Co znaczą nasze marsze?

Co znaczą nasze marsze?
fot. iStock

Przy dzisiejszym rozwoju techniki i lekcjach wyciągniętych z przeszłości powinniśmy żyć w najlepszym ze światów. A jednak nasza rzeczywistość to wojna w Syrii, kryzys polityczny w kraju i radykalizowanie się poglądów na całym świecie. To rodzi bunt i niezgodę. Tylko czy nasz sprzeciw ma jakieś znaczenie? Psychologa Pawła Droździaka pyta trenerka Renata Mazurowska

Wydawałoby się, że w XXI wieku, kiedy już tyle jako cywilizacja osiągnęliśmy w nauce, wiedzy, kulturze, gdy mamy za sobą ciężkie doświadczenia poprzednich wojen, będziemy naturalnie dążyć do pokoju oraz wyrównywania różnic i szans między ludźmi – tymczasem nastroje i poglądy się radykalizują, świat się dzieli, toczą się wojny, wobec których jesteśmy bezradni… Człowiek dąży do samozagłady?

W psychologii są dwa sposoby rozumienia ludzkiej destrukcyjności. Pierwszy mówi o tym, że destrukcyjne tendencje są wynikiem frustracji, poczucia niskiej wartości, odtwarzaniem traumy, próbą zwrócenia uwagi na własne cierpienie. Drugi sposób rozumienia nie neguje tych mechanizmów, ale mówi też o tym, że istnieje podstawowy destrukcyjny instynkt, i nawet jeśli żadnej frustracji nie będzie, to on i tak się ujawni. Trzeba go po prostu, poprzez wychowanie, jakoś zablokować albo nauczyć człowieka, by go sublimował.

Zmarły niedawno prof. Zygmunt Bauman mówił, że tę nie za piękną prawdę o nas, o części natury człowieka, ukrywa dezodorant, bo pozwala nie czuć, jak naprawdę pachniemy, i odkurzacz, ponieważ daje nam złudzenie, że wszystko można posprzątać.

W chwili, kiedy o tym rozmawiamy, kraj obiegają zdjęcia kibicowskiej pielgrzymki w Częstochowie, a na nich młodzi ludzie z płonącymi racami, niczym na jakimś marszu z lat 30. XX w. Możemy dyskutować, jaki rodzaj frustracji stoi za tym. Czy ktoś tych młodych ludzi nie dostrzegł? Nie zadbał o nich? Nie dał możności znalezienia pracy, zdobycia wykształcenia? Nie docenił…? A może to, że o tych młodych ludzi wystarczająco nie dbano, sprawiło, że nie wdrukowało im się poczucie wstydu? I teraz oni mogą, w sposób zupełnie pozbawiony wstydu, czerpać przyjemność i ekstazę nawet z całkowicie pierwotnych agresywnych zachowań grupowych, które zadbani i wykształceni ludzie też by podjęli, gdyby po prostu nie było im głupio zajmować się czymś takim. Może więc ci kibice, krzyczący, że zrobią niedługo ze wszystkim porządek, mają po prostu dostęp do pewnej perwersyjnej przyjemności, której nas oduczono?

Czyli kultura – coś, na co się umawiamy, że jest społecznie przyjęte albo nie – zakrywa część naszej natury, jak ten dezodorant nasz brzydki zapach?

W latach 30. Zygmunt Freud i Albert Einstein prowadzili ożywioną korespondencję o tym, w jaki sposób można zapobiec wojnie. Einstein domagał się od Freuda, by opracował taki model wychowawczy młodego człowieka, który czyniłby go odpornym na wszelkie destrukcyjne podszepty. Czy da się taki proces wychowawczy zaprojektować? – pytał fizyk. Odpowiedź Freuda była raczej sceptyczna: „Całe życie mówiłem ludziom rzeczy trudne do zaakceptowania. Nie zacznę ich więc na starość oszukiwać”. Który z nich miał rację? Ta kwestia pozostaje cały czas otwarta.

Ale większość z nas ma poczucie, że nastąpiła jakaś eskalacja tej destrukcji. I że czujemy się wobec tego zjawiska bezradni. Czy rzeczywiście świat odwrócił oczy od ginących cywilów w Syrii, jak kiedyś od powstańców płonącej Warszawy, „pozwalając im się wykrwawić”? Czy jesteśmy tak odhumanizowani, że decydują wpływy i finanse wielkich tego świata, a jednostka nie ma znaczenia? I w żaden sposób nie możemy się temu przeciwstawić?

Świat nie odwrócił oczu. Syria to jeden z częściej komentowanych medialnie tematów. Podobnie w mediach społecznościowych. Nieco przykre jest jednak to, jak mało to znaczy w praktyce. Widzimy, komentujemy, współczujemy i nic z tego nie wynika. Współcześnie coraz częściej doświadczamy tej swoistej irytacji, gdy zauważamy daremność naszego protestu i wyrażania uczuć publicznie, na przykład na Facebooku. To nie przekłada się na nic konkretnego, bo brak tu najważniejszego elementu, który mógłby prowadzić do zmiany sytuacji. Brak konkretnej propozycji rozwiązania problemu. Zwykle tak to właśnie wygląda: mamy jakąś sytuację – wojnę, akt terrorystyczny, zatrucie środowiska, głód wywołany kryzysem itd. – i się na to nie godzimy. Wyrażamy więc swoją niezgodę albo za pomocą mediów społecznościowych, albo uczestnicząc w marszu, wywieszając banery w oknie, zakładając flagę na samochód, składając kwiaty. Czyli wyrażamy uczucia. Może mogłoby to zadziałać, gdyby istniał nad nami jakiś obserwator, który by to rejestrował, przejmował się tym i brał pod uwagę, pisząc przyszłość. Problem w tym, że nikogo takiego nie ma, więc nasze sygnały nie mają adresata. Odbiorcami są tylko tacy jak my, którzy – podobnie jak my – nic nie mogą. I tak naprawdę nie mają pomysłu, jak coś zmienić.

A jednak powstają różnego rodzaju misje, organizacje, które usiłują wpływać na lepsze warunki życia tego „dalekiego świata”. Myślisz, że takie działania mogą uspokoić nasz niepokój i dyskomfort, że nie mamy wpływu na nic? Bo jak już nic nie można zrobić, to można chociaż wyruszyć z Berlina w marszu do Aleppo, żeby nie czuć się aż tak bezradnym.

Są ludzie, dla których realne jest właśnie to, co dalekie, a nie to, co bliskie. Jest taki świetny rysunek Raczkowskiego, który to pokazuje. On siedzi za stołem nad gazetą, ona stoi przy zlewie i próbuje odkręcić kran. Ona do niego: „Nie ma wody”. A on do niej znad gazety: „A na Marsie jest”. Dla niego woda na Marsie i kosmiczne podróże, które się przecież nawet jeszcze nie odbywają, są jak najbardziej realne i on to intensywnie przeżywa, natomiast woda w kranie tu i teraz jest dla niego wyłącznie szumem informacyjnym. Czymś, co trzeba szybko zbyć, żeby się zacząć zajmować tym, co ma prawdziwe znaczenie – losami świata, ludzkości, polityką, dziećmi w Syrii i tak dalej. Niektórzy żyją konkretem – sprawami własnych dzieci, krewnych, znajomych; inni abstrakcją. Jean-Jacques Rousseau tworzył skomplikowane teorie wychowania dzieci, a swoich pięcioro oddał do sierocińca, nawet nie pamiętając ich imion. To skrajny przykład, ale kiedy sobie uświadomimy, że mowa o jednym z najważniejszych współczesnych humanistów, łatwo zrozumieć, w czym może być problem. Czym innym miłość do ludzkości, a czym innym do człowieka. Niektórzy mogą funkcjonować w obu tych wymiarach, inni tylko w jednym. Niekoniecznie w tym bliższym.

Ale wróćmy na chwilę do marszów i podobnych gestów…

Myślę, że nie doceniamy wpływu, jaki pewne idee psychoterapii wywierają na kulturę, a wpływ ten jest olbrzymi. W terapii emocje bardzo się liczą. „Nie doradzaj, nie oceniaj, staraj się towarzyszyć i empatyzować” – to wezwanie oczywiście nie jest całokształtem pracy terapeuty, ale tak sobie to kojarzymy i ta idea przekłada się później na naszą wizję świata. Zaczynamy myśleć, że w realnym świecie też to może tak działać. Nie oceniać, nie doradzać, tylko współczuć. Niestety, w sprawach takich jak konflikty bliskowschodnie jest dokładnie odwrotnie. Tu mniej się liczy, czy „jesteśmy z kimś po prostu obecni”, a bardziej to, czy mamy jakiś pomysł, za realizację którego jesteśmy gotowi wziąć odpowiedzialność, firmować go własnym nazwiskiem, podjąć ryzyko jego realizacji. Jeśli nie ma konkretnej osoby z pomysłem na działania, rozwiązania i decyzje, to grupa ożywiona jakąś bliżej nieokreśloną pozytywną myślą, że „tak dalej być nie może”, „to straszne, że giną ludzie” – nie zmierza w żadnym określonym kierunku i po pewnym czasie taki ruch się rozpada. Widzimy to także na przykładzie Polski w ostatnich latach. Przetrwały te inicjatywy, które miały konkretnego, łatwego do zidentyfikowania przywódcę z konkretną wizją wynikającą z konkretnych podstawowych założeń. Reszta, mimo znacznej liczebności i dużego zaangażowania emocji, się rozpadła. I tak jest też z wojną w Syrii – problem zostanie rozwiązany, jeśli pojawi się konkretna osoba z prawdziwą znajomością problemu i sposobem na jego rozwiązanie. Współczucie milionów, choć szlachetne,
jest bezproduktywne.

Jest też taka idea, bliska w kręgach kobiet, które znam, by robić to, co można. Na przykład w najbliższym otoczeniu, podwórku, osiedlu, wiosce, gminie, jeśli się nie ma wpływu na te dalsze kręgi. I żeby to szerzyć wśród innych. Czyli pomagać tym, do których można dotrzeć, bo jak mówisz, wszystkim pomóc się nie da.

Jak już wspomniałem, większe znaczenie od tego, co przeżywamy, ma to, czy mamy jakieś propozycje konkretnych rozwiązań, które by się opierały na rzetelnej wiedzy. Przeciętny człowiek nie ma szans zrozumieć dokładnie bliskowschodniego konfliktu, musiałby poświęcić na to lata studiów. Przeciętny Europejczyk nie wie więc, czego tak naprawdę powinien się domagać od swojego rządu w tej sprawie. Jego odruch współczucia czy przerażenia nie ma więc praktycznego znaczenia, bo na nic się nie przekłada. Co więcej – równie łatwo go wywołać, co i przekierować. Wystarczy odpowiednio budować zdania. Weźmy pojęcia, takie jak „rebeliant”, „terrorysta”, „partyzant”, „rewolucjonista”. Jak się ich rozróżnia? To media decydują, kto jest kim. Język to potęga, szczególnie gdy słuchacz ma serce wielkie, ale wiedzy żadnej. Nasz model świata jest oparty na wyobrażeniu walki dwóch sił – światła i ciemności. Jedni są dobrzy, drudzy źli. Ale tak zbudowane są bajki. W praktyce zawsze jest dużo więcej niż dwie siły i racje każdej z nich są bardzo złożone. Jednak przekaz medialny zawsze dąży do tego, żeby sprowadzić sytuację do tego podstawowego dualizmu, albo przenosi akcent w ten sposób, że dobre są „niewinne ofiary”, a zły jest „świat, który nic nie robi”. Bo ostatecznie chodzi o to, żeby odbiorca poczuł silne emocje. To pozwala utrzymać jego uwagę.

To prawda, media kochają podkręcać emocje, eskalować konflikty, a nawet manipulować obrazem rzeczywistości. Sami nakręcamy tę spiralę nienawiści?

W zasadzie wielka część psychoterapii zajmuje się właśnie tym paradoksem – „wiem, że coś jest dla mnie niedobre, a mimo to właśnie to robię”. Czemu tak się dzieje? Istnieje takie pojęcie jak przymus powtarzania. Powtarzamy to, co się już wiele razy identycznie kończyło, z nadzieją, że mimo identycznych działań tym razem się skończy inaczej. To potężna siła. Istnieje też wiele destrukcyjnych mechanizmów grupowych. Możemy to obserwować na przykładzie globalnego ocieplenia. Wszyscy wiemy, że jest problem i że jedynym rozwiązaniem byłoby się samoograniczyć. Ale ponieważ zakładamy, że inni tego nie zrobią, robienie tego samemu wydaje się nieracjonalne. Rządy mówią: „ograniczymy spalanie węgla, jeśli zrobią to nasi sąsiedzi, bo inaczej poniesiemy większe od nich koszty i przez to ekonomicznie oni zostawią nas w tyle”. Sąsiedzi mówią to samo, więc w efekcie wszyscy zmierzają ku katastrofie. Ta myśl, że dążenie jednostek do zwycięstwa w rywalizacji może się wcale nie sumować w globalny sukces, tylko wywołać globalną katastrofę, jest odwróceniem podstawowej kapitalistycznej idei. Wielu trudno to zaakceptować.

Jak można sobie poradzić z poczuciem bezradności? Wpłaciłam „na Syrię”, namówiłam męża, żeby wpłacił, ale rzeczywiście, mam poczucie, że to nic nie zmienia. Z drugiej strony nierobienie niczego jest 100 razy gorsze od myślenia, że „nic nie można zrobić”.

Na jakimś zupełnie elementarnym poziomie oczywiście ludzie mogą podejmować pewne działania w celu pomocy innym. Rozumiem jednak, że twoje pytanie jest głębsze. Czemu mimo że kopiemy studnie, wciąż tylu pozostaje bez wody? Jest taki fragment „Dzienników” Witolda Gombrowicza, gdzie on opisuje swoje doświadczenie związane z tym problemem. Siedział na wydmach i nagle zauważył żuka, który odwrócił się na grzbiet i nie mógł wydobyć się z piasku. Pomógł mu, ale po chwili zobaczył następnego. Temu też pomógł. Następny. Szedł chwilę przez wydmy, podnosząc kolejne żuki, ale w pewnym momencie wyprostował się i rozejrzał. Zobaczył morskie wybrzeże pełne wydm. Zrozumiał, że nie da rady odwrócić wszystkich żuków, bo jest ich nieskończoność i to uczucie, niemal nieludzkie, próbował czytelnikowi opisać. O pewnych doświadczeniach ciężko jednak teoretyzować.

Zmieniaj to, na co masz wpływ

Rdzenni mieszkańcy Ameryki wierzyli, że uzdrawiając siebie, uzdrawiamy siedem pokoleń wstecz i siedem naprzód. To, jak żyjemy, jakimi emocjami się kierujemy, czy dbamy o środowisko, choćby to najbliższe, z którego korzystamy (nie grabiąc dóbr naturalnych, nie śmiecąc, nie zatruwając, dokonując świadomych i odpowiedzialnych wyborów), ma wpływ na nasze otoczenie, na ludzi, których spotykamy, na dzieci, które wychowujemy. Dlatego pamiętajmy o siedmiu pokoleniach, które nadejdą po nas. Nie trwońmy tego, co otrzymaliśmy po przodkach. Nie zostawiajmy ziemi w gorszym stanie, niż ją zastaliśmy. Nie zostawiajmy relacji w gorszym stanie, niż je zastaliśmy. Pamiętajmy o swoich przodkach i potomnych, cokolwiek robimy, cokolwiek postanawiamy – i o tym, jaki ślad po sobie zostawimy.

Odzyskujemy sprawczość

Odnosząc się do psychoanalitycznej teorii Melanie Klein, można powiedzieć, że w dorastaniu człowieka występują dwie pozycje rozwojowe: schizoidalno-paranoidalna i depresyjna, które można też odnieść do rozwoju społeczeństw. W fazie schizoidalno-paranoidalnej kraj jest bardziej nastawiony na działanie, zwykle w obliczu jakiegoś realnego lub wyobrażonego wroga, w celu redukcji frustracji. Pozycja depresyjna nastawiona jest bardziej na trwanie i rozumienie, z czego różne frustracje wynikają – do niej jako społeczeństwa dążymy. W Polsce poprzednie lata rządów były raczej „depresyjne”, a przez to mogły być odbierane jako bierne. Jednak obecna sytuacja polityczna na świecie – wzrost zagrożenia terrorystycznego, trwające wojny i konflikty – składnia do powrotu do fazy schizoidalno-paranoidalnej. Pojawia się potrzeba władcy, który w zdecydowany sposób wyznacza kierunek działania, ochroni, wyciszy lęki. Tyle tylko że kiedy zaczynamy skupiać się nad tym, jaka ma być ta władza, tracimy własną sprawczość. Trwające w Polsce protesty wynikają z tego, że jako społeczeństwo zaczynamy swoją sprawczość odzyskiwać czy może nawet budować. Zdajemy sobie sprawę, że to my dajemy rządzącym mandat do rządzenia i to my możemy ich tego mandatu pozbawić. Niestety, błąd zarówno obecnej, jak i poprzedniej władzy polega na tym, że nie zauważa sprawczości swoich obywateli. My sami jako społeczeństwo jej nie zauważamy. A przecież dzisiejsze marsze, np. KOD-u, są takim samym wyrazem potrzeby sprawczości, jak dewaluowane protesty pod pałacem prezydenckim w obronie krzyża. Z drugiej strony można w nich także dostrzegać pragnienie, aby władza nas zauważyła. Generalnie, można powiedzieć, że aby sprawczość miała przyjazny grunt dla rozwoju, potrzebne są poczucie bezpieczeństwa i granice (czyli jasno określone zasady gry).

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze