Aplikacje randkowe – czy miłość z Internetu to przyszłość?

Najtrudniejsze na pierwszej prawdziwej randce jest to, że trzeba się otworzyć przed totalnie obcym człowiekiem. Że nie wiadomo, jak ten ktoś się zachowa. (Ilustracja: Piotr Kowalczyk)
Najtrudniejsze na pierwszej prawdziwej randce jest to, że trzeba się otworzyć przed totalnie obcym człowiekiem. Że nie wiadomo, jak ten ktoś się zachowa. (Ilustracja: Piotr Kowalczyk)

Aplikacje randkowe kojarzą coraz więcej par na całym świecie. Czy Internet pomaga, czy przeszkadza w nawiązywaniu głębszych relacji? A może je bezpowrotnie zmienia? Czym taka miłość różni się od tej tradycyjnej? I wreszcie – czy to przyszłość?

 

Miłość internetowa – bez romantyzmu?

Bogna, lat 38, romanistka, rozwiedziona, pracuje na uniwersytecie, ma dorastającego syna: – Jakie szanse na poznanie mężczyzny ma kobieta pracująca w babskim gronie, a po pracy pędząca do dziecka? Żadne. Nawet jak rozglądałam się czasem za mężczyznami, to widziałam samych zajętych albo egoistów. Pomyślałam: „Co będę kombinować, jestem samodzielną matką i niech tak zostanie”.

Któregoś wieczoru weszła na portal randkowy. Tak dla hecy. W życiu nie myślała, że portal to dobry pomysł na szukanie partnera, nie ma takiej opcji. Teraz takie myślenie ją śmieszy. Ale wtedy traktowała Internet jak gazetę i sklep w jednym. No a miłości nie szuka się przecież w sklepie. Tego wieczoru jednak odpowiedziała na kilkadziesiąt pytań dotyczących wyglądu, wykształcenia, poglądów, pasji, palenia, picia, posiadania dzieci. Uff, niech im będzie, odfajkowane. Portal szczycił się tym, że dzięki wyczerpującej ankiecie i stworzonemu na tej podstawie profilowi psychologicznemu kojarzy ze sobą odpowiednich ludzi. Akurat. Nie dowierzała.

– Jak już zrobiłam taki wysiłek, to pomyślałam: „Czemu nie potraktować tej przygody bardziej serio? Nie udało mi się znaleźć bratniej duszy w realu, to może znajdę w Internecie?”. Jedno wiedziałam: nie piszę się na żadne sex friends, średnio wierzę w taki układ. To ma być ktoś do rozmowy, przytulenia się, do seksu, oczywiście, także, ale jak już przyjdzie miłość.

Większość panów stroszyła piórka już na fotkach: prezentowali się w wypasionych samochodach, na tle znanych zabytków, w markowych ubraniach. Tych odrzucała na wstępie. Inni sprytnie się kamuflowali: bejsbolówka ukrywała łysinę, odpowiednie ujęcia dodawały wzrostu albo ujmowały tuszy. W ciągu pierwszego roku spotkała się z trzema.

– No cóż, nigdy nie było wielkiego wow. Tego brakowało mi w internetowych początkach. Romantyzmu. Każde spotkanie to był dla mnie stres, lęk przed rozczarowaniem oraz przed tym, jak zostanę oceniona. Teraz myślę, że brak tego wow na początku nie jest taki zły. Bo przychodzi później jako efekt poznawania się, a nie przyczyna.

Z pierwszym chłopakiem, Ernestem, była rok. Nie wyszło. Może dlatego, że w ankiecie napisała: nie ma znaczenia, ile dzieli nas kilometrów, czy ktoś wierzy, czy nie, z jakiej rodziny pochodzi. Ernest mieszkał na drugim końcu Polski, był buddystą neofitą, pochodził z bogatej rodziny. Okazało się, że dzieli ich zbyt dużo.

– Rozstaliśmy się w miłej atmosferze, co nie świadczy o wysokiej temperaturze związku – śmieje się Bogna. – Ale dzięki temu doświadczeniu byłam mądrzejsza.

Za drugim razem uściśliła wymagania: wyższe wykształcenie, z jej miasta lub okolic, niewierzący, o lewicowych poglądach, powinien czytać i chodzić do kina.

– Paweł miał imponujący profil, pięknie pisał, ale byłam sceptyczna. Że za bardzo się stara. Za serio. Teraz inaczej to wszystko czytam. Paweł jest uderzająco uczciwy, nie ściemnia, no a poza tym to ścisły umysł. Ujął mnie tym, że napisał: „Nie szukam związku z określoną datą ważności, zależy mi, żeby z kimś BYĆ, nawet jeśli to będzie tylko przygoda”. A jednocześnie był jak z kosmosu: inżynier od budowy dróg i mostów, koleś w kasku i kamizelce! Długo się bujaliśmy, żadne nie chciało zrobić kroku dalej. Dla mnie to była jednak komfortowa sytuacja. Miałam dużo czasu, żeby poprzyglądać się jemu, sobie, nam razem. Ma fajną, akceptującą mamę, czytamy te same książki, lubimy podobne kino, mamy lewicowe poglądy. Po siedmiu tygodniach Paweł rozłożył mnie kompletnie pytaniem: „Czy możemy czulej się pożegnać?”. Trzy lata temu zamieszkaliśmy razem. Ma świetną relację z moim synem. Cieszę się, że jest nam super, i zupełnie nie zaprzątam sobie głowy tym, czy to związek na całe życie.

Bogna mówi, że zgodziła się na rozmowę z dwóch powodów: żeby obalić mity narosłe wokół związków z aplikacji. I żeby zaapelować do kobiet o rozwagę. Mężczyzn atrakcyjnych, na poziomie, wolnych jest jak na lekarstwo. Wielu już na wstępie pisze bez ogródek: „Mam żonę, ale nic nas nie łączy”. Kobiety w necie, jak to Bogna określa, szybko się przeterminowują. Termin przydatności mężczyzn jest dużo dłuższy – mówi sarkastycznie. Ale – zauważa – i to się powoli zmienia. Bogna zwraca uwagę na wybór portalu – są dla ludzi o poglądach konserwatywnych, lewicowych, dla tych szukających otwartych związków.

– Warto przyłożyć się do ankiety, w moim przypadku miało to ogromne znaczenie. Gdy za drugim razem sprecyzowałam wymagania, oszczędziłam sobie wielu rozczarowań. Wypełnianie ankiety okazało się ciekawym doświadczeniem. Rzadko kiedy człowiek zastanawia się nad sobą, o co mu chodzi i kogo chciałby mieć za partnera. W ankiecie musi to przemyśleć. Oczywiście, są ludzie udający kogoś innego, są oszuści. Ale czy nie ma ich w realu? Gdy poznajemy kogoś u cioci na imieninach, oceniamy go po wyglądzie, elokwencji, liczą się jeszcze feromony. To wszystko może rozpalić ogień, który jednak równie szybko może zgasnąć. Bo nie wzięliśmy pod uwagę różnic. Teoretycznie w realu są uczciwe zasady gry: zakochujemy się w prawdziwym tembrze głosu, co jest romantyczne. Ale w tym momencie nie mamy tego, co dostajemy na wstępie w aplikacji – istotnych danych o tej osobie: jaki ma stosunek do religii, rządu, dzieci. Co jest ważniejsze?

Bogna przestrzega, że w Internecie trzeba uzbroić się w cierpliwość. Bycie aktywnym na portalach randkowych to ciężka praca, pełna upokorzeń. 90 procent jej potencjalnych narzeczonych to pomyłka. Spotykając się z kimś takim, czuła się jak… kobieta na sprzedaż! Różowo nie jest. Zanim pozna się kogoś, kto rokuje, trzeba czytać ewidentnie naciągane profile, dawać odpór jawnym mizoginom, od których roi się na takich portalach. To oczywisty ich minus. Wiele razy była bliska rezygnacji. Potem potraktowała aktywność na portalu jako niezłą lekcję o narodowej mentalności, kulturze.

– W sumie to dla mnie pouczające doświadczenie. I owocne. Długo wstydziłam się przyznawać, gdzie się poznaliśmy. Paweł nigdy nie miał z tym problemu, więc ja też w końcu przestałam. Na miłość nie ma mądrych, więc nie będę się mądrzyć. Mój przykład pokazuje, że związek z mężczyzną, którego znałam od dziecka, się nie sprawdził, a ten z Internetu ma się dobrze. Miłość internetowa jest możliwa.

Miłość z Internetu otwiera możliwości

Michał (lat 28, programista) – przystojny brunet z modnym kilkudniowym zarostem. Zaprasza mnie do mieszkania. Uprzedza, że jego dziewczyna (Marta, równolatka, zgrabna blondynka, urzędniczka) ma problem z mówieniem komuś obcemu o ich związku, ale będzie nam towarzyszyć. Obydwoje to tak zwane słoiki: on spod Rzeszowa, ona ze Szczecinka. Do Warszawy przyjechali za pracą. Podobnie jak wielu znajomych.

– Nagle zobaczyłem, że wokół mnie są same pary. Plus ja – śmieje się Michał. – W końcu przestałem chodzić na imprezy, jeździć z nimi na urlopy. W pracy było podobnie: sami faceci, zajęte kobiety albo nie dla mnie.

– Może byłeś zbyt wymagający? – pytam.

– Jedynym moim wymaganiem było to, żeby się zakochać. Nie chciałbym być z kimś tylko dlatego, żeby nie być samemu. To słabe.

– Czyli idealista?

– Raczej realista. Obserwuję różne pary i nie są to budujące przykłady związków. Ludzie kłócą się, zdradzają, ale trwają razem. Prawdę mówiąc, wolałbym być sam. Dlatego nie szukałem na siłę. A poza tym jestem nieśmiały, mało przebojowy, w towarzystwie nie umiem zagadać, zbajerować.

Im bardziej zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę, tym bardziej zamykał się przed ludźmi. Czasem wychodził z kolegą z pracy na piwo. I kiedyś ten kolega przyznał, że poznał swoją żonę przez Internet. Co więcej – że wszystkie dziewczyny poznawał w ten sposób. „Nie ma się czym stresować” – rzucił w odpowiedzi na Michała wątpliwości. Michał wcześniej nie brał pod uwagę takiej formy zawierania znajomości, ale kolega wzbudził jego ciekawość. „Co mi tam, spróbuję”, pomyślał. Założył konto, doładował na pół roku. I czekał. Kolega po kilku miesiącach pyta: „No i co?”. „Nic”. „Jak to nic!”. Obejrzał profil Michała i się roześmiał: „Bez zdjęcia, z takimi informacjami o sobie nie masz szans. Daj, to ci pokażę”. I zademonstrował Michałowi, jak to się robi.

– Wyrzuciłem, oczywiście, potem te jego bajery. Obrałem inną taktykę. Bo wcześniej liczyłem trochę na cud. Potem zrozumiałem, że sukces zależy od tego, jak się zaprezentuję. O tym, co napisać, myślałem cały dzień. Przyłożyłem się. Postawiłem na szczerość. Wrzuciłem trzy zdjęcia, jedno było robione po maratonie, ale wyciąłem medal, żeby nie było, że się przechwalam.

Michał nie lubi owijać w bawełnę, więc od razu wychodził z propozycją spotkań. W sumie – w ciągu roku – spotkał się z kilkudziesięcioma dziewczynami.

– Oczywiście, trochę się stresowałem, ale przede wszystkim byłem ciekawy, kogo zobaczę. Nie pomagało mi to, że jestem mało wylewny, że nie umiem gadać o niczym i udawać, że potrafię być bardziej atrakcyjny, niż jestem. Ze zdziwieniem odkryłem, jak dużo fajnych dziewczyn szuka faceta w Internecie! Bo obawiałem się, że będą tam tylko te z problemami. Owszem, takie poznałem, ale więcej spotkałem tych successful. Na przykład adwokatkę, trzy lata starszą, megaprzebojową. Nawet mi się podobała, ale ja jej chyba mniej, bo na kolejne spotkanie po prostu nie przyszła. Była też fajna studentka medycyny. Spoko dziewczyna, ale też nam się nie kleiło. Odrzucałem i byłem odrzucany. Któregoś dnia zobaczyłem Martę. Ze zdjęcia – dla mnie zdjęcia były dość istotne – patrzyła fajna dziewczyna. Pamiętam dwie informacje, które napisała o sobie: że ważne jest dla niej małżeństwo i że jeździ na snowboardzie. Pierwsza informacja mnie wystraszyła, druga wpędziła w kompleksy, bo na snowboardzie nie jeżdżę. Ale poszedłem za ciosem.

Marta: – To Michał pierwszy do mnie napisał, wymieniliśmy dwie wiadomości i się spotkaliśmy. Był jedyną osobą z netu, z którą się umówiłam. Wcześniej zadzwonił, żeby potwierdzić spotkanie, co mnie ujęło.

Pamiętają ten dzień dokładnie: Było popołudnie 4 listopada, deszcz, zimno. Michałowi w ogóle nie chciało się jechać. Ale ma zasadę, że dotrzymuje słowa. Pojawił się przed czasem, żeby zająć stolik w kawiarni. Marta przyszła punktualnie. Pierwsza myśl Michała: „Jest wyższa ode mnie”. Jej myśl: „Fajny, ale dobrze, że wokół jest dużo ludzi”.

Michał: – Marta tym się różniła od innych dziewczyn, że mało mówiła. Więc cały czas to ja się produkowałem. Ja, który nie lubię dużo gadać! A ona z kamienną twarzą pisała SMS-y. Było mi głupio spytać, czy się nudzi.

Marta: – Odpisywałam mojej starszej siostrze, która denerwowała się bardziej niż ja. Michał potem przyznał: „Musi coś być z nią nie tak, skoro siostra ją kontroluje”. Zbierał u mnie punkty od początku. Po tej pierwszej randce odprowadził mnie do domu. A to był kawał drogi, z centrum na Ochotę.

Michał: – Najśmieszniejsze było to, że drugi raz zaprosiłem Martę na film „Kobieta, która odeszła” Lava Diaza. Cztero-godzinne slow cinema. Poleciła mi go kuzynka, która interesuje się kinem. Powiedziała półżartem: „Jak dziewczyna wytrzyma ten film, to znaczy, że rokuje”.

Wytrzymała. Teraz sama ciągnie go na tego typu filmy.

– Co jest trudnego w takiej formie poznawania się? – pytam.

Dla Michała – że trzeba się otworzyć przed totalnie obcym człowiekiem. Że nie wiadomo, jak ten ktoś się zachowa. On kilka razy czekał w umówionym miejscu bez skutku. To frustrujące.

– Na początku, kiedy przeglądałem oferty, miałem wrażenie, jakbym w sklepie wybierał towar. Długo było mi trudno to handlowe skojarzenie przełamać. Niefajne są też te wszystkie, skądinąd konieczne, filtry: Piszę, że szukam blondynki o niebieskich oczach, lubiącej kino, i tym samym odrzucam z błahych powodów superdziewczyny. Marta też nie mieściła się w moim filtrze, bo ma brązowe oczy i nie interesowała się kinem. Minusem jest też to, że można szukać bez końca. Bo, a nuż, znajdzie się ktoś ciekawszy. To pułapka.

Marta: – Dla mnie supertrudne było przełamanie się, żeby w ogóle się zapisać. Miałam szczęście. Michał zauroczył mnie po pierwszym spotkaniu. Więcej na portal nie weszłam.

Obydwoje chętniej mówią o zaletach portali randkowych. Zwłaszcza o tym, że gdyby nie Internet, nigdy by się na siebie nie natknęli. Podkreślają, że portal wymusił na nich określenie swoich preferencji. Marta śmieje się, że wcześniej do końca nie wiedziała, kogo szuka. Michał zauważa, że nie można mieć zbyt dużych nadziei względem tego narzędzia. Nie zagwarantuje, że poznamy miłość życia, ale otwiera takie możliwości.

– Ludzie decydują się na byle jakie związki z lęku przed samotnością, wolą to niż szukanie kogoś przez Internet. Oczywiście, na portalach też wchodzi się w słabe związki, ale mam wrażenie, że tu więcej osób nie godzi się na niesatysfakcjonującą relację. Nasze rodziny mówią, że oboje jesteśmy do siebie podobni. I coś w tym jest. Dostrzegam w Marcie cechy, których w sobie nie lubię – śmieje się Michał.

Marta wyraźnie zaciekawiona: – O, pierwsze słyszę! Co to takiego?

Michał: – Ciężko ci się zebrać, masz słomiany zapał. Ja też tak mam. Myślę, że jesteśmy dobrą parą. Jak się rozglądam po znajomych, to nieskromnie powiem, że najlepszą. Ponieważ Marta zaznaczyła, że małżeństwo jest dla niej ważne, więc bez dwóch zdań ślub weźmiemy. Tylko bez wesela.

– O tak, o weselu nie ma mowy – potwierdza Marta.

– No widzisz, jak się zgadzamy? Ale nie pisz, że to dzięki temu, że poznaliśmy się przez Internet. To w ogóle nie ma znaczenia.

Do niedawna pary z Internetu, na pytanie, jak się poznali, kluczyły, tak jakby ten fakt przynosił ujmę. Dziś to już nie jest wstydliwa sprawa. (Ilustracja: Piotr Kowalczyk)
Do niedawna pary z Internetu, na pytanie, jak się poznali, kluczyły, tak jakby ten fakt przynosił ujmę. Dziś to już nie jest wstydliwa sprawa. (Ilustracja: Piotr Kowalczyk)

Tinder – emocje na maksa

Ewa, lat 50, najogólniej: artystka. Ma dwie dorosłe córki, duży, nowoczesny dom pod Warszawą i godną pozazdroszczenia pewność siebie. Ta pewność to rzecz nabyta. Całkiem niedawno. Ewa potrafi określić, kiedy dokładnie. Po rozwodzie (ze znanym artystą). I dzięki Tinderowi.

– Nie wiesz, z czym to się je? To ci pokażę. Mam jeszcze konto, choć od kilku miesięcy nie korzystam.

Wyciąga najnowszy model iPhone’a i demonstruje: – Wybierasz, czy szukasz dziewczyn, czy chłopaków. O, zobacz, ilu ich w pobliżu (zaznaczyła, że interesują ją mężczyźni w promieniu 30 km). Zdjęcia są na pierwszym planie. Krótka piłka: jak się ktoś nie podoba, przesuwamy w lewo, jak wydaje się interesujący – w prawo. O, kończymy, bo zaraz ktoś może mnie wypatrzyć.

Ewa ma zasadę: jak jest z kimś, to zero Tindera. A od trzech miesięcy jest z Maćkiem. Było tak: Wróciła do domu po kilkunastu dniach ciężkiej harówki na planie. W domu dudniła pustka. Otworzyła butelkę wina, weszła na Tindera, a tu propozycja: „Przyjedź do mnie, posłuchamy Bacha”. Nie mam siły, ty do mnie wpadnij. Przegadali całą noc. Kilka dni potem Maciek wprowadził się do niej. Osiem lat młodszy. Ewa nie ukrywa na Tinderze swojego wieku, ale też wymagań: on ma być młodszy.

– Większość moich dawnych znajomych mężczyzn jest po rozwodzie. I wszyscy, dokładnie wszyscy, mają teraz dużo młodsze kobiety, część – któreś z kolei. Dlaczego facetom wolno, a nam nie? No powiedz. Na początku miałam zaznaczony wyższy przedział wiekowy. Ale moi rówieśnicy i starsi wkurzali mnie, bo tylko narzekali, jakie to straszne życie mają ze swoimi żonami.

– Umawiałaś się z żonatymi?

– Mało mnie interesowało życie rodzinne facetów, bo umawiałam się tylko na seks.

– Tylko?

– Na początku tak, byłam wolna, co w tym złego? Psychoterapeuta powiedział mi później, że chciałam w ten sposób potwierdzić swoją atrakcyjność, odbudować poczucie własnej wartości zniszczone po latach zdradzania mnie przez męża, wysłuchiwania, jaka jestem do niczego.

– Czyli robiłaś innym kobietom to, co robił ci mąż.

– Nie zawsze wiedziałam na wstępie, z kim mam do czynienia. Nie oczekiwałam miłości po grób, ale uczciwości – ktoś może się ze mną spotykać na seks, nic więcej. Kiedy jednak wypłakiwali mi się w mankiet, że żona ich nie rozumie, kończyłam. Tu nie chodzi o etykę, bo to ich życie, ale to było naprawdę słabe robić za psychoterapeutkę. Dlatego mam dosyć starszych panów.

Ewa zna te stereotypy: kobieta taka jak ona – atrakcyjna, o takim statusie materialnym i zawodowym – nie powinna mieć problemu ze znalezieniem partnera w realu. Ale ona miała. Ćwiczy kiedyś na siłowni i mówi żartem do trenera: „Znajdziesz mi faceta?”. On: „Wystarczy, że pstrykniesz palcem, i większość tu trenujących poleci na ciebie”. Ona: „Myślisz, że któryś z nich zakłada, że jestem sama?”. „Zapewniam cię, że nikt”. „ To co, mam sobie wypisać na czole: weź mnie? Zachowywać się wyzywająco? Zaproponować randkę? Powiedzą, że jakaś nienormalna albo puszczalska”.

Trener uśmiał się strasznie, ale ona uważa, że taka jest prawda: kobiecie w realu trudno zainicjować znajomość bez ryzyka osądzania. A poza tym – skąd ona ma wiedzieć, że ktoś, kogo spotyka na premierach, festiwalach, jest wolny? Wolnych, atrakcyjnych facetów tyle co kot napłakał. Co zatem pozostaje? Jeden biegun to samotność. Drugi – Tinder. Ewa twierdzi, że Tinder jest dzisiaj niezastąpiony. Dla wielu kobiet takich, jaką ona była po rozwodzie: poranionych, zakompleksionych, to terapia. Ona dzieli swoją tinderową aktywność na trzy etapy: kompulsywną, opartą na złudzeniach i świadomą. Na pierwszym etapie dominowała ekscytacja seksem.

– Liczyłam się wtedy tylko ja i moje odczucia. Dałam sobie prawo do satysfakcji, niemyślenia o facecie, tylko o sobie. Bo wcześniej uważałam, że powinnam robić wszystko, żeby mąż czuł się dobrze. Przez ostatnie pięć lat małżeństwa nie sypialiśmy ze sobą, czułam się aseksualna. Po rozwodzie mieszkałam sama w wielkim domu, bo córki studiowały za granicą. Samotność bolała mnie wręcz fizycznie. Były okresy, kiedy codziennie umawiałam się z kimś innym, to wciągało jak narkotyk.

W drugim etapie górę brała nadzieja, że spotka kogoś niezwykłego. Ale poznawała na ogół facetów, których nie chciała więcej widzieć. Czasem ktoś jej się spodobał, było fajnie, ale nagle znikał. Dopadały ją wtedy doły. Od dwóch lat jest na etapie świadomej aktywności w Tinderze. I wie, że tam, tak jak w życiu, cudów nie ma. I, paradoksalnie, właśnie na tym etapie zdarzył się cud, spotkała Maćka. Mają podobne gusta, poglądy, temperamenty. Jest im dobrze. Po prostu.

– Masz do Maćka zaufanie? Nie boisz się, że umawia się z kimś na boku? Bo mówiłaś, że to uzależniające.

– To byłby koniec naszego związku. Pewnie znów szukałabym kogoś na Tinderze. Ale tam są emocje na maksa: pożądanie, ekscytacja, spełnienie, ale też wstyd, upokorzenie, poczucie winy. Nie da się znosić takiego emocjonalnego tygla przez całe życie. Najpiękniejsze są stabilizacja, spokój, pewność, bezpieczeństwo. Tinder to tylko środek do tego celu, a nie cel sam w sobie.