fbpx

Dookoła szczytu Mont Blanc – rozmowa z szybowniczką Anną Piotrowską

Woda w skrzydła i do góry
(Fot. Rafał Masłow)

Wszystko zaczęło się od snu. Latała nad wierzchołkami jesiennych drzew, w dole było kolorowo i spokojnie, a ona, z wysiłkiem machając rękoma, usiłowała utrzymać się w powietrzu. Miała wtedy cztery lata. Dziś Anna Piotrowska bierze udział w krajowych i w międzynarodowych zawodach w szybownictwie.

Jeśli jest pogoda, idzie latać. Poprawka: jeśli jest pogoda, dziecko na zajęciach w szkole albo u taty, albo u dziadków, codzienność zabezpieczona, a prawnicze zobowiązania spełnione, dopiero wtedy idzie latać. Takich okazji nie jest aż tak wiele, dlatego każdą wolną chwilę, którą może spędzić w powietrzu, wykorzystuje na sto procent. Już samo przygotowanie do lotu to długa lista… przygotowań. Budzisz się wcześnie rano, trzeba naładować prądem akumulatory zasilające nawigację pokładową szybowca, naładować nawigację zapasową, spakować mapę, linijkę, marker, żeby zaznaczyć trasę do oblecenia danego dnia, sportowy bidon z wodą (bardzo ważne jest nawadnianie organizmu podczas lotu). Nieodzownym elementem jest czapeczka szybowcowa, przypominająca rybacką. Anna śmieje się, że jest mało twarzowa, ale w połączeniu z kremem do opalania z filtrem 50 chroni przed udarami słonecznymi, bo wyżej słońce opala bardziej. Do tego okulary kontrastujące, żeby było dobrze widać chmury. Warto spakować coś do jedzenia, ale akurat o tym Anna często zapomina. I kiedy to wszystko wyląduje już szczęśliwie w plecaku, a ona odwozi syna do dziadków i dociera na lotnisko na warszawskim Bemowie, zwykle jest godzina dziesiąta. Uśmiecha się serdecznie do kolegów, żeby pomogli jej „złożyć” szybowiec. (– To działa? – pytam. – Nie­zawodnie – odpowiada z szelmowskim wyrazem twarzy). „Złożyć”, bo szybowiec przechowuje się zwykle w specjalnym wózku, skrzydła i kadłub osobno. Trzeba je razem połączyć. Przed startem należy jeszcze zatankować wodę w skrzydła, bo odpowiednio obciążony szybowiec jest szybszy. Skrzydła są więc pełne wody, szybowiec stoi gotowy, a ona zaczyna mentalnie nastawiać się do lotu. – Biorę pod uwagę aktualnie panujące warunki atmosferyczne, przede wszystkim kierunek i siłę wiatru, a reszta wychodzi w praniu – mówi, a zaraz potem dodaje: – Trzeba przemyśleć każdy możliwy scenariusz, gdyby coś poszło nie tak podczas startu. To ratuje życie.

W dzieciństwie nie wierzyła, że kobieta może coś osiągnąć w awiacji. Dlatego nie jest dziś pilotem myśliwca. Wciąż jednak marzy o locie MiG-iem, to pozycja ze szczytu listy „rzeczy do zrobienia”. Jej ulubione filmy to „Top Gun” i „Wielki błękit”. Twierdzi, że ten ostatni jest tak naprawdę o lataniu. Dziś bierze udział w prestiżowych zawodach w szybownictwie o randze mistrzostw świata, a jej rodzice martwią się i boją o nią tak samo, jak wtedy, gdy miała 16 lat i pierwszy raz poszła na lotnisko. W rodzinnym domu często słyszy, że jej mama czuje się jak matka sapera. Za moment pewnie i Anna doświadczy tych emocji, bo jej synek już interesuje się lotnictwem wojskowym.

Woda w skrzydła i do góry
Anna Piotrowska bierze udział w prestiżowych zawodach w szybownictwie o randze mistrzostw świata, niedawno jako pierwsza Polka przeleciała dookoła szczytu Mont Blanc. (Fot. Rafał Masłow)

Licencja na szybowanie

Kiedyś usłyszała od kolegi, że po udanym locie ma taki uśmiech, iż zaraża nim cały świat. I że dobrze, że wróciła do latania. Bo przerwa była, i to niemała. Na kurs poszła w liceum. Była jedyną dziewczyną w grupie i było jej z tym dobrze. W tamtych czasach, żeby zrobić licencję, należało wylatać około 50 godzin (dziś zmniejszono ten limit do 15). Czy w szkole szanowano jej pasję? Wspomina, że nauczyciele byli wyrozumiali, zwłaszcza pan od WOS-u: były wojskowy, którego fascynowało to, co robiła. Inni przymykali oko na nieobecności i udawali, że łykają wyssane z palca usprawiedliwienia. – No dobrze, pani od polskiego była nieugięta. Do końca pozostała niewzruszona, zresztą prowadzone przez nią lekcje były tak nudne, że gdybym mogła, wyfrunęłabym przez okno – śmieje się Anna i naprawdę nie wie, jakim cudem zdała maturę z historii i z polskiego. Tyle że wtedy i nauka, i matura nie miały dla niej takiego znaczenia. Priorytetem była licencja szybowcowa, którą zrobiła kilka miesięcy przed prawem jazdy. Piotrowska miała opinię dobrej pilotki, aż do momentu kiedy… – Zakochałam się. A mąż nie tolerował mojej pasji – wspomina. Zrezygnowała z latania na następne 13 lat. W tym czasie skończyła studia (aplikację radcowską i rzecznikowską), urodziła syna.
Jak pamięta tamten czas bez latania? – Nie mogłam chodzić na lotnisko, po części dlatego, że nie było na to czasu, poza tym nie było przyzwolenia na to, żebym się realizowała w jakiejkolwiek dziedzinie. Ile kobiet to zna? Brakowało w naszym związku takiej zwykłej, ludzkiej chęci akceptacji dla tego, co robię. Długo to znosiłam, próbując się przystosować, aż nagle, pewnego dnia, spojrzałam w lustro, w swoje odbicie, i nie poznałam siebie. To była obca osoba. Osoba, której nie lubiłam. Mieszkałam obok lotniska, codziennie słyszałam świst startującego szybowca. Tęskniłam za tym. Za tym wszystkim, co przynosiło mi latanie. Tęskniłam za sobą. Powrót był desperacką próbą walki o siebie – twierdzi Anna.

Woda w skrzydła i do góry
Powrót do latania po 13 latach przerwy był desperacką próbą walki o siebie – twierdzi Anna. (Fot.Rafał Masłow)

Lakier w ciężkim stanie

Czy da się nadrobić 13 lat? Na szczęście nie trzeba było powtarzać teorii ani zdawać jeszcze raz egzaminów państwowych. Poza trudnymi wyborami w życiu osobistym tak naprawdę musiała odbyć dziesięć lotów przypominających technikę pilotażu. Były chwile zwątpienia, myśli w rodzaju: „Czy ja się jeszcze do tego nadaję? Może jestem za stara?”. Anna podkreśla, że miała dobrych instruktorów, pomogli jej przejść chwile kryzysu.
Tłumaczy, że przeciętny lot szybowcem, w zależności od umiejętności pilota i warunków atmosferycznych, może trwać od pięciu minut do paru godzin. Najdłuższy lot w jej życiu trwał 8 godzin i 38 minut. Z kolei na zawodach szybowcowych chodzi o to, żeby w jak najkrótszym czasie przelecieć wyznaczoną przez organizatora trasę, osiągnąć jak największą prędkość. Lubi takie dynamiczne, szybkie latanie. I to mimo że cierpi na chorobę lokomocyjną i na loty musi zabierać ze sobą awaryjne plastikowe woreczki. Sprawy fizjologii i tego, jak piloci radzą sobie z nią podczas lotów, to zresztą osobny temat. Są pilotki, które starają się niczego nie pić przed lotem i w trakcie, Anna ma specjalny cewnik dla kobiet. Takie rzeczy jej nie zniechęcają, wysokość nie przeraża, prędkość fascynuje. W górze czuje się bezpieczniej niż na ziemi. Znikają wszystkie problemy, nie ma czasu o nich myśleć.
Wolno powozi tylko swoim autem, pieszczotliwie zwanym Froggi. Zresztą szybowiec też ma imię – Strupełek. Anna się uśmiecha: – To dlatego, że ma lakier w ciężkim stanie. Trzeba go będzie kiedyś pomalować, ale to droga impreza, są ważniejsze rzeczy. A poza tym musiałabym wymyślić nowe imię.

Kraina kontrastów

To nie zawody przynoszą jej największą frajdę. Według Anny prawdziwe latanie zaczyna się w Alpach Francuskich. Tam czuje, co oznacza prawdziwe szczęście i oddychanie pełną piersią, mimo że z aparatem tlenowym u boku (ze względu na niską zawartość tlenu w powietrzu na tej wysokości potrzebne jest dodatkowe wspomaganie). – Latanie tam jest fascynujące i pełne wyzwań. W Alpach nigdy nie jest tak samo. Jest pięknie i groźnie, wysoko i nisko jednocześnie. Kraina kontrastów – opowiada. Szybowiec zdany jest na łaskę i niełaskę momentami bezwzględnej natury. Nie ma silnika, jego silnikiem jest „mózg pilota, który musi umieć wykorzystać prądy wznoszącego się nagrzanego powietrza, wraz z którym uzyskuje się wysokość niezbędną do lotu ślizgowego”. W górach wszystko jest bardziej gwałtowne, ale właśnie takie latanie ją uszczęśliwia.
Przez wiele lat jej marzeniem było dotarcie szybowcem z południa Francji na Mont Blanc. To w sumie 540 kilometrów w obie strony. W tym przypadku trudnością nie jest odległość, ale ukształtowanie terenu. Po drodze trzeba pokonać wysokie przełęcze (ponad 3 tysiące metrów n.p.m.) i rozległe doliny. Przy takiej rzeźbie terenu ważne jest, żeby w drodze powrotnej mieć zabezpieczoną wysokość lotu, czyli de facto móc przelecieć nad tymi wysokimi przełęczami. Pytanie: „A co by było, gdyby się nie udało?”, wywołuje u niej uśmiech: – Wtedy czeka cię lądowanie w dolinie Aosty we Włoszech i dwudniowa podróż na francuskie lotnisko. Oraz dość znaczne zubożenie portfela, bo koszt zwiezienia szybowca do bazy pokrywa pilot, który wylądował w terenie przygodnym.
Czy kiedyś zaliczyła nieplanowane lądowanie? – Tylko w małżeństwie – rzuca z iskrą w oku i szybko dodaje: – Jestem raczej znana z tego, że walczę do końca, co najczęściej doprowadza mnie na docelowe lotnisko. I potem do domu. Do synka.
Czy myśli o nim podczas lotów? Anna: – Jasne, że tak, latam i marzę, żeby Antonek, tak jak ja, odnalazł swoją pasję w życiu. 

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze