Zimno krzepi – sekret piękna i młodości

Badania naukowe potwierdzają, że nasz klimat może mieć dobre strony. (Fot. iStock)

Księżna Zajączkowa, która słynęła z urody aż do późnego wieku, twierdziła, że sekretem jej młodości są kąpiele w lodowatej wodzie i spanie w sypialni chłodzonej lodem. Badania naukowe potwierdzają, że nasz klimat może mieć dobre strony. I od razu łatwiej doczekać do wiosny!

Ostatnio byłam na spacerze na plaży w gdańskim Jelitkowie. Gdy ja marzłam w puchowej kurtce, szczelnie owinięta szalikiem, ludzie z radością zrzucali ubrania i wchodzili do wody. Mój stereotyp morsa – krzepkiego pana z brzuszkiem lub dobrze zakonserwowanej starszej pani – jest daleki od rzeczywistości. Coraz więcej młodych osób odnajduje przyjemność w zimnych kąpielach. Kluby morsów są nie tylko nad morzem, ale też w Warszawie czy we Wrocławiu, na ich stronach można przeczytać entuzjastyczne komentarze na temat doświadczeń z zimowymi kąpielami. Outdoor Swimming Society, odpowiednik klubu morsów w Wielkiej Brytanii, w 2006 roku miał 300 członków, w tej chwili liczy ponad 27 tysięcy osób. Zanurzenie się w zimnej wodzie stymuluje neurotransmitery w podobny sposób jak kokaina, zalewając mózg falą adrenaliny i dopaminy. Jednak morsy zażywające regularnych kąpieli w zimnej rzece, morzu czy jeziorze nie reagują już tak silnie na wejście do wody. Organizm przyzwyczaja się do „stresu”. Ma to pozytywne konsekwencje, ponieważ również w codziennych stresujących sytuacjach morsom łatwiej zachować, nomen omen, zimną krew. Biolog molekularny Nikolai Shevchuk twierdzi, że zimny prysznic może pomóc w leczeniu depresji. Zaleca naprzemienne prysznice – pięć minut ciepłego, potem trzy minuty zimnego, żeby aktywować współczulny układ nerwowy, który produkuje beta-endorfiny regulujące nasz nastrój. Tak jak biegacze po treningu czują euforyczny haj, tak podobno czuje się człowiek po wyjściu spod prysznica. Niemcy mają w swoim słowniku określenie Warmduscher, dosłownie oznacza kogoś, kto bierze ciepłe prysznice, ale nazywają tak po prostu mięczaka. To ja. Nie wyobrażam sobie dobrowolnych zimnych natrysków. Kriokomora brzmi bardziej zachęcająco. Wymyślili ją Japończycy w latach 70. Od lat jest używana w Europie do leczenia licznych chorób, ponieważ zmniejsza stany zapalne. Ma też działanie odmładzające, ujędrnia skórę, zmniejsza cellulit. W kriokomorze panuje temperatura -140 stopni Celsjusza, ale sesja trwa jedynie minutę, maksymalnie trzy.

Zamrożone kilogramy

Co roku staram się po prostu przetrwać zimę, ale teraz dostrzegłam przynajmniej jedną jej pozytywną stronę. Badania naukowe pokazują mianowicie, że regularna ekspozycja na umiarkowany chłód pomaga zrzucić wagę, ponieważ zmusza organizm do produkowania większej ilości energii, by utrzymać stałą temperaturę ciała. Innymi słowy przytulne biura i ciepłe mieszkania mogą być częściowo odpowiedzialne za falę otyłości w krajach wysokorozwiniętych. Przynajmniej tak twierdzą holenderscy naukowcy w badaniach opublikowanych w 2014 roku w magazynie „Trends in Endocrinology & Metabolism”.

„Większość z nas spędza 90 procent czasu w ogrzewanych wnętrzach – mówi autor badań Wouter van Marken Lichtenbelt z Uniwersytetu w Maastricht. – Co by się stało, gdybyśmy znów zmusili nasz organizm do pracy i samodzielnego regulowania temperatury?”. W odpowiedzi na zimno nasze ciało zaczyna drżeć. Dzięki temu produkuje ciepło. Badania pokazują, że trzęsąc się z zimna, spalamy pięć razy więcej kalorii niż w komfortowej temperaturze. (Pomyśl o tym następnym razem, gdy będziesz marzła na przystanku!). Zimno aktywuje tak zwany brązowy tłuszcz, który składa się z adipocytów odpowiedzialnych za spalanie energii, w przeciwieństwie do klasycznych białych komórek tłuszczowych, które go jedynie magazynują. Wcześniejsze badania naukowców z Japonii wykazały, że wystarczy spędzać dwie godziny dziennie przez sześć tygodni w temperaturze 17 stopni Celsjusza, by stracić na wadze prawie pół kilograma. To oznacza niemal siedem kilogramów w ciągu roku bez żadnej dodatkowej diety i ćwiczeń.

Królowa lodu

Mimo wszystko nie lubisz trząść się z zimna? Możesz skorzystać z zabiegów wyszczuplających wykorzystujących działanie zimna w gabinetach kosmetycznych. Jednym z takich zabiegów jest CoolSculpting (czyli „rzeźbienie zimnem”) wykorzystujący zjawisko kriolipolizy. Powstanie tej technologii ma ciekawe korzenie. Dwóch lekarzy z Harvardu trafiło na badania z 1970 roku na temat dołków w policzkach, które tworzą się u dzieci często jedzących lody na patyku oraz fenomenu wyszczuplenia ud u kobiet jeżdżących konno zimą (według badań nie był to wynik treningu, tylko działania niskiej temperatury). Dr Dieter Manstein i dr Rox Anderson odkryli, że komórki tłuszczowe są znacznie bardziej wrażliwe na zimno niż pozostałe tkanki organizmu. Udało im się określić dokładną temperaturę, która ostatecznie niszczy komórki tłuszczowe. Wcale nie jest to szokujące arktyczne zimno, wystarczy +5 stopni Celsjusza. Tak powstała kriolipoliza, czyli zabiegi polegające na miejscowym wychłodzeniu ciała. Specjalna głowica jest przykładana do wybranego obszaru ciała, delikatnie go zasysa i chłodzi przez godzinę. Zawartość adipocytów ulega krystalizacji, rośnie ich objętość, co uszkadza błony komórkowe. Uszkodzone komórki tłuszczowe są wydalane z organizmu w normalnym procesie metabolicznym. Pojedynczy zabieg kriolipolizy zmniejsza objętość tkanki tłuszczowej mniej więcej o 20 procent i pomaga pozbyć się fałdki na brzuchu, boczkach czy plecach. Ostateczne rezultaty widoczne są po trzech miesiącach, ale nie ma cudów, w tym czasie należy dbać o dietę i pić dużo wody.