fbpx

W cieniu matki

 

Dlaczego kobiety coraz później decydują się na posiadanie dziecka, a niektóre w ogóle rezygnują z macierzyństwa? Co sprawia, że pomimo prorodzinnych deklaracji tak niewiele się robi, by przywrócić kobietom wychowującym dzieci należny im szacunek i dać szansę na godziwe życie? Co dziś oznacza bycie matką? – zastanawiają się Katarzyna Miller i Wojciech Eichelberger.

 

Katarzyna Miller: Zacznę od ważnej dla mnie deklaracji: macierzyństwo i wychowywanie dzieci to najistotniejsza rzecz na świecie, olbrzymia odpowiedzialność, ponieważ dziecko jest ojcem dorosłego.

Dziecko jest ojcem dorosłego?

K.M.: Każdy był dzieckiem i to, jak był traktowany, rzutuje na jego dorosłe życie. Dziecko nosi w sobie zalążki talentów, które mają przynosić pożytek zarówno jemu jako dorosłemu, jak i całemu światu. Dlatego powinno móc się rozwijać, powinno być akceptowane z tym, co przynosi ze sobą na świat, i bezwarunkowo kochane. A często jest raczej nadużywane, a jeśli kochane, to warunkowo. Lub traktowane instrumentalnie, jak własność. Na przykład powołane do życia, by rodzicom coś załatwić, być zabezpieczeniem ich starości.

Wojciech Eichelberger: Albo ma być sensem życia rodziców, uczyć się, by spełnić ich niezrealizowane ambicje, stanowić dowód na to, że osiągnęli sukces…

K.M.: Całe szczęście istnieje to coś, co nie da się dobić, czyli miłość matczyna. Potrzeba miłości do dziecka jako do cudu, który się pojawia. Inaczej byśmy wyginęli.

Coraz częściej jednak kobiety odkładają ten cud na później, a część w ogóle z dzieci rezygnuje…

K.M.: Na świecie wygląda to różnie, ale kobiety w Europie dopiero od kilku pokoleń mają otwartą przestrzeń zawodowo społeczną, na równi z mężczyznami dostęp do wykształcenia, pracy, samodzielnego życia. Nic dziwnego, że chcą z tego korzystać, być niezależne. Dziecko wymaga wyrzeczeń , choćby nie wiem jak próbować tuszować ten fakt. Żeby wychować dziecko tak, jak się to robić powinno, a dzięki rozwojowi psychologii coraz więcej na ten temat wiemy, trzeba mu poświęcić co najmniej tyle samo uwagi co sobie.

Nie każda kobieta ma na to w sobie przestrzeń?

W.E.: Bo nie dostaje wsparcia. Zrobiliśmy o wiele za mało w sprawie zlikwidowania dyskryminacji kobiet na rynku pracy, nie mówiąc o pomocy państwa w opiece nad dziećmi w trudnym okresie niemowlęcym i przedszkolnym. Nie ma sensownego systemu, który umożliwiałby matkom pracę i jednoczesne wychowywanie dzieci, brakuje wsparcia dla rodzin wielodzietnych. Macierzyństwo, wychowywanie dzieci, praca w domu są ciągle pozbawione należnego im szacunku. Jest prosty sposób, by to zmienić – wystarczyłoby kobietom poświęcającym się rodzeniu i wychowywaniu dzieci przyznać przynajmniej regularne i pro-gresywne zasiłki na dzieci i opłacać godziwą składkę emerytalną.

K.M.: W ciągu 20 lat problem byłby załatwiony. Mielibyśmy więcej dzieci i inne społeczeństwo. Sporo kobiet, a może i mężczyzn, wybrałoby wtedy dom i dzieci.

W.E.: Tym bardziej, że poza karierą zawodową istnieje wiele możliwości rozwoju, uczenia się i spełniania. Niekoniecznie trzeba w tym celu przenosić się na 10 godzin dziennie do przeszklonego biurowca. Kobiety na równi z mężczyznami mają potrzebę i prawo robienia w swoim życiu czegoś wartościowego i doniosłego, czegoś, za co spotka je uznanie, co zapewni im godziwe warunki egzystencji. Czyż istnieje coś bardziej wartościowego dla państwa niż dojrzały emocjonalnie, zdrowy i dobrze wykształcony obywatel? Gdyby wychowywanie dzieci i prowadzenie domu miało taką rangę jak prowadzenie przedsiębiorstwa, kobiety czułyby się dowartościowane. Miałyby wybór.

K.M.: Dziś kobiecie łatwiej zachować godność osobistą bez dziecka. „Sama jakoś przeżyję. Ale żeby mieć dziecko, muszę mieć odpowiednie warunki”. To powstrzymuje świadome kobiety przed podjęciem decyzji na tak.

W zasadzie nie ma dobrego wyjścia: rola tradycyjna, gdy kobieta prowadzi dom, rodzi dzieci i je wychowuje, jest odarta z prestiżu; kobieta, która świadomie rezygnuje z macierzyństwa na rzecz rozwoju i kariery, spotyka się z oskarżeniem o egoizm. Jest też typ kobiety kombajnu, która radzi sobie z tym wszystkim naraz, ale i tak usłyszy, że nie jest dobrą matką…

W.E.: Za tę pożałowania godną sytuację odpowiedzialna jest patriarchalna inercja systemowa. Choć rzeczywistość zmienia się radykalnie, tradycyjny system myślenia sprawia, że kobiety stają przed alternatywą: albo zawodowe spełnienie i niezależność, albo poświęcenie, pieluchy, gary i uzależnienie od partnera. Patriarchat domaga się od matek złożenia z siebie ofiary. Poświęcenie to ciągle jedyny dostępny kobietom sposób ratowania twarzy w patriarchalnym otoczeniu. Czas przestać używać tego słowa w kontekście macierzyństwa.

K.M.: Nie poświęcajmy się! Dzieciom można i trzeba dawać jak najwięcej czasu i uwagi, ale nie wolno im składać siebie w ofierze. To prowadzi do patologii. Tak wychowanemu dziecku owo poświęcenie szybko staje kością w gardle, żyje z poczuciem winy, niewyrażonego buntu, bo nie jest w stanie się w żaden sposób odpłacić. A niektóre matki tego mniej lub bardziej świadomie oczekują. Wszystko dla ciebie poświęciłam, harowałam jak wół, a ty…?

W.E.: Kobieta, która rodzi dużo dzieci, podejmuje nie tylko finansowe ryzyko. Wyczerpuje organizm, szybciej się starzeje, staje się mniej atrakcyjna, dzieci całkowicie pochłaniają jej czas i uwagę – wszystko to stwarza groźbę porzucenia przez partnera. Co potem? Życie na łasce dzieci albo pomocy społecznej? Bez pieniędzy, często zawodu… Nie ma co się dziwić, że kobiety chcą stanąć najpierw na własnych nogach. Bywa, że ten czas się przedłuża, aż w końcu na dziecko robi się za późno. Dla wielu kobiet to tragedia.

Jak to możliwe: na sztandarach matka Polka, Matka Boska, największa świętość, a realne matki są traktowane przedmiotowo, jak macice do rodzenia, muszą walczyć o godność, niejednokrotnie przeżycie wraz z dziećmi?

K.M.: Matka Polka to nasz archetyp. Symbolicznie miłość matczyna to karmienie piersią. Pokarm, czyli życie, oraz dotyk, czyli miłość. Matki coraz krócej i rzadziej karmią dzieci piersią i na skutek tego wszystkiego, o czym mówiliśmy, mają trudności z kochaniem ich bezwarunkowo (to dotyczy nie tylko Polski, ale w ogóle zachodniej cywilizacji). Dlatego jako cywilizacja jesteśmy wiecznie głodni, nienasyceni. To z jednej strony napędza konsumpcję, bo próbując zapełnić ziejącą w nas dziurę, sięgamy po kolejne dobra. Z drugiej strony podświadomie wciąż miłości matczynej szukamy, bo się nią nie nakarmiliśmy w dzieciństwie.

Dlatego idealizujemy matkę i stawiamy ją na piedestale?

K.M.: A jednocześnie żyjemy jej brakiem, czyli mówiąc językiem Junga, jej cieniem. Między innymi dlatego próbujemy wymóc na kobietach, by były matkami, i jednocześnie ich za to nie szanujemy. Uuu, kura domowa. Niesiemy w sobie obrazek matki wyidealizowanej, dlatego też potępiamy te z kobiet, które na przykład intensywnie oddają się pracy. Uuu, zła matka.

W.E.: Bardzo prawdopodobne, że orędownicy upokarzającego kobiety przymusu rodzenia nie doświadczyli w dzieciństwie matczynego ciepła, troski i miłości. Ale nie potrafią i nie chcą zobaczyć, że ich zachowaniami kierują nieuświadomione uczucia do matek. Tylko uświadomienie ich sobie pozwoliłoby im uwolnić się od żalu wywołanego brakiem miłości. A tak mają usta pełne pustych deklaracji o miłości i szacunku, za którymi nie idą czyny, realne wsparcie.

K.M.: Jest jeszcze coś. Kobiety dziś odwlekają bycie matkami, bo czuły, a często też słyszały, ile ich matki to kosztowało. Nie chcą powtarzać ich błędów, boją się trudu, samotności zmaga …

W.E.: Żeby macierzyństwo było godnie przeżywane, nigdy, pod żadnym pozorem nie może być przymusem. Tu pojawia się oczywiście trudna kwestia aborcji, antykoncepcji…

K.M.: I braku sensownej edukacji seksualnej. To w praktyce oznacza, że wybór, czy chcę mieć dziecko, wciąż dotyczy elit.

– Z drugiej strony na kobiecie, która świadomie rezygnuje z macierzyństwa, ciąży rodzaj odium.

W.E.: Kobieta ma prawo do tego, by jej ludzkiej wartości nie określało to, czy jest matką, czy nie. Niestety w patriarchacie macierzyństwo decydowało o sensie istnienia kobiety. Mężczyźni byli od wyższych zadań. Kobiety się więc buntują, choćby w ten sposób, że nie chcą przyjąć automatycznie roli matki.

K.M.: Ileś kobiet musi się jeszcze zbuntować, by to stało się realnym wyborem każdej kobiety. Sama nie mam dzieci świadomie, ale wcale o sobie nie myślę przez to gorzej. I mówię z całą odpowiedzialnością, że uważam macierzyństwo za największą sprawę. To się da pogodzić.

W.E.: Ale nie jest łatwo. Na razie, jeśli się nie decydujesz na dziecko, musisz mieć dobre usprawiedliwienie: być kimś ważnym, mieć misję, osiągnąć coś w zamian, żeby niejako udowodnić światu swoją wartość w inny sposób. Np. Kasia może się jakoś światu wytłumaczyć: chwileczkę, zobaczcie, nie mam dzieci, ale za to tyle robię, pomagam tylu ludziom.

K.M.: Sporo ludzi wychowałam, ale uważam, że gdybym była matematyczką czy krawcową, też wolno by mi było nie chcieć dzieci. Jednak kobiety bardzo powoli budują w sobie to przekonanie. Stare wzorce współistnieją z nowym myśleniem o wolności jednostki, o szacunku dla wyboru, wartości kobiety jako człowieka. Nowe kobiety biorą sobie do serca nowe wizje, bo za nimi tęskniły, ale jednocześnie w ich przestrzeni pomatczynej, pobabcinej, z podświadomości odzywają się głosy ze starego myślenia. To trudny czas przełomu.

Bycie matką to też rodzaj misterium, fizyczność i instynkt. Kobiety bezdzietne często czują się niepełnowartościowe jako kobiety.

K.M.: Opisują to jako syndrom pustej macicy, nie czują się w pełni kobietami. To wielka lekcja pokory, umieć przyjąć, że się nie ma do czegoś ważnego dostępu, zaakceptować los, który nam przypadł w udziale, znaleźć w tym wartość.

Może nie chcemy się też pogodzić z faktem, że każda opcja oznacza jakieś koszty?

K.M.: To kwestia dojrzałości. Świadomy wybór oznacza, że wiem, co on za sobą pociąga. Np. wybrałam, że nie będę mieć dziecka, i pogodziłam się z konsekwencjami. Znam kobiety, które żyją z nimi niepogodzone – z poczuciem winy, straty. Nie pożegnały w sobie wizji siebie jako matki, więc ta wizja nimi włada, nie mogą się otworzyć na przeżywanie swojego życia w innej formie, nadawanie mu sensu.

W.E.: To się potrafi przerodzić w obsesję, chęć posiadania dziecka za wszelką cenę. Kobiety podejmują wieloletnią walkę o dziecko wbrew barierom, które stawiają życie i natura. I znów owo dziecko traktowane jest przedmiotowo, jak coś, co się nam od życia należy. To arogancja.

K.M.: Niszczy ludzi, związki. A przecież to my nadajemy sens naszemu życiu, a nie okoliczności, z którymi przyszło nam się mierzyć. Znam też kobiety, które mają dzieci, choć nie chciały ich mieć, i się z tym macierzyństwem borykają. Pytasz o fizyczność. Nie mówi się głośno, że niektóre kobiety nie chcą mieć dzieci, bo nie chcą, by im, jak to mówią, coś się w brzuchu zalęgło. Jakieś obce ciało. To jest temat tabu. Jak kobieta może tak myśleć? „To przecież wbrew naturze” – oburzają się niektórzy „święci”, którzy o ludzkiej ani o własnej naturze nie mają pojęcia.

W.E.: Winna jest patriarchalna manipulacja, której częścią jest apoteoza macierzyństwa wygłoszona przez Kasię na początku, sytuująca na peryferiach człowieczeństwa wszystkie kobiety, które albo nie chcą, albo nie mogą mieć dzieci. Trzeba z tym uważać.

K.M.: Ponieważ jednak to mówię ja, czyli kobieta, która postanowiła nie mieć dzieci, nabiera to innego znaczenia. Dla mnie samej to było odkrycie, kiedy już jako dorosła kobieta zrozumiałam, jak ważne dla świata i dla mnie samej jest to, że kobiety rodzą i wychowują dzieci. Można powiedzieć, że wtedy to dopiero kobietom oddałam. Wnoszę jednak poprawkę: najważniejsze na świecie jest wychowywanie. Nie chodzi o rodzenie, tylko traktowanie dzieci jako cudu świata, najważniejszego naszego celu. A to mogą robić i kobiety, i mężczyźni. Nawet bezdzietni.