Mainstream: Tam i z powrotem

fot. iStock

„Świat rozbłyskuje tysiącem możliwości, zmieniając nasz sposób patrzenia na życie. Właściwie zmiana stała się mainstreamem”, mówi socjolog dr Tomasz Sobierajski.

Rośnie liczba osób chcących „żyć po swojemu”. Zauważył pan?

Oczywiście, choć zawsze istniały grupy, które próbowały zbudować sobie swój własny, inny świat. Ci ludzie mieli różne drogi. Byli tacy, którzy tylko sprzeciwiali się temu, co zastali, niewiele proponując w zamian. Byli tacy, którzy mówili: my się wypisujemy, ale w zamian zbudujemy swoją przestrzeń, np. kultura hipisowska.

Niby nic nowego, ale chyba zmieniają się proporcje?

Tak, i one zawsze będą zmienne, ale trzeba pamiętać o jednym: to, że wychodzimy z głównego nurtu, nie oznacza, że tam nie wrócimy, i że znowu nie wyjdziemy itd. Dzisiaj dawni hipisi bywają politykami czy biznesmenami, prawda? Czy to nie jest powrót? To, co charakterystyczne dla naszych, najnowszych czasów, ma związek z wiekiem. Kiedyś to „wychodzenie” z kolein życia przypisywano młodym ludziom i było to najczęściej związane z prostym buntem wobec tego, co zastane. Dzisiaj można odnieść wrażenie, że najmniej buntują się młodzi, oni się w main­streamie często dobrze czują. Buntują się 30-latkowie, kiedy zdają sobie sprawę, że praca – nie tylko w korporacji – nie jest tym, czego oczekiwali, 40-latkowie, kiedy już ułożyli sobie życie, ale niekoniecznie chcą mieć dzieci, 50-latkowie, których próbuje się spychać na margines, a którzy kontestują rynkową rzeczywistość, 60-latkowie, którzy nie chcą być tylko dziadkami dla dzieci swoich 30-letnich dzieci – niezgoda na pewne zasady istnieje we wszystkich pokoleniach.

Siła tej niezgody jest dzisiaj większa, bo i więcej jest opcji?

W angielskim funkcjonuje takie określenie out of the loop – wyskoczyć z kołowrotka życia. I ludzie być może dlatego, że więcej zobaczyli, więcej wiedzą, więcej widzą w mediach, z Internetem na czele – myślą, że gdzieś za rogiem czeka coś innego, prawdziwe życie.

Czasem tak się dzieje.

Owszem. I takich osób, chcących „wyskoczyć”, jest coraz więcej, ale to dość niebezpieczne społecznie zjawisko, bo społeczeństwo się rozpada, atomizuje.

Ta negatywna ocena pobrzmiewa totalitaryzmem, jakąś inżynierią społeczną.

Trzeba pamiętać o jednym: jeżeli wszyscy wpadną na pomysł, żeby pojechać w góry, to będzie to nowy mainstream – tak jak rzeka zmienia koryto, tak zmieni się ten główny prąd. Mainstream nie jest, rzecz jasna, przyjemny, jest w nim coś, co określamy mianem przymusu społecznego – od spraw takich jak to, że zapinamy pasy, szczepimy dzieci, po religię czy politykę. Ekstremalnie daleko posunięta próba szukania nowej rzeczywistości poza umownie określoną normą powoduje, że zwiększa się niebezpieczeństwo dla nas wszystkich.

Ale często się udaje – wbrew pańskiej opinii – bez szkody dla innych.

Jak najbardziej. Ale – znowu będę szukał dziury w całym – są takie niby-wzruszające historie ludzi, którzy najpierw pracowali przez kilkanaście lat w dużych firmach, często jako dość bezwzględni szefowie, a w pewnym momencie, kiedy już mieli naprawdę dużo pieniędzy i dóbr – łącznie z luksusowym apartamentem i domem w Portugalii – stwierdzali, że nie chcą tak żyć, pracować w korporacji, że są nieszczęśliwi… I kupowali sobie domek na wsi i zaczynali hodować kozy. Wiele osób słucha tego i myśli: „Boże, ja też tak mogę!”. Tyle że to nie jest takie proste. Trzeba na to uważać, być ostrożnym. Dlatego upieram się, że nie jest dobrze, gdy traktujemy ten „główny nurt” jako coś złego.

Nie chodzi tylko o bogaczy… Czytałem, że w Niemczech robotnicy nie chcą brać nadgodzin nawet za podwójną stawkę. Bardziej cenią sobie wolny czas. Dorabianie się i urządzanie życia przestały być najważniejsze. Ważniejsze jest samo życie. Polacy też tak chcą?

Internet pozwala nam zobaczyć, że inni ludzie żyją inaczej, lepiej, ciekawiej. To bardzo proste: to, co na całym świecie „trzyma” dyktatury, to fakt, że ludzie nie wiedzą, że można inaczej żyć, prawda? Wiedza jest kluczowa – można myśleć o swoim życiu w wielu, wielu „wersjach”. I w tym głównym nurcie także jest większa akceptacja tego, że ludzie próbują przeformatowywać swój los. Dzisiaj nawet po 25 latach małżeństwa ludzie potrafią się rozwieść, myśląc, że jeszcze ułożą sobie wszystko na nowo. Kiedyś nie do pomyślenia. Dzisiaj świat rozbłyskuje tysiącem możliwości, rzeczywiście zmieniając w ludziach sposób patrzenia na życie. I w dodatku jest na to społeczne przyzwolenie. Właściwie zmiana stała się mainstreamem.

A może taka ucieczka to właśnie objaw dojrzałości?

Bywa. Zależy, co robimy i jak to robimy. Ale i tak większość z tych, którzy wyrwą się z mainstreamu, po jakimś czasie do niego wraca. Bo funkcjonowanie poza głównym nurtem jest szalenie trudne. Znam ludzi, którzy postanowili budować sobie inny, własny świat i bardzo trudno im to przychodziło. Smakowanie życia ma swoją cenę. Przede wszystkim utratę poczucia bezpieczeństwa.