1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kuchnia
  4. >
  5. Jaja szczęśliwe faszerowane awokado i ziołami

Jaja szczęśliwe faszerowane awokado i ziołami

fot.Anna Kamińska
fot.Anna Kamińska
Co było pierwsze, to temat klasyk i jak dotąd żaden filozof nie dał sobie z nim rady ... Możemy się spierać, cytować naukowe opracowania, badania i rozważania - na gruncie filozofii problem jajko czy kura jest nierozstrzygnięty. A ważki ten problem staje mi w głowie nie rozwiązany, ilekroć patrzę na stado niosek w znajomym gospodarstwie na łowickiej wsi. 

Kurki chodzą sobie, dziobią coś tam w ziemi, gdaczą i łypią na mnie dziwnymi oczami. Na marginesie to taka kura nie może patrzeć mi prosto w oczy, tylko bokiem jakoś spoziera...Potem wędruje na grzędę i zostawia jajo na sianie. Z tego punktu widzenia wszystko zaczyna się od kury. Ale kura wykluwa się z jaja, więc... koło się zamyka.
Jajo najlepsze od takiej szczęśliwej kury. Napakowane dobrem, co to kura z ziemi wygrzebie ( jada też dżdżownicę!) i wyciągnie z ziaren. Jajo wychodzi białe i żółte. Białe wkoło, żółte w centrum skorupy. I obojętne jak je już zjemy, byle było pysznie i ze świadomością, że od kury szczęśliwej najzdrowsze. Szczęśliwego wielkanocnego jaja!
Składniki
jaja z naturalnego chowu 4 sztuki awokado dojrzałe 1 sztuka olej z awokado 1 łyżka szczypiorek posiekany 1 pęczek mięta posiekana 1 łyżka czosnek niedźwiedzi posiekany 1 łyżka koperek posiekany 1 łyżka kolendra posiekana 1 łyżka sok z cytryny 1 łyżeczka sól i pieprz do smaku
Sposób przygotowania
Jaja gotujemy nie dłużej niż 10 minut. Wkładamy do zimnej wody i studzimy.  Miękisz awokado wyjmujemy łyżeczką do miski. Rozdrabniamy je widelcem i wlewamy sok cytrynowy i olej. Dodajemy zioła i mieszamy. Doprawiamy solą i pieprzem.
Jajka obieramy ze skorupek, przekrawamy na pół i wyjmujemy żółtka. Rozdrabniamy żółtka w osobnej misce i dodajemy do awokado i ziół. Mieszamy na jednolitą masę i wkładamy do „miseczek“ z białka. Dekorujemy ziołami i podajemy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

Truskawki z procentami - przepis tylko dla dorosłych

Fot. iStock
Fot. iStock
Truskawowy temat jest gorący i nie cierpi zwłoki. Wiadomo, truskawka to owoc delikatny i krótkotrwały.

Pojawiły się już pierwsze truskawki. Najlepiej smakują w upalny dzień prosto z krzaczka.  Tym razem też proponujemy je na ciepłe w wersji tylko dla dorosłych.

Truskawki zapiekane z ajerkoniakowym koglem moglem

200 g truskawek 200 ml ajerkoniaku

Fot. 123rf.com Fot. 123rf.com

Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C. Truskawki płuczemy dokładnie i odrywamy od szypułek.

Kroimy na pół i układamy w dwóch foremkach do zapiekania.

Zalewamy je ajerkoniakiem po równo do każdej foremki.

Wstawiamy do piekarnika i pieczemy, aż wierzch się lekko zrumieni. Wyjmujemy z pieca i podajemy od razu.

  1. Kuchnia

Baba muślinowa na Wielkanoc

Proste i smaczne babki wielkanocne (fot. i Stock)
Proste i smaczne babki wielkanocne (fot. i Stock)
W doniczkach zieleni się owies i rzeżucha. Żonkile rozłożyły się w wazonie. A w kuchni wiosenno-świąteczna krzątanina! Kosz jaj, bakalie, świeże masło. Czekają na swój udział w kulinarnym misterium. Wyciągam babciną makutrę i trę szczęśliwe jaja i pół kwarty cukru. Będą baby. Bo czyż może być Wielkanoc bez bab?!

W doniczkach zieleni się owies i rzeżucha. Żonkile rozłożyły się w wazonie. A w kuchni wiosenno-świąteczna krzątanina! Kosz jaj, bakalie, świeże masło. Czekają na swój udział w kulinarnym misterium. Wyciągam babciną makutrę i trę szczęśliwe jaja i pół kwarty cukru. Będą baby. Bo czyż może być Wielkanoc bez bab?!

Składniki:

  • 18 żółtek
  • 200 g cukru
  • 200 g mąki tortowej
  • 100 ml mleka
  • 100 g masła  + 2 łyżki do wysmarowania formy
  • 5 dag świeżych drożdży
Mleko lekko podgrzewamy w rondelku. Dodajemy łyżeczkę cukru i łyżkę mąki oraz pokruszone drożdże. Mieszamy, aż drożdże się rozpuszczą. Odstawiamy w ciepłe miejsce, aby zaczyn zaczął rosnąć - około 10 minut. Żółtka ucieramy z cukrem do białości. Dodajemy do nich wyrośnięty zaczyn drożdżowy. Przesiewamy mąkę i mieszamy wszystko 15 minut. (Można użyć miksera). W czasie ucierania ciasta rozpuszczamy masło i pozostawiamy, aby przestygło. Letnie masło wlewamy do ciasta i znowu wszystko ucieramy 15 minut. Misę z ciastem nakrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce, aby urosło dwukrotnie. Formę do babki (o wymiarach 10 cm wysokość, 23 cm średnica) dokładnie smarujemy masłem. Przekładamy wyrośnięte ciasto i ponownie odstawiamy do wyrastania, aby  wypełniło formę po brzegi. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 st. C przez 30- 40 minut. Stan upieczenia sprawdzamy suchym patyczkiem: jeżeli po wyjęciu z ciasta jest suchy i czysty to znaczy, że ciasto jest upieczone.

Ta wersja wymaga aż 18 jaj. Białka warto więc wykorzystać na bezę (fot. Anna Kamińska) Ta wersja wymaga aż 18 jaj. Białka warto więc wykorzystać na bezę (fot. Anna Kamińska)

Babkę możemy polać lukrem lub posypać cukrem pudrem. Przechowujemy ją pod przykryciem, aby nie wysychała.
Autorka prowadzi blog kuchennymidrzwiami.pl

  1. Kuchnia

Mazurek orzechowy z karmelem

Mazurek to tradycyjne ciasto wielkanocne kuchni polskiej. W ostatnich latach przykłada się większą wagę do jego smaku niż do wyglądu (fot. iStock)
Mazurek to tradycyjne ciasto wielkanocne kuchni polskiej. W ostatnich latach przykłada się większą wagę do jego smaku niż do wyglądu (fot. iStock)
Uwielbiam ten czas przedświątecznych wyborów. Niecierpliwe wertowanie przepisów i ustalanie menu to jedne z najrozkoszniejszych chwil.

Mazurek orzechowo-karmelowy zachwycił mnie kilka lat temu. Nazwa zobowiązuje – jest więc skrajnie orzechowy, mocno karmelowy, a do tego przyjemnie chrupiący. Jeden kawałek na długo zaspokaja apetyt na słodycze, co czyni tego mazura dodatkowo także mistrzem wydajności.

Składniki (na okrągłą formę do tarty o śr. 24-26 cm):

Ciasto:
  • mąka pszenna 150g
  • masło 100g
  • cukier 50g
  • jajo 1szt.
  • szczypta soli
Z podanych składników szybko zagniatamy kruche ciasto. Zawijamy w folię spożywczą lub czystą ściereczkę i wkładamy na pół godziny do lodówki.

Nadzienie:

  • łuskane orzechy włoskie 250g
  • cukier 400g
  • woda 250ml
  • sok z cytryny 1 łyżka
  • masło 200g
  • śmietana 100g
Zagotowujemy wodę z cukrem i sokiem cytrynowym. Trzymamy na ogniu tak długo, aż cukier skarmelizuje. Wyłączamy płomień, dodajemy śmietanę, orzechy oraz pokrojone na kawałki masło. Mieszamy do rozpuszczenia się masła. Wyjmujemy ciasto z lodówki i wylepiamy nim natłuszczoną formę, starannie dociskając brzegi. Na ciasto równomiernie wykładamy masę karmelowo-orzechową. Pieczemy około 35-40 minut w temperaturze 175 C. Studzimy i wkładamy na godzinę do lodówki.

  1. Styl Życia

Daria Ładocha - ekscentryczna, wyrazista, odważna

Daria Ładocha, dziennikarka, coach zdrowia, autorka blogów i książek kulinarnych. (Fot. Bartek Kulita)
Daria Ładocha, dziennikarka, coach zdrowia, autorka blogów i książek kulinarnych. (Fot. Bartek Kulita)
Kulinaria to jej świat. Daria Ładocha prowadzi dwa blogi, program w telewizji, warsztaty, gotuje na wizji w "DDTVN", pisze książki. Zwyciężyła w drugiej edycji "Agenta-gwiazd", a teraz prowadzi w TVN "Ameryka Express". Ekscentryczna, wyrazista, odważna. Czy tak robi się dzisiaj karierę?

Ma pani poczucie sukcesu?
Każdego dnia.

O?
No tak. Bo sukces to dla mnie coś namacalnego, na przykład to, że moje dziecko mówi: „Zaadoptuję koalę w płonącej Australii”. Albo że moje córki zjedzą ze smakiem obiad, który ugotuję. Albo że pójdę na trening mimo złej pogody i tego, że mi się nie chce.

Pani fani myślą zapewne o innym sukcesie, czyli o popularności, udziale w programach telewizyjnych, lajkach na Instagramie.
Ale ja nie definiuję swojego sukcesu poprzez to, jak definiują go inni. Dla mnie sukces to życie po swojemu, a nie zgodnie z czyimiś oczekiwaniami. We współczesnym świecie sukces każdy powinien sobie dookreślić, bo czym innym będzie dla pani, czym innym dla mnie.

Czym jest dla pani?
Dla mnie ma duży związek ze szczęściem. Uprzedzę pani pytanie: Tak, bywam szczęśliwa, właśnie bywam, a nie jestem. Szczęście jest tak ulotne, tak krótko trwa, że trzeba umieć je uchwycić, przytulić, ale też trzeba umieć je puścić. Wygrałam program „Agent – Gwiazdy”, była wielka radość, ale po takiej adrenalinie pojawia się pustka.

Niektórzy szukają wtedy jeszcze mocniejszych wrażeń.
Ale to ślepa uliczka. Gdy człowiek ustawi sobie się w głowie pojęcie sukcesu, to łatwiej przez niego przejść. I analogicznie – jeżeli określimy sobie pojęcie szczęścia, to łatwiej nam je znaleźć.

Wydaje się, że bardzo konsekwentnie dąży pani do sukcesu, używając współczesnych narzędzi. A może to wszystko toczy się z dużym udziałem przypadku?
Zaczęło się od tego, że pewnego dnia postanowiłam zaufać swojej intuicji. Pracowałam, szło do przodu, ale czułam, że to nie ja, że żyję nie swoim życiem. Pojechałam wtedy z rodziną na kolejny kurs gotowania do Tajlandii. Usiadłam przed pomnikiem Buddy i zapytałam go o radę, ale mi jej, oczywiście, nie dał. Usłyszałam natomiast w swojej głowie, żeby nie wracać do tego, co było. Miałam wtedy 30 lat, dziecko, pozycję zawodową. To była najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Bo nie wiedziałam, co chcę robić, ale wiedziałam, czego nie chcę. Czasem trzeba zrobić dziesięć kroków do tyłu, żeby zrobić jeden do przodu. Nie wiedziałam, gdzie ten krok do przodu mam postawić. I ta niewiadoma bardziej przeraża, niż jak się coś rzuca albo zawiesza.

Blog kulinarny miał być tym krokiem w nowe?
Nie, blog stworzyłam dla mojej córki, Laurki, która miała problemy ze skórą. Chciałam po prostu zamieszczać tam przepisy tego, co jej gotowałam, czyli potraw bez glutenu, nabiału, mięsa.

Nie myślała pani wtedy o karierze blogerki?
Nie, absolutnie nie to było moim celem. Wtedy musiałabym traktować pisanie bloga jako zawód, a ja chcę żyć tu i teraz.

Można łączyć jedno z drugim.
Dla mnie najpierw jest moje życie. Na przykład w czasie świąt blogerzy kulinarni ścigają się w przepisach świątecznych. Mnie wtedy na blogu nie ma. Nie mam na to czasu, bo piekę z dziećmi pierniczki albo maluję pisanki. W tym roku po raz pierwszy nie prowadziłam warsztatów przed świętami. Zmarł mój tata, postanowiłam ten czas spędzić z dziećmi. Gdybym miała menedżera, który by kierował całą strategią komunikacji, to może miałabym więcej pieniędzy i zbudowałabym kulinarne imperium [śmiech]. Wiem, że jak coś mi się nie uda, to mogę wrócić do tego, co robiłam.

Blog się udał.
Nie od razu. Pamiętam, jak wzięłam aparat do ręki, bo chciałam być samowystarczalna, a nie miałam pojęcia o fotografowaniu. Ale nie byłam tym sfrustrowana, dałam sobie prawo do tego, żeby nie wiedzieć. Często nie dajemy sobie dzisiaj do tego prawa. Chcemy być zaradne, spełnione, bogate, wszystko ma wyglądać jak na Instagramie. Mój Instagram różni się od innych, wszystko jest dlatego, że mam taką potrzebę, wynika z chwili, z tego, co u mnie się dzieje. Zaczynałam w czasie popularności blogów kulinarnych, za najlepszy uznawany był blog „Kwestia Smaku”. Ludzie mówili mi: „Nie wygrasz z taką »Kwestią Smaku«”. Tym samym podcinali mi skrzydła. Myślałam: „Dobra, zrobię to dla Laurki”. Chciałam, żeby kiedyś wiedziała, że podjęłam taki trud w ciężkich czasach, żeby to była taka internetowa biblioteka przepisów i zarazem pamiątka z jej dzieciństwa. Robiłam to też dla zabicia czasu, bo nagle zrezygnowałam z pracy. Przypadkiem zaczęłam też prowadzić warsztaty kulinarne.

Przypadkiem? A nie z pasji do gotowania?
Miałam ją od dziecka, gotowałam, jeździłam do Tajlandii, żeby się uczyć tajskiej kuchni. Ale nie planowałam nic z tym robić. Któregoś dnia zadzwoniła do mnie koleżanka z propozycją poprowadzenia warsztatów kuchni tajskiej. Zaczęłam szukać miejsca, gdzie mogłabym je zorganizować. I tak trafi łam do szkoły gotowania. Tamte warsztaty się nie odbyły, poprowadziłam inne. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to jest początek mojej kulinarnej drogi. Właściciele szkoły dobrze mnie ocenili, zaprzyjaźniliśmy się, studio było najpierw w garażu, a teraz zamieniliśmy je na wielkie studio kulinarne.

Ta ocena była dla pani zaskoczeniem czy potwierdzeniem tego, co pani przeczuwała?
Zaskoczeniem. Pierwsze warsztaty prowadziłam dla nauczycieli szkół gastronomicznych, czyli ludzi, którzy o gotowaniu wiedzą wszystko. Jak przed nimi stanęłam, to miałam większy stres niż przed porodem. Potem pokochałam prowadzenie zajęć, bo to taki stand-up kulinarny: przez cztery godziny trzeba utrzymać uwagę ludzi.

Pracę w telewizji też dostała pani przez przypadek?
Tak! Pracowałam wtedy jako dietetyczka. Któregoś dnia klientka spóźniała się na konsultację. Byłam wściekła, bo bałam się, że nie zdążę odebrać córki ze żłobka. Czekam i czekam, aż tu wpada piękna, uśmiechnięta kobieta, na którą nie sposób się zezłościć. Siadam, słucham, doradzam jej, potem ona poleca mnie swojemu mężowi. Okazuje się, że ta pani pracuje w TVN. Po jakimś czasie dostaję pracę swoich marzeń – gotowanie w „DDTVN”. 16 lutego minęło pięć lat od tego momentu.

Daria Ładocha z córką Laurą podczas rodzinnych wakacji w Wietnamie (lipiec 2018r.). (Fot. Bartek Kulita) Daria Ładocha z córką Laurą podczas rodzinnych wakacji w Wietnamie (lipiec 2018r.). (Fot. Bartek Kulita)

Musi pani walczyć, żeby nie stracić tego, co osiągnęła?
Za bardzo kocham ludzi, miejsca, życie, żeby się spalać w walce. Nic nie muszę. Już raz zostałam zawieszona na pół roku w TVN, bo podpisałam kontrakt z pewną siecią handlową, nie wiedząc, że trzeba o tym poinformować stację. Bać się coś stracić może ktoś, kto zafi ksował się na jednym zajęciu. Dla mnie koniec czegoś to zamknięcie jednych drzwi po to, żeby otworzyć następne. Współpracowałam z Dawidem Wolińskim, Edytą Górniak, Mariną, wydawnictwem Adam & Eve, agencjami Pattern i White, byłam naczelną „Warszawskiego Poradnika Ślubnego”, zakładałam agencję reklamową 4DB, pomogłam otworzyć pierwszy butik Lilou na Mokotowskiej. Zamiast CV mam w komputerze plik zawierający wizytówki, które pokazują, gdzie mnie w życiu poniosło. Doceniam wszystko, co mam, ale wierzę, że jeszcze dużo mogę mieć. Mogę prowadzić warsztaty motywacyjne, kulinarne, być szefem kuchni, otworzyć restaurację. Jest tyle możliwości. Moim ulubionym daniem jest świeżo upieczony chleb z masłem i pomidorem. Na to zawsze uda mi się zarobić [śmiech].

Co pani pomaga w takim podejściu do wszystkiego?
Apetyt na życie. Cały czas chcę poznawać świat, nowych ludzi. Mama opowiadała mi, że jak byłam dzieckiem, to chciałam wszystkiego spróbować. Jak zobaczyłam śnieg, to od razu chciałam zjeżdżać na nartach, jak zobaczyłam pianino, to chciałam grać. Pewnego razu zauważyłam, że mój dziadek obgryza ugotowane przez babcię kurze łapki, wysysając szpik. Spróbowałam i od tego czasu babcia gotowała kurze łapki także dla mnie. Proszę sobie to wyobrazić: pięcioletnia dziewczynka wysysa szpik z kurzych łapek! Lepiłam z babcią pierogi, potrafiłyśmy ulepić po 200! Robiłyśmy naleśniki, pasztety, gołąbki, piekłyśmy ciasta, a ja wylizywałam makutry. Babcia opowiadała mi wtedy o wojnie, życiu, miłości, znałam wszystkie ploteczki z podwórka. Mnie wszystko ciekawiło.

Córki też tak mają?
Są bardzo otwarte, uwielbiają gotować. Poszły ze mną na casting, bo nie miałam ich z kim zostawić. Bawiły się tym, co było przygotowane w studiu, rozmawiały ze sobą. W pewnym momencie nikt nie zajmował się mną, tylko nimi. I Małgosia Łupina, szefowa kanałów tematycznych TVN, wpadła na pomysł, żebyśmy razem poprowadziły program. Nazwa – „Patenciary” – trafia w punkt. Bo my, kobiety, żeby mieć czas dla dzieci, na fitness, pasje i jednocześnie zarabiać pieniądze, cały czas musimy uciekać się do patentów. Staram się pokazać córkom, że nie ma sytuacji bez wyjścia. One, biorąc udział w tym programie, wiedzą, że patent zawsze się znajdzie.

Wymyśliła pani sobie te tatuaże, fryzurę, kolorowe ubrania, żeby od razu było wiadomo: uwaga, ekscentryczka, kobieta z pazurem?
Tatuaże po prostu kocham. Każdy coś oznacza: dzieci, babcię, miłość. Ludzie pytają mnie: „A co, jak ci się znudzi?”. Jak może mi się znudzić coś, co symbolizuje ukochane osoby? Fryzura to efekt tego, że nie umiem się czesać – pewnego dnia przykleiłam sobie do czoła lokówkę i się oparzyłam. A ponieważ jak gotowałam, to włosy leciały mi do oczu, więc je związałam i tak zostało. Kolorowe ubrania? W moim domu się nie przelewało, ubierałam się skromnie i szaro. Pamiętam, że pomyślałam: „Jak będę miała pieniądze, to będę się ubierała w najbardziej kolorowe ubrania”. No i kiedy teraz wchodzę do sklepu, to patrzę na półkę tylko z kolorowymi rzeczami. Dodają energii.

Dba pani o figurę?
W skali roku więcej czasu poświęcam na mindfulness, warsztaty rozwoju osobistego niż na ćwiczenia fizyczne. Znam kobiety, które rozpaczliwie się odchudzają, chodzą na siłownię siedem razy w tygodniu, ale są sfrustrowane. Myślę sobie, że trening ciała jest ważny, ale trening głowy dużo ważniejszy.

Została pani nową prowadzącą program „Ameryka Express”. Czym jest dla pani to doświadczenie?
Przygodą. To dla mnie niesamowite móc przeżywać z uczestnikami wszystkie trudne sytuacje, to, że muszą się zmierzyć ze swoimi słabościami, poradzić sobie, mając jednego dolara na dzień w biednym kraju, jakim jest Gwatemala. W tym programie są płacz i śmiech, są momenty chwytające za serce, ale mogę zdradzić, że najczęściej płaczącą osobą jestem ja.

Nie boi się pani, że skręci w obce sobie rejony? Albo że uderzy pani do głowy woda sodowa?
Nie boję się, bo mam przy sobie bliskich, którzy pierwsi mi o tym powiedzą. Pracuję teraz z Bartkiem, moim partnerem od 20 lat, on na pewno to zauważy. Nie boję się także dlatego, że mnie gna ciekawość świata. Jeżeli mogłabym się czegoś bać, to tylko tego, że ta ciekawość, energia zgasną. Ale dzisiaj ciężko mi sobie to wyobrazić. Najbardziej boję się o córki, czy wyrosną na dobre dziewczyny, czy nie dadzą się zmanipulować konsumpcyjnemu światu. Zamiast budować dom, wolę budować więzi z nimi. Dlatego co roku całą rodziną wyjeżdżamy na dwa miesiące wakacji. Tak na dobrą sprawę jest mi obojętne, gdzie z nimi wyjeżdżam, bo najważniejsze jest nie wyjeżdżanie w świat, tylko ze swoim własnym światem. To jest sukces. Powtórzę: możemy odnosić sukces każdego dnia. Pod warunkiem że sobie na to pozwolimy.

Pani sobie pozwala.
Zdecydowanie tak. Wie pani, czego się o sobie dowiedziałam? Robiono do programu badania, jak ludzie mnie odbierają, i okazało się, że niektórzy myślą o mnie jako o kimś zarozumiałym i wyniosłym. Strasznie mi było przykro, gdy to usłyszałam. Wszystko mogłabym o sobie powiedzieć, tylko nie to, że jestem wyniosła i zarozumiała. Ale być może pozwalanie sobie na bycie sobą, uśmiechanie się do wszystkich ludzi denerwuje. Trudno. Najbardziej na świecie lubię się śmiać, być sobą i nic tego nie zmieni.

Daria Ładocha dziennikarka, coach zdrowia, autorka dwóch blogów kulinarnych i książek kulinarnych dla dzieci, współprowadząca kulinarną część „DDTVN”. Obecnie prowadząca programu „Ameryka Express”. Mama 11-letniej Laury i sześcioletniej Matyldy.

  1. Kuchnia

Torty jak malowane

(Fot. Teresa Łabza)
(Fot. Teresa Łabza)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
„Mój zawód jest moim hobby”, mówi Teresa Łabza. a ten zawód to pieczenie i dekorowanie tortów. Fotografuje, prowadzi blog candycompany.pl, warsztaty w całej Polsce, pisze książkę. Ma jedną zasadę: na stole musi być nie tylko pysznie, ale i pięknie. Jak to u artystki. 

Co artystka malarka robi w kuchni? Piecze. Robi torty. I przekłada doświadczenie, które zdobyła na studiach na krakowskiej ASP, na sztukę zdobienia ciast.

Od początku taki był plan? Absolutnie nie. Choć zawsze lubiłam piec. I zawsze estetyczna strona gotowania i życia była dla mnie ważna. W pewnym momencie zorientowałam się, że kuchnia i robienie zdjęć dawały mi większą przyjemność niż inne działania artystyczne. I tak już zostało. Hobby stało się zawodem. Nie narzekam.

Zaczęło się od tortów? Nie, ale teraz rzeczywiście torty dają mi największą satysfakcję, bo tu efekt artystyczny, estetyczny jest najbardziej spektakularny.

Skąd czerpie pani inspiracje? Najczęściej od razu mam w głowie obraz, który staram się odtworzyć. Do niego dopasowuję składniki, dekoracje, wymyślam przepis.

Czy jest styl, o którym może pani powiedzieć: mój? Może da się go nazwać malarskim. Bo staram się wykorzystywać, jak w malarstwie, kolory, zdobienia, fakturę, światło, cień – to wszystko musi na jednym torcie stanowić spójną całość.

(Fot. Marta Sputo) (Fot. Marta Sputo)

Ma pani mistrzów? Cukierników, którzy są dla pani wzorem? Są osoby, które mnie inspirują – nie tylko cukiernicy – ale wszystko staram się przełożyć na mój własny język. Takie osoby to na przykład znany kucharz Yotam Ottolenghi – u niego szukam nietypowych połączeń smaków. Albo australijska dekoratorka tortów Maggie Austin. Podglądam też dekoratorów azjatyckich – mają charakterystyczny styl dekoracji kremami maślanymi czy pastą z fasoli. Koreańczycy wszystko starannie dopracowują, dużą wagę przywiązują do estetyki i połączeń kolorystycznych.

Przywozi pani inspiracje z podróży? Tak. Z każdego wyjazdu wracam z nowymi przepisami, przyprawami, pomysłami na nieoczywiste połączenia smaków. Wcale niekoniecznie z dziedziny deserów, ale czasem da się jakiś pomysł przenieść na słodkości. Ostatnio moje kierunki to Azja. Tajlandia, Korea. W Korei desery są dużo mniej słodkie niż u nas. Ważną sprawą jest też u nich barwienie potraw. Tam nauczyłam się wykorzystywać naturalne barwniki – np. dzięki paście z liści pandanu desery zyskają zielony kolor i delikatny smak.

W innym mieście czy kraju szuka pani cukierni? Zawsze. Przed wyjazdem się przygotowuję, sprawdzam, gdzie warto wpaść, jakich smaków szukać. Nawet jeśli to wyjazd wyłącznie dla wypoczynku i przyjemności – w końcu poznawanie nowych smaków to przyjemność. Uwielbiam próbować to, co wymyślili inni.

Widziałam na jednym ze zdjęć na pani blogu czarny tort. Jak pani to zrobiła? Wykorzystałam węgiel jadalny! A że tort powstał w okolicach Barbórki, więc wyszło idealnie.

A można przyjść do pani i powiedzieć: „Chcę tort na konkretną okazję, ma wyglądać dokładnie tak i tak”? Realizuje pani takie zamówienia? Właściwie nie piekę na zamówienie, prowadzenie bloga i warsztatów z dekoracji tortów zajmuje za dużo czasu. Torty powstają tylko dla rodziny i znajomych. Zwykle wizja artystyczna jest po mojej stronie. Staram się nie powielać cudzych wzorów. Nie piekę pod dyktando.

Jak długo pracuje pani nad tortem? Dwa, czasem trzy dni. Najpierw przemyślenie całości, potem przygotowanie składników, wreszcie pieczenie i dekoracja – to musi trochę trwać.

Ciasta to dziś trudny temat. Coraz więcej się mówi o zgubnej roli cukru w diecie. To taka nasza grzeszna przyjemność… Robi pani jakieś ustępstwa w przepisach, żeby było zdrowiej? Nie jemy przecież ciast, a już zwłaszcza tortów, na co dzień. Wiadomo, że to w stu procentach nigdy zdrowe nie będzie. Jeśli ktoś chce mieć wyjątkowy tort na wyjątkową okazję, to nie będzie się pewnie aż tak przejmować tym, że to cukier. Pewnie, eksperymentuję ze zdrowszymi zamiennikami i jeśli się da, zmniejszam ilości cukru, ale nie zawsze ma to sens – a już na pewno nie robię tego kosztem smaku czy wyglądu. Zresztą nie wszystko da się zastąpić. Raz na jakiś czas można sobie na grzeszną przyjemność pozwolić. I tort to nie jest danie, które zjadamy sami na raz. To coś, czym się delektujemy, czym się dzielimy. Jeden kawałek wielkiej krzywdy nie zrobi.

Piecze pani słodkości wegańskie czy bezlaktozowe? Zdarza mi się i przyznam, że jeśli jest dobry przepis, to ciasta takie nie odbiegają smakiem od tych tradycyjnych. Wprowadzam je potem do swojego repertuaru – jak mój ulubiony tort ze słonym karmelem. Wypieki wegańskie na ogół da się rozpoznać od razu, bez próbowania. Są mniej okazałe, niższe, bez kremów czy ozdób. Mam ogromną satysfakcję, kiedy po wielu próbach jestem w stanie zrobić tort wegański nie do odróżnienia od tych tradycyjnych.

Dużo w pani tortach kwiatów. Wszystkie prawdziwe? Te wiosenne i letnie tak. Mam swój ogród, posadziłam w nim dużo roślin jadalnych i czerpię z niego garściami. Mam pewność, że wszystko jest bez nawozów, bez chemii. A kwiaty zimowe są z kremu maślanego.

Jakie są pani smaki poza tymi słodkimi? Robi pani często obiad dla rodziny? Zdarza mi się, ale nie jest to częste. I tak wiele godzin spędzam w kuchni, więc nie bardzo mam już siłę na codzienne gotowanie obiadu. Choć czasem lubię poszaleć i coś wymyślam, bo prawie nigdy nie korzystam z gotowych przepisów. Najczęściej są to dania inspirowane kuchnią azjatycką, mocno doprawione, egzotyczne.

Strona estetyczna codziennego obiadu też jest ważna, jak przy tortach czy słodkich cudach? Zawsze! Nawet jak jemy w pośpiechu, staram się, żeby było pięknie!

A co pani piecze poza tortami? Na wszystkie święta czy inne ważne okazje piekę ciasta dla całej rodziny. Oczywiście, są tradycyjne makowce czy mazurki, ale zawsze wypróbowuję nowe przepisy. Choćby angielskie fruitcake (keks) czy nowe wersje pierników. I prawdę mówiąc, te próby lubię najbardziej. Często nowości wchodzą potem w nasz rodzinny kanon, który w ten sposób nieustannie się rozrasta.

Teraz karnawał. Jakie słodkości ma pani w repertuarze? Pączki czy faworki? Zawsze pączki. Mogą być różne wymyślne cuda, owszem, zjedzą, może nawet pochwalą, ale zaraz padnie pytanie: „A gdzie pączki?”. Są tradycyjne, z konfiturami z róży, które sami robimy z naszych kwiatów.

Teraz często szefowie kuchni podkreślają, że w gotowaniu najważniejsza jest prostota. W przypadku pani pracy to chyba nie ma zastosowania? Oczywiście, są desery, które można zrobić z trzech składników – choćby owoce pieczone z miodem czy orzechami – ale w przypadku tortów to niewykonalne. Nie ma co zresztą na siłę upraszczać, żeby iść za modą na minimalizm kosztem smaku i wyglądu.

Z jednej strony dobrze mieć w rodzinie mistrza wypieków, z drugiej – to jednak kusi do złego… Na szczęście rodzinę mam dużą, wielu znajomych, więc jak coś testuję, nie mam problemów z chętnymi do próbowania. A jeśli ktoś wpada bez zapowiedzi, zawsze mam w lodówce żelazny zestaw składników, z których błyskawicznie robię deser.

TORT Z WINEM I FIGAMI
Ciasto (na 1 blat, pieczemy 3): 2 jajka, 120 ml oleju, 60 ml czerwonego wytrawnego wina, skórka z 1/3 pomarańczy, 150 g cukru, 100 g mąki, 35 g kakao, 1⁄2 łyżeczki proszku do pieczenia, szczypta soli.

Krem: 500 g mascarpone, 2–3 łyżki ciemnego cukru muscovado, ziarenka z 1 laski wanilii, szczypta soli, 4 figi, dżem figowy, winogrona (opcjonalnie).

Przesiewamy suche składniki na ciasto i odstawiamy. Mokre mieszamy trzepaczką i łączymy z suchymi, przelewamy masę do foremki i pieczemy 25–30 minut lub do suchego patyczka w 165 stopniach Celsjusza. Pieczemy 3 blaty, studzimy.

Mascarpone na krem miksujemy kilka minut z cukrem, solą i wanilią do uzyskania puszystego kremu. Pierwszy blat smarujemy warstwą dżemu figowego, połową kremu. Na kremie układamy 2 figi pokrojone w cienkie plasterki, można dodać też kilka świeżych winogron. Całość przykrywamy drugim blatem i powtarzamy proces, nakładamy ostatni blat. Nagi tort dekorujemy winogronami i figami.

PAVLOVA Z ORZECHOWĄ PRALINĄ I KWIATAMI AKACJI
Beza: 180 g białek, 240 g drobnego cukru, 1 łyżeczka octu jabłkowego, 1 łyżeczka skrobi kukurydzianej lub ziemniaczanej.

Pralina orzechowa: 1/2 szklanki orzechów laskowych, 25 g cukru kokosowego (można zastąpić brązowym), 1–2 łyżki rozpuszczonego oleju kokosowego.

Do dekoracji: 400 g śmietanki kremówki 30 proc., 200 g borówek amerykańskich lub innych owoców, 2–3 kwiatostany akacji.

(Fot. Teresa Łabza) (Fot. Teresa Łabza)

Orzechy na pralinę mielimy, zostawiamy trochę kawałków. Dodajemy cukier i olej. Odstawiamy. Białka na bezę ubijamy na średnio sztywną pianę. Po łyżce dodajemy cukier, cały czas ubijając. Miksujemy jeszcze kilkanaście minut, aż piana stanie się sztywna, a cukier się rozpuści. Na końcu dodajemy ocet oraz przesianą skrobię i ubijamy 2 minuty. Bezę przekładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, łyżką delikatnie nadajemy kształt i posypujemy częścią praliny, resztę wysypujemy na blachę i pieczemy z bezą. Pavlovę wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni Celsjusza i natychmiast zmniejszamy temperaturę do 125 stopni. Suszymy półtorej godziny, po tym czasie wyłączamy piekarnik i zostawiamy ją w środku jeszcze na godzinę. Śmietankę do dekoracji ubijamy na sztywno, nakładamy na bezę. Dekorujemy borówkami, kwiatami akacji (obrywamy z gałązki) i podajemy z resztą praliny.

WILGOTNE CIASTO CZEKOLADOWE
NA TORTOWNICE O ŚREDNICY 22–23 CM: 250 g czekolady 70-proc., 200 g masła, 180 ml mleka 3,2-proc., 60 ml mocnego espresso, 5 dużych jajek, 375 g brązowego cukru, 60 ml oleju roślinnego, 275 g mąki, 75 g kakao, 1⁄2 łyżeczki soli, 1 łyżeczka sody, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 1⁄2 łyżeczki mielonego imbiru.

(Fot. Teresa Łabza) (Fot. Teresa Łabza)

Foremkę (dno i boki) wykładamy papierem do pieczenia, tak by wystawał poza rant ok. 5 cm. W osobnej misce przesiewamy suche składniki. Czekoladę i masło rozpuszczamy w rondelku i studzimy. Mleko, cukier, kawę, olej i jajka mieszamy trzepaczką, dodajemy przestudzoną czekoladę, a następnie łączymy z suchymi składnikami, mieszamy i przelewamy do formy. Pieczemy ok. półtorej godziny do suchego patyczka w 150 stopniach Celsjusza.

BEIGNETS – MINIPĄCZKI Z TOPINAMBUREM
NA OK. 32 PĄCZKI:

180 g mąki, 1⁄4 łyżeczki mielonego kardamonu, szczypta soli, 90 g piure z topinamburu (najlepiej pieczonego), ziarenka z 1⁄2 laski wanilii, 1 jajko, 20 g cukru, 120 ml mleka migdałowego, 2 łyżeczki płynnego oleju kokosowego, 2 łyżeczki malibu lub domowego ekstraktu kokosowego, do smażenia olej roślinny, do obtoczenia cukier puder zmieszany z niewielką ilością kardamonu.

(Fot. Teresa Łabza) (Fot. Teresa Łabza)

Mąkę przesiewamy z kardamonem, solą i proszkiem do pieczenia. Jajko mieszamy z wanilią, cukrem, mlekiem, olejem, likierem i łączymy z suchymi składnikami. Dwoma małymi łyżeczkami nakładamy niewielkie porcje ciasta na rozgrzany olej, smażymy na złoto i od razu obtaczamy w cukrze pudrze. Pączki najlepiej smakują na ciepło.

BABKA Z KARDAMONEM I WODĄ RÓŻANĄ
NA DUŻĄ FORMĘ NA BABKĘ LUB 2 KEKSÓWKI: 175 g masła, 250 g cukru pudru, 200 g żółtek (1 szklanka żółtek – ok. 10 sztuk), 225 g mąki, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, szczypta soli, 1/4 łyżeczki mielonego kardamonu, 2 łyżeczki wody różanej, 180 ml kefiru lub maślanki.

Do dekoracji: lukier na mleku z odrobiną wody różanej lub domowy dżem.

(Fot. Teresa Łabza) (Fot. Teresa Łabza)

Wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową. Mąkę przesiewamy z kardamonem, proszkiem i solą. Formę na babkę porządnie natłuszczamy i posypujemy mąką. Masło i cukier miksujemy na jasną puszystą masę ok. 7 minut. Stopniowo dodajemy żółtka i ubijamy jeszcze 8 minut. Do masy dodajemy na przemian suche składniki i kefir zmieszany z wodą różaną, w 3 turach. Ciasto przekładamy do przygotowanej formy i pieczemy od 45 do 55 minut w temperaturze 165 stopni Celsjusza do suchego patyczka. Po wyjęciu z piekarnika odkładamy je na 15 minut i dopiero wyjmujemy z formy.

PTYSIE Z KRUSZONKĄ I KREMEM WANILIOWYM
NA OK. 16 SZTUK: Ciasto parzone: 90 ml wody, 90 ml mleka, 75 g masła, szczypta soli, 1 łyżeczka cukru, 95 g mąki, 3 duże jajka (lub 4 mniejsze).

Kruszonka: 75 g miękkiego masła, 80 g brązowego cukru, 80 g mąki. Krem czekoladowy: 150 g gorzkiej czekolady, 3 żółtka, 30 g drobnego cukru, 200 g mleka kokosowego, 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego, 100 g śmietanki kremówki 36 proc.

Krem waniliowy: 600 ml śmietanki 36-proc., 150 g mascarpone, ziarenka z 1 laski wanilii, 1–2 łyżki cukru pudru.

(Fot. Teresa Łabza) (Fot. Teresa Łabza)

Wszystkie składniki na kruszonkę miksujemy lub mieszamy, aż uzyskamy gładkie ciasto. Kruszonkę wałkujemy między 2 arkuszami papieru do pieczenia na grubość 3–4 mm i chłodzimy w lodówce. Okrągłą foremką o średnicy 3 cm wycinamy kółka kruszonki. Czekoladę na krem siekamy w drobną kostkę. W misce ucieramy żółtka z cukrem na jasną i puszystą masę, doprowadzamy do wrzenia mleczko i powoli zalewamy nim kogel-mogel, cały czas miksując. Masę jajeczną przekładamy z powrotem do rondla i podgrzewamy na małym ogniu, wciąż mieszając, aż osiągnie 82 stopnie Celsjusza (po ok. 10 minutach masa zauważalnie zgęstnieje). Wlewamy ją do czekolady w 3 turach, dodajemy ekstrakt i mieszamy, aż powstanie gładki krem. Przykrywamy go folią spożywczą. Kiedy całkiem ostygnie, mieszamy go z ubitą śmietanką. Wszystkie składniki na krem waniliowy miksujemy do uzyskania puszystej masy. Pierwsze 5 składników na ciasto (wodę, mleko, masło, sól i cukier) doprowadzamy do wrzenia i gotujemy 2 minuty. Następnie zdejmujemy rondel z palnika i dodajemy mąkę, dokładnie mieszamy i ponownie stawiamy garnek na palniku, podgrzewamy ciasto, cały czas mieszając, aż zacznie odchodzić od ścian garnka i zrobi się delikatnie lśniące (kilka minut). Ciasto odkładamy w misce na 10 minut, żeby trochę przestygło. Dokładnie miksujemy z 2 jajkami. Ostatnie jajko dodajemy stopniowo i sprawdzamy konsystencję masy – rozciągnięte między dwoma palcami powinno tworzyć szpic, który od razu opada, w razie potrzeby dodajemy więcej jajka. Ciasto przekładamy do rękawa cukierniczego i wyciskamy ok. 4-centymetrowe ptysie na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, zachowujemy spore odstępy. Na każdym ptysiu układamy krążek kruszonki. Pieczemy je w 210 stopniach Celsjusza przez 10 minut, następnie kolejne 15 minut w 180 stopniach Celsjusza. Muszą się porządnie zarumienić. Wyłączamy piekarnik i zostawiamy w nim ptysie na 5–7 minut, następnie wyjmujemy i całkowicie studzimy. Przekrawamy każdy ostrym nożem, napełniamy kremami, przykrywamy górą ptysia. Przed podaniem oprószamy cukrem pudrem.