1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Relacje rodzinne - kto rządzi w twoim domu?

Relacje rodzinne - kto rządzi w twoim domu?

Rodzina to system połączonych naczyń. Dlatego często przenosimy do własnego domu braki i schematy z dzieciństwa. (fot. iStock)
Rodzina to system połączonych naczyń. Dlatego często przenosimy do własnego domu braki i schematy z dzieciństwa. (fot. iStock)
Trzaskanie drzwiami, szantaż emocjonalny, foch – są różne sposoby, by narzucić własne zdanie reszcie domowników. Niektóre zagrania bywają jednak tak subtelne, że trudno je rozpoznać. Ale można im przeciwdziałać!

„No w  tej rodzinie to rządzi trzylatek!” – pomyślałam, obserwując, jak pewna kobieta w kolejce do kasy prosi malucha: „Stasiu, zgódź się, żebym ci kupiła żelki zamiast chipsów, żelki są zdrowsze, naprawdę”. Staś uparcie tupał nóżką i  kręcił z  dezaprobatą głową, co ludzi w  kolejce przestało już bawić i  napięcie stawało się coraz bardziej wyczuwalne – także dla mamy Stasia. Wreszcie położyła na ladzie równowartość paczki chipsów, podała ją małemu i  wyszła ze sklepu, ciągnąc go za rękę i  nie oglądając się na nikogo. Wstyd, że nie umie sobie dać rady z dzieckiem, pomieszany z poczuciem winy z powodu unieszczęśliwiania synka, paraliżował ją tak bardzo, że nie była w stanie zrobić tego, co uważała za słuszne.

Jak rodzą się schematy

Gdzie tkwi źródło takiego postępowania młodej mamy? Otóż – jak wiele schematów, w które wpadamy –  w  dzieciństwie. Osoby, które niegdyś były pozbawione prawa głosu i  pamiętają to jako bolesne doświadczenie, bardzo często, gdy same zostają rodzicami, popadają w  drugą skrajność: dają swoim dzieciom zbyt dużo przestrzeni do decydowania. Ale choć sami tak bardzo liczą się z  dziećmi, to te nie liczą się z  nimi wcale. Zależność jest prosta: postawa zbyt uległa często u  innych wywołuje postawę dominującą. Tak więc te wszystkie uparte i  niewdzięczne dzieci to często wystraszeni mali kierowcy, którym rodzice powierzyli prowadzenie rozpędzonego samochodu, a  sami ulegle wycofali się na tylne siedzenie.

Z  kolei ci dorośli, którzy wymazali z  pamięci bolesne dla nich doświadczenia związane z  uleganiem władzy rodziców, bardzo często stosują te same mechanizmy w  stosunku do swoich dzieci. Powielają wtedy – zazwyczaj nieświadomie – znaną z  wojska zasadę fali przemocy: młodzi mają przecierpieć swoje, a w przyszłości „odegrają się” na kolejnym pokoleniu.

Strategie jawne i  ukryte

Oba opisane powyżej schematy nie biorą pod uwagę tej prostej prawdy, że rodzina to jeden organizm, czyli system naczyń połączonych, a każdy jego element jest ważny i potrzebuje bezpiecznie funkcjonować – dla dobra całości. Brak tej świadomości powoduje, że poszczególni członkowie rodziny, zamiast do współpracy, dążą do dominacji i rywalizują ze sobą. Czasami może to być surowy ojciec, czasami skupiony na sobie trzylatek. Wiek i ranga są nieistotne, chodzi o to, by wyłonić zwycięzcę, który może narzucać swoje pomysły na temat tego, co i w jaki sposób ma się dziać. Przy czym rywalizować o władzę można otwartą wrogością, czyli za pomocą jawnych żądań popartych wizją kary, jaka nastąpi w  razie niewykonania rozkazu („Jeśli nie wrócisz do dziesiątej, zapomnij o  kieszonkowym”, „Zmyj naczynia, bo inaczej nie mam zamiaru robić obiadu”, „Jeśli nie kupisz mi chipsów, będę tupał i  płakał”). Można też rywalizować, używając manipulacji – czyli o karze za nieposłuszeństwo mówić w sposób zawoalowany bądź wzbudzać w rozmówcy nieprzyjemne emocje („Jeżeli nie wrócisz do dziesiątej, to będę się martwiła, a  wiesz, że mam słabe serce”, „Skoro nie chcesz mi kupić chipsów, to znaczy, że mnie nie kochasz”).

Przy czym w  dzisiejszych czasach rzadko zdarza się, że władzę w rodzinie dzierży jedna osoba. Najczęściej rozgrywane bywają mecze z  użyciem na przemian gróźb i  manipulacji.

Groźba czy wkręcanie?

Najprościej rozpoznać groźby: „Rób to natychmiast, bo pożałujesz!”, „Zabieraj się do sprzątania i  nie dyskutuj, bo ja podyskutuję o  twoim kieszonkowym!”, „Ucisz tego psa, bo inaczej ja go uciszę!”. Agresja słowna chodzi bowiem zazwyczaj w  parze z  podnoszeniem głosu, a  więc są krzyki, obelgi, wyzwiska. Trochę trudniej jest zidentyfikować manipulację: „No nie wiem, czy to dobry pomysł, że zgodziłam się na twój wyjazd, skoro ty nie umiesz grzecznie się do mnie odnosić”, „Niby dlaczego w  wyjeździe na weekend miałby ci przeszkadzać fakt, że matka fatalnie się czuje i  może potrzebować, żeby ktoś ją zawiózł do lekarza albo nawet do szpitala?”.

Manipulator, który może nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że nami steruje, mówi często spokojnym głosem, niejednokrotnie przy tym się uśmiechając, ale w  nas jego słowa wywołują lęk, wstyd bądź poczucie winy. A ponieważ nie są to zbyt przyjemne uczucia, chcemy zrobić coś, żeby się od nich uwolnić. Czyli zrobić to, czego manipulator chce.

Nie daj się

Jak reagować na takie sytuacje? W  przypadku agresji ważne jest, żeby nie dać się wciągnąć w  kłótnię ani się nie podporządkowywać. Czasami najbardziej skutecznym rozwiązaniem może być wyjście z  pomieszczenia albo odłożenie słuchawki telefonu. Dobrym sposobem jest też postawienie ultimatum: „Będę z  tobą rozmawiać, pod warunkiem że przestaniesz krzyczeć i się uspokoisz”, „Chcę, żebyśmy porozmawiali, kiedy opadną emocje. Proszę, zastanówmy się spokojnie”. W  miarę możliwości można wesprzeć krzykacza w  odzyskaniu równowagi. Spytaj go: „Chcesz, żeby się z  tobą liczyć? Jesteś wytrącony z  równowagi? Potrzebujesz spokoju?”. I  chwilę odczekaj.

W  przypadku manipulacji najlepiej działa przeniesienie uwagi z  własnych nieprzyjemnych doznań na fakty, których dotyczy sytuacja. Możesz zareagować np. tak: „Powiedz mi, do czego się odnosisz, kiedy mówisz, że nie zachowuję się grzecznie?”, „Czy jest coś, o  czym nie wiem, co świadczy o  tym, że twój stan zdrowia jest dziś gorszy niż zwykle?”. Dzięki takiej postawie stopniowo wyzbywamy się lęku, wstydu czy poczucia winy, które są rozpraszające, utrudniają jasny ogląd sytuacji oraz dokonywanie wyborów służących także nam, nie tylko naszym domownikom.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dobre dzieciństwo to szczęśliwi rodzice

Rodzicom trzeba przypominać, że też są ważni w całym procesie o nazwie „wychowanie” i mają prawo być w centrum swojej uwagi. (Fot. iStock)
Rodzicom trzeba przypominać, że też są ważni w całym procesie o nazwie „wychowanie” i mają prawo być w centrum swojej uwagi. (Fot. iStock)
Dziecku należą się tylko trzy rzeczy: dach nad głową, trzy ciepłe posiłki dziennie i szczęśliwi rodzice – mówi stare chińskie powiedzenie. Jesteś rodzicem? Zadbaj o siebie!

Myśl pedagogiczna – podobnie jak wszystkie inne dziedziny życia – przechodzi rozmaite ewolucje. Do tej pory dzieci były traktowane jak mali dorośli, jak niewolnicy czy jak istoty gorszego gatunku. Obecnie nadeszły złote czasy dla naszych milusińskich. Świat kręci się wokół nich. Do tego stopnia, że to raczej rodzicom trzeba przypominać, że też są ważni w całym procesie o nazwie „wychowanie” i mają prawo być w centrum swojej uwagi.

Nie rób tego dziecku

Nieszczęśliwy rodzic jest rodzicem sfrustrowanym, skupionym na własnych smutkach i nieszczęściach, rozpamiętującym swoje porażki i zły los. Do takiego rodzica trudno podejść, dzieci się mu nie zwierzają i omijają z daleka.

Rodzic nieszczęśliwy generuje u dziecka stały strach. Skoro mama jest taka smutna, to znaczy, że dzieje się coś bardzo złego – tak to widzą dzieci. Jeśli trudno ci przyznać sobie prawo do czasu wolnego, inwestowania w siebie i dbania o swoje rozrywki – zrób to nie dla siebie, ale dla dziecka. Buduj swoje zadowolenie z życia dla niego, jako kapitał na jego przyszłe życie.

Po pierwsze – nie bój się wymagać. Jeśli wszystkie obowiązki domowe i wychowawcze wzięłaś na siebie, w początkowym okresie wychowawczym (około dwóch lat) będziesz czerpać ogromną satysfakcję z tego, że dajesz radę, że jesteś samodzielna i niezależna, ale w perspektywie długoterminowej… zgorzkniejesz. Staniesz się niecierpliwa, przemęczona i pozbawiona radości życia. Nie pracuj ponad siły.

Po drugie – nie staraj się udowodnić wszystkim, że sobie poradzisz, że robisz wszystko najlepiej, że jesteś dziecku cały czas potrzebna. Żadna z tych opinii nie jest prawdziwa! Bycie nieszczęśliwą lub szczęśliwą to wybór. To ty w znacznym stopniu decydujesz o tym, jak postrzegasz swoje życie. Jeśli jawi ci się ono jako pasmo udręki i poświęcenia – nie trwaj w tym. Szukaj profesjonalnej pomocy.

O ile nie ma gwarancji, że szczęśliwy, spełniony rodzic na pewno wychowa szczęśliwe dziecko, o tyle można mieć stuprocentową pewność, że nieszczęśliwy rodzic wychowa nieszczęśliwe dziecko.

Wspomnienia z dzieciństwa

To, czy mieszkanie jest odkurzone, lodówka pełna, pranie wykrochmalone, a okna czyste – jest ważne, ale dla dorosłych. Wiele matek tak właśnie postrzega dobry dom. We wspomnieniach dzieci pozostaje jednak coś znacznie istotniejszego – atmosfera, a tę tworzy codzienny nastrój rodzica.

Piotr, redaktor, ojciec dwóch córek: – Nasza matka zawsze gderała, że życie jest ciężkie, że daje po tyłku, że jeszcze się przekonamy, jak jest naprawdę. Wyrastałem w przekonaniu, że świat jest podłym, przerażającym miejscem. Mama odmawiała sobie prawa do jakiejkolwiek rozrywki, radości, czasu dla siebie. To nie budowało fajnego klimatu, ja i brat szybko zaczęliśmy uciekać z domu.

Irena, studentka trzeciego roku europeistyki: – Pamiętam mamę, jak latami snuła się po kątach i płakała, czasem nie odzywała się do nas przez wiele dni. Ciotka namawiała ją, żeby poszła do lekarza i zaczęła leczyć depresję, ale ona wciąż powtarzała, że nie ma pieniędzy na fanaberie. Sto razy wolałabym, żeby wydała wszystko na leki niż na nowe spodnie dla mnie. Nienawidziłam nowych ubrań! Szkoda, że matki nie wiedzą, co czuje dziecko, gdy widzi je wiecznie zapłakane.

Bartek, nauczyciel angielskiego: – Chyba najgorsze, co w życiu usłyszałem, to zdanie mojej matki, które kiedyś powiedziała do sąsiadki: „Jak mogę być szczęśliwa z dwójką dzieci na karku?!”. Czułem się paskudnie. Wiele lat winiłem siebie i siostrę za złe zdrowie mamy, za jej smutek.

Takie wspomnienia to cenny materiał do przemyśleń. Jeśli więc kusi cię, żeby się bez reszty poświęcić dzieciom, skupić się na pracy, nie leczyć depresji, nie mieć żadnych przyjemności, a do tego złe relacje z partnerem – zastanów się, jak one to zapamiętają. Bo rodzic, poprzez swój przykład, uczy dziecko, jak żyć. Za każdym razem, gdy sprawiasz sobie przyjemność, generujesz czas tylko dla swoich potrzeb, robisz coś, co cię podnosi na duchu, rozwija – dajesz swojemu dziecku lekcję życia. Jeśli zapominasz o sobie, uczysz dziecko, że ono także powinno tak robić. Czy tego właśnie chcesz?

Prawo do szczęścia

Mama, która w imię swojego szczęścia zaniedbuje własne dziecko, ma równie złe podejście jak ta, która zapomniała o sobie i skupiła się wyłącznie na obowiązkach. Przesada w realizacji prawa do szczęścia jest równie zła jak przesada w odbieraniu sobie tego prawa. Nie ma dziecka, które by tego nie potwierdziło.

Piotr, inżynier-elektronik: – Moja matka była wiecznie uśmiechniętym, roześmianym człowiekiem. Kochała tańczyć, bawić się. Gdy miałem cztery lata, uznała, że męczy ją macierzyństwo, że się nie rozwija, i wyjechała do Kanady. Napisała mi w liście, że chce być szczęśliwa. Wychowywali mnie dziadkowie. Kiedy słyszę o prawie matki do szczęścia, myślę jedno: nie zawsze szczęśliwy rodzic wychowa szczęśliwe dziecko. Niestety, czasem tych dwóch „szczęść” nijak nie da się pogodzić. Mnie trwale unieszczęśliwiła. Źle się żyje dziecku, które dowiedziało się, że nie uszczęśliwia swojej matki.

Gdy jesteś rodzicem – tak jak każdy człowiek – masz prawo do szczęścia, ale trochę inne niż bezdzietni. Rodzicielstwo to absolutnie najważniejszy projekt w życiu każdej mamy i każdego taty. Wszystko, co robią, musi zawsze uwzględniać istnienie i dobro tej najdroższej istoty.

Porzucenie własnego dziecka, zarówno fizyczne, jak i emocjonalne, dla tak czy inaczej pojmowanego „spełnienia siebie” w żadnym razie nie jest realizacją hasła o prawie do własnego szczęścia, ale jawnym wykroczeniem przeciwko szczęściu dziecka.

Droga mamo i drogi tato, dążcie do osobistego szczęścia, ale nigdy kosztem dzieci.

  1. Psychologia

Między poczuciem krzywdy a poczuciem winy. Jak na starość zorganizować opiekę rodzicom?

Cóż może lepiej łagodzić cierpienia starości niż świadomość, że nasze dzieci potrafią zadbać o siebie i innych? (Fot. iStock)
Cóż może lepiej łagodzić cierpienia starości niż świadomość, że nasze dzieci potrafią zadbać o siebie i innych? (Fot. iStock)
„Czcij ojca swego i matkę swoją”. Wychowanym na tym przykazaniu nie trzeba tłumaczyć, że rodzice na starość wymagają troski, opieki, cierpliwości... Ale dobrze pomóc rodzicom mogą tylko dorośli, nie dzieci.

Ewa ma 37 lat i narzeczonego, z którym od kilku lat nie może wziąć ślubu. Najpierw zachorowała mama. Ewa mieszkała już z narzeczonym, ale wtedy wróciła do domu, by się nią opiekować. Szpital, dom, szpital… rak posuwał się szybko mimo leczenia. Narzeczony rozumiał sytuację, próbował pomagać, ale Ewa nie oczekiwała pomocy, sama sobie ze wszystkim radziła, nawet płakać wolała sama niż na jego ramieniu. Mama umarła i znów mogliby zamieszkać razem, ale Ewa nie chciała zostawić ojca. Po śmierci mamy czuł się samotny i zagubiony, postanowiła z nim trochę pomieszkać, póki nie dojdzie do siebie. Nie doszedł, bo miał wylew. Znów szpital, rehabilitacja. Teraz jest już lepiej, ale ojciec z trudem się porusza, nic sam nie zrobi, zresztą nigdy nie umiał, więc Ewa cały czas się nim zajmuje. Już jako kilkulatka doprowadzała go do domu, gdy był pijany, kładła do łóżka, teraz znów może się nim opiekować.

Z pracy pędzi prosto do domu, robi obiad, gra z ojcem w różne gry, bo trzeba pobudzać jego umysł. Z narzeczonym widuje się rzadko, bo ojciec nie lubi jego wizyt. Za to lubi być razem z Ewą. „Moja córeczka” – mówi do niej, gdy jest zadowolony. Gdy ma gorszy nastrój, złości się, że zostawia go na tyle godzin, więc Ewa pędzi jeszcze szybciej z pracy do domu i stara się jak najmniej wychodzić. W ciągu dnia ojciec często do niej dzwoni, Ewa się denerwuje, bo w pracy powinna pracować, ale zawsze odbiera telefon i cierpliwie rozmawia z ojcem. Chce, żeby czuł się zaopiekowany, przecież to jego ostatnie lata. Czy w opiece nad ojcem nie mogłaby jej pomóc trzydziestoletnia siostra, która blisko mieszka? Niestety. Siostra co prawda nie pracuje zawodowo, ale ma dwoje małych dzieci, nie ma czasu zajmować się ojcem. Może chociaż mógłby do niej dzwonić, gdy Ewa jest w pracy? Tak byłoby lepiej, ale jak o tym powiedzieć, żeby nie było mu przykro?

Grzeczna córeczka

A jak Ewa czuje się w tej sytuacji? Jest ciągle zmęczona, rano nie ma siły wstać z łóżka, często płacze, boi się, że po mamie odziedziczyła depresję. Ma poczucie krzywdy, zadaje sobie pytanie: „czemu ją to spotyka?”. Niedawno śmierć mamy, teraz choroba ojca, która może potrwać wiele lat, własne życie musi odkładać na później, a czy później nie będzie za późno?

Jak długo w tej sytuacji wytrzyma jej narzeczony? Ostatnio sam wyjechał na wakacje, bo Ewa jak zwykle nie mogła. A gdyby przestała tak intensywnie zajmować się ojcem, który pławi się w jej opiece jak pączek w maśle? Na samą myśl ma poczucie winy. Ojciec jest taki szczęśliwy, gdy ona jest w domu. Z zapałem opowiada jej o swoich dolegliwościach, które daje się znieść tylko w jej obecności.

Najlepiej oczywiście by było, gdyby opieką nad ojcem udało jej się podzielić z siostrą lub innymi członkami rodziny. W niektórych rodzinach to się zdarza, ale rzadko. Częściej jedno z dzieci przejmuje odpowiedzialność za sytuację i ugina się pod jej ciężarem. Z góry można przewidzieć, kto to będzie.

Ewa zawsze starała się spełniać oczekiwania innych ludzi. Rodziców, nauczycieli, koleżanek, szefa. Wszyscy doceniali jej poczucie odpowiedzialności, chyba nigdy nikogo nie zawiodła, choć często czuła się wykorzystywana. Dziś zamknięta w pułapce między poczuciem krzywdy a poczuciem winy jak zwykle wybiera to pierwsze, choć tak naprawdę ma już dość tego swojego-nie-swojego życia. Nikomu o tym nie mówi, żeby nie robić przykrości. Siostra i tak nie jest szczęśliwa ze swoim mężem, tata może niedługo umrze, więc Ewa nie ma wyjścia. Musi dalej ciągnąć ten wózek, który ciągnie od dzieciństwa.

To cudowne, że kocha swojego ojca, że wybaczyła mu jego winy, chce mu pomóc na starość. Ojciec z pewnością potrzebuje pomocy. Kłopot w tym, że Ewa nie robi tego z wyboru, tylko z konieczności, bo nie potrafi inaczej. Poczucie obowiązku kieruje całym jej życiem. O tym, co jest tym obowiązkiem, decydują potrzeby i pragnienia innych, ona sama nie ma tu nic do powiedzenia. Nie potrafi stawiać żadnych granic. Jej uczucia nie mają znaczenia. Wciąż jest grzeczną córeczką, działa tak samo jak w dzieciństwie, by rodzice byli z niej zadowoleni. Ale to droga, która prowadzi na manowce.

 

Dziecko, lat 52

Starzenie się rodziców to znak, że pora dorosnąć. Dzieci nie powinny się opiekować swoimi rodzicami. I nie chodzi tu wcale o wiek ani nawet o to, czy razem się mieszka, ale o rozstanie się z rolą dziecka. Dopiero wtedy jesteśmy w stanie dokonywać racjonalnych wyborów, za które nikt nie zapłaci zbyt wysokiej ceny. Ci, którzy jeszcze nie wyszli z roli dziecka i nie stali się niezależni od swoich rodziców, na oślep rzucają się na pomoc, tratując po drodze samych siebie, czasem też męża i dzieci, nie szukają innych rozwiązań ani wsparcia. A opieka nad drugim człowiekiem wcale nie jest łatwa i wymaga, byśmy byli w dobrej formie.

Czasem dzieci, które teoretycznie dawno temu przeszły wiek dojrzewania, nadal się buntują. Nie „przepracowały” swojej relacji z rodzicami, nie potrafią docenić, ile od nich dostały, zrozumieć, czemu nie dostały więcej, wciąż czują się pokrzywdzone, uwięzione w uczuciach z dzieciństwa, choć od lat to one same odpowiadają za swoje życie. Tak jest w przypadku Barbary, która ma 52 lata i dwoje dorosłych dzieci. Wciąż czuje żal do matki, obwinia ją o swoje porażki, choć matka mieszka w innym mieście i w żaden sposób nie próbuje wpływać na jej życie.

Ale Barbara nadal jest pokrzywdzoną córeczką. Kiedy jej matka zaczęła mieć zaburzenia pamięci, które mogły skończyć się tragicznie, Barbara właśnie zmieniała swoje życie. Rozwiodła się z mężem, sprzedała firmę i zamierzała dalej żyć ze zgromadzonego kapitału. Mogłoby się zdawać, że nic nie stało na przeszkodzie, żeby na jakiś czas zamieszkała z matką, w jej dużym domu, w innym mieście. Ale Barbara nie widziała powodu, żeby to zrobić.

– Oddaj ją do domu opieki – radzi młodszej siostrze, która opiekuje się matką, dojeżdżając co tydzień dwieście kilometrów. – Prosiłam ją kiedyś, żeby mnie zabrała z kolonii, a ona nie chciała – Barbara ma łzy w oczach na wspomnienie kolonijnego dramatu. – To niech teraz ona poczuje, jak to jest! Niech będzie tam, gdzie nie chce. Ja na pewno się nią nie zajmę. Wspomnienie własnych krzywd nie pozwala Barbarze racjonalnie ocenić sytuacji.

Ci, którzy naprawdę dorośli, wiedzą, że rodzicom należy się uwaga, opieka, szacunek, dają im tyle, ile mogą, i potrafią zadbać o resztę, w rozsądnych miejscach postawić granice i rodzicom, i sobie.

Dorosłe, niekochane

Inna Basia, 45 lat, po rozwodzie nie miała się gdzie podziać, a mama potrzebowała opieki, miała problemy z nogami, nie mogła chodzić, więc zamieszkały razem. Basia nigdy nie czuła się przez nią kochana, w jej oczach była nieudolna, niezaradna, głupia. I tak jest nadal. Ostatnio było im ciężko finansowo, więc oprócz pracy nauczycielki, Basia podjęła się sprzątania u znajomej. „Ty to potrafisz się poniżać” – skomentowała matka. Basia potrafi, ale dużo lepiej poniża ją mama, traktując jak służbę, z której nigdy nie jest zadowolona. Córka znosi wszystko z pokorą, choć wie, że to przez mamę nie czuje się dobrze na świecie. Robi, co może, żeby nie mogła jej nic zarzucić. Ciągle jest tym niekochanym dzieckiem, które stara się i stara, choć już nie wierzy, że mama je kiedyś pokocha. Mama przecież ma ukochanego syna, który spełnia pokładane w nim nadzieje. Czasem wpada z wielkiego świata z kwiatami i prezentem, wypije kawę i leci, bo ma naprawdę ważne sprawy. Mama to rozumie, jest z niego bardzo dumna, bo syn jest biznesmenem i zarabia pieniądze. A Basia na przyjście brata nie zdążyła upiec ciasta! Dziewczyna płacze po kątach, wciąż czuje się nieudaną córką własnej matki, choć sama jest matką szesnastoletniej córki, która na to wszystko patrzy. Właściwie stara się patrzeć jak najmniej. Często znika z domu, bierze narkotyki... „Nawet jej nie potrafiłaś wychować” – mówi matka.

Tak jest dobrze

Kasia, 48 lat, ma wolny zawód, mieszka blisko mamy, a to bardzo ułatwia sytuację. Może do niej zaglądać kilka razy dziennie, kiedy ta potrzebuje pomocy. I dotąd tak było: zaglądała. Przynosiła zakupy, gotowała obiady, wspólnie rozwiązywały krzyżówki. Ale mamie ciągle było mało, jest przecież taka samotna, a córka zawsze wpada jak po ogień. Gdy mama zachorowała, Kasia zatrudniła opiekunkę, która zamieszkała z nią na stałe. Mama oczywiście wolałaby, żeby to córka z nią mieszkała. Miała pretensje, dwa tygodnie chodziła obrażona, ale w końcu zaakceptowała sytuację. Dzięki temu Kasia jest o nią spokojna, gdy pracuje, a gdy wpada do niej, nie musi brać się za sprzątanie i gotowanie, może po prostu z nią posiedzieć. I tak jest dobrze, nie tylko Kasi, ale także mamie.

Zwycięsko przez starość rodziców mają szansę przejść tylko ci, którzy naprawdę dorośli. Oni wiedzą, że rodzicom należy się uwaga, opieka, szacunek. Dają im tyle, ile mogą, i potrafią zadbać o resztę, w rozsądnych miejscach postawić granice i rodzicom, i sobie. Rodzice zwykle to doceniają. Przecież wychowywali nas po to, byśmy mieli własne życie i umieli podejmować dobre decyzje. Cóż może lepiej łagodzić cierpienia starości niż świadomość, że nasze dzieci potrafią zadbać o siebie i innych?

  1. Psychologia

Portrety rozbieżne. Dlaczego postrzegamy siebie inaczej, niż widzą nas inni?

Na siebie samych patrzymy z perspektywy aktora - osoby, która robi pewne rzeczy i chce, żeby te rzeczy doprowadziły ją do pewnego celu. Inni natomiast patrzą na nas z perspektywy biorcy, czyli kogoś, kto może na naszym działaniu coś zyskać albo coś stracić. (Fot. iStock)
Na siebie samych patrzymy z perspektywy aktora - osoby, która robi pewne rzeczy i chce, żeby te rzeczy doprowadziły ją do pewnego celu. Inni natomiast patrzą na nas z perspektywy biorcy, czyli kogoś, kto może na naszym działaniu coś zyskać albo coś stracić. (Fot. iStock)
Myślisz o sobie: „silna i zdecydowana”. Inni o tobie: „wiecznie się waha, nie wie, czego chce”. Albo: „uparta, wymagająca”. Kto ma rację? Wszyscy!

Jak to jest, że postrzegamy siebie samych zupełnie inaczej, niż widzą nas inni? Nawet bardzo bliskie osoby? Bierze się to z fundamentalnej różnicy perspektyw. Mianowicie: na siebie samych patrzymy z perspektywy aktora, osoby, która robi pewne rzeczy i chce, żeby te rzeczy doprowadziły ją do pewnego celu. Inni, także bliskie osoby, patrzą na nas z perspektywy biorcy, czyli kogoś, kto może na naszym działaniu coś zyskać albo coś stracić.

Jest jeszcze jedna różnica: my patrzymy na swoje działania, znając cele, ale też intencje. Kiedy patrzą na nas inni, widzą tylko nasze zachowanie, a jeśli spytają o intencje czy cele, możemy im oczywiście o nich powiedzieć, ale nie muszą w to uwierzyć. Stąd ich ocena może diametralnie różnić się od naszej. Zderzenie obu perspektyw może powodować konflikty.

Ludzie, z którymi jesteśmy blisko, znają pewnie nasze intencje. Są zatem większe szanse, że odbiorą nas tak, jak chcielibyśmy być odebrani? Tak, ich zdanie może być znacznie bliższe temu, co sami o sobie sądzimy, ale zaznaczam, że pełna zgoda nigdy nie nastąpi. Kiedy patrzymy na kogoś bliskiego, spoglądamy na niego trochę jak na siebie, czyli też przyjmujemy perspektywę aktora. Trzymamy kciuki, żeby mu się udało, tak samo jak zwykle kibicujemy sobie.

Problemem jest to, że mamy tendencję do zniekształcania własnego obrazu. Lubimy myśleć o sobie jak najkorzystniej, wszelkie nasze potknięcia staramy się tłumaczyć na własną korzyść, żeby się nie załamać psychicznie i mieć siłę do dalszego działania. Dlatego, choć znamy siebie teoretycznie najlepiej, nie mamy pełnego i obiektywnego obrazu siebie samych. On będzie zawsze subiektywny. Tendencyjność to ludzka natura. Nawet jeśli sądzimy, że sami nie jesteśmy tendencyjni, to pewnie myślimy, że inni są. Tylko że to właśnie potwierdza naszą nieobiektywność.

A może problem polega na tym, że w obecności różnych osób różnie się zachowujemy? I tu pojawia się kwestia ról. Bo chociaż jesteśmy cały czas jedną i tą samą osobą, to jednocześnie jesteśmy wieloma różnymi osobami naraz. Rozmaite konteksty sytuacyjne oczekują od nas innych zachowań i postaw. Jakaś kobieta wstaje rano i jest opiekuńczą matką swojego dziecka – wszystkie czynności, które wykonuje, sprawiają, że tak może być właśnie postrzegana, zarówno przez siebie, jak i przez innych. Odwozi dziecko do przedszkola, jedzie kilometr dalej do pracy i nagle jest szefową – wymagającą i upartą. A przecież to cały czas ta sama osoba. Takie skrajne role mogą powodować pytania u innych, ale i wątpliwości w nas samych: „Jaka ja naprawdę jestem – opiekuńcza czy wymagająca?”.

Inni ludzie potrafią nas trafniej osądzać w danej roli. Nam samym może być trudniej, bo zdajemy sobie sprawę, że pełnimy wiele ról i nie zawsze udaje nam się je wszystkie oddzielić. Ktoś, kto nas zna z konkretnej roli, może lepiej nas określać jako osobno: żonę, matkę, przyjaciółkę, szefową.

Podobnie jak jedna opinia powtarzana przez dłuższy czas, zwłaszcza w dzieciństwie, potrafi ukierunkować myślenie o sobie na błędny trop. Zgadza się, najczęściej dzieje się tak we wczesnym okresie kształtowania się naszego charakteru. Małe dziecko, które w obecności nieznajomych chowa się za nogi rodziców i niewiele mówi, z pewnością często słyszy od nich, że jest nieśmiałe. Po pewnym czasie zaczyna tak o sobie myśleć: „Jestem nieśmiały, wstydliwy”, bo dostaje gotowe wytłumaczenie swojego zachowania, ale wcale nie musi być ono zgodne z prawdą.

Jak w takim razie odbierać opinie innych? Brać je do serca, rozważać, czy też nie przykładać do nich zbyt dużej wagi? Mówi się, że usłyszeć czyjąś opinię to dar, ale przyjąć ją to łaska. Czasem myślimy o sobie: „Ależ inteligentnie to rozegrałam”, a potem słyszymy od kogoś: „To miało być inteligentne?! To było po prostu wyrachowane!”. Informacja zwrotna jest darem w sytuacji, kiedy może zawrócić nas z błędnej drogi, bo inni ludzie biorą zwykle pod uwagę odmienne aspekty niż my sami i potrafią wskazać nam punkty, w których mogliśmy kogoś np. urazić. Dlatego wzięcie pod uwagę opinii innych może być bardzo rozwijające.

Oczywiście może się też tak zdarzyć, że inni ludzie usiłują nam powiedzieć coś, co wcale nie służy naszym interesom, ale ich. Dlatego trzeba być bardzo uważnym, przyjąć taką informację do wiadomości, ale też zastanowić się, na ile ona dotyczy nas, tego, co moglibyśmy zmienić w swoim zachowaniu, żeby stać się lepszym człowiekiem, a na ile ma służyć temu, by komuś innemu było lepiej czy wygodniej. Lepiej pomyśleć, o czym świadczy to, że dana osoba chce, żebym była taka, a nie inna, niż zmieniać się pod jej dyktando. Trzeba zachować umiar i trzeźwość umysłu. Trochę chronić siebie przed opiniami innych, a trochę jednak je rozważać, bo jeśli tego nie zrobimy, zatrzymamy się w rozwoju.

To chyba działa też w drugą stronę: trzeba być ostrożnym w wygłaszaniu sądów. Niekiedy lepiej ugryźć się w język i nie powiedzieć tego, co ciśnie nam się od razu na usta, a co jest nieprzemyślane. Zanim wytknie się komuś: „zachowujesz się zbyt śmiało, zbyt agresywnie” itp., trzeba pomyśleć, co by było, gdyby ktoś inny wygłosił na nasz temat taką opinię. Jak byśmy to przyjęli? Spytać siebie, czy gdyby moja przyjaciółka powiedziała mi właśnie to, co ja chcę jej przekazać, to pomyślałabym sobie: „To wredna małpa, a nie prawdziwa przyjaciółka” czy: „Czy ona jest ślepa, żeby tak o mnie myśleć?”, czy też: „A może ma rację, a ja czegoś nie widzę?”. Jeśli chcemy wyrzucić z siebie wyłącznie własną frustrację, to możemy to zrobić na milion innych sposobów, chyba że zależy nam na tym, by rzeczywiście dać komuś jakąś wskazówkę, wpłynąć na jego zachowanie. Wtedy trzeba postarać się o większą delikatność.

Dr Aleksandra Cisłak, psycholog, zajmuje się problematyką spostrzegania społecznego, SWPS.

  1. Psychologia

Klucz do zdrowych relacji? Rozpoznaj swój schemat

Schematy, jakie przyswoiliśmy, by poradzić sobie z trudną sytuacją czy krytycznym przekazem od rodziców, są częstą przyczyną konfliktów w relacjach. Pora je rozpoznać i spróbować zmienić. (Fot. iStock)
Schematy, jakie przyswoiliśmy, by poradzić sobie z trudną sytuacją czy krytycznym przekazem od rodziców, są częstą przyczyną konfliktów w relacjach. Pora je rozpoznać i spróbować zmienić. (Fot. iStock)
Dom rodzinny to prawdziwa szkoła życia. Jednak nie wszystko, czego się w nim nauczyliśmy, pomaga. Schematy, jakie przyswoiliśmy, by poradzić sobie z trudną sytuacją czy krytycznym przekazem od rodziców, są częstą przyczyną konfliktów w relacjach. Pora je rozpoznać i spróbować zmienić.

Każdy z nas ma jakąś sztandarową reakcję na stresujące zdarzenia relacyjne. Ktoś atakuje, obwinia, ktoś inny się wycofuje albo czepia się kurczowo drugiej osoby, "na wszelki wypadek" przeprasza. Tak czy inaczej, poruszamy się utartym szlakiem, zakładając, że jakaś reakcja pomoże nam wyjść z opresji. Nie trzeba chyba dodawać, że te wzorce powstają zwykle w dzieciństwie - w odpowiedzi na trudne doświadczenia albo powtarzające się, toksyczne komunikaty sugerujące, że coś z nami jest "nie tak".

Są niczym okulary, przez które patrzymy na świat i na innych - nierzadko sprawiają, że interpretujemy ich zachowania na swoją niekorzyść, tworzymy teorie spiskowe. Załóżmy, że ktoś źle znosi krytykę - prawdopodobnie sam zbyt wysoko siebie nie ceni. Kiedy słyszy uwagi pod swoim adresem, wycofuje się, zamyka się w sobie. Dostaje etykietkę obrażalskiego, odludka. I czuje się jeszcze bardziej "wadliwy"... Jak wyjść z tego błędnego koła?

Rozpoznaj wzór

Choć wyczuwamy, że nasz strategie są nieproduktywne, że może kiedyś coś nam "załatwiały", ale z czasem stały się sztywnymi, mało przydatnymi formami - to jednak nie potrafimy ich porzucić. Dlaczego? Ani dlatego, że poprzez wielokrotne powtarzanie utrwaliły się w nas jako nawyk. "Strategie te powstają na głębszym poziomie, mają swoje źródło w niemal podświadomych przekonaniach zwanych schematami" - piszą Matthew McKay, Patrick Fanning, Avigail Lev, Michelle Skeen w książce "Relacje na huśtawce".

Jaki jest twój schemat, twoje przekonanie? Może "ludzie zawsze mnie opuszczają?" Albo: "niebezpiecznie jest ufać innym", "mój los nikogo nie obchodzi"? A może: "nie uda mi się" i "błędy są niedopuszczalne"? Autorzy "Relacji..." podpowiadają, jak rozpoznać i zmienić te wzorce. Czerpią z terapii schematów, ale też z technik ACT (terapia akceptacji i zaangażowania). Wyróżniają 10 nieadaptacyjnych schematów (według twórcy teorii Jeffreya Younga, jest ich 18). W ich rozpoznaniu pomoże zawarty w książce tekst. Ale możesz też zapoznać się z poniższymi opisami i ocenić, na ile są obecne w twoim życiu.

  • Opuszczenie/niestabilność więzi - sprawdź, w jakim stopniu zgadzasz się z następującym stwierdzeniem: "Znaczące osoby w moim życiu cechują się niestabilnością albo nie mogę na nich polegać".
  • Nieufność/skrzywdzenie: "Doznam krzywdy z powodu wykorzystania lub zaniedbania ze strony innych ludzi".
  • Deprywacja emocjonalna: "Moja potrzeba wsparcia emocjonalnego nie zostanie zaspokojona".
  • Wadliwość/wstyd: "Jestem wybrakowany, gorszy, niewzbudzający miłości".
  • Izolacja społeczna: "Nie przynależę do grupy, jestem wyobcowany albo inny".
  • Zależność/niekompetencja: "Jestem niekompetentny albo nieporadny, nie potrafię przetrwać bez innych".
  • Porażka: "Jestem nieudolny, na pewno poniosę porażkę".
  • Roszczeniowość/wielkościowość: "Jestem lepszy od innych, zasługuję na specjalne przywileje".
  • Samopoświęcenie/podporządkowanie: "Przedkładam potrzeby innych na własne".
  • Nadmierne wymagania/nadmierny krytycyzm: "Muszę spełniać wyśrubowane standardy, żeby uniknąć krytyki".

Agresja, bierność lub unikanie

Jeśli znasz już swoje schematy relacyjne, możesz przyjrzeć się bolesnym emocjom, które się z nimi wiążą. Strach, złość, żal, tęsknota, smutek, wstyd, niepokój, poczucie winy... Na pewno coś, czego nie chcesz czuć, czego wolałbyś uniknąć. Pojawia się więc impuls do ucieczki, sięgasz po strategię. Rzecz w tym, że to właśnie unikanie bólu wywołanego schematem prowadzi do trudności w relacjach. Weźmy przytoczony przez autorów przykład mężczyzny, który chciał dowiedzieć się w urzędzie, jak wymienić tablicę rejestracyjną.

Oczekiwał prostej instrukcji "od ręki", ale urzędnik polecił mu pobrać numerek i uzbroić się w cierpliwość. To aktywowało jego schemat dotyczący zasługiwania na lepsze traktowanie. Zalała go fala złości. Był tak wściekły, że wypadł z budynku, niczego nie uzyskując. "Emocje powiązane z uaktywnieniem schematu - strach, wstyd, złość czy rozpacz - są tak silne, że natychmiast usiłujesz je stłumić. Strategie radzenia sobie ze schematami przynoszą chwilową ulgę, jednak na dłuższą metę nie tylko nasilają ból wywołany prze schemat, ale również niszczą relacje z ludźmi" - utrzymują cytowani autorzy.

W zasadzie wszystkie strategie radzenia sobie w trudnych sytuacjach związanych z innymi ludźmi można podzielić na trzy kategorie. Pierwsza to atak/nadmierna kompensacja, czyli wszelkiego rodzaju reakcje agresywne: obwinianie, prowokowanie, bunt, dominacja, nadmierna asertywność, manipulacja. Ale też poszukiwanie uznania, wywyższanie się. Drugi styl radzenia sobie to podporządkowanie, czyli bierność i uległość - poddajesz się i starasz się zadowolić innych. I wreszcie trzeci styl - unikanie. To próba ucieczki, wycofanie się, nadmierna autonomia. Ale też poszukiwanie stymulacji w różnych zajęciach czy używkach, fantazjowanie i zaprzeczanie...

Dobrze jest poobserwować, jakie czynniki, wydarzenia prowadzą do wyzwolenia się "ulubionych" schematów i jak na nie reagujemy. Ale dobrze jest też pójść dalej. Sprawdzić, czy możesz powoli rezygnować z zachowań, które zawodzą. Tym bardziej, że często nie do końca są twoje, zwykle przejmujemy je od starszych (od ojca, który - urażony - atakował, czy od matki wycofującej się w obliczu własnej bezsilności). Wszystkie strategie łączy jedno: mają na celu zdystansowanie się do bólu spowodowanego działaniem schematu. Sęk w tym, że to się nie uda! - twierdzą McKay, Fanning, Lev i Skeen. Coś się wydarzyło, pojawiły się określone myśli, emocje. Jedyne, co możesz zrobić, to przestać grać w starą grę.

Jazda z potworami

Zgódź się na ból, który się pojawia. Obserwuj go - jak obserwuje się żeglujące po niebie chmury. Możesz zauważać uczucia wywołane schematem - to, jak narastają i słabną, a czasem przeradzają się w inne. Możesz zauważać swoje myśli, doznania fizyczne, impulsy. Wreszcie to, że masz wybór... Że możesz zareagować inaczej. Zamiast wybuchać - zacisnąć zęby. Z czasem coś się rozluźni, pojawi się większa przestrzeń, nowe możliwości. Twoje relacje na pewno na tym zyskają.

W terapii ACT kluczowym motywatorem są wyznawane przez nas wartości. To one sprawiają, że podejmujemy wysiłek by coś zmienić. Dlatego oceń, które relacja przedstawiają dla ciebie największą wartość: partnerskie, rodzinne, zawodowe? A może przyjaźnie? Czy jesteś gotów zaakceptować ból, który czasem się w nich pojawia, i zrezygnować ze strategii, które próbują go zneutralizować? Co cenisz najwyżej w pierwszoplanowych relacjach? Twórca ACT Steven C. Hayes chętnie odwołuje się do metafory autobusu obrazującej, jak możesz trzymać się wytyczonego przez twoje wartości kursu, nie zważając na trudności. Wyobraź sobie, że prowadzisz autobus - to twoje życie. Za przednią szybą znajduje się tabliczka wskazująca kierunek jazdy - to wartość, którą chcesz się kierować (np. "bycie kochającą osobą"). Nagle na twojej drodze pojawiają się przeszkody - bolesne emocje, myśli. Może masz ochotę zatrzymać autobus i poczekać, aż znikną (czyli powstrzymać się od działań podyktowanych wartościami). Tylko że to nie działa: autobus stoi, a potwory wciąż w nim siedzą. Uciekanie przed nimi w boczne uliczki też nie pomoże, oddali cię tylko od twoich wartości.

Co zatem robić? Jechać dalej, z niewygodnymi pasażerami. Być może będą ci grozić, wyśmiewać cię, straszyć. Pokrzykiwać, że jesteś na złej drodze, że to niebezpieczne... Cóż, potwory tak już mają, taka ich uroda. Twoim zadaniem jest podążać wytyczoną trasą. Skupić się na celu podróży. Przecież twoje wartości są ważniejsze od twojego lęku. Twoje życie nie możesz zbaczać z kursu z powodu kilku skołowanych krzykaczy na tylnych siedzeniach, prawda?

  1. Psychologia

Toksyczny partner – jak żyć z manipulantem?

Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie... (fot. iStock)
Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie... (fot. iStock)
Spotkałam księcia z bajki. Szkoda czasu na sen – szeptał. Splątane ciała, rozmowy o życiu, eklerki jedzone o świcie – tak wyglądały nasze noce przez pierwsze miesiące. Po dwóch latach moje poczucie własnej wartości przestało istnieć.

Spotkałam księcia z bajki. Po dwóch latach moje poczucie własnej wartości przestało istnieć. Szkoda czasu na sen – szeptał. Splątane ciała, rozmowy o życiu, eklerki jedzone o świcie – tak wyglądały nasze noce przez pierwsze miesiące.

„To moja druga połówka” – opowiadałam przyjaciółkom, gdy w wieku 37 lat ja, samotna mama ośmiolatki, w końcu z nim zamieszkałam. „Chagall mógłby się od niej uczyć” – pąsowiałam, gdy przechwalał się na Facebooku moimi ilustracjami do książek. Zapłacił czynsz za pół roku, szalał z moją córką na rowerach. Oswajał każdy mój lęk. „Ze wszystkim sobie poradzimy, KMŻ [kobieto mojego życia]” – pisał dziesiątki czułych SMS-ów dziennie. Mam je do dziś.

Piekło i raj

Zanim pojawił się on, przez pięć lat byłam samotną mamą. Zaradną, niezależną optymistką. Samotność? Nie dramatyzowałam. Weekendy i wakacje z przyjaciółkami i ich dzieciakami. Rytuały domowe z córką. Z nim brakowało na nie czasu. „Nic beze mnie” – domagał się. Moja niezależność najpierw go fascynowała, potem doprowadzała do szału. Czułam się winna, gdy nie dość szybko odpowiadałam na SMS-y, za długo rozmawiałam przez telefon albo nie zachwyciłam się jego pomysłem na biznes. „Nie masz pojęcia, co to partnerstwo” – znowu albo awantura, albo milczenie. Jak mantrę powtarzał: „Obchodzą cię tylko twoje bazgroły. Traktujesz mnie jak zabawkę” – i wychodził. Biegłam za nim przekonana, że za mało daję. Był zazdrośnikiem. Deprecjonował moich znajomych, krytykował siostrę. „Chce cię od nas odciąć” – ostrzegały przyjaciółki. A ja myślałam: „Dostaję od niego tyle miłości, że postaram się jeszcze bardziej”. Im bardziej był ze mnie niezadowolony, tym bardziej bałam się go stracić. Powstał między nami dziwny rytuał. Jego foch – moje wycofanie – jego „wybaczenie”. I gorący seks albo rodzinna wyprawa do Kazimierza na zgodę. Jednak wystarczała iskra, by znowu powstał pożar. Krytykował wszystkich wokoło. Przypomniałam sobie, że zauważyłam to już podczas pierwszych randek. Nawet przeszło mi przez myśl, że ma niskie poczucie własnej wartości. Ale zakochana kobieta widzi to, co chce zobaczyć.

Kiedy powiedzieć „dość”?

Lista zarzutów się wydłużała. Nie taki chleb kupiłam, źle prowadzę auto, mam krzywy uśmiech, a dziecko jest marudne. Karą było oddalenie. Czasem miałam wrażenie, że stanę na rzęsach, a on i tak będzie niezadowolony. Migrenę, rozdrażnienie na córkę zrzucałam na przemęczenie pracą. Pierwszy raz w życiu musiałam poprawiać ilustracje. „Musisz zacząć w siebie wierzyć” – pocieszała redaktorka. Faktycznie, z samooceną było u mnie kiepsko. Marna kucharka – on nie tykał moich dań. Zła matka. Brzydula – za grube uda, odstające uszy.

„On tobą manipuluje, szantażuje odrzuceniem, a sam pewnie drży, że go zostawisz. Postaw mu się, ma cię szanować!” – mówiły przyjaciółki.

Często opowiadał o jakiejś koleżance z pracy. Któregoś wieczoru na jego komórce wyświetliła się od niej wiadomość. Zerknęłam: „Dziękuję za cudowną delegację [serduszko]. Wybacz, jeśli zbyt otwarcie odpowiedziałam na twoją serdeczność [serduszko]”. Wrzeszczałam, płakałam. „Inwigilujesz mnie, zabraniasz rozmawiać nawet z sąsiadem. A ty?!” Śmiał się. „Coś sobie uroiłaś. Musisz się leczyć, ile razy mam ci to powtarzać, ty nie wiesz, jak być z kimś w związku”. On miał prawo na mnie wrzeszczeć. Moja furia została uznana za niepoczytalność. Przez kolejne dni byłam jak zahibernowana. „Umówiłem cię ze świetną terapeutką, pójdziemy razem, chcę ci pomóc”. Chciałam zasłużyć na jego miłość. Nawet za cenę zaburzeń, które mi wmawiał.

Droga na dno

Terapeutka, o dziwo, nie podpisała się pod „diagnozą” , że nie umiem być z kimś blisko, że może mam borderline – jak sugerował, opowiadając o mojej furii. Zaproponowała terapię par.

Podpisaliśmy kontrakt na kilkanaście spotkań. W aucie on obśmiał terapeutkę, powiedział, że poszuka innej, i podarł kontrakt. On nie musi się leczyć, on nie ma problemów, jest zarąbistym facetem – słyszałam. Poszłam sama. Bladłam, odpowiadając na jej pytania. Jak się przy nim czuję? Jak śmieć. Zero szacunku z jego strony. Lęk. Smutek. We wszystkim jestem beznadziejna. Nie umiem się skupić na pracy. No i najgorsze – moja córka też boi się jego reakcji. „Niech pani poczyta o toksycznych mężczyznach” – wręczyła mi książkę. Na kolejną wizytę nie poszłam. Nie miałam siły mierzyć się z prawdą.

Nasz zjazd na dno trwał jeszcze kilka­naście tygodni. Próby ratunku? Był seks – zwierzęcy, bez czułości. Trzymałam się ostatnich iluzji. I sama ze sobą nie wytrzymywałam. Łykałam xanax albo piłam. Finał był tak absurdalny, że aż śmieszny. To on spakował walizki. „Zniszczyłaś mnie jako faceta, oddałem ci się cały, a ty nie umiałaś tego docenić” – powiedział.

Po rozstaniu wróciłam do terapeutki. Lizałam rany przez dwa lata. Dziś jasno widzę, jak mną manipulował, żal mi go, bo zrozumiałam, że sam miał kłopoty ze sobą. Toksyczni ludzie nie wiedzą, że krzywdzą. To mi daje siłę, żeby nie czuć się winną naszej porażki.