fbpx

Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska: Pomaganie uzależnia

Lewandowska_Kozuchowska1
Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska (Fot. Marlena Bielińska / MOVE)

Są sławne. Odnoszą sukcesy. Ludzie je lubią i podziwiają. To daje im satysfakcję, ale i siłę, by skutecznie pomagać innym. Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska od lat działają charytatywnie, a ostatnio wsparły również akcję „Zwierciadła”: Karetka dla Centrum Zdrowia Dziecka. Rozmawiamy z nimi o idei pomagania, o tym, jak one działają na rzecz innych i dlaczego. a także o dawaniu i braniu w życiu.

Żeby pomagać, trzeba mieć taką ważną cechę: empatię. Czy wynosi się ją z domu?

Anna Lewandowska: Zdecydowanie tak. Moja mama zawsze dostrzegała potrzeby innych, a przy tym była silną kobietą. Gdy miała jakiś kłopot, prosiła mnie: „Tylko nie mów o tym bratu, jest na to za mały”. Brat, teraz artysta, też tę wrażliwość ma w sobie. Byliśmy nauczeni, żeby się dzielić. Pamiętam, jak mama wyciągała cukierki i mówiła: „Jednego chowam do kieszeni, a drugiego macie na spółę”. To było naturalne, że wszystko jest do podziału. Naturalne w naszym domu były też rozmowy, zrozumienie i otwartość na ludzi. Kiedy prowadziłam w TVN serię wywiadów „Sztuki walki” z kobietami, na przykład w zakładach karnych, w domach dziecka, w domach samotnej matki, wszyscy mogliśmy zobaczyć ogrom nieszczęść. Taka jest rzeczywistość, nie można na nią zamykać oczu. Dlatego zawsze najważniejsze jest to, żeby być człowiekiem otwartym na drugą osobę.

Małgorzata Kożuchowska: Dom to podstawa. Odkąd pamiętam, rodzice uczyli mnie empatii i tego, że świat się nie kończy na czubku własnego nosa. Mam dwie młodsze siostry, od wczesnego dzieciństwa wprawiałam się w pomaganiu na bardzo różnych poziomach – od wspólnych zabaw, przez pożyczanie ubrań, po naukę. Odkąd sięgam pamięcią, pomagałyśmy rodzicom: mamie w kuchni, przy prostych domowych czynnościach, razem jeździliśmy na działkę pielęgnować rośliny, a potem wspólnie przygotowywałyśmy przetwory na zimę. Każda z nas robiła tyle, na ile pozwalał jej wiek i umiejętności, ale było to naturalne, że w domu trzeba sobie pomagać. Rodzice zawsze nam powtarzali, że mamy siebie – a to wielki skarb – i że powinnyśmy się wspierać, szczególnie w trudnych chwilach. Moją młodszą siostrę nauczyłam czytać, a potem w szkole podstawowej prowadziłam zajęcia koleżeńskiej pomocy dla tych, którzy gorzej radzili sobie z nauką. Można więc chyba powiedzieć, że pomaganie mam we krwi [uśmiech].

Jak uczycie swoje dzieci wrażliwości na innych?

ZAMÓW

E-WYDANIE

M.K.: O to trzeba dbać od początku. Jaś jest moim najpiękniejszym spełnionym marzeniem. Długo na niego czekałam i czasami łapię się na tym, że trochę go rozpieszczam. Wiem, że muszę być czujna, bo Jaś jest jedynakiem. Wspólnie z mężem uczymy go empatii wobec ludzi, miłości do zwierząt (mamy w domu dwa psy) i szacunku do przyrody. Mój synek miał niedawno piąte urodziny i przed sobą perspektywę prezentów. Wiadomo, że dzieci są boleśnie szczere. Więc przed urodzinami, kiedy poszliśmy we dwoje na spacer, powiedziałam mu: „Synku, pamiętaj, że każdy prezent to czyjś wysiłek. Ktoś musiał zarobić pieniądze, pójść do sklepu, a wszystko po to, żebyś ty się cieszył. I każdemu musisz podziękować, nawet jeśli to nie jest taki prezent, o jakim marzyłeś”. Na to mój synek mówi: „Wiem, mamo, wiem. Ja w przedszkolu narysowałem dla Marka monster trucka, a Marek nie chciał rysunku, i ja się popłakałem, bo mi było przykro”. „No, widzisz – powiedziałam – wysiłek zawsze trzeba docenić, to ważne”. Potem były urodziny, babcia daje mu prezent, patrzę, widzę jego zawahanie, i potem słyszę: „Yyy… ten też jest fajny… dziękuję!”. A potem Jaś się odwraca i na jednym oddechu, ściszonym głosem pyta mnie: „Mamo, dobrze okazałem zachwyt?”. To było, oczywiście, zabawne, ale pomyślałam „odrobił tę lekcję”. A niedawno w zaprzyjaźnionej przychodni urządzaliśmy bawialnię dla dzieci. I Jasio zaangażował się tam w pomoc, oddał swoje samochody. Byłam z niego dumna. I to bardzo.

A.L.: Naszej córce od maleńkości wpajamy, że trzeba dzielić się z innymi dziećmi. Czytałam porady psychologów, że jeżeli dziecko nie chce czegoś oddać, to niech nie oddaje. Więc pytam: To skąd ma wiedzieć, że dobrze jest się dzielić i że to ogromna nauka na kolejne lata? Klara jest w stanie oddać innym dzieciom wszystko. Dlatego jestem spokojna o to, jak przyjmie siostrzyczkę lub braciszka. Od małego powtarzaliśmy, że nie można myśleć tylko o sobie. Jestem pewna, że będzie fajną starszą siostrą. Chcemy też nauczyć Klarę, żeby szanowała pieniądze, wiedziała, co znaczy praca, że nie możemy spełniać każdego widzimisię.

Anna Lewandowska i Małgorzata Kożuchowska (Fot. Marlena Bielińska / MOVE)

Małgorzata: Pomaganie to dla mnie też rodzaj walki z egoizmem i pychą, które są związane z moim zawodem. Pozwala zobaczyć świat z innej perspektywy. Anna: Co dostaję? Wielką radochę. Czasem myślę, że pomaganie uzależnia. Pozytywnie.

A jak wspierać się w związku? Zwłaszcza w takim, w którym czasem trzeba podporządkować się partnerowi, bo tego wymaga jego praca? Jak zachować w tym równowagę?

A.L.: U nas rzeczywiście życie rodzinne toczy się w rytm piłki nożnej, cały nasz roczny kalendarz. I ja to w pełni akceptuję. Gdyby Robert powiedział: „Aniu, potrzebuję cię przez 24 godziny”, to byłabym przy nim całą dobę. Zawsze oglądam mecze Roberta. Jak nie mogę być na nich osobiście, to jestem pierwszą osobą, do której Robert dzwoni. Gdy wygrywa jego drużyna, cieszymy się razem, choć Robert jest perfekcjonistą, stawia sobie wysoko poprzeczkę, zawsze mu mało [śmiech]. Gdy strzeli jedną bramkę, mówi: „Mogłem drugą”, gdy dwie: „Mogłem trzy”. Kiedy jego drużyna przegrywa, bywa trudno, zwłaszcza jeśli gra w reprezentacji narodowej, której jest kapitanem. Wtedy go słucham. Mówię, że to sport i wiadomo, że nie zawsze mamy wpływ na wszystko, choć bardzo byśmy chcieli. Najważniejsza jest rozmowa. Ona też mnie pomaga. Robert doskonale mnie zna i nigdy nie powiedział, żebym została w domu i przestała pracować. Wie, że byłabym wtedy nieszczęśliwa. Obydwoje rozwijamy swoje kariery i obydwoje dbamy o rodzinę. Dzisiaj my tutaj rozmawiamy, a Robert opiekuje się Klarą. Najfajniejsze są te momenty, gdy wyjeżdżamy we trójkę na wakacje i to jest absolutnie nasz czas.

M.K.: Ja niby uprawiam wolny zawód, ale tak naprawdę jestem ograniczona sztywnymi terminami produkcji filmowych czy telewizyjnych. Kiedy jestem bardziej zajęta, mąż zajmuje się domem i synem. Bardzo to doceniam. Uważam, że związki często gubi nie tylko intensywna praca, lecz także brak wzajemnego docenienia się. Dbam o to, żeby w naszym była równowaga. Kiedy jestem wolniejsza, robię to, co wszystkie żony i matki – gotuję, sprzątam, czytam synkowi bajki, bawię się z nim. I jestem wtedy dla moich chłopaków na sto procent, bo liczy się jakość wspólnie spędzanego czasu. Nigdy nie podejmuję zawodowych decyzji bez konsultacji z mężem. Staram się rzadko wyjeżdżać, nie pracować w niedzielę, mieć święta dla rodziny.

Teraz panie pomagają innym. Mogą, chcą. Może dlatego, że ktoś kiedyś wam pomógł?

A.L.: O tak. Nie mieliśmy z bratem najłatwiejszego dzieciństwa. Kiedy zostaliśmy sami, mamie trudno było utrzymać dom, mnie i brata. Mieszkaliśmy wtedy w Podkowie Leśnej, miałam 11 lat. Byłam córeczką tatusia, więc cierpiałam podwójnie. Całe szczęście, że zaczęłam trenować karate. W dodatku za darmo. Myślę, że sport mnie uratował. Ale pieniędzy brakowało na wszystko. Mówiłam koleżankom, że nie pojadę z nimi do kina, bo nie mam za co kupić biletu. Nikt się ode mnie nie odwracał z tego powodu. To był ciężki czas. I wtedy bardzo nam pomógł brat mamy. Wyremontował nasz niewykończony dom, opiekował się naszą trójką. Pomagali nam też przyjaciele mamy: podwieźli gdzieś, wspierali, byli z nami i to było bezcenne. Czuliśmy, że nie jesteśmy sami. Potem mama wyszła na prostą, ale ta pierwsza pomoc była bardzo ważna.

M.K.: Do mnie też ktoś wyciągnął rękę w potrzebie. To była taka historia: wracałam do domu po zajęciach w szkole teatralnej, wieczorem, i nagle drogę zajechał mi samochód. Potem dwóch mężczyzn usiłowało mnie do niego wciągnąć. Broniłam się, próbowałam się wyrwać. I nagle puścili mnie, uciekli. Co się okazało? Kierowca przejeżdżającego obok samochodu zauważył, że coś jest nie tak, zatrzymał się i spłoszył napastników. Po prostu uratował mi życie. Po dziś dzień jestem wdzięczna, że kiedy zauważył, co się dzieje, nie przestraszył się, nie uciekł i pomógł mi. Bo żeby pomagać, trzeba mieć odwagę. Chyba właśnie wtedy, w tamtej sytuacji postanowiłam, że też będę pomagać, reagować. Że potraktuję mój zawód trochę jak misję, i że chcę się za to swoje ocalenie odwdzięczyć, że zostałam uratowana po coś. I tak robię, jeśli nie mogę gdzieś być, osobiście wziąć udziału w jakiejś akcji charytatywnej, to wysyłam rzeczy na aukcję czy loterię. Czasem czytam, jak się śmieją ze mnie i nazywają Matką Boską Kożuchowską. Niech się śmieją, pomaganie to nie ujma czy wstyd.

A na czym według was polega idea pomagania i jak pomagać skutecznie? Czasami to trudne…

M.K.: Moim zdaniem pomaganie polega przede wszystkim na poznaniu potrzeb tych, do których chcemy dotrzeć z pomocą, co często wcale nie jest takie proste i oczywiste, ponieważ ludzie wstydzą się prosić. Pamiętam, że kilka lat temu przez swoją znajomą poznałam Tadka – niezwykłego niepełnosprawnego pana na wózku inwalidzkim, mieszkającego od dziecka w domu opieki społecznej. Był całkowicie zdany na pomoc innych ludzi, lekko ruszał tylko palcami jednej dłoni, na tyle, by uruchomić wózek, miał malutki pokoik, a zawsze był uśmiechnięty i tą swoją radością zarażał innych. Nigdy o nic nie prosił. Musiałyśmy odgadywać lub wyciągać z niego marzenia. Okazało się, że cały rok czeka na letni wyjazd do sanatorium, bo to jedyna odmiana w monotonii codziennego życia, tam regenerował zdrowie i nabierał sił. Co roku pomagałyśmy organizować i finansować to sanatorium. Póki żył. Pod koniec życia spełniłyśmy jego największe skryte marzenie – wyjazd do Rzymu. Cieszę się, że zaufał mi i zdradził, jak można mu pomóc.

A.L.: Bywa, że ci, którzy pomagają, są introwertykami i nie chcą o tym mówić. I dobrze, bo szczera chęć pomocy powinna wypływać z serca. Ale z drugiej strony – jak ktoś ma potrzebę mówienia, że pomaga, to niech tak robi. Może to zainspiruje innych. Chciałabym, żeby pomaganie było cool, żeby uczynić z tego pewną dobrą i pozytywną modę. Wokół nas znajdują się ludzie potrzebujący, także młodzi. Jak mówią badania, dzisiaj na dziesięcioro nastolatków dwoje ma myśli samobójcze. Pomoc nie musi być tylko materialna. Liczy się rozmowa, przytulenie, potrzymanie za rękę, czasem wrzucenie informacji na Instagram. Uważam, że osoby publiczne powinny pomagać. Raz – że dysponują większymi możliwościami dotarcia do ludzi, a dwa – że nikt z nas nie wie, co kogo może spotkać. A człowiekiem jest się zawsze, bez względu na wszystko. I każdy może coś zrobić, choć całego świata nie uratujemy. Wystarczy zacząć. Gorąco do tego wszystkich zawsze zachęcam.

Anna Lewandowska (fot. Marlena Bielińska / MOVE)

Mnie też ktoś kiedyś pomógł. Nie mieliśmy z bratem najłatwiejszego dzieciństwa. Mamie trudno było utrzymać dom, to był ciężki czas. Ale opiekował się nami brat mamy, przyjaciele. Czuliśmy, że nie jesteśmy sami”

Wzorujecie się na kimś? Kto jest waszym ideałem filantropii?

A.L.: Obserwuję od dawna działania Billa Gatesa, miliardera, który mawia, że boi się tylko jednego – że jego mózg przestanie funkcjonować. Gates stworzył fundację, na którą przeznacza pięć miliardów złotych rocznie. Fundacja zajmuje się walką z chorobami nękającymi Trzeci Świat, dostarczaniem wyżywienia, czyli zapewnieniem ludziom w Afryce zupełnie podstawowych warunków do życia. Podziwiam też Annę Dymną, ma niespożytą energię do niesienia pomocy i mnóstwo pomysłów na wspieranie podopiecznych swojej Fundacji „Mimo Wszystko”. To bardzo inspirujące.

M.K.: Podziwiam osoby, które dorobiły się fortun i nie zamykają się w swoim hermetycznym świecie, tylko czują potrzebę dzielenia się tym, co mają. To jest absolutnie godne docenienia. Natomiast niesamowite są też historie ludzi, którzy mimo niełatwych okoliczności, w jakich się znaleźli, odnajdują siłę, by podać rękę innym. Takim niekwestionowanym autorytetem jest dla mnie Ewa Błaszczyk.

A.L.: To prawda. Polecam zresztą wywiad z panią Ewą na moim blogu w cyklu „Sztuki walki”.

M.K.: Niesamowita osoba. Potrafiła swoje nieszczęście przekuć w siłę. Stworzyła klinikę Budzik, która jest ewenementem na skalę nie tylko Polski, ale i Europy, poruszyła niebo i ziemię i ma nieprawdopodobne wyniki. Dla mnie jest inspiracją i przykładem tego, że nigdy nie wolno się poddawać. Drugim moim autorytetem jest kardynał Konrad Krajewski, jałmużnik papieski. Poznałam go dziesięć lat temu. Pracował z Janem Pawłem II, teraz pracuje z Franciszkiem. Od lat pomaga bezdomnym na ulicach Rzymu, także Polakom – przygotowuje i rozdaje kanapki, organizuje wigilie, oddał uchodźcom swoje skromne mieszkanie. Przekonał papieża do tego, żeby zbudować prysznice w krużgankach watykańskich, gdzie bezdomni mogą się umyć, dostać czystą bieliznę, a ostatnio z jego inicjatywy otwarto watykańską noclegownię dla bezdomnych. Swoimi działaniami przywraca tym ludziom godność i przypomina nam, czym powinno być pomaganie.

Rozmawiamy przy okazji akcji „Zwierciadła”, w której chodzi o wsparcie Centrum Zdrowia Dziecka. Obie jesteście zaangażowane w pomaganie pacjentom tego szpitala. Dlaczego właśnie Centrum?

A.L.: Wcześniej pomagaliśmy z mężem pojedynczym dzieciom, ale pojawiało się coraz więcej próśb. Stwierdziliśmy więc, że przeznaczymy większą sumę na jeden duży cel związany z dziećmi. Wybraliśmy CZD dlatego, że tu leczone są dzieci z całej Polski.

M.K.: Z CZD związana jestem poprzez fundacje, w których działam od lat. Mam na myśli Fundację „Mam Marzenie”, której jestem ambasadorką, oraz Nasze Dzieci, założoną przez Ewę Gorzelak. Pamiętam jak dawno temu, w trakcie zdjęć do „M jak miłość”, spotkałam Ewę, która opowiedziała mi o swoim chorym na raka synku uratowanym przez lekarzy CZD i o tym, że w dowód wdzięczności założyła fundację. Zaangażowałam się w zorganizowaną przez nią zbiórkę pieniędzy na plac zabaw przy Centrum, bo to bardzo ważne, żeby dzieci miały w szpitalu zajęcia, które pomogą im zapomnieć o chorobie. Często też poprzez naszą fundację spełniamy marzenia małych pacjentów CZD.

Obie jesteście mamami. Czy to miało wpływ na to, że działacie właśnie na rzecz CZD?

A.L.: O zaangażowaniu się w pomoc CZD zdecydowaliśmy rzeczywiście, gdy córeczka była już na świecie. Ale nie dlatego, że ona nas zmieniła, bo pomagaliśmy też przed jej narodzinami. Pamiętam pierwszą wizytę w dziecięcym szpitalu na oddziale onkologicznym, jeszcze w czasach narzeczeństwa. Robert, znając moje reakcje, radził, żebym nie wchodziła na oddział. Bardzo tę wizytę przeżyłam, byłam zdruzgotana tym, że dzieci tak cierpią. Potem, chwilę po urodzeniu Klary, też byliśmy z Robertem na tym oddziale. Rodzice jednego z dzieci poprosili nas o rozmowę, ale się popłakali. Ja też pękłam, nie byłam na taki ogrom nieszczęścia przygotowana. Ale z każdą następną wizytą radziłam sobie lepiej. Teraz już wiem, że dzieciom trzeba dać dobrą energię, a nie płakać. Jesteśmy z Robertem w stałym kontakcie z CZD, organizujemy tu różne akcje, odwiedzamy dzieci. Widzimy, że to dla nich i szpitala ważne. Pamiętam odwiedziny u ciężko chorego Tymka, który jako zapalony piłkarz koniecznie chciał poznać Roberta. Powiedział, że ma taki plan, że jak wyzdrowieje, to będzie grał w piłkę. Dowiedzieliśmy się po jakimś czasie, że rzeczywiście wyzdrowiał! Jacy byliśmy wtedy szczęśliwi!

M.K.: Kiedy Jaś miał dwa miesiące, odwiedziłam dzieci na oddziale onkologicznym w Centrum Zdrowia Dziecka. To było spotkanie świąteczne, przygotowałam dla nich prezenty, a ten dzień zapamiętam do końca życia. Po raz pierwszy byłam w CZD jako mama. To było dla mnie wstrząsające przeżycie, bo na oddziale są też malutkie dzieci w wieku mojego synka. To takie chwile, gdy głos ci odbiera i bardzo trudno opanować łzy. Widzisz dzieci wymęczone chorobą, cierpienie, którego nie umiesz sobie wytłumaczyć. Mówisz, że wszystko będzie dobrze, ale tego nie wiesz. Trzeba wierzyć, modlić się, żeby tak było. Wiem, że sens takiej wizyty to niesienie wsparcia, uśmiechu, nadziei i odwrócenie choć na chwilę uwagi od choroby. To wielka lekcja. Uświadamiamy sobie wtedy, jakie mamy szczęście, i jednocześnie, jak często przechodzimy do porządku dziennego nad czymś, co dla innych jest największym marzeniem.

Małgorzata Kożuchowska (fot. Marlena Bielińska / MOVE)

„Moim zdaniem pomaganie polega przede wszystkim na poznaniu potrzeb tych, do których chcemy dotrzeć z pomocą. Co często nie jest takie proste i oczywiste, ponieważ ludzie wstydzą się prosić”

Jest taka słynna modlitwa Świętego Franciszka. Czytamy w niej, że „dając, dostajemy”. Co wy, dając, dostajecie?

M.K.: Gdy widzę, że to, co robię, przynosi efekty, jestem po prostu szczęśliwa. Pomaganie to dla mnie też rodzaj walki z egoizmem czy pychą, które są związane z moim zawodem. Czasem łapię się na tym, że wszystko kręci się wokół moich projektów i moich spraw. A praca w fundacji i własna rodzina pomagają mi z tego kręgu wyjść i zobaczyć świat z innej perspektywy.

A.L.: Co dostaję? Wielką radochę. Ktoś opowiadał mi, że komuś pomógł, a potem nieoczekiwanie spotkało go coś miłego, czego się nie spodziewał. Dobro zawsze wraca, jestem o tym przekonana. Jak zasmakuje się sprawiania ludziom radości, to już nie można przestać. Czasem myślę, że pomaganie uzależnia. Ale to pozytywne uzależnienie.

M.K.: Zgadzam się z tobą, właśnie tak jest. Dzięki pomaganiu małymi kroczkami można uczynić świat lepszym.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>