Wanda Rutkiewicz: Jaka była naprawdę polska himalaistka?

fot. iStock

Nie okazywała czułości, trzymała bliskich na dystans. Tak jakby wszystkie emocje i ambicje lokowała w jedynym prawdziwym wybranku: w górach. Najwyższych. W tym roku mija 26 lat, odkąd Wanda Rutkiewicz zaginęła podczas wyprawy na Kanczendzongę. My zastanawiamy się, co ją i innych himalaistów gna w górę i pociąga w tak ekstremalnej pasji.

16 października 1978 r. Wanda Rutkiewicz, jako trzecia kobieta, pierwsza Europejka i pierwsza himalaistka z Polski (w konkurencji obu płci), wchodzi na dach świata, Mount Everest. Tego samego dnia konklawe decyduje, że na Tronie Piotrowym zasiądzie kardynał Karol Wojtyła (podczas spotkania z himalaistką w trakcie pierwszej pielgrzymki do Polski Jan Paweł II zażartuje, czy to nie dziwne lub jakoś znamienne, że jednego dnia oboje zaszli tak wysoko). Obie informacje docierają do kraju niemal jednocześnie. Obie przyjęte są z niedowierzaniem i z radością.

To była Polska pustych półek i permanentnych niedoborów wszystkiego oraz nachalnej propagandy, że jesteśmy dziesiątą potęgą gospodarczą świata. Taki kontrast, widoczny gołym okiem, stwarza wielką potrzebę sukcesu, niech przydarzy się nawet w dalekich Himalajach. Wyczynem Rutkiewicz można się chwalić, papieżem Polakiem – wtedy – nie za bardzo.

Dlatego też po powrocie z Nepalu Wandy jest pełno w gazetach, radiu i telewizji. Podczas publicznych spotkań przyciąga setki wielbicieli. Dotąd znana jedynie w alpinistycznym światku, ceniona za osiągnięcia tylko między ludźmi podzielającymi jej pasję wspinaczki, osiąga status gwiazdy, jest celebrytką.

Za jej sprawą himalaizm zyskuje tysiące kibiców, choć z drugiej strony ludzie powtarzają: „Jaki jest sens pchać się tak wysoko, gdzie wichury i mróz, brak tlenu, strefa śmierci, a niebezpieczeństwo utraty życia jest bardzo poważne?”. Nie ma chyba dziennikarza, który nie spyta: „Po co?”. Wanda odpowiada: „Dlatego, że góry są”.

Niewielu słyszy, że raz czy drugi zapowiada, iż Mount Everest to koniec przygody z naprawdę wysokimi górami. Zresztą bardzo szybko złamie to postanowienie. A himalaizm stanie się niejako polską specjalnością narodową. Podaruje nam również wiele łez, bo nie wszyscy, także ci najlepsi, z tych wysokich gór wrócą. Między nimi znajdzie się Wanda.

Góra, na której mieszkają bogowie

Przyszła na świat w lutym 1943 r. w litewskich Płungianach. Przez miasteczko płynęła rzeka, a na drugim brzegu stał pusty pałac książąt Ogińskich, nad którym sprawował pieczę jej ojciec, człowiek praktyczny i wielce uparty, co można również nazwać konsekwencją i wytrwałością w działaniu. Właśnie po ojcu Wanda odziedziczyła charakter, zmuszający do parcia do przodu, w kierunku wyznaczonego celu, bez względu na okoliczności.

Inaczej matka – bardziej dama niż gospodyni domowa, pani od bali, rautów, zmienności nastrojów i ezoterycznych zainteresowań kulturą oraz wierzeniami Wschodu. Gdy Wanda miała cztery lata, robiła zakupy, bo matka była ponad to. Najpewniej od niej Rutkiewicz po raz pierwszy usłyszała o Himalajach i o ponadośmiotysięcznej Kanczendzondze, gdzie – jak wierzą Nepalczycy i Tybetańczycy – mieszkają bogowie, więc wierzchołka nie powinna kalać ludzka stopa. Tuż poniżej szczytu ma się znajdować wejście do jaskini prowadzącej ku mitycznej krainie tajemnicy, mądrości, bogactw i szczęścia. Matka Wandy, wyznawczyni Angi Jogi, wzorem buddystów Nepalu i indyjskiego Sikkimu, wierzyła, że to prawda.

Po wojnie rodzinę Wandy repatriowano bydlęcym wagonem do Polski. Na trochę zatrzymali się w Łańcucie, u dziadków ze strony ojca. Potem osiedli we Wrocławiu, zajmując poniemiecki dom, gdzie jeszcze stały meble dawnych właścicieli. Matka w dalszym ciągu nie pracowała, wywołując tym permanentną irytację ojca. W końcu rodzice rozstali się, co Wanda bardzo przeżyła. To trzymający się realiów powojennego życia ojciec Zbigniew woził swoje dzieci na rowerze i organizował zabawy w Indian, kąpał, rozczesywał czupryny, przynosił pieniądze na życie. Nigdy nie wybaczyła mu, że odszedł z domu.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »