Życie w harmonii – każdy może mieć swoją ścieżkę

Warto świadomie wybierać, czym się otaczamy, jaką energią – czy wiecznym negatywizmem czy sztuką, pięknem i inspiracją. (Fot. iStock)

Życiowy dobrostan to praca nad sobą na wielu poziomach – zwłaszcza w sferze emocji. O dbaniu o siebie opowiada nam Orina Krajewska, autorka książki „Holistyczne ścieżki zdrowia”. 

Zapadły mi w pamięć słowa jednego z twoich rozmówców, profesora medycyny chińskiej Li Jie, że oznaką zdrowia jest to, że możesz jeść i możesz spać. Bardzo mi się spodobała ta definicja.
Też jest mi bardzo bliska, bo niezwykle prosta, logiczna i prawdziwa. Rzeczywiście ostatecznie wyznacznikiem tego, czy jesteśmy zdrowi, jest to, czy możemy odpoczywać, czy mamy apetyt i czy jesteśmy zadowoleni. Fascynuje mnie podejście do człowieka, jakie reprezentuje medycyna chińska. Znałam wcześniej pewne jej elementy, ale nie spodziewałam się, że to tak naprawdę dogłębna filozofia życia. I bardzo holistyczna. Taka recepta na życie w harmonii. W jej ujęciu fakt, że możemy i chcemy jeść, oznacza tak naprawdę, że mamy apetyt na życie, chęć do życia. Profesor Li mówił mi, że zwłaszcza w wypadku pacjentów onkologicznych powrót apetytu oznacza poprawę stanu zdrowia. I nawet jeśli raz na jakiś czas złamiesz wyznaczoną, prozdrowotną dietę, pozwolisz sobie na ciastko z kremem, które z racji zawartości cukru przy tego typu chorobach nie jest zalecane, to nie ma sensu sobie tego wyrzucać, tylko ucieszyć się – tym, że chce ci się jeść, i tym, że ciastko ci smakuje. Więcej złego zrobisz sobie, stresując się nadmiernie z tego powodu. Ostatecznie to czynniki psychiczne i duchowe mają największe przełożenie na ciało. Podobnie mówi prof. Jan Lubiński, genetyk – to, czy gen się ujawni, czy nie, w dużym stopniu zależy od wpływu środowiska i psychiki, czyli głowa, nasze nastawienie też wpływają na ekspresję genów.


Jak widać, różne systemy i podejścia mają ze sobą sporo wspólnego, mówią tylko innym językiem. Choć też w wielu miejscach się różnią. Niewiedza szkodzi, ale i nadmiar informacji nie jest wskazany, dlatego dobrze wybrać sobie z każdej propozycji – czy to medycyna chińska, czy zachodnia, czy makrobiotyka, czy ajurweda – to, co jest nam bliskie i na co jesteśmy gotowi. 

Czyli nie ma jednej właściwej ścieżki zdrowia, każdy musi wypracować własną?
Tego właśnie nauczyłam się podczas pracy nad książką i rozmów z jej bohaterami. Początkowo myślałam, że wszystko mi się złączy jak puzzle w jedną całość i będę miała na papierze gotowe recepty, że sama poznam jakieś stałe odpowiedzi. Ale zrozumiałam, że każdy z nas jest inny i w podejściu do zdrowia ważna jest personalizacja. Chodzi o to, byśmy byli w stałym kontakcie ze sobą i swoimi potrzebami i w zależności od nich dobierali metody, które będą nam odpowiadać – w danym momencie. 

Co było największym odkryciem podczas tej pracy?
Oj, wiele rzeczy. Na przykład dzięki prof. Li zmieniłam swoje podejście do „żywienia się”. Zawsze myślałam o tym pojęciu tylko w kontekście jedzenia, a on zwrócił mi uwagę, że karmimy się wszystkim: kolorami, emocjami, odgłosami. Konsumujemy wszystkimi zmysłami, także oczami, uszami. Jakie to proste i jakie mocne! Według profesora niedobre jedzenie jest tym samym, co niedobre informacje, które zatruwają nasz stan umysłu. Trafiło to akurat na moment w moim życiu, w którym czułam się przytłoczona i zawiedziona ciągłymi negatywnymi informacjami o sytuacji w Polsce i poczułam, że nie daję rady. Nie mogę dłużej tak intensywnie śledzić tego, co się dzieje, muszę na jakiś czas zrobić krok do tyłu. Wpuścić trochę powietrza. W medycynie chińskiej funkcjonuje określenie na oczyszczenie na poziomie fizycznym – bi-gu i na poziomie mentalnym – bi-guan, które jest po prostu odcięciem się od wszelkich bodźców. Zrozumiałam, że moja potrzeba nie była oznaką słabości, tylko zdrowej intuicji. Po czasie odcięcia byłam gotowa znowu mierzyć się z tymi bodźcami. Doktor Elżbieta Dudzińska mówi w książce, że kiedyś w ciągu całego życia przyswajaliśmy tyle informacji, ile dziś mieści się w jednym numerze „New York Timesa”. Teraz jesteśmy bombardowani dziesięcioma „timesami” dziennie, i, niestety, większość informacji, które do nas docierają, jest negatywna. A przecież życie powinno nam też przynosić przyjemność.


Warto świadomie wybierać, czym się otaczamy, jaką energią, czy wiecznym negatywizmem czy sztuką, pięknem i inspiracją. To wszystko przekłada się na nasz nastrój, stan umysłu i ducha, a to dalej ma przełożenie na stan fizyczny. I żeby było jasne, jestem absolutnie za aktywną postawą obywatelską, szczególnie kiedy czasy wymagają od nas mobilizacji, ale też myślę, że każdy powinien zadbać o to, by wygenerować moment i przestrzeń na regenerację sił.

W koncepcji zdrowia mieści się również choroba, czyli jego zaburzenie. Czym jest dla ciebie?
Doktor Dudzińska zwraca uwagę na to, że pojmowanie zdrowia na przestrzeni ostatnich lat bardzo się zmieniło. Zdrowie nie jest już uznawane za brak choroby, a choroba nie jest jedynie brakiem zdrowia. Dla mnie praca nad zdrowiem, czyli po prostu praca nad sobą, to niekończące się zadanie. Przecież codziennie w naszym organizmie zachodzą różne procesy – jedne komórki umierają, a inne się rodzą, pojawiają się stany zapalne, które organizm sam zwalcza, a my nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ale dzięki odpowiedniej diecie, aktywności fizycznej i regeneracji organizmu jesteśmy mu w stanie mu w tym pomagać, niwelować te drobne uszczerbki na zdrowiu. Jeśli nie robimy nic dobrego dla siebie, czyli odżywiamy się byle czym, siedzimy po kilkanaście godzin przez komputerem albo wypieramy stres – to te małe straty będą się pogłębiać i kumulować. W którym momencie nazwiemy to chorobą, to już inna kwestia. Nie mamy innego wyjścia, niż stale i regularnie podejmować działania, które pomagają utrzymać organizm w stanie dobrostanu. Dlatego gdybym miała powiedzieć, czym jest dla mnie choroba, to stwierdziłabym, że jest utratą kontaktu ze sobą, wypieraniem informacji, jakie organizm nam wysyła. Myślę, że nie ma stanu zastałego Ω albo idziemy do przodu albo się cofamy. 

A organizm potrafi się z nami komunikować w bardzo widoczny sposób.
Na przykład poprzez wysypkę albo egzemę na skórze – czy można prosić o bardziej widoczny komunikat? Kiedy organizm daje nam już bardzo silne sygnały, a my je cały czas wypieramy, to one się nasilają. Wysypka może przerodzić się w głębokie rany, które będziemy chcieli zaleczyć miejscowo – maścią czy innym lekarstwem, ale to zadziała tylko na krótką metę. Jak mówi moja inna rozmówczyni, dr Preeti Agrawal, trzeba dotrzeć do prawdziwego źródła dolegliwości (czyli w tym wypadku prawdopodobnie silnego, długotrwałego stresu), zamiast czekać, aż przyczyna będzie musiała zamanifestować się w postaci poważniejszych zmian w ciele. Naprawdę mamy duży wpływ na nasze zdrowie i wiele możliwości jego wsparcia, trzeba tylko odwagi i uwagi, by przyjrzeć się temu, co naprawdę się z nami dzieje i być gotowym wprowadzać zmiany. 

Mówisz o odwadze. Sądzisz, że wypieramy objawy, 
bo boimy się poznać tę prawdziwą przyczynę?
Myślę, że jest dużo powodów, ale jeden z nich to lęk przed zmianą. Człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do nawet największych niewygód i po jakimś czasie uznać je za normalne. Poza tym zmiana zwykle wymaga od nas zaangażowania i wielu wyrzeczeń, na które nie jesteśmy gotowi. Podam przykład. Na naszym pierwszym fundacyjnym Kongresie Medycyny Integralnej („Bądź integralny w zdrowiu”), który odbył się w lutym 2018 roku w Warszawie, poznałam wspaniałą osobę, Magdę Chołyst. Dzisiaj pracuje z nami w fundacji i stała się pierwszą z bohaterek projektu „Jestem i Będę”. Po latach leczenia choroby autoimmunologicznej medycyną konwencjonalną zdecydowała się na wsparcie medycyną chińską. Dla zdrowia musiała zrezygnować z wielu rzeczy i całkowicie przeorganizować swój tryb życia. Zmieniła dietę, regularnie stosuje zioła, wstaje o 5 rano i kładzie się o 21, żeby regenerować organizm. Duża zmiana, ale dzięki niej czuje efekty – bezpiecznie mogła ograniczyć do minimum farmakologię, która była dla niej bardzo toksyczna.

Chodzi więc o odwagę do bycia elastycznym, do tego, by nie zastygać w przyzwyczajeniach, które może kiedyś nam służyły, ale teraz szkodzą. To bardzo ważne zwłaszcza dzisiaj, kiedy świat z jednej strony daje nam dużo możliwości, a z drugiej przebodźcowuje. Sama zauważyłam u siebie tendencję do przepracowywania się. Pod koniec czerwca, czyli pod koniec roku szkolnego – odkąd prowadzę zajęcia teatralne w szkołach, wróciłam do trybu odliczania roku od września do czerwca – wielokrotnie miałam poczucie, że przekraczam swoje granice i jestem potwornie zmęczona, ale jeszcze coś musiałam zrobić. Obiecywałam sobie, że już zwolnię, ale zaraz się pojawiało coś nowego do zrobienia i znów brałam głęboki oddech i zaciskałam zęby. To jest wielkie pole do pracy dla mnie – zauważać moment, kiedy wyczerpuję swoje zasoby energii i mówić wtedy sobie: stop. 

Mój organizm szybko mnie w takich momentach 
dyscyplinuje – kiedy się przepracowuję lub niedosypiam, od razu mam infekcję gardła.
Najbardziej niebezpieczne jest jednak to, że niektóre objawy mogą być ukryte. Na przykład stres może dawać o sobie znać na różne sposoby: wysypką, bólem żołądka, uciskiem w klatce piersiowej czy nerwobólami albo uderza w punkt najbardziej dla nas newralgiczny – dla ciebie jest nim gardło, u mnie to uszy. Od dziecka miałam nagminne zapalenia uszu, a w najbardziej stresującym dla mnie momencie życia przerwał mi się nerw w uchu, więc częściowo straciłam słuch. Na szczęście dzięki sterydom i terapii tlenowej udało mi się go zawiązać, ale do tej pory mam niedosłuch z lewej strony. I jest to dla mnie wielką przestrogą, by nigdy nie bagatelizować pierwszych objawów. Zwłaszcza jeśli są łatwe do zaobserwowania.


Przewlekły stres objawia się jednak bardziej subtelnie, bo organizm jest już do niego przyzwyczajony – wtedy wpływa na niego na głębszym, nie tak oczywistym poziomie – w obiegu wewnętrznym. Obniża nam się odporność, co niekoniecznie musi od razu skutkować grypą, ten stan może kumulować się miesiącami i przeobrazić w o wiele poważniejszą chorobę. Dlatego w takich chwilach trzeba koniecznie wywalczać dla siebie momenty, w których możemy pobyć tylko ze sobą i ze swoimi potrzebami. Regenerować się.

Dla zdrowia ważna jest też higiena emocjonalna. Emocje, które zostają w obiegu wewnętrznym, nie przeistaczają się i nie mogą się uwolnić. Zajmują całą przestrzeń, i zaczynają ciążyć i rządzić naszym życiem. Dla mnie emocje są jak sztuczne ognie – potrzebują się wyświecić na niebie.

Mówiłyśmy, że każdy ma swoją ścieżkę zdrowia – jaka jest ścieżka zdrowia Oriny?
Czuję się zdrowa, kiedy jestem na drodze odkrywcy. I staram się systematycznie wprowadzać w życie małe elementy tego wszystkiego, czego się dowiaduję. Obecnie łagodnie przechodzę w stronę diety wegańskiej, zaczęłam też uprawiać slow jogging i polecam go wszystkim, którzy nie cierpią biegać. Bardzo mi się podoba zasada promującego go prof. Hiroaki Tanaki, by skończyć każdy trening w takim stanie, żeby można było rozpocząć kolejny. Jeśli chodzi o sferę emocji i psyche, to jestem po skończonej terapii, ciekawa, jakie zmiany zajdą dzięki niej w moim życiu, i gotowa, by sięgać po narzędzia terapeutyczne, kiedy będę miała taką potrzebę.

Daję sobie prawo do tego, by popełniać błędy, by nie być jeszcze gotową na przepracowanie pewnych rzeczy i nie waham się prosić o pomoc, jeśli nie daję rady. Daję sobie prawo do tego, by nie wiedzieć, by poszukiwać i by zmieniać zdanie. I by łączyć ze sobą różne nurty oraz metody. Wszystkim niedowiarkom polecam medycynę integralną, która łączy różne podejścia w mądry i oparty na badaniach naukowych sposób. To nie jest medycyna alternatywna, ale rzetelnie skonstruowany system medyczny, który daje nam szansę na rozwój na każdym poziomie. Jestem wielką fanką łączenia. Różnych metod leczenia, ale też różnych pomysłów na siebie. Wcale nie trzeba siebie jednoznacznie określać: jestem aktorką, jestem bizneswoman, jestem prezeską fundacji. Możemy być wszystkim. 

Orina Krajewska aktorka, instruktorka teatralna, współzałożycielka i prezes Fundacji Małgosi Braunek „Bądź”, 
córka Małgorzaty Braunek i Adama Krajewskiego (Fot. Magdalena Sobotka)