fbpx

Game changer – Cleo Ćwiek o Fundacji „Można zwariować”

Cleo Ćwiek
Cleo Ćwiek, modelka, współzałożycielka Fundacji „Można Zwariować” oraz autorka kampanii społecznej pod tym samym tytułem. (Fot. Łukasz Dziewic/Fundacja Można zwariować)

Osoby z zaburzeniami psychicznymi idą przez życie jak inni, ale mają trochę trudniej. Tak jakby niosły cięższy plecak, miały w nim kilka „nadprogramowych” kamieni – mówi Cleo Ćwiek. Jej Fundacja Można Zwariować chce odczarować to, jak mówimy i myślimy o zdrowiu psychicznym.

Nie zliczę, ile razy w ciągu ubiegłego roku powiedziałam sama do siebie: „Można zwariować!”. Jak w ogóle wpadłaś na pomysł nazwy dla swojej fundacji?
To nie ja na niego wpadłam. Mieliśmy burzę mózgów. Szukaliśmy czegoś, co będzie adekwatne, ale też w pewien sposób przewrotne, bo to, czym się zajmujemy i co chcemy robić, ale też jaka będzie nasza kampania społeczna, narodziło się z niezadowolenia z tego, jak do tej pory wyglądało zajmowanie się tematem osób w kryzysie zdrowia psychicznego. Bardzo długo zastanawialiśmy się nad nazwą, a że mamy w teamie scenarzystę copywritera, to on ostatecznie wpadł na ten pomysł. Wszedł i powiedział: „Wymyśliłem! Podaję nazwę: można zwariować”. Chórem odpowiedzieliśmy: „Tak, to jest to! Genialna nazwa”.

To hasło można odbierać na różne sposoby. Jako przyzwolenie, przy założeniu oczywiście, że słowo „zwariować” jest tu przewrotnym określeniem kryzysu psychicznego, czyli odwołaniem się do tego, jak to słowo funkcjonuje w mowie potocznej. Dajemy więc pewne przyzwolenie na to, co do tej pory społecznie było zamiatane pod dywan.

Można je też rozumieć jako komentarz do tego, że kondycja systemu ochrony zdrowia psychicznego w Polsce jest taka, że można zwariować. Czasem naprawdę trudno uwierzyć w to, że ma to taki format, jaki ma, czyli że psychologów i psychiatrów, ale też środków finansowych jest za mało, więc bezpłatna pomoc dla każdego w potrzebie praktycznie jest niemożliwa.

Game changer - Cleo Ćwiek o Fundacji "Można zwariować"
Członkowie zarządu Fundacji „Można Zwariować”, od lewej: Maciej Jabłoński, Kaja Dobrowolska, Mariusz Mac, Cleo Ćwiek, Wojciech Szczerba, Filip Tułak (zdjęcie sprzed pandemii). (Fot. Łukasz Dziewic/Fundacja Można zwariować)

Mnie mijający rok dostarczał wielu pretekstów i powodów do „zwariowania”, czyli bycia na granicy kryzysu psychicznego, jak świetnie to określasz. Właśnie, jak powinno się dziś mówić o chorobach psychicznych? Jakim językiem? Pytam o to ciebie też dlatego, że sama masz zdiagnozowaną chorobę dwubiegunową. Czy rażą cię określenia „wariat” albo „chory psychicznie” używane w formie żartu? Mieliśmy rok temu kampanię zachęcającą do wzięcia udziału w wyborach, w której znani aktorzy mówili: „Nie świruj, idź na wybory”.
„Wariat” czy „chory psychicznie” nadal jest żartobliwym określeniem na kogoś, kto „gada głupoty”. Nieraz używamy tych słów zbyt pochopnie, nie zważając na to, że mogą ranić. Sama byłam świadkiem, jak na planie zdjęciowym ktoś rzucał: „No, daj spokój, ty jesteś chyba chora psychicznie!”, w formie komentarza, który nie miał w sumie nic wspólnego z tym, co ktoś inny powiedział.

W kręgach bardziej zainteresowanych tematem od strony naukowej czy praktycznej odchodzi się już od mówienia „schizo­frenik” na rzecz mówienia „osoba ze schizofrenią”, nie mówimy „anorektyczka”, ale „osoba z anoreksją”, bo człowieka definiuje o wiele więcej rzeczy niż tylko zdiagnozowane zaburzenie psychiczne. Określenia jak „schizofrenik” czy „anorektyczka” stają się piętnem dla osób, które zmagają się ze swoją chorobą, tak jakby to ona ich jedynie określała. Na przykład ja jestem osobą z chorobą dwubiegunową, ale ponieważ leczenie postępuje bardzo dobrze i można powiedzieć, że choroba jest praktycznie w remisji, w ogóle nie czuję, by mnie określała, poza momentami, kiedy coś się dzieje, czyli kiedy mam zwyżkę lub zniżkę nastroju.

Niedawno zostałam zaproszona do rady w sprawie reformy psychiatrii przy Ogólnopolskim Strajku Kobiet i jestem teraz odpowiedzialna za pracę teamu zajmującego się tematem anty­dyskryminacji. Jednym z aspektów naszej pracy jest właśnie język, który może być dyskryminujący wobec osób chorych psychicznie, a który często jest głęboko zakorzeniony w uzusie. Bierze się to z tego, że przez lata w społeczeństwie panował lęk przed osobami chorującymi psychicznie, podkręcany przez filmy czy książki ukazujące osoby chore jako niebezpieczne dla innych czy niepoczytalne.

Niektórzy mówią, że wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy chorzy psychicznie…
Ale to tak jakby ktoś powiedział, że wszyscy w pewnym stopniu mamy problemy z trawieniem, ale przecież nie wszyscy mamy w związku z tym chorobę wrzodową żołądka. Na diagnozę psychiatryczną składa się występowanie całego zespołu objawów. Jeśli więc mamy kilka objawów, a reszty nie – to nie ma diagnozy. Prawdą jest więc jedynie to, że każdy w mniejszym lub większym stopniu, a także w pewnym okresie życia, może przejawiać JAKIEŚ objawy cechujące zaburzenia psychiczne.

Czy taki jest cel twojej fundacji? Chcesz pokazać, że z chorobą psychiczną można też prowadzić normalne życie? Że można o niej swobodnie rozmawiać? W jednym z wywiadów powiedziałaś, że coraz więcej osób ma teraz depresję, a nikt już nie chce o tym słuchać.
Depresja weszła do powszechnego języka jako słowo na określenie smutku, doła, gorszego nastroju. A to też mija się z celem. Niedługo startujemy z kampanią społeczną, w której chcemy odejść od stygmatyzujących form przedstawiania kryzysu zdrowia psychicznego. Czyli czarno-białych ujęć i dźwięku skrzypiec w tle. Skupiają się one na tym, że jest źle. A to jest dokładnie to, czego nie chcemy robić. Nie żebym miała coś do skrzypiec. Uważam tylko, że niepotrzebnie dramatyzują temat. Nie mówię też, że kryzys psychiczny nie jest dramatyczną sytuacją, często jest wręcz najbardziej dramatyczną, z jaką przychodzi się nam mierzyć w życiu, ale utwierdzanie w takim obrazie nie pomaga ludziom z niego wyjść i mieć nadzieję na przyszłość. Chcieliśmy ruszyć z kampanią w zeszłym roku, ale zatrzymała nas pandemia, z czego się cieszę, bo mogliśmy ją lepiej dopracować. Będzie interaktywna, kumpelska, prosta i – mam nadzieję – zmieniająca nasze spojrzenie. Bardzo bym chciała, by to, co nią rozpoczniemy, nie skończyło się wraz z jej końcem, by udało nam się przekuć ją w coś większego. My chcemy otworzyć dialog społeczny.
Najfajniejszym wzorem dla mnie jest fundacja Rak’n’roll. Kilkanaście lat temu, zanim powstała, mówienie o raku piersi w Polsce było jednym z wielu tabu.

A wtedy dziewczyny z Rak’n’roll zrobiły kampanię o tym, że zbierają pieniądze na cycki, nowe fryzury i dragi!
I to jest świetny sposób, by odczarować temat, przerwać zmowę milczenia wokół jakiegoś problemu. Bo teraz jest tak, że jeśli ktoś jest w kryzysie zdrowia psychicznego, to po pierwsze, nie ma się do kogo zwrócić; po drugie, nie wie, gdzie może znaleźć informację i pomoc; a po trzecie, myśli, że jest w tym sam. Polska jest w ścisłej czołówce państw Unii Europejskiej, jeśli chodzi o liczbę samobójstw dzieci. Nie możemy tego tak zostawić! To da się zaniżyć, inne państwa już to zrobiły, między innymi właśnie otwierając dialog społeczny, który zwiększa uważność ludzi na te sprawy. Dzięki temu tak samo jak dziś podchodzimy do kogoś, kto zasłabł na ulicy, by spytać się, jak mu pomóc, tak samo będziemy mieli większą świadomość, że ktoś właśnie przechodzi atak paniki – i już nie machniemy na to ręką, myśląc: „Jakoś dziwnie się zachowuje, lepiej trzymać się od niego z daleka”.

Chcielibyście, żeby więcej znanych osób mówiło o swoich problemach psychicznych? Czy żeby raczej edukować o objawach i leczeniu konkretnych schorzeń?
Chodzi nam o to wszystko. Sądzę, że dopiero wtedy poczuję satysfakcję i zadowolenie z wykonanej pracy, gdy na wykładzie o zdrowiu psychicznym zwykli ludzie w dowolnej części Polski będą mówić: „Ale przecież to już każdy wie!”. To będzie oznaczało, że znormalizowaliśmy temat na tyle, że nikomu już nie trzeba go tłumaczyć. A co do twojego pytania o świadectwa znanych osób, sama się przekonałam o tym, że opowiadanie o własnych doświadczeniach ma niesamowitą moc. Jeśli oczywiście robimy to szczerze i otwarcie. Jako fundacja możemy edukować społeczeństwo w kwestii objawów, badań czy leczenia, ale ostatecznie najlepiej zapamiętuje się i tak czyjąś historię, osadzoną w konkretnym miejscu i czasie. Od momentu, kiedy zaczęłam mówić o zdrowiu psychicznym, co zdarzyło się zupełnym przypadkiem przy okazji projektu siostry mojego przyjaciela parę lat temu, nie spotkałam się z żadnym hejtem, krytyką czy atakiem. Zawsze masz rację i siłę, kiedy opowiadasz swoją historię.

Opowiesz ją też czytelniczkom „Zwierciadła”?
Od zawsze czułam, że jestem niedopasowana. Poszłam nawet na terapię grupową, próbując znaleźć tego przyczynę, zrozumieć, co ze mną jest nie tak. Przez prawie całe liceum pracowałam jako modelka i nie mieszkałam już w Warszawie, na ostatni rok jednak wróciłam, żeby zrobić maturę stacjonarnie. To się stało po feriach, miałam po prostu załamanie nerwowe. Po tym, jak rodzice zorientowali się, że nie jest to żadne schorzenie fizyczne, postanowili mnie zawieźć na Sobieskiego [przy ulicy Jana III Sobieskiego w Warszawie znajduje się Instytut Psychiatrii i Neurologii – przyp. red.]. Lekarka zapytała, czy zgadzam się na 48 godzin hospitalizacji, siostra odpowiedziała za mnie: „tak”, i zostałam. Ostatecznie spędziłam w szpitalu trzy tygodnie. Miałam objawy depresji i zaburzeń lękowych. Wyszłam więc ze szpitala z taką diagnozą. Od tego czasu byłam stale pod opieką psychiatry, który na podstawie obserwacji, po mojej pierwszej manii, zdiagnozował u mnie ChAD. I to był kompletny game changer.

W jakim sensie?
Po prostu wszystkie kawałki układanki wskoczyły na swoje miejsce. I mogłam wreszcie zacząć właściwe leczenie. To, jak ważne jest przy takich zaburzeniach leczenie farmakologiczne, jest nie do przecenienia. ChAD to zaburzenia chemii w mózgu. Terapia zawsze dużo daje, ale w moim przypadku nie wystarcza. To leki umożliwiają mi normalne życie. Ja postrzegam to jako pewne utrudnienie. Osoby z zaburzeniami psychicznymi idą przez życie jak inni, ale mają trochę trudniej. Tak jakby niosły cięższy plecak, miały w nim kilka „nadprogramowych” kamieni. Tuż po diagnozie zaczęłam leczenie, najpierw nie do końca dobrane, potem już właściwe, poszłam też na terapię. To wszystko bardzo zmieniło mnie i moje życie. Na lepsze.

Jak teraz wygląda?
Codziennie rano i wieczorem przyjmuję leki, prawie miesiąc temu zakończyłam kolejną dwuipółletnią terapię, którą podjęłam już zupełnie świadomie, nie jako wspomaganie leczenia, ale by poradzić sobie z konkretnymi kwestiami. Supersprawa. Poza tym moje życie jest całkiem normalne. Pracuję od 11 lat jako modelka i dzięki temu, że jestem pod stałą kontrolą lekarza, funkcjonuję tak samo jak inne osoby. Leczę się prywatnie – niewydolność polskiego systemu ochrony zdrowia psychicznego to osobna kwestia – i uważam, że każdemu, kto przechodzi kryzys zdrowia psychicznego czy ma zaburzenia na tym tle, które można leczyć w ten sposób, taki komfort życia po prostu się należy.

Ja też się podzielę swoją historią. Tuż po studiach miałam epizod napadów paniki. Pierwszego doświadczyłam w tramwaju. Do dzisiaj pamiętam to uczucie: jakbym umierała. Nie wiedziałam kompletnie, co się ze mną dzieje, jakbym zupełnie straciła kontakt z ciałem.
Ataki paniki to jest obecnie powszechny problem. Ogromna liczba ludzi ich doświadcza, ale większość przeżywa je w samotności.

Ja też byłam w tym osamotniona. Nikomu o tym nie powiedziałam, nie wiedziałam nawet, że nie jestem w tym sama, że nie oszalałam, a to, co czuję, ma swoją nazwę, można to zdiagnozować i – co najważniejsze – wyleczyć.
To, co powiedziałaś, jest bardzo ważne. „Nie jestem z tym sama”, to nie dzieje się tylko mnie. Większość osób, które do nas piszą, powtarza: „Dzięki, że o tym mówicie, bo ja do tej pory myślałem, że to się dzieje tylko mnie”. Ja też tak myślałam. Dlaczego? Z braku wiedzy, z braku dostępu do informacji, z braku powszechnego mówienia o tych rzeczach. Poczucie, że nie jesteś jedyną osobą na świecie, która przeżywa coś podobnego, zmienia postrzeganie sytuacji. Myślisz: „Skoro to się dzieje też komuś innemu i ten ktoś potrafił coś z tym zrobić, znaczy, że ja też mogę”.

Mimo że było to dla mnie wtedy straszne doświadczenie, bardzo otworzyło mnie na psychologię, skierowało ku poznawaniu różnych metod, ale też uświadomiło o konieczności zaopiekowania się tą zaniedbaną częścią mojego życia. Czyli zdrowiem psychicznym. Świetnie dbamy o swoją fizyczność, ale zapominamy o psychice. Myślimy, że zdrowie psychiczne się albo ma, albo nie. Takie fundacje i kampanie jak wasza pomagają nie tylko osobom w kryzysie zdrowia psychicznego, ale i nam wszystkim, bo kto wie, w jakim stanie będziemy za jakiś czas.
Według badań depresja jest w pierwszej trójce najczęstszych przyczyn zgonów ludzi na świecie, ale prognozy mówią, że w ciągu najbliższych lat może się wywindować na pierwsze miejsce. Aktualnie predykcje są takie, że jeden na czterech Polaków – czy Polek – będzie miał w swoim życiu doświadczenie jakiegoś kryzysu psychicznego. To już nie dotyczy tylko „innych”, prawdopodobieństwo, że kiedyś dopadnie ciebie, jest ogromne. A prawdopodobieństwo, że dopadło kogoś z twojego bliskiego otoczenia – jeszcze większe.

To naturalne, że kiedy nas coś nie dotyka, to się tym nie zajmujemy. Na przykład ja w ogóle nie zajmuję się kwestią zdrowia mojej wątroby. Bo nie mam z nią problemów. Obszar psyche jest dużo bardziej złożony i ma o wiele większy wpływ na nasze życie niż wtedy, gdy jesteśmy w kryzysie. Jedno z prostych, ale kluczowych zdań brzmi: „Dobrostan psychiczny to podstawa naszego zdrowia”. Dla mnie kiedyś to zdanie było puste. Pewien rodzaj zadowolenia z siebie i dobrego samopoczucia wydawał mi się nieosiągalny. Byłam przekonana, że urodziłam się z taką konstrukcją psychiczną czy też osobowościową, że nigdy tego nie poczuję, nie zaznam. I że do końca życia będę żyła w depresji i pesymizmie. Starałam się myśleć pozytywnie, ale nic z tego nie wychodziło. Gdybym wtedy, w wieku 18 lat, spotkała siebie jako 25-latkę, to nie mogłabym uwierzyć, że to się stało. Dziś wiem, jak niesamowite rzeczy można osiągnąć pracą nad sobą, terapią i właściwym leczeniem. Jeżeli jest więc ktoś, kto myśli dziś tak jak ja wtedy, to chciałam mu powiedzieć, że droga stamtąd–dotąd jest możliwa do przejścia. To się naprawdę może wydarzyć.

Ja w momentach kryzysu stosowałam ćwiczenie, które znalazłam chyba w książce Ewy Foley. Wyobrażałam sobie siebie samą za dziesięć lat, jako szczęśliwą, zadowoloną i spokojną. I jako ja z przyszłości mówiłam do siebie z czułością: „To jesteś ty za dziesięć lat i jesteś szczęśliwa. Uwierz mi, tak się stanie”.
To super, że mogłaś sobie siebie taką szczęśliwą wyobrazić. Dla mnie dziesięć lat temu to byłoby nierealne. Sądziłam, że nie dożyję tego wieku, byłam totalnie zagubiona. Oczywiście napady paniki to jest coś zupełnie innego niż depresja, która cię przygniata do ziemi. Wtedy potrzebna jest pomoc specjalisty. I leki. Przy okazji chciałam rozwiać mity na temat tego, że leki na depresję zmieniają osobowość. To nie działa na takim poziomie. Te leki wpływają na nastrój, a nie na to, jakimi jesteśmy ludźmi.

Moim zdaniem one działają dokładnie przeciwnie: dzięki nim możesz się dopiero dowiedzieć, jaką masz osobowość. Bo uwalniają cię od tej mgły umysłowej, która ją przysłania.
Dokładnie tak. To, jak się rozwinęłam, odkąd dostałam właściwe leczenie, to jest po prostu kosmos. Ja dopiero wtedy się dowiedziałam, jaką jestem osobą i jak mogę wykorzystywać swoje cechy w pozytywny sposób. Będąc w depresji, nie miałabym w ogóle takiej możliwości. Nie miałabym przestrzeni, by się tym zająć, bo byłam zajęta swoją rozpaczą. To tak, jakby ktoś wyjął z osiem kamieni z mojego przyciężkiego plecaka. Nie jestem entuzjastką faszerowania się lekarstwami; gdybym mogła, to wolałabym ich nie brać, ale jeśli to mi daje takie samopoczucie, jakie mam teraz, i takie życie, jakie wiodę teraz – to nie zamieniłabym tego nawet na chwilę.

Ciebie też kryzys psychiczny popchnął do pracy nad sobą. A jaki wpływ na twoje samopoczucie miała, i ma, pandemia?
Nie jestem może dobrym przykładem… Dla mnie miniony rok to był świetny czas – czas wielkich zmian i nowych pomysłów. Zawód modelki to ciągłe jeżdżenie z lotniska na lotnisko, brakuje czasu na inne rzeczy. Oczywiście tęskniłam za pracą, ale ponieważ jestem totalną introwertyczką, ten czas był dla mnie jak najwspanialszy sen introwertyka. Wiem jednak od innych osób, że było im ciężko, a pozbawieni wsparcia społecznego i kontaktu z bliskimi popadali w coraz większe przygnębienie. Na początku pandemii odnotowano globalne nasilenie problemów związanych ze zdrowiem psychicznym. Wzrosła liczba tak zwanych zabójstw kuchennych, przemocy domowej czy przypadków molestowania dzieci – wydarzyło się strasznie dużo negatywnych rzeczy. Sam koncept izolacji to była zawsze najgorsza z kar…

Nadal jest – na niej zasadza się przecież koncepcja więzienia.
Ja pomyślałam o Napoleonie zesłanym na Elbę. Odosobnienie, izolacja na dłuższą metę mogą być strasznie trudne, szczególnie dla osób będących w kryzysie. Ja akurat czułam się świetnie, ale trzeba dodać, że byłam pod opieką terapeutki i na moich lekach. Miałam czas na przemyślenie wielu rzeczy, w tym przeanalizowanie pewnych relacji, ale też na rozwój fundacji, zabrałam się do rzeczy, na które wcześniej nie miałam czasu, a które zawsze mnie interesowały. Potrafię się sama sobą zająć i lubię swoje towarzystwo, ale wiem też, że nie wszyscy tak mają. Dla wielu to był bardzo ciężki czas. Ale też podczas pandemii pojawiło się wiele inicjatyw typu „psycholodzy dla medyków”, dzięki czemu można było skorzystać bezpłatnie z fachowej pomocy. Inni właśnie dlatego, że mieli więcej czasu dla siebie i że nic ich nie rozpraszało, dopiero teraz zdecydowali się na terapię czy uczestniczenie w grupach wsparcia.

I jak rozwinęła się terapia online! Zauważyłam też, że ludzie, dzwoniąc do siebie, o wiele częściej pytali: „Jak się czujesz? Czy wszystko w porządku? Chcesz o tym pogadać?”. Wcześniej nie mieliśmy na to czasu, w ogóle nas to nie interesowało. Dzwonię z interesem i tyle. Teraz bardziej niż kiedyś potrafimy zrozumieć, że komuś jest źle czy jest przybity, bo wszystkim nam w jakimś sensie jest źle i wszyscy byliśmy przybici.
Włączyło się w nas większe współodczuwanie. Ostatnio rozmawiałyśmy o tym z Anią Cyklińską na naszym podcaście, zastanawiając się, jak przetłumaczyć słowo compassion na polski. Doszłyśmy do wniosku, że nie chodzi o współczucie, ale o współodczuwanie. Wszyscy teraz jesteśmy w podobnej sytuacji, bardziej rozumiemy rozmaite lęki i niepokoje, dajemy sobie i innym na nie większe przyzwolenie.

Ja zdałam sobie sprawę z tego, że chyba czekałam na coś takiego jak to, co się wydarzyło w 2020 roku. Dorastając, słuchałam historii mojego taty o czasach stanu wojennego i o tym, jak uciekał przed zomowcami na Nowym Świecie, i cały czas myślałam, że moje pokolenie nie ma takiego doświadczenia. Nie mieliśmy się przeciwko czemu buntować, więc skupiamy się na rzeczach, które są całkowicie powierzchowne. Doświadczenie pandemii nas zjednoczyło. Zmienił się nasz stosunek do innych ludzi, do samych siebie i do świata. I to może być niezły zwrot akcji!

Cleo Ćwiek, modelka agencji Model Plus, odkryta w wieku 14 lat. W ubiegłym roku wystąpiła między innymi w kampaniach perfum marki Hermés czy polskiej marki odzieżowej Elementy. Współzałożycielka Fundacji „Można Zwariować” oraz autorka kampanii społecznej pod tym samym tytułem.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze