drogą, którą sama sobie wyznaczyła: „To ja decyduję o tym, kim jestem”.

To, że nasza siła płynie ze wzajemnego wsparcia, potwierdza Ola Żebrowska, której nie zobaczymy w spocie marki, ale odnajdziemy w szeregach kobiet kampanii. Podczas, gdy pozostałe dziewczyny dzieliły się swoimi doświadczeniami na planie zdjęciowym, Ola pisała swój własny scenariusz historii KobieTy w roli głównej” – została po raz kolejny mamą. Ola kobiecą solidarność miała okazję odkrywać od najmłodszych lat – wychowała się w końcu wśród ośmiu sióstr!

Kampania "KobieTY w roli głównej" i manifesty jej głównych bohaterek mają przypominać o sile naszej kobiecości, którą możemy odnaleźć również w naszej różnorodności. Każda z nas ma za sobą inne doświadczenia, a mimo tego niektóre prawdy o nas i naszych potrzebach są niezwykle uniwersalne. Przez najbliższe miesiące bohaterki kampanii będą wspierać i promować kobiecą współpracę, a owoce tego będzie można odnaleźć na ich profilach instagramowych. Kampania L'Oréal Paris to wielowątkowy i wielowymiarowy kobiecy dialog, wzajemne dzielenie się własnymi historiami i doświadczeniami. My się do niego przyłączamy!

  1. Psychologia

Po co nam dziś małżeństwo?

Tendencja do niezawierania małżeństw może być w pewnym stopniu efektem tego, że ludzie za wszelką cenę dążą do osiągnięcia sukcesu. (Fot. iStock)
Tendencja do niezawierania małżeństw może być w pewnym stopniu efektem tego, że ludzie za wszelką cenę dążą do osiągnięcia sukcesu. (Fot. iStock)
Nie obawiałbym się tego, że ludzie nie formalizują związków, tylko tego, że w ogóle w nie nie wchodzą. To o wiele groźniejsze, nie tylko jeśli chodzi o demografię, ale przede wszystkim ze względu na to, że potrzebne są nam głębsze więzi międzyludzkie – mówi Konrad Maj, psycholog społeczny z SWPS w Warszawie.

Małżeństwa tradycyjne odchodzą do lamusa? Statystyki rzeczywiście pokazują, że liczba zawieranych małżeństw spada, choć trzeba wziąć pod uwagę czynnik demograficzny, czyli fakt, że ludzi młodych jest mniej niż kiedyś, że społeczeństwo się starzeje.

Ale liczba rozwodów rośnie. To prawda. I to jest też jedna z przyczyn, dlaczego ludzie nie zawierają małżeństw – jeżeli się rozwodzą, to później są mniej skłonni do formalizowania nowych związków. Stwierdzają, że to do niczego nie jest im potrzebne, bo pamiętają, jak musieli się szarpać przy rozwodzie, na przykład o wychowanie dzieci albo podział majątku. Nie chcą więc wchodzić do tej samej rzeki. I rozsiewają wokół negatywną opinię o małżeństwach: „Uważaj, przemyśl to, bądź ostrożny, czujny, nie rób tego w ogóle albo nie tak szybko”.

W dodatku rodzice nie dostarczają młodym budującego wzorca małżeństwa. To wszystko sprawia, że wokół tej instytucji robi się nieciekawie. No to młody człowiek myśli: „Po co mam się w to pakować?”.

A nie jest mu tak po prostu wygodniej? Bardzo często słyszę takie zarzuty pod adresem młodych, nie do końca prawdziwe. Istotnie, dzisiaj młodzi ludzie cenią niezależność, wolność, wygodę, chcą czerpać z życia radość. Mówią, że są sami, ale nie samotni, bo nie tworzą rodziny w tradycyjnym pojęciu, ich związki są nieco luźniejsze. Nie znaczy to jednak, że nie zależy im na bliskich relacjach, tylko są one zupełnie inne niż kiedyś.

Dzisiaj nie ma takiej presji społecznej, żeby zawierać małżeństwa jak dawniej, zwłaszcza w dużych miastach. Dane statystyczne rzeczywiście potwierdzają, że w większych miastach jest mniejsza tendencja do zawierania małżeństw niż na wsiach. Moim zdaniem wynika to z tego, że w większych miastach więzi rodzinne są nieco słabsze, co z kolei bierze się stąd, że właściwie nie ma tu rodzin wielopokoleniowych. A po drugie – mniejsza jest tu presja społeczna na formalizowanie związków, inaczej niż na wsiach, gdzie nadal silne są naciski: „Znajdź sobie kogoś, bo zostaniesz starym kawalerem albo starą panną. Kiedyś ludzie myśleli w kategoriach porządku społecznego: że najpierw trzeba skończyć szkołę, znaleźć sobie partnera lub partnerkę, potem cała rodzina kibicowała, żeby z tego związku były dzieci, a po drodze jeszcze zdobywało się mieszkanie, samochód. I taki model życia podzielonego na etapy był powszechny. Teraz świat się zmienił, pojawiła się wielość sposobów życia i cała gama możliwości. Niekoniecznie trzeba mieć własne mieszkanie, można je zmieniać poprzez wynajem. Niekoniecznie trzeba mieć samochód, można jeździć na rowerze. I tak samo niekonieczne jest zawieranie małżeństw, zwłaszcza że trzeba by wtedy bardziej uwzględniać perspektywę drugiego człowieka.

A ludzie chcą myśleć tylko o sobie, być wolni. Ludzie przecież zawsze głównie myśleli o sobie i tu się wiele nie zmieniło, tyle że kiedyś mieliśmy dosyć zawężone możliwości działania i decydowania. Za komuny było z jednej strony trudniej, bo mieliśmy ograniczenia, ale z drugiej – łatwiej, bo był mniejszy wybór. Paradoks polega na tym, że kiedy mamy dużo możliwości, czujemy się niekomfortowo, bo nie wiemy, na co się zdecydować, gubimy się, popadamy nawet w paraliż decyzyjny, zwłaszcza jeśli chodzi o tak ważną sprawę jak wybór partnera życiowego. Dzisiaj młody człowiek może wyjechać za granicę albo się wyprowadzić do innego miasta, pracować albo zostać wolontariuszem, związać się z kimś albo być singlem, mieć dzieci albo nie. Nie ma gotowego powszechnego szablonu, z którego można by skorzystać. Sto lat temu młody człowiek na ogół szedł w ślady swoich rodziców – zostawał aptekarzem albo kowalem, uprzednio kształcąc się w tym kierunku. Dzisiaj mamy zupełnie nowe zawody, młody człowiek kończy kilka uczelni i nie wie, co robić, próbuje raz tego, raz tamtego, przeskakuje z jednego zawodu do innego, ale również z jednego związku do drugiego. Zdaje sobie sprawę z tego, że życie jest jedno, i chce je dobrze przeżyć. Kiedyś bardziej naturalne było spędzenie całego życia u boku jednego partnera, i to nawet wtedy, kiedy w tym związku nie działo się najlepiej. Ludzie woleli cierpieć niż się rozwieść, bo rozstanie było źle widziane. Dzisiaj mamy dużo opcji zawierania znajomości, choćby poprzez portale społecznościowe. Gdy obecny partner drażni, jest nudny czy niemiły, ludzie zanurzają się w świat wirtualny. Tam szukają pocieszenia, zrozumienia, odskoczni. Gdy w tej przestrzeni pojawi się ktoś interesujący, kto zagaduje i zaprasza na kawę, to mówimy obecnemu partnerowi: „pa, pa”, i wchodzimy w nową relację. A jak ta relacja się znudzi, to w kolejną. To wszystko powoduje, że nie mamy potrzeby nawiązywania silnych więzi z drugą osobą, tym bardziej formalizowania związku.

Nie bez znaczenia wydaje się mniejszy wpływ Kościoła na nasze życie. Tak, wielu ludziom, zwłaszcza młodym, nie po drodze z Kościołem, a nawet jeśli już, to nie w kwestii zawierania małżeństwa. Uważają, że Kościół nie powinien wypowiadać się na temat relacji między kobietą a mężczyzną, rozwodów, konfliktów w rodzinie. Ich zdaniem księża zawodzą jako edukatorzy, w dodatku sami nie są bez grzechu, co sprawia, że są niewiarygodni w namawianiu do zawierania ślubu. Ponadto wielu młodym nie podoba się sama ceremonia – kosztowna, kiczowata, zakłamana – bo trzeba zapraszać ciotki, z którymi nic ich nie łączy, zakładać wianek, podczas gdy obok stoi nieślubne dziecko. To wszystko budzi opory przed wypowiadaniem jakichś sztucznie brzmiących formułek. Kiedyś ludzie zawierali małżeństwa tylko dlatego, że w wielu środowiskach nie było zgody na wspólne mieszkanie bez ślubu. Teraz nie ma z tym problemu, więc nie ma też zewnętrznego bodźca do formalizowania związku. Ludzie kalkulują chłodno, że to do niczego nie jest im potrzebne.

Jakie mogą być tego społeczne konsekwencje? Nie obawiałbym się tego, że ludzie nie zawierają formalnych związków małżeńskich, tylko tego, że w ogóle nie wchodzą w długotrwałe związki. To chyba o wiele groźniejsze, nie tylko jeśli chodzi o demografię, ale przede wszystkim ze względu na to, jak bardzo potrzebne są nam bliskie relacje, dla naszego dobrostanu. Młodzi ludzie mają opory przed tworzeniem silnych więzi, zbyt lekko traktują związki, a to z kolei może spowodować po latach przykrą konstatację, że nie mają wokół siebie nikogo, na kim mogliby się oprzeć w trudnych sytuacjach. A od samotności do depresji tylko mały krok.

Co może stać się wtedy w skali makro? Jeżeli spojrzymy na to zjawisko z góry i zobaczymy kraj, w którym brakuje silnych bliskich więzi, relacje są powierzchowne, a ludzie skoncentrowani tylko na sobie, to niczego dobrego to nie wróży. W krajach Europy Zachodniej relacje między ludźmi są o wiele słabsze niż w Polsce, tam patrzy się na nas wciąż z podziwem, ale u nas więzi międzyludzkie stają się podobne. Choć w wielu krajach, np. w Niemczech, dość dobrze sobie z tym radzą. Istnieje cały system opieki nad samotnymi seniorami. U nas takich programów nie ma, więc jesteśmy szczególnie zagrożeni samotnością w starszym wieku. Ludzie bez rodziny wchodzący w jesień życia nie będą wiedzieli, co mają ze sobą począć, a wtedy może pojawić się fala depresji. Myślę, że tendencja do niezawierania małżeństw może być w pewnym stopniu efektem tego, że ludzie za wszelką cenę dążą do osiągnięcia sukcesu, chcą niejako nadrobić czas i dogonić Zachód. Mam jednak nadzieję, że w końcu wypracujemy jakiś balans między samorealizacją a budowaniem więzi.

Bo dla dzieci stabilna rodzina to podstawa? Tak, ale dzisiaj definicja rodziny się rozmywa, komplikuje się jej życie, przybywa logistycznych problemów z wychowaniem dzieci. W poprzednim stuleciu świat był prostszy, rodzice powierzali opiekę nad dziećmi dziadkom, ciotkom, kończyli pracę o 16.00 i zajmowali się potomstwem. Teraz wyręczają ich w tym opiekunki, różnorakie instytucje, więc i więzi z dziećmi ulegają osłabieniu.

Współczesny świat kusi różnorodnością, a to chyba nie sprzyja stabilności relacji. Świat jest różnorodny, a więc i ludzie są bardzo zróżnicowani. Tymczasem, jak pokazują badania, szukamy partnerów podobnych do siebie. I mamy problem, bo okazuje się, że poznając kogoś, kto potencjalnie nadaje się na partnera, odkrywamy tyle dzielących nas różnic, że wydają nam się nie do przejścia. Kultura promująca oryginalność paradoksalnie nie sprzyja tworzeniu więzi międzyludzkich o silniejszym znaczeniu, a przynajmniej – trudniej je utrzymać. W takim modelu związku, który zakłada krótkotrwałość, raczej nie planuje się dzieci, ludzie przeżywają nieustanne dylematy. Bo z jednej strony chcą zwiedzać świat, smakować go, doświadczać, mieć wolność i niezależność, a z drugiej – pragną bliskości, wsparcia, miłości, rodziny, stabilności i bezpieczeństwa. Te potrzeby pozostają w konflikcie.

Naprawdę nie da się ich pogodzić? To niesłychanie trudne. Współczesny świat realizuje nasze potrzeby samorozwoju, więc za nim podążamy, choć w głębi duszy tęsknimy do świata bardziej uporządkowanego, wyznaczanego porami roku, gdzie jest rodzinnie, bezpiecznie. Być może ktoś wpadnie na pomysł, w jaki sposób te klocki poukładać, żebyśmy realizowali się na obu polach, bo na razie jedni realizują się bardziej w pracy, inni w rodzinie. Nawet zarysował się taki międzypokoleniowy podział: starsze pokolenie zwraca uwagę na rodzinę, dzieci, a młode pokolenie mówi: „Mam jedno życie, dlaczego mam je przeżyć, siedząc w domu z dziećmi, wolę się rozwijać”.

Widzi pan jakiś sposób na znalezienie życiowego balansu? Być może pojawi się wtedy, gdy ludzie zaczną realizować swoje dominujące potrzeby, które jednak najpierw muszą odkryć. I zapewne część ludzi (może to będzie 50 procent) dojdzie do wniosku, że sens ma rodzina, a pozostali uznają, że chcą samotnie przejść przez życie, że praca jest dla nich najważniejsza. Może więc potrzebujemy głębszego wglądu w siebie, żeby zobaczyć, co jest dla nas ważne, w czym bardziej się spełniamy, co bardziej kochamy, zamiast realizować wariant A czy B? Problem młodych ludzi polega na tym, że oni takiego wglądu w siebie zwykle nie mają, nie zastanawiają się, nie mają na to ani czasu, ani ochoty. Często dopiero gdzieś w połowie życia orientują się, że to, co robią, to jest to, czego pragną. Tak więc odkrycie przez młodego człowieka swoich potrzeb, pasji jest chyba kluczowe. Również w kwestii założenia rodziny. Bo nie jest powiedziane, że koniecznie trzeba realizować ten schemat, ja nawet uważam, że nie wszyscy powinni zakładać rodziny, bo niektórzy nie mają do tego ani predyspozycji, ani warunków. Natomiast ci, którzy mają określone kompetencje i zasoby do założenia rodziny, często tego nie realizują, bo nie wiedzą, że to ich powołanie. Dlatego każdy powinien bardziej zastanowić się nad tym, gdzie chce być, co chce robić, jak realizować swoje potrzeby. Warto więc się zatrzymać, może gdzieś wyjechać, żeby posłuchać, co nam w duszy gra. Najważniejsze, żeby nie robić niczego wbrew sobie, na siłę czy pod wpływem mody.

Konrad Maj doktor, psycholog społeczny, wykładowca Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Specjalizuje się w psychologii wpływu społecznego. Trener, współpracuje z wieloma instytucjami, prowadząc szkolenia, doradztwo i badania.