1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Czy da się być stoikiem we współczesnym świecie? Zaufaj Aureliuszowi!

Czy da się być stoikiem we współczesnym świecie? Zaufaj Aureliuszowi!

Stoicyzm nie jest ćwiczeniem na kwadrans. Jest budowaniem postawy przez wszystkie czynności, od rana do wieczora. (Fot. iStock)
Stoicyzm nie jest ćwiczeniem na kwadrans. Jest budowaniem postawy przez wszystkie czynności, od rana do wieczora. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
- Według stoików, jesteśmy doskonali. Trapią nas tylko błędy myślenia - mówi doktor filozofii Marcin Fabjański. Jak stosować techniki stoickie w naszych czasach, by nie przejmować się ani dentystą, ani przemijaniem, a tkwiąc w korku dążyć do szczęścia?

To bardzo racjonalna nauka – podkreśla Marcin Fabjański. Stoikom nie chodziło zresztą o  ustanowienie wiekopomnego systemu filozoficznego, oni budowali praktyczne techniki, by doznawać codziennej radości życia. Nie byli ludźmi, którym wszystko jedno, obojętnymi na zdarzenia. Po prostu uznawali je za obiektywne i wskazywali, że dopiero ich interpretacja zależy od nas. Najwięcej dzieje się w głowie. Uznanie tego faktu zmieniło ich sposób myślenia i nawigowania w rzeczywistości, pozwalało nie zadręczać się pośpiechem, nie wściekać na tłum i ludzi wokół…

Dziś rano próbowałam, naprawdę. Deszcz, korek, ciemno, późno… Akurat wszyscy ruszyli samochodami, a ja nie mogłam się spóźnić. Szczerze chciałam popatrzeć na to z perspektywy kosmosu, a nie dnia, po stoicku. Nie pomogło. Pewnie pomogłaby w tym przypadku technika, która pochodzi od Chryzypa. Polega na tym, że trzeba sprawdzić, o co toczy się gra. Pomyśleć, co się naprawdę stanie, jeśli się spóźnię. I czy na pewno się spóźnię? Może to tylko przekonanie, efekt błędnego sądu? – bo często tak bywa. Ale jeśli rzeczywiście, to co się stanie? Pewnie nic dobrego, pytanie tylko, czy zło, które z tego wyniknie, jest warte takiego napięcia, zwłaszcza jeśli już nie da się tego zmienić… Popatrzeć na to z perspektywy wieczności, to znaczy dostroić się do rytmu wszechświata. Zamiast słuchać dręczyciela gadającego w głowie, że jesteśmy tacy a tacy, że świat ma wymagania (żeby się nie spóźniać), pomyślmy o sobie z dystansu. Jesteśmy częścią kosmosu, wiecznego procesu, który jest nieskończony. Stoicy wierzyli w to, że kosmos rodzi się, rozszerza, potem zawęża i zapada, nie ma początku i nie ma końca, jest naturalnym cudem, a my jego częścią. Świat to świat, nie pole do zaspokajania oczekiwań, bo tak naprawdę wszystkie są nieuprawnione. To, żeby się korki rozstąpiły… też.

Sięgamy tak daleko wstecz. Jakie pojęcie o naszych czasach mogli mieć Epiktet czy Seneka? Choćby o nerwach za kierownicą… Wbrew pozorom mieli to pojęcie... Inaczej: kiedy czytam filozofów helleńskich, odkrywam, że oni mieli dokładnie te same problemy, co my. Były inne technicznie, miały inne kostiumy. Owszem, starożytni nie mieli samochodów i korków, ale musieli się przedzierać przez tłum – i tu problemy mentalne są identyczne. Nie znalazłem w naukach stoików jednego zagadnienia niezrozumiałego dla mnie jako człowieka współczesnego. Postawa stoicka jest postawą nieufności wobec kultury, wynika z  jej obserwacji. Starożytni widzieli to samo co my: pęd do pieniędzy, do sławy. Aureliusz mógłby powiedzieć jak socjolog: takie procesy się wytworzyły i tyle, musimy z tym żyć. Mówi jednak inaczej: nie musimy im ufać, mamy swój wewnętrzny system nawigacji w świecie. Trzeba zaufać temu, co czujemy, choćby prostej radości z samego istnienia. Kto raz tego zaznał, nie pomyli go z niczym innym.

Jak wpadł pan na to, żeby w naszych czasach praktykować właśnie stoicyzm? Jestem filozofem, od dawna szukam drogi do szczęścia. Na studiach stoicyzm mnie nie skusił, był tylko jedną z teorii do wykucia, ale bliska stała mi się książka Marka Aureliusza „Rozmyślania”. Zawsze miałem i mam ją gdzieś w pobliżu. To bardzo terapeutyczne i dla mnie najbardziej porywające dzieło starożytności. Daje dużo radości i spokoju, bez względu na datę i okoliczności, w jakich powstało.

Zacząłem stosować techniki Aureliusza i polecałem je znajomym. Pewnego razu sam, w środku miasta, idąc z ciężkimi zakupami, poczułem się bardzo kiepsko. Świat wydał mi się podły – ja nieszczęśliwy, bez perspektyw. I w tym kompletnym dołku technika i myśl stoicka zadziałały jak olśnienie! Pomyślałem sobie: JA ŻYJĘ, istnienie właśnie takie jest! Ułożyło mi się to w głowie w gotowe zdanie: „doświadczam życia, niczego więcej”. Zrozumiałem, że po prostu stoję na tym chodniku, z tymi siatami, wodą mineralną, i tyle. Wszystko. Nie muszę świata zmieniać, poprawiać, manipulować. W ułamku sekundy smutek i napięcie spłynęły ze mnie, a ja poczułem zmysłową bliskość z otoczeniem. Można to osiągnąć, stosując inne techniki, np. medytacyjno-relaksacyjne, ale stoikowi wystarczy po prostu błysk, jedna myśl.

Na czym polega terapeutyczna moc „Rozmyślań” Aureliusza? Marek Aureliusz pisał „hypomnemata” – notatki terapeutyczne. Dla przypominania sobie o postawie stoickiej, którą przyjął, o tym, że życie toczy się właśnie teraz. To nie była próba zabłyśnięcia w filozofii, tylko ćwiczenia na własny użytek. Wprowadzały Aureliusza w stan eudajmonii, czyli zgody na to, co jest, odklejenia od dyktatu rzeczywistości. Być może w dniu, gdy to pisał, na imperium rzymskie nadciągały hordy barbarzyńców… W wojskowym obozie mógł mieć za sobą zły dzień, może stracił przyjaciela, poniósł klęskę – mimo to wracał do swojej stoickiej percepcji świata. Codziennie zanim poszedł spać robił podsumowanie dnia. Nie: co było przyjemne, a co nie, ale: „Jakie osądy wydałem, jak reagowałem? Czy realizowałem cnotę od rana do wieczora?”. Z tego siebie rozliczał wieczorem, a nie z tego, czy udało mu się odeprzeć ataki dzikich hord… Bo to właściwie najmniej zależało od niego. A rano zaczynał dzień od przypominania sobie prawd stoickich: że ważny jest osąd, a dziedzina osądu jest przestrzenią pracy nad sobą. Wszystko inne nam nie podlega. Innych też oceniajmy po tym, jak uprawiają swoją cnotę, a nie po pozorach. Ktoś rozcina komuś brzuch: co innego, jeśli to jest morderca, a co innego, jeśli lekarz, który operuje, prawda?

 
Co z praktyk Marka Aureliusza zaproponujemy Czytelnikom? Właśnie hypomnemata, czyli pisanie dla siebie notatek terapeutycznych – na z góry założone tematy. Na przykład układanie sentencji, jak to jest żyć w chwili obecnej. Wyrycie własnej prawdy, która jest zasadą… Zapisane słowa działają. Stoicyzm nie jest ćwiczeniem na kwadrans. Jest budowaniem postawy przez wszystkie czynności, od rana do wieczora. Tylko wtedy zakorzeni się w człowieku – a hypomnemata są jednym ze sposobów. Przelewajmy na kartkę przeżycia, ujmując je w ogólne prawdy. Jak coś utrwalimy w piśmie – jest już czynem, nie tylko życzeniem.

Czy na te korki i ciągły pęd miasta znajdzie się jakaś stoicka rada? Bardzo dobra jest też pewna technika pochodząca z Mind-Body Bridging – całkowicie w duchu stoickim, choć nauczyłem się jej w Stanach. Dotknięcie rzeczywistości. To sposób, by z pomocą zmysłów uwolnić się od świata myśli. Radio w samochodzie wyłączyć! Właśnie wyłączyć, nawet relaksacyjną muzykę. Ucieczka od napięcia w muzykę czy wiadomości, to ułuda, pozorne lekarstwo – napięcie i tak się buduje. Zamiast tego dostrójmy się do doznań zmysłowych – do dotyku dłoni na kierownicy, ciężaru ciała w fotelu, szumu ulicy. Bez interpretowania i bez specjalnych oczekiwań.

Bo będą spełnione. Bombki w neuronach już przygotowują się do tego, by eksplodować… Wyskoczmy z tego. Przez poczucie ciepła, zapachu. Możemy ćwiczyć to wszędzie: myjąc zęby, pod prysznicem. Przecież doznania zmysłowe nas otaczają, to my je od siebie izolujemy poprzez wewnętrzny dyskurs, który zabiera uwagę i przynosi cierpienie. Obiecuję, że przez dotknięcie rzeczywistości w ciągu 5 minut nadejdzie relaks.

Zrelaksowani dojeżdżamy do sklepu, a tu… awantura przy kasie! I na to jest sentencja stoicka. Epikteta. O tym, że poddając się emocjom, wściekając na chamstwo ekspedientki, oddajemy w niewolę własną duszę. A technika, jaką proponuję, radzi postrzegać chamstwo jako chorobę – nie ciała, lecz duszy, chwilowe szaleństwo. Ekspedientka, która jest opryskliwa, ma chory osąd. Powstaje pytanie: „po co mamy się tym zarażać, odpowiadać jej tym samym, przyjmować jej reguły?”.

Stoicyzm to mentalna samoobrona – nie kupujemy dzięki niemu nastrojów i wymogów innych ludzi, także religii, przesądów. Złość ekspedientki narusza naszą godność, źle nam z tym, że się jej nie podobamy. Ale jeśli wyobrazimy sobie, że to jest choroba, to już nie ona robi nam krzywdę, lecz po prostu zachodzi pewien proces. A złoszczenie się na proces nie ma sensu, zaistniały warunki, musiał zajść. Czy możemy to zmienić? Jeśli odpowiemy tym samym, to na pewno nie. Pomoże raczej reakcja stoicka, spokój. Wystarczy jeden uśmiech, sam sprawdzam to przy kasach.

A nieszczęście o poranku, kiedy trzeba wstać… I tu pomocna będzie technika rozbrajania wymogów. Bo budzimy się i od razu mamy wymogi wobec rzeczywistości. Odróżnijmy wymogi od oczekiwań. Oczekiwania są naturalne. Postawa: „ale byłoby fajnie pospać” – jest oczekiwaniem. Takim, na które wszechświat mi nie odpowie – więc nie zaczynam płakać, tylko uznaję, że muszę iść do pracy, no i w porządku. Ważne, co dalej robimy z tą myślą. Jeśli użyjemy techniki nazywania myśli (wiem, że mam taką myśl: „jeszcze pospać dwie godziny” – ale to tylko myśl) i pozwolimy jej przez nas przepłynąć, ona nie zatrzyma się w ciele, a my jakoś poczłapiemy do tej łazienki. Po pięciu minutach nie będzie to już takie nieszczęście. Problem pojawia się, gdy oczekiwanie przeistoczy się w wymóg. Zamiast „chciałbym” – pojawia się „powinienem” móc pospać. I zaczyna się budować cała historia: o tym, że rzeczywistość powinna być inna. Słowo „powinienem” rodzi napięcie. Wstaję, choć chciałbym spać, ale jestem świadomą częścią toczącego się procesu. A jak mówię: „powinienem móc jeszcze dwie godziny spać”, zrywam kontakt z otoczeniem, skupiam się na tym uczuciu, czuję wewnętrzny bunt, napięcie. I ono jest ze mną potem przez cały dzień, a nawet życie. Może się utrwalić jako historia o mnie – nieudaczniku i będę żyć tym wyobrażeniem.

Technika rozbrajania wymogów pokazuje, jak wiele ich tworzymy przez cały czas w głowie. Na przykład: chcę przejść przez ulicę, zielone światła, a tu jakaś ciężarówka cofa. Od razu w głowie: „Czemu? Nie powinna teraz cofać! Co ona tu robi? Na zielonym? Chcę, żeby jej nie było”. Rozbroi go zwykła świadomość tego wymogu. Polecam nazywanie swoich myśli. Powiedzmy sobie: „To tylko mój wymóg wobec rzeczywistości. Ciężarówka to rzecz obiektywna, to mój gniew czyni ją problemem”. Złość to tylko interpretacja, nie obiektywne fakty. Nawet realistyczne oczekiwania zamienione w wymóg sprawiają, że cierpimy.

Oto osoba, z którą umówiłem się na spotkanie, spóźniła się już więcej niż kwadrans. A ja oczekuję, że nie będzie się spóźniać. Uprawnione oczekiwanie, ale gdy zamieni się w wymóg, napycha głowę myślami typu: „lekceważy mnie, nie jestem dość dobry, aby przyszła na czas”. A tymczasem ona utknęła być może na czerwonych światłach!

I wściekła na rzeczywistość wymaga zielonych? Jak się spieszymy, to właśnie wtedy światła są czerwone albo auto nie zapala. I zawsze wydaje się nam, że jesteśmy na tym wolniejszym pasie. A to tylko kolejny wymóg, który brzmi: „moje auto zawsze musi zapalić i być gotowe!”. To nie rzeczywistość. Nawet najlepszy samochód ma prawo się zepsuć. Piekło zaczyna się głowie. Zamiast wezwać taksówkę albo sprawdzić szybko w telefonie, jakim dojechać autobusem, przeżywam horror buntu, irytacji i niezgody na to, co się stało.

 
A u dentysty? Wyobrażanie sobie naukowej strony borowania zęba pomaga? I to chyba akurat ucieczka od rzeczywistości? Nie, bo naukowa strona borowania jest prawdziwsza niż strach! To on ma wielkie oczy i jest tylko w umyśle, jakby ten lekarz chciał nas zamordować. Stoicyzm oczywiście wykorzystuje metafory i wizualizacje, ale w celu odzyskiwania rzeczywistości, a nie budowania jej kolejnej interpretacji. To powrót do „tu i teraz”.

Sentencja Aureliusza, którą polecam stosować na przeziębienie: „Grypa jest jak róża – rozwija się tak jak ją zaprogramowała natura, z kolcami”. To też metafora, ale ma funkcję taką: leżę chory i nienawidzę tego stanu. Do cierpienia fizycznego dokładam sobie mentalne. A gdy wyobrażę sobie, że to stan naturalny, taki sam jak rozkwitanie róży, to przestaję się męczyć. Jest tylko to, co jest: gorączka, katar. Dzieje się. Po co potęgować dyskomfort niezgodą na taki stan?

Ale to poddanie się losowi! Co z wolną wolą i wyborem człowieka?

Według stoików, wolny wybór mamy wyłącznie w chwili obecnej. Im bardziej w niej jesteśmy, tym więcej naszej woli, bo tym bardziej uciekamy od schematów myślenia. Konwencje wpływają na ludzi destrukcyjnie. W wymiarze wszechświata nasze istnienie jest współtworzeniem, równoważną z innymi cząstką kosmicznego procesu. Tak samo żebraka, jak szefa wielkiej korporacji… Nie ma tu różnicy. Nie mniej niż drzewa i gwiazdy masz prawo być tutaj – to z Dezyderaty. Wolność znajdziesz tylko w dostrojeniu się do kosmosu – tak powiedzieliby stoicy, i to wydaje się deterministyczne. Ale w gruncie rzeczy nie jest. Bo nam, współczesnym, wydaje się, że wolność polega na wyrażeniu egoistycznej indywidualności. A czymże jest ta indywidualność? Czy przypadkiem nie serią wtłoczonych nam schematów i  wyobrażeń? Wewnętrzna zgoda na to, co się dzieje – oto wolność. To, czy popadamy w fatalizm, zależy też od celu. Jeśli za cel życia postawimy sobie posiadanie wielkiego majątku albo wysokie stanowisko w korporacji – to tak naprawdę kupiliśmy czyjąś wersję życia. Głoszoną jako wzór w danych czasach. Naszej kultury. A przecież w każdej chwili możemy wszystko stracić. No i która z postaw jest bardziej zdeterminowana: realizowanie wciśniętych nam celów czy zgoda na to, co się dzieje? Według stoików, jesteśmy doskonali. Trapią nas tylko błędy myślenia.

Na przykład poczucie wyjątkowości i pragnienie nieśmiertelnej sławy? Wyjątkowość według stoików istnieje tylko w wewnętrznej postawie, nie w formie sławy czy tego, co dziś nazwalibyśmy sukcesem medialnym. To rzeczy bardzo kruche: co się bowiem stanie, jeśli następnego dnia ktoś namaluje lepszy obraz? Depresja? Stoika nie obeszłoby to, bo wie, jak nietrwałe i kapryśne, nierzeczywiste jest budowanie swojego samopoczucia na przykład na recenzjach krytyków. Zła recenzja? Dla stoika to świetna lekcja. Jedna z technik polega właśnie na tym, że traktujemy zdarzenia jako serię lekcji. Pochwały recenzentów są zerową wartością. Są kompletnie nietrwałe. Nie możemy na nich niczego budować, są jak zamki na piasku. Prawdziwa wartość tkwi może w radości tworzenia, ale nie w tym, że obraz zawisł w Galerii Narodowej. Kto będzie o tym pamiętać za tysiąc lat? Pragnienie nieśmiertelności to zaburzenie naturalnych relacji człowieka ze śmiercią. Pragnienie nieśmiertelnej sławy jest ślepą uliczką i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Marek Aureliusz pisze: Czy to był Aleksander Wielki, czy poganiacz mułów, po śmierci ten sam los osiągnęli.

Śmierć to rozstanie z tym światem. Niesie ból. Nasza relacja ze śmiercią została zakłócona przez religię, nie widzimy w niej naturalnego procesu, płaczemy, przeżywamy żałobę. To sztuczne wymogi społeczeństwa wobec nas, odciągają nas od natury. Tożsamość jednostkowa jest przecież złudzeniem, niby jesteśmy jednostkami, ale przestańmy nimi być w chwili śmierci. Pogląd, że istnieje nieśmiertelna dusza, a tożsamość osobowa przechodzi do innego stanu: nieba? Stoicy odrzucają takie myślenie. Bo jak wyobrazić sobie wszechświat, w którym byty nie umierają? Widzę to jako swojego rodzaju kosz ze śmieciami, który się wypełnia, w końcu wysypuje. Tylko gdzie się wysypuje? Przecież poza wszechświatem z definicji, z tym jego „wszech…”, nie ma nic innego. Wszechświat jest mądry, dokonuje się w nim ciągła przemiana, istnieje. Trochę taki recykling życia – o, to byłoby pojęcie bliskie stoikom! A nam się wydaje, że powinniśmy płakać i cierpieć. Stoik powie: „człowiek jest śmiertelny i nie decyduje o tym, kiedy umrze”. Takie są fakty i bunt niczego nie zmieni, spotęguje tylko cierpienie. Czy nie lepiej odczuwać szczęście z powodu życia, gdy trwa?

Jaki mam wpływ na to, by szczęście zatrzymać? Szczęście biorące się z pomyślnych wydarzeń? Według stoików – żadnego. Ale za to może pani być świadoma tego, że tak jest.

Czy to cecha stoika doskonałego? Nie ma kogoś takiego. Można być najwyżej w drodze do doskonałości. Ale samo dążenie jest już wielką korzyścią, podnosi jakość życia. Każdy krok uwalnia nas od mocy tego wewnętrznego dyktatora w głowie.

Marcin Fabjański filozof i pisarz, absolwent UAM i University of York w Anglii. W USA poznał technikę  Mind-Body Bridging, w Birmie, Nepalu zgłębiał filozofię Wschodu. Łączy buddyzm ze stoicyzmem, żeby zbudować metodę prostej radości życia w dzisiejszym szalonym tempie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia. Sposób na życie według św. Hildegardy

Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Odpowiednia dieta, równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia – sposób na zdrowe życie? Tak twierdziła wieki temu św. Hildegarda. Jej współcześni naśladowcy mówią, że miała świętą rację.

„Za panowania Henryka IV w Świętym Cesarstwie Rzymskim żyła w Galii Bliższej dziewica słynąca ze swego szlachetnego urodzenia i świętości. Na imię jej było Hildegarda. Jej rodziciele, Hildebert i Mechthylda, choć ludzie możni i ze sprawami światowymi obeznani, mieli na względzie dary należne Stwórcy, oddali przeto córkę w służbę Bogu. Jeszcze w dziecięctwie od spraw ziemskich się odsunęła, odgrodzona od nich przedziwną czystością…” – tymi słowami Gottfryd, mnich z Góry Świętego Dyzyboda, sekretarz Hildegardy, rozpoczął pierwszą księgę dzieła „Żywot świętej Hildegardy”.

Z braku harmonii

Alfreda Walkowska od ponad 25 lat popularyzuje w Polsce wiedzę o osobie i dziele św. Hildegardy. W książce „Powrót do harmonii” opisała podstawowe założenia jej programu. Jak się zaczęła jej przyjaźń ze średniowieczną wizjonerką?

– Mieszkałam wtedy w Niemczech. Po urodzeniu dzieci moje zdrowie zaczęło nieco szwankować – wspomina. – Miałam problemy z kręgosłupem, trzustką, krążeniem. Zaczęłam szukać pomocy medycznej. Tymczasem wybrałam się z moimi małymi dziećmi na pieszą, 30-kilometrową pielgrzymkę, podczas której po raz pierwszy usłyszałam o Hildegardzie. Był to czas mojego dojrzewania duchowego. Mieszkałam przy uniwersytecie i miałam dostęp do biblioteki, więc zaczęłam o niej czytać i sprawdzać na sobie jej metody leczenia. Okazały się tak skuteczne, że mogłam się obyć bez medycyny konwencjonalnej, także przy różnych dolegliwościach moich dzieci.

Grono korzystające z pomocy Hildegardy szybko się powiększało. Przyjaciele Alfredy prosili ją o pomoc w rozwiązywaniu problemów zdrowotnych. – Na początku skupiałam się na dolegliwościach fizycznych, z czasem zaczęłam odkrywać, jak duży wpływ ma na nie obszar duchowy. Poprzez muzykę Hildegardy, jej obrazy i wizje, zaczął docierać do mnie porządek świata.

– Po powrocie do Polski stwierdziła, że brakuje tu specjalistów i literatury na ten temat. Sprowadzała książki, dokształcała się i służyła radą wszystkim, którzy tego potrzebowali. W końcu chętnych zrobiło się tylu, że powstał kłopot z przekazem informacji na temat programu zdrowia św. Hildegardy. Postanowiła, że zajmie się tym profesjonalnie.

Obecnie Alfreda Walkowska prowadzi Polskie Centrum św. Hildegardy w Legnicy, w którym m.in. propaguje naturalny system leczenia, przywracający harmonię ducha i ciała.

Czym jest zdrowie?

„W samym centrum wszechświata umiejscowił Bóg człowieka, jako najważniejsze ze stworzeń. Swoją postawą jest on wprawdzie niewielki, ale siłą swojej duszy potężny. Jego głowa jest zwrócona do góry, a stopy oparte są pewnie na twardym podłożu. Ma on moc wprawiać w ruch tak to, co w dole, jak i to, co w górze. Ze względu na siłę swojego wnętrza jest w stanie zrealizować każde dzieło” – pisze Hildegarda.

Jesteśmy całością – duszą i ciałem. Zdrowie to harmonia obu tych sfer. Hildegarda wyróżnia cztery podstawowe obszary, w których funkcjonuje człowiek: najbliższe otoczenie, kontakt z naturą, wszechświatem i Bogiem. Według niej, zamiar Boży był taki, żeby człowiek żył w zgodzie z każdym z nich, był zdrowy i szczęśliwy. Ale ludzie popełnili grzech pierworodny i doszło do zakłócenia pierwotnego stanu.

Skąd się bierze choroba?

Choć Hildegarda za praprzyczynę choroby uznaje grzech pierworodny, to jednocześnie twierdzi, że możemy powrócić do zdrowia i harmonii. Na nasz stan w 10 procentach wpływa środowisko, w kolejnych 10 – obciążenia genetyczne, a w pozostałych 80 procentach – styl życia. Ten z kolei zależy od diety, czystego sumienia, higieny i proporcji między pracą a odpoczynkiem. Gdy równowaga tych wszystkich obszarów zostaje naruszona, w organizmie gromadzą się soki chorobotwórcze, zmniejsza się viriditas, czyli nasze siły witalne, dochodzi do zaburzenia funkcjonowania w tych czterech podstawowych obszarach. Następnie tracimy harmonię w innym, na który składają się: ziemia, powietrze, woda i ogień. Z nich zbudowany jest cały wszechświat. W konsekwencji dochodzi w nas do zaburzenia równowagi czterech soków ustrojowych: krwi, śluzu, żółci i czarnej żółci.

Jak powrócić do zdrowia?

To proste – należy cały ten proces odwrócić, uporządkować siebie i swoje życie. Musi także pojawić się chęć wyjścia z choroby. Potem zmiana diety, odpowiednie środki lecznicze, post czy określone zabiegi proponowane przez Hildegardę. Następnie chory powinien uporządkować sferę swoich cnót i grzechów, zrównoważyć pracę i odpoczynek. Wtedy powróci harmonia czterech obszarów, zostaną wydalone soki chorobotwórcze, zwiększą się siły żywotne, pojawi się równowaga pomiędzy czterema elementami… I tak choroba opuści ciało i duszę.

Kluczową rolę w procesie zdrowienia odgrywa silna wola. Alfreda Walkowska wierzy, że jeśli chory zacznie się porządkować, Bóg poczuje się zaproszony do jego życia i będzie w nim działać, ale to my jesteśmy odpowiedzialni za swoje zdrowie, za to, jak funkcjonujemy i korzystamy z zasobów Matki Ziemi.

– Hildegarda przeniknęła całe moje życie – przyznaje Alfreda. – W domu stosuję się do jej zaleceń dietetycznych, doświadczam dobroczynności postów i zabiegów. Niedawno moja córka zachorowała na ciężką grypę, miała 40 stopni gorączki. Jak radzi Hildegarda, poiłam ją herbatą malinową i porzeczkową, bo zawierają dużo witaminy C, galgantem z koprem na regulację krążenia i obniżenie temperatury, podawałam korzeń goryszu i robiłam okłady. Po 5 dniach powróciła do szkoły. Dietę hildegardową stosuję też w odżywianiu mojej sparaliżowanej od dziesięciu lat mamy. Podaję jej galgant, napój pietruszkowy, okładam plewami orkiszowymi. Jej stan jest stabilny, nie ma odleżyn.

Dieta Hildegardy

Program dietetyczny niemieckiej wizjonerki, to odżywanie rozumiane jako wzmacnianie viriditas – boskiej, życiodajnej siły. Hildegarda wszystkim bez wyjątków zaleca orkisz, który zawiera mnóstwo pełnowartościowego białka (uwaga: obecnie na rynku jest wiele odmian orkiszu skrzyżowanego z pszenicą, co ułatwia uprawy i podnosi plony, ale pozbawia go właściwości leczniczych).

Ważne miejsce w tej diecie zajmują też kasztany jadalne, koper włoski i różne przyprawy. Jej szczegółowy program dietetyczny uwzględniał subtilitet, czyli subtelności, które sprawiają, że pewne produkty są dobre dla konkretnych osób. Hildegarda brała pod uwagę różne uwarunkowania, które decydują o tym, jak czuje się dana osoba: jej stan zdrowia, płeć, wiek, pracę, porę roku i dolegliwości. Potem podpowiadała, co i w jakich proporcjach stosować. Jej dieta nie wyklucza jednak żadnej grupy pokarmów. Je się wszystko: zboża, warzywa, owoce, nabiał, mięso, ale z pewnymi zastrzeżeniami (warzywa tylko sezonowe, mięso: delikatniejsze dla kobiet, np. ptactwo, cięższe dla mężczyzn).

Hildegarda spisała konkretne wskazówki, co, kiedy i ile należy jeść przy danym schorzeniu. Na wzmocnienie systemu nerwowego i antystresowo zaleca gaszone wino i ciasteczka, które najlepiej przygotować samemu (mąka orkiszowa, masło, gałka muszkatołowa, cynamon i goździki; we właściwych proporcjach). Kto ma kłopoty z krążeniem powinien pić napój pietruszkowy (wino, pietruszka, ocet winny i miód; w odpowiednich proporcjach). Osoby cierpiące na chorobę nowotworową – ograniczyć białko zwierzęce i zadbać o stałą dostawę dobrej jakości orkiszu z białkiem budulcowym. Chorym na wątrobę zaleca spożywanie w dużej ilości kasztanów z miodem. Dobrze robi też post, nazywany przez Hildegardę „operacją bez noża”. To silny środek leczniczy, który oczyszcza i regeneruje organizm, ale są też pewne przeciwwskazania do jego stosowania. Według Hildegardy post wykluczają: choroby psychiczne, ostre infekcje, wyniszczenie organizmu, choroba nowotworowa, gruźlica i ogólnie zły stan zdrowia. Jeśli ktoś musi zrezygnować z postu, może zastąpić go zabiegami – stawianiem baniek, moczeniem stóp, pielęgnacją jamy ustnej, masażami i moksowaniem (rozgrzewaniem różnych punktów ciała).

Program dla ducha

– Ważne jest, co człowiek je i pije, bo to wpływa na jego umysł, duszę i ciało. Trzeba też dbać o higienę i czystość duchową: medytować, modlić się i regularnie robić rachunek sumienia, najlepiej przed snem – inaczej problemy się odkładają, nawarstwiają i dają podłoże do rozwoju choroby – tłumaczy Alfreda. Dlatego równolegle do programu żywieniowego, dobrze jest wprowadzać porządek wewnętrzny.

Hildegarda zestawiła ludzkie grzechy i cnoty. Królową wszystkich cnót nazwała umiar: należy go zachować i w modlitwie, i w pracy, i w wypoczynku. Brak umiaru w jedzeniu powoduje kłopoty z wątrobą, a w następstwie z krążeniem. Wielkie spustoszenie czynią też i inne grzechy. Na przykład tchórzostwo zżera człowieka, a lęk zakleszcza go i hamuje przed życiem, co wymaga wprowadzenia odwagi. Rozpasanie z kolei domaga się dyscypliny i porządku. Pycha, duma i hardość – pokory. Zgorzkniałość, nieżyczliwość i zazdrość – miłości. Rozpacz i desperacja – nadziei. Apatia, gnuśność i letarg – męstwa, energii, a ból istnienia – radości.

– Gdy przyjmuję ludzi w moim gabinecie i porządkuję ich sposób odżywiania, podpowiadam też delikatnie rachunek sumienia i spowiedź – mówi Alfreda Walkowska. – Nie da się oddzielić duszy od ciała.

Program dla ciała

Oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja.

– Gdy do tych programów dołączymy wszelkie formy ruchowe, obszar cielesny i duchowy zaczną się powoli równoważyć – zapewnia terapeutka. – Będziemy dobrze funkcjonować i pozytywnie oddziaływać na otoczenie. Nasza praca stanie się bardziej wydajna i twórcza, powrócimy do harmonii z naturą, zacznie się dobrze dziać w całym kosmicznym wymiarze naszego świata.

– Codziennie dziękuję za pomoc, jakiej doświadczam od Hildegardy – wyznaje Alfreda. – Ona w prosty sposób pokazuje mi, co robić, żeby być szczęśliwą na tej ziemi. Co nie znaczy, że żyję w pełnej szczęśliwości. Jestem tylko człowiekiem. Spotykają mnie różne choroby, dolegliwości i problemy, ale teraz zupełnie inaczej do nich podchodzę. Robię, co mogę, zawierzam problemy Bogu i żyję dalej.

Życie św. Hildegardy

Urodziła się w 1098 roku w nadreńskim Bermersheim, niedaleko Alzey. Była dzieckiem chorowitym, cierpiała na różne dolegliwości. W wieku ośmiu lat Hildegarda znalazła się w klasztorze. W 1141 roku w jednej z wizji ujrzała potężny ogień i nadzwyczajnie jasne światło, w których objawił jej się Bóg. Usłyszała wówczas słowa: „Zapisz to, co słyszałaś i widziałaś”. Tak powstało pierwsze dzieło Hildegardy – „Scivias” („Poznaj drogi Pana”). Potem pojawiły się kolejne dzieła teologiczne: „Liber vitae meritorum” („Księga zasług życia”) i „Liber divinorum operum” („Księga dzieł Bożych”). A także 70 pieśni, dramat „Ordo Virtutum”, komentarz do reguły benedyktyńskiej, życiorysy świętych oraz dzieła naukowo–medyczne: „Przyrodoznawstwo”, „O przyczynach i leczeniu chorób”.

Warto przeczytać: Alfreda Walkowska, „Powrót do harmonii”, wydanie drugie, wydawnictwo Polskie Centrum św. Hildegardy, 2008.

Alfreda Walkowska – doktor nauk teologicznych; tytuł naukowy otrzymała na podstawie dysertacji o św. Hildegardzie przedstawionej na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu; twórczyni Polskiego Centrum św. Hildegardy z siedzibą w Legnicy; wydawca, tłumaczka i konsultantka książek o Hildegardzie, znawczyni dzieła św. Hildegardy; inicjatorka i prezes pierwszego polskiego Stowarzyszenia „Centrum św. Hildegardy w Polsce”.

Artykuł archiwalny.

  1. Styl Życia

Slow Food, czyli świadomy posiłek. Kosztuj, celebruj, poczuj prawdziwy smak

Kawa, którą pijesz na śniadanie: Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy ludzie, którzy ją zbierali, zostali uczciwie opłaceni, czy mają prawo do odpoczynku, do przerw w pracy? (Fot. iStock)
Kawa, którą pijesz na śniadanie: Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy ludzie, którzy ją zbierali, zostali uczciwie opłaceni, czy mają prawo do odpoczynku, do przerw w pracy? (Fot. iStock)
Jemy dziś szybko, byle jak, byle co i byle gdzie. Stop! Czas na odkrycie radości w delektowaniu się zapachem i smakiem potraw.

Cóż może być przyjemniejszego niż pyszne danie spożywane w spokoju i w dobrym towarzystwie? Nie pochłaniasz, ale kosztujesz. Nie gryziesz w biegu, ale celebrujesz, czujesz smak... Nie pamiętasz takiego zdarzenia? Tak. Obiad z bliskimi stał się dziś luksusem lub stratą czasu. Pochłaniamy w pośpiechu kolejne dania, które są jedynie dawką paliwa, jaką tankujemy, by mieć energię do działania. W ten sposób odbieramy sobie prawo do smacznego jedzenia. Może szkoda?

Koniec z jedzeniem na klawiaturze!

Zjedz uważnie choć jeden posiłek w ciągu dnia. Nie oglądaj w tym czasie telewizji, nie pracuj na komputerze, nie czytaj gazety. Skup się tylko na jedzeniu. Daj sobie 15 minut! Dokładnie przeanalizuj składniki posiłku – pod względem pochodzenia i smaku. Czy wiesz, jaki jesz chleb? Jaką drogę odbył, by znaleźć się na twoim stole? Kiedy postanowisz skończyć z biernym wprowadzaniem pożywienia do organizmu i zechcesz odkrywać smaki oraz medytować nad nimi, czeka cię wspaniała przygoda, ale też… frustracja. Bo gdy przestaniesz jeść w pośpiechu kanapki i jogurty na klawiaturze w pracy, a zaczniesz robić sobie przerwy na smakowanie, może się okazać, że jedzenie, które wydawało ci się dotychczas w miarę zdrowe, jest pozbawione smaku. Aby być uważnym smakoszem, trzeba najpierw stać się sprawnym detektywem, który potrafi wytropić dobre, naturalne i lokalne produkty, a wyeliminować te, które poza ładnym opakowaniem nie oferują nic wartościowego.

Precz z fast foodami!

Slow Food to organizacja pomocna na drodze do świadomego smakowania. Podjęła się ochrony ginących odmian warzyw, zbóż i gatunków zwierząt, tradycyjnych sposobów przyrządzania jedzenia i kultury kulinarnej w poszczególnych regionach świata. Jednym słowem, prawa do smaku.

Powstała w 1986 roku we Włoszech jako bezpośrednia reakcja na otwarcie baru McDonald’s w Rzymie, naprzeciwko Hiszpańskich Schodów. Dla Włochów, którzy mają bardzo silne tradycje kulinarne, tak różnorodne w poszczególnych regionach, jedzenie w barze szybkiej obsługi, gdzie serwuje się to samo menu na całym świecie, było… sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

Slow Food występuje w obronie lokalnych upraw i specjalności, wspiera kultywowanie regionalnych tradycji. Dawniej kuchnia tętniła życiem i buchała zapachami, w niej tworzyły się więzi między ludźmi. Podczas rodzinnego biesiadowania przy jednym stole skupiano się przede wszystkim na jedzeniu i czerpano z tego mnóstwo przyjemności. Przypomnij sobie ostatnie święta. Ile spośród wigilijnych dań przygotowałaś od początku do końca w domu, sama lub z bliskimi? Do ilu dodałaś ulepszaczy smaku, półproduktów tylko po to, by oszczędzić czas lub ze zwykłego lenistwa. A może ten wspaniały zwyczaj przygotowywania posiłków we własnej kuchni ma szansę przetrwać?

Uwaga skierowana na „fair trade”

„Slow” znaczy powoli. To słowo pojawiło się w manifeście organizacji Slow Food jako hasło kluczowe, a jej symbolem został… ślimak. To sympatyczne zwierzątko ma przypominać, co jest w życiu najważniejsze – wydaje wojnę pośpiechowi, który stał się naszym codziennym towarzyszem i zmorą – wciąż zwiększa tempo życia, nawet gdy chcemy zwolnić. Popędzani przez obowiązki żywimy się na ulicy fast foodami...

A gdyby tak spróbować „zatrzymać czas”. Nie znaczy to wcale, że nagle mamy stać się flegmatyczni i leniwi, ale zwyczajnie rozejrzeć się wokół z większym zainteresowaniem, zwrócić uwagę na szczegóły i smaki. Wybierz się na targ lub do sklepu z ekologiczną żywnością i degustuj różne odmiany jabłek, pieczywa, serów. Porównuj, oceniaj i ciesz się z tego, że dokonujesz wyboru produktów ze względu na ich smak, pochodzenie, jakość, a nie tylko cenę i kolorowe opakowanie. Na przykład kawa, którą pijesz na śniadanie: czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy ludzie, którzy ją zbierali, zostali uczciwie opłaceni, czy mają prawo do odpoczynku, do przerw w pracy. Aby mieć taką pewność, wybieraj produkty oznaczone hasłem „fair trade”, czyli „sprawiedliwy handel”. Ten znak mówi, że produkt pochodzi albo z małych plantacji, które nie pracują dla wielkich koncernów, albo z takich, gdzie godnie traktuje się pracowników i sprawiedliwie dzieli dochodami.

Ratuj własne podniebienie!

W laboratorium badawczym naukowcy potrafią już odtworzyć smak, zapach i konsystencję każdego niemal produktu. Na półkach sklepowych bogactwo... substytutów, w których więcej chemii niż natury. Świadczy o tym chociażby lista związków chemicznych na etykietach.

Ponad 80 procent światowych odmian warzyw i owoców zniknęło już na dobre z uprawy. Ich miejsce zastąpiło kilkanaście wyselekcjonowanych lub tak zmodyfikowanych genetycznie, by szybciej dojrzewały, były odporne na choroby, dawały obfitsze plony i pięknie wyglądały. Smak zszedł na plan drugi.

Komu to się opłaca? Producentom, supermarketom, ale nie konsumentom. Czy niska cena rekompensuje brak smaku? Czy nie boisz się, że twoje dzieci nie poznają już tajemnic z babcinej spiżarni? Znajdź, np. w internecie, farmy ekologiczne w swoim regionie: mleczarnie, piekarnie, masarnie… Wspierając małe gospodarstwa, które starają się produkować żywność metodami tradycyjnymi, pomożesz nie tylko w ratowaniu zanikających odmian, ale przede wszystkim odkryjesz prawdziwe, trochę już zapomniane, smaki i aromaty. A także przepisy na robienie pysznych serów czy wędlin. Nawet na małą skalę, dla własnych korzyści, warto ratować podniebienia przed globalizacją!

Recepta Agnieszki Kręglickiej, restauratorki felietonistki, autorki książek: „Wybieram drogę ślimaka”

Całe moje życie, i rodzinne, i zawodowe, kręci się wokół kuchni. Jedzenie od zawsze było w centrum mojej uwagi. Nie jest tak, że pewnego dnia poznałam ideę Slow Foodu i z dnia na dzień „przechrzciłam się” na nowy model życia. To droga, którą wciąż idę, tyle że teraz ze świadomością, że uczestniczę w wielkim, światowym marszu. Coraz więcej uczę się o jedzeniu. Liczy się, jak powstało to, co na talerzu, skąd się wzięło, w jaki sposób zostało przygotowane. Produkty wybieram świadomie, czytam etykiety, odrzucam jedzenie przemysłowo przetworzone. Wolę to, co sezonowe, świeże, miejscowe, niż sprowadzane z daleka i dojrzewające na statkach. Niedawno jeszcze zachłystywaliśmy się nowymi egzotycznymi smakami. Teraz coraz bardziej doceniamy produkty krajowe, lokalne, naturalne. Jako restauratorka stawiam na ich jakość. Kupujemy jajka tylko z „jedynką”, czyli od kur z wolnego wybiegu, ekologiczne kurczaki, ekologiczną polską jagnięcinę... Nie używamy przypraw ze wzmacniaczami smaku. W naszym letnim ogrodzie w Fortecy, gdzie organizujemy przyjęcia z daniami kuchni polskiej – serwujemy sery, wędliny i inne produkty rekomendowane przez Slow Food. A jeszcze kilka lat temu kelnerzy musieli długo przekonywać gości do produktów spod znaku ślimaka. Na szczęście to się już zmienia. Zwiększa się świadomość, zapotrzebowanie i chęć próbowania. Wysokiej jakości produkty ekologiczne są wprawdzie droższe, ale zaobserwowałam, że w sklepach ekologicznych dokonuje się zdecydowanie bardziej uważnego wyboru i kupuje tyle, ile rzeczywiście potrzebujemy na przygotowanie posiłku. Inaczej zachowujemy się w supermarketach: wkładamy do koszyka zwykle za dużo i potem wyrzucamy. W ostatecznym rozrachunku wychodzi na to samo.

Warto przeczytać: Carlo Petrini, „Slow food. Prawo do smaku”, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl 2007.