Hanna Samson: Wybór należy do ciebie

123rf.com

Żyjemy w świecie, który stwarza coraz więcej możliwości wyboru.
Ale czy to na pewno nam służy? Jak wykazują badania, nadmiar opcji
zmniejsza zadowolenie z życia.

Na początku lat 80. pojechałam z koleżanką do Wiednia, gdzie od lat mieszkała jej mama. Po kilku godzinach zwiedzania weszłyśmy do supermarketu. Stanęłam oniemiała przed półkami pełnymi najróżniejszych past do zębów. U nas w tym czasie dostępna była jedynie pasta Nivea, bo trudno mówić o dostępności pasty chlorofilowej. Chlorofilową uwielbiałam, ale pojawiała się tak rzadko, że trafić na nią, to było jak wygrać w totka. A tam, w Wiedniu… Nie muszę opowiadać, bo teraz wszyscy dobrze to znamy. Postanowiłam zamiast pamiątek przywieźć sobie z Wiednia pastę do zębów. Tylko którą? Oglądałam, czytałam opisy na pudełkach i nie miałam pojęcia, którą wybrać. Po powrocie do domu zapytałam mamę koleżanki, która pasta, jej zdaniem, jest najlepsza. Mama zaprowadziła mnie do łazienki.

– Ja zawsze używam tej pasty – powiedziała, podając mi tubkę, która nie wyglądała specjalnie atrakcyjnie, choć w porównaniu z naszymi była duża.

– Jest najlepsza? – zapytałam z nadzieją.

– Nie wiem, nie używam innych.

Byłam zdumiona. Jest tyle past, a ona trzyma się tej jednej, choć nie wie, czy jest najlepsza? Dziwna ta mama, że nie korzysta z możliwości wyboru, o których myśmy mogli wtedy tylko marzyć. Dziś bardziej ją rozumiem. Gdy idę do sklepu, trzymam się zwykle tego, co już sprawdziłam. Jak majonez, to tylko X, jak masło, to Y, jak makaron, to… Czy są najlepsze? Nie wiem, nie używam innych. Szkoda mi czasu na podejmowanie decyzji, skoro wiem, że te produkty są dobre. Niech sobie wybierają zwolennicy konsumpcjonizmu, bo mnie już dawno przestało to bawić.

Renata Salecl, autorka książki „Tyrania wyboru”, pisze o tym, że w dzisiejszym społeczeństwie konsumpcyjnym wymaga się od nas nie tylko ciągłego wybierania produktów. Każe się nam wierzyć, że całe życie jest dziełem, które tworzymy sami przez nasze wybory. Jeśli będziemy podejmować dobre decyzje, to wejdziemy na każdy szczyt. Tylko skąd wiedzieć, która decyzja jest dobra? Poczucie pełnej odpowiedzialności za kształt własnego życia może budzić niepewność i lęk. Spotykam czasem osoby, które lęk przed porażką paraliżuje.

Agnieszka, 32 lata, rok temu skończyła kolejne studia na zagranicznej uczelni, dzięki czemu zdobyła nowy zawód. Poprzedni nie sprawiał jej satysfakcji. Teraz może ruszać w nową drogę. Kłopot w tym, że nie rusza, bo nie ma pewności, czy ten nowy zawód na pewno jej odpowiada. A może warto pomyśleć o czymś innym? Agnieszka może sobie pozwolić na myślenie, bo ma za co żyć. Sytuacja luksusowa, a jednak będąca źródłem cierpienia, bo Agnieszka chciałaby pracować, realizować się, sama zarabiać pieniądze. Ale nie chce drugi raz popełnić błędu. Co będzie, jak okaże się, że ten nowy zawód nie jest dla niej? Nie chciałaby się znów wycofywać, więc na wszelki wypadek nie szuka pracy. Chce pokierować swoim życiem jak najlepiej, ale nie ma jasności, która droga jest dla niej najlepsza, więc stoi na rozstajach.

Są osoby, które na rozstajach stoją latami. Zamiast poczucia wolności, które teoretycznie powinna dawać możliwość wyboru, przeżywają głównie lęk przed stratą. Jeśli wybiorą jedno, stracą alternatywną wersję swego życia, która może byłaby lepsza. Gdyby tak mogły wiedzieć, co je czeka w przyszłości, jeśli pójdą w lewo, a co się zdarzy, kiedy pójdą w prawo… Niestety. Przyszłość jest niewiadoma. I jak z tym sobie poradzić?

Pisałam kiedyś o kobiecie, która miała męża i kochanka. Bardzo męczyła się w tej sytuacji, więc chciała dokonać wyboru. Tylko co wybrać? Rozstać się z mężem, skoro tworzą razem dom dla swoich dzieci? Porzucić kochanka, który pozwolił jej odkryć, co to miłość? Codziennie mierzyła się z decyzją. Porzucić męża czy kochanka? I nie mogła dokonać wyboru. Brak decyzji można rozumieć jako wybór tego, co jest, ale ona nie była w stanie zaakceptować własnej niewierności. W końcu mąż dowiedział się o kochanku i wyprowadził się z domu. Kochanek za to nie był gotowy, by odejść od żony. Została sama, a tego chyba najbardziej się bała. I co? Odczuła ulgę, że już nie musi podejmować decyzji. I nieźle sobie radzi. Czasem sami podejmujemy decyzje, które zmieniają diametralnie nasze życie, ale na krótko, bo szybko lądujemy w tym samym miejscu. Nawet jeśli mieszkamy gdzie indziej lub z kim innym, nawet jeśli mamy więcej lub mniej pieniędzy, do głosu dochodzą często te same uczucia. Jesteśmy wciąż sobą, tyle że w innych okolicznościach. Jesteśmy w podobnym stopniu zadowoleni albo niezadowoleni z życia. I żadna nasza decyzja tego nie zmienia. Może lepiej byłoby po prostu żyć, zamiast mierzyć się z decyzjami w imię niepewnej przyszłości? I nie jest to pochwała lenistwa, ale zaangażowania w teraźniejszość. I zgody na siebie. W końcu każdy z nas jakiś jest. Niedoskonały, ale i niepowtarzalny. Szkoda, żebyśmy wszyscy stali się doskonałymi maszynami we własnych rękach.

Znam osoby, które dokonały cudów i nadal naprawiają siebie. A gdyby tę energię włożyć w zmianę świata? Nie chcę tu stawiać politycznych postulatów ani udowadniać, że nasze możliwości nie są wcale takie wielkie, jak wmawia nam świat, który ma w tym własny interes. Dla niego lepiej, byśmy czuli się odpowiedzialni za nasze porażki, nawet gdy wynikają z zewnętrznych ograniczeń. Renata Salecl w swojej książce opowiada o tym, że ciągła praca nad sobą może działać przeciwko nam. Bo jeśli błąd tkwi w świecie, a nie w nas, możemy strawić życie nie na tym, co trzeba.