1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda
  4. >
  5. Moda na przydymione szkiełka

Moda na przydymione szkiełka

Okulary przeciwsłoneczne - nieodłączny element letniej garderoby.   Choć  ich kariera na dobre rozpoczęła się w latach 30. XX wieku, korzeni przyciemnianych okularów możemy szukać już w starożytności.

Pliniusz Starszy w swoim słynnym dziele: „Historia Naturalna” pisał, że cesarz Neron, który był krótkowidzem, do przeglądania dokumentów i  oglądania walk gladiatorów używał  wielkiego oszlifowanego jak soczewka szmaragdu pochodzącego z Egiptu lub z Baktrii (krainy leżącej w starożytności na terenach północnego Afganistanu). Święcie bowiem wierzono, że szmaragdy poprawiają wzrok i mają dobry wpływ na oczy.  Ale tak naprawdę okulary, które można by uznać za przodków współczesnych okularów przeciwsłonecznych, zostały wynalezione w okresie średniowiecza w Chinach. To tam około XII wieku zaczęto używać przydymionych kwarcowych szkieł, które miały skrywać oczy przed ciekawskimi. Co ciekawe, trend ów przyjął się szczególnie wśród chińskich sędziów, którzy przepytując świadków lubili kryć przed nimi wzrok...

XIX / XX wiek – era automobili!

Na przełomie XIX i XX wieku okulary zrobiły największą karierę wśród wielbicieli sportów zimowych i automobilistów! Pionierzy i pionierki automobilizmu, śmigając po pylistych drogach samochodami pozbawionymi przedniej szyby, nakładali specjalne przyciemniane okulary lub gogle. Słynna Misia z Godebskich – Sert, córka znanego rzeźbiarza Cypriana Godebskiego, przyjaciółka Cocco Chanel  i zarazem jedna z pierwszych kobiet we Francji samodzielnie prowadząca automobil skarżyła się, że ciemne automobilowe okulary kryją całą twarz i są wyłupiaste jak oczy żaby.

XX wiek – opalenizna rodem z Hollywood

Swoją prawdziwą karierę okulary przeciwsłoneczne rozpoczęły w XX wieku w Stanach Zjednoczonych.  Jako pierwsi zaczęli je nosić amerykańscy gwiazdorzy kina niemego - nie tylko, aby chronić oczy od mocnych lamp w studiach filmowych, ale też by ukryć się przed natrętnymi fanami. Era rozwoju kina w USA zbiega się w czasie z prawdziwą obsesją na tle plażowania oraz opalenizny. To w tym właśnie okresie w Europie modne stają się wakacje na Lazurowym Wybrzeżu czy Lido, a w Stanach Zjednoczonych w Miami czy Californii. W latach 30. XX wieku, na które przypada prawdziwy szał na opalanie, najmodniejsze są okulary przeciwsłoneczne o okrągłych bardzo ciemnych szkłach, koniecznie w białych oprawkach podkreślających brązowy kolor skóry.  Słynny amerykański dom towarowy Sears, w tym okresie sprzedawał je w kompletach z białymi tenisówkami, skarpetkami i torebką.  Również w tym okresie, w Stanach Zjednoczonych powstają popularne po dziś dzień firmy produkujące okulary przeciwsłoneczne, takie jak założona w 1919 roku Foster Grand,  czy powstała w 1937 roku Ray-Ban.

„Ciemki”- generała Mac Arthura

Do firmy Ray-Ban należą m.in. słynne: „Aviators”- czyli okulary o zielonych szkłach i złotych, lekkich oprawkach, zaprojektowane w 1937 roku specjalnie dla porucznika armii amerykańskiej Johna Mac Cready, które szybko stały się ulubionymi „sunglasses” amerykańskich lotników. W Polsce nazywano je „ciemkami” lub „mekarturkami”, ponieważ bardzo lubił nosić je słynny generał Douglas Mac Arthur. To właśnie te okulary miał na sobie w czasie lądowania na plażach Filipin w czasie II Wojny Światowej, a zdjęcie ukazujące go w owych „aviators” obiegło świat przyczyniając się tym samym do ich zawrotnej kariery. W Polsce, widząc w nich podówczas jeden z elementów „kapitalistycznej zgnilizny” zabraniono ich noszenia. Co bardziej sprytni młodzieńcy załatwiali sobie jednak zaświadczenia lekarskie, które poświadczały stan chronicznego zapalenia spojówek.

Dziś….

Na szczęście dziś możemy do woli cieszyć się tak praktycznymi jak i estetycznymi zaletami „przydymionych szkiełek”, pieści oko mnogość kolorów oprawek i wymyślne fasony.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Hedy Lamarr - piękny umysł

Grała tak dużo, że praktycznie 
nie schodziła z planu. Jak wytrzymać tak zabójcze tempo? Wytwórnie miały na zmęczenie gwiazd swoje sposoby. 
Hedy przyjmowała ogromne ilości leków pobudzających. (Fot. Forum)
Grała tak dużo, że praktycznie nie schodziła z planu. Jak wytrzymać tak zabójcze tempo? Wytwórnie miały na zmęczenie gwiazd swoje sposoby. Hedy przyjmowała ogromne ilości leków pobudzających. (Fot. Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Chciała być znaną aktorką i nią została. To marzenie się na niej zemściło. Jednak biografia Hedy Lamarr ma swój happy end. Dożyła czasów, kiedy zaczęto o niej mówić i pisać już nie jak o ofierze złotej ery Hollywood, lecz o wynalazczyni, która przyczyniła się do postępu technologicznego.

Jest 20 stycznia 1933 roku. Adolf Hitler wie już, że za kilka dni zostanie nowym kanclerzem Rzeszy i przejmie w państwie pełnię władzy. Ma więc wszelkie powody do radości, a jednak tego właśnie dnia jest wściekły. Przyczyną jego złego humoru jest „Ekstaza”, bezwstydny film Gustava Machatego. A może nawet bardziej chodzi o dziewczynę grającą główną rolę. Niespełna 19-letnią, piękną, bynajmniej nie aryjskiej urody. W filmie widać ją nagą, całkiem przekonująco odgrywającą orgazm. Hitler jest oburzony i zniesmaczony, zakazuje wyświetlania „Ekstazy” na terytorium Rzeszy. Ciekawe, w jaką furię wpadłby, wiedząc, że dokładnie siedem lat później ta sama dziewczyna, znana już wtedy jako hollywoodzka piękność, opracuje wynalazek, który mógł odmienić bieg historii. I doprowadzić do upadku nazistów znacznie wcześniej, niż to się faktycznie stało.

Co powie Hitler

Zanim stała się Hedy Lamarr, nazywała się Hedwig Kiesler. Jedynaczka z zamożnej wiedeńskiej rodziny żydowskiej. Miała pokojówkę, guwernantkę, można się domyślać, że ją rozpieszczano, skoro tuż po tym, jak kończy 16 lat, oznajmiła rodzicom, że przerywa naukę, by poświęcić się aktorstwu. I jeszcze w tym samym 1930 roku zadebiutowała w filmie „Pieniądze na ulicy”. To może nie wybitna kreacja, ale Kiesler przykuła uwagę i widzów, i reżyserów na tyle, że w roku następnym otrzymała propozycje czterech kolejnych ról.

Wiedeń początku lat 30. z pewnością nie był miastem pruderyjnym. Najbardziej rozrywkowe miasto Europy. Wystawy, koncerty i, rzecz jasna, kabarety wypełnione ludźmi praktycznie całą dobę, przy stolikach gangsterzy dobijający targów z politykami, przemysłowcy flirtujący z aktorkami, wszystko to w rytmie jazzu, uważanego wówczas za wysoce nieprzyzwoity. „Wiedeń ma zbyt dużą kulturalną siłę przyciągania” – będzie wkrótce narzekać Hitler, bezskutecznie próbując nadać podobną rangę Berlinowi. Młodziutka Hedwig bryluje na wiedeńskich salonach, jej kariera wspaniale się zapowiada. Do czasu, kiedy przyjmie rolę we wspomnianej „Ekstazie”. Może i oglądano ten film w Wiedniu na zamkniętych pokazach, może i robił na świecie furorę – wychwalał go między innymi Henry Miller, reżyser Machatý dostał za niego nagrodę na Biennale Filmowym w Wenecji, a w paryskim Théâtre Pigalle „Ekstaza” nie schodziła z ekranu przez 22 tygodnie – tyle że w coraz bardziej zależnej od Berlina Austrii liczyło się przede wszystkim zdanie Hitlera. Hedwig z dnia na dzień staje się więc postacią niewygodną, niemile widzianą, filmowcy nie mają odwagi proponować jej ról.

Kadry z zakazanego przez Hitlera filmu „Ekstaza” z 19-letnią Hedy, wtedy jeszcze Hedwig Kiesler (1933). (Fot. Getty Images) Kadry z zakazanego przez Hitlera filmu „Ekstaza” z 19-letnią Hedy, wtedy jeszcze Hedwig Kiesler (1933). (Fot. Getty Images)

Wizyty w fabryce broni

W 1933 roku zmienia także stan cywilny. Wychodzi za mąż za niejakiego Fritza Mandla. Starszy od niej o 13 lat bogaty przemysłowiec dorobił się na handlu bronią i zajmuje się nowymi technologiami wojskowymi, które jego firma projektuje i sprzedaje III Rzeszy. Co Hedwig w nim widzi? Tu sprawa jest złożona. Jedną z najbardziej dokuczliwych wad Mandla jest jego chorobliwa zazdrość. Całymi dniami trzyma żonę pod kluczem, zabiera ze sobą nie tylko na oficjalne przyjęcia, lecz także na wizytacje do fabryk i laboratoriów. Mandl stara się zadbać o to, żeby o dotychczasowym aktorskim dorobku Hedwig zapomniano. Do legendy przeszło, jak próbował wykupić wszystkie rozesłane po świecie kopie „Ekstazy” – na szczęście bezskutecznie, choć wykładał sporą gotówkę.

Jakie znaczenie miało to, że był nazistą? Austria, wzorem Niemiec, stawała się krajem coraz brutalniejszego antysemityzmu, nad żydowską rodziną Kieslerów krążyło widmo prześladowań. Małżeństwo z Mandlem w pewnością chroniło Hedwig, zwłaszcza że jej mąż był człowiekiem bardzo wpływowym, znającym osobiście nazistowskich przywódców, podobno także Hitlera.

A jednak z biegiem czasu stawało się jasne, że nawet wpływy męża to niedostateczna ochrona. Z miesiąca na miesiąc atmosfera w kraju się zagęszczała, nie brakowało przypadków wydawania władzom żydowskich współmałżonków. 13 marca 1938 roku Hitler oficjalnie wcielił Austrię do III Rzeszy. A 24-letnia Hedwig Kiesler postanowiła uciec.

Lamarr w obiektywie Toni Frissell po pierwszym hollywoodzkim sukcesie w filmie „Algier” (1938). (Fot. Getty Images) Lamarr w obiektywie Toni Frissell po pierwszym hollywoodzkim sukcesie w filmie „Algier” (1938). (Fot. Getty Images)

Niebo z akcentem

Jak sama wspominała, uśpiła w tym celu pilnującą ją pokojówkę, dosypując jej czegoś do herbaty. Uciekła pociągiem do Paryża. Przez jakiś czas miała z czego żyć, bo zabrała ze sobą kosztowności, którymi hojnie obdarowywał ją Mandl. Tylko co dalej, jak przetrwać w tak trudnych czasach? Wkrótce trafiła do Londynu, gdzie przebywał akurat Louis Burt Mayer – jeden z szefów hollywoodzkiej wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer przyjechał do Europy w poszukiwaniu nowych talentów. Hedwig wystarała się o spotkanie. Początkowo rozmowy szły opornie, bo film „Ekstaza” był zakazany także w USA, ale koniec końców wynegocjowała odpowiednią stawkę i wraz z Mayerem znalazła się na statku płynącym do Hollywood.

Ameryka tamtych lat była nie mniej purytańska niż III Rzesza. A jednak, mimo skandalizującej reputacji, Hedwig (a właściwie już Hedy Lamarr, bo pod takim pseudonimem pojawiła się w Hollywood), została przez branżę filmową przyjęta życzliwie. Jeszcze w tym samym roku zagrała u boku Charlesa Boyera i Sigrid Gurie w kasowej produkcji „Algier”, która spodobała się widzom, natychmiast więc pojawiły się kolejne propozycje ról dla Hedy. Wystąpiła też między innymi z Clarkiem Gable’em w „Gorączce nafty” i „Towarzyszu X”, z Judy Garland w „Kulisach wielkiej rewii”, grywała ze Spencerem Tracym. Nawet jeśli nie stała się pierwszoplanową gwiazdą, była bardzo znana. Na każdym kroku podkreślano jej urodę. Filmy z udziałem Lamarr reklamowano jako produkcje z „najpiękniejszą kobietą w Hollywood”. Zgodnie z obowiązującą w tamtych czasach manierą dziennikarze nazywali ją też „marzeniem 50 milionów mężczyzn” czy „niebem z akcentem”. Bez wątpienia miała w sobie coś wyjątkowego. To ona wiele dekad później będzie inspiracją dla Ridleya Scotta – pierwowzorem zmysłowej kruczowłosej Ruth z kultowego „Łowcy androidów”. Ona także (razem z Jean Harlow) zainspirowała Boba Kane’a do stworzenia słynnej komiksowej serii „Catwoman”.

Jaki mamy dzień?

Sukces miał swoją cenę. Lamarr kręciła średnio cztery filmy rocznie, co oznaczało, że praktycznie nie schodziła z planu. „Zazwyczaj nie wiedzieliśmy, jaki jest dzień ani która godzina, bo kręciliśmy także w weekendy” – wspominała. Jak wytrzymać tak zabójcze tempo? Wielkie wytwórnie miały swoje sprawdzone sposoby. Hedy korzystała z usług między innymi Maxa Jacobsona, który do historii przeszedł jako „Dr Feelgood” lub „Miracle Max”. Ten zatrudniany przez studio MGM lekarz specjalizował się w zapewnianiu wyczerpanym sławom chwil chemicznego szczęścia, a ze swoimi problemami zwracali się do niego Truman Capote czy Marlena Dietrich. Hedy regularnie przyjmowała ogromne ilości leków, na przemian pobudzających i uspokajających, do tego dochodziły alkohol i narkotyki. Pełna hipokryzji branża chętnie plotkowała też o jej życiu erotycznym. Miała opinię nimfomanki. Wyszła za mąż jeszcze pięć razy, sama przyznała się do setki kochanków. Mówiła: „Nie chcę być przez mężczyzn czczona. Chcę, by reagowali na mnie cieleśnie, i chcę ich odrzucać”.

W 1944 roku skończyła trzydziestkę. Jak na standardy Hollywood nie była już najmłodsza, czuła na plecach oddech konkurencji. W połączeniu z niemal permanentnym odurzeniem bądź kacem tworzyło to mieszankę mocno depresyjną. Zwłaszcza że z biegiem czasu pojawiało się coraz mniej filmowych propozycji. Jej kariera blakła, coraz częściej brakowało Hedy pieniędzy. Lata 50. to już czas w jej życiu mroczny i pełen frustracji. Uzależnienia sporo kosztowały, zaczęła się obsesja na punkcie zabiegów upiększających i operacji plastycznych, nieraz przyłapywano ją na sklepowych kradzieżach. Upadek Lamarr musiał być uderzający, skoro w 1966 roku Andy Warhol nakręcił film „Hedy” – historię schyłku popularności, pełną gorzkiej ironii.

Nie miała nawet pojęcia, że w czasie, kiedy rozgrywał się jej dramat, w wojskowych laboratoriach trwały prace nad wynalazkiem jej pomysłu, który kilka dekad później miał zmienić codziennie życie ludzi.

Hedy na plaży podczas festiwalu w Wenecji (druga połowa lat 50.). (Fot. Forum) Hedy na plaży podczas festiwalu w Wenecji (druga połowa lat 50.). (Fot. Forum)

Spotkanie przy winie

Wiemy, że lubiła wymyślać nowinki z różnych dziedzin. Stworzyła na przykład tabletkę musującą, która rozpuszczona w wodzie nadawała jej smak zbliżony do coca -coli, myślała o urządzeniu pomagającym osobom starszym i z niepełnosprawnością ruchową przy korzystaniu z wanny. Ale do historii przeszedł zupełnie inny jej wynalazek. Na ten pomysł wpadła prawdopodobnie już w trakcie małżeństwa z Mandlem. W fabrykach jej męża pracowano nad urządzeniami służącymi do naprowadzania pocisków i torped metodą radiową. Hedy wiedziała, że stosowane wówczas metody są niedoskonałe, bo radiowy sygnał przeciwnik mógł zakłócić, wysyłając swój, na tej samej częstotliwości. Już wtedy myślała o lepszych rozwiązaniach, ale dopiero w Stanach pojawiła się okazja, żeby wrócić do tematu. Kluczowe okazało się przypadkowe spotkanie George’a Antheila, muzyka, eksperymentatora, którego awangardowe kompozycje potrafiły wywoływać uliczne zamieszki. Antheil był nie tylko muzycznym wizjonerem, ale też zdolnym technikiem, sprawnie przetwarzającym istniejące instrumenty bądź tworzącym zupełnie nowe, w poszukiwaniu świeżych brzmień. Oboje pochodzili z Europy Środkowej, oboje zetknęli się z grozą III Rzeszy, niezobowiązująca rozmowa przy butelce wina szybko zamieniła się w konkretną dyskusję nad kwestiami technicznymi. Okazało się, że Lamarr ma doskonały pomysł, jak zwiększyć skuteczność alianckiego ostrzału, Antheil zaś potrafi pomysł ten zrealizować pod kątem technicznym. Kilka kolejnych tygodni oboje spędzili w hotelowym pokoju, pracując nad wynalazkiem.

Pomysł był taki: żeby uniemożliwić zakłócenie radiowego sygnału naprowadzającego pociski, należy emitować go na zmiennych częstotliwościach. Antheil postanowił zastosować perforowane paski od pianoli – uzyskiwał w ten sposób możliwość nadawania na 88 częstotliwościach, dokładnie tylu, ile klawiszy liczy pianola. 10 czerwca 1941 roku Lamarr i Antheil złożyli wniosek patentowy systemu FHSS (Frequency Hopping Spread Spectrum), a po jego uzyskaniu natychmiast przekazali go armii amerykańskiej.

I co? I nic. Armia nie zdecydowała się wcielić pomysłu w życie, choć zaledwie pół roku później japoński atak na Pearl Harbor sprawił, że USA przystąpiły do wojny. Chyba jednak już wówczas przeczuwano, że pomysł Lamarr i Antheila może mieć w przyszłości jakieś znaczenie militarne, skoro go utajniono. Po raz pierwszy zdecydowano się na jego wykorzystanie dopiero podczas blokady Kuby, ale na swój globalny sukces musiał czekać jeszcze dobre trzy dekady.

W latach 90. zwrócono uwagę, że FHSS może doskonale sprawdzać się nie tylko w kwestiach militarnych, ale we wszystkich technologiach związanych z łącznością bezprzewodową. Prace nad udoskonaleniem systemu ruszyły ostro do przodu, w efekcie nastąpił rozwój Internetu, telefonii komórkowej. Gdyby nie pomysł Lamarr, nie byłoby Wi-Fi, Bluetootha, GPS-u i dziesiątków rzeczy, bez których dziś trudno wyobrazić sobie życie.

Bogata już byłam

Antheil tego nie dożył – zmarł pod koniec lat 50. Za to Hedy zdążyła jeszcze zobaczyć globalne skutki swojego młodzieńczego pomysłu, a nawet skorzystać na nich zarówno finansowo, jak i, a może przede wszystkim, wizerunkowo. Na przełomie lat 80. i 90. jeśli ktoś jeszcze o Lamarr pamiętał, to głównie w związku z nagłaśnianymi przez prasę kradzieżami sklepowymi. Hedy kreowano na jedną z wielu ofiar złotej ery Hollywood, postać godną współczucia, a jednocześnie żałosną.

I nagle nazwisko ponadosiemdziesięcioletniej gwiazdy wróciło w zupełnie innym kontekście. Stała się symbolem technologicznego postępu. W 1998 roku firma Corel wykorzystała twarz Hedy Lamarr na okładce CD z programem „Corel Draw”. Nawiasem mówiąc – bezprawnie, co kosztowało Corela 5 milionów dolarów i znowu uczyniło Hedy osobą majętną. To akurat nie było, według niej, aż tak istotne. „Bogata już byłam” – mawiała często z lekceważeniem. Zmarła dwa lata później, w styczniu 2000 roku, na granicy XXI wieku, który tak wiele jej zawdzięcza.

  1. Zdrowie

Ile w nas małpy, ile człowieka? – tłumaczy genetyk, prof. Ewa Bartnik

Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach czy denisowianach. (Fot. iStock)
Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach czy denisowianach. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
To niby-śmieciowe DNA wcale nie było końcem zaskoczeń. Jeszcze ciekawsze fakty wyszły na jaw, kiedy porównaliśmy nasz świeżo odczytany genom z genami naszych najbliższych ewolucyjnych krewniaków, czyli innych naczelnych. Stało się jasne, że różni nas mniej, niż kiedykolwiek nam się wydawało – z szympansami i gorylami dzielimy 98–99 procent genów.

Tylko 1, góra 2 procent genów sprawiły, że staliśmy się Homo sapiens. Jakie to geny? To pytanie, które narzuciło się samo, a poszukiwaniem tak zwanych genów człowieczeństwa przez lata zajmowało się wiele zespołów badawczych na całym świecie.

Geny człowieczeństwa

O ile na początku wyobrażaliśmy sobie, że znajdziemy jeden, przełomowy gen, który uczynił nas tym, czym jesteśmy, to dzisiaj wiemy już, że takiego genu po prostu nie ma. Za różnice między nami a szympansami odpowiada co najmniej kilka bardzo ważnych genów, ale żaden z nich w pojedynkę nie da nam wyraźnego „człowieczeństwa”. Prawda jest też taka, że te porównania są niezwykle trudne technicznie, bo o ile bez problemu znajdziemy ten czy inny gen w DNA człowieka, szympansa, goryla lub bonobo, to już nawet drobne zmiany w genach – na przykład dotyczące jednej litery – mogą nam łatwo umknąć. Dlatego zamiast porównywać budowę poszczególnych genów, w poszukiwaniach różnic między człowiekiem a małpami naukowcy skoncentrowali się na identyfikowaniu tych genów, które my mamy, a inne naczelne nie, albo odwrotnie – tych, które istnieją u małp, a u nas są one nieobecne, zagubione w toku ewolucji. Dzięki temu wiemy, że ogromna większość genów szympansa występuje u człowieka i na odwrót. Jednak człowiek utracił pewne geny – nie mamy owłosienia na ciele, utraciliśmy szereg receptorów węchowych. Przeciętne białko ludzkie różni się dwoma aminokwasami od swojego szympansiego odpowiednika, a aż 29 procent białek jest identycznych.

Pytanie tylko, które geny mogły okazać się kluczowe dla rozwoju naszego gatunku. Pewnie nie była to mutacja pozbawiająca nas owłosienia na ciele, a raczej geny związane z rozwojem mózgu, mowy, wyprostowanej postawy.

Jednym z tych, którym przypisuje się duży udział w tworzeniu naszego „człowieczeństwa”, jest gen FOXP2, który prawdopodobnie miał związek z wykształceniem się zdolności Homo sapiens do sprawnego posługiwania się mową. Genetycy stwierdzili, że w genie tym zaszły duże zmiany po oddzieleniu się linii ewolucyjnych przodków człowieka i szympansa – oznacza to, że w tym czasie gen zmienił swoją funkcję, ewoluował. Co więcej, udało się też zaobserwować, czym jego brak może skutkować u ludzi. Mutację w tym genie wykryto bowiem u pewnej rodziny w Anglii. Okazało się, że mutacja spowodowała zanik mowy i niezdolność do tworzenia struktur gramatycznych i składniowych. Ale żeby sytuacja była jeszcze bardziej skomplikowana, gen ten – choć nie odgrywa żadnej roli u małp – jest bardzo aktywny u ptaków śpiewających, a laboratoryjne próby z jego aktywacją u myszy spowodowały, że gryzonie zyskiwały szeroką gamę wokalizacji. Wygląda więc na to, że gen dziedziczony jest przez zwierzęta na naszej planecie od bardzo dawna, tylko u różnych gatunków ujawnia się z różną siłą.

Genetycy porównujący geny ludzkie i szympansie zwrócili uwagę również na gen MYH16, kodujący jedną z form łańcucha ciężkiego białka miozyny u człowieka. Kiedyś, około 2,5 miliona lat temu, u naszych przodków zaszła w nim zmiana, która wpłynęła na osłabienie mięśni szczęki, zmniejszenie twarzoczaszki i wzrost mózgoczaszki – czyli sprawiła, że mamy delikatniejsze twarze niż małpy, mniej wydatne szczęki oraz dużo miejsca w czaszce na rosnący mózg. Ale znowu – czy ta właśnie zmiana była kluczowa w naszej ewolucji? Tego nie możemy powiedzieć.

Ludzkie DNA

Dzisiaj istnieją już całe listy genów, które miały swój prawdopodobny udział w kształtowaniu naszych ludzkich cech. W jednej z ostatnich prac na ten temat autorzy dzielą zidentyfikowane dotychczas „geny człowieczeństwa” na trzy grupy. Pierwsza z nich, która na pewno miała udział w powstaniu Homo sapiens, obejmuje tylko dwa geny – FOXP2 oraz gen CMAH, mający swój udział w budowaniu naszej odporności. Kolejna, większa nieco grupa to 18 genów, których wpływ określany jest jako „prawdopodobny, mający pozory słuszności”. Jest jeszcze trzecia grupa 15 genów, których oddziaływanie określa się słowem „możliwe”. I znowu podkreślmy niezwykle ważną rzecz – nie same sekwencje genów odpowiadają za to, jak wygląda i zachowuje się człowiek. Ważna jest też ekspresja genów – wyglądający tak samo gen może u różnych gatunków zachowywać się zupełnie inaczej, może produkować swoje białko w innym miejscu w organizmie, na innym etapie rozwoju zarodka. To są zmienności, które mogą zaważyć i na wyglądzie, i na zdolnościach intelektualnych każdego gatunku.

Nie tylko wygląd czy budowa ciała są zresztą tutaj ważne. Udział w budowaniu sukcesu Homo sapiens miały też z pewnością geny dające nam długowieczność. Warto bowiem podkreślić, że żyjemy niemal dwukrotnie dłużej niż nasi najbliżsi krewni w zwierzęcym świecie. Oznacza to także, że mamy więcej czasu na przekazywanie swojego kulturalnego dorobku kolejnym pokoleniom. Bo przecież nie tylko geny, ale i kultura odgrywa olbrzymią rolę w ukształtowaniu się naszego gatunku. Gdybyśmy nie wychowywali się w otoczeniu ludzi, którzy od naszego urodzenia do nas mówią, przekazują nam swoją wiedzę i zwyczaje, sami też nie bylibyśmy ludźmi. Gdyby, jak głosi słynna legenda, Romulus i Remus zostali wychowani przez wilczycę w lesie, z pewnością nie zbudowaliby Rzymu, ale biegali po polanach, polując na zające.

Geny neandertalczyków – ile ich mamy?

Odczytanie genomu człowieka nie dostarczyło więc zbyt wielu informacji na temat naszej wyjątkowości, ale dokonało czegoś innego – uświadomiło nam, jak bliskie pokrewieństwo łączy nas z innymi istotami zamieszkującymi naszą planetę. Nie możemy już wyprzeć się tego pokrewieństwa. Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach. Dzięki zsekwencjonowaniu genomu neandertalczyka w 2012 roku przez zespół prof. Svantego Pääbo z Instytutu Maksa Plancka w Lipsku wiemy już z całą pewnością, że przedstawiciele tego gatunku, czy jak dzisiaj mówi się częściej podgatunku Homo sapiens, byli pod względem genetycznym prawie identyczni jak my. Na przykład mieli identyczną jak Homo sapiens wersję genu FOXP2, umożliwiającą sprawne porozumiewanie się, a przecież w konfrontacji z nami wyginęli. Czy to coś w genach sprawiło, że my wygraliśmy w ewolucyjnym wyścigu, a nie Homo neanderthalensis? Bardzo wątpliwe. To raczej nasza kultura – w tym przypadku kultura wojowniczości i zdobywania świata – wzięła górę nad nieco być może mniej pod tym względem zapalczywymi neandertalczykami.

Odczytanie DNA Homo neanderthalensis pokazało nam coś jeszcze bardziej szokującego – podczas naszych pierwszych spotkań z nimi, które nastąpiły około 50 tysięcy lat temu, tuż po tym, jak człowiek rozpoczął wędrówkę z Afryki na inne lądy, mogło być naprawdę gorąco! Porównanie naszych genów z genami neandertalczyka jasno bowiem wykazało, że te dwa podgatunki człowieka uprawiały ze sobą seks. Było to częste do tego stopnia, że do dziś w naszych genach nosimy nawet 4 procent genów neandertalskich, w tym geny, które dały nam odporność na nowe choroby, nieobecne w Afryce. To jednak musiał być seks pełen przemocy – wydaje się, że dochodziło głównie do gwałtów, których dopuszczali się neandertalscy mężczyźni na ludzkich kobietach. Gdyby w procederze tym brały udział neandertalskie kobiety, przekazałyby nam one zapewne choć odrobinę mitochondrialnego DNA. A badania wykazały, że w naszych genach nie ma śladów po mtDNA neandertalek. Czyżby były aż tak nieatrakcyjne, że żaden mężczyzna Homo sapiens nie zdecydował się na gatunkowy skok w bok? Kto wie, choć bardziej prawdopodobne, że zadziałał tu przypadek. Po prostu żadna z kobiet, które urodziły się ze związku neandertalki i człowieka, nie miała nieprzerwanej do obecnego czasu linii córek – a to przecież jest niezbędne do zachowania neandertalskich mitochondriów, przekazywanych wyłącznie z matki na córkę.

Tak wyglądała czaszka neandertalczyka - wymarłego przedstawiciela rodzaju Homo z plejstocenu. (fot. iStock) Tak wyglądała czaszka neandertalczyka - wymarłego przedstawiciela rodzaju Homo z plejstocenu. (fot. iStock)

Rdzenni mieszkańcy Afryki to jedyna czysta rasa Homo sapiens

Swoją drogą, kiedy patrzę na te badania, przypomina mi się mój nieżyjący już tata – prawnik, specjalista od apartheidu. Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że była to totalitarna ideologia rządów Republiki Południowej Afryki, która zakazywała między innymi łączenia się w pary ludzi rasy białej i czarnej, aby zachować „czystość” białych na Czarnym Lądzie. Mój ojciec walczył z tą ideologią z humanitarnego, prawniczego punktu widzenia. Gdyby zobaczył wyniki sekwencjonowania genomu ludzkiego, zapewne miałby wielką satysfakcję. Dowodzą one bowiem, że jedyną naprawdę czystą rasą Homo sapiens są rdzenni mieszkańcy Afryki. My wszyscy, którzy z Afryki wyszliśmy, aby zdobywać inne lądy, jesteśmy zwykłymi mieszańcami, noszącymi w swoich genach – co już wiemy z całą pewnością – nie tylko DNA neandertalczyków, ale też i denisowian, jeszcze bardziej prymitywnego gatunku człowieka, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się z analiz genetycznych kopalnych fragmentów dwóch kosteczek palca oraz zęba, znalezionych w 2010 roku w Denisowej Jaskini na Syberii. Tak, z nimi też uprawialiśmy seks. I to pewnie nie koniec erotycznych interakcji Homo sapiens z wymarłymi krewniakami. Tata byłby bardzo zadowolony.

  1. Materiał partnera

Jak świetnie wyglądać w okularach, czyli wszystko o wybieraniu oprawek

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Odpowiednio dopasowane okulary nie tylko umożliwiają wyraźne i komfortowe widzenie, lecz także pozwalają podkreślić atuty naszej urody.

Współczesne możliwości w zakresie niechirurgicznej korekcji wad wzroku są ogromne. Osoby mające problemy ze wzrokiem mogą obecnie korzystać z wielu skutecznych rozwiązań poprawiających ostrość widzenia, a tym samym jakość życia. Największą popularnością wciąż cieszą się okulary korekcyjne. Oprawki korekcyjne już dawno przestały kojarzyć się z czymś negatywnym. Coraz więcej osób traktuje je jako oryginalny element wizerunku, dodający zadziorności i charakteru. Umiejętnie dopasowane oprawki stanowią stylowy i modny dodatek, dzięki któremu można pokazać swoją indywidualność. Powiedzmy sobie szczerze: noszenie okularów stało się modne. Nic więc dziwnego, że tak wiele osób zastanawia się jak wybrać oprawki, w których naprawdę będzie im do twarzy. Z pomocą przychodzą eksperci w dziedzinie stylizacji okularów. Jeśli i ty zadajesz sobie pytanie „Czy dobrze wyglądam w okularach?”, koniecznie przeczytaj nasz artykuł do samego końca.

Dla kogo plusy, dla kogo minusy?

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Choć wiele osób decyduje się na noszenie okularów jako ozdoby, nie zapominajmy, że ich podstawowym i najważniejszym zadaniem jest korygowanie wady wzroku. Okulary korekcyjne to wyrób medyczny, przeznaczony do poprawy wzroku przy takich wadach jak krótkowzroczność, nadwzroczność, astygmatyzm i starczowzroczność. Zanim przystąpimy do wyboru wymarzonych oprawek musimy dowiedzieć się, jaki rodzaj szkieł okularowych będzie dla nas odpowiedni. Skąd wiedzieć, co mamy kupić? Do określenia wady wzroku konieczne będzie przeprowadzenie badania oczu. Może je wykonać jeden z dwóch specjalistów: lekarz-okulista lub optometrysta. Warto wiedzieć, że okuliści zajmują się głównie leczeniem chorób oczu, natomiast optometryści – korekcją wad wzroku. Osobom mającym problem z krótkowzrocznością przepisuje się okulary o ujemnych mocach optycznych (popularnie nazywane minusami). Ta wada wzroku jest związana ze skupianiem wpadających do oka wiązek  światła przed siatkówką.  Okulary dla krótkowidzów mają soczewki wklęsłe, których zadaniem jest przesunięcie ogniskowej soczewki oka na siatkówkę. W przypadku dalekowidzów mamy do czynienia z odwrotną zależnością: wpadające do oka światło ogniskuje się za siatkówką, a zatem osoby z tą wadą wzroku potrzebują soczewek dodatnich, czyli skupiających (wypukłych). Takie okulary są nazywane plusami, ponieważ określa się je poprzez dodanie do wartości wady znaku „+”. Praktyczny przewodnik na temat różnic między okularami plusami i minusami znajduje się na tej stronie: https://www.wokularach.pl/okulary-minusy-czy-plusy-skad-wiedziec-co-kupic. Warto tam zajrzeć – szczególnie jeśli lubisz wiedzę podaną w pigułce.

Oprawki a kształt twarzy

Gdy znamy już moc optyczną soczewek okularowych i wiemy, jaka korekcja będzie odpowiednia dla naszej wady, czas przystąpić do wyboru oprawek. Dla większości osób właśnie tutaj zaczynają się schody: mnogość kształtów, fasonów i kolorów nowoczesnych oprawek korekcyjnych może dosłownie przyprawić o zawrót głowy. Naczelna zasada brzmi następująco: okulary dobieramy do kształtu twarzy. Jeśli chcesz wiedzieć, jakie oprawki będą najlepsze do kształtu twojej twarzy, polecamy zajrzeć na stronę https://www.wokularach.pl/dobieramy-okulary-do-ksztaltu-twarzy. Ten temat jest naprawdę obszerny, dlatego w tym miejscu chcemy jedynie wspomnieć o kilku kluczowych punktach. Oto kilka trików, które warto znać:

  • twarz okrągła – aby optycznie wyszczuplić pełną buzię użyj okularów prostokątnych z jak najwęższymi oprawkami,
  • twarz w kształcie serca – aby odwrócić uwagę od wydatnego czoła wybierz okulary z przezroczystymi oprawkami lub w ogóle bez ramek,
  • twarz kwadratowa – aby złagodzić rysy buzi z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi i żuchwą kup owalne okulary z zaokrąglonymi oprawkami, dobrze sprawdzą się aviatory i modele w mocno wzorzystych oprawkach,
  • twarz podłużna – aby optycznie skrócić buzię noś duże, okrągłe okulary oversized,
  • twarz owalna – jesteś szczęściarzem: do twojej buzi pasują wszystkie typy oprawek, masz pełną dowolność w wyborze okularów.

Źle dobrane okulary: jak je rozpoznać?

Musisz zdawać sobie sprawę z tego, że źle dobrane okulary nie tylko niezbyt efektownie prezentują się na twarzy, lecz mogą też wywoływać dyskomfort w trakcie użytkowania. Jeśli nosząc okulary odczuwasz nieprzyjemne objawy (ból oczu, łzawienie, nadmierne mruganie, zamazany obraz, dokuczliwe bóle głowy itp.) być może przyczyną są właśnie niedopasowane oprawki. Nie wolno ignorować takich symptomów, bowiem konsekwencją noszenia źle dobranych okularów może być pogorszenie wzroku, groźne choroby oczu, a nawet ryzyko całkowitej ślepoty. Dlatego jeśli zauważyłeś u siebie którykolwiek z wymienionych objawów powinieneś jak najszybciej udać się do specjalisty w celu przeprowadzenia ponownego badania wzroku i zmiany okularów na inne. Czeka cię zakup pierwszych okularów? A może zastanawiasz się, czy twoje obecne okulary na pewno są dobrze dopasowane? Mnóstwo przydatnych porad na temat prawidłowego doboru oprawek korekcyjnych znajdziesz na stronie: wokularach.pl 

  1. Kultura

Sylwia Wilkos - obywatelka świata

Sylwia Wilkos: W żadnej klatce nie dam się zamknąć. Myślę, że zawdzięczam to biłgorajskim korzeniom. (Fot. Weronika Ławniczak)
Sylwia Wilkos: W żadnej klatce nie dam się zamknąć. Myślę, że zawdzięczam to biłgorajskim korzeniom. (Fot. Weronika Ławniczak)
Wyjechała do Los Angeles z powodu polskiego filmu, a rozkręca amerykańskie produkcje inspirowane tamtejszymi autorami i bohaterami. Weszła w świat, którym rządzą wielkie pieniądze i mężczyźni. Bez kompleksów, na swoich zasadach. Dziewczyna z Biłgoraja, producentka i scenarzystka, Sylwia Wilkos.

Mieszkasz od czterech lat w LA, mieście, które jawi się nam jako raj na Ziemi. Bo ocean, słońce, ciepło. Jesteś w raju?
Rzeczywiście mamy tu wiecznie niebieskie niebo, rześkość oceanu, ciepło. Mało jest miejsc na Ziemi, które zawierają jednocześnie tak mocne energie. Nie bez powodu wiele globalnych projektów zmieniających świat powstaje właśnie tu. Można powiedzieć, że Kalifornia generuje energię latania, bo człowiek ma poczucie, że cały czas fruwa. Ale można zafruwać się na śmierć.

Co cię przed tym „zafruwaniem się” uratowało?
To, że jestem z Polski i dzielę sobie świat pomiędzy tu i tam. Według Tybetańczyków człowiek osiąga swój największy potencjał w miejscu, w którym się urodził. A ja urodziłam się w Polsce – w kraju cierpienia, nostalgii, gdzie jednak łatwo się zakorzenić. Natomiast tu żyje się trochę w odrealnieniu, co jest trudne na dłuższą metę. Kiedy czekałam na zieloną kartę i nie mogłam wyjechać stąd przez siedem miesięcy, to każdy kolejny dzień był już dla mnie udręką.

Za czym wtedy tęskniłaś?
Za czterema porami roku, za naturalnymi cyklami przyrody, w których się wychowałam. Dla mnie wiosna to kaczeńce, łąki pełne kwiatów. Lato to wysyp chabrów, bławatków, maków. Potem w Polsce jest przygaszona jesień i hartująca zima. W LA mam cały rok te same palmy, błękit nieba, co wydaje się totalnym rajem, ale jak wychowało się gdzie indziej, w innym rytmie, to brakuje tych cykli przyrody i związanych z nimi zmian. Nie narzekam oczywiście, ale gdy za długo jestem w LA, mam poczucie, że oto pojawia się, jak na EKG, ciągła linia [śmiech]. I podobnie czuję się, gdy za długo jestem w Polsce. Potrzebuję tej drugiej nogi.

Jak to się stało, że tam pracujesz?
Tak naprawdę to było trochę tak, że najpierw chciałam wyjechać do Oksfordu, nawet szukałam tam mieszkania. I w czasie kiedy właśnie byłam w Anglii, odezwał się ktoś z Paramountu w sprawie remake’u „Jacka Stronga”, filmu, który wyprodukowaliśmy w Scorpio Studio w Polsce.

Ameryka cię zawołała?
Na to wygląda. Bo kiedy właśnie postanowiłam coś zmienić, to kosmos powiedział mi: „Okej, ale to nie jest ta zmiana, którą planujesz, pojedziesz do Stanów”. Nigdy nie chciałam mieszkać w Stanach. No, ale dzwonił sam szef produkcji z Paramountu. Najpierw w ogóle nie uwierzyłam, że może chodzić o propozycję współpracy. Taka nasza polska niewiara. Paramount proponował kupno licencji do filmu, ale nas to nie interesowało, zatrzymaliśmy prawa, zostaliśmy współproducentami. Pomyślałam, że będę pracować w Stanach i wracać do Polski. I tak na początku się działo. A potem okazało się, że jak wyjeżdżałam do Polski, to oni zajmowali się innymi projektami. W pewnym momencie podjęłam więc decyzję o kupieniu biletu w jedną stronę. Postanowiłam mieszkać w Stanach dopóty, dopóki nie zrobię filmu. Niestety, kiedy prace były już zaawansowane, Paramount zaczął się borykać z poważnymi problemami.

Masz teraz nowych amerykańskich wspólników. Jak ich do siebie przekonałaś?
Wszystko stało się naturalnie. Mojego wspólnika, Dana Chubę, doświadczonego producenta, poznałam przy okazji pracy z Paramountem. Kiedy okazało się, że wytwórnia ma problemy, Dan zapytał mnie, co robimy z „Jackiem Strongiem”. Odpowiedziałam: wycofujemy. Dan na to, że cokolwiek zrobię, pójdzie ze mną. I od tej pory pracujemy razem. Założyliśmy firmę, która nazywa się Sun Dragon, czyli Słoneczny Smok, w Polsce moja firma to Moon Dragon, czyli mamy dwa smoki [śmiech]. Pracujemy równolegle nad kilkoma projektami. Dawno temu kupiłam prawa do książki Edmunda Wnuka-Lipińskiego „Apostezjon”, wspaniałej trylogii o totalitaryzmie. Mamy już tłumaczenie na angielski, koncepcję projektu oraz partnera amerykańskiego. Z każdej części powstanie serial. Kolejnym pomysłem bliskim realizacji jest serial o Coco Chanel.

Skąd ten pomysł?
Zawsze podziwiałam CC i jako kobietę, i jako markę. Czekałam na filmy o niej, ale denerwowało mnie, że opowiadane są z pozycji mężczyzn, poprzez kolejne romanse Coco. Pomysł filmu o niej przyszedł – znów – naturalnie. Weszłam kiedyś do księgarni w Brentwood i widzę książkę o Coco Chanel: „Pearls, Perfume, and the Little Black Dress”. Dowiedziałam się, że za pół godziny odbędzie się tu spotkanie z autorką, Susan Goldman Rubin. Długo z nią rozmawiałam, spodobało mi się to, co mówiła o CC. Na przykład to, że CC dała kobietom wygodę, a dopiero potem wolność, że wyzwoliła je nie tylko od gorsetów, ale i od męskiego spojrzenia. Kiedy Susan dowiedziała się, że robię filmy, zaproponowała mi prawa do książki. I tak zaczęła się nasza przygoda z CC. Ten projekt to prawdziwy diament, ja chcę go oszlifować i pokazać światu.

Masz na oku też inną mocną kobietę.
Tak, Tamarę Łempicką. Od lat się nią interesowałam, chcieliśmy nakręcić fabułę, ale uznaliśmy z Danem, że tak bogate życie lepiej opowiedzieć w serialu. Skontaktowaliśmy się z prawnuczką Tamary, Marisą, która jest szefową Fundacji Tamary Łempickiej. W sumie mamy, na różnych etapach pracy, osiem projektów, w tym, bliski realizacji, serial o Zbigu Brzezińskim, jednej z najważniejszych postaci amerykańskiej polityki. Zagra go Patrick Wilson, który będzie też współprodukował film.

Jednak najbardziej spektakularny wydaje się projekt według dzieł amerykańskiej ikony literatury, Trumana Capote’a.
Dan zapytał kiedyś, czy byłabym zainteresowana jego twórczością. Nie wiedziałam, czy mam poważnie o tym myśleć, bo Capote to gigant, sądziłam, że jest poza naszym zasięgiem. A potem okazało się, że jego spadkobierca to przyjaciel Dana, Alan Schwartz. Kupiliśmy prawa do 16 opowiadań Capote’a, nakręcimy na ich podstawie dwa sezony serialu, po osiem odcinków każdy. Mamy prawa między innymi do legendarnej „Miriam”, „Dzieci w dniu urodzin” czy „Pięknego dziecka” o Marilyn Monroe.

Czy to nie bezczelność, że Polka chce opowiadać Amerykanom świat jednego z najbardziej amerykańskich pisarzy?
Teraz, jak o tym mówisz, to myślę, że jest to trochę zuchwałe. Ale wszystko przychodzi do mnie przez zupełny przypadek, choć wiem, że nie ma przypadków. Dan mówił wielokrotnie o Capote’em, a ja to puszczałam mimo uszu. Aż w pewnym momencie, trochę z inspiracji amsterdamskiego Netflixa, z którym rozmawialiśmy o zupełnie innym projekcie, ułożyła mi się w głowie cała koncepcja serialu według jego opowiadań. Z drugiej strony Capote, mimo sławy i chwały, całe życie pozostał outsiderem, więc myślę, że fajnie spojrzeć na niego oczami kogoś z zewnątrz.

Jak wpłynęła na ciebie praca w Ameryce?
Dzisiaj z perspektywy czasu widzę, że to najlepsze, co mi się przytrafiło w ostatnim czasie. Pamiętam, jak Ula Dudziak, która ma za sobą doświadczenie emigrantki, powiedziała mi kiedyś, że najgorsze to utknąć w tęsknocie za tą drugą stroną oceanu. Myślę, że już się od tej tęsknoty uwolniłam. Ale wtedy, kiedy wyjeżdżałam z Polski i oddawałam najemcy klucze do swojego warszawskiego mieszkania, poczułam, że czeka mnie wielka niewiadoma. To był moment krytyczny. Pamiętam rozmowę z moim amerykańskim kumplem, któremu zwierzyłam się, że czuję się jak imigrantka. Na co on: „Możesz myśleć o sobie jako »imigrantka« albo »obywatelka świata«, to twój wybór”. Więc wybrałam to drugie. Pomyślałam sobie: „Mogę mieć najlepsze tam i najlepsze tu”. I tak się dzieje. Jadę sobie tam i cieszę się oceanem, słońcem, przyjeżdżam tu i mam cztery pory roku. I wszędzie jestem w domu, co uświadomił mi COVID-19 – mogłam korzystać z lotów „do domu” w Ameryce i Polsce.

Starasz się być ambasadorką Polski?
Nie myślę w tych kategoriach. Pewnie gdybym usiadła i się zastanawiała, jak tu zaszczepić polskość za granicą, toby nic z tego nie wyszło. Po prostu robię tam filmy o wspaniałych ludziach: pułkowniku Kuklińskim, Zbigu Brzezińskim, Tamarze Łempickiej.

Pracujesz w filmowym centrum świata. Czujesz respekt?
Zawsze czuję respekt wobec osiągnięć innych. Ale nie jechałam tam jak do jakiejś Mekki. Podróżowałam wcześniej po całym świecie, studiowałam w Oksfordzie, nie idealizowałam Ameryki. Teraz uczę się tamtego rynku, mam świetnych przewodników, staram się robić to, co jest tam przyjęte, ale też szukam swojej drogi. Na przykład w Ameryce fukcjonuje określony sposób pitchowania projektów [przekonywania do nich innych – przyp. red.]. Pytam: „Dlaczego mam pitchować w ten sposób?”. Słyszę: „Bo takie są zasady”. A ja zdecydowałam, że będę to robić po swojemu.

I?
Przekonałam się, że to mi nie przeszkadza, tylko pomaga. Gdybym musiała wejść w schemat, czułabym się nienaturalnie. To kwestia wyboru, decyzji, czy bycie Polką przeszkadza, czy pomaga. W gruncie rzeczy wszystko może pomagać: to, że studiowałam w Anglii, pracowałam w Europie, że teraz pracuję w Stanach, że robię to z szacunkiem dla tego, co oni wypracowali, ale też po swojemu. Pamiętam, jak razem z Danem spotkaliśmy się z Basilem Iwanykiem, producentem między innymi „Johna Wicka”. Pytam, skąd ma takie nazwisko, a on: „Mój ojciec pochodzi ze Lwowa”. „Mój dziadek też” – odpowiadam. Na co Dan: Polish mafia. Po czterech latach pracy ze mną Dan zaczął doszukiwać się polskich korzeni i znalazł je w szóstym pokoleniu. Bardzo mnie tym rozbawił. Spotykam na przykład producentkę, która tak jak ja studiowała w Oksfordzie, i potem wszystko jest łatwiejsze.

Z tego, co mówisz, wynika, że procentuje bycie sobą, a jednocześnie otwartość na innych. Uczenie się na dobrych wzorcach, ale także odwaga przekonywania do swoich racji. Co jeszcze?
To, żeby się nie napinać, żeby dać się życiu prowadzić. Wtedy czasem trzeba zawrócić, a czasem przyśpieszyć. W takim podejściu jest zaufanie do świata i tego, co on nam przynosi.

Oprócz tego, że zajmujesz się produkcją filmów, jesteś także scenarzystką, między innymi filmu o Krzysztofie Baczyńskim.
Ten scenariusz jest już gotowy do produkcji. Krzysztof Baczyński to była moja fascynacja od podstawówki, chodziłam wszędzie z jego poezją. Jak czytałam jego słowa: „nie bój się nocy”, to czułam, że mówił do mnie. Tak naprawdę założyłam swoje pierwsze studio filmowe, Scorpio Studio, żeby zrobić film o Krzysztofie, a potem pojawiły się następne pomysły.

To była odważna wolta w twoim życiu, bo nie znałaś się na robieniu filmów.
Zawsze mnie ciągnęło do opowiadania historii, kreowania świata, bo też film i literatura bardzo pomagały mi w życiu. Myślałam o dziennikarstwie, reżyserii, szukałam po omacku. Studiowałam prawo, nauki polityczne i socjologię. Potem pracowałam w dużych korporacjach. Na szczęście uświadomiłam sobie, że największą pułapką, jaka na mnie czyha, jest stać się niewolnikiem tego świata. Ktoś powiedział, że niewolnik nie chce być człowiekiem wolnym, tylko chce być panem innych niewolników. Jestem ogromnie wdzięczna kosmosowi, że dał mi potężne dążenie do wolności. W żadnej klatce nie dam się zamknąć. Myślę, że zawdzięczam to biłgorajskim korzeniom, głębokiemu poczuciu przynależności do świata przyrody.

'Zawsze robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Zajmowałam się produkowaniem filmów, pisaniem scenariuszy, ale też pomagałam w przygotowywaniu kampanii społecznych, wyborczych. Potrzebuję takiej różnorodności, żeby czuć wewnętrzny balans'. (Fot. Weronika Ławniczak) "Zawsze robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Zajmowałam się produkowaniem filmów, pisaniem scenariuszy, ale też pomagałam w przygotowywaniu kampanii społecznych, wyborczych. Potrzebuję takiej różnorodności, żeby czuć wewnętrzny balans". (Fot. Weronika Ławniczak)

Masz chyba też szczęście do ludzi.
O tak, zwłaszcza starszych. Dużo zawdzięczam Heniowi Wujcowi, mojemu wujkowi, za którym nosiłam teczkę po Sejmie jako jego asystentka. W Oksfordzie poznałam Leszka Kołakowskiego, który był opiekunem mojej pracy doktorskiej. To mój Mistrz, tak się zresztą do niego zwracałam, potem zrobiłam o nim dokument pod tytułem „Rozmowy z Mistrzem”. Mistrz polecał mi różne lektury niezwiązane z doktoratem, między innymi: Milla, Rousseau, Webera, potem o nich dyskutowaliśmy w jego domu i było przy tym mnóstwo śmiechu. Żona Mistrza, pani Tamara, wtedy komentowała: „Nie wiem, jak napiszecie ten doktorat, skoro tylko się śmiejecie”. Mistrz dał mi niesamowitą odwagę bycia sobą, życia w prawdzie, choć może zabrzmi to patetycznie. Miałam też szczęście poznać Zbigniewa Brzezińskiego, wybitnego stratega i wspaniałego człowieka. W sumie jestem niezłą szczęściarą [śmiech].

No tak, na prywatnej audiencji, w Tybecie, przyjął cię sam Dalajlama.
To spotkanie dotyczyło projektu Partia Ziemi, nad którym pracuję od kilku lat. Nie ma nic wspólnego z polityką w tradycyjnym rozumieniu. To globalny ruch, który poprzez Internet będzie zajmować się sprawami Ziemi, ekosystemami. Potrzebna jest zmiana paradygmatu globalnego decydowania o jej sprawach. Ten projekt to moje oczko w głowie.

Jak go pogodzisz z produkowaniem filmów?
Zawsze robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Zajmowałam się produkowaniem filmów, pisaniem scenariuszy, ale też pomagałam w przygotowywaniu kampanii społecznych, wyborczych. Potrzebuję takiej różnorodności, żeby czuć wewnętrzny balans. Moja przyjaciółka powiedziała kiedyś, że ona zawsze miała poczucie sukcesu, ale nie czuła się wypełniona wewnętrznie. Ten projekt daje mi to „wypełnienie” i także wielką frajdę. Tworzę go z udziałem wielu ludzi na całym świecie. Nie wiem, czy się uda, ale zamierzam spróbować.

Masz megaciekawe życie, wiele osób ci zazdrości tego, co robisz, gdzie bywasz, kogo spotykasz. Ale przecież, gdy coś się zyskuje, to coś się też traci. Masz poczucie, że coś ważnego straciłaś?
Na pewno uporządkowane życie. Zapytałam kiedyś psycho­terapeutkę, dlaczego moje życie układa się tak nieschematycznie. Odpowiedziała pytaniem: „Dlaczego chce pani schematycznego życia, skoro jest pani nieschematyczna?”. Miałam kiedyś superstanowisko, duże pieniądze, służbowy samochód, a strasznie się męczyłam. Czułam, że muszę coś zmienić, ale nie miałam odwagi. I wtedy zadzwonił do mnie mój przyjaciel, profesor geografii w Oksfordzie. Powiedział: „Zawsze jak coś wybierzesz, to będziesz musiała z czegoś zrezygnować”. Następnego dnia złożyłam wymówienie. Poczułam moc. Jak mówi Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”: lekarstwo poznajesz po tym, że cię wzmacnia, a nie osłabia. 

Sylwia Wilkos, producentka filmowa (między innymi: „Jack Strong”, „Sęp”, „Kurier”, „Rozmowy z Mistrzem”), scenarzystka. Ukończyła prawo na UW oraz nauki polityczne i socjologię w Oksfordzie. Doktorantka profesora Leszka Kołakowskiego. Działaczka na rzecz Ziemi.

  1. Moda i uroda

Rękawiczki - historia zimowych niezbędników sięga paleolitu!

Ręcznie robione, ciepłe, doskonałe na prezent... Współczesne rękawiczki, choć mogą być dopełnieniem stroju, pełnią przede wszystkim funkcję praktyczną. (fot. iStock)
Ręcznie robione, ciepłe, doskonałe na prezent... Współczesne rękawiczki, choć mogą być dopełnieniem stroju, pełnią przede wszystkim funkcję praktyczną. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Współcześnie nosimy je głównie zimą, od czasu do czasu na bal. Był jednak czas, kiedy żadna elegancka kobieta ani mężczyzna nie wyszliby bez nich na ulicę.

Najstarsze rękawiczki pochodzące z okresu paleolitu miały formę futrzanych woreczków bez palców. Te z jednym palcem wynaleźli "Praeskimosi", a wersja z pięcioma pojawiła się jakieś trzy tysiące lat temu w starożytnym Egipcie. Kilka takich par odnaleziono w grobowcu Tutenhamona - szyto je ze skór i zdobiono delikatnym haftem, a służyć miały m.in. do strzelania z łuku w czasie polowań. Podobne rękawiczki nosiły również starożytne Egipcjanki oraz Rzymianki. Zakładały je do spożywania posiłków (zamiast widelców), chroniąc w ten sposób dłonie przed tłustymi i gorącymi potrawami.

Purpurowe dla cesarza, białe dla papieża

W okresie średniowiecza rękawiczki były wykorzystywane jako symbol - nadający lub odbierający. Na nie się przysięgało lub za ich pomocą rzucało wyzwanie. Pan lenny, chcąc ukazać swoją władzę nad lennikiem oddawał mu swoją rękawicę, a w ramach daniny nierzadko zdarzało się dawać kilka par rękawiczek - tak wysoka była wówczas ich cena.

To właśnie ich wysoka wartość sprawiła, że stały się również symbolem władzy duchownej, cesarskiej i królewskiej. Papież nosił białe, kardynałowie czerwone, a biskupi fioletowe. Duchowni nakładali je podczas ceremonii, aby w ten sposób zasłonić dłonie przed kontaktem z „sacrum”.

Rękawice szyte z purpurowego jedwabiu, haftowane złotą nicią i wyszywane perłami oraz złotymi blaszkami, były natomiast składowym elementem niemieckiego stroju cesarskiego. Kolor fioletowy był barwą koronowanych władców, którzy w momencie nakładania korony manifestowali tym samym żałobę po swoim poprzedniku. Szyto je z wełny lub jedwabiu i nakładano na namaszczone świętymi olejami dłonie monarchy. Wierzono, że gdy olejki wsiąkną w królewskie rękawiczki, nadadzą im szczególnej mocy: boskiej i magicznej. Z obawy przed dostaniem się tak cennej materii w niepowołane ręce, zaraz po koronacji rękawiczki zawsze palono, a popioły rozrzucano.

Fra­nçois Gérard „Pani Barbier-Walbonne”, 1796. Rękawiczki (jedwabne lub atłasowe) używane w domowym zaciszu, podczas czytania książki, świadczą niewątpliwie o jej wysokim statusie społecznym. Damy musiały dbać o swój wizerunek także podczas codziennych czynności (stąd chęć wyeksponowania rękawiczek). Fot. commons.wikimedia.org Fra­nçois Gérard „Pani Barbier-Walbonne”, 1796. Rękawiczki (jedwabne lub atłasowe) używane w domowym zaciszu, podczas czytania książki, świadczą niewątpliwie o jej wysokim statusie społecznym. Damy musiały dbać o swój wizerunek także podczas codziennych czynności (stąd chęć wyeksponowania rękawiczek). Fot. commons.wikimedia.org

Rękawiczki od Szekspira

Jednak prawdziwa kariera rękawiczek rozpoczęła się w epokach renesansu i baroku.  W tym okresie ich wytwórcy łączyli się w gildie, których patronem był św. Marcin z Tours, były legionista i biskup.  Był to również czas, kiedy na szyciu rękawiczek dawało się nieźle zarobić, czego dowodem był John Szekspir, który z syna biednego rolnika przedzierzgnął się w bardzo dobrze prosperującego rękawicznika w mieście Stratford-upon–Avon, a potem dzięki swojemu majątkowi został nawet sędzią pokoju.

Jego słynny syn William, zanim rozpoczął karierę piórem, w warsztacie ojca zwyczajnie „machał” igłą. Interesujący jest fakt, że przebojem tej epoki były wymyślone w Italii tzw. rękawiczki perfumowane. Można je było przykładać do nosa i w ten sposób unikać niezbyt przyjemnych zapachów, bo mimo, iż okres renesansu był taki „oświecony” to z higieną było wtedy bardzo na bakier…  Innym „bestsellerem” były rękawiczki tzw. rzezane, szczególnie popularne w krajach znajdujących się pod panowaniem Habsburgów. Ich cechą charakterystyczną były z kolei nacięcia na palcach, przez które prześwitywały cenne pierścionki…

W okresie baroku, szczególnie na terenie Europy Zachodniej, rękawiczki stały się symbolem zawarcia kontraktu ślubnego, a młodzi wręczali je sobie jako jeden z elementów pieczętujących nowy związek.

Rękawiczki damskie z naturalnej, koźlej skóry z efektownymi przeszyciami, zakończone mankietami. Na mankietach dwa guziczki z masy perłowej. Rękawiczki pochodzą z asortymentu dawnego sklepu Wojnarskich. Lata 20-te XX w. (źródło fot. profil FB Muzeum Regionalnego w Pilźnie) Rękawiczki damskie z naturalnej, koźlej skóry z efektownymi przeszyciami, zakończone mankietami. Na mankietach dwa guziczki z masy perłowej. Rękawiczki pochodzą z asortymentu dawnego sklepu Wojnarskich. Lata 20-te XX w. (źródło fot. profil FB Muzeum Regionalnego w Pilźnie)

 

Rękawiczka w rozmiarze numer 5

W wieku XVIII pojawiają się urocze i delikatne, ażurowe rękawiczki bez palców, tzw. mitenki, a obok nich długie rękawiczki z jedwabiu, gdzie kciuk był oddzielony od pozostałych palców, a wierzch dłoni osłaniała trójkątna klapka. W tym okresie nadal popularnością cieszyły się rękawiczki perfumowane - Maria Antonina miała ponoć zwyczaj zamawiać co tydzień(!) osiemnaście nowych par.

Jednak to w wieku XIX rękawiczka stała się dopiero, obok kapelusza, jednym z najważniejszych akcesoriów kobiecego stroju. W tym czasie malutka stopa i dłoń były jednym z wyznaczników idealnie pięknej kobiety.

Każda dama, której dłoń mieściła się w rękawiczkę o rozmiarze numer 5 mogła poczuć się dumna, że spełnia ideał… Jednak, żeby wcisnąć się w ów wymarzony rozmiar, trzeba było włożyć dużo wysiłku. Najpierw specjalnymi bambusowymi szczypcami należało rozciągnąć rękawiczkę i nasypać do środka talku, a następnie, przy pomocy dwóch ekspedientów lub służących, cierpliwie upychać małą rączkę. Aby „łapka” wydawała się jeszcze bardziej miniaturowa, panie zwykle kupowały rękawiczki o numer mniejsze, natomiast panów przed tym przestrzegano, bo ręka  wciśnięta w za małą rękawiczkę w wypadku gentelmanów wyglądała po prostu śmiesznie i nieelegancko.

Rękawiczki były symbolem elegancji i dobrego stylu, zarówno u kobiet jak i mężczyzn. (Ilustr. iStock) Rękawiczki były symbolem elegancji i dobrego stylu, zarówno u kobiet jak i mężczyzn. (Ilustr. iStock)

W tym okresie rękawiczki damskie zwykle występowały w trzech fasonach: krótszym, sięgającym do przegubu dłoni, i półdługim, z mankietem do łokcia – te noszono na co dzień. Te długie, zwykle sięgające do ramienia, noszono do balowych toalet z krótkimi rękawkami i wydatnym dekoltem. Ciekawostka: owe balowe rękawiczki miały od spodu, na wysokości  nadgarstka, tzw. łezkę, przez którą widać było kawałek skóry, a dalej zapinały się na kilka perłowych guziczków. Panowie uwielbiali odwracać kobiecą dłoń i z wymownym spojrzeniem całować ponętną „łezkę”, w którą dama wcierała kilka kropelek perfum…

Dzisiaj rękawiczki straciły swój romantyczny, a nawet rzec by można erotyczny charakter. Służą nam na ogół zimą, chroniąc dłonie przed mrozem. Inne, gumowe czy lateksowe stały się pospolitym symbolem pani domu (a także służb medycznych), która dbając o porządek, dba również o piękno swoich paznokci i skóry dłoni. Tymczasem rękawiczki to nadal świetny sposób, by dodać sobie koloru i radości, nie tylko gdy jest zimno i szaro...