1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Film „Kamienie na szaniec” w ujęciu psychologa

Film „Kamienie na szaniec” w ujęciu psychologa

materiały prasowe
materiały prasowe
Jak radzimy sobie ze stratą w życiu? Jak zachowalibyśmy się w sytuacji zagrożenia? Film „Kamienie na szaniec” komentuje Justyna Glińska, psycholog z Poradni Centrum-Ja.

Sorry, Polsko, po kanałach z karabinem nie biegałabym; nie oddałabym ci, Polsko, ani jednej kropli krwi; nie każ walczyć, nie każ ginąć; lepszy żywy obywatel niż martwy bohater” – śpiewa Maria Peszek, wyrażając głos młodego pokolenia. Tymczasem Robert Gliński na filmowy warsztat bierze rzecz o wartościach i patriotyzmie, lekturę o Szarych Szeregach, AK, walce o wolność – „Kamienie na szaniec”.

W imię wolności

Filmowi „Zośka” i „Rudy” są gotowi z poświęceniem walczyć o swoje prawa i bronić naruszonej wolności. Zrywają faszystowskie flagi, rzucają butelki z benzyną, wreszcie – nie cofają się przed walką na śmierć i życie. Również przyjaźń, która ich łączy, jest bardzo silną, bezkompromisową relacją. Ich czynom przyświeca patriotyzm. Ale cena, jaką przychodzi im za tę postawę zapłacić, jest wysoka. „Rudy” ginie z wycieńczenia w wyniku obrażeń doznanych podczas przesłuchań, „Zośka” po tym wydarzeniu musi zrewidować swój sposób myślenia o świecie – o relacjach rodzinnych, o wyborach, przed którymi stanął. Uświadamia sobie, że wolność, o którą z takim zaangażowaniem walczył, jest tak naprawdę ułudą – zawsze jesteśmy czymś uwarunkowani, od czegoś zależni. Obwinia się o śmierć przyjaciela, o to, że zbyt długo zwlekał z pomocą, niepotrzebnie posłuchał rozkazu. Pojawiają się myśli samobójcze.

– „Zośkę” cechuje niedojrzałość emocjonalna charakterystyczna dla młodego wieku– zauważa psycholog Justyna Glińska. – Chłopak dojrzewa w traumatycznych okolicznościach, dostrzega złożoność rzeczywistości i postaw innych, w końcu weryfikuje dotychczasowe autorytety. To przyśpieszony proces dojrzewania, gdzie nie ma czasu na refleksję, opłakiwanie przyjaciela. Postawa bohaterów filmu jest szczególnie charakterystyczna dla ludzi młodych, którzy postrzegają rzeczywistość jako czarno-białą i, wchodząc w dorosłe życie, są gotowi wiele zaryzykować dla tej „białej” strony. Przyjaźń, lojalność, honor były dla nich naturalnym wyborem, zostali wychowani w duchu takich wartości. My żyjemy w poczuciu braku zagrożeń, dlatego często te wyższe wartości ustępują miejsca konsumpcji i realizacji potrzeb jedynie materialnych. Co przekazujemy dziś naszym dzieciom?

Pytania o sens

Walka o wolność ojczyzny z narażeniem własnego życia wydaje się mało aktualna w dzisiejszych czasach. Z drugiej strony – patrząc na bieżące wydarzenia polityczne, choćby na Ukrainie – widzimy, że także dzisiaj młodzi ludzie są gotowi narażać swoje życie za wolność, za swój kraj. – Funkcjonujemy w kulturze, gdzie liczy się przede wszystkim sukces, ale też szybkie uśmierzenie bólu, cierpienia – mówi Justyna Glińska. – Powszechne stało się zażywanie środków przeciwdepresyjnych czy oczekiwanie od psychoterapeuty, że szybko pomoże radzić sobie z lękiem czy ze stratą. Stoją za tym przekonania, że uczucia takie jak lęk czy smutek są oznaką słabości. Może to być efekt traumatycznych przeżyć poprzednich pokoleń, ale także konsumpcyjnego nastawienia do życia. Nasze dzieci chcemy nadmiernie chronić przed porażką, bólem, stresem. Tymczasem być może osiągamy odwrotny skutek i nie dajemy im narzędzi do radzenia sobie z tym, co nieuniknione. Nie bez powodu mamy coraz większą liczbę zachorowań na depresję – która jest objawem nieradzenia sobie z frustracją i ze stratą.

Obserwując zachowanie i decyzje bohaterów filmu, widz może też sam zadać sobie pytanie: Do czego byłbym zdolny, w takiej sytuacji historycznej i osobistej? Jak znoszę ból fizyczny i psychiczne cierpienie? Jak radzę sobie ze stratą?

TYTUŁ „Kamienie na szaniec” SCENARIUSZ: Dominik W. Rettinger REŻYSERIA: Robert Gliński WYSTĘPUJĄ: Tomasz Ziętek, Marcel Sabat, Kamil Szeptycki, Andrzej Chyra, Wojciech Zieliński PREMIERA: 7 marca

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Świąteczne kino. Co nam daje wspólne oglądanie filmów?

Jakie filmy wybrać, by zaprowadzić w domu dobry, bezkonfliktowy nastrój? - Na pewno powinny to być obrazy, w których okres świąteczny jest obecny. Najlepiej, żeby opowieść przedstawiona była z humorem, a bohaterowie musieli pokonać przeszkody, by w finale cieszyć się miłością i radosną, świąteczną atmosferą. (fot. iStock)
Jakie filmy wybrać, by zaprowadzić w domu dobry, bezkonfliktowy nastrój? - Na pewno powinny to być obrazy, w których okres świąteczny jest obecny. Najlepiej, żeby opowieść przedstawiona była z humorem, a bohaterowie musieli pokonać przeszkody, by w finale cieszyć się miłością i radosną, świąteczną atmosferą. (fot. iStock)
W Święta mamy swoje tradycje, swoje rytuały. W ostatnich latach zaliczyć można do nich rodzinne seanse filmowe. – Wspólne oglądanie filmów, podobnie jak dawniej kolędowanie, zyskało status stałego punktu świątecznego programu – mówi dr Małgorzata Bulaszewska, kulturoznawca, filmoznawca i medioznawca z Uniwersytetu SWPS. I wyjaśnia, dlaczego taki wspólny relaks zbliża nie tylko rodzinę, ale działa też korzystnie na związki partnerskie.

Czy rodzinne oglądanie filmów to dobry pomysł na spędzanie czasu razem? Filmy są takim bezpiecznym sposobem spędzania razem czasu. Co ciekawe, dwa lata temu były zresztą zrealizowane badania przez Uniwersytet w Rochester, gdzie badano pary/ małżeństwa, które oglądały wspólnie filmy (co najmniej 3 filmy w tygodniu). Zwykle, gdy oglądamy wspólnie filmy to mamy jakiś swój komentarz, dyskutujemy, coś nam się podoba lub nie. I okazało się, że te małżeństwa, które przynajmniej trzy razy w tygodniu oglądają wspólnie filmy i później rozmawiają o nich, mają znacznie niższe prawdopodobieństwo rozwodu niż pary, które tego nie robią.

Dlaczego wciąż mamy ochotę oglądać te same świąteczne filmy? Każde święta, a zwłaszcza Święta Bożego Narodzenia, są takim innym, niecodziennym czasem. Wszyscy staramy się być milsi, lepsi dla członków rodziny i wtedy realizujemy te rzeczy, które są sprawdzone. Dotyczy to także oglądania filmów… czyli oglądamy te filmy, które już żeśmy oglądali, które znamy, które są (w pewnym sensie) bezpieczne, które obejrzą i dziadkowie, i dzieci, i wnuki, które są filmami dostępnymi, rozumianymi przez wszystkich - tylko dlatego, aby ten czas był przyjemny i żebyśmy nie popsuli tej radości, która wiąże się z czasem Świąt Bożego Narodzenia.

Czy dziś, w dobie wielu ekranów, kiedy każdy może oglądać sam dokładnie to, co go interesuje, telewizja w jakiś sposób może nas jednoczyć? Oglądanie wspólnie programu telewizyjnego, zwłaszcza o charakterze familijnym, jest taką próbą zjednoczenia rodziny, choćby dlatego, że spotykają się różne światopoglądy. Żyjemy w różnym trybie, a przychodzi taki czas, kiedy siadamy przed tym telewizorem i oglądamy wspólnie ten sam program. Oglądamy go jednak trochę inaczej. Każdy widzi trochę inne wartości, czy też odbiera to, co się dzieje na ekranie w nieco inny sposób. Dzięki temu możemy zaobserwować, jakie emocje mają członkowie naszej rodziny. Możemy zrozumieć w jakim są momencie swojego życia i co przeżywają, właśnie dzięki tym emocjom i dzięki komentarzom, które pojawiają się w trakcie oglądania. Ponadto, w trakcie oglądania filmu, zwłaszcza familijnego, zdarzają się momenty śmiechu, smutku, płaczu i to powoduje, że my wspólnie przeżywamy te emocje, a wspólne przeżywanie emocji zawsze zbliża. Niewątpliwie więc zasiadanie przed telewizorem w święta, by razem obejrzeć ten sam program czy ten sam film, jest takim elementem zbliżającym, konsolidującym rodzinę, tak bardzo współcześnie zabieganą.

Pamiętajmy też o czymś, co się nazywa filmoterapią. Przepracowujemy wtedy nasze emocje, emocje naszych bliskich, szczególnie dzieci, które nie zawsze potrafią powiedzieć co czują i jak czują, czy też jak się do danej emocji odnoszą. Oglądając coś razem, widzimy jak reagują na to, co się pojawia na ekranie. Możemy to zaobserwować. Możemy później o tym porozmawiać. Niewątpliwie zbliża to nas. A poza tym, jest to jednak wspólne spędzanie czasu. To nie jest tak, że każdy ogląda film na osobnym ekranie komputera, tabletu, czy smartfona…

Źródło: materiały prasowe SWPS

  1. Kultura

„Zabij to i wyjedź z tego miasta” – każdy z nas nosi w sobie jakieś "to"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Zabij to i wyjedź z tego miasta". (Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty)
Animacja "Zabij to i wyjedź z tego miasta" została nagrodzona Orłem 2021 w głównej kategorii. Jej twórca, Mariusz Wilczyński, pracował nad nią przed kilkanaście lat. Czym jest tytułowe „to” dla reżysera i czy każdy z nas nosi w sobie jakieś „to”, z którym trzeba się rozprawić? Odpowiedzi szukają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: W filmoterapii traktuję film jako narzędzie, ważne są dla mnie emocje, o których warto porozmawiać. Intencje reżysera czy sama opowieść schodzą na plan dalszy, nie skupiam się na nich. Wobec animacji „Zabij to i wyjedź z tego miasta” Mariusza Wilczyńskiego to założenie upada, bo nie dostrzegłam w nim żadnej artystycznej kreacji, a jedynie prawdę. Z punktu widzenia psycholożki uważam poznanie prawdy o sobie i akceptację jej za najważniejsze i jednocześnie najtrudniejsze wyzwanie. Grażyna Torbicka:
To na pewno specyficzny film, bo ekstremalnie osobisty. Mariusz Wilczyński pokazuje się nam tu bez żadnej zasłony. Zawsze rozmawiamy o filmach pod kątem terapeutycznym i myślę, że „Zabij to” jest dla reżysera terapią pozwalającą wyzwolić się ze wszystkich rzeczy, które były dla niego ważne, które były radością, ale też smutkiem i ciężarem. Mam wrażenie, że artystycznie zmierzył się z tym wszystkim, co kłębiło mu się w głowie i być może nawiedzało go podczas koszmarów nocnych.

Z kolei w szerszym kontekście widzimy tu Polskę z okresu dorastania twórcy. Jestem bardzo ciekawa tego, czy Mariusz Wilczyński po skończeniu dzieła czuje się jakoś inaczej. Skoro tworzył ten film prawie 14 lat, czym były dla niego te lata? Te spotkania z dzieciństwem i różnymi wspomnieniami. Czy kiedy już przetworzył te doznania w obraz w połączeniu z muzyką i nadał swoim wspomnieniom konkretny kształt – to jakoś inaczej na nie spojrzał? Chciałabym go o to zapytać.

Reżyser domyka tu różne sytuacje ze swojego życia, na przykład spotyka rodziców.
Ten film wydaje mi się swego rodzaju marzeniem sennym, które realizuje się na naszych oczach. Również dobór postaci, które twórca zaprosił do dubbingu, jest, moim zdaniem, formą dedykacji, oddania hołdu. Krystyna Janda, Andrzej Wajda, Marek Kondrat, Anja Rubik, Małgorzata Kożuchowska, Daniel Olbrychski, Irena Kwiatkowska, Magda Cielecka, Anna Dymna, Barbara Krafftówna – to taki osobisty album Mariusza Wilczyńskiego, wypełniony postaciami z polskiej kultury, które dla niego dużo znaczą.

Postać matki bohatera w starszym wieku mówi głosem Barbary Krafftówny. Podobno gdy Mariusz Wilczyński był mały, mama włączała mu bajki w interpretacji Barbary Krafftówny i właśnie dlatego zaproponował jej tę rolę. Bardzo poruszyło mnie, gdy się dowiedziałam, że scenę ze słowami: „pa, pa, syneczku”, która tak mocno wybrzmiała na ekranie, aktorka nagrywała dzień po tym, jak dostarczono jej urnę z prochami syna...
Mariusz Wilczyński przywiązuje duże znaczenie do takich symbolicznych, niemalże metafizycznych zdarzeń. I może właśnie dlatego to krótkie „pa, pa, syneczku” nabiera dla nas takiego znaczenia. Reżyser jest człowiekiem niezwykle wrażliwym, wiem, że wiele go kosztowało poddanie ocenie widzów każdego z wcześniejszych filmów, i tym bardziej podziwiam, że zdecydował się na wypowiedź tak osobistą. Są artyści dla których sam proces tworzenia jest w pewien sposób autoterapeutyczny. Michael Haneke powiedział kiedyś, że robienie filmów jest dla niego lepsze niż kozetka u psychoanalityka. Reżyserowanie tak zawiłych psychologicznie i mrocznych obrazów pozwala mu się od tej ciemności uwolnić.

A gdybyś miała wejść w ten film osobiście, tak jak zawsze to robimy, jako Grażyna Torbicka, to który z wątków poruszył cię tu najmocniej?
Trudno powiedzieć, bo najpierw próbowałam oswoić świat bohaterów żyjących obok siebie i kompletnie sobie obcych, pozbawionych empatii. Obraz smutnego, nieprzyjaznego miasta, w którym wszyscy są zmęczeni życiem. Potem rytm tej opowieści zaczął działać i wciągać mnie coraz głębiej, i wtedy pojawiła się para Kizi-Mizi i podróż pociągiem, czyli ucieczka z tego miasta. Świetna scena, ona i on – para z długim stażem, a ile między nimi miłości! Dodatkowym smaczkiem jest głos Andrzeja Wajdy, a potem Marka Kondrata podrabiającego Wajdę. Takie przełamanie nastroju w idealnym momencie jest mistrzowskie.

Wszystko zaczyna się od doświadczenia bólu dziecka, potem jest cierpienie i śmierć bliskich, a później jest już tylko lepiej. Myślisz, że z perspektywy reżysera idziemy w stronę światła?
Sceny „w stronę światła”, o których teraz mówisz, postrzegam raczej jako marzenia senne. Na przykład w pewnym momencie wydaje nam się, że widzimy koło ratunkowe, które płynie na wodzie, a później dostrzegamy szarfy z pożegnaniem. Odebrałam to jak sen, bo myślę, że w którymś momencie życia, gdy robimy podsumowanie – zaciera się nam, co było naprawdę, a co jest tylko wytworem naszej wyobraźni. Być może wolimy, żeby było tak, jak nam się wydaje, że było. Zresztą jako psycholożka najlepiej wiesz, jak wrażliwa na zakłamania jest nasza pamięć...

Dla mnie takim czułym punktem była bliskość z drugim człowiekiem. Mocno utożsamiam się z bohaterem, który mówi w biegu swojej matce: „pa, pa, mamusiu” i wychodzi zajęty swoimi sprawami.
Być może teraz jako dojrzały człowiek widzi i rozumie, że wtedy poświęcał matce za mało uwagi i nie potrafił zrozumieć jej troski. Była dla niego czymś tak oczywistym, że nawet troszkę go to mierziło. To naturalne, że dopiero w pewnym momencie życia rozumiemy, że troska jest ważna. Tak już jest, że młodzi ludzie nie zawsze dostrzegają potrzebę kontaktu z rodzicami. Mają przecież tyle spraw przed sobą, a świat tak mocno wiruje; refleksje przychodzą trochę później. I byłoby fatalnie, gdyby ludzie byli starzy już za młodu!

Mnie to mocno uderzyło, miałam poczucie, jakby matka chciała jeszcze z nim pobyć. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego on nie dostrzega tej jej potrzeby bliskości. Pomyślałam, że może zamknął się na relacje z matką w dzieciństwie. Moim zdaniem przytłaczała syna własnymi emocjami i on przed tym uciekał.
A może młodego Mariusza, który ma w głowie milion pomysłów i mimo że jest teraz z matką w pokoju, już coś goni, chciałby już robić coś innego? Ale jednocześnie zachowuje przy tym niezbędną etykietę: „pa,, pa, mamusiu, buziaczki”...

A co twoim zdaniem właściwie mamy w sobie „zabić” albo co próbuje zabić w sobie reżyser? Ego? Ból z dzieciństwa? Lęk?
Nie ma jednej odpowiedzi, dlatego to tak fascynujące. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” może znaczyć: rozpraw się ze wszystkim, z czym kojarzy ci się dzieciństwo. Spójrz na to, co cię ukształtowało, do kogo masz pretensje, czego nie chciałbyś przeżyć, a do czego chciałbyś wrócić. Zrób podsumowanie i zostaw to. Może wtedy będzie inaczej...

Zastanawiam się, w jaki sposób ten film może być dla nas terapeutyczny. Bo we mnie wywołał wielką wdzięczność za życie. Poczułam, że w dniu urodzin dostajemy w prezencie cały świat.
Tylko że jest tyle różnych światów... A mówiąc szerzej, uważam, że film nie pozostawia złudzeń co do tego, jak wygląda życie człowieka. Ja zobaczyłam w nim głównie ból i cierpienie. Czyli może jest terapeutyczny w tym sensie, że mówi nam: „nie łudź się, że jest inaczej”?

Czy tak osobiste kino jest trochę ciaśniejsze dla widza, jeśli chodzi o filmoterapię i wypełnianie go swoimi emocjami, bo kieruje uwagę w stronę reżysera? Miałam podobną refleksję po filmie „Ból i blask” Pedra Almodovara.
Bo „Ból i blask” również pokazuje życie jako ciąg spotkań z sytuacjami, które są piękne, ale tylko przez chwilę. Bo im są piękniejsze, tym większy czujemy ból, gdy się kończą. Oczywiście wszystko zależy od tego, jakie masz oczekiwania wobec życia. Dlatego warto zadać sobie pytanie: na jakie oczekiwania wobec życia mnie stać?

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

  1. Kultura

"Lekcja miłości" - film o sile, która rodzi się z szacunku do swoich potrzeb

Dokument „Lekcja miłości” (reż. Małgorzata Goliszewska, Katarzyna Mateja) dostępny jest na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)
Dokument „Lekcja miłości” (reż. Małgorzata Goliszewska, Katarzyna Mateja) dostępny jest na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Film „Lekcja miłości” pokazuje, że hasło „w każdym wieku można zmienić swoje życie” nie jest tylko sloganem z wykładów motywacyjnych. Ale wcześniej trzeba umieć zadbać o siebie. O sile, która rodzi się z szacunku do swoich potrzeb – rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. 

Martyna Harland: Po obejrzeniu „Lekcji miłości” zakochałam się w głównej bohaterce, pani Joli. Grażyna Torbicka:
Bo pani Jola jest fascynująca! Ten film ogląda się ze względu na nią. Myślę, że jest urodzoną aktorką, kamera ją kocha i ona kocha kamerę. Ileż ma w sobie wdzięku, ile uroku osobistego, to coś niesamowitego! Przyglądasz się tej kobiecie i nie jesteś w stanie zrozumieć, jak to możliwe, że spędziła wiele lat życia z mężem alkoholikiem. Widzimy go w filmie gdzieś z daleka, jak leży w barłogu – bo inaczej tego nazwać nie można, i ubliża bohaterce w każdym zdaniu. To pozostaje dla mnie niezrozumiałe, bo film nie analizuje tego, do czego dochodziło w jej przeszłości. Chyba celowo. Najważniejsze jest to, że dzisiaj pani Jola ma na twarzy cudowny uśmiech. A młode reżyserki Małgorzata Goliszewska i Katarzyna Mateja uwieczniły go w filmie. Odnoszę wrażenie, jakby pani Jola całe życie czekała na to, aż coś podobnego się wydarzy.

Dla mnie jest kolorowym ptakiem, który nie stracił nic ze swojej natury, mimo tego, co go w życiu spotkało.
Myślę, że jej wygląd i zamiłowanie do pięknych sukienek to po części efekt długiego pobytu we Włoszech, gdzie ludzie mają w genach przywiązanie do detalu i dbania o wygląd. To prawda, że pani Jola ma radość w oczach, mimo tego wszystkiego, czego doświadczyła. Ma potrzebę zadbania o siebie. Mąż mówi o niej, że jest trochę „łobuziarą”, i coś w tym jest.

Zachwycam się tym filmem, bo pokazuje, że nigdy nie jest za późno na to, żeby zadbać o swoje szczęście.
Dzisiaj żyjemy w czasach, w których powtarzamy jak mantrę, że w każdym wieku można zmienić swoje życie. Tak, to prawda. Jednak dla mnie ważny jest jeszcze inny aspekt dbania o siebie, bo uważam, że kiedy nie zwracamy uwagi na to, co zewnętrzne, lekceważymy także nasze wnętrze. Żeby zostawić człowieka czy miejsce działające na nas toksycznie – najpierw warto porozmawiać z samym sobą, doprowadzić się do harmonii, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Dopiero wtedy zyskujemy siłę potrzebną do tego, żeby wpływać na świat. Uważam, że bohaterka tego dokumentu jest niezwykle silną postacią i na swój sposób zawsze walczyła o siebie.

A mnie się wydaje, że w zadbaniu o siebie przeszkadzały jej niektóre przekonania, którymi długo karmiono kobiety. „Wszyscy mi mówili: trzeba być dla innych. Na dobre i na złe. Tyle lat się męczyłam przez te słowa” – stwierdza w pewnym momencie.
Siłę tych przekonań dobrze pokazuje scena rozmowy z księdzem, który nie znajduje odpowiedzi, kiedy bohaterka pyta go: „A jeśli człowiek, z którym jestem przez całe życie, krzywdzi mnie, to muszę dalej go kochać?”. Ona sama zastanawia się pewnie nad tym już od lat... Dlatego uważam, że ten filmowy portret jej się należy, podobnie jak innym kobietom, które tkwią w życiowym marazmie, nie wiedząc, co zrobić. Być może nie mają w sobie tyle wewnętrznej siły co pani Jola. Zauważ też, że po wielu latach bycia krzywdzoną przez męża ona nie zamyka się na miłość. W wieku 70 lat wiąże się z innym mężczyzną. To dla mnie ciekawe i zaskakujące, bo przecież mogłaby tylko przyjmować adorację mężczyzn, której wyraźnie potrzebuje. Pani Jola nie jest pewna, czy pragnie tego związku, mimo że jej nowy partner chciałby, żeby jak najszybciej zamieszkali razem. Dlatego upewnia się, czy będzie dla niej dobry i nie będzie jej krzywdzić. Obawia się, że gdy powie „tak”, stanie się w pewnym sensie jego własnością. Czuje, że ta nowo zdobyta wolność jest niezwykle cenna. Dla niej ważne jest towarzystwo, świetnie czuje się na potańcówce czy w kawiarni, zaproszona na kawę.

Pani Jola ma w sobie coś z hollywoodzkich aktorek lat 50. Jest mieszanką ikonicznych postaci kobiet, takich jak Rita Hayworth, Jane Russell czy Marilyn Monroe. (Fot. materiały prasowe) Pani Jola ma w sobie coś z hollywoodzkich aktorek lat 50. Jest mieszanką ikonicznych postaci kobiet, takich jak Rita Hayworth, Jane Russell czy Marilyn Monroe. (Fot. materiały prasowe)

Po obejrzeniu filmu powiedziałaś mi nawet, że pani Jola jest „rodem z Hollywood”. Dlaczego tak myślisz?
Bo przypomina mi wszystkie aktorki amerykańskie lat 50., gdy w kinie europejskim panował neorealizm włoski, liczyły się naturalizm i twarze bez makijażu. Tymczasem kino hollywoodzkie proponowało nam pięknie ufryzowane, wymalowane kobiety z czerwoną szminką na ustach. Nawet na czarno-białych filmach wiedzieliśmy, że te usta są czerwone! Pani Jola ma w sobie coś z Rity Hayworth, Jane Russell czy Marilyn Monroe. Jest mieszanką różnych ikonicznych postaci kobiet.

Mam nadzieję, że nas teraz czyta! A czy pamiętasz dokument „Optymistki” Gunhild Magnor, w którym kobiety 80+ zakładają drużynę siatkarską? W jednym z odcinków programu „Kocham Kino” prof. Jerzy Vetulani powiedział, że według niego te kobiety nie są szczęśliwe, bo nie mają kontaktu międzypokoleniowego z rodziną. W „Lekcji miłości” też nie ma rodziny pani Joli.
I moim zdaniem pani Jola jest z tym szczęśliwa. Co prawda niewiele o niej wiemy, jednak możemy ją w tym filmowym portrecie podziwiać. A co dzieje z jej dziećmi? Tego film nie ujawnia. Poznajemy jedną z córek, która jest daleka od wizerunku, jakiemu jest wierna jej matka, są jakby z innego świata, ale to wszystko.

A czemu właściwie pytamy o dzieci? Czy naprawdę kobietę trzeba zawsze oceniać przez pryzmat rodziny i tego, jaką była matką?
No właśnie, zobacz, jak mocno jesteśmy tym obciążeni. Od razu pojawia się wątek, czy dbała o dzieci... A przecież nie wiemy, jak było. Dlatego ja staram się nie analizować, tylko się przyglądam.

Zdziwiły mnie niektóre reakcje na ten film, szczególnie starszych mężczyzn, których główna bohaterka irytowała. Jak myślisz, dlaczego?
Pewnie dlatego, że jest niezależna w myśleniu. Stać ją na to, żeby powiedzieć: „Teraz to ja jestem ważna”. A to w naszej kulturze rzadkość. Bo dlaczego jej nie lubić?

Bo kocha siebie, a to nie wypada?
Może chcielibyśmy widzieć, jaką udrękę przechodziła, wychowując dzieci, kiedy była znieważana przez męża. Tymczasem pani Jola pyta: „A dlaczego nie można mieć dwóch mężów?”. I to jest bardzo ciekawe pytanie. Cieszę się, że miała okazję powiedzieć to do kamery, prawdopodobnie wiele kobiet ma podobne zdanie. Mam ogromny szacunek do tej bohaterki, dlatego że to wcale niełatwe pamiętać o tym, że trzeba o siebie w życiu dbać. I nie chodzi mi o to, żeby wyglądać jak dziewczyny na plakatach reklamowych, ale o szacunek do samej siebie. Harmonię zewnętrzności z naszym wnętrzem, które jest widoczne również poprzez nasz wygląd. Jednak utrzymanie takiej spójności i równowagi wymaga dużo wysiłku, bo kobiety są bardziej niż mężczyźni uzależnione od biologii, a do tego dochodzą różne obciążenia kulturowe i rodzinne. Mówimy o kobietach, ale dbanie o siebie dotyczy również mężczyzn. I oni powinni starać się podobać swoim partnerkom. Cieszę się, że pani Jola wreszcie spotyka mężczyznę, który jest kulturalny i docenia jej starania.

Żeby zostawić człowieka czy miejsce działające na nas toksycznie, najpierw warto porozmawiać ze sobą, doprowadzić się do harmonii, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. (Fot. materiały prasowe) Żeby zostawić człowieka czy miejsce działające na nas toksycznie, najpierw warto porozmawiać ze sobą, doprowadzić się do harmonii, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. (Fot. materiały prasowe)

Historia pani Joli może być filmoterapeutyczna dla kobiet, które chciałyby zawalczyć o siebie, swoje życie i szczęście. Ale dla kogo jeszcze według ciebie?
Ja bym chciała, żeby ten film obejrzeli mężczyźni. Po to, żeby dostrzegli, jak cudowne kobiety mają obok siebie!

Dla mnie ten film to także lekcja najważniejszej miłości – do siebie.
Przyznam, że jakoś nie do końca wygodnie mi z tym pojęciem „samomiłości”. Lepiej się czuję, kiedy wiem, że komuś pomogłam i byłam dla kogoś, a nie dla siebie. Muszę się jeszcze nad tą lekcją miłości zastanowić...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

  1. Kultura

"Pojedynek na głosy" - o filmie rozmawiają Martyna Harland i Grażyna Torbicka

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pojedynek na głosy", reż. Peter Cattaneo. (Fot. materiały prasowe)
Przekonanie, że wojna to męska rzecz, dobrze się trzyma. Może dlatego niewiele wiemy o tym, jak wygląda codzienność żon czynnych żołnierzy. Ich sposobom na zniesienie samotności i lęku o nieobecnych w komediodramacie „Pojedynek na głosy” przyglądają się filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: Przyznam się, że zapowiedź „Pojedynku na głosy” trochę mnie zniechęciła. Opowieść o żonach wojskowych, które wiecznie czekają na swojego mężczyznę, niczym współczesne Penelopy... Nigdy nie potrafiłam zrozumieć takiej postawy, jednak po tym filmie nie jest to już dla mnie takie jednoznaczne. Grażyna Torbicka: A mnie właśnie to przy tym filmie przytrzymało. Nie wiedziałam, że dziś koszary nadal funkcjonują w taki sposób, że żołnierze zawodowi mieszkają w nich z całymi rodzinami, tworzą odrębną społeczność. I kiedy mężczyźni jadą na misję, ich żony − jak mówisz, współczesne Penelopy − muszą odnaleźć się w tej sytuacji. Co więcej, wśród nich również funkcjonuje hierarchia, w zależności od pozycji ich mężów w armii. Dlatego żona szeregowca nie bardzo ma prawo zabierać głos... Ten archetypiczny podział na wojownika i jego kobietę, która nieustannie czeka na jego powrót, był dla mnie intrygujący, bo co jeszcze w takiej historii może się wydarzyć?

Wyobrażasz sobie, że też mogłabyś być żoną wojskowego?
W pewnym sensie moja sytuacja jest podobna, bo mój mąż jest lekarzem i kiedy idzie do pracy, ta walka o czyjeś życie jest czasem nawet groźniejszym frontem niż wojna, szczególnie dzisiaj. Ciężko chory pacjent wzywa, i to jest najważniejsze; nie ma znaczenia, że mieliście zrobić razem coś, na czym ci zależało. Nie powiesz przecież: „To ja już dziękuję”, tylko robisz na chwilę krok w tył.

Czyli pewnie nie miałaś do tych bohaterek takiego nastawienia jak ja na początku?
Raczej widziałam, że one przyjmują określone zasady, bo nie mają innego wyjścia. A potem każda z nich wraca do siebie i przeżywa silne frustracje, bo ten model związku i życia jest dla nich bardzo ciężki. To film, który trochę z innej strony – bo z perspektywy kobiet i żon wojskowych – pokazuje nam, jak beznadziejnym zjawiskiem jest wojna, bo rani nie tylko będących na froncie, ale także ich bliskich, pozornie bezpiecznych. Bohaterki są szczęśliwe tylko wtedy, gdy są razem z partnerami, przy czym cały czas mają świadomość, że wkrótce zostaną oni wysłani na kolejną misję.

Jedna z kobiet mówi: „nie możemy protestować przeciwko wojnie, my ją poślubiłyśmy”...
I tak jest, one z jednej strony są przecież przeciwne wojnie, a z drugiej – pokochały akurat żołnierza. Ten film pokazał mi także bezsensowność podziału na to, co męskie i kobiece, w kontekście wojny.

Przypomniał mi się film „53 wojny” Ewy Bukowskiej, w którym główna bohaterka nieustannie ogląda wiadomości, zastanawiając się, czy jej mąż, korespondent wojenny, jeszcze żyje. Tutaj jest podobnie, kobiety czekają na telefon z drżącym sercem, nie potrafiąc przekierować uwagi na swoje życie. Przynajmniej do czasu, gdy zaczynają śpiewać w chórze.
Ten chór staje się dla nich próbą solidarności, znalezienia czegoś, co spowoduje, że poczują wzajemną więź i wsparcie. Jednak tak dzieje się dopiero od pewnego momentu, bo na początku bohaterki spotykają się na próbach tylko po to, żeby zabić czas. A gdy wracają do domu, każda z nich cierpi i szuka sposobu, żeby zabić swój niepokój, wiele z nich sięga po alkohol.

To ciekawe, co powiedziałaś, że kobieca solidarność nie rodzi się od razu. To proces powolnego zgrywania się nawzajem.
Który rozpoczyna się od momentu, gdy zauważają rywalizację dwóch głównych bohaterek, Kate i Lisy, z których każda ma silne cechy przywódcze. Ten konflikt scala resztę kobiet, bo czują, że tak nie powinno być, że potrzeba im wzajemnego wspierania się. Wszystkie są przecież w tej samej sytuacji. Każda z nich dobrze wie, co to znaczy czekać na wiadomość i że dzwonek do drzwi może zwiastować informację o śmierci męża. I kiedy rozumieją, że jeśli się połączą, to mogą być naprawdę silne – chór staje się dla nich terapią.

Od momentu, gdy zrodziła się wspólnota tych kobiet, zaczęłam śpiewać razem z nimi utwór „Time after time”. Nie mogłam się powstrzymać. We mnie także obudziło się poczucie wspólnoty.
I o to chodzi w tej filmowej terapii kobiet poprzez śpiew!

Kadr z filmu 'Pojedynek na głosy', reż. Peter Cattaneo. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Pojedynek na głosy", reż. Peter Cattaneo. (Fot. materiały prasowe)

Poruszyła mnie scena, gdy jedna z bohaterek mówi, że Rocky z filmu pod tym samym tytułem też się nie poddał i dopiero za trzecim razem wygrał. Ten film daje dużo motywacji. A co ciebie najmocniej poruszyło? Pamiętasz scenę, kiedy bohaterki wchodzą do autobusu i wyjeżdżają na występ do Royal Albert Hall? Czułam, że główna bohaterka, Kate, musi w pewnym momencie okazać jakąś słabość, że musi dojść do jakiegoś wybuchu, inaczej nie będzie w stanie wyzwolić się z tego, co ją zabija od środka każdego dnia. I kiedy dowiedziała się, że Lisa napisała piosenkę, w której wykorzystała słowa jej syna bez spytania jej o zgodę, wyrzuciła z siebie złość w kompletnie niekontrolowany sposób. To bardzo dobra scena. Przypomniała mi, że warto być w grupie, dostrzegać potrzeby, radości i słabości innych osób. One pozwalają nam zauważyć nasze własne, a jeśli zamykamy się w swoim świecie – jak zrobiła to Kate – to nie jesteśmy w stanie sobie pomóc.

Naszą siłą jest także okazywanie słabości.
Dokładnie tak, tylko trzeba to potrafić zrobić. Odważyć się.

Ja nie bardzo lubię mówić o swoich problemach w szerszym gronie, dlatego średnio odnalazłabym się w takiej grupie kobiet...
Ja też nie. Ale nawet jeśli nie potrzebuję się uzewnętrzniać przed innymi kobietami, to już samo bycie z nimi i obserwowanie ich sposobu myślenia pomaga mi rozwiązać problem, bo daje mi samoświadomość.

Dla kogo ten film mógłby być terapeutyczny? Może dla nas wszystkich, bo siła tkwi w byciu razem. Tylko jak się zgrać z drugą osobą pomimo różnic. A może właśnie zacząć wspólnie śpiewać?
Kobiety na wsiach robiły to od zarania dziejów... Jest tylko jedno „ale”. Warto śpiewać po to, żeby złapać oddech i otworzyć się przed innymi albo przed samą sobą. Po to, żeby problemy wyszły na jaw, a nie po to, by je przykrywać. Rozmawiamy w momencie, kiedy w Polsce parlament zaczyna się zastanawiać nad wycofaniem się z tzw. konwencji stambulskiej, która mówi m.in o zapobieganiu przemocy domowej. Nie chciałabym więc, żeby w naszej rozmowie wybrzmiał przekaz, że jeśli kobiety spotkają się razem i pośpiewają, to od razu zrobi im się lepiej. Nie, jeśli nie zrobią nic więcej, to wszystko zostanie po staremu.

Wydaje mi się, że aby mówić czy śpiewać jednym głosem, potrzebujemy odbudować dzisiaj szacunek do drugiego człowieka. Tylko jak to zrobić, skoro tyle nas dzieli?
To jest rodzaj edukacji społecznej i świadomości, że tolerancja to nie jest tylko ta przez duże „T”. To także drobne rzeczy, jak spojrzenie komuś w oczy w windzie, powiedzenie „dzień dobry”, „przepraszam” osobie, której przez nieuwagę zajechałaś w sklepie drogę koszykiem. Otwartość i codzienna tolerancja budują szacunek do drugiego człowieka. Jednak tego rodzaju postawy obywatelskiej u nas brak i wypracowanie jej jest zadaniem dla nas wszystkich. A biorąc pod uwagę to, jak mocno jesteśmy dzisiaj podzieleni i nie potrafimy ze sobą rozmawiać, jeśli różnimy się w swoich opiniach – będzie to bardzo wyboista droga. „Pojedynek na głosy” mógłby być wspaniałym punktem wyjścia do rozmowy i pojednania dla nas wszystkich. Przecież główne bohaterki – Kate i Lisa również mocno się różnią, a jednak odnajdują drogę do porozumienia.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino TVP2.

  1. Kultura

Zwyczajność w najlepszej odsłonie. O filmie „Babyteeth” rozmawiają Martyna Harland i Grażyna Torbicka

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Babyteeth". Od 7 sierpnia produkcję będzie można oglądać w kinach. (Fot. materiały prasowe)
Dla nastoletniej Milli i jej bliskich „tu i teraz” to nie puste hasło, a niepowtarzalna okazja, by wzajemnie cieszyć się sobą, póki życie jeszcze trwa. O tym, czego uczą nas bohaterowie filmu „Babyteeth”, rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. Od 7 sierpnia "Babyteeth" będzie można oglądać w kinach. 

Milla, główna bohaterka filmu „Babyteeth”, to ciężko chora nastolatka, która mimo wszystko stara się poznawać smak życia i przekraczać granice. Co w takim ukazaniu tematu cię zaskoczyło?
Przyznam, że kiedy przeczytałam opis filmu, nastawiłam się na dość przewidywalną opowieść… Jednak reżyserce Shannon Murphy udało się mnie zaskoczyć! Choćby tym, że nie zabiera widza od razu do sali szpitalnej, nie każe mu oglądać kroplówek, zimnych białych gabinetów czy smutnych ścian. Za to pokazuje bardzo fajną rodzinę i widoczną w niej olbrzymią chęć zachowania pozytywnej energii i myślenia o tym, co dobre. Radzenia sobie z trudną sytuacją przez zachowanie wszystkiego, co cenimy w życiu najbardziej: bycia razem, uśmiechu, wsparcia, zabawy. To opowieść o zwyczajności, ale w najlepszej odsłonie. Mimo trudnej sytuacji bohaterowie prawdziwie doceniają każdą chwilą w życiu, a my, ludzie niedotknięci chorobą, często tego nie potrafimy. I to jest moim zdaniem największa siła „Babyteeth”!

Poza tym podobała mi się plastyczna forma filmu, pastelowe barwy świata, który widzimy z perspektywy Milli. Twórcom udało się uniknąć sentymentalizmu. To ciekawe, ale nie czułam żalu podczas oglądania tego filmu. Po prostu byłam z tą rodziną i chciałam, żeby wszystko dobrze jej się ułożyło.

Przypomniał mi się teraz poruszający dokument „Joanna” Anety Kopacz, który również opowiada o chorobie nowotworowej. Obawiałam się trochę, że „Babyteeth” będzie ciężki w odbiorze, zwłaszcza że oglądałam go w niełatwym dla mnie czasie i nie miałam siły na takie trudne emocje. Okazało się jednak, że w tym filmie najważniejsze jest życie.
W dodatku zobacz, jak niesamowite wzajemne zrozumienie panuje w tej rodzinie. Rodzice akceptują pierwszą młodzieńczą miłości Milli – Mosesa. Dziewczyna poznała go na peronie kolejki miejskiej i gdyby była zdrowa, prawdopodobnie rodzice byliby mniej wyrozumiali, bo chłopak, który jest życiowym outsiderem, to nie wymarzona partia dla jedynaczki... Jednak w tej sytuacji muszą się zastanowić, co właściwie złego jest w tym nastolatku. Dlaczego nie dać mu szansy? Może ta miłość czy przyjaźń go odmieni? Zaufanie może przywrócić Mosesowi wiarę w człowieka, w więzi rodzinne, bo wcześniej ze strony dorosłych spotykały go tylko rozczarowania.

Z pozycji dorosłego rzeczywiście można by powiedzieć, że Milla zakochuje się chyba w najgorszym możliwym chłopaku. A jednak to on w pewnym momencie przywraca radość w jej rodzinie. I może to lekcja dla nas wszystkich: zadbać o szczęście bliskiej osoby,o jej potrzeby, a to szczęście i nas obejmie?
A trzeba powiedzieć, że to jest bardzo ryzykowny pomysł scenariuszowy, który mógł się różnie skończyć na ekranie. Mogliśmy nie uwierzyć w postać Mosesa ani w ten związek... Wiemy przecież, że momentami jest w domu Milli tylko dlatego, że ma tam zapewniony dostęp do środków odurzających, bo tak umawia się z jej ojcem. To oczywiście niemoralne, jednak akceptujemy tę sytuację, bo widzimy, że na naszych oczach chłopak zmienia się i staje się częścią tej rodziny.

Mówisz, że to niemoralne, ale rodzice Milli zrobią wszystko, żeby ich córka była szczęśliwa. Chciałabym być tak otwartym i uważnym na potrzeby mojego dziecka rodzicem.
Tak jak mówisz, rodzice są niesamowicie skupieni na potrzebach Milli. Jednak zarazem nie zapominają o sobie. Każde z nich realizuje swoje małe potrzeby, a nawet grzeszki. Matka ciągle bierze leki uspokajające, żeby w ten sposób ukoić swój ból. Dostaje je od męża psychoterapeuty, który wie, że musi zachować spokój, zwłaszcza gdy jego żona dostaje ataku histerii. Dla niego swego rodzaju oderwaniem od problemów okazuje się obserwowanie sąsiadki z naprzeciwka, która jest w ciąży, co prawdopodobnie przypomina mężczyźnie ten czas, kiedy to oni z żoną oczekiwali dziecka. Oboje byli szczęśliwi, wszystko wydawało się piękne. Teraz nawzajem próbują sobie pomóc i tolerują swoje słabości. Myślę, że to bardzo ważne, żeby w małżeństwie potrafić to zaakceptować.

Interesujące jest też i to, że australijska reżyserka pokazuje mężczyzn, którzy mają w sobie niebywałą wrażliwość, dobrze rozumieją kobiety i są wobec nich czuli.

A czy nie przyszła ci do głowy taka myśl, że Moses mógłby się bardziej „poświęcać” dla Milli, starać się mocniej okazywać jej miłość, skoro ona jest tak ciężko chora?
Nie wiem, czy on w ogóle wiedział, co to znaczy miłość... Jednak zaufałam mu, myślę, że czuł coś do Milli. Nawet jeśli tylko grał w grę, która polegała na dawaniu szczęścia Milli, to ona mu to szczęście „zwracała”. I było im razem dobrze.

Mówię o tym, bo w pewnym momencie rozgrywa się dość dramatyczna scena, którą byłoby mi łatwiej zaakceptować, gdybym wierzyła, że Mosesem kieruje miłość. A tak nie było...
Ale to przecież Milla prosi go, żeby jej pomógł! Zresztą to doskonale przemyślana i wyreżyserowana scena. Wcześniej w wielu momentach śmiejemy się, wzruszamy, ale nie z żalu, tylko dlatego, że czujemy się dobrze, a ta scena mogłaby wszystko zepsuć. Byłaby nieznośnie patetyczna, gdyby nie pewien komiczny element...

Przyznam się, że jedyną rzeczą, która mnie drażniła w pierwszej chwili, była teatralna wręcz rozpacz matki. Jednak pomyślałam, że bez niej mogłabym nie uwierzyć w tę historię, bo przecież nawet jeśli myślimy, że jesteśmy na coś przygotowani, to, doświadczając bólu, wszyscy zachowujemy się tak operowo i dramatycznie żałośnie.

Jakie emocje wywołał w tobie ten film? We mnie wiele trudnych: smutek, wzruszenie, jednak przyniósł mi oczyszczenie także.
Przede wszystkim zobaczyłam w tym filmie światło. Chociaż nigdy nie byłam w Australii, ten kraj wydaje mi się tak daleki od naszej europejskości, naszych problemów i podporządkowania całego życia chorobie, jeśli nas dotknie. Ludzie chyba potrafią tam inaczej spojrzeć na życie i zachować nadzieję.

Dla kogo ta historia mogłaby być terapeutyczna? Ja pokazałabym ludziom w wielkim smutku. Bo nawet jeśli wydaje ci się, że bardzo ciężko chorujesz, to jednak okazuje się, że możesz zawsze doświadczyć czegoś pięknego.
Moim zdaniem ten film niesie bardzo uniwersalne przesłanie. Mówi nam wszystkim, żeby nie marnować żadnej chwili w życiu, bo nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień.

Gdy oglądałam „Babyteeth”, zadawałam sobie pytanie: co powinnam zrobić już teraz, jeśli chciałabym odejść pogodzona z życiem? Myślę, że można nawet zrobić sobie takie ćwiczenie po tym filmie.
A ja zastanawiam się, czy potrafiłabym zachować tyle energii co ta filmowa rodzina w podobnej ekstremalnej sytuacji. I powiem szczerze, że nie wiem...

Grażyna Torbicka
, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu „Kocham Kino” w TVP2.

Martyna Harland, 
autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” w TVP2.