fbpx

Pobyt na lądzie jest wyzwaniem. Rozmowa z kapitanem jachtowym Hanną Leniec-Koper

Pobyt na lądzie jest wyzwaniem. Rozmowa z kapitanem jachtowym Hanną Leniec-Koper
Hanna Leniec-Koper (Fot. archiwum prywatne)

Statystyki mówią, że wypadnięcie nocą za burtę na oceanie oznacza zerowe szanse na przeżycie. Ale kapitan jachtowy Hanna Leniec-Koper jest tego zaprzeczeniem – wróciła bezpiecznie na pokład i od tego czasu urodziny świętuje dwa razy w roku. Ostatnio morze ocaliło ją po raz trzeci.

Za panią 20 lat żeglowania i ponad 120 tys. mil morskich. Za kilka dni kolejny, wielomiesięczny rejs. Czy widok fal jeszcze pani nie nudzi?
Absolutnie nie. Dla mnie morze codziennie wygląda inaczej. Zmienia nie tylko kolor, ale także charakter. Czasami jest niebezpieczne, ponure, groźne, innego dnia tajemnicze, a kolejnego – wesołe i romantyczne. I tak błękitne, że bardziej chyba być nie może. A na fale mogę patrzeć bez końca. Uspokajają mnie, są pięknym tłem do myślenia, refleksji. Nawet na monitorze w komputerze mam fotki z morzem.

Na pani blogu jest kilkaset wpisów z całego świata. Liczyła pani, w ilu miejscach zarzuciła już kotwicę?
Nie. Ale samych krajów będzie ponad 60.

Czy po długim żeglowaniu pobyt na lądzie jest odpoczynkiem czy wyzwaniem?
Bardziej wyzwaniem, na morzu życie porządkuje rytm żeglugi: wachta, przygotowanie posiłków, wszyscy są skupieni na swoich zadaniach. Czasem jest ciężko, bo podczas sztormów porządek jest zaburzony. Ale to mi odpowiada… A gdy po ośmiu, dziewięciu miesiącach pod żaglami wpadam do Polski, rozpoczyna się gonitwa lądowego życia. Muszę nadrabiać zaległości, bo mam duże grono przyjaciół, wspaniałą rodzinę, do załatwienia są sprawy biznesowe. Gdy wracam na łódkę, znowu odpoczywam.

Co jest najtrudniejsze dla żeglarza na lądzie?
Żeby zachować życie lądowe i mieć do czego wracać. To wymaga pracy, dyscypliny i zaangażowania.

Kapitan Baranowski, twórca m.in. Szkoły pod Żaglami, twierdzi, że morze to świetna szkoła życia.
Absolutnie. Mnie najbardziej nauczyło pokory, którą przenoszę na inne sfery życia. Bardzo mi pomaga.

Którą lekcję najlepiej pani pamięta?
Podczas regat na Atlantyku po zachodzie słońca wypadłam za burtę. Miałam tak małe szanse na przeżycie, że teraz obchodzę urodziny dwa razy w roku. Ten drugi raz – 3 grudnia, właśnie w rocznicę tej sytuacji. Większej lekcji już nie chcę.

Jak do tego doszło?
Pędziliśmy prawie cały czas pod spinakerem, czyli takim baloniastym żaglem na dziobie. Na naszym Katharsis spinaker ma powierzchnię 300 mkw. To potęga! Przed zachodem słońca na mojej wachcie wiatr zaczął cichnąć, wreszcie siadł i żagiel nam się zawinął. Robiliśmy więc zwroty przez rufę, by go odwinąć, co długo trwało. Trzymałam linę, którą miałam wpiąć, gdy nagle żagiel się wypełnił i lina uderzyła mnie w plecy. W ciemnościach wystrzeliłam z pokładu jak z katapulty. Krzyknęłam jeszcze, by inni usłyszeli, że wypadłam. Nie wiem, jak to zrobiłam, ale udało mi się nie wypuścić liny. Kurczowo trzymałam za jej koniec, na którym było plastikowe solidne kółko. Ale załoga nie wiedziała o tym, więc wyrzucili koło ratunkowe, zrzucili żagiel, by szybko wytracić prędkość i zawrócić. Zaczęłam się topić, ale – i znowu nie wiem, w jaki sposób, chyba adrenalina zadziałała – zdołałam obrócić się na plecy, by mnie ciągnęło po wodzie. Gdy już traciłam siły, jeden z członków załogi, Wojtek, zauważył, że lina jest napięta, i wyciągnęli mnie. Gdy dopłynęliśmy na Karaiby, to żeglarze mówili, że jestem poza wszelkimi statystykami.

Co to znaczy?
Statystyki mówią, że gdy ktoś wypadnie nocą za burtę, to już nie wraca na pokład…. Inny kolega, Misiek, powiedział: „Wiesz, Hanka, że już swoją szóstkę w totka trafiłaś?”.

Zawdzięcza pani życie kółeczku na końcu liny?
Tak. Od tego czasu tę linę na Katharsis zmienialiśmy trzy razy, bo się zużywa. Ale pamiętne kółko przekładamy za każdym razem, by z nami było.

Co się stało później?
Po prostu żyłam. Nie chciałam tego rozpamiętywać, szkoda na to czasu, dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pełna. Trzy dni później miałam wjechać na maszt, by tam odplątać linkę. Koledzy proponowali, że mnie wyręczą, ale nie chciałam. Postawiłam na swoim, bo wiedziałam, że to będzie moje pogodzenie się z morzem. „Dobra, morze, znowu się lubimy” – powiedziałam, kiedy zjechałam.

Niedawno znowu dostała pani kolejne życie. Przed wypłynięciem w rejs wokół Antarktydy wykryto u pani raka piersi.
Można powiedzieć, że morze mnie uratowało. Umówiliśmy się, że wszyscy robimy badania, by coś nie wyszło gdzieś między górami lodowymi. Gdyby nie te badania, to nowotwór by się rozwinął i moglibyśmy teraz już nie rozmawiać… Od tej pory mówię wszystkim, żeby się badali, najlepiej wybrać jeden miesiąc i co roku w tym samym czasie robić badania.

Co pani wtedy najmocniej poczuła: rozczarowanie, strach, a może bunt i wolę walki?
Strach się oczywiście pojawił, bo tylko głupcy się nie boją. Ale nie paraliżujący, raczej taki, który zmobilizował mnie do działania. Choroba była dla mnie wyzwaniem. Ani przez chwilę nie czułam goryczy w stylu: „dlaczego ja?!”. Po pierwszym szoku zastanawiałam się, co zrobić, ponieważ tydzień później mieliśmy wylecieć na czteromiesięczny rejs. Cała załoga była gotowa i to po długich miesiącach przygotowań. A tu nagle zmiana planów, bo ja jestem chora… Dzień po otrzymaniu wyników badań zapytałam onkologa, czy trzy tygodnie wystarczą na leczenie, bo o tyle mogliśmy przesunąć start rejsu. Popatrzył na mnie i ze stoickim spokojem powiedział, że Antarktyda na mnie zaczeka.

Co było najtrudniejsze?
W rodzinie mam opinię planistki: ukladam plan i zgodnie z nim działam, a tu nagle okazało się, że to nie ja podejmuję decyzje… To choroba mówi, co mogę, a czego nie, a ja muszę się dostosować. Siostra mi powtarzała, że muszę zwolnić. To było dla mnie najtrudniejsze.

„Ta choroba może przynieść coś dobrego” – w jednym z wywiadów przywoływała pani słowa lekarki. I dodała, że musi się z nią zgodzić. Co więc dobrego ona przyniosła?
Gdy doktor Katarzyna Pogoda to powiedziała, nie mogłam sobie tego wyobrazić. Ale staram się zawsze znaleźć we wszystkim plusy, więc i w tej sytuacji je znalazłam. Na pewno zwolniłam w życiu. Zrozumiałam też, że nie można zapominać o sobie i stałam się bardziej asertywna. Szanuję potrzeby swojego organizmu. Jestem bardziej świadoma siebie. Dojrzałam. Gdy spotykam się czasami z moimi „onkokoleżankami”, czyli innymi kobietami, które przeszły chemioterapię, i opowiadam im o czymś, to one też przypominają mi, żebym się nie zapędzała. Te nowe przyjaźnie zyskałam dzięki chorobie. Pokazała mi, że mam wokół wspaniałych ludzi i rodzinę, na której mogę polegać. A z kolei mój partner postanowił się oświadczyć. Pływaliśmy razem już długo, ale jakoś nie było czasu, by o tym pomyśleć. Operację miałam 6 grudnia, tego dnia mieliśmy wypływać. Mariusz przyszedł do mnie do szpitala i dał mi pierścionek. Czułam jeszcze skutki narkozy, więc pomyślałam, że to prezent na mikołajki. Kilka tygodni później Mariusz wrócił do tematu, potem był ślub i wesele.

A kampania społeczna „Badajmy Się, Nie Dajmy Się” też była dobrym efektem tej choroby?
Oczywiście! Zaczęło się od tego, że musieliśmy wytłumaczyć ludziom, dlaczego przekładamy rejs, bo wcześniej ogłosiliśmy, że płyniemy po rekord wokół Antarktydy. Powiedziałam kolegom, że opowiem o chorobie, nie ma się czego wstydzić. I wtedy powstał pomysł, by dwa dni po operacji nagrać klip i w nim wyjaśnić wszystko. Odzew na ten film był tak duży, że aż się zdziwiłam. I wtedy postanowiłam nakręcić kolejne – w postaci kampanii zachęcającej kobiety do badań.

Rejs wokół Antarktydy doszedł do skutku rok później. Ponad 100 dni na morzu, sztormy, góry lodowe, uszkodzenie jachtu… Jak to na panią wpłynęło?
Ten rejs bardzo mnie wzmocnił psychicznie, wróciłam dużo silniejsza.

A relacje w zespole się zmieniły? Każdy jacht, nawet tak duży jak Katharsis II, to mała przestrzeń, z której nie ma ucieczki przed towarzystwem. Jak to wpływa na wzajemne stosunki?
Jasne, że lepiej, kiedy jest miło i przyjemnie, niż miałyby być zadry i konflikty, więc dbamy o relacje. Podczas tego rejsu pomagał nam w tym wspólny posiłek w środku dnia: jedna lub dwie osoby zostawały na pokładzie, a potem ktoś je zmieniał. To był czas, żeby porozmawiać, wyjaśnić sobie różne rzeczy, jeśli cokolwiek się pojawiło. Ale atmosfera do końca była super. Wszystko opiera się na zaufaniu. Nie wyobrażam sobie, by pływać z ludźmi, do których nie mam zaufania, bo gdy schodzę z wachty i idę spać pod pokładem, to ci, którzy zostają na górze, decydują o wszystkim. Mają moje życie w swoich rękach. Gdy dopłynęliśmy do Hobart, byliśmy ciepło witani, ponieważ wcześniej już tam stacjonowaliśmy i mieliśmy znajomych wśród Polonii. Proponowali nam, by zamieszkać u nich w domku letniskowym czy wykąpać się w wolnym mieszkaniu. Ale nikt nie chciał się ruszyć z naszego domu – jachtu. Wieczorem razem poszliśmy na piwo, żeby oblać sukces. A po trzech dniach na uroczystej kolacji też wszyscy chcieli być razem.

Hanna Leniec-Koper, kapitan jachtowy, instruktor żeglarstwa, płetwonurek i fotografka. Na przełomie 2017/2018, jako II oficer na jachcie Katharsis II wraz z 9-osobową załogą opłynęła Antarktydę. Rejs trafił do Księgi rekordów Guinnessa.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze