1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Zabawa z tatą wzmacnia samoocenę dziewczynek

Zabawa z tatą wzmacnia samoocenę dziewczynek

123rf.com
123rf.com
Badanie przeprowadzone na grupie 500 Polaków, którzy mają córki w wieku poniżej 18 roku życia wykazało 20 najważniejszych umiejętności i aktywności, z jakimi utożsamiają się jako tatusiowie dziewczynek. Na liście znajdują się m.in.: umiejętność przytulania, jazda na wrotkach i odpowiednie dobieranie kolorów.

Bycie tatą dziewczynki to duże wyzwanie - ojcowie ćwiczą piruety, malują twarze, bawią się lalkami i pamiętają, że brokat jest dobry na wszystko i do wszystkiego. Ale nie tylko, bo równie ważne jest dla nich obalanie stereotypów: dziewczynki również grają w piłkę nożną, lubią się wytaplać w błocie, chętnie zbudują „bazę” czy wejdą się na drzewo. Wszystko zależy od chwili i wyobraźni.

Międzynarodowe badania* Mattel® przeprowadzone również w naszym kraju wskazują, że polscy ojcowie mają niesamowitą umiejętność sprawiania, by ich córeczki czuły, że są najważniejszymi osobami na świecie. 69% tatusiów uważa, że wspieranie u córki pewności siebie jest jedną z najważniejszych lekcji życiowych, jakie mogą jej dać, natomiast 73% podchodzi do tematu bardziej pragmatycznie i próbuje nauczyć ją praktycznych umiejętności na przyszłość.

Gdy ojcowie przyłączają się do zabawy, 82% z nich stwierdza, że pomaga to ich córkom w rozwijaniu pewności siebie i że czas spędzony w wymyślonym przez nie świecie wyobraźni jest inwestycją w ich prawdziwe życie w przyszłości. Tatusiowie z Polski dobrze odnajdują się w tej krainie dziewczęcych marzeń i aż 65% z nich mówi dziewczynkom, że zawsze mogą być kim tylko chcą, a 53% przyznaje, że potrafi bawić się z córką lalkami. Badacze stwierdzili, że dla ponad 8 z 10 ojców posiadających córkę zdecydowanie najważniejszą rzeczą jest wspieranie jej, by stała się silną młodą kobietą.

Istotny wpływ ojca na kształtowanie się charakteru dziewczynek potwierdzają wieloletnie badania naukowe dr Lindy Nielsen z amerykańskiego Uniwersytetu w Wake Forest. W przypadku dziewczynek, które od wczesnego dzieciństwa miały opierające się na miłości, komunikacji i wsparciu relacje ze swoimi ojcami, istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, by brakowało im pewności siebie i niezależności, gdy dorosną. Warto o tym pamiętać, szczególnie że ponad połowa polskich ojców (53%) żałuje, że nie może poświęcić swoim córkom więcej czasu.

*Badanie OnePoll „Rola ojca w życiu córki” na 500 ojcach w Polsce przeprowadzone w styczniu 2017 r. na zlecenie firmy Mattel®.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Dzień Ojca - najciekawsze filmy o relacji z ojcem

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Sędzia" (fot. BEW)
23 czerwca obchodzimy Dzień Ojca - to nie tylko okazja do tego, aby świętować ten dzień z tatą, ale również do przyjrzenia się ciekawym postaciom- filmowym ojcom. Wbrew pozorom takich bohaterów w kinie jest równie wiele, co postaci matek, a ojcowie z ekranu to często niezwykle nakreślone postaci do naśladowania. Z okazji Dnia Ojca przedstawiamy wam sylwetki ojców - mentorów, autorytetów, ale także tych, którzy choć nie zawsze wywiązywali się ze swoich ról, obecni byli w sercach swoich dzieci.

"Billy Elliot", reż. S. Daldry

Bohaterem filmu jest tytułowy Billy Elliot - półsierota wychowywana przez ojca i brata. Zarówno ojciec, jak i starszy brat to górnicy, którzy wychowują Billy'ego twardą ręką i pragną, aby mały Billy został w przyszłości zawodowym bokserem. Ten jednak ma talent do czegoś zupełnie innego - kocha tańczyć i marzy o tym, aby zostać tancerzem Królewskiej Akademii Tańca. Pasja syna kojarzy się ojcu ze zniewieściałością i zupełnie nie rozumie jego wyborów. Film to niezwykle wzruszająca opowieść o uprzedzeniach, walce z losem i relacji syna z ojcem, który stopniowo przełamuje swoją niechęć do pasji dziecka.

"Tato", reż. M. Ślesicki

Niezwykle wzruszająca historia mężczyzny, którego żona cierpi na chorobę psychiczną, a której sąd przyznaje prawo do opieki nad kilkuletnią córką małżeństwa. Mężczyzna zostaje niesłusznie oskarżony przez żonę o znęcanie się nad nią i córką, która ostatecznie trafia pod opiekę despotycznej babci. Ojciec poświęci wszystko, aby odzyskać córkę, która diametralnie zmienia jego podejście do życia. Wspaniała rola Bogusława Lindy, która przeszła już do historii kina polskiego.

"W pogoni za szczęściem", reż. G. Muccino

Jedna z najlepszych ról Willa Smitha wcielającego się w postać mężczyzny, któremu nie było w życiu łatwo. Niemniej jednak, pomimo życiowych niepowodzeń, utopienia oszczędności i tułania się po świecie z synem u boku, stawia czoło temu, co przyniósł los. Ciepły, opowiedziany z wrażliwym dystansem film o szukaniu lepszego życia dla siebie i swojego ukochanego dziecka, dla którego główny bohater jest w stanie wszystko poświęcić. Co ciekawe, syna Willa Smitha gra jego prawdziwy syn - młody Jaden Smith.

"Evelyn", reż. B. Beresford

Wzruszająca do łez opowieść o niezwykłej miłości ojca do dzieci. "Evelyn" opowiada historię bezrobotnego malarza, który po śmierci żony samotnie wychowuje trójkę maluchów. Pomimo ogromnego wysiłku i prób polepszenia życia całej czwórki, Doyle staje przed niebezpieczeństwem utraty dzieci - irlandzki sąd nakazuje umieszczenie całej trójki w sierocińcu. Film opowiada o ponadprzeciętnej sile, z jaką główny bohater walczył o odzyskanie dzieci i utrzymanie rodziny - niezwykłą kreację stworzył tu Pierce Brosnan, którego rola wzrusza i inspiruje.

"Życie jest piękne", reż. R. Benigni

W wyniku hitlerowskich prześladowań, główny bohater - Guido wraz z synem i wujkiem zostają wywiezieni do obozu koncentracyjnego. Guido nie mogąc pogodzić się z tym, że jego syn pozna okrucieństwa życia w obozie, wmawia mu, że to tylko gra, w której biorą udział więźniowie i strażnicy, a wygraną jest czołg. Film Benigniego to zarówno jeden z najważniejszych filmów o Holocauście w historii światowej kinematografii, jak i niezwykły obraz ojcowskiej miłości i próba za wszelką cenę pozostawienia dziecku choć odrobiny tego, co należy się każdemu człowiekowi - dzieciństwa i beztroski.

"Mój piękny syn", reż. F. Van Groeningen

Historia nastolatka, który zmaga się z uzależnieniem od narkotyków, opowiedziana z perspektywy jego ojca. "Mój piękny syn" to nietypowa historia, która nie pokazuje niezrozumienia i potępienia ze strony ojca, a wręcz przeciwnie -  od pierwszych scen widzimy, że relacja łącząca głównego bohatera z synem jest silna, szczera i ciepła. W filmie idealnie pokazana jest miłość ojcowska do zagubionego i szukającego swojej drogi syna - bezwarunkowa i niezwykle silna. To jeden z najbardziej wzruszających filmów o relacjach z ojcem, który pokazuje, że dzieci trzeba kochać nie tylko, gdy są idealne i nie sprawiają żadnych problemów.

"Debiutanci", reż. M. Mills

Słodko-gorzka komedia o dorosłym Olivierze, który jest nieco rozczarowany i znudzony swoim życiem, ale z drugiej strony nie oczekuje od niego zbyt wiele. Kiedy już myśli, że nic w jego życiu się nie zmieni, jedna wiadomość zmienia nie tylko jego relacje z najważniejszym człowiekiem w jego życiu, ale także spojrzenie na relacje z ludźmi. To właśnie wówczas jego 75-letni ojciec postanawia wyznać mu prawdę, którą ukrywał przez całe życie - jest gejem i kocha innego mężczyznę. Ta niespodziewana informacja zmienia życie Oliviera, który poznaje ojca na nowo, a także pierwszy raz w życiu ma szansę na stworzenie prawdziwej i szczerej relacji z kobietą.

"Sędzia", reż. D. Dobkin

Trudne relacje ojca z synem to często pojawiająca się w filmach fabuła. Nierozwiązane sprawy sprzed lat, ciągnące się w nieskończoność konflikty, często uniemożliwiają stworzenie dojrzałej i poprawnej relacji przez całe życie. Podobnie dzieje się w przypadku głównego bohatera filmu "Sędzia" - adwokata Hanka, który odnosi ogromne sukcesy w branży. Gdy Hank powraca w rodzinne strony, dowiaduje się, że ojciec - lokalny sędzia, z którym nie utrzymywał kontaktu oskarżony jest o zabójstwo. Główna oś filmu opiera się na trudnej, ale silnej relacji Hanka z ojcem, którzy pomimo żalów z przeszłości starają się porozumieć. "Sędzia" to poruszająca historia o tym, że nawet jeśli pomiędzy dziećmi a rodzicami nie zawsze jest najlepiej - siła przebaczenia i naprawiania przeszłości jest nie do przecenienia, a miłość ojcowska potężna.

 

 

  1. Psychologia

Co to znaczy być świadomym tatą?

Ojciec od początku powinien być obecny przy dziecku. Obecny codziennie, a nie od święta. (Fot. iStock)
Ojciec od początku powinien być obecny przy dziecku. Obecny codziennie, a nie od święta. (Fot. iStock)
Pożegnajmy ojców niedzielnych, powitajmy uważnych i obecnych na co dzień! Współcześni mężczyźni spędzają ze swoimi dziećmi o wiele więcej czasu niż ich ojcowie przebywali z nimi. Natomiast ciężko radzą sobie z łączeniem obowiązków domowych z zawodowymi, narzekają na zmęczenie i szybko tracą cierpliwość. Najczęstsze problemy ojców omawia terapeuta Tomasz Harasimowicz. 

 

Jaki powinien być ojciec?
Przyzwoity.

To znaczy?
Odpowiedzialny, świadomy, cierpliwy, troskliwy. Zarówno wobec dzieci, jak i matki.

Każdy może inaczej interpretować odpowiedzialność. Wielu mężczyzn czytających nasz wywiad, spytałoby pewnie: odpowiedzialny, czyli jaki?
Ojciec od początku powinien być obecny przy dziecku. Obecny codziennie, a nie od święta. Powinien obserwować jego zachowanie i w miękki sposób, czyli na zasadzie współpracy, kontrolować proces edukacji. Jeśli dziecko zniszczy zabawkę, ojciec nie ma krzyczeć czy karać, ale pokazać konsekwencje takiego zachowania – kiedy coś niszczysz, to sam ponosisz stratę, nie będziesz już się mógł bawić tym samochodzikiem czy misiem. Jeśli dziecko skrzywdzi inne dziecko, trzeba mu wyjaśnić, dlaczego zrobiło źle i co z tego wynika. Odpowiedzialny ojciec to taki, który nie bagatelizuje problemów dziecka. Jest tak blisko, by dziecko czuło jego zainteresowanie sprawami, które nam, dorosłym, mogą wydawać się banalne, a dla dziecka są w danym momencie najważniejsze. Wspólne podróże, aktywności, posiłki – niezależnie od wieku – budują zaufanie i kreują wartości, z którymi dziecko pozostanie i które przekaże dalej.

Odpowiedzialny ojciec z szacunkiem traktuje także matkę swojego dziecka. Dziecko obserwuje, jak rodzice zachowują się wobec siebie. Wiadomo, że między ludźmi dochodzi do konfliktów, ale dziecko nie powinno być świadkiem krzyków i awantur. Reaguje wtedy w dwójnasób, boi się. Najpierw będzie płakać, potem z lęku zacznie zamykać się w sobie i uciekać z domu. Ojciec, ale też w ogóle rodzice muszą pamiętać, że w domu jest jeszcze ktoś trzeci, kto powinien być traktowany jak pierwszy, bo jest słabszy. Powinni stworzyć mu bezpieczny dom. To idealny model ojca. Wiemy, że nie ma idealnych ludzi. Każdy czasami traci panowanie nad sobą, ale ważne jest, co robi potem. Należy nauczyć się przepraszać, znajdować rozwiązanie bez przemocy psychicznej, szybciej myśleć niż działać, budować tolerancję i ciągle mieć z tyłu głowy, że dziecko jest odrębnym bytem, nie zawsze na miarę naszych wyobrażeń i oczekiwań.

Rozróżniamy pojęcia „ojciec biologiczny” i „ojciec społeczny”. Co kryje się pod tymi dwiema rolami?
Rola ojca biologicznego, genetycznego spełnia się podczas zapłodnienia. Naturalnie powinna przekształcić się w rolę społeczną. Gdy mężczyzna nie pozostaje w związku z matką dziecka, nie zwalnia go to z dbałości i odpowiedzialności za dziecko, za jego rozwój, bezpieczeństwo, zabezpieczenie potrzeb tak materialnych, jak emocjonalnych. Poziom zadłużenia alimentacyjnego w naszym kraju obrazuje, jak nieodpowiedzialni bywają mężczyźni. Ale należy zaznaczyć, że nie zawsze to z wyboru mężczyzny jego rola kończy się na byciu ojcem biologicznym. Są kobiety, którym zależy na ciąży, ale nie na związku. Jeśli kobieta dobiera sobie partnera według określonych przez siebie parametrów, który jest dawcą genetycznym, a potem nie ma ochoty utrzymywać dalszych z nim relacji, to świadczy o jej nieodpowiedzialności przede wszystkim wobec dziecka. W naturalny sposób każde dziecko będzie pytać: kim jest mój tata? Brak odpowiedzi odbije się na relacji dziecka z matką w przyszłości. Zawsze trzeba mieć świadomość ciągu dalszego. Dziecko do końca życia może zadawać sobie pytanie: skąd się wziąłem.

Ale załóżmy zwyczajny model – para chce mieć dziecko, kobieta zachodzi w ciążę i rodzi. Kiedy wkracza ojciec?
Jest niezastąpiony już od początku życia dziecka. W pierwszym okresie często ojcowie są zaangażowani emocjonalnie, ale bezpośrednio nie uczestniczą w opiece. Zazwyczaj zobowiązaniem mężczyzny jest zapewnienie bezpieczeństwa materialnego rodzinie. Pracuje, więc mniej czasu spędza przy dziecku. Zwykle matka po urodzeniu bierze urlop macierzyński. Ale to nie zwalnia ojca z konieczności współpracy.

Czy ojciec biologiczny, który porzucił rodzinę, może w przyszłości stać się ojcem społecznym? Kiedy dziecko dorośnie i zechce poznać ojca – da się nadrobić stracony czas?
Każdy przypadek jest indywidualny. Są różne motywacje i powody takiego zbliżenia po latach. Zarówno ojcowie, jak i dzieci mogą chcieć uporządkować swój obraz rodziny. Ilość strat powstałych w wyniku odrzucenia sprawia, że przywracanie relacji obciążone jest historią życia bez ojca. Czasu nie da się nadrobić, ale warto, mimo żalu, spróbować się zbliżyć.

A czy ojczym może stać się ojcem społecznym dziecka?
Oczywiście. Wiele małżeństw i związków rozpada się i zwykle pojawiają się nowi partnerzy. Mężczyzna, wchodząc w związek z kobietą, która ma dzieci, decyduje się na relację z jej całą rodziną, z jej dziećmi i gdzieś pośrednio na współrelację z ojcem biologicznym dzieci. Trzeba mieć świadomość, że nie jest to łatwe zobowiązanie, wymaga tolerancji i uważności, żeby zapewnić dzieciom partnerki równość w traktowaniu, zwłaszcza gdy mężczyzna ma własne dzieci.

Któregoś dnia ojczym może usłyszeć: „Nie jesteś moim ojcem, więc nie będziesz mi mówił, co mam robić”.
Jeżeli ojczym wychowuje dziecko, ma prawo współdecydować o wspólnym życiu. Naturalnie stawia wymagania, a dziecko chcąc postawić na swoim, może to rozgrywać i używać argumentu biologicznego ojcostwa. Tu wiele zależy od postawy obojga rodziców. Często są to emocje jednorazowe, niemniej nie można pozostawiać takich kryzysowych sytuacji nierozwiązanych, bez wspólnej reakcji rodziców. Inaczej argument o ojcostwie będzie powracał. Warto doprowadzić do spokojnej rozmowy i wyjaśnić, dlaczego decyzja bądź postawa jest taka, a nie inna.

Dzisiaj odchodzimy od tradycyjnego modelu: kobieta opiekuje się dziećmi, mężczyzna pracuje. Teraz matka może zarabiać i dbać o bezpieczeństwo materialne, a ojciec opiekować się dzieckiem w domu. Czy ten nowy podział ról jest powszechnie akceptowany?
Obecnie tradycyjne role ulegają przemianie. Współczesne kobiety są dużo bardziej aktywne niż kiedyś, dużo bardziej zorientowane na własny sukces, na pracę, rozwój zawodowy, a mężczyźni czasami wolą wybrać program minimum. Jeżeli kobieta zarabia lepiej od partnera i wspólnie umówią się, że to ona dba o bezpieczeństwo finansowe, a on zajmuje się domem i opieką na dziećmi, dlaczego mieliby nie zamienić się rolami? Ojciec może przejąć takie obowiązki, jak robienie zakupów, sprzątanie, gotowanie, odwożenie dzieci do szkoły i na zajęcia. Oczywiście wielu mężczyzn musi dojrzeć do tego modelu.

Jeśli mówimy o rolach, to czy ojciec powinien inaczej podchodzić do córki, a inaczej do syna?
Przede wszystkim nie należy różnicować zachowania dzieci ze względu na płeć, że np. chłopiec musi być twardy, a dziewczynka opiekuńcza. Dzielenie zachowań na męskie i kobiece jest krzywdzące. Nie uciekniemy od stereotypów, bo babcia będzie kupować wnukowi niebieskie ubranka i samochodziki, a wnuczce różowe sukienki i lalki, ale samemu trzeba obserwować dzieci, ich pasje oraz zainteresowania i pozwolić im je rozwijać. Jeśli córka chce nosić bejsbolówkę i kopać piłkę, a syn lubi gotować z mamą, to dlaczego nie? Ojciec nie może wyznaczać ról, ale powinien umieć dziecku uświadamiać konsekwencje każdego wyboru.

Córka dojrzewa, zaczynają kręcić się wokół niej chłopcy. Jak w takiej sytuacji powinien reagować ojciec?
W ojcu uruchamiają się wtedy wspomnienia, jak on sam traktował dziewczyny, co o nich myślał, gdy był młodym chłopakiem, więc wie, jakie zagrożenia czyhają na córkę. Ale to nie znaczy, że ma krytykować każdego kolegę, który pojawi się w domu. Tu też chodzi o zaufanie. Jeśli od małego ojciec dbał o relację z córką, to w wieku dojrzewania nie będzie się ona bała spytać go o zdanie czy radę. Ojciec powinien uświadamiać, rozmawiać, a nie krytykować czy wyśmiewać. Dzieci coraz szybciej dojrzewają, w sieci mają dostęp do różnych treści, rolą rodziców jest też rozmawianie o seksualności człowieka. Nie o bocianach i krasnoludkach, ale na poważnie.

Jak ojcowie powinni reagować na uwagi teściowej pod ich adresem?
Teściowa to część rodziny i jeżeli potrafi zachować stosowny dystans oraz mądrze wspierać rodziców wnuków, nie narzucając swojej obecności i „dobrych rad”, odgrywa ważną rolę w wychowaniu i rozwoju dzieci. Wiele tu zależy od postawy obojga rodziców. To matka dziecka, czyli partnerka mężczyzny, niezależnie od tego, czy jest biologicznym ojcem czy społecznym, powinna wspólnie z mężczyzną asertywnie wyznaczać granice zaangażowania babci w ich życie rodzinne. Dziecko potrzebuje mądrej, opiekuńczej babci, ale niewtrącającej się i nierywalizującej z rodzicami.

Niektórzy ojcowie rywalizują ze sobą o osiągnięcia dzieci. Zależy im, by ich syn najwspanialej grał na skrzypcach, a córka najlepiej pływała na przykład dlatego, że sam jako dziecko marzył, by zostać sportowcem czy muzykiem, ale rodzice nie mogli mu zapewnić odpowiedniego kształcenia. Jak ustrzec się przed przenoszeniem niespełnionych ambicji na dzieci, choćbyśmy robili to z największej miłości?
Jeżeli ojcowie rywalizują między sobą o osiągnięcia dzieci, oznacza to, że są nieco ułomni. Niech sami się zmierzą w rywalizacji ze sobą, a nie używają do tego dzieci. Wyobrażenia o własnych niezrealizowanych ambicjach bycia „naj” nie mogą obciążać dziecka. Dziecko nie musi być czempionem. Z grupy jedno może być najlepsze w danym momencie, ale to wcale nie znaczy, że inne są gorsze. Bo co to znaczy lepsze? Że szybciej pojedzie na rowerze? Dzisiaj pojedzie szybciej, a jutro wolniej. Wytykanie dziecku, że ma gorszy wynik niż inne dzieci, że zajęło trzecie miejsce, a nie drugie czy pierwsze, jest jedną z podstawowych niestosowności wychowawczych. Powinno się je zachęcać do rozwoju, poznania, a ojciec własnym udziałem i przykładem najłatwiej je skłoni do współuczestnictwa. Wówczas można się ścigać, wpajać dziecku waleczność, zaangażowanie i uświadamiać, że na sukces trzeba zapracować. Ważne, by nie zmuszać, a zachęcać, potrafić docenić, gdy się uda, i wzmocnić, gdy coś nie wyszło.

Co zrobić, żeby nie popaść w drugą skrajność – założyć, że dziecko wie, co dla niego najlepsze, więc nie będę niczego narzucać?
Należy podpowiadać, ukierunkowywać, ale nie zakładać, że będzie najlepszym skrzypkiem, pływakiem, skoczkiem czy tancerzem. Ważne, żeby dziecko czerpało satysfakcję z tego, co robi. Nie tylko ojciec, ale oboje rodzice powinni być wzorem i autorytetem. Ostatnią i najważniejszą instancją, do której dzieci się odwołują. Nie znajomi z podwórka czy sieci, którzy w pewnym momencie też zaczną odgrywać dużą rolę w życiu dziecka. Dlatego tak istotny jest bezpieczny dom, w którym dziecko zawsze znajdzie wsparcie.

Jak stawiać granice? Czy dziecko powinno się bać ojca? Lęk i przemoc są zaprzeczeniem wychowania, ale, niestety, są używane. Świadczą o bezradności i słabości silniejszego. Zalęknione dziecko z desperacją będzie szukać ucieczki w bezpieczniejszy, w jego wyobrażeniu, świat – w gry w sieci, używki, złe towarzystwo i miejsca, w których będzie mogło odreagować, często również przemocą. Dzieciom trzeba jasno określać granice tolerancji rodziców, to bardzo ułatwia wzajemne porozumienie i egzekwowanie poleceń. Dzieci potrzebują jasności przekazu, mogą się z nim nie zgadzać, będą sondować, jak daleko mogą bezkarnie naginać ustalenia, ale na pewno klarowny punkt odniesienia ułatwi wyjście z trudnej sytuacji.

8 zasad świadomego ojcostwa:

  1. szanuj matkę twojego dziecka,
  2. szanuj swoje dziecko,
  3. zawsze stawaj po stronie swojej rodziny,
  4. okazuj uczucie najbliższym,
  5. mów prawdę swojemu dziecku i jego matce,
  6. ucz się mądrze wymagać,
  7. bądź otwarty i tolerancyjny,
  8. nie krytykuj.
Tekst pochodzi z archiwalnego wydania magazynu "Sens" 

  1. Zwierciadło

Zdrowe, orzeźwiające wody smakowe, które podnoszą poziom energii – nie tylko na piknik

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki
5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Pysznie i energetycznie to dwa słowa, którymi z powodzeniem można opisać każdą z moich wiosennych wód. Od ciebie zależy, którą wybierzesz, a i tak każdy wybór będzie właściwy.

Składniki:

  • grejpfrut (1 sztuka mała - 220g)
  • cynamon (laska)
  • rozmaryn (2 gałązki)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Grejpfruta nie obieramy, jedynie szorujemy porządnie szczoteczką pod bieżącą wodą. Pokrojonego w plastry wrzucamy do dzbanka. Dodajemy gałązki rozmarynu i laskę cynamonu. Całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Pozgniatamy wszystkie składniki drewnianą łyżką i dokładnie mieszamy. Po dziesięciu minutach woda smakowa jest już gotowa.

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki 'Zdrowe wody')5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")

Składniki:

  • cytryna (1 sztuka duża - 130g)
  • mięta cytrynowa (11 świeżych listków)
  • pokrzywa (11 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Cytryna chociaż wcale nie jest liderem wśród cytrusów pod względem zawartości witaminy C, to bogata jest w witaminy z grupy B, potas, wapń, o czym nie każdy wie. Oczywiście dzięki zawartej w niej witaminie C moja orzeźwiająca woda smakowa ma moc energetyzującą, natomiast dzięki witaminom z grupy B, takim jak B3, czyli niacynie i witaminie B6, czyli pirydoksynie, usprawnia pracę układu nerwowego i wzmacnia układ immunologiczny. Zalecam celebrowanie święta cytryny nie tylko pod koniec zimy w miasteczku Mentona, ale dużo, dużo częściej.

Składniki:

  • kawa (2 łyżeczki mielonych ziaren)
  • grejpfrut (1/3 sztuki - 90g)
  • limonka (1 sztuka - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Kawa znalazła się w mojej wodzie smakowej nie tylko ze względu na zawartość kofeiny. Oczywiście jej właściwości pobudzające są najbardziej znane, co nie oznacza, że kawa nie może się też pochwalić innymi. Pozwólcie, że wymienię niektóre jeszcze przed wypiciem mojej wody smakowej: poprawia perystaltykę jelit, wzmacnia pamięć, przyspiesza metabolizm. Nie wymieniając dodatkowo zalet grejpfruta, limonki i mięty, czyli reszty składników mojej mieszanki, zapewniam, że jest to woda smakowa bardzo zdrowa.

Składniki:

  • zielona herbata (2 łyżeczki suszu)
  • pomarańcza (1/2 małej sztuki - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Do dzbanka wsypujemy zieloną herbatę i zalewamy średniozmineralizowaną wodą o temperaturze 80 stopni. Czekamy, aż napar wystygnie i dodajemy listki mięty i plastry pomarańczy. Mieszamy całość drewnianą łyżką, rozgniatając plastry pomarańczy, a po chwili woda smakowa jest już gotowa.

Składniki:

  • czarny bez (2 łyżki soku z owoców)
  • ogórek gruntowy (3 sztuki - 90g)
  • mięta zwyczajna (6 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Ogórki myjemy pod bieżącą wodą i kroimy je w plastry, nie obierając ze skórki. Pokrojone warzywa wrzucamy do dzbanka i wlewamy dwie łyżki stołowe bezcukrowego, ekologicznego soku z czarnego bzu. Dodajemy listki mięty i całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Mieszamy składniki drewnianą łyżką. Woda smakowa jest gotowa po 10 minutach od zamieszania.

Zdjęcia z książki „Zdrowe wody. Pyszne wody smakowe i izotoniki” Anety Łańcuchowskiej-Jeziorowskiej. Więcej przepisów na wody na każdą porę roku znajdziecie w książce dostępnej w naszym sklepie internetowym.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.

  1. Zwierciadło

Karolina Gruszka - odrobina normalności

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Film „Złotokap”, w którym możemy ją oglądać, jest dla niej wyjątkowy z wielu powodów. Także dlatego, że to jeden z pierwszych projektów, w których wzięła udział po przerwie. Karolina Gruszka potrzebowała jej, żeby wrócić do najważniejszych w życiu pytań.

Jak tam pani islandzki? Jest pani w stanie porozumieć się w tym języku?
Mamy tę wspaniałą umiejętność, żeby rzeczy akurat nam niepotrzebne wyrzucać natychmiast z pamięci, i w tej chwili trudno byłoby mi cokolwiek sobie z islandzkiego przypomnieć. Natomiast rzeczywiście był taki moment, kiedy zaczęłam mieć przyjemność z używania go w ramach roli. Na planie słuchałam, jak rozmawiają inni, zaczynałam rozumieć z kontekstu pojedyncze zdania. Już wcześniej miałam podobne doświadczenia. Tak mi się w życiu zawodowym zdarzyło, że dosyć dużo grałam w innych językach, i to bardzo różnych, łącznie z uzbeckim, kazachskim. I kiedy się już przekroczy pewną granicę i człowiek przestaje się zastanawiać, jak co wymówić, dostrzega się, że język wchodzi w ciało, że ma swoją energię, każdy zupełnie inną.

Swoją drogą, kiedy decydowałam się na tę rolę, nie wyobrażałam sobie, ile to będzie pracy. Wiele zawdzięczam Jackowi Godkowi. Jacek jest tłumaczem literatury islandzkiej na polski, a jednocześnie – z wykształcenia – aktorem. Uczył mnie zasad fonetyki, tłumaczył, jak się czyta specjalne znaki z alfabetu islandzkiego, jak i gdzie kładzie się akcenty. Czytał na głos wszystkie moje kwestie z filmu, a później słuchał, jak czytam je ja. Dalej pracowałam sama, ale bez tych spotkań nie dałabym rady.

Była pani kiedykolwiek wcześniej w Islandii?
Nie. I miałam o niej trochę inne wyobrażenie.

Jakie?
Kojarzyła mi się magicznie, bajkowo, a okazała się dużo bardziej surowa i bardzo w tej swojej surowości piękna. Kręciliśmy zeszłego lata, trafiłam na białe noce. Organizm czuje się z początku niepewnie, ale jeśli o mnie chodzi, sprawdziłam to już wcześniej w Petersburgu, mogę w takim trybie bez problemu funkcjonować. Trafiłam też na piękną pogodę, sami Islandczycy byli zaskoczeni. Ta piękna pogoda oznaczała 19 stopni Celsjusza i trochę słońca na przemian z deszczem [śmiech].

Po zakończeniu zdjęć dojechała do mnie rodzina, mąż z córką, wynajęliśmy samochód, bo po Islandii trudno poruszać się inaczej, i ruszyliśmy przed siebie. Wybrzeże to jednak bardzo turystyczne rejony, we wszystkich tych miejscach, które kojarzymy z pocztówek i filmów dokumentalnych, jak choćby w Blue lagoon [uzdrowisko na półwyspie Reykjanes – przyp. red.] o każdej porze dnia i nocy jest taki tłok, że traci się z bycia tam całą przyjemność. W pewnym momencie odpuściliśmy i pojechaliśmy bardziej w głąb lądu. Odkrywały się przed nami przepiękne krajobrazy – te wszystkie parujące gorące źródła, dzikie konie, które galopują gdzieś na horyzoncie, zastygła lawa, do której moja ośmioletnia córka podchodziła najpierw niepewnie (z początku w ogóle była zaskoczona tym, że jest tak pusto i zimno), a potem ją pokochała i po której chodziła w tę i z powrotem. Krajobraz na wyspie jest monotonny, nie ma tylu bodźców, i to jest właśnie piękne, działa medytacyjnie.

Zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest pani pierwszą znaną polską aktorką, która zagrała w islandzkim filmie.
Ragnar [Bragason – przyp. red.] nakręcił „Złotokap” na podstawie swojej sztuki, przez lata wystawianej, zresztą z wielkim sukcesem, w Rejkiawiku. Polaków na Islandii mieszka bardzo dużo, to najliczniejsza grupa cudzoziemców, chyba 10 proc.populacji całego kraju, w związku z czym w sposób naturalny pojawiamy się też w tekstach literackich. Moja bohaterka Daniela też jest z Polski i Ragnar szukał do tej roli Polki.

Zwrócił się do swoich polskich znajomych, kto to mógłby być, podrzucili mu parę propozycji, filmy, zdjęcia, i upatrzył sobie mnie. Właściwie nie miałam żadnego castingu, przeczytałam scenariusz, tekst był świetny, a potem Ragnar przyjechał do Warszawy, żebyśmy mogli się poznać i porozmawiać. Przegadaliśmy pięć godzin w kawiarni na Nowym Świecie.

Doświadczenie pracy z nim było bardzo ciekawe, przekonałam się, jaką ma miłość do aktorów. Ale też parę rzeczy mnie zaskoczyło. Kinematografia islandzka jest stosunkowo młoda, właściwie pokolenie Ragnara to pierwsze pokolenie islandzkich filmowców, którzy regularnie kręcą filmy w swoim kraju. I to widać. Widać, że jest w nim coś z pioniera. Jak powstawało ujęcie, Ragnar wołał wszystkich – pierwszy raz mnie coś takiego spotkało – do monitora i mówił: „No, zobaczcie! Zobaczcie, jak fajnie wyszło!”. To nie było tak, że byli zupełnie bezkrytyczni, jeśli było trzeba, oczywiście, powtarzali scenę. Najpierw myślałam: „Boże, co tu się w ogóle dzieje!?”. A potem doszłam do wniosku, że to w sumie super. Ta radość, że jest się na planie.

Uważa pani, że „Złotokap” to komedia?
Raczej tragikomedia, nie chciałabym zdradzać, w jakim stopniu „tragi-”. Rozmawiałam o tym z reżyserem i, jak rozumiem, Daniela pełni w całej tej historii funkcję w pewnym sensie terapeutyczną. W scenariuszu potrzebny był jakiś kontrapunkt, odrobina normalności w kontraście z ostrymi, wyrazistymi rolami innych.

Film rozprawia się z uprzedzeniami Islandczyków. To jednak mały naród, wyspiarski, problem nieufności wobec obcokrajowców, szczególnie w środowiskach mniej uprzywilejowanych, jest dostrzegalny. Przy okazji reżyser zwraca też uwagę na coś, co jest podobno w Islandii dość powszechne. Ponieważ świadczenia społeczne są tam wysokie – jeśli jesteś chory, dostajesz od państwa dużo pieniędzy – nagminne jest symulowanie i wyłudzanie zasiłków. Główna bohaterka filmu symuluje swoją chorobę i wmawia liczne choroby swojemu synowi Unnarowi. Matkę i syna łączy bardzo toksyczna relacja. On próbuje się z niej wyrwać, a Daniela, którą gram i w której Unnar się zakochuje, jest szansą na życiową zmianę. Ten wątek toksycznego układu matka – syn, nawet jeśli jest w filmie celowo przerysowany, wydaje mi się dość uniwersalny. Chyba każdy z nas próbował uciec od niektórych przekazywanych z pokolenia na pokolenie wzorców. A potem ani się obejrzysz i wpadasz w to samo. Trudno jest uciec od schematów, w których dorastamy.

Zagrała pani emigrantkę, Daniela mieszka w Rejkiawiku od lat. Pani też ma za sobą podobne doświadczenie. Swój kilkuletni pobyt w Rosji nazywała pani emigracją?
Nie nazywałam sobie tego emigracją, bo też nigdy nie podejmowałam takiej decyzji, jaką – wyobrażam sobie – musiała podjąć Daniela. Mój wyjazd był związany z moim życiem uczuciowym, ale także zawodowym, nie miałam planu, żeby tam zostać na stałe, ale też nie zakładałam, że nie zostanę. To się zdarzyło spontanicznie i organicznie. W Rosji nie czułam się u siebie, ale bycie kimś „nie stąd” było przyjemne i szalenie ciekawe. Trafiło na taki moment, kiedy jeszcze wydawało mi się – do tej pory tak myślę, ale wtedy było jednak inaczej, bo jeszcze nie miałam córki – że wszystko może się wydarzyć i że ja mogę żyć wszędzie, tymczasem spróbuję żyć tam.

Pierwsze role po rosyjsku zapamiętywała pani jak tę po islandzku?
Wcześniej coś tam już w Rosji grałam, ale albo byłam dubbingowana, albo grałam Polkę, która kaleczyła język. Tak naprawdę pierwszą dużą rolę po rosyjsku zaproponował mi mój mąż w „Tlenie”. Skok na głęboką wodę, bo miałam do zagrania wielki monolog, tekst „podawany” bardzo szybko i bardzo rytmicznie. Świetny sposób na uczenie się języka, zrobiłam ogromny postęp. O ile wcześniej, kiedy Iwan tłumaczył mi, co to za rola, rozumiałam z tego, co do mnie mówił, z jedną trzecią, i to jak dobrze się skupiłam i dopowiedziałam sobie resztę z jego gestów i mowy ciała, o tyle po okresie przygotowań do „Tlenu” byłam w stanie zrozumieć więcej niż połowę.

A teraz?
A teraz zdarza mi się nieświadomie przechodzić z polskiego na rosyjski, łapię się na tym, że myślę po rosyjsku. To mój drugi język, mimo że poznałam go dopiero w wieku 27 lat. Mam delikatny akcent, ale jak się skupię, mogę go nie mieć. Chociaż zwykle nie ma to znaczenia. Inaczej niż u nas, gdzie zaśpiew ze Wschodu brzmi dla Polaków czasem śmiesznie, dziecinnie. Rosjanie zwykle lubią, jak ktoś mówi z polskim akcentem, uważają, że ma to wdzięk.

Z reżyserem Iwanem Wyrypajewem tworzycie rodzinę. Wasza córka mieszkała z wami najpierw w Rosji, teraz tutaj. Maja zadaje już pytania o to, skąd i kim jest?
Właśnie niedawno zaczęła przejawiać zainteresowanie tym tematem. Pyta nas na przykład, na ile jest Rosjanką, a na ile Polką.

Co odpowiadacie?
Że tu nie ma odpowiedzi. Widzę, że ona ma te dwie mentalności, dwie kultury we krwi, krwiobiegu, w swojej wrażliwości, i nie widzę sensu dopatrywania się, którą bardziej. Siłą rzeczy teraz silniej czuje się związana z Polską, bo tu mieszkamy, tu ma swoich przyjaciół, chodzi do szkoły. Zresztą do szkoły brytyjskiej, więc to też daje dodatkową perspektywę. Miałam duży problem, co zrobić po przedszkolu, nie jestem fanką naszego systemu edukacji. Z początku trochę się bałam, że to wprowadzi jeszcze chaos, ale system brytyjski zakłada naprawdę fajne podejście do dziecka, teraz w czasie pandemii miałam okazję przyjrzeć się temu jeszcze bliżej i jestem pod wrażeniem.

Uważa pani, że pokolenie naszych dzieci jest bardzo różne od naszego? Że oni już zawsze będą obywatelami świata w odróżnieniu od nas, dzieci z kompleksem PRL-u?
Zgadzam się, że to nowe pokolenie jest zupełnie inne. Moja córka ma tylko osiem lat, a mam wrażenie, że i ona, i jej rówieśnicy są pod pewnymi względami o wiele bardziej świadomi niż my. Że to nie tylko obywatele Polski, Europy czy nawet świata, ale jeszcze szerzej, mieszkańcy planety. To mnie napawa optymizmem, czuję, że oni będą inni niż my, może mniej lekkomyślni.

A wracając do pani pytania – nie jestem pewna, czy kompleks dziecka PRL-u kiedykolwiek mnie dotyczył. Chyba już jednak nie. Wydaje mi się, że jestem z pokolenia, przed którym nagle otworzyło się mnóstwo możliwości, ale że jednocześnie wokół nas panował straszny chaos, brakowało nam punktu oparcia. Wszystko przesiąknięte było postmodernistycznym przekonaniem, że każdy ma swoją prawdę, co skutecznie blokowało poszukiwania duchowe i sprzyjało tendencjom narcystycznym.

To pokolenie bez autorytetów, bo autorytety, nawet jeśli były, bardzo często były podważane i deprecjonowane. Podstawowe pytanie: Kim właściwie jesteśmy w tym świecie? A o tym się raczej nie rozmawiało, jakby nie było takiej potrzeby, jakby się nie wiedziało, co to w ogóle znaczy i do czego jest nam potrzebne. Być może dlatego teraz jesteśmy tak bardzo uwięzieni w sporach polityczno-społecznych, tak bardzo brakuje nam szerszej perspektywy, bo nie nauczyliśmy się patrzeć na świat inaczej niż przez pryzmat swojego ego.

Sfera duchowa zawsze była dla pani tak samo istotna?
Pamiętam całe lata swojego życia, kiedy czułam, że mam potrzebę czegoś, ale nie wiem czego. Nie tyle nie znajdowałam odpowiedzi, co nie potrafiłam nawet dobrze zadać pytań. Moment, kiedy zaczęłam w ogóle przeczuwać, w którą stronę chcę iść, to właśnie wyjazd do Rosji. Po pierwsze dlatego, że tam takie kwestie są bardziej żywe, na porządku dziennym. To coś, o czym się po prostu rozmawia. W Rosji trafiłam też na odpowiednie książki, zaczęłam medytować, uprawiać jogę trochę w innym wymiarze, niż uprawiałam w Polsce. Wcześniej joga miała dla mnie raczej charakter, nie chcę powiedzieć fitnessowy, ale na pewno bardziej siłowy, fizyczny. I nagle się okazało, że chodzi o coś dużo więcej. To było 13 lat temu, a ja nadal mam potrzebę, żeby wracać do pytania, dokąd idę. Zdarzają się w moim życiu takie złote okresy, że wydaje mi się to oczywiste. Ale są i takie, że się gubię i codziennie, mozolnie muszę to sobie przypominać.

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)

To jest dla pani przełomowy rok?
Ze względu na to, że kończę 40 lat?

Na przykład.
Oczywiście, nie wiem, jak zareaguję na swoją czterdziestkę z takiego czysto kobiecego punktu widzenia, koleżanki snują na ten temat różne teorie [śmiech]. Będę się temu przyglądała. Na razie nie mam poczucia, że to jakiś przełomowy moment.

Z wiekiem staje się pani bardziej sentymentalna?
Myślę, że przeciwnie, coraz mniej, i to mi się w sumie podoba. Jakiś czas temu zrobiłam porządki według japońskiej metody Marie Kondo, która radzi, żeby wyrzucić to wszystko, co się trzyma tylko dlatego, że ma wartość sentymentalną. Ja miałam całą skrzynię pamiątek. Starą, wielką, miałam w niej wszystko poukładane: jakiś liścik od przyjaciółki z czwartej klasy podstawówki, plastikowy pierścionek, który dał mi pierwszy chłopak, karteczki, zapiski, zdjęcia. I kiedy się tego wszystkiego pozbyłam, rzeczywiście poczułam się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie wielki ciężar. Nie chodziło mi o to, żeby odciąć się od przeszłości. To raczej proces uwolnienia, oczyszczania swojej przestrzeni, w wyniku czego powstaje więcej miejsca na to, co jest teraz.

Radykalny krok. Ale może celem jest tu pozbycie się przedmiotów, ale wszystko, co wiąże się z naszą przeszłością, zostawiamy sobie w pamięci i głowie?
Oczywiście, wspomnienia pozostają, one są ciekawe, ważne, bywają piękne, bywają przejmująco smutne, ale rzadko mnie rozczulają. Nie tęsknię za przeszłością.

O, dzisiaj na przykład wydarzyło się coś takiego – odwiedziłam szkołę teatralną właściwie pierwszy raz po 17 latach, odkąd ją skończyłam. Był kręcony program na temat całego naszego rocznika, do udziału w którym też zostałam zaproszona. Przechadzaliśmy się po korytarzach, patrzyłam na fragment naszego dyplomu. I bardzo trudno było mi przywołać siebie z tamtego czasu. To znaczy pamiętam mniej więcej, co wtedy myślałam, ale nie bardzo już poznaję tamtą siebie. Jeden z moich kolegów z roku, znany aktor, powiedział, że czuje się tak, jakby te nasze studia były dopiero co, jakbyśmy dopiero je skończyli. Ja mam poczucie, że to było w innym życiu.

O lockdownie sporo osób mówi, że miały szansę zmienić dzięki niemu perspektywę, że ta przerwa była im potrzebna.
Miałam przerwę już wcześniej. Dwa lata temu poczułam, że w jakimś stopniu się wypaliłam, bardzo intensywnie grałam wtedy w teatrze i mój organizm dotkliwe to odczuł. Zbuntował się. Musiałam się zastanowić, czy w ogóle chcę być jeszcze na scenie, czy jeszcze potrafię z tego czerpać przyjemność. Potrzebowałam tej przerwy, wróciłam po roku z poczuciem, że to jednak jest mój zawód, to, co kocham, i wiem, dlaczego to kocham. Pierwsze spektakle po przerwie grałam właściwie w ekstazie. A potem zrobiłam film islandzki, dwa filmy w Polsce, które jeszcze będą miały swoją premierę, zaczęłam serial z Waldkiem Krzystkiem, po drodze był „Kod genetyczny”.

Pandemia zastała nas w Moskwie. Robiliśmy nowy spektakl, w którym gramy razem z Iwanem, jego nowa sztuka „Entertainment”. Najpierw nagraliśmy z tego teatr telewizji, a potem mieliśmy zostać, żeby jeszcze zagrać spektakle. Nie zdążyliśmy. Okazało się, że zamykają polskie granice. Bilety już wyprzedane, pełna widownia, z drugiej strony – wiedzieliśmy, że jeśli od razu nie wrócimy do Polski, to być może utkwimy w Moskwie na bardzo długo. Bardzo wyraźnie poczułam wtedy, że powinniśmy wrócić, chociaż granice rosyjskie były jeszcze wtedy otwarte, oni się tam pukali w głowę, że tak nam się spieszy. Wylądowaliśmy o 20 w Warszawie, kilka godzin później i musielibyśmy już przechodzić kwarantannę. Zdaję sobie sprawę, jak trudny dla wielu ludzi jest ten czas. Smutny i pełen lęku. Ale ja odczuwam za te dwa miesiące izolacji wdzięczność. Jesteśmy jako rodzina blisko, zawsze spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, ale tym razem byliśmy ze sobą 24 godziny na dobę i to było dla nas bardzo cenne.

Krystyna Janda wspominała ostatnio w „Zwierciadle”, że raz po raz śniła jej się scena i kurtyna. Pani też?
Miałam sny aktorskie, myślę, że w tym zawodzie to jest nieuniknione. Ale nie odczuwałam głodu grania. Natomiast bardzo się ucieszyłam, kiedy przyszła propozycja, żeby zagrać w serialu. Zresztą właśnie mi.in. z panią Krystyną Jandą [chodzi o „Królestwo kobiet”, komediową produkcję TVN – przyp. red.]. Propozycja przyszła nieoczekiwanie, nie miałam tego wcześniej w planach. Nagle okazało się, że zaczynamy zdjęcia. Przyszłam na pierwszą próbę, była nas ósemka, a wydawało mi się, że to tłum, zresztą wszyscy mieliśmy podobne odczucie. Z początku było trochę dziwnie, a teraz bardzo się cieszę, uważam, że to pożyteczne. Równowaga jest jednak istotna. Nie było dla mnie odkryciem, że jestem domatorką, a jednak wydaje mi się, że są ludzie, którzy siedząc długo w domu, naprawdę mogą zdziczeć. Nie wiem, czy przypadkiem się do nich nie zaliczam.

Karolina Gruszka, rocznik 1980. Z mężem, Iwanem Wyrypajewem realizuje jego autorski teatr, wystąpiła też w jego filmach: „Tlen”, „Taniec Delhi”, „Zbawienie”. Inne jej kinowe role to te w „Inland Empire”, „Szczęściu świata” czy „Maria Skłodowska-Curie”. Najnowszy „Złotokap” w kinach od 28 sierpnia.