1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dorosły, rodzic, czy dziecko? - Którą z tych ról „zabierasz” ze sobą do pracy?

Dorosły, rodzic, czy dziecko? - Którą z tych ról „zabierasz” ze sobą do pracy?

Czy do pracy wolisz zabrać dziecko, czy dorosłego? W zależności, na którą rolę się zdecydujesz,  tak będzie wyglądała twoja komunikacja. (fot. iStock)
Czy do pracy wolisz zabrać dziecko, czy dorosłego? W zależności, na którą rolę się zdecydujesz, tak będzie wyglądała twoja komunikacja. (fot. iStock)
Dorosły, rodzic i dziecko to trzy stany naszego ja, którymi posługujemy się w kontaktach z innymi ludźmi. Wydaje ci się logiczne, że do pracy „zabierasz” ze sobą właśnie dorosłego. Niestety! Znacznie częściej jesteś w firmie rodzicem lub dzieckiem.

Twórca analizy transakcyjnej Eric Berne uważa, że każdy kontakt między ludźmi to tzw. transakcja: akcja i reakcja, bodziec i odpowiedź na niego. Transakcje przebiegają między stanami naszego Ja. Każdy dysponuje trzema stanami Ja: są to Dorosły, Rodzic i Dziecko. Podczas jednej transakcji do głosu mogą dojść wszystkie te stany, czasem kolejno, a czasem np. dwa naraz. Efekt? Podczas jednej rozmowy może się spotkać – i próbować dogadać – aż sześć „osób”…

– Jeśli chcesz, aby twój przekaz naprawdę trafił do słuchacza, musisz zdecydować, z którego poziomu i do jakiego stanu Ja słuchacza się zwrócisz; który stan Ja słuchacza i własny najlepiej się sprawdzi w danej sytuacji – mówi Katarzyna Platowska, psycholożka i socjoterapeutka. - Kiedy przeżywamy emocje i mamy z nimi problem, aktywizuje się Ja Dziecko. W tym stanie zgromadzone są nasze potrzeby, pragnienia, intuicja, kreatywność. Ja Dziecko wyraża też złość, lęk i domaga się szybkiego zaspokojenia swoich potrzeb.

Transakcje między ludźmi można podzielić na równoległe i skrzyżowane. Z równoległymi mamy do czynienia wtedy, gdy odpowiedź na bodziec pochodzi od tego stanu Ja rozmówcy, do którego ten bodziec skierowaliśmy. Przykład: ty jako Rodzic przemawiasz do Dziecka rozmówcy; on z poziomu Dziecka odpowiada twojemu Rodzicowi. Może też być tak, że ty z poziomu Dorosłego komunikujesz coś Dorosłemu i odpowiedź uzyskujesz od Dorosłego.

Najlepiej spotkać się na tym samym poziomie, np. w komunikacji Dorosły–Dorosły albo Rodzic–Rodzic – uważa Platowska. – Wtedy kontakt daje najwięcej satysfakcji, jest najbardziej owocny. Podkreśla podobieństwa, zbliżone opinie, to, że podobnie postrzegamy sytuację. Takie transakcje dają poczucie bezpieczeństwa, potęgują identyfikację z grupą i ułatwiają współpracę.

Nieoczekiwana zmiana ról

Może się jednak zdarzyć, że przemawiasz do rozmówcy z poziomu Dorosłego do Dorosłego, a on odpowiada nam z poziomu Rodzica lub Dziecka (to chyba najczęstsza konfiguracja). Np. zwracasz jako Dorosły uwagę koleżance: „Na spotkanie przychodzimy punktualnie”, a ona odpowiada na to z poziomu Rodzica: „Pouczanie mnie to nie twoja rola”.

– Taka wymiana może zakończyć się kłótnią, robieniem sobie wyrzutów lub rywalizacją potrzeb i emocji (rywalizują Dzieci) albo opinii i wartości (rywalizują dwaj Rodzice) – przestrzega psycholożka. – W efekcie transakcja ulegnie zerwaniu. Może być kontynuowana tylko wtedy, gdy stany Ja rozmówców się „spotkają” na jednym poziomie (np. Dziecko–Dziecko) lub w układzie równoległym (np. Dziecko–Rodzic, Rodzic–Dziecko). Przemawianie do Dorosłego, kiedy osoba jest w stanie Dziecka, to rzucanie grochem o ścianę. Dorosły jest w tej chwili nieobecny. Trzeba doprowadzić do komplementarnej relacji.

Wszystkie te stany Ja bywają trochę jak nieproszeni goście: pojawiają się i przejmują kontrolę nad naszym zachowaniem, a odbywa się to poza naszą świadomością. Wiele codziennych zdarzeń w firmie może przypomnieć coś z przeszłości i wywołać automatyczną reakcję. Ten spadek, ten bagaż z przeszłości może się w każdej chwili uaktywnić. Ale jak rozpoznać, w jakim stanie Ja jesteśmy?

– Obserwuj siebie i innych. Analizuj, jaki wzorzec najczęściej powtarza się w twoim zachowaniu. Ale patrz także na zachowanie ludzi. Działają jak zwierciadło w odpowiedzi na twoje zachowanie – tłumaczy Platowska. – Jeśli ktoś się przeciw tobie nieracjonalnie buntuje, to prawdopodobnie działasz z pozycji Rodzica, a on odgrywa rolę Dziecka. A gdy to ty czujesz bunt, pewnie „włączyło się” twoje krnąbrne Dziecko itd.

Wyobraź sobie: powierzono ci kierowanie projektem. Co myślisz? Gdy przychodzi ci do głowy: „O, super, coś nowego, nie będę się nudzić” – reagujesz stanem Ja Dziecko (podobnie, gdy myślisz: „Nie dam sobie rady”). Gdy mówisz: „Muszę zobaczyć, co mnie czeka, poznać warunki, może pogadać z kimś, kto już coś takiego robił” – odzywa się Dorosły. A Rodzic powie: „Jak się nie zmobilizuję, to nic nie osiągnę”.

Rodzic najczęściej odzywa się, kiedy jesteśmy w konflikcie, w stanie niepewności – uważa Platowska. – W tym stanie zgromadzone są normy, zakazy, nakazy, reguły, przekonania i opinie. Wszystkie zostały przez nas przejęte „żywcem” w dzieciństwie od osób dla nas ważnych, np. rodziców, dziadków, w okresie, kiedy dziecko nie kwestionuje tego, co mówią dorośli, tylko to „nagrywa” i uwewnętrznia – czyli do około szóstego roku życia. W stanie Rodzic myślimy i zachowujemy się tak, jak zachowywały się ważne dla nas osoby, kiedy byliśmy dziećmi.

Rodzic - normatywny lub opiekuńczy

Stan Rodzic występuje w dwóch wariantach: opiekuńczym i normatywnym. Opiekuńczy niesie pomoc, troszczy się o innych, wspiera ich, motywuje i radzi. Kładzie rękę na ramieniu, uśmiecha się, jego głos jest ciepły, postawa otwarta. Normatywny ustanawia granice, strzeże norm, określa hierarchię wartości, nakazuje, zakazuje i ustala reguły. Marszczy brwi, używa palca wskazującego, krzyżuje ręce na piersiach i ma przenikliwy wzrok.

Negatywnym aspektem Rodzica Opiekuńczego jest Ratownik. On nie tyle pomaga, ile wciska pomoc. Nie pyta, czy jest potrzebna, czy jej chcemy. Pomaga i już. Wyręcza też w trudnych obowiązkach, zamiast udzielić wskazówki i pozwolić uczyć się na błędach. Odbiera odwagę do samodzielności, wzmacnia bierność i poczucie braku kompetencji. I czuje się niedoceniany, bo oczekuje wdzięczności, a jej nie dostaje. To plus przemęczenie często prowadzi do agresji i złości wobec otoczenia.

Negatywny aspekt Rodzica Normatywnego to Oprawca. Jego celem jest trzymanie norm dla samych norm, a nie dlatego, że są potrzebne; a także mówienie, co wolno, a czego nie wolno, bez tłumaczenia, czemu to służy. Jego komunikaty to: „Masz to zrobić i koniec”, „Zrób to, bo ja tak mówię”. Czasami są to normy niemożliwe do zastosowania. Celem Oprawcy jest krytyka, karanie, poniżenie i pomniejszenie innych.

 
– Obie postaci Rodzica są potrzebne i w swych pozytywnych aspektach przykładają się do naszego funkcjonowania między ludźmi. Aspekty negatywne, gdy poświęcimy im energię i uwagę, mogą być raniące, stresujące i prowadzić do sytuacji, w których źle się czujemy – ostrzega psycholożka.

W większości firm jest najwięcej Rodziców – tych mówiących, co i jak powinno być wykonane. Ale uwaga: wiecznie pouczający Rodzic, który zawsze wie lepiej, jest dla otoczenia niestrawny. Jeśli mamy tendencje, by występować w roli Rodzica, lepiej wybrać wariant Opiekuna, czasem przechodząc do postaci Normatywnej – by współpracownicy nie weszli nam na głowę.

Dorosły to najbardziej dojrzała forma kontaktowania sie ze światem. Reaguje na to, co tu i teraz. Działa prosto, bez iluzji. Widzi rzeczywistość bez filtra emocji. W świecie zawodowym najlepiej funkcjonuje z pozycji Dorosłego

Dziecko - spontaniczne, przystosowane lub zbuntowane

Kiedy przeżywamy emocje i to z nimi mamy problem, aktywizuje się Ja Dziecko. W tym stanie zgromadzone są nasze potrzeby, pragnienia, intuicja, kreatywność, emocje i odczucia. Dziecko jest otwarte, autentyczne, pełne zaangażowania, obdarzone twórczym umysłem, wykracza poza schematy. W sposób nieskrępowany wyraża swoje emocje, potrzeby i myśli, ze światem kontaktuje się na poziomie wrażeń. Ale wyraża też złość, gniew, strach i domaga się niezwłocznego zaspokojenia swoich potrzeb. Taki stan nazywany jest Dzieckiem Spontanicznym.

– Potrafi i kocha się bawić, podczas burzy mózgów jest niezastąpione, ale nie jest dobrym partnerem w interesach, bo jest samolubne, skoncentrowane na sobie. Źle podejmuje decyzje zawodowe, bo ma skłonności do ryzyka, nie bierze odpowiedzialności i nie potrafi ocenić, jakie będą skutki. Inni często postrzegają je jako aroganckie, impulsywne – dodaje psycholożka.

Kiedy zaczynamy szukać sposobu na zaspokojenie naszych potrzeb, tak, by współdziałać z otoczeniem, brać pod uwagę potrzeby innych ludzi, stajemy się Dzieckiem Przystosowanym. To właśnie ten stan sprawia, że się nie spóźniamy do pracy, bo nie chcemy się narazić na naganę szefa. Dostosowujemy się do reguł i zasad grzecznościowych, przestrzeganych norm. To ten rodzaj stanu Dziecka pozwalający nam na funkcjonowanie w różnych warunkach, np. służbowych właśnie, i pozostanie sobą.

Kiedy jednak przesadzimy, stajemy się Dzieckiem Podporządkowanym. Jego sposobem na życie jest uleganie. Taka osoba w dzieciństwie była nagradzana za to, że się podporządkowywała. I dalej to robi. Nie będzie kwestionować poleceń szefa, nawet jeśli zobaczy w nich błąd. Nie musi rozumieć otrzymanych poleceń. I tak je wykona. Jeśli coś się nie uda, bierze winę na siebie, ale nie bierze odpowiedzialności. Jest wpływowa, powtarza opinie innych, nie zdradzając własnej. W działaniu nie kieruje się własnymi potrzebami, ale oczekiwaniami otoczenia. Ma poczucie winy i jest przesadnie skrupulatna w wypełnianiu obowiązków. Często w pracy przyjmujemy postawę Dziecka Podporządkowanego – to wszystkie szare myszki, osoby, które przepraszają, że żyją, są perfekcjoinistami i nie potrafią odmawiać, to Podporządkowane Dzieci.

Drugim negatywnym przejawem tego stanu jest Dziecko Zbuntowane. Jest zawsze na „nie” – a im bardziej się naciska, tym większy opór stawia. Trzaska drzwiami, bywa agresywne i prowokacyjne, niezadowolone, szuka zaczepki i ma problem z zaakceptowaniem autorytetów. – Taka osoba na złość mamie odmrozi sobie uszy – mówi Platowska. – Odmówi wzięcia udziału w obozie integracyjnym, choć jest ciekawa, co będzie się działo. I wbrew pozorom wcale nie jest taka niezależna – konieczny jest jej ktoś, komu będzie mogła się przeciwstawić.

Dorosły jako przewodnik

– Dorosły to najbardziej dojrzała forma kontaktowania się ze światem – mówi psycholożka. – Reaguje na to, co tu i teraz. Działa prosto, bez iluzji, bez zakładania z góry, że coś ma być jakieś. Widzi rzeczywistość bez filtra emocji. W świecie zawodowym najlepiej funkcjonujemy z pozycji Dorosłego.

Dorosły potrafi oddzielić fakty od opinii. Zadaje jasne pytania i jasno się wyraża. Jest rzeczowy i konkretny. Nastawiony na dowiadywanie się weryfikuje to, co widzi i słyszy. Zbiera dane, analizuje je i przetwarza spokojnie, na chłodno. I to nie tylko dane ze świata zewnętrznego: – Dorosły to ktoś w rodzaju przewodnika, tłumacza pomiędzy innymi formami. Łączy potrzeby Dziecka i normy Rodzica. I robi z nich użytek.

– Decyzje podjęte przez Dorosłego mają największe szanse powodzenia – uważa psycholożka. – Ale niestety nie ma idealnych Dorosłych, zawsze występuje Dorosły z domieszką Dziecka lub Rodzica. W towarzystwie tego ostatniego czujemy się najbezpieczniej. W towarzystwie pierwszego lepiej się bawimy. A najdoskonalszy, najbardziej efektywny dialog prowadzimy wtedy, kiedy kontaktuje się ze sobą dwóch Dorosłych.

Dorosły nie ma negatywnego aspektu. Jednak gdy Dorosły nie ma w sobie odrobiny Dziecka, jest sztywny, nie umie wypoczywać, przedkłada obowiązki nad przyjemności, jest rzeczowy do bólu i nie jest przyjemnie z nim przebywać. – Dorosły to platforma, z której powinniśmy wybierać „reprezentację” do kontaktów z innymi – radzi psycholożka. – Kiedy chcemy porozmawiać o normach, ale rozmówca jest np. w stanie Dziecka i odpowiada z poziomu emocji, przemawianie do Dorosłego mija się z celem. Świadomie, a więc z pozycji Dorosłego wybieram kontakt przy użyciu stanu Ja Rodzic. W ten sposób mam szansę dotrzeć do rozmówcy, bo najprawdopodobniej odpowie z poziomu Dziecka i w ten sposób stworzymy transakcję równoległą.

Dorosłemu prezentuj się jako Dorosły, komuś w stanie dziecka jako Rodzic Normatywny (kiedy trzeba je przywołać do porządku) lub Opiekuńczy (gdy trzeba dać mu poczucie bezpieczeństwa). Zbuntowanemu Dziecku lepiej odpowiedzieć jako drugie Dziecko, a następnie przenieść ciężar kontaktu na inną płaszczyznę (zacząć od rozmowy o uczuciach i przejść do rozmowy o faktach). Z Rodzicem najlepiej dogada się drugi Rodzic lub Dorosły, choć często, gdy ktoś przemawia do nas z pozycji Rodzica, „włącza się” nasze Dziecko.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Książki dla dzieci – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Na rynku mnóstwo jest książek dla dzieci. Co z tego wybrać? Zwłaszcza, że zbliża się pierwszy czerwca. Oto podpowiedź, co warto podarować czytelnikom najmniejszym i tym trochę bardziej wyrośniętym. Tytuły mądre, zabawne, pięknie wydane. Oczywiście Dzień dziecka to tylko pretekst, bo na dobre książki zawsze jest pora.

Wychodzimy do kolegi

Samo życie – chciałoby się skomentować, jeśli jest się dorosłym i przegląda się tę stworzoną ze sporą dawką humoru książeczkę. Także dla słuchających i oglądających „Zamek” kilkulatków perypetie głównego bohatera i jego mamy na pewno będą brzmieć i wyglądać znajomo. Narratorem jest tu mały chłopiec, który wybiera się na urodziny do kolegi. Już sama scena wybierania się to mistrzostwo świata, przemyślenia narratora, czesanie, ubieranie, szykowanie prezentu, czyli tytułowego zamku: zabawkowego w kolorze czerwonym. Chłopiec osobiście go dla kolegi wybrał, ale teraz sam chciałby go mieć, mimo że ma taki sam, tylko zielony. Wreszcie przyjęcie urodzinowe kolegi. Nie chcę za wiele zdradzać, ale założę się, że i te sceny coś wam będą przypominać. Styl ilustracji Szwedki Emmy Adbåge jest z jednej strony oszczędny, z drugiej – świetnie oddają one domowy rozgardiasz, nastroje i odczucia postaci. Są tu szczegóły, które docenicie i wy, i kilkuletni odbiorcy. Wiarygodny psychologicznie, zabawny. Świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem, na przykład o emocjach. Taki jest „Zamek”.

„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki

Na ratunek dziadkom i babciom

Ilustracje do „Dziadka Tomka” stworzył Czech Štěpán Zavřel – nieżyjący już niestety malarz, filmowiec, pomysłodawca Międzynarodowej Wystawy Ilustracji Książki Dziecięcej i założyciel Międzynarodowej Szkoły Ilustracji we włoskim Sàrmede. Można go rozpoznać po dynamicznej kresce i „gęstości” jego rysunków. Także ta zilustrowana przez niego historia jest wyjątkowa. Takiego dziadka jak dziadek Tomek chciałoby mieć chyba każde dziecko: umie robić zabawki z niczego i zawsze wymyśla nowe zabawy. Tymczasem pewnego dnia w telewizji burmistrz ogłasza komunikat: odtąd wszyscy seniorzy, dla ich własnego dobra, będą wysyłani do domu wesołej starości. Na ulicach pojawiają się „dziadkołapacze” i podczas kiedy dorośli z miasteczka oszukują się, że wszystko jest w porządku, dzieciaki w mig rozumieją, że nie jest i organizują brawurową akcję ratunkową. Zwariowane pościgi, machiny latające, a w komplecie genialny przekaz, że seniorów trzeba kochać, szanować i być po ich stronie. Po „Dziadka Tomka” na pewno warto sięgnąć, a przy okazji dodam, że słynące z pięknie wydanej literatury dziecięcej wydawnictwo Tatarak tuż przed Dniem Dziecka wypuszcza też jego niezwykły „Sen o Wenecji”.

„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak

Prezent od Einsteina

Przecież teorii względności nie da się wytłumaczyć dziesięciolatkowi! Nie da się? To druga z serii trzech książeczek, które wyjaśniają młodym czytelnikom zasady fizyki. Tym razem czytamy o takich między innymi zagadnieniach, jak czas i przestrzeń, jednostki i ich miary, prędkość światła. Jak dzieciom mówić na przykład o ujednoliconym systemie metrycznym? Można opisać i narysować średniowiecznych budowniczych, którzy wznoszą most nad rzeką. Umówili się, że most będzie miał 5 miar wysokości, budują po dwóch stronach rzeki, coraz bliżej siebie, problem w tym, że każdy z mistrzów budownictwa ma własną miarkę i kiedy w końcu dochodzi do spotkania, połowa gotowego mostu jest dużo wyższa od tej drugiej. Takie pomysłowe przykłady działają na wyobraźnię, podobnie jest z mnóstwem zawartych tu obrazków. „Teoria…” odczarowuje wiedzę, która dla uczniów trzeciej-czwartej klasy podstawówki jest podobno za trudna, można się przy okazji lektury dobrze bawić. Nie jestem pewna, czy przekona dzieciaki, które nie cierpią przedmiotów ścisłych, ale na pewno te fizyką i matematyką zainteresowane, będą miały z czytania przyjemność. Niejeden rodzic westchnie też pewnie na widok tej książki, szczerze żałując, że w wieku swojego dziecka nikt mu takiej nie sprawił.

„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada

Nazywam się Ripley, Benjamin Ripley

Jak donoszą wydawcy literatury dziecięcej, chłopaki czytają w dzisiejszych czasach mniej niż dziewczyny. Wieść głosi również, że ta właśnie książkowa seria przyczyniła się do zmniejszenia tych dysproporcji, sprytnie wciągając 10-11-letnich chłopców w czytanie. Co, jak podkreśla sam autor, nie znaczy, że po „Szkołę szpiegów” nie sięgają czytelniczki.
To amerykański bestseller z listy New York Timesa. „W związku ze śledztwem toczącym się w sprawie operacji Przyczajony Borsuk, załączam zapis z trwającego łącznie 53 godziny przesłuchania pana Benjamina Ripleya, pseudonim Tajniak, lat 12, pierwszorocznego ucznia Akademii Szpiegostwa” – czytamy na samym początku książki w pełnym od czarnych skreśleń cenzora dokumencie wysłanym z biura CIA, prowadzącego tajną placówkę, która szkoli najzdolniejsze dzieciaki, przyszłych tajnych agentów. Główny bohater Benjamin niespodziewanie dostaje do owej placówki powołanie i od tego momentu zaczynają się jego niesamowite przygody. „Szkoła…” to połączenie Jamesa Bonda, Mission Impossible z Różową Panterą czy Jasiem Fasolą, jest tu wartka akcja i błyskotliwa zabawa konwencją. Uwaga: jeśli obdarowane „Szkołą szpiegów” dziecko wciągnie się na dobre, warto wiedzieć, że to dopiero początek przygody, bo cała seria liczy sumie 9 części: u nas ukazała się pierwsza, a na lipiec zaplanowano premierę drugiej.

„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora

Borsucze opowieści

Temat ważny, autor ekspert, choć jeśli ktoś zna inne jego książki dla dzieci, wie, że będzie śmiesznie. A nierzadko bardzo śmiesznie. Tomasz Samojlik, biolog, popularyzator przyrody, a także rysownik i twórca komiksów („Tarmosię” zilustrowała akurat Ania Grzyb”), autor głośnej serii „Żubr Pompik”, komiksowej „Ryjówki przeznaczenia” czy „Norki zagłady”. Jeśli Samojlika nie znacie, a uśmiechacie się przeczytawszy te dwa ostatnie tytuły, to już wiecie, czego się po tym autorze spodziewać. Tym razem poznajemy rodzinę borsuków, same indywidua: tata, mama, przyszywany dziadek – każdy ma tu coś za uszami. A poznajemy tę oryginalną rodzinkę akurat wtedy, kiedy najmłodszą borsuczkę Tarmosię budzi z zimowego snu dziwny hałas. Na wiosnę sprawy jeszcze bardziej zaczynają się komplikować. Coś się w lesie dziwnego dzieje, tylko co? Do borsuków zaglądają, szukając schronienia, lisi imigranci z gromadką szczeniaków o wdzięcznych imionach Onomatopeja, Propedeutyka, Multiplikator i Horoskop („Mąż wybierał imiona” – wyjaśnia lisica, widząc zdziwienie Tarmosi). Bajka z pro ekologicznym morałem, w której autor przemyca sporo ciekawostek ze świata przyrody.

„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora

Mieszkańcy spod podłogi

Tym razem książka nie do czytania, a do słuchania. Klasyka literatury dziecięcej, słynna seria o Pożyczalskich, na której wychowało się już kilka pokoleń. Opowieść o maleńkiej rodzinie mieszkającej pod podłogą, w domu własnoręcznie wybudowanym i wyposażonym w przedmioty, które „pożyczyli” od pełnowymiarowych domowników. Dzięki tym bohaterom stworzonym na początku lat 50. XX wieku przez Mary Norton wiele z nas nadal łapie się na tym, że kiedy zniknie nam spinka, szpilka, naparstek, kartka z papeterii, chusteczka czy mydelniczka, odruchowo myślimy, że stoją za tym oni. Kartka posłużyła im za tapetę, mydelniczka za wannę, z okruszka chleba nastoletnia Arietta zrobiła sobie kanapkę. Czas zarazić tą genialną historią kolejne pokolenia. I właśnie jest okazja: w nowym tłumaczeniu „Pożyczalskich” czyta Edyta Jungowska. Aktorka od lat nagrywa i produkuje doskonałe słuchowiska dla dzieci, na czele z „Dziećmi z Bullerbyn”, bezsprzecznie najbardziej popularnym dziecięcym audiobookiem w naszym kraju. Pierwsza i druga część z pięciotomowego cyklu Mary Norton o losach maleńkiej rodziny, wydawnictwo miłe nie tylko dla ucha, ale i oka, bo wzbogacone o ilustracje Emilii Dziubak już są dostępne. Wkrótce kolejne.

„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham

To z wszystkich dotąd poleconych propozycja dla najmłodszych dzieci, bo już dwulatków. Napisana przez Trish Cooke, Brytyjkę z afrykańsko-karaibskimi korzeniami, osobowość telewizyjną, scenarzystkę, autorek sztuk i właśnie książeczek dla dzieci. Super, że ukazała się w Polsce, bo też mało się u nas wydaje pozycji dla dzieci, gdzie postaci miały by inny niż biały kolor skóry. Ale przede wszystkim to historia świetnie pomyślana i skonstruowana, w sam raz dla bardzo małych odbiorców. Jest tu motyw i rytm, który maluchy uwielbiają, co chwila w opowieści pojawia się ktoś nowy – dzwoni dzwonek i ten ktoś pojawia się w drzwiach. A kuku! Wujek, ciocia, babcia, kuzyni. Mamy więc element zaskoczenia, krótkie zdania, z których jedno za każdym razem się powtarza: to tytułowe „najmocniej na świecie”. Dom wypełnia się krewnymi, wesołymi, głośnymi i każdy przytula, każdy bierze na ręce, tańczy i śmieje się do dziecka, wokół którego wszystko to się toczy, dziecka uwielbianego, całowanego, kochanego „najmocniej na świecie”. Czyta się to maluchowi doskonale, a i samemu korzysta się z dobrodziejstw tej ogromnej zawartej w książeczce dawki radości i miłości.

„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry

  1. Psychologia

Zasada lustra – wyparte części siebie widzimy u innych

Jeśli nie zauważamy jakiejś części naszej psychiki, nie zdajemy sobie sprawy z niej, znajduje się ona poza naszą świadomością, widzimy ją na zewnątrz w innych ludziach. (Fot. iStock)
Jeśli nie zauważamy jakiejś części naszej psychiki, nie zdajemy sobie sprawy z niej, znajduje się ona poza naszą świadomością, widzimy ją na zewnątrz w innych ludziach. (Fot. iStock)
Może ci się wydawać, że jesteś uosobieniem taktu i uprzejmości, a zupełnie nieoczekiwanie dla siebie samej wpychasz się do kolejek w sklepach. Albo żyjesz w przekonaniu, że świetnie radzisz sobie w życiu i zupełnie nie zauważasz, że jesteś wykorzystywana.

W pierwszym przypadku spotykasz ludzi agresywnych i takich, którzy potrafią przepychać się w życiu łokciami. W drugim - masz relacje z tymi, którzy często potrzebują twojej pomocy i skwapliwie z niej korzystają.

Tak działa zasada lustra - to co na zewnątrz nas odzwierciedla to, co w środku

Jeśli nie zauważamy jakiejś części naszej psychiki, nie zdajemy sobie sprawy z niej, znajduje się ona poza naszą świadomością, widzimy ją na zewnątrz w innych ludziach. Ktoś, kto stara się być zawsze korekt w stosunku do bliźnich, jest kompromisowy, negocjacyjny, miły, nie używa tej swojej części, która chce iść przez życie przebojem, wprost a czasem na skróty. Wypiera swoją rywalizacyjność, kłótliwość, chęć postawienia na swoim. I dlatego na przykład wpycha się do kolejek i nieświadomie prowokuje w swoim życiu sytuacje, w których musi rywalizować i udowadniać swoją rację. Im bardziej będzie się wypierał swojej wojowniczej części natury, tym więcej wojowników będzie sobie przyciągał. Różnego rodzaju agresorzy, ludzie szorstcy i bezczelni będą stawać na jego drodze, by obudzić uśpionego w nim kłótnika. Osoba, której z kolei wydaje się że jest małym czołgiem, skupia dookoła siebie tych, którzy próbują „podwieźć” się na jej sile. I może taki czołg rzeczywiście dobrze radzić sobie z przedsiębiorczością, zarabianiem pieniędzy, inicjowaniem działań, ale kompletnie nie umie powiedzieć „nie” komuś, kto chętnie z tej jego siły korzysta, czasem nawet w sposób nieuczciwy. I tak różnego rodzaju nieudacznicy będą próbowali mu powiedzieć, że ma w sobie taką „sierotę”, która jest słaba i daje sobą powodować, ulega manipulacji jak dziecko.

Z czego wynikają takie mechanizmy psychiczne?

Dlaczego trak trudno nam zobaczyć to, co w środku nas, bardzo blisko. Bo kiedyś z jakiegoś powodu wyparliśmy się własnej siły bądź słabości. Została ona skrytykowana, wyśmiana, powstały w tym miejscu bolesne rany. Ludzie z zewnątrz pancerni bardzo lękają się pokazać miękką część siebie, boją się ponownego zranienia. Ale noszą tę miękkość w sobie. To często ogromna wrażliwość, podatność na ciosy. Tak się lękają zostać wykorzystywani, że ludzie z zewnątrz to robią, by im to pokazać. Żyjemy w przekonaniu, że jesteśmy jacyś, na przykład stalowi, ale otoczenie doskonale wyczuwa tę schowaną część nas. Ona wysyła bardzo konkretne sygnały, jakby krzyczała rozpoznaj mnie, uwolnij mnie. Podobne przyciąga podobne, tak działa fizyka Wszechświata. Siłacz w końcu zdenerwuje się na tych, którzy mają ochotę nieuczciwie skorzystać z jego mocy. Będzie narzekał, wykrzykiwał, zacznie być nieprzyjemny, może nawet wyda im wojnę. Stłumiona energia wybuchnie z wielką mocą, często destrukcyjną. Ucierpieć mogą relacje, może być niefajnie, bo pojawi się poczucie winy. Dlatego, gdy zauważysz, że otacza cię jakiś rodzaj ludzi i wydadzą ci się zupełnie inni niż ty, przyjmij że to właśnie ukryta część siebie do ciebie przemawia. Jeśli ją w sobie zaakceptujesz, po uprzednim wpuszczeniu w świadomości, dlaczego ona skryła się tak głęboko, zewnętrzni przeciwnicy znikną niczym kamfora. Rozpłyną się w niebycie agresorzy, którzy nękali osobę pozornie miłą, kiedy wreszcie odkryje, że ona też lubi powalczyć i pokazać pazurki. Może odkryć, że bywa bezwzględna w ocenie ludzi, wymagająca i oschła, a wszystko pod płaszczykiem uśmiechniętej manipulantki, którą dokładnie widzą inni i odpowiadają tym samym. Żadna energia w człowieku nie ginie, jej toksyczność może tylko zostać uwolniona i przetransformowana na coś dobrego. Pod wypartą agresją może kryć się przydatna zaradność życiowa i zdrowy spryt albo realizm. Zapomniana słabość może zostać przekształcona w artystyczną wrażliwość i umiejętność obdarzania uczuciem.

Często zasada lustra przyciąga do siebie ludzi, którzy tworzą związki

Ona może krzyczeć na swojego mężczyznę: „dlaczego boisz się do mnie zbliżyć?", nie czując że sama w sobie nosi ogromny lęk przed odrzuceniem, który trzyma partnera na dystans. I tak naprawdę w swoim życiu jest pierwszą osobą, która rujnuje związki. On za to może mieć do niej pretensje wykrzykiwane w kłótniach: „Czego ty ode mnie chcesz? Naciskasz na mnie!”, bo sam nie czuje że tak bardzo chce - jej, tego związku, dowodów uczuć. Chce, ale lęk przed bliskością nie pozwala mu się zbliżyć. Boi się pochłonięcia, bo w swojej niepewności i głodzie uczuć sam boi się kogoś pochłonąć. Chuck Spezzano, światowej sławy psycholog i autor książek, twórca metody zwanej psychologią wizji, twierdzi że po obu stronach konfliktu zwykle jest to samo stłumione uczucie: wstydu, lęku, winy, głodu miłości i wiele innych. Według niego właśnie w relacjach jest najwięcej możliwości do rozwoju, w samotności nie odkrylibyśmy tyle na swój temat. Rozwój polega na integracji wszystkiego co w nas jest, cokolwiek by to nie było. Dwoje ludzi ustawionych po obu stronach barykady nosi w sobie to samo. Są do siebie podobni, chociaż wydaje im się, że są zupełnie a nawet biegunowo różni. Głębia oznacza wierzch.

  1. Styl Życia

Emocje w pracy nie muszą być problemem. Porozumienie bez przemocy przynosi skuteczne rozwiązania

Porozumienie bez przemocy to proces, w którym koncentrujemy się na tym, co jest wspólne dla wszystkich ludzi: na potrzebach. (Fot. iStock)
Porozumienie bez przemocy to proces, w którym koncentrujemy się na tym, co jest wspólne dla wszystkich ludzi: na potrzebach. (Fot. iStock)
Czy praca to miejsce, w którym powinniśmy komunikować innym swoje głębokie potrzeby i próbować zrozumieć ich emocje? Oczywiście, że tak! Stosowanie opartej na zrozumieniu i wyrażaniu potrzeb komunikacji jest w życiu zawodowym równie ważne, jak w prywatnym. Porozumienie bez Przemocy to wzajemny szacunek, empatia i szczerość.

Zacznijmy jak w piosence Lennona „Imagine”: wyobraź sobie, że istnieje sposób porozumiewania się oparty na empatii i zrozumieniu, pomagający w nawiązaniu głębokich, prawdziwych relacji. Wyobraź sobie, że taki rodzaj komunikowania się pozwala na zaspokojenie potrzeb obu stron, w dodatku bez używania jakiejkolwiek formy przemocy. Zakłada empatyczne podejście do innych, ale też do samego siebie i daje naprawdę trwałe efekty. I na koniec wyobraź sobie, że można tę metodę stosować także w kontakcie z kimś, kto nie ma o niej pojęcia! Będzie się doskonale sprawdzała w każdym przypadku, owocując porozumieniem, mniejszą liczbą konfliktów oraz lepszą współpracą.

Jeżeli obecność w firmie nie służy wypełnianiu obowiązków, ale jest decyzją umożliwiającą realizację własnych potrzeb, zaczynamy inaczej postrzegać pracę

Określ swoje potrzeby

Porozumienie bez przemocy (z angielskiego nonviolent communication, czyli NVC) to forma porozumiewania się stworzona przez Marshalla B. Rosenberga, doktora psychologii, współpracownika twórcy psychologii humanistycznej, Carla Rogersa. Zwana jest „językiem serca”. Podkreśla, że współczucie jest lepszym motorem napędowym naszych akcji niż strach, poczucie winy, wstyd, obwinianie czy groźba kary. Jej celem jest nawiązanie relacji z drugą osobą i próba otrzymania tego, co chcemy. Najważniejsze jednak jest świadomie i szczere reagowanie, niezależnie od tego, czy nasza prośba zostanie spełniona, czy też nie.

– Porozumienie bez przemocy to proces, w którym koncentrujemy się na tym, co jest wspólne dla wszystkich ludzi: na potrzebach – mówi Ewa Orłowska, certyfikowana trenerka Porozumienia bez Przemocy, specjalista ds. komunikacji. – Bo musimy wiedzieć, że niezależnie od statusu społecznego, kultury, wieku i przekonań politycznych wszyscy mamy je takie same: chcemy być najedzeni, docenieni, akceptowani, mieć dach nad głową, osiągać zamierzone cele, mieć satysfakcję z pracy. Różnimy się tylko strategiami ich zaspokajania. Natomiast to, co jest różne i może być zarzewiem konfliktów, uczymy się przekazywać w sposób pokojowy.

Większość z nas uważa, że potrzeby, emocje, język serca są dobre w rozmowie z partnerem, ale nie z koleżanką z biura. Co to wszystko ma wspólnego z pracą? – dziwimy się. Okazuje się, że bardzo wiele! Stosowanie opartej na zrozumieniu i wyrażaniu potrzeb komunikacji w pracy jest równie ważne, co w relacji miłosnej. W związku spotykamy się z kredytem zaufania i miłością, a w pracy potrzebujemy dodatkowych narzędzi.

– Kiedy myślimy o pracy, uważamy, że wiele rzeczy musimy, że powinniśmy, choć niespecjalnie mamy na to ochotę – uważa Orłowska. – Ale jeśli głębiej się nad tym zastanowimy, odkryjemy, że praca zaspokaja nasze różne potrzeby, że to nie „tylko” zarabianie pieniędzy.

Życie zawodowe pozawala nam realizować nasze podstawowe potrzeby: rozwoju, szacunku, akceptacji, bycia w grupie, realizowania własnych celów, przyczyniania się do wzrostu i rozwoju innych, bycia zauważonym i usłyszanym. Zrozumienie, że codzienna obecność w firmie nie służy wypełnianiu obowiązków, ale jest naszą decyzją, umożliwiającą realizację potrzeb sprawia, że zaczynamy widzieć nasze obowiązki w nowym świetle. Już sama świadomość, że to my kształtujemy sytuację, daje lepsze samopoczucie. Stajemy się samodzielnymi, równouprawnionymi osobami, które robią coś, co same wspierają. Przestajemy być zniewolonymi, uwikłanymi w zależności i hierarchie kukiełkami. Cokolwiek w życiu robimy, zaspokajamy jakąś swoją potrzebę: inną, gdy jesteśmy w pracy punktualnie, inną, gdy przychodzimy później pod nieobecność szefa. Kiedy plotkuję, potrzebuję np. kontaktu, relaksu czy zabawy. Gdy przynoszę ciasto dla kolegów czuję potrzebę bycia w grupie, albo chcę zaprezentować swoje dodatkowe talenty. A może jedno i drugie, bo często realizujemy równocześnie kilka potrzeb.

– Sprowadzenie komunikacji do poziomu potrzeb i jasne ich zobaczenie pomoże nam nawiązać pogłębiony kontakt ze sobą, sprawdzić, co tak naprawdę się z nami dzieje – uważa specjalistka. – A znajomość samego siebie sprawi, że będziesz mieć lepsze samopoczucie, bo naprawdę zrozumiesz swoją sytuację.

Porozumienie bez przemocy pomoże nam rozprawić się z największymi wrogami komunikacji: nauczymy się wyrażać emocje bez atakowania. Dzięki temu prawdopodobieństwo, że w odpowiedzi druga strona postawi opór, będzie minimalne. Nauczymy się także przyjmować krytykę czy wrogość bez obrażania się na innych i nie tracąc szacunku dla samego siebie.

– Będziesz łatwiej osiągać swoje cele; dokładniej poprosisz o to, czego potrzebujesz, dostaniesz więc to, co cię uszczęśliwi – wylicza Orłowska. – Twoje zainteresowanie drugą osobą otworzy ją, zaprosi do dialogu, opartego na zaufaniu, a to zwiększa prawdopodobieństwo pozytywnego rozwiązania każdego problemu.

I jeszcze jedna korzyść płynąca z koncentracji na potrzebach także w miejscu pracy: przestaniesz dzielić życie na przed i po siedemnastej. W pełni sobą zwykle jesteśmy po pracy, a to sprawia, że czas strasznie nam się kurczy i codziennie okradamy się z kilku godzin świadomego bycia. NVC pozwala czuć przepływ i życie także w godzinach aktywności zawodowej.

Porozumienie bez Przemocy. Praktykuj metodę czterech kroków

Choć teoria Porozumienia bez Przemocy robi wrażenie skomplikowanej, jej stosowanie jest proste. Aby wprowadzić ją w życie, ważne jest, by uważnie praktykować następujące zasady postępowania:

Krok pierwszy: Mów, co widzisz i słyszysz, bez oceniania, wydawania moralnych osądów, przyklejania etykietek.

Najlepiej opisz sytuację, jakby była widziana bezosobowym okiem kamery. Powiedz: „Zobacz, tu dookoła leżą dokumenty, kilka pod stołem, a cały plik został w sąsiednim pokoju” zamiast: „Jesteś bałaganiarą, która wszystko gubi”. Albo: „Przychodzisz 10 minut po czasie”, a nie „Jak zwykle się spóźniasz”.

Stosowanie groźby kary, odwoływanie się do poczucia winy czy wstydu blokują komunikację. Strategie destrukcyjne nie przynoszą dobrych efektów

– Nie spychaj odpowiedzialności za swoje reakcje na coś zewnętrznego: „muszę na ciebie krzyczeć, bo to, co robisz, jest nie do przyjęcia, normalni ludzie tak nie robią, więc ja muszę tak zareagować” – ostrzega specjalistka.

Krok drugi: Ujawnij swoje uczucia, np. „Irytuje mnie to, że muszę spędzić pół godziny na szukaniu każdego podania”. Przedtem jednak dokładnie zbadaj, co się w tobie dzieje. Jesteś zdenerwowany, rozczarowany, może przytłoczony? Czujesz frustrację, bo nie jest zaspokojona twoja potrzeba, by w pełni wykorzystywać czas? Emocja to nitka do kłębka – twojego wnętrza.

Krok trzeci: Przedstaw rozmówcy swoje potrzeby, mówiąc: „cierpi na tym moja potrzeba porządku, chciałbym szybciej skończyć to sprawozdanie, a brak tych papierów mi to utrudnia”.

Krok czwarty: powiedz wyraźnie, czego potrzebujesz, by lepiej się poczuć; wyraź, co uczyni cię szczęśliwszym i co twoim zdaniem byłoby wyjściem z sytuacji.

– Uwaga: nie chodzi o to, by w kimś coś zmieniać na siłę, bo to zawsze budzi protest, ale o to, czym dane zachowanie zastąpić, by całość lepiej służyła potrzebom obu stron. Komunikat może brzmieć: „Proszę cię, byś postarał się odkładać papiery na miejsce. To sprawi, że będę mniej spięty i bardziej przyjazny” – tłumaczy Orłowska.

Inny przykład wypowiedzi bez przemocy: „Frustrujące jest dla mnie, kiedy mi ciągle przerywasz, ponieważ chcę być dokładnie zrozumiana, a do tego potrzebuję móc się swobodnie wypowiedzieć. Proszę cię, poczekaj z uwagami, aż skończę myśl”? Pamiętaj: tylko prosisz o coś, co będzie dla ciebie optymalnym rozwiązaniem! Każdym żądaniem zablokujesz komunikację. Proś „pozytywnie”: o to, co chcesz, a nie o to, czego nie chcesz.

– Od dzieciństwa jesteśmy uczeni komunikacji opartej na wyrażaniu osądów moralnych, diagnozowaniu, co z drugą osobą jest nie w porządku, na co zasługuje – mówi Orłowska. – Bardziej się skupiamy na tym, kto jest dobry czy zły, niż na tym, czego nam potrzeba. Tymczasem ocena, osądy moralne i etykietowanie (jesteś bałaganiarzem, gadułą itp.), nawet jeśli dla nas nie są naładowane negatywnie, prawie zawsze wywołują negatywną reakcję drugiej strony, jej bunt, są bowiem wkroczeniem na jej terytorium. Nie warto tego robić, jeśli chcemy zachować jej życzliwość i jeśli coś jeszcze między nami ma się wydarzyć na zasadzie dobrowolności.

Komunikację blokuje także stosowanie groźby kary, odwoływanie się do poczucia winy, wstydu, obowiązku czy używanie innych form manipulacji i nacisku. Strategie destrukcyjne być może sprawdzają się na krótką metę, ale długoterminowo nie przynoszą dobrych efektów. Kiedy nie dajesz drugiej osobie żadnego wyboru, żądasz czegoś („natychmiast przestań to robić!”), to nawet gdy żądanie zostanie spełnione, lecz nie z dobrej woli, ale np. ze strachu – przegrałeś. Atmosfera zrobi się ciężka, sterroryzowana koleżanka, choć podporządkuje ci się w jednej kwestii, znajdzie sto sposobów, by pokazać, że nie będziesz nią rządzić: rozpuści o tobie jakąś plotkę, „zgubi” ważne dla ciebie dokumenty, nie załaduje papieru do drukarki.

Szukaj w sobie

Bardzo ważną zasadą Porozumienia bez Przemocy jest odpowiedzialność za swoje emocje. Nie szukamy przyczyn na zewnątrz, ponieważ można znaleźć je tylko w środku, pośród naszych potrzeb.

– Każda nasza emocja jest wynikiem zaspokojenia bądź niezaspokojenia którejś z naszych potrzeb – uważa Orłowska. – Im silniejsza emocja, tym ważniejsza była potrzeba, której dotyczyła. Niezaspokojone potrzeby objawiają się jako złość, smutek, wściekłość, gniew, zniechęcenie, niezadowolenie, irytacja, wahanie, zagubienie. Zaspokojone jako przyjacielskość, pewność siebie, zaangażowanie, entuzjazm, promienność, ożywienie, rozbawienie. Jesteś odpowiedzialny za swoje intencje i akcje, ale nie za sposób, w jaki zostaną one przyjęte przez innych. Podobnie, to my jesteśmy odpowiedzialni za to, jak rozumiemy i przyjmujemy działania innych ludzi.

Branie odpowiedzialności za własne emocje oznacza, że nawet jeśli jesteś bardzo zły, nie obarczasz winą za to uczucie nikogo na zewnątrz. Prosty przykład: umówiłeś się z kolegą. Spóźnia się kwadrans, a ty za 45 minut masz kolejne spotkanie, jesteś więc wściekły. Inny wariant: kolega się spóźnia, ale ty nie miałeś w domu czasu przygotować się do tej rozmowy, więc teraz możesz wykorzystać ten kwadrans na nadrobienie zaległości – jesteś więc wdzięczny i zadowolony. W obu przypadkach spóźnienie kolegi jest takim samym faktem, ale twoja emocjonalna reakcja jest diametralnie różna. Wniosek: energia emocji jest zakorzeniona w tobie, jej nasilenie także od ciebie zależy – nie od innej osoby!

– W ten sposób przekierowujesz świadomość, przenosisz uwagę z zewnątrz do środka – tłumaczy Orłowska. – To pomaga odzyskać moc, wejrzeć we własne wnętrze, rozpoznać, co się z nami dzieje i sprawia, że komunikacja płynie jak rzeka, szerokim korytem. Tylko biorąc odpowiedzialność za swoje reakcje możesz z nimi pracować, zdecydować, co chcesz zrobić, odsunąć się i odizolować, żeby siebie ochronić czy może skonfrontować się z sytuacją. Może odkryjesz, że to nie twój współpracownik ma problem, ale ty nadmiernie reagujesz? To da ci szansę zobaczyć, co naprawdę stoi za faktem, że jego zachowanie tak cię porusza.

Porozumienie bez Przemocy pomoże ci lepiej zrozumieć innych

Obawiasz się, że koleżanka z pokoju nigdy nie słyszała o tej metodzie, więc twój wysiłek nie ma sensu? Wyobraź sobie, że ma! Najwspanialsze w metodzie NVC jest to, że można praktykować ją w relacjach z każdą osobą.

– Twoi rozmówcy nie muszą wiedzieć, że stosujesz NVC; nie muszą też mieć intencji, by się w ten sposób porozumiewać – podkreśla trenerka. – Jeśli jednak pozostaniesz konsekwentny i będziesz się kierować współczuciem i chęcią przyczynienia się do dobrostanu innych, metoda zadziała. Inni dołączą do ciebie w procesie, nawet jeśli trzeba będzie na to trochę poczekać.

Komunikacja bez przemocy ma jeszcze jedną zaletę: pomaga zrozumieć innych. Uczy słuchania i słyszenia, co stoi za ich wypowiedziami, nawet jeśli przyjmują one formę groźby, oskarżenia czy rozkazu. Większość z nas nie umie mówić o swoich potrzebach, mało tego, nie potrafi ich nawet rozpoznać. Ty, dzięki treningowi NVC, nie tylko poznasz i nazwiesz własne, ale także dostrzeżesz potrzeby innych, choćby były ukryte za negatywnymi komunikatami.

Ewa Orłowska, certyfikowana trenerka Porozumienia bez Przemocy, nauczycielka compassion w nurcie CBLC (Compasionate Based Living course) oraz mindfulness (uważności) dla dorosłych oraz dla młodzieży. Superwizorka treningu mindfulness, mediatorka. Prowadzi programy współczucia (compassion), uważności i uważnej komunikacji jako otwarte treningi grupowe, dla uczniów i nauczycieli. Od ponad 30 lat praktykuje medytację zen i uważność, od ponad 15 lat aktywnie zajmuje się NVC.

Lista potrzeb wg Marshalla Rosenberga

  • Samodzielność i autonomia: wybieranie własnych marzeń, celów i wartości oraz własnego planu spełniania marzeń, celów i wartości.
  • Świętowanie: celebracja kreowania życia i spełnionych marzeń, opłakiwanie straty: ukochanych osób, marzeń itp. (żałoba).
  • Spójność (integralność): autentyczność, kreatywność, przywiązywanie wagi, poczucie własnej wartości.
  • Wzajemna zależność: akceptacja, uznanie, bliskość, wspólnota, uważność, przyczynianie się do wzbogacania życia, bezpieczeństwo emocjonalne, empatia, szczerość (szczerość dająca siłę, która pozwala nam uczyć się na naszych ograniczeniach), miłość, pewność, szacunek, wsparcie, zaufanie, zrozumienie.
  • Zabawa: radość, śmiech.
  • Komunia duchowa: piękno, harmonia, inspiracja, porządek, pokój.
  • Dbałość o potrzeby fizyczne: powietrze, pożywienie, woda, ruch i ćwiczenia, ochrona przed zagrażającymi formami życia (wirusy, bakterie, owady, drapieżniki), wypoczynek, ekspresja seksualna, schronienie, dotyk.

Komunikacja bez przemocy - co jest ważne:

  • Tak bardzo, jak to możliwe, bądź tą samą osobą w pracy i w życiu prywatnym. Będąc zawsze w kontakcie ze swoimi wartościami, poprawisz sobie samopoczucie.
  • Bądź na bieżąco z przeżyciami, dawaj im wyraz bez odkładania, bo sprawy tak się „skompresują”, że powstanie mieszanka wybuchowa.
  • Gdy chcesz odmówić, podaj przyczynę i odwołaj się do potrzeby, którą chcesz zaspokoić, np. „Prosisz mnie o zastępstwo we wtorek. Chciałabym ci pomóc i równocześnie ważne jest dla mnie/ cenię dotrzymywanie umów i we wtorek będę kończyć ostatni projekt, który w środę ma być u szefa”.
  • Bądź szczery. Bycie „grzecznym” zamiast szczerym sprawia, że często później jesteś „wkurzony”. Więc powiedz: „Poczekaj chwilę, chcę przerwać, bo zaczynasz nowy wątek, a ja się pogubiłam i nie nadążam za tym, co mówisz. Pozwalam sobie na ten wtręt, ponieważ cenię szczerość”.
  • Gdy jesteś zły, też to jakoś wyraź. Nie chcesz powiedzieć drugiej osobie o swojej złości? Sprawdź sam dla siebie, co cię powstrzymuje – jaka twoja potrzeba za tym stoi? Gdy stwierdzisz, z powodu jakiej potrzeby nie decydujesz się mówić, odzyskasz wewnętrzną równowagę i będziesz pewien, że zachowałeś wewnętrzną spójność.
  • Kiedy jesteś wściekły, przekształć tę energię, nie „odpychaj” złości na później – to niezdrowe dla ciebie i dla relacji. Kiedyś te stare pokłady i tak dojdą do głosu i wyrzucisz z siebie: „W zeszłym roku też zapomniałaś złożyć się na prezent”.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Zdrowie

Naturalne nie znaczy łatwe

Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację. (Fot. iStock)
Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację. (Fot. iStock)
Dzisiaj nikt nie kwestionuje naukowych argumentów przekonujących, że najlepszym pokarmem dla dziecka jest mleko matki. Nadal jednak pokutuje na ten temat wiele mitów i przekłamań.

W różnego rodzaju badaniach, między innymi przeprowadzonym przez Kantar w 2015 roku wynika, że ponad 90 procent kobiet w ciąży deklaruje chęć karmienia piersią. Przyszłe mamy na ogół doskonale znają zalecenia Światowej Organizacji zdrowia (WHO) i Amerykańskiej Akademii Pediatrii, które mówią: karmimy wyłącznie piersią przez pierwsze 6 miesięcy życia dziecka, potem kontynuujemy ten sposób odżywiania tak długo, jak możemy i chcemy. Od 6. miesiąca życia wprowadzamy też inne pokarmy, ale mleko matki (bądź modyfikowane) jest podstawą żywienia do 12. miesiąca życia. Po tym okresie  karmienie mlekiem matki jest zalecane ze względów innych niż tylko żywieniowe - zawiera wiele elementów potrzebnych dla zdrowia i rozwoju dziecka, wspiera jego odporność, rozwój mózgu, zapewnia bliskość, poczucie bezpieczeństwa i komfort, zmniejsza ryzyko SIDS, otyłości i wystąpienia cukrzycy typu 2. Przy czym, jak zauważa Aneta Korcz, doradczyni karmienia noworodków, pielęgniarka w Royal Berkshire Hospital w Reading, karmienie ma także korzyści zdrowotne dla mam: wspomaga zwijanie macicy do jej wielkości sprzed ciąży, może zmniejszyć krwawienie, obniża ryzyko wystąpienia osteoporozy, raka jajnika - im dłużej karmimy piersią, tym mniejsze ryzyko.

Większość przyszłych matek ma tego świadomość. Zamierzają karmić piersią także dlatego, że to wydaje im się po prostu wygodne. Dlaczego zatem nie wszystkie z tych, które deklarują chęć karmienia piersią, potem to robią?

Fabryka mleka

Marta Moeglich - promotorka karmienia piersią i doula, współtwórczyni przestrzeni wsparcia dla mam „Babki z piersiami” - widzi dwa obszary przyczyn, o które jej zdaniem trzeba zadbać. Pierwszy to edukacja na temat laktacji.

- Bardzo często kobiety, które mają rodzić, nie wiedzą jak działa laktacja. Przy czym chcę wyraźnie zaznaczyć, że to nie ich wina, tylko braku edukacji na ten temat na lekcjach biologii, przez lekarzy prowadzących kobietę w ciąży. Wiele kobiet ma w głowie wizję, że wystarczy przystawić dziecko do piersi i od razu poleją się hektolitry białego płynu. A tak nie jest. Białe mleko pojawia się dopiero po kilku dniach, na początku jest siara. Też bardzo wartościowa! Nawet jeżeli więc kobieta w ogóle nie zamierza karmić piersią, to warto podać dziecku siarę, bo to działa jak pierwsza szczepionka. Można ją zebrać jeszcze przed porodem.

Ekspertki od karmienia zgodnie podkreślają, że niewiedza na temat laktacji to jedna z głównych przyczyn problemów z karmieniem piersią. Część matek po prostu nie ma świadomości, że tuż po porodzie mleko może się nie pojawić (a pojawia się siara, w drobnych kropelkach) i że to jest normalne. Mama, która tego nie wie, myśli: nie mam mleka, więc podam mieszankę. A jak podaje mieszankę to nie rozkręca laktacji. A jak nie rozkręca laktacji, to mleko rzeczywiście się nie pojawia. I tak powstaje błędne koło, w które wpada część młodych mam.

Marta Moeglich: - Warto wiedzieć, że mleko powstaje wtedy, gdy dziecko jest przystawiane do piersi na żądanie albo gdy laktacja rozkręcana jest laktatorem (choć ten zawsze będzie działał gorzej niż dziecko, bo jest maszyną, do której nic nie czujemy i nie produkuje śliny). Wtedy przysadka mózgowa dostaje informację o zapotrzebowaniu na mleko, przekazuje ją do piersi, które to mleko produkują. Nie ma tak, że dziecka się nie przystawia albo nie pobudza się piersi laktatorem, a mleko się pojawia. Tak, niestety, nie będzie.

Promotorki karmienia walczą z nadal dość powszechnymi praktykami podawania sztucznych mieszanek w szpitalach. Z rozpędu, bo tak jest wygodnie. Efekt takich praktyk jest niestety taki, że dziecko najedzone mieszanką, niechętnie ssie pierś. A niestymulowana pierś nie produkuje mleka. Promotorki porównują ten proces do produkcji w fabryce. Jeśli fabryka dostanie małe zamówienie, produkuje mniej, jeśli duże – więcej.

- Kiedy pojawia się problem i matka nie może karmić, bo tak też się zdarza, to zamiast butelki warto próbować podawać mleko matki na małym palcu, łyżeczką albo kubeczkiem – podpowiada Marta Moeglich. - Te sposoby mniej zaburzają odruch ssania niż butelka, która powinna być podawana w ostateczności. Przy czym warto zaznaczyć, że są sytuacje, kiedy butelka się sprawdza, na przykład w przypadku słabego odruchu ssania.

Lekarze zwracają uwagę, że niemowlę może nie chcieć ssać z wielu przyczyn, innych na każdym etapie karmienia. Na przykład z powodu nieprawidłowej techniki podawania piersi, bólu wywołanego pleśniawkami, ząbkowaniem, dlatego, że mleko wypływa za szybko lub nie wypływa w ogóle. Przeszkadzać może maluchowi nawet silny zapach perfum mamy. Może odmawiać ssania także z powodów medycznych, na przykład dlatego, że jest ospałe pod wpływem leków podanych w czasie porodu.

Cenna pomoc 

Marta Moeglich zwraca uwagę na inny powód niechęci do ssania – za krótkie wędzidełko (czyli błonka pod językiem). - Doświadczona certyfikowana doradczyni laktacyjna potrafi ocenić wędzidełko. Niestety, czasami jednak upływa dużo czasu zanim zostanie postawiona prawidłowa diagnoza. I teraz wyobraźmy sobie, że noworodek z za krótkim wędzidełkiem dostaje mieszankę. To nie rozwiązuje ani obecnego problemu ze ssaniem, ani przyszłego z mówieniem, bo wędzidełko wpływa na pracę języka. Podcięcie wędzidełka nie rozwiąże problemu jeśli technika przystawiania jest nieprawidłowa. Nie każda mama, zwłaszcza po trudnym porodzie, potrafi ocenić swoją sytuację. Dlatego tak ważna jest pomoc ekspertek laktacyjnych, które ocenią problem i doradzą, co z nim dalej robić. Chodzi o zdrowie dziecka, ale także o to, by nie zaburzyć odruchu ssania. Na oddziałach położniczych jest jednak wiele pacjentek, a doradczyni jedna, w dodatku ma określony czas pracy.

Gdy pojawia się problem z karmieniem, w głowach, nie tylko mam, ale także ludzi wokół niej, pojawia się butelka - cudowne rozwiązanie na wszystko: płacz niemowlęcia, spadek na wadze, budzenie się nocy.

- Sztuczna mieszanka została stworzona po to, żeby ratować zdrowie i życie niemowląt. To jedyna jej rola – przypomina Marta Moeglich. – Ale przez działania promocyjne producentów mieszanek, które sięgają lat 70., stała się lekiem na wszystkie problemy z karmieniem. Bywa używana nie zawsze wtedy, gdy trzeba, czyli kiedy jest niezbędna do ratowania życia dziecka. To trochę tak, jakby stosować antybiotyk zanim poda się lżejsze leki, tak na wszelki wypadek.

Promotorka karmienia uważa, że mieszanka powinna być traktowana jak lek i jeśli jest podana w szpitalu - być uwzględniana w karcie medycznej dziecka. Z wyjaśnieniem przyczyn jej zastosowania. Czyli, że na przykład dziecko dostało butelkę dlatego, że spadło na wadze powyżej 10 procent wagi urodzeniowej. Ale nawet wtedy można dokarmiać odciągniętym mlekiem matki (wcześniaki  mlekiem z Banku Mleka - dopóki mama nie rozkręci laktacji), a dopiero potem mieszanką. Ta nie powinna być pierwszym wyborem, ale najczęściej niestety jest.

Ważna umiejętność

Promotorki karmienia obalają kolejny mit, jakoby dziecko karmione mieszanką lepiej spało, natomiast karmione piersią częściej się budziło: - Budzenie się noworodków w nocy jest fizjologiczną normą – mówi Marta Moeglich. - Zdarzają się oczywiście noworodki przesypiające całą noc, ale rzadko, większość budzi się kilkakrotnie i to normalne. Mama myśli, że skoro się budzi, a dziecko karmione mieszanką – jak słyszała – przesypia całą noc, to może powinna dokarmiać. To błąd. Bo mleko modyfikowane jest cięższe, dziecko czuje się po nim trochę tak, jak dorośli po zjedzeniu porcji kaczki z kluskami i kapustą. Czyli sennie, ospale. Natomiast mleko matki jest jak lekkostrawna sałatka, która nie obciąża.

Aneta Korcz: - To noworodek, który nie budzi się na karmienia powinien zwrócić naszą uwagę. Dziecko po urodzeniu nie ma uregulowanego trybu snu, nie rozpoznaje dnia i nocy jak dorosły, zatem u noworodków ważne są karmienia na żądanie, ale nie rzadziej niż 7-8 razy na dobę. Głód na ogół nie jest przyczyną budzenia się w nocy dziecka w wieku poniemowlecym, natomiast  noworodki i niemowlęta budzą się głównie dlatego, że są głodne. O wszystkich niepokojach warto porozmawiać ze specjalistą.

Nie do końca da się obronić kolejny sąd, że wiele kobiet nie ma pokarmu. Może to być spowodowane na przykład działaniem niektórych leków albo schorzeń, jak zespołu policystycznych jajnikow, bądź niedorozwojem tkanki gruczołowej. Ale to bardzo rzadka przyczyna, ma ją co najwyżej 4 procent kobiet w wieku rozrodczym.

Aneta Korcz: - Jeśli piersi są odpowiednio stymulowane to pokarm zazwyczaj się pojawia. A to, że nie ma go w pierwszej dobie po porodzie (lub dłużej jeśli nie ma stymulacji) jest dość częste i fizjologiczne. Mało mówi się o możliwości stymulacji piersi i odciąganiu siary przed porodem, a  to bardzo wartościowa umiejętność. Można, powiedzieć, że dzięki temu, zaczynamy rozkręcać laktację, aby po przyjściu na świat dziecko miało łatwiej. W dodatku, jeżeli mamie uda się zebrać nawet kilka mililitrów do strzykawki, a z przyczyn medycznych nie będzie mogła być z dzieckiem, to ten pokarm zostanie mu podany. Często kobieta po porodzie, jeśli jest rozdzielona z dzieckiem, w ramach wsparcia dostaje laktator. A w pierwszych dwóch dobach laktator zazwyczaj nie ma sensu. Ważna jest regularna, imitująca karmienia, stymulacja własną ręką, zbieranie kropelek. Żaden laktator nie zbierze tyle mleka co dziecko. Jest to szczególnie istotne, u mam wcześniaków, które, jeśli są rozdzielone z dzieckiem, poddają się nie widząc efektów używania laktatora w pierwszych dobach.

Doradczynie laktacyjne powtarzają do znudzenia: żeby matki karmiły piersią, trzeba kłaść większy nacisk na edukację na temat tego, jak przebiega laktacja, jak ją stymulować, jak ważne jest kangurowanie, kontakt skóra do skóry. W tym obszarze w dalszym ciągu jest wiele do zrobienia. Także w szpitalach.

- Wiele z nich ma status Szpitala Przyjaznego Dziecku, co bardzo mnie cieszy, ale nie wszędzie ten tytuł jest w pełni rozumiany, a wartości tej inicjatywy –przestrzegane – uważa Aneta Korcz.

Szpital powinien móc umożliwić mamie karmienie dziecka nie tylko wtedy, gdy znajduje się ona na oddziale położniczym, ale i na innych, oczywiście gdy jej stan zdrowia na to pozwala. Powinna mieć możliwość częstego przychodzenia do dziecka na oddział noworodkowy, mieć dostęp do laktatora jeśli sama trafia na oddział. Wiedzę, o której mówimy, powinny posiadać, a przynajmniej mieć spisane odnośniki i stosować je w praktyce, wszystkie osoby sprawujące profesjonalna opiekę nad matka i dzieckiem, ale czasami wystarczy po prostu ludzka troska.

Marta Moeglich: - Drugim obszarem, który powinien być lepiej zaopiekowany, nawet nie wiem, czy nie ważniejszym od edukacji, jest siatka wsparcia dla kobiet. Mam na myśli wsparcie zarówno pod kątem karmienia, jak i w ogóle wchodzenia w macierzyństwo, które potrafi, oj potrafi, dać kobiecie po głowie.

Aneta Korcz: - To wsparcie profesjonalne niestety nie jest w Polsce powszechne i dostępne dla każdej kobiety. Jest niejednolite i nieukierunkowane podmiotowo. Żeby to zmienić, potrzebne są zmiany systemowe, nie wystarczy jedno szkolenie, jednego czy dwóch członków zespołu na cały szpital. Ta wiedza musi być uaktualniana i podawana  dalej, regularnie przez wszystkich opiekujących się kobieta i dzieckiem, w szpitalu, w przychodni, w szkole rodzenia.

Więcej luzu

Chodzi o to, żeby mamy mogły liczyć na pomoc promotorek karmienia, certyfikowanych doradczyń, położnych, pielęgniarek, douli. Ale także bliskich osób, które przyniosą obiad, powiedzą: odpuść sobie wszystko, siadaj w fotelu, tul dziecko, rozkręcaj laktację. Jeśli tego oczywiście chcesz i potrzebujesz.

Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację.

- Podczas karmienia wydzielana jest oksytocyna, hormon szczęścia, związany z przyjemnością – wyjaśnia Marta Moeglich. - Natomiast gdy się napinamy i stresujemy, to zamiast oksytocyny wydziela się kortyzol, hormon stresu.

Więc danie sobie trochę luzu jest bardzo ważne. Mogą w tym pomóc inne kobiety, partner, profesjonalne doradczynie. A często kobiety nie mają wsparcia ani przestrzeni, żeby zaopiekować się sobą. Poddawane są za to presji zarówno w sprawie karmienia, jak i zaprzestania.

No właśnie, kiedy przestać karmić? Aneta Korcz: - Uniwersalna odpowiedź na to pytanie mogłaby być taka: mama kończy karmić wtedy, kiedy ona lub dziecko podejmują taką decyzję. Nie ma dobrego i złego momentu. A może inaczej: każda decyzja w tej sprawie podjęta przez mamę, jest dobra, ale wiąże się z pewnym procesem i niesie za sobą określone konsekwencje. Czasem dziecko samo rezygnuje z piersi i mówimy wtedy o samoodstawieniu. A zalecenia medyczne do zaprzestania karmienia piersią? Na przykład zakażenie mamy przez wirusa HIV, zapalenie wątroby typu B, C, czy inne schorzenia związane z ryzykiem zakażenia dziecka. Ale to bardzo rzadkie sytuacje. Na pewno warto zwrócić uwagę na samopoczucie i emocje towarzyszące karmieniu. Jeśli staje się ono niekomfortowe pod względem psychicznym to jest to wystarczający argument, by zakończyć karmienie.

Aneta Korcz wyjaśnia, że inaczej wygląda odstawianie dziecka w pierwszym roku życia. Wtedy trzeba zadbać o podanie mu mleka modyfikowanego, tzw. jedynki, czyli mleka początkowego (takiego mleka nie wolno reklamować, jak mlek następnych). Niemowlęciu 7-8- miesięcznemu można podać mleko niekoniecznie w butelce, ale na przykład z kubeczka. Taki sposób wart jest rozważenia, ponieważ zdejmuje potem problem odstawiania od butelki.

- Decyzja należy jednak do rodziców – mówi Aneta Korcz. – Jako doradcy chcemy wspierać te decyzje, które rodzice sami podejmują.

Jak wyhamować

Ekspertki od karmienia zauważają, że z odstawieniem dziecka od piersi jest bardzo podobnie jak ze startem do karmienia. Wokół tych dwóch spraw nabudowano mnóstwo mitów, które narzucają mamom, co powinny robić, a czego nie, wbrew ich pragnieniom. Ta presja działa w dwie strony – zarówno, gdy sugeruje im się karmić dłużej niż by chciały, jak i krócej, na przykład do roku. Słyszą tak czasem od lekarza ortopedy, teściowej lub pani w żłobku. Chce pani posłać półtoraroczne dziecko do żłobka? To musi pani odstawić je od piersi – autorytatywnie wypowiada się wychowawczyni w żłobku. Bo jeżeli nie, to będzie mu trudniej znieść rozłąkę.

- A to nie jest prawdą – mówi Marta Moeglich. - Wręcz przeciwnie, pierś pomaga ukoić dziecięce emocje, które w tym trudnym momencie się pojawiają, bo pójście do żłobka to duża zmiana w życiu małego człowieka. Inna sprawa jest taka, że pierś w społecznym postrzeganiu służy głównie do seksu. Może dlatego karmienie powyżej roku jest źle widziane. Natomiast w świecie laktacyjnym długie karmienie zaczyna się dopiero powyżej dwóch lat. Dla każdej mamy oznacza to jednak co innego. Dla jednej długo to 8 miesięcy, dla innej rok, dla innej trzy lata. Jeśli chce skończyć przed rokiem, to ją w tym wspieramy. Tak samo jak wesprzemy mamę, która chce karmić trzy lata. Ale jeżeli za pół roku zmieni zdanie, to też ok.

Jak podkreślają ekspertki, kończenie karmienia nie jest zerojedynkowe – wszystko albo nic. To nie odbywa się tak, że dzisiaj karmimy kilka razy dziennie, a jutro całkowicie odstawiamy. Można karmienie zredukować do pór, kiedy dziecko zasypia. Albo do karmienia tylko nocą. Można utulać karmieniem po powrocie ze żłobka. Każda mama robi tak, jak uważa i nikomu nic do tego.

Aneta Korcz przyznaje, że odstawienie od piersi kilkulatka może być trudne. To proces zarówno biologiczny, jak i emocjonalny. Wymaga z jednej strony wyhamowania laktacji, a z drugiej – podjęcia wewnętrznej decyzji bez poczucia winy. Zanim podejmiemy decyzję o sposobach na zaprzestanie karmienia warto zadać sobie pytanie dlaczego chcemy przestać karmić. Motywacja może być inna jeśli rozważamy to w pierwszych tygodniach po porodzie, a inna po roku, dwóch czy trzech latach.

To, że wiele kobiet deklaruje chęć karmienia piersią, a rezygnuje z niego po paru tygodniach najczęściej spowodowane jest bólem, obawą o zdrowie dziecka, a te często wynikają z braku realnego wsparcia otoczenia i personelu medycznego. Instruktaż prawidłowego przystawienia noworodka, pozycja ciała, odchylenie główki, ocena wędzidełka, ocena dolegliwości ze strony mamy powinny odbyć się kilkukrotnie w pierwszych tygodniach. Wszystkie te czynniki wpływają na to, czy dziecko najada się, czy prawidłowo przybiera na masie, czy karmienie jest dla mamy komfortowe. Czasami mamy, kończą karmienie przed zajściem w kolejna ciążę. Z biologicznego punktu widzenia nie muszą tego robić, jeśli nie ma wskazań medycznych, a jeśli  chcą, to jest wystarczający powód.

Aneta Korcza: - Na pewno warto próbować kończyć karmienie jak najmniej agresywnie. To znaczy stopniowo, rozkładając ten proces w czasie. Bywa, że mama jest zmuszona sytuacją, żeby przestać karmić jak najszybciej. Wtedy zdarza się, że przepisywane są leki, inhibitory prolaktyny, które szybko hamują laktację, ale z kolei skutki uboczne mogą być bardzo dokuczliwe. Takie rozwiązanie jest wskazane w pewnych sytuacjach, ale na pewno nie powinno się po nie sięgać rutynowo. Kończenie karmienia to długi proces, może trwać kilka tygodni, a nierzadko kilka miesięcy. Karmienie kilkulatka odbywa się często raz dziennie lub co parę dni. Ale chcę uspokoić – samoodstawienie nastąpi na pewno zanim dziecko pójdzie do szkoły.

Nie tylko w głowie

Aneta Korcz wylicza sposoby wspierające proces odstawiania. Po pierwsze: to sukcesywna redukcja karmień (produkcja mleka będzie się zmniejszać na zasadzie popytu i podaży). Po drugie: zaangażowanie innych, w tym partnera, w kontakt z dzieckiem, kiedy prosi ono o pierś (może pomóc wyjście mamy na spacer). Po trzecie: przeniesienie uwagi dziecka na coś innego co ono lubi, na przykład zabawę, czytanie. Po czwarte: zaproponowanie alternatywy: wody, mleka z kubka, czegoś do zjedzenia. Jeśli jesteśmy w trakcie procesu odstawiania, a jednak zdecydujemy się na podanie piersi, to warto wcześniej zaproponować coś do picia. Po piąte - zapewnienie, że malec zawsze może się przytulić. Po szóste - odciągnięcie karmienia w czasie (po kąpieli, po śniadaniu, po przedszkolu). Albo wymyślenie nowego rytuału w zamian za jedno karmienie. Warto być konsekwentnym i nie proponować piersi, kiedy dziecko nie wspomina, tak na pocieszenie, ale też nie mówić bezwzględnie „nie”, kiedy prosi. Raczej warto unikać rozpoczęcia odstawiania wtedy, gdy w życiu dziecka zachodzą duże zmiany, na przykład idzie do przedszkola. Trzeba liczyć się z przejściowymi, możliwymi konsekwencjami odstawienia dla mamy, to jest z obniżeniem nastroju, przepełnieniem piersi, zapaleniem gruczołu (najczęściej przy nagłym odstawieniu) i wiedzieć, jak im zaradzić. Dobrze jest ograniczyć produkty wzmagające laktację (słód jęczmienny) oraz mieć kontakt do lekarza lub specjalisty laktacyjnego.

Tu i ówdzie słyszy się obawy, że długie karmienie piersią zagraża autonomii malca.

- Jest wręcz przeciwnie – odpowiada Aneta Korcz. – Mówią o tym zarówno badania, jak i moje doświadczenie. Obserwuję mianowicie, że karmienie piersią umacnia poczucie bezpieczeństwa dziecka, a to z kolei buduje jego poczucie własnej wartości, a więc także autonomię.  Na poczucie bezpieczeństwa i wspieranie autonomii wpływa wszystko co robimy: pozwalanie na samodzielność w innych sferach, rozumienie  tego, co dziecko sygnalizuje, okazywanie bliskości w innych sytuacjach niż karmienie piersią. Jeżeli akt karmienia piersią jest jedynym momentem, kiedy dziecko jest z mamą blisko to odstawienie może być trudniejsze, bo dziecko będzie zabiegać właśnie o tę bliskość.

Marta Moeglich: - Mówi się, że karmienie siedzi w głowie. My, promotorki karmienia, nie lubimy tego określenia. Bo kobiety się obwiniają, jeśli coś potem pójdzie nie tak. Myślą: z tą moją głową chyba nie jest w porządku, skoro zawaliłam, widocznie za mało się staram, za mało chcę. Głowa jest oczywiście ważna, ale czasem nie przeskoczymy tego, co ktoś nam wcześniej rozwalił. Bardzo często dużo złego dzieje się w szpitalach. Jeśli mama nie dostała tam wsparcia od specjalistów i nie rozkręciła laktacji, to czasem trudno jej to naprawić. No chyba że wykaże się dużym samozaparciem, zainwestuje w doradczynie laktacyjne, bo to też kosztuje, choć to wciąż będą mniejsze pieniądze niż cena karmienia mieszanką.

Promotorki karmienia podkreślają: karmienie piersią jest naturalne, ale nie znaczy, że łatwe. Matka i dziecko mają wszystko, co do karmienia niezbędne od strony fizjologicznej. Ale karmienia trzeba się najzwyczajniej w świecie nauczyć. A do tego potrzeba edukacji i wsparcia.

  1. Styl Życia

Poprawność polityczna - terror czy lek na całe zło?

Napis
Napis "Stop calling me murzyn" ("Nie nazywaj mnie murzynem") pojawił się na jednym z transparentów podczas ubiegłorocznych protestów przeciwko rasizmowi, które odbyły się pod Ambasadą USA w Warszawie. Stał się on symbolem i początkiem społecznego dyskursu na temat poprawności politycznej. (Fot. Rafal Milach/Magnum Photoss/Forum)
Czy przepuszczanie kobiet w drzwiach jest dziś przejawem seksizmu, czy oznaką dobrego wychowania? A słowo „murzyn” to już obraza czy wciąż akceptowalne określenie? Afroamerykanin – przesada czy zwrot politycznie poprawny? Czym jest polityczna poprawność, kiedy się kończy, a zaczyna szaleństwo, zastanawia się filozofka Agata Bielik-Robson.

Artykuł pochodzi z archiwum miesięcznika "Zwierciadło". 

Polityczna poprawność panuje w świecie zachodniej cywilizacji, szczególnie w Ameryce Północnej. Niektórzy uważają, że zjawisko ma już charakter terroru języka i myśli, inni – że to najlepsza metoda, by naprawić dawne krzywdy, które dotyczą wielu grup społecznych.
Polityczna poprawność (political correctness) – pp, zakłada, że w świecie jest wiele zła, na które zapracowały rozmaite tradycje. I że to wszystko mieszka w języku. A ten można zmienić, unikając pewnych tematów i używając nowych słów, a tym samym zmieni się rzeczywistość. Ja jednak nie wierzę w moc zmiany myślenia przez samą tylko językową represję, czyli w to, że jeżeli zapanujemy nad językiem i wyrugujemy wszystkie mroczne stereotypy, pejoratywne określenia dotyczące jakiejś grupy etnicznej, obyczajowej, to znikną problemy. Jeden z ciętych publicystów amerykańskich Robert Hughes nazwał tę wiarę „lingwistycznym Lourdes”. Zanurza się jakąś brzydką frazę w tym Lourdes i wychodzi nam Przenajświętsza Panienka. Pisarz Saul Bellow także był przekonany, że tego rodzaju wiara w językowy cud nic nam nie pomoże i że lewica, która zainwestowała w pp, przestała widzieć obiektywną rzeczywistość i tylko udaje, że rozwiązuje jej problemy. Poza tym pp nie jest po prostu tylko fenomenem lewicowym. Cywilizowani ludzie przecież zawsze stosują jakąś poprawność, moja jest częścią elementarnej grzeczności.

Nie lubię stereotypów, nie sprawia mi przyjemności obrażanie ludzi generalizacjami. Zawsze więc będę bronić pp jako stałego elementu cywilizowanej gry – ale już nie jako strategii rozwiązywania społecznych problemów.

Nowością naszych czasów jest egalitaryzm też w chamstwie, każdy może wszystko powiedzieć, każde głupstwo i każdą podłość. Może więc był czas, by użyć radykalnych metod?
Tak, to jest jakaś korekta wobec populizmu, masowego gniewu, namierzania wroga, zrzucania zła na obcego. Warto się jednak zastanowić nad granicami takiej językowej represji, bo tłumienie bywa bardziej szkodliwe niż ujawnianie. Ludzie w Polsce często posuwają się do absolutnego chamstwa między innymi dlatego, że czują, że ich poglądy nie są w ogóle akceptowane i wyrażają swoje prawo do wolności słowa w sposób histeryczny. Tu trzeba umiejętnie ważyć między liberalnymi przywilejami a skądinąd słusznym postulatem ograniczania w sferze publicznej tak zwanej mowy nienawiści. Ja opowiadam się za liberalną ogładą i za wychowywaniem do obywatelskości, czyli do postawy, w której obywatele uczą się występować w sferze publicznej bez miotania obelg, bez wściekłości i wrzasku.

Kultura zawsze jest jakąś formą represji, małej i dużej, a więc poprawności.
Oczywiście, nie ma kultury bez represji. A język pozornie można najłatwiej nareperować. Teoria pp głosi, że w języku są pokłady zła, które trzeba i można wyeliminować. Mężczyzna, nazywając kobietę choćby kobitką, może nie zdawać sobie sprawy, że to lekceważące, choć dziś trudno już w to uwierzyć. Zwolennicy politycznej poprawności dowodzą, że język jest tak skonstruowany, że odzwierciedlają się w nim wszystkie nierówności, tymczasem  użytkownik języka ma wrażenie, że używa go na sposób przezroczysty. Tak nie jest. Język rzadko kiedy bywa neutralny. Dlatego niezbędnym elementem liberalnej ogłady jest uświadomienie sobie, że język także potrafi ranić: to się nazywa symboliczną przemocą, często nie mniej bolesną niż przemoc realna.

Nieuchronnie jednak pojawia się kwestia granic: represji dozwolonej i koniecznej, która jednak może stać się niepotrzebną opresją. Nie tak dawno w Stanach prezydent Obama nazwał przewodniczącą sądu najwyższego najurodziwszym sędzią, z jakim kiedykolwiek miał do czynienia. Uwaga sama w sobie zupełnie niewinna, u nas przeszłaby raczej niezauważona, a we Francji pewnie uznano by ją za komplement, nawet tamtejsze feministki by się nie oburzyły. Tam natomiast oburzyli się wszyscy, nawet konserwatyści uznali uwagę za seksistowską. W Stanach zatem pp potrafi stać się narzędziem kolejnej opresji. Oto dowód, że nie ma takiej doktryny, nawet szlachetnej, której ludzkość nie potrafiłaby obrócić w pretekst do terroru.

Po zamachu w Bostonie w „Wall Street Journal” znalazłem taką informację: „Policja nie powinna powstrzymywać się od obserwowania grup muzułmanów i imigrantów tylko dlatego, że to politycznie niepoprawne”.
Można istotnie zabrnąć tak daleko, że w ogóle nie będzie można powiedzieć nic, wypowiedzieć żadnego społecznego niepokoju, roszczenia – nawet wobec zwolenników radykalnego islamu, których normy stoją w jawnej sprzeczności z prawem liberalnym. Anglicy, którzy na co dzień borykają się z tym problemem, bronią się przed naporem opresyjnej poprawności dzięki swojemu poczuciu humoru. Dzięki wrodzonej ironii potrafią z wdziękiem używać stereotypów w sposób, który nie rani bezpośrednio. Ale kiedy w ogóle nie można odwołać się do stereotypu, to nie można też zażartować. Żart umiera, nie ma żartów w sferze publicznej określonej wyłącznie przez polityczną poprawność stosowaną z absolutnie purytańską powagą. Obama niewinnie zażartował i obiekt jego niewinnego żartu poczuł się natychmiast głęboko urażony.

Żart czasami bardzo zawstydza, więc upokarza…
Dobry żart jest skomplikowaną grą społeczną, Anglikom jakoś to się udaje. Mam wrażenie, że potrafią robić to z wdziękiem, że oparli się surowej purytańskiej mentalności, która nas nadmiernie dyscyplinuje.

A jak to zjawisko widzisz w Polsce?
Jesteśmy w tej kwestii daleko za Stanami, nawet za Francją. A Francja jest chyba najmniej politycznie poprawnym krajem zachodnim. Niektórzy nasi politycy, którzy chcieliby nawiązać kontakt z Europą, postrzegają polityczną poprawność jako wymóg dostosowania się do standardu cywilizacyjnego – z czym jak najbardziej się zgadzam. Tymczasem inna grupa polityków jest przekonana, że w ten sposób „sprzedajemy się” obcej kulturze i rzekomo wyzbywamy tradycyjnych polskich swobód sarmackich, wchodzą w tę grę na zasadzie buntu, piętnując i wyśmiewając polityczno-poprawnościowe zachowania „lemingów”. Kiedy więc nazywa się panią Muchę ministrą, jak zażyczyło sobie nasze lobby feministyczne, żartują sobie z tego w sposób niewybredny i świadomie łamią pewne tabu. Mówią tym samym: tu jest Polska, tu się mówi inaczej, tu się mówi, jak kto chce. W Polsce polityczna poprawność przyjęła się zatem jako wyobrażenie pewnego standardu cywilizacji, który jest przez elitarną mniejszość traktowany jako swój, już głęboko uwewnętrzniony, przez większość jednak odbierany jako obcy. PiS cały czas mówi o terrorze politycznej poprawności, tak samo cała rzesza prawicowych publicystów, dla których jest on tożsamy z obcym wpływem zachodniego liberalizmu.

Ale ta poprawność do nas przyszła bocznymi drzwiami, zadomawia się, nawet ci, którzy się buntują, częściowo jej ulegają…
Według prawicy to „Gazeta Wyborcza” narzuciła polskiemu społeczeństwu polityczną poprawność jako obcy standard cywilizacji zachodniej, a nie polskiej. Prawica chciałaby pełnej restytucji przywilejów sarmackich (oni to nazywają prawdziwą wolnością republikańską), gdzie każdy chlapie, co mu ślina na język przyniesie. Tak pojęty „republikanizm” ma się nijak do liberalizmu: to rzeczywiście dwa różne światy.

Antygejowska wypowiedź Wałęsy, kontrowersyjne wypowiedzi Joanny Szczepkowskiej były jednak ostro komentowane.
Wałęsa wyraził się wyjątkowo głupio i, niestety, to nie była tylko kwestia wyrażenia się: on rzeczywiście tak myśli. Inna sprawa, kiedy za drażniącymi wyrażeniami nie musi koniecznie stać pogardliwy pogląd. Na przykład prości ludzie często używali pobłażliwego określenia „żydek”, ale w filmie „W ciemności” Agnieszki Holland główny bohater, który ryzykuje życie dla ocalenia Żydów w kanałach, nazywa ich właśnie – z dumą – „swoimi żydkami”. I wtedy już nie sposób rzucić w niego kamieniem, choć z punktu widzenia dogmatycznej politycznej poprawności popełnia on grzech nad grzechy. Samo zło. A tymczasem jego czyny są dobre.

Z Żydami nie ma żartów, bo był Holokaust. Jak po latach wracam do powieści Żeromskiego i Prusa, to właśnie na tle naszych nowych czasów jestem w szoku, jak w ich języku funkcjonują słowa „Żyd” i „żydek”. To byli szlachetni ludzie, wolni od uprzedzeń, ale w języku odbija się duch czasu, który, jak się potem okazało, zmierzał w kierunku Holokaustu…
To prawda. Ja jednak jestem przeciwna poprawnościowemu lustrowaniu tych nieszczęsnych białych martwych mężczyzn – ustawy nie mogą działać wstecz! Wytwarza to nieprzyjemne poczucie purytańskiej wyższości. Dlatego przytoczyłam przykład sprawiedliwego, którego postanowiła uhonorować Agnieszka Holland, bo choć mówił on wątpliwym językiem, to jednak nie przejął się antysemickim „duchem czasu”, a nawet odważnie się mu przeciwstawił. Naprawdę czyny są ważniejsze od języka. Polityczna poprawność potrafi także maskować naszą całkowitą polityczną bierność, a nawet obojętność. Możemy mówić doskonale wycyzelowanym językiem i jednocześnie nie robić dla naszych bliźnich absolutnie nic dobrego. Tu się przypomina przestroga św. Pawła: „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący”. Leopold Socha nie mówił politycznie poprawnym językiem dzisiejszych purytańskich aniołów, ale za to był dobrym człowiekiem. Dla mnie to ważniejsze.

Porównaj publiczną rozmowę, ale też te przy stole w Polsce i na Zachodzie…
W polskiej tradycji mówi się bardziej otwarcie. Nasza konwersacja jest w porównaniu z purytańską żywiołowa i substancjalna, dużo się dzieje. A ideał politycznej poprawności to najlepiej nic nie mówić. Nie możesz nic mocnego powiedzieć o kobietach, o mężczyznach, nic o chrześcijanach, nic o żydach, muzułmanach.

Kiedy wylatujesz z Polski do Anglii, zmieniasz sposób mówienia?
Jest tylko jedna sprawa, gdzie się cenzuruję, to mówienie o islamie. W Polsce nie obawiam się powiedzieć wprost, co myślę o tej religii, mówię, że jej nie lubię (skandaliczny stosunek do kobiet, antyliberalizm). Dla mnie islam oznacza zniewolenie, co obce naszej mentalności. Ale gdybym w Anglii coś takiego powiedziała na zajęciach, następnego dnia zawezwałby mnie rektor. A tak naprawdę myślę, że nie ma idealnej metody wykorzeniania zła z jakichkolwiek relacji międzyludzkich, trzeba po prostu zachować zdrowy rozsądek i umiar.

Agata Bielik-Robson, ur. w 1966 r.; polska filozofka zajmująca się filozofią podmiotowości, postsekularyzymem, myślą judaistyczną oraz wpływem psychoanalizy i formacji romantycznej na filozofię. Pracuje na Wydziale Teologii Uniwersytetu w Nottingham oraz w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, wykłada w Collegium Civitas, Szkole Nauk Społecznych i Ośrodku Studiów Amerykańskich UW. Członek stowarzyszenia naukowego Collegium Invisibile.