1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Śmierć ukochanego zwierzaka

Śmierć ukochanego zwierzaka

123rf.com
123rf.com
Dzieci bardzo głęboko przeżywają śmierć swojego pupila - zwierzę domowe to dla nich jedna z najbliższych „osób" na świecie.

Jeśli decydujesz się na zwierzaka, musisz się liczyć z tym, temat śmierci na pewno się pojawi. Co zrobić, gdy ono zdechnie? Jak wytłumaczyć to dziecku?

  1. Dzieci bardzo dobrze  znoszą  moment  symbolicznego  pożegnania ze swoim pupilem.  Znacznie gorsze jest  zabronienie dziecku przezywania żałoby. Gdy więc umiera zwierzę domowe,  nie  wmawiaj, że  nic takiego się nie stało. Powiedź, że tobie też jest bardzo przykro, że chomiczek  był wspaniały, a  twoje dziecko było znakomitym właścicielem. Nie pocieszaj na siłę, pozwól dziecku się wypłakać i wyżalić. Niech  dziecko otuli  swojego  chomika kocykiem, ułoży go w pudełku, dosypie jedzonko - to wcale nie jest  tak traumatyczne, jak nam się wydaje.
  2. Nie odwracaj uwagi dziecka od śmierci - jeśli zacznie zadawać pytania spokojnie na nie odpowiedź  i mów prawdę.  Nie  kłam, że piesek zasnął - mów, że umarł i  już nie  będzie  żył. Nie okłamuj dziecka, bo możesz zupełnie stracić autorytet w jego oczach,  ty być może o tym nie wiesz, ale twoje dziecko na pewno  już wie, że  istnieje śmierć. Dziecko samo ci pokaże, czy potrzebuje na ten temat rozmowy czy nie.
  3. Dzieci  bardzo dobrze wspominają  momenty,  gdy rodzice potraktowali  je poważnie i powiedzieli prawdę, gdy zwierzę domowe zdechło. Bywają sytuacje, gdy stan zwierzaka jest taki, że należy zastanowić się nad uśpieniem. Jeśli dojdzie do tego w twoim domu, nie obciążaj dziecka decyzją: usypiamy czy nie?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku rozwinąć jego potencjał?

Wszyscy uczymy się w charakterystyczny dla siebie sposób. Zauważył to już Howard Gardner, amerykanski psycholog, profesor Harvardu, który w swojej teorii inteligencji wielorakiej (zwanej też wielokrotną) wyodrębnił aż 8 typów inteligencji. Według niego rowijanie właściwych sobie predyspozycji idzie w parze ze stanem uskrzydlenia (flow). Fot. iStock
Wszyscy uczymy się w charakterystyczny dla siebie sposób. Zauważył to już Howard Gardner, amerykanski psycholog, profesor Harvardu, który w swojej teorii inteligencji wielorakiej (zwanej też wielokrotną) wyodrębnił aż 8 typów inteligencji. Według niego rowijanie właściwych sobie predyspozycji idzie w parze ze stanem uskrzydlenia (flow). Fot. iStock
Dziecko spontanicznie powinno zajmować się tym, co przynosi mu radość. Wówczas motywacja, by być w tym coraz lepszym, będzie naturalna. Dająca rozwój i szczęście.

Na czym polega uskrzydlenie intelektualne i dlaczego jest tak ważne?

Stan uskrzydlenia (inaczej flow) może być niezwykle istotny w edukacji dziecka. Przepływ (czyli ang. flow, a inaczej doznanie uniesienia, uskrzydlenia) to pojęcie z pogranicza psychologii pozytywnej i psychologii motywacji. Według Mihály Csíkszentmihályi, twórcy tej koncepcji, flow to stan między satysfakcją a euforią, wywołany całkowitym oddaniem się jakiejś czynności.

Uskrzydlenie jest stanem, w którym zapominamy o wszystkim oprócz tego, co akurat robimy. Dajemy z siebie wszystko, nie myśląc ani o sukcesie, ani o porażce, motywuje nas czysta przyjemność działania. Jesteśmy spokojni, skupieni, zadowoleni, twórczy, wynalazczy. Jesteśmy głęboko przekonani o swoich znakomitych umiejętnościach. Najpierw ogarnia nas błogi spokój, a potem pojawia się spontaniczna radość, a nawet upojenie. O takich odczuciach często mówią sportowcy, kompozytorzy, alpiniści, ale też urzędnicy wykonujący papierkową pracę. Zadanie, które mogłoby wydawać się trudne, okazuje się łatwe, wręcz zwykłe i naturalne. Płynnie pokonujemy kolejne stopnie trudności, nie myśląc o tym. Taki stan od czasu do czasu osiąga każdy z nas. Wspinamy się wtedy na szczyty swoich możliwości, wykraczamy poza to, co dotychczas osiągnęliśmy. Uskrzydlenie jest szczytem inteligencji emocjonalnej. To najdoskonalsza postać okiełznania emocji i wykorzystania ich do pracy i nauki.

Stan ten można osiągnąć np. poprzez celowe skoncentrowanie się na zadaniu. Skuteczna koncentracja jest samoistnie działającą siłą, która uśmierza inne emocje i sprawia, że zadanie staje się dziecinnie łatwe. Ubocznym skutkiem koncentracji jest ekstaza. Dlatego, żeby się dobrze skoncentrować musimy podjąć wysiłek i potrzebna nam będzie dyscyplina. Najskuteczniej koncentrujemy się, gdy zadanie wymaga od nas nieco większego niż zwykle wysiłku, ale jesteśmy w stanie się na niego zdobyć. Jeśli nas przerasta, zaczynamy się niepokoić, stresować. Gdy jest zbyt łatwe, dopada nas znużenie. Uskrzydlenie mieści się w strefie między niepokojem a znużeniem. Gdy je osiągamy, paradoksalnie mózg jest „zimny”, zmniejsza się aktywność jego kory. To klucz do uskrzydlenia – mózg nie musi „za bardzo się wysilać”, gdyż stojące przed nami zadanie mieści się w granicach szczytu naszych możliwości a obwody nerwowe pracują najefektywniej. A my, tak jak one, działamy optymalnie.

Jak motywować dziecko? - Wykorzystaj uskrzydlenie w jego edukacji!

Howard Gardner, psycholog z Harvardu, który stworzył teorię inteligencji wielorakiej, uważa uskrzydlenie za najzdrowszą metodę uczenia dzieci. Motywuje ona od wewnątrz, a nie za pomocą kar i nagród. Według Gardnera uskrzydlenie jest stanem psychicznym, który oznacza, że dziecko zajmuje się właściwym zadaniem. Nie osiągnie tego, jeśli zadania przed którymi staje, nudzą go lub przerastają. Dziecko, żeby osiągnać stan flow,  spontanicznie powinno zajmować się tym, co przynosi mu radość. Wówczas motywacja, by być w tym coraz lepszym, będzie naturalna. Dająca rozwój i szczęście. Podstawą edukacji zatem powinno być określenie profilu naturalnych zdolności dziecka, rozwinięcie ich oraz próba wzmocnienia słabszych punktów. Chodzi o to, żeby zaproponować mu lekcje i zajęcia na różnych poziomach, które będą stwarzać optymalne dla niego wyzwania. Dzięki temu nauka staje się przyjemniejsza, nie budzi ani uczucia znudzenia, ani lęku. Uczucie uskrzydlenia, jakiego dzięki temu doznaje, doprowadzić je może do wybitnych osiągnięć.

Jak rodzice i nauczyciele mogą pomóc dziecku odnaleźć klucz do uskrzydlenia?

  • Dzieciom trzeba dostarczać dużo bodźców, potrzebnych do rozwoju. Im więcej, tym lepiej. Dobrze, gdy dziecko ma możliwość angażowania się w wiele rodzajów ekspresji twórczej, bo to rozwija je kompleksowo. Ekspresja twórcza może być słowem, dźwiękiem, ruchem, wyobraźnią. W praktyce chodzi tu o wiele dziedzin działania, takich jak malowanie, pisanie, śpiewanie, taniec, sport. Najlepiej jest, jeśli dziecko ma do tych wszystkich aktywności łatwy dostęp.
  • Stawiajmy na różnorodność. Jeśli widzimy, że dziecko na przykład lubi rysować, pokażmy mu różne rodzaje kredek, ołówków, farb. Odkryjmy przed nim rozmaite techniki, w jakich mogą powstawać prace plastyczne, chociażby malowanie palcami.
  • Nie zapominajmy też o swobodnej ekspresji twórczej, która może się ujawniać w wielu codziennych sytuacjach. Przykłady: wyjście z mamą do sklepu łączy się z odnajdywaniem kolorów produktów spożywczych, rodzinny spacer do lasu jest okazją do podskakiwania, czy ćwiczenia spostrzegawczości, czas przed zaśnięciem wspólnym wymyślaniem historii, każdego dnia związanych z innym z innym skojarzeniem.
  • Dziecko rozwija to, co jest kojarzone z zabawą i pozwala na swobodę (bez oceniania) oraz włącza wszystkie zmysły. Ważne jest, by dziecko traktowało zajęcia jak przyjemność, było podczas nich swobodne - niech rysuje to, co samo chce a niekoniecznie zadany temat. I co istotne – małe dzieci zawsze chwalmy za ich zaangażowanie i tworzenie, a nie zawsze za rezultat. Unikajmy porównywania i oceniania. Pochwały jednak muszą być konkretne i prawdziwe. Szczególnie ważny jest okres przedszkolny, bo potem pojawiają się oceny, rywalizacja z innymi dziećmi, standardy w które trzeba się wpasować. Jeśli wcześniej dziecko ma możliwość odczucia radości tworzenia to potem wzmacnia to jego poczucie wartości.
  • Rozwijajmy dziecko na wszelkich polach dostępnych zmysłom. To jest naturalny sposób uczenia się, który gubimy przez tradycyjny system nauczania. Małe dziecko uczy się widząc, słysząc, dotykając, poznając świat za pomocą smaku i węchu.
  • Starsze dziecko zwykle samo już wybiera to, czym chce się zająć. Pozwalajmy na te wybory. Są dzieci, które do różnych czynności podchodzą ze słomianym zapałem, ciągle zmieniając swe zainteresowania. Nie traktujmy tego jako czegoś złego. Im więcej szans stworzymy mu, by znalazło coś, co je uskrzydli, tym będziemy bliżej sukcesu. Pozwolimy na rozwój naturalnych zdolności, kształtowanie pasji, realizowanie celów i przezwyciężanie przeszkód.
  • Dziecko, które jest prawdziwie zaangażowane w to, co robi, jest jednocześnie idealnie skoncentrowane. Zdolność koncentracji może być osłabiona przez zbyt wiele godzin spędzanych przed komputerem czy telewizorem. Dlatego tak ważne jest rozwijanie dziecka na wielu poziomach, zwłaszcza ruchowym. Są sposoby na łatwiejsze osiągnięcie koncentracji, na przykład przez: słuchanie muzyki relaksacyjnej, żonglowanie, zabawy słowne angażujące w konkretny temat. W ćwiczeniu koncentracji należy wykorzystywać preferowany przez dziecko sposób przetwarzania informacji - zwykle jest wzrokowy, słuchowy albo kinestetyczny. Pokój czy biurko dziecka wzrokowca powinno mieć wiele obrazów, zdjęć, wykresów. Słuchowiec często potrzebuje muzyki przy nauce, a kinestetyk najchętniej uczy się przez działanie, to zwykle kinestetycy lubią kiedy ktoś towarzyszy im przy nauce.
Warto przypomnieć, że w 2011 r. prof. Gardner odwiedził trzy polskie miasta w związku z podsumowaniem projektu, który przeprowadziła Grupa Edukacyjna S.A. wśród nauczycieli i uczniów szkół podstawowych z całej Polski. Podstawą teoretyczną projektu była właśnie teoria inteligencji wielorakich Howarda Gardnera. Użyto ją, aby dostosować sposób nauczania w klasie pierwszej do indywidualnych zainteresowań, umiejętności i możliwości każdego dziecka.

  1. Psychologia

Dorosłe dzieci i błędy wychowawcze rodziców - co zrobić z poczuciem winy?

Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. (fot. iStock)
Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. (fot. iStock)
Wielu rodziców dorosłych dzieci żyje w poczuciu winy, że źle je wychowali. A poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. Podpowiada, żeby za wszelką cenę wynagrodzić dzieciom krzywdę, ale niczego nie wynagradza, tylko oddala nas od rozwiązania faktycznego problemu – mówi psycholog Ewa Woydyłło, autorka książki „My – rodzice dorosłych dzieci”, mama dorosłych córek: Magdaleny i Natalii.

Wywiad archiwalny

To bodaj pierwsza książka poświęcona znękanym, umęczonym rodzicom dorosłych dzieci. Jak wielka jest skala problemu?
Skala w sensie statystycznym nie jest znana, ponieważ trudno byłoby tu dotrzeć do prawdy. To, co czują i myślą rodzice o swoich dzieciach, zmienia się – na tym polega specyfika emocjonalnych więzi. Bardzo często martwią się z powodu swoich dzieci, ale jednocześnie bronią się przed tymi uczuciami, bo są szalenie przykre. Przymykają oczy na wiele rzeczy, powtarzają sobie: „Nie jest tak źle, to tylko chwilowe”. Taka zmienna postawa zakłóciłaby sprawdzenie rzeczywistej skali problemu.

Ale pani się nim zajęła. Dlaczego?
Ponieważ istnieje coś takiego jak doświadczenie psychoterapeuty. Może wykoślawione, bo przychodzą do nas głównie osoby, które doszły do ściany, zdesperowane, które już nie mogą dalej z tym problemem żyć. Niemniej widzę setki takich rodziców. Pytają mnie: „Co mamy zrobić? Nie możemy nic zdziałać, cierpimy”. Życie tych niemłodych przecież ludzi, którzy powinni mieć święty spokój i cieszyć się owocami swoich dokonań, jest często bardzo mocno zakłócone właśnie z powodu troski o dzieci.

Czy jednak czasem ich zmartwienia nie są wyimaginowane?
Bywa, że problemy rodziców rzeczywiście wynikają z ich nietolerancji czy niezgody na styl życia dzieci. Pewna matka martwi się tym, że jej córka nie wychodzi za mąż, mimo że od trzech lat mieszka z chłopakiem.

Rodzice mają chyba prawo nie zgadzać się z wyborami dzieci?
Oczywiście, mają prawo przeżywać na swój sposób wszystko, co dotyczy ich dzieci. Nigdy ich z tego powodu nie oceniam. Natomiast sugeruję, że może – w ramach własnego rozwoju – dobrze byłoby zacząć na przykład patrzeć niekrytycznie na decyzje swoich dzieci i zaakceptować ich sposób życia, zwłaszcza wtedy, gdy naprawdę nie ma powodu do zmartwień. To znaczy, kiedy dzieci nie niszczą swojego zdrowia i życia, nie przekraczają prawa i zasad moralnych.

A jeżeli jest powód?
Powtarzam rodzicom: Jeżeli wasze problemy z dziećmi spędzają wam sen z powiek, to macie dwa wyjścia – zaakceptować je albo coś z nimi zrobić. Co? Odwołać się do istniejących w naszej społeczności sojuszników: sądów, policji, psychologa, czasami do rodziny, przyjaciół. Wtedy przestaniecie się bać, jakość waszego życia się polepszy, będziecie wygrani.

Niewielu rodziców jest w stanie zaakceptować problemy dziecka – chcą mu za wszelką cenę pomóc, choć nie potrafią. A z drugiej strony nie decydują się na szukanie tej pomocy u kogoś z zewnątrz.
I właśnie na tym polega cały dramat. Bywają sytuacje, że dziecko trzeba ratować. Ale zacząć warto od siebie, bo większe szanse na to, aby pomóc dziecku, mają nie rodzice, którzy są wyniszczonymi, znerwicowanymi wrakami, ale ci, którzy wprawdzie nie mogą powiedzieć, że wszystko w ich życiu jest wspaniałe, ale mimo to umacniają się, dbają o siebie, pielęgnują swoje potrzeby. Wiem, że to może budzić kontrowersje, bo jak tu zająć się sobą, kiedy dziecko jest na dnie. Ale musimy pogodzić się z tym, że są rzeczy, na które nie mamy wpływu, no i nauczyć się rozpoznawać, czy nasze wysiłki są waleniem głową w mur, czy jednak jest jeszcze coś do zrobienia.

A może cały ból rodziców dorosłych dzieci bierze się stąd, że nie pogodzili się z utratą kontroli?
Można odwoływać się do kontroli, dopóki dzieci są małe albo chcą nas słuchać. Moje dorosłe córki, mające już własne dzieci, w niektórych sytuacjach przychodzą i pytają wprost: Mamo, powiedz mi to czy tamto. Ale to one decydują, nie ja. I ja się wtedy strasznie cieszę. Czasami jednak mówią: Mamo, ja cię nie pytam o zdanie. Wtedy mogę zaakceptować ich głos albo szukać sposobu, żeby je przekonać. To, do jakich sposobów uciekamy się, żeby tylko osiągnąć cel, przypomina taniec – czasami kontredans, czasami tango milonga. Bierzemy dziecko na litość, na strach, dostajemy palpitacji serca, płaczemy. Ale nieraz istotnie trzeba chwycić dziecko za kołnierz, żeby nie upadło.

Są rodzice, którzy szukając ratunku, nigdy nie zdecydują się na radykalny krok. Wolą cierpieć.
Piszę o tym w książce, że na szczęście czasami problem sam się rozwiązuje. Młoda osoba schodzi na manowce, a potem wraca. To też jest możliwe.

A jeżeli wbrew naszej woli dziecko postanawia wyprowadzić się z domu?
Taki przykład: Młody człowiek chce wyjechać na studia do Irlandii, my jesteśmy temu przeciwni. Mimo to on stawia na swoim. Cóż nam pozostaje? Zaakceptować jego pomysł. Ale jeżeli skomentujemy jego decyzję tak: „No dobra, wyjeżdżaj, ale twoja noga więcej tu nie postanie”, to wtedy zatrzaskujemy przed nim drzwi. A tego robić nie wolno. Mam nadzieję, że z książki płynie przesłanie: Rodzice nie powinni zamykać przed dzieckiem drzwi. Każdy może to robić, tylko nie oni.

Okazuje się, że dużo prawdy jest w powiedzeniu: Małe dzieci  – mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot.
Anglicy z kolei mówią: To nie rodzice wychowują dzieci, tylko dzieci wychowują rodziców. Chodzi o to, że dzieci stawiają co chwilę przed rodzicami nowe wyzwania.

Niektórzy rodzice nie są w stanie im sprostać, bo nie umieją (nie chcą, nie lubią) się uczyć. A przychodzi pora, żeby poszerzyć swoje rozumienie świata i na przykład przyjąć do wiadomości, że córka ma skłonności lesbijskie i zamieszkała razem z przyjaciółką. Dla rodziców to cios, dramat. Jeżeli jednak nie będą w stanie zmienić swych poglądów, to ją odrzucą.

 
Rodzice czują się winni. Pracuję z osobami uzależnionymi od alkoholu i wiem, jak bardzo poczucie winy przeszkadza w wyzdrowieniu. Ostrzegam rodziców przed tą pułapką emocjonalną. Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. Robi z nami coś takiego, że stajemy się bardziej ulegli, zakładamy filtr na oczy i widzimy tylko to, co chcemy widzieć. Staramy się przy tym wynagrodzić dzieciom krzywdę, a tak naprawdę niczego nie wynagradzamy, tylko oddalamy się od rozwiązania faktycznego problemu.

Twierdzę, że poczucie winy to odmiana narcyzmu. Narcyz chce nieustannie zwracać na siebie uwagę. To samo robi człowiek z poczuciem winy. Krzysio jest leniem, ale mama mówi: „To przeze mnie, źle go wychowałam”. A Krzyś jest istotą mającą wolną wolę, ulega różnym wpływom. Uważam, że to megalomańskie i destrukcyjne mówić, że wychowanie zależy tylko od nas. Przecież na nasze dzieci oddziałują i rówieśnicy, i mass media, i gry komputerowe. Nie stawiajmy się w roli Boga. Ja zresztą myślę, że to przede wszystkim Bóg, jakkolwiek go pojmujemy, najbardziej wpływa na to, jacy jesteśmy.

Napisała pani, że dziecko ma prawo zmarnować swoje życie. To mądra, ale i piekielnie trudna dla rodziców prawda.
Bo to jego życie. Nawet gdyby rzeczywiście zbłądziło z naszej winy, to nie ma co się z tego powodu biczować. Trzeba się zastanowić, jaką zastosować metodę, żeby to zmienić. Pomóc może jedynie matka, która załatwi swoje poczucie winy w grupie, na spowiedzi, u psychoterapeuty. Nie umiałaś wychowywać przez 20 lat, to się z tego powodu nie zadręczaj, tylko zabierz do podniesienia swoich kompetencji.

Kompetencji? Rodzice sądzą, że w wychowaniu potrzebna jest przede wszystkim miłość.
Zgoda. Tylko że bardzo wielu rodziców utożsamia miłość z sercem, czyli z bezgranicznym oddaniem, dobrocią. A ja dodałabym do tego jeszcze rozum. Jeżeli córka ukradnie koleżance koraliki, to mama kierująca się głosem serca sama je odda czy podrzuci, bo chce oszczędzić swojemu dziecku przykrych przeżyć. Tym samym nie pozwala córce na naprawienie błędu. Nie trzeba w takim przypadku od razu wzywać policji, ale na pewno powinno się dopilnować, aby winowajczyni poniosła konsekwencje.

Jakie jeszcze przesłanie kieruje pani w swojej książce do rodziców?
Żyj i daj żyć dziecku. A jeżeli chcesz na nie wpływać, to musisz się liczyć z tym, że nie zawsze się to uda. Kobieta, która nie może się doczekać wnuka, niech np. powie z uśmiechem: „Życzę sobie na urodziny, żebym została babcią”. Prawdopodobnie prędzej dotrą do dziecka słowa wypowiedziane z humorem niż niewypowiedziana, ale demonstrowana dezaprobata, np. przewracanie oczami czy wymowne milczenie. Takich komunikatów nie wprost może ono po prostu nie zauważyć i potem zapyta: „A dlaczego nie powiedziałaś, że tak ci na tym zależy?”.

Inną ważną myślą mojej książki jest to, że ponosimy odpowiedzialność przede wszystkim za swoje życie.Czasami opowiadam moim pacjentom bajkę, którą wymyśliłam dla swojego małego wnuka. Kończy się  jak, że oto stoję u bram niebios i święty Piotr mnie pyta: „Powiedz mi, jak przeżyłaś swoje życie”. No to ja mówię, że nie mogłam przeżyć go dobrze, bo miałam męża alkoholika. A on dalej: „A jakie miałaś talenty?”. Ja: Pięknie śpiewałam. On: „No to pewnie zapisałaś się do chóru i rozwijałaś się w tym kierunku”. Ja: Nie, bo musiałam męża pilnować. Święty Piotr: „Zmarnowałaś talent”. I tak po kolei wyliczałam, czego nie mogłam zrobić. Aż w końcu święty Piotr wysłał mnie do czyśćca, żebym nauczyła się nie marnować tego, co dostałam. Co mogą zrobić rodzice? Wydać na świat dziecko i towarzyszyć mu najlepiej, jak umieją, przez kilkanaście lat, a potem już nie, bo nie mają kompetencji.

Jako rodzice wiele spraw często odkładamy na potem. Teraz musimy zarabiać, robić karierę.
Moja książka może być takim memento dla rodziców małych dzieci. Żeby uświadomili sobie, że to życie strasznie krótko trwa, i żeby już od dzisiaj zaczęli wcześniej wracać do domu, nie odkładali budowania więzi z dzieckiem, bo ono potrzebuje towarzysza właśnie teraz. Jak nie zaprzyjaźnimy się z nim w dzieci stwie, to ta szansa przepadnie.

Pani to się udało?
Myślę, że tak. Nie wiem, co bym dała, żeby przez chwilę pobyć z jedną z moich córek, takie są fantastyczne. Ale ja dopiero teraz spełniam się zawodowo, wcześniej zajmowałam się ich wychowywaniem. Ale nie zmieniłabym ani minuty swego życia. Żałuję jedynie tego, że nie zdecydowałam się na więcej dzieci. Z mojej książki płynie jeszcze jedno przesłanie – zachwyćmy się swoimi dziećmi! Nawet jeżeli wiele rzeczy nam się w nich nie podoba, to na pewno coś warte jest zachwytu. Mnie dawno temu nauczyła tego przyjaciółka, matka dziewczynki z zespołem Downa, pełna zachwytu nad każdym, nawet najmniejszym jej osiągnięciem. Wszyscy rodzice powinni tak traktować swoje dzieci. Tymczasem – paradoksalnie – im bardziej uzdolnione dziecko, tym gorzej je traktujemy, wyżej stawiamy poprzeczkę. A ono odbiera to jako sygnał, że nie jest dobre. Dla mnie, młodej wówczas matki, było to odkrycie na miarę rewolucji. Być może dzięki niemu teraz jako matka mogę powiedzieć: udało mi się.

  1. Psychologia

Jak nawiązać porozumienie z dzieckiem i zrozumieć jego emocje?

Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Ryczący niemowlak? Zbuntowany dwulatek? Obrażony nastolatek? W tej metodzie rada dla wszystkich jest jedna. Zaakceptować jego uczucia i znaleźć nić porozumienia.

„Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, i jak słuchać, aby dzieci do nas mówiły” – dla rodziców to pytanie na całe życie. Nic dziwnego, że książka o tym tytule w wielu domach stoi na półce wymięta, pozakreślana, z pozaginanymi rogami, mnóstwem dopisków i ze śladami wielokrotnego czytania. Biblia? Raczej wysłużony przewodnik. Na polskim rynku od ponad 30 lat, wcześniej podbiła Amerykę (ponad trzy miliony sprzedanych egzemplarzy od 1980 roku) i rozeszła się po całym świecie (tłumaczenie na ponad 30 języków). Klasyka, a jednocześnie ciągle nowość i gwiazdka z nieba dla pokoleń młodych rodziców. „Byłam wspaniałą matką, zanim jeszcze miałam własne dzieci – tymi słowami zaczyna się ta kultowa pozycja. – Doskonale wówczas wiedziałam, dlaczego inni mają z nimi problemy. Później zostałam matką trojga urwisów”.

Który rodzic nie pokiwa głową ze zrozumieniem na to wyznanie? A jednak autorki, psycholożki Adele Faber i Elaine Mazlish, obiecują, że znalazły sposób na dotarcie do największego nawet urwisa. W dodatku metoda „szukania porozumienia” działa nie tylko w odniesieniu do starszych (bo już mówiących) dzieci. Są psycholożki, które na założeniu podobnym do tego z książki Faber i Mazlish opierają wzorce postępowania nawet z niemowlakami.

O co chodzi? O podejście do emocji dziecka. Założenie jest pozornie proste: trzeba te emocje zrozumieć i spróbować zaakceptować. Utrudnienie: to dotyczy wszystkich emocji. Nawet tych najgorszych.

Jak odczytać płacz dziecka?

Pierwsza myśl rodzica, którego niemowlę ryczy wniebogłosy? Jak najszybciej, jak najskuteczniej je uspokoić. Odwrócić uwagę, ukołysać, szeptać czule: „Nie płacz, nic się nie stało...”.

„Błąd” – powiedziałyby nestorki metody „szukania porozumienia”. Jeżeli dziecko płacze, to z jego punktu widzenia nieprawda, że nic się nie stało. I rodzic powinien uszanować jego uczucia.

Życzliwe, empatyczne wysłuchanie niemowlęcych żalów zaleca szkoła rodzicielstwa uwagi. Stworzyła je szwajcarsko-amerykańska doktor psychologii rozwojowej Aletha Solter. Jednak myliłby się ten, kto utożsamia jej metodę z „pozwoleniem na wypłakanie się”. To strategia rodem z XIX wieku, spopularyzował ją jako pierwszy doktor Luther Emmett Holt w bestsellerowej książce z 1894 roku. Przekonywał, że dziecku nie można pobłażać; jeśli płacze, należy je zostawić, aż samo się uspokoi. Za pierwszym razem może mu to zająć nawet dwie, trzy godziny, za drugim będzie to godzina, potem kilkanaście minut, aż w końcu dziecko przestanie urządzać awantury. Ta strategia, potem opisywana jeszcze przez wielu pediatrów (między innymi popularnego w Polsce od lat 70. doktora Benjamina Spocka), ma swoich zwolenników do dziś – zwłaszcza wśród przedstawicieli starszego pokolenia. Doczekała się też twórczej modyfikacji w postaci metody „kontrolowanego wypłakiwania się” autorstwa profesora Richarda Ferbera. Radzi on, aby nie zostawiać płaczącego dziecka zupełnie samego, tylko co jakiś czas przychodzić do niego i starać się je uspokoić. Najpierw co trzy minuty, potem co pięć, siedem, dziewięć... Tak, aby wiedziało, że rodzic jest gdzieś w pobliżu – a jednocześnie ze swoim żalem poradziło sobie samo. I zrozumiało, że płaczem nic nie wskóra.

Ta praktyka spotkała się z druzgocącą krytyką ze strony obozu rodzicielstwa bliskości. Już pisaliśmy – w tej koncepcji dziecko w zasadzie nie ma powodów do płaczu. Rodzice budują z nim tak mocną, bezpieczną więź – poprzez wspólne spanie, karmienie piersią, noszenie w chuście, przytulanie, bycie blisko – że na wielogodzinne histerie po prostu nie ma miejsca.

Jednak Solter uważa, że przy takim podejściu też traci się coś cennego.

– Rodzicielstwo bliskości to zdrowy trend i ruch w dobrym kierunku – twierdzi psycholożka w swoich tekstach. – Jednak możliwe, że w tym wysiłku, aby przeciwdziałać szkodom wyrządzonym przez taktykę „wypłakiwania”, rodzice przegapią ważną funkcję płaczu. W naszych staraniach, aby uspokoić dziecko, tracimy okazję do umożliwienia mu uporania się ze stresem czy przezwyciężenia jakiejś traumy – przekonuje.

Rodzicielstwo uwagi to zatem trzecia droga, dystansująca się zarówno od pomysłu rodem z metody zimnego wychowu, jak i od strategii rodzicielstwa bliskości. Instrukcja Solter: przede wszystkim upewnij się, że wszystkie potrzeby płaczącego niemowlęcia są zaspokojone. Nie jest ono głodne ani śpiące? Nie ma może brudnej pieluszki? Jeśli wszystko wydaje się w porządku, a dziecko nadal płacze, nie ma sensu wypróbowywać w panice kolejnych metod uciszania. Najlepiej pomożemy niemowlęciu, trzymając je po prostu w ramionach i empatycznie słuchając. Bo czy my sami nie potrzebujemy czasem ramienia, na którym można się bezpiecznie wypłakać? Czy nie miewamy czasem nastroju, w którym ulgę przyniesie tylko danie upustu swojemu żalowi, smutkowi, frustracji i zalanie się łzami? I czy próby uciszania nas, zdania typu: „Nie płacz, nic się nie stało”, nie powiększają tylko naszego poczucia osamotnienia? No bo jeśli zebrał się tak wielki żal, że trzeba go z siebie wypłakać – potrzebujemy wsparcia, a nie zaprzeczenia naszych uczuć. Kochająca osoba może nas wspierać, będąc blisko. Tuląc, pokazuje, że rozumie. Według Solter tego właśnie oczekuje od nas dziecko. Po takim wypłakaniu się w bliskości będzie odprężone, spokojne i pełne ulgi. Tak jak my, gdy wreszcie z siebie wyrzucimy coś, co nas dręczyło.

To o niemowlęciu, jednak towarzyszenie w płaczu ma też zbawienny wpływ na starsze dziecko. O tym pisze kolejna nestorka metody „szukania porozumienia”, amerykańska psycholożka Patty Wipfler. Przekonuje, że empatyczne słuchanie to najwłaściwsza metoda działania zarówno w płaczu pełnym żalu czy bólu, jak i we wściekłym ataku buntu czy histerii. Ba, według Wipfler to naturalne, że dziecko urządza scenę wobec mamy, mimo że przedtem pół dnia było anielsko grzeczne w przedszkolu. Albo że atak histerii może nastąpić po udanym, harmonijnym dniu. Dziecko pozwala sobie na oczyszczający płacz wówczas, gdy czuje się bezpieczne. – Płacz to część procesu uzdrowienia. Można w nim pozbyć się zranionych uczuć – twierdzi Wipfler w tekście „Bunty i histerie”. I podaje przykład: po całym popołudniu, gdy mama była zajęta, synek prosi ją o tosty na kolację. Dostaje je – i urządza scenę. Wybucha rykiem, rzuca się na ziemię. Tosty są pocięte w trójkąty, a on chciał prostokąty! – Jeśli w odpowiedzi po prostu uklękniesz, obejmiesz go i zaczniesz słuchać, płacz może potrwać długo – zapowiada psycholożka. – Trójkątne tosty to dla chłopca tragedia, bo to kropla, która przelała czarę goryczy po godzinach odbierania sygnału „nie chcę cię tu, odejdź!”. Jednak potem chłopiec poczuje się lepiej.

Innymi słowy: jeśli latorośl zaczyna marudzić, że nie chce tego soku, chce inny; jeśli awanturuje się, że ta piżamka uwiera, zakładasz inną, i znowu źle; gdy dziecko zaczyna przechodzić samo siebie w wymyślaniu, co by tu jeszcze spsocić w supermarkecie – to niechybna oznaka, że zbiera się żal, frustracja lub bunt. I że tak naprawdę nie chodzi ani o tę piżamkę, ani o smak soku, tylko o coś głębszego, co trzeba z siebie wyrzucić. Zupełnie jak u dorosłych: gdy coś nas gnębi, nawet stłuczenie szklanki może wywołać falę rozpaczy. I wiadomo, że prawdziwym powodem nie będzie stłuczona szklanka.

Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com) Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com)

Co jest przyczyną tak wielkich żalów u dzieci? No cóż, czasami nie mamy zielonego pojęcia. – My, rodzice, bardzo chcemy wiedzieć, co wywołało tak wielką rozpacz, ale często dzieci nie mają słów, aby opisać uczucia. Na szczęście wystarczy, że będziemy słuchać – przekonuje Patty Wipfler. Wystarczy, że zaakceptujemy emocje.

Tu dochodzimy do momentu, w którym to samo założenie sprawdza się w odniesieniu do starszych dzieci. Dobrze mówiących kilkulatków, a nawet nastolatków. Wracamy do kultowej książki autorek Faber i Mazlish – i do przekonania, że metoda „szukania porozumienia” potrafi uzdrowić relacje w rodzinie.

Zdobądź się na empatię

„Mamo, nie chcę iść do przedszkola”. „Chcesz, przecież dobrze się tam bawisz”. „Nie cierpię mojego małego brata”. „Bzdura, na pewno go kochasz”. „Nie będę już jeść tej zupy, jest niesmaczna”. „No co ty, przecież zawsze ci smakowała”.

Ile podobnych dialogów prowadzą ze swoimi dziećmi rodzice? Wspólny mianownik jest jeden: tata lub mama uważają, że wiedzą lepiej, co czuje ich potomek.

Adele Faber i Elaine Mazlish przekonują, że to droga donikąd. Zazwyczaj tak stanowcze zaprzeczenie dorosłego zamyka rozmowę, może nawet prowadzić do awantury. Zamiast więc odruchowo się sprzeciwiać – nawet w sprawach tak drażliwych, jak uczucia względem rodzeństwa – autorki radzą zdobyć się na empatię. A więc: najpierw wysłuchać uważnie, co dziecko ma do powiedzenia. Potem dać wyraz akceptacji jego uczuć, choćby przez nieoceniające „yhy”, „mmm”, „rozumiem”. Wreszcie spróbować nazwać te uczucia. Na deklarację: „mam ochotę dać Michałowi w nos”, proponują konstatację: „Wygląda na to, że jesteś na niego zły”. Faber i Mazlish przekonują, że dziecko w tak poprowadzonej rozmowie chętnie opowie cały incydent, który doprowadził do chęci rozbicia nosa. Dużo chętniej niż zasypane pytaniami w stylu: „dlaczego?”, „co się stało” i innymi, które sprawią, że poczuje się jak na przesłuchaniu. No i oczywiście nieporównywalnie chętniej niż w sytuacji, w której rodzic skwitowałby: „Zapomnij o tym, nie wolno bić nikogo w nos”.

A więc rozmowa. To już dużo. Jednak zalet tego stylu komunikacji jest więcej. Autorki twierdzą, że dzięki empatycznemu wysłuchaniu dziecko samo wymyśli rozwiązanie swojego problemu. Nie trzeba więc zaraz wyrywać się z dobrą radą. Nie doceniamy inwencji dzieci i ich gotowości do współpracy. Trzeba tylko potraktować ich pomysły poważnie – przekonują.

Książka „Jak mówić...” obfituje w scenki i przykłady dialogów, które prowadzą do skutecznego porozumienia. Są też relacje rodziców, którzy uczestniczyli w warsztatach prowadzonych przez autorki i wcielali ich instrukcje w życie. Niektóre świadectwa cudownych przemian dzieci wyglądają wręcz niewiarygodnie. Zmiana stylu komunikowania się ma pomóc nie tylko uniknąć histerii, ale wręcz w ogóle przezwyciężyć problemy wychowawcze z najtrudniejszym nawet egzemplarzem i wprowadzić do rodziny szczęście. Utopia? Raczej trudna sztuka. To prawda, wszystkie wymienione psycholożki obiecują spektakularny sukces: dobre relacje z dzieckiem. Żadna z nich jednak nie pisze, że będzie łatwo. No cóż, może w wychowaniu po prostu nie może być łatwo. Ważne jednak, żeby było dobrze.

  1. Psychologia

Żeby poczuć swoją moc, potrzebujemy innych kobiet

Rozkwitamy nie tylko w otoczeniu mężczyzn, ale właśnie wśród innych kobiet. A kiedy zbieramy się razem w jakiejkolwiek sprawie, to dajemy sobie nawzajem wielką siłę. (Fot. Getty Images)
Rozkwitamy nie tylko w otoczeniu mężczyzn, ale właśnie wśród innych kobiet. A kiedy zbieramy się razem w jakiejkolwiek sprawie, to dajemy sobie nawzajem wielką siłę. (Fot. Getty Images)
Kreowanie jest częścią naszej natury. Kobiety tworzą życie, więc mogą tworzyć wszystko! – Jednak, żeby poczuć swoją moc, potrzebujemy innych kobiet – mówi Komala Sunder, nauczycielka tantry, medytacji i technik pracy z ciałem.

Podczas warsztatów „Świątynia kobiecości” Komala zawsze siada z kobietami w kręgu, tak aby każda czuła, że jest częścią grupy. Aby miały możliwość wniesienia czegoś i brania dla siebie od innych. To daje też szansę przywołania Wewnętrznej Kobiety, która w nas mieszka. Trzeba się otworzyć i być szczerą, aby ją poczuć. Tylko w grupie innych kobiet możemy sobie pozwolić na jej odkrywanie. Poprzez kontakt i bliskie relacje z nimi.

Często jakości związane z kobiecością, takie jak czucie, wrażliwość, są w codziennym życiu niedoceniane lub nieobecne. Nauczono nas wszystko pojmować myślą, umysłem, a to w ogóle nie jest kobiece. Kobieta czuje, to jej pierwotne pojmowanie świata. Myślenie analityczne jest także piękne i potrzebne, ale kiedy taka męska energia bierze w nas górę, tracimy coś cennego. Być może świetnie funkcjonujemy w pracy, na poziomie umysłu, ale uśpiona jest nasza kobieca energia i organy z nią związane, czyli serce, biodra, brzuch i łono. Żeby ujawnić swój pełen potencjał i żyć w harmonii, potrzebujemy równowagi męskiego umysłu i kobiecej cielesności.

Natura jest kobietą

Kobieca energia potrzebuje ugruntowania, połączenia z żywiołem Ziemi. Dlatego wszystkim uczestniczkom moich warsztatów radzę, by chodziły jak najczęściej boso, starały się być blisko z naturą, bo to ułatwia kontakt ze sobą. Często w życiu jesteśmy tak zaganiane, zajęte, że przestajemy pamiętać, co jest dla nas ważne. Bardzo trudno nam żyć obok naszego ciała, bo rodzimy się z nim, ze strukturą, która jest żywa. A dla kobiet ta relacja jest szczególnie ważna. Nasz sposób tworzenia pochodzi z czucia, z ciała, w odróżnieniu od męskiego, który czerpie bardziej z działania. Bardzo ważne jest przebudzenie świadomości siły, którą posiadamy. Mamy w sobie niewiarygodny potencjał, ale jeśli go sobie nie uświadamiamy, może obrócić się przeciwko nam. Często objawia się to frustracją lub depresją. Mówi się teraz dużo o agresji wśród kobiet, a to nieuwolniona moc, zgromadzony w ciele potencjał złości. Dzieje się tak, bo kumuluje się w nas wiele silnej energii, której nie umiemy się bezpiecznie pozbyć. Jeśli kobieta nosi w sobie za dużo takiej mocy to albo ją wyrzuca w sposób niekontrolowany (agresja), albo spycha w podświadomość, ściska w ciele i wtedy pojawia się depresja. Dlatego warto uczyć się wyrażać emocje w sposób szczery, ale też bezpieczny, aby nie był destrukcyjny i raniący.

Czułość, czucie, delikatność wobec siebie i innych nie jest słabością. W tym tkwi nasza moc. Bycie kobietą to rozumienie energii, która płynie w naszych ciałach. Poczucie jej w sobie ułatwia też poczucie jej w innych i lepszy kontakt z nimi (dziećmi, partnerem, przyjaciółmi).

Moje ciało to ja

Dziś kobiety straciły połączenie z istotą życia, mocą, kreatywnością, ponieważ nie obserwują swojego ciała. Dbają o nie powierzchownie, ale często nie rozumieją, co się z nimi dzieje. Starają się, czasem dosyć desperacko, nadać sobie „piękny wygląd”, a są odłączone od piękna płynącego z wnętrza. Brzuch to miejsce naszej mocy, kreatywności, połączony jest też z piersiami. A jakie jest dziś podejście do nich? Brzuch ma być płaski, biust jędrny i duży. Piersi straciły swoją „jakość” – karmienia, wspierania, są obiektem pożądania seksualnego. Zrozumienie i dotarcie do energii piersi daje możliwość pełnego połączenia z własnym sercem. Z kolei cykl miesięczny to coś nieprzyjemnego, kobiety często wypierają jego istnienie, traktują jak kłopot, którego trzeba się pozbyć. To warto zmieniać, na przykład obserwując siebie w różnych fazach cyklu – jak się czuję, jak reaguję, kiedy potrzebuję więcej odpoczynku. Często tego nie rozumiemy, nie czujemy i nie umiemy czerpać z energii swojego ciała.

Ciało, brzuch, łono są kobiecą świątynią, to stąd pochodzi nasza seksualność, zmysłowość, piękno, stąd płynie energia. Jeśli o jakiejś kobiecie mówimy, że jest seksowna, zmysłowa – to dlatego, że jej atrakcyjność pochodzi właśnie z wnętrza. Jeżeli jest przepływ, jest też piękno. Można być stulatką i mieć to COŚ! Można nie być w związku i emanować niezwykłą zmysłowością, mieć dużo energii seksualnej, witalnej, przepływu w ciele. Aby to poczuć, trzeba lubić i obserwować siebie, ale też inne kobiety. Dlatego tak ważna jest praca w grupie. Kobiety, kiedy są razem, mogą się uczyć siebie nawzajem, wzajemnie inspirować. A kiedy energia kobieca ujawnia się we wspólnocie, jest pełniejsza. Każda z uczestniczek wnosi swoje doświadczenia, emocje, swój ból, lęk, nieśmiałość, ale też radość, odwagę. Gdy jesteśmy w tym obecne, wzrusza nas to, otwiera. Pojedyncza osoba coś przynosi, a inne przyjmują ten dar i czerpią z niego.

Siostra, nie rywalka

Z moich obserwacji wynika, że kobiety bardzo potrzebują wsparcia innych kobiet, takiej siostrzanej energii. Tęsknią za przestrzenią, w której mogą być prawdziwe, szczere. Jest też duże zapotrzebowanie na pracę z energią kobiecości, z ciałem. Taka możliwość daje obcowanie z innymi kobietami. To bardzo ważne, aby nie traktować siebie nawzajem jak konkurentki. Rywalizacja nie jest kobieca, pochodzi raczej z męskiego świata. Kobiety znacznie lepiej czują się wtedy, kiedy współpracują, niż gdy konkurują. Dzisiejszy świat być może temu nie sprzyja, jednak warto szukać kobiecej solidarności, „miękkości”, empatii.

Stworzenie kobiecej wspólnoty ułatwia nie tylko bycie w pełni sobą i w zgodzie ze sobą, ale przede wszystkim jest ogromnym wsparciem w codzienności. Kto zrozumie nasze problemy lepiej niż mama, przyjaciółka, siostra? Warto dzielić się tym, co czujemy, szczerze, w bezpiecznej, kobiecej przestrzeni. Praca z kobietami polega na otwieraniu emocji. Jednak należy zadbać o to, aby one nas nie zalewały, bo wtedy działamy po omacku. Trzeba jakoś pomieścić je w przestrzeni i wyrazić, przekazać innym kobietom, ale nie wylewać na nie swoich problemów.

Bardzo kobiecą cechą jest zaufanie, i ono może się ujawnić właśnie w kontakcie z innymi. Kiedy czujemy oparcie, może rozkwitnąć kobiecość. Szukając swojej unikalnej drogi, potrzebujemy obserwacji i kontaktu z innymi kobietami. Rozkwitamy nie tylko w otoczeniu mężczyzn, ale właśnie wśród innych kobiet. A kiedy zbieramy się razem w jakiejkolwiek sprawie, to dajemy sobie nawzajem wielką siłę!

Komala Sunder pochodzi z Brazylii, mieszka w Austrii i podróżuje po całym świecie, dzieląc się swoją wiedzą o pracy z ciałem. Jest nauczycielką sztuki, tantry i medytacji, terapeutką techniki czaszkowo-krzyżowej, biodynamiki oraz pieśniarką.

  1. Psychologia

Nie musisz być zawsze miła. Pozwól sobie na bunt!

Złość, wściekłość często świadczą o tym, że chcemy bronić siebie i swoich granic, ale nie wiemy jak... (fot. iStock)
Złość, wściekłość często świadczą o tym, że chcemy bronić siebie i swoich granic, ale nie wiemy jak... (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Kobiety często przełykają gorzką pigułkę i powstrzymują chęć wykrzyczenia, co naprawdę myślą, bo nie chcą robić zamieszania, kłopotu. OK, bądźmy miłe. Ale nie bójmy się też uderzyć pięścią w stół, kiedy ktoś nas lekceważy czy oszukuje. Nie rób afery? A może właśnie zrób!

Pamiętam dzień, kiedy kupowałam swój pierwszy samochód. Weszłam do salonu używanych aut i… zakochałam się w cudownym czerwonym cacku. Sprzedawca natychmiast zauważył mój babski zachwyt i zginając się w ukłonach, rozpływał się nad moim doskonałym gustem. Nie zapomniał dodać, że tapicerka jest w kolorze mojej torebki, a owal samochodu doskonale współgra z moim temperamentem (ciekawe, skąd on to wiedział). Kiedy wróciłam do domu, szybko okazało się, że cena wozu była znacznie wygórowana. Mąż namawiał mnie, żebym wróciła i próbowała ją negocjować. Podpisałam już umowę, ale nie to było najważniejsze. Zrozumiałam, że sprzedawca bez skrupułów wykorzystał mój zachwyt, moje babskie zauroczenie, które niewiele miało wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, i poczułam, że mam ochotę go zabić: zastrzelić, udusić albo przynajmniej na niego nawrzeszczeć. Oczywiście nic nie zrobiłam, po kilku dniach stałam się właścicielką czerwonego samochodu, ale ilekroć do niego wsiadałam, niewyrażona, stłumiona złość zaciskała mi przeponę, wywoływała gulę w gardle i przyprawiała o zawroty głowy, a mordercze instynkty ożywały.

Chów grzecznych dziewczynek

Ile razy czułaś podobnie: miałaś ochotę walnąć pięścią w stół albo kopnąć w kostkę kogoś, kto bez skrupułów nabił cię w butelkę, mamił, wykorzystując twoją łatwowierność, kolejny raz nie dotrzymywał danej obietnicy, naruszył twoje granice, manipulował tobą dla własnych interesów, wykorzystał, zlekceważył, kusił, wzbudził twoją litość? Chciałaś krzyknąć, zaprotestować, ale nie byłaś w stanie wydobyć głosu z zaciśniętego gardła. Miałaś ochotę tupnąć, trzasnąć drzwiami, przekląć jak szewc, ale tego nie zrobiłaś. Dlaczego? Agresywne sceny są przecież w złym guście, nie przystoją kobiecie, są ordynarne i nie na miejscu. A w każdym razie taki jest przekaz społeczny. Takie nauki pobierają dziewczynki w domu i w szkole. W konsekwencji są wychowywane do uległości. Powtarza się im, że powinny być delikatne, subtelne, ugodowe. Nie wchodzić w otwartą konfrontację, bo mężczyźni nie lubią agresywnych kobiet.

„Nikt cię nie zechce, jeśli nie przestaniesz być taką jędzą”, „Złość piękności szkodzi”, „Nie marszcz tak gniewnie czoła, bo ci zmarszczki wyjdą” – ile razy częstowano cię tego typu pogróżkami? Zgadzałaś się, by świat traktował cię pobłażliwie: „Wiadomo, baba”, drwił z twojej kobiecości: „Co ty taka wściekła, okres ci się zbliża?”. Byłaś ,,grzeczna”, choć złość zaciskała ci szczęki. Nie robiłaś awantury – dla świętego spokoju, z lęku, że ludzie przestaną cię lubić. Brałaś odpowiedzialność za uczucia innych, bo dobrze pamiętałaś słowa matki: „Mamusi jest przykro, kiedy tak się zachowujesz”. Bo w naszej kulturze kobieta ma być ugodowa, a mężczyzna ma prawo walczyć o swoje. To fakt, ale nie tylko o to chodzi…

Pewnego dnia byłam z wnukiem na placu zabaw i zaobserwowałam taką oto sytuację. Mali chłopcy biegali po całym placu z plastikowymi pistoletami, szabelkami i inną bronią. Byli głośni i rozbrykani. Na środku placu, na trawniku siedziały dwie około pięcioletnie dziewczynki i grzecznie bawiły się lalkami. Mali panowie poczuli zew natury i zaczęli zaczepiać spokojne koleżanki; a to poszturchali szabelką, a to pociągnęli za włosy, sypnęli piaskiem, rzucili kamyk na kocyk. Dziewczynki długo nie reagowały. Jednak w pewnym momencie jedna z nich wolno podniosła się z ziemi, spokojnym gestem otrzepała spódniczkę, potem stanęła na szeroko rozstawionych nóżkach, wyprostowała się, wypięła brzuszek, uniosła głowę, chwyciła się pod boczki i wrzasnęła jak dzika. Chłopcy wymiękli. I ja też, bo była w tej małej kobietce prawdziwa moc. Wtedy zrozumiałam, że kobieca agresja jest tak potężna, że przeraża nas same. Przez lata ją tłumimy z lęku, że kiedy damy jej upust, świat może tego nie wytrzymać.

Nie gódź się na rolę ofiary

Marta przychodziła do mnie na sesje już od kilku tygodni. Zawsze siadała na brzegu fotela: pochylona, z zamkniętą klatką piersiową i nieruchomym brzuchem, zaciśniętymi kolanami, włosami opadającymi na smutną twarz, prawie nie oddychała. Smętnym głosem relacjonowała, co on, czyli jej partner, znowu jej zrobił. Coraz mniej uważnie słuchałam, bo od tygodni „robił jej” to samo: lekceważył, pojawiał się i znikał, kłamał, nie dotrzymywał obietnic, raczył niewybrednymi żartami. Jednym słowem – typ bierno-agresywny. Patrzyłam na jej bezradność i sama robiłam się coraz bardziej bezradna.

Na jednej z sesji poczułam w sobie narastającą złość: gorącą kulę w środku brzucha, która wolno przemieszczała się do góry. Czułam, że moja złość jest nie do zatrzymania, postanowiłam za nią pójść. Wstałam z fotela, wyprostowałam się, zacisnęłam pięści i podniesionym głosem powiedziałam: „Albo coś z tym zrobisz, albo pogódź się z rolą ofiary”. Marta popatrzyła na mnie przerażonym wzrokiem, potem powiedziała nieśmiało:

– Masz rację, nie chcę dłużej tak żyć. – Co chcesz zrobić? Powiesz mu, żeby tak cię nie traktował, odejdziesz od niego? – zapytałam. – Mam ochotę dać mu w twarz.

Na pustym fotelu położyłam poduszkę i powiedziałam: – To twój facet. Odpłać mu pięknym za nadobne. Pokaż, na co cię stać.

Agresja to sposób chronienia naszego życia. Jeśli ją bezustannie tłumisz, to tak, jakbyś odbierała sobie prawo do życia. Doświadczasz jej każdego dnia: kiedy ktoś bezczelnie wepchnie się przed tobą do kolejki, szef pominie cię przy awansie, kolega z pracy opowie ordynarny kawał, robotnik na ulicy zagwiżdże na twój widok… Nierozładowana, a jeszcze wcześniej – nieprzeżyta agresja zamraża się w ciele w postaci napięć, które zamieniają się w symptomy: bóle kręgosłupa, dolegliwości barku czy bioder, depresję lub stany lękowe.

Masz dwa wyjścia: możesz być grzeczną dziewczynką, która wędruje od lekarza do lekarza, kiedy ból lub cierpienie stają się zbyt silne, albo… od czasu do czasu być kobietą „bez klasy”.

Irena pojawiła się u mnie, kiedy odkryła, że mąż ją zdradza. Przyznał się, a ona zachowała się „z klasą”: nie krzyczała, nie wystawiła mu walizek za drzwi, nie zagroziła rozwodem, nawet nie płakała (wiadomo, mężczyźni nie lubią płaczących kobiet). Przyszła z krwawiącym sercem. Utulałyśmy je tygodniami. Czekałam, kiedy pojawi się złość. – On mnie nawet nie przeprosił, nie okazał skruchy, nie zapewnił, że kocha – powiedziała na jednej z sesji.

Milczałam, bo po raz pierwszy poczułam w niej moc, wiedziałam, że poprowadzi ją jej złość. Miałam rację. Pewnego dnia Irena postanowiła przestać być kobietą z klasą.

– Jesteś złamanym k…em! – wykrzyczała mężowi prosto w twarz. – Kiedy ja zajmowałam się twoją chorą matką, ty zabawiałeś się z jakąś zdzirą. Chcę, żebyś mi za to zapłacił – i wręczyła zdumionemu mężowi listę żądań: złoty zegarek, sfinansowanie zabiegu wybielania zębów w najdroższej klinice, wyjazd na Bali, o którym zawsze marzyła, ale nigdy nie doszedł do skutku. Łaskawie zgodziła się, by wybrał jedno z nich. Bolesne zranienie zawsze wymaga zadośćuczynienia sprawcy. Kobiety „bez klasy” doskonale o tym wiedzą.

Poczuj złość, a potem zdecyduj co z nią zrobić

Latami przyuczana do nieujawniania agresji, w końcu przestajesz ją czuć. Można cię ranić do woli, a ty jesteś niczym zamrożona, wchodzisz w rolę ofiary („jak on mógł mi to zrobić?”) albo reagujesz z opóźnieniem. Jeśli chcesz wyjść z tego schematu, najpierw musisz nauczyć się czuć swoją złość. Oto ćwiczenie, które może ci w tym pomóc:

Usiądź i spróbuj się odprężyć. Potem przypomnij sobie sytuację, która cię zezłościła. Wyświetl sobie ją przed oczami, z najdrobniejszymi szczegółami, tak jak film na ekranie. Teraz skoncentruj się na doznaniach w ciele: co czujesz w klatce piersiowej, co dzieje się w twoim brzuchu, czy zęby masz zaciśnięte, czy rozluźnione? Wybierz najsilniejsze doznanie. To właśnie w ten sposób twoje ciało odczuwa złość. Kiedy następnym razem je poczujesz, będziesz wiedziała, że to złość.

Kolejny krok to sporządzenie listy sytuacji, słów, zachowań, które najbardziej cię złoszczą. To może być niewybredny żart, pominięcie, zlekceważenie.

Kiedy już wiesz, co cię najbardziej złości, jak i gdzie w ciele czujesz złość, decyzja, co z tym zrobić, należy do ciebie. Jeśli postanowisz nie reagować, bo uznasz, że to ci się bardziej opłaca albo chcesz mieć święty spokój – masz do tego prawo. Kiedy zaś twoje ciało poczuje smak walki: huknij, tupnij, przeklnij i… przekonaj się, że świat z tego powodu nie przestanie istnieć. No i bądź z siebie dumna!