1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Po co jestem?

Po co jestem?

Jakie pytania trzeba sobie stawiać, aby w wieku 30 lat działać w intencji zmiany świadomości w skali globalnej? Jakie pytania zadają sobie ludzie, którzy otaczają czułą opieką chore, porzucone dzieci? A jakie ci, którzy odnajdują drogowskazy w świecie marzeń sennych oraz pomagają innym dobrze żyć?

Jak wyglądałoby nasze życie, gdyby nikt z naszych bliskich nie przeżył wojny? Joanna Miś zadała sobie to pytanie wiele lat temu, czytając o kulturach, które żyły w harmonii z naturą, troszczyły się o ziemię, dbały o więzi ze wszystkim, co żyje. Badacze ciągle odkrywają społeczności, które nie znały wojen; dla których kobieca moc rodzenia, dawania życia była święta. Pracowała w medialnych i motoryzacyjnych korporacjach. – Po kilku latach tak wypalającej pracy prawie codziennie płakałam – wyznaje Joanna.

Tym podstawowym pytaniem, które kazało szukać, nie dawało spokoju, było pytanie o sens: „czy moje działanie wnosi coś dobrego do świata?”. Miała 30 lat i czuła, że jej działania nie mają żadnego sensu. „I tak już zostanie? Tak przeżyję swoje życie, bez sensu?”

Zaczęło się od Stowarzyszenia Kobiet „Dakini”. – 11 lat temu Anija Miłuńska zaprosiła kobiety do wspólnego kręgu – opowiada Joanna. – Spotykałyśmy się, robiłyśmy ceremonie dla ziemi, wymieniałyśmy się doświadczeniami i dzieliłyśmy odkryciami. Pytałyśmy siebie: Co to znaczy być kobietą w obecnym świecie? Czym jest kobiecość? Czym jest poród? Czym jest ciało? W jaki sposób troszczyć się o nie? I oczywiście: Jak działać z sensem? Skąd czerpać siłę, aby iść własną drogą, nie ulegając modom i modelom współczesnej kultury?

Joanna: – Te spotkania i wymiana trwają nadal. Są źródłem mojej siły i wdzięczności. I odkryć, których sama bym nie dokonała. W ramach stowarzyszenia współorganizowała przyjazd do Polski Cristiny Biaggi, malarki, rzeźbiarki, kobiety, która od lat odwołuje się do zapomnianych tradycji religii Bogini. Biaggi przyjechała, spotkała się z kobietami, ukazały się wywiady, energia innego wzorca życia poszła w świat.

To zrodziło kolejne pytania: „Skoro udało mi się coś takiego, a przecież zaangażowałam tylko małą część swojej energii, to dlaczego nie miałabym zaangażować całej swojej energii? Skoro umiem skutecznie działać w niewielkim zakresie, dlaczego nie miałabym działać w dużej skali?”.

Złożyła aplikację do Greenpeace, międzynarodowej organizacji pozarządowej działającej na rzecz ochrony środowiska naturalnego. I została przyjęta. Koordynuje prace na rzecz zrównoważonego rolnictwa i wyeliminowania GMO – organizmów zmodyfikowanych  genetycznie używanych w produkcji żywności.

Musimy się z tym liczyć, że w każdej chwili dzieci mogą odejść do swoich rodziców. Ci mają do spełnienia dwa warunki: przestać pić i znaleźć stałą pracę. Ale okazuje się, że to nie takie proste, trzeba samozaparcia, żeby się zmienić, więc na obietnicach się kończy.

– To jest kampania zmierzająca ku zmianie świadomości – wyjaśnia Joanna. – Nie jesteśmy władcami świata, nie możemy bezkarnie niszczyć ekosystemów w imię chciwości, pomnażania zysków za wszelką cenę. Współistniejemy z całym życiem na ziemi, więc niszcząc to życie, zabijamy siebie. GMO nie jest wybawieniem świata od głodu. Kraje rozwijające się nie chcą GMO, ponieważ uzależnia je od kolejnej drogiej technologii. Pomóc biednym krajom można tylko w jeden sposób – wspomagając lokalne rolnictwo, regionalne uprawy, bioróżnorodność. Ziemia jest żywą istotą, naszym domem, o który musimy się troszczyć, aby dobrze żyć.

Można pytać: „czy to nie kolejna utopia?”. Też się nad tym zastanawia. Mówi jednak: – Życie pokazuje, że garstka ludzi może zmienić świat. Gdy sufrażystki walczyły o prawa kobiet, było oczywistością, że kobiety nie mogą głosować, nie mogą się uczyć, nie mogą o sobie decydować, mogą być bite. To było oczywiste przez wiele wieków. Ale teraz już nie jest. W Szwajcarii kobiety zyskały prawa wyborcze dopiero w 1976 roku! Greenpeace jako pierwszy protestował przeciwko próbom jądrowym. Jeszcze niedawno nikt z nas nie myślał o segregowaniu śmieci. Ileż idei było utopijnych jeszcze tak niedawno! – dodaje Joanna. – Jesteśmy przesiąknięci wzorcem świata, w którym przemoc jest oczywistością. Jednak to nie jest oczywiste, że ludzie muszą się zabijać. Wiele społeczności na całym świecie już to rozumie i działa w kierunku zmiany paradygmatu. Możemy stworzyć zupełnie inny wzorzec. To ma sens.

Możemy na przykład zacząć od zmiany sposobu, w jaki nasze dzieci przychodzą na świat. – Zaszłam w ciążę i stanęłam przed pytaniem: jak chcę urodzić dziecko? 90 procent rodowitych Holenderek rodzi w domu i to są najszczęśliwsze dzieci w Europie, tak wynika z badań – mówi Joanna.

Rodziła w domu narodzin z położną i z dulą (kobietą, która służy rodzącej duchową pomocą) w sposób naturalny, zgodny z rytmem ciała jej i dziecka, bez chemicznych środków znieczulających. Zaraz po porodzie przytuliła córeczkę do serca. Wierzy, że przyjmując dzieci w ten sposób, wnosimy do świata nową jakość, tworzymy nowy paradygmat.Przestała używać jednorazowych pieluch (używa tylko materiałowych), bo „koszmarnie zanieczyszczają środowisko”. Dużo pracuje. Przejmuje ją los ziemi, kobiet, dzieci, zwierząt. Jak żyje się pod prąd? Czasem pyta siebie, jak inaczej mogłaby żyć. I nie znajduje odpowiedzi.

 

My pomagamy, a one nas uczą

Halina Brzozowska pamięta ten moment, jechała tramwajem i zobaczyła plakat: kilka par idzie przed siebie, widać ich plecy, i tylko jedna się zatrzymuje, kobieta i mężczyzna odwracają głowy. Dzieci z trudnych rodzin szukają domu, daj im szansę. Wieczorem tego dnia usiadła z mężem przy stole. Czy możemy pomóc? To było to pierwsze pytanie. – Chciałam pomóc – mówi Halina. – Tak, spodobał mi się ten pomysł – mówi Artur.

Myśleli o adopcji. Jednak wiele rodzin pragnie zaadoptować dzieci. Dzieci, które potrzebują opieki, ale nie spełniają kryteriów adopcyjnych, nie mają szans na dom. Kto im pomoże?

Mieszkali wówczas z siedmioletnią córką Kamilą w trzech pokojach z kuchnią. Oboje pracowali i zarabiali. Uznali, że mają warunki, aby przyjąć dziecko. A potem drugie. A potem trzecie.

Trzyletnią Wiktorię odwiedzali w domu małego dziecka i szkolili się na rodziców zastępczych. Gdy po roku zamieszkała z nimi, była malutka, wychudzona, uczulona na wszystko, sikała tam, gdzie stała, pluła, drapała, gryzła. Czteroletni Dawid nie mówił, bełkotał. Był uzależniony od telewizji, chory na padaczkę. Cztery lata spędził na oddziale noworodków, ponieważ nikt go nie chciał. Dziesięcioletni Arek rzucał się na jedzenie, a w nocy z przejedzenia bolał go brzuch, nie mógł spać. W szkole bił kolegów. Gdy miał cokolwiek napisać w zeszycie, płakał pół godziny.

Przy dzieciach wyszlifowali talenty menedżerskie, dopinają organizacyjnie dziesiątki terminów. Wszystkie dzieci są odprowadzane do szkoły i przyprowadzane. Wożone do lekarzy. Dawid jest pod stałą opieką neurologa, psychologa i logopedy. Dom, codzienne gotowanie, pomoc w lekcjach, zakupy, ubrania, planowanie wakacji, pisanie comiesięcznych raportów o rozwoju każdego z dzieci: czujność od rana do nocy. A we wrześniu, gdy dzieciaki idą do szkoły, Halina i Artur biorą udział w mistrzostwach ekonomicznych: jak to zrobić, żeby wystarczyło pieniędzy.

Najtrudniejsze: kontakty z rodzinami biologicznymi. I kontakty z urzędami powołanymi do pomocy takim rodzinom jak oni.

Co to znaczy być kobietą w obecnym świecie? Czym jest kobiecość? Czym jest poród? Czym jest ciało? W jaki sposób troszczyć się o nie? I oczywiście: Jak działać z sensem? Skąd czerpać siłę, aby iść własną drogą, nie ulegając modom i modelom współczesnej kultury?

– Mama biologiczna zapowiada wizytę, dziecko czeka, bo pójdą do kina, do McDonalda – opowiada Halina. – Mija godzina, dwie, trzy, mamy nie ma. Dziecko płacze. Albo mama naobiecuje: „już niedługo cię zabiorę, znajdę pracę, będziemy razem”. Musimy się z tym liczyć, że w każdej chwili dzieci mogą odejść do swoich rodziców. Ci mają do spełnienia dwa warunki: przestać pić i znaleźć stałą pracę. Ale okazuje się, że to nie takie proste, trzeba samozaparcia, żeby się zmienić, więc na obietnicach się kończy.

Przestrzegano ich, aby nie wiązali się z dziećmi emocjonalnie, bo one mają rodziców. – Ale jak się nie wiązać? – pyta Halina. – Wiktoria mówi do nas „mamo”, „tato”, ma głód tych słów. – Gdybyśmy się nie wiązali, dzieci nie robiłyby postępów – mówi Artur.

Halina odeszła z pracy w korporacji (pracowała w fabryce leków). Jest teraz zawodową mamą, dostaje za to pieniądze, niewielkie. W zeszłym roku Artur stracił pracę. Ledwo przetrwali finansowo. (Teraz pracuje w „Wedlu” przy produkcji ptasiego mleczka). Zwracali się do różnych urzędów o pomoc, bezskutecznie. Prosili gminę o udostępnienie dla dzieci małego mieszkania, od lat pustostanu, odmówiono. Dziesięć miesięcy temu zwrócili się do Warszawskiego Centrum Pomocy Rodzinie o wsparcie w kupieniu większego samochodu dla rodziny, ale dotąd nie dostali odpowiedzi. Po pięciu latach tworzenia rodziny zastępczej mówią: raczej nie ma co liczyć na państwo. – Niemcy zrobili badania, z których wynika, że kobieta, która pracuje w domu, przynosi większy dochód niż mężczyzna na etacie – mówi Artur. – Dopilnowane, zadbane dzieci nie chorują, są zdrowe psychicznie, wchodzą w życie silne. – Dzieci są narodowym dobrem – dodaje Halina.

W Warszawie są dwie wielodzietne zawodowe rodziny zastępcze. Dzieci, które potrzebują takich rodzin, jest 750. Domy dziecka bardzo dużo nas kosztują (utrzymanie jednego dziecka 3–5 tysięcy), a przecież w żadnym stopniu nie są dla dzieci domem. Dlaczego rodziny zastępcze muszą walczyć o finansowe przetrwanie? Jak to możliwe? To moje pytania po wielu wizytach w takich domach. – Czy odnieśliśmy sukces? – powtarzają moje pytanie. – Oczywiście – mówią bez chwili wahania.

Wiktoria podzieliła wyraz na głoski, coraz ładniej mówi, tańczy. Dawid nauczył się jeździć na rowerze. Dzieci brną do przodu, robią postępy. Są ze sobą zżyte jak rodzeństwo. Gdy któregoś akurat nie ma, tęsknią, nie mogą się doczekać, kiedy wróci.

– Jedziemy do rodziny i wszyscy nas pytają, co robimy, że mamy takie grzeczne dzieci – opowiada Artur. – Są wdzięczne, gdy coś dostają, dziękują, nawet za używane ubrania.

– Czy sukces to ściganie się z innymi? – pyta. – Dla mnie sukcesem jest pojechać z dziećmi do lasu. Nauczyć się gry na bębnach, pobiec w maratonie.

Sukces będzie wtedy, gdy dzieci staną się samodzielne, wejdą w dorosłe życie i poradzą sobie. I od czasu do czasu zadzwonią.

Pytają siebie, jaki sens ma to, co robią. – Gdy wstaję rano zmęczony i widzę wkoło bałagan, bo nie zdążyli wczoraj sprzątnąć, to przez chwilę myślę, że ja chyba nie lubię dzieci – śmieje się Artur. – A poważnie – idziemy razem przez życie. Przy dzieciach nie ma ściemniania, trzeba być prawdziwym, otwartym. My opiekujemy się nimi, a one nas uczą.

Oczy przybierają kolor rzeki

Od dziesięciu lat prowadzi ich pytanie: Czy możemy zaufać snom i przeczuciom, czemuś, co wykracza poza rzeczywistość, którą znamy?

Joanna Dulińska i Michał Duda spotkali się na warsztacie terapeuty ze Stanów pracującego metodą psychologii zorientowanej na proces. Byli oszołomieni skutecznością pracy z pacjentem bez słów, jedynie w oparciu o symptomy z ciała. Joanna od dwóch lat uczyła się psychoanalizy. Michał studiował psychologię. Pojechali na szkolenie do Stanów. Z grupą znajomych zarejestrowali Polskie Towarzystwo Psychologii Zorientowanej na Proces, a potem szukali miejsca na jego siedzibę.

Ale zanim to się stało, Joanna miała sen: Brigitte Bardot leży naga w wannie pełnej piany. Wokół niej zebrali się dziennikarze, którzy pytają ją o dzieciństwo. Ale co dziwne: nikt nie zwraca uwagi na to, że aktorka jest naga. I nagle ona zaczyna wymiotować, jak ktoś ciężko chory. Ale w dalszym ciągu nikogo to nie obchodzi.

 
– Psychoanaliza koncentruje się na wspomnieniach z dzieciństwa, na analizowaniu – wyjaśnia Joanna. – Psychologia zorientowana na proces – na ciele i snach, a więc na tym, co jest poza słowami. W psychoanalizę zainwestowałam już sporo czasu i energii. Sen o Bardotce pokazał mi inną perspektywę. Pytałam siebie, czy to rozsądne zostawić coś, co jest znane i uznane, i pójść za tym, co dla mnie nowe?

Szukali miejsca dla stowarzyszenia. Oglądali duży dom na peryferiach Warszawy, półtorej godziny od centrum miasta. Z siódemki członków stowarzyszenia tylko im się spodobał. Była jesień, krążyli po ogrodzie, zbierali orzechy, patrzyli na dzikie wino i snuli wizje wspólnej pracy. Coraz bardziej skłaniali się do tego, aby wynająć dom we dwoje. To był szalony pomysł: dom był za duży, za drogi (astronomicznie drogi), za daleko. I wtedy Joanna miała kolejny sen – jasny, oczywisty: – Siedzimy z Michałem, a przed nami duża księga, rozłożona. Ja piszę w niej po prawej stronie, on po lewej. Piszemy jedną książkę! Wynajęli dom. Zamieszkali na górze – on w jednym pokoju, ona z synem w drugim. Na dole odbywały się zajęcia, warsztaty i szkolenia. Po roku byli parą. Swój ośrodek nazwali Poza Centrum.

Mijały lata, zmienili miejsce, założyli własną szkołę Instytut Psychologii Procesu. W kilku miastach w Polsce powstały ośrodki terapeutyczne, które są afiliowane przy instytucie. Społeczność skupiona wokół szkoły to już ponad 100 osób. Co roku wyjeżdżają do Stanów na szkolenia. Cztery razy w roku przez tydzień prowadzą terapeutyczne zajęcia dla pacjentów z psychozami w Domu Pomocy Społecznej w Mościszkach, bo – jak mówią – zależy im na wspólnotach.

W Warszawie są dwie wielodzietne zawodowe rodziny zastępcze. Dzieci, które potrzebują takich rodzin, jest 750. Domy dziecka bardzo dużo nas kosztują (utrzymanie jednego dziecka 3–5 tysięcy), a przecież w żadnym stopniu nie są dla dzieci domem.

Prowadzą też warsztaty rozwoju osobistego. Każdy warsztat jest inny, ponieważ pomysły płyną ze snów. Na przykład warsztat o bliskich związkach z dwóch snów Joanny. – Idę drogą, spotykam diabła. Mijam go. Idę dalej, spotykam diablicę, przestraszyłam się, jej nie jestem w stanie wyminąć.

Drugi sen: – Na dwóch brzegach rzeki stoją ludzie, patrzą na siebie. Rzeka wzbiera. Ludzie wchodzą do rzeki, i w niej się spotykają, ich kolor oczu zmienia się – teraz przybiera kolor rzeki.

– Pierwszy sen z diablicą i z diabłem jest o uwodzeniu – wyjaśnia Michał. – Drugi o wchodzeniu w głębsze relacje; o wchodzeniu do wspólnej rzeki, która płynie. Warsztat o związkach był właśnie o tym: w jaki sposób tworzymy bliskie relacje?

Niedawny sen Joanny: – Stoję na plaży, przede mną morze. Odpływ, woda się cofa, idę w głąb morza, aż dochodzę do obcego kraju, za mną idą ludzie. Czuję się zagubiona.

Joanna: – Mocne, wyraźne sny śnię, gdy jesteśmy na rozdrożu, gdy pojawiają się nowe wyzwania. Niedawno dostaliśmy zaproszenia z Chorwacji, Irlandii i Słowacji. Zaczynamy więc międzynarodowe projekty, będziemy jeździć, współtworzyć zagraniczne szkoły, uczyć, doradzać.

– Pojawiło się mnóstwo pytań – mówi Michał. – Co oni w nas widzą? Co im się śni na nasz temat? W jaki sposób to, co nam się śni, ma wartość dla międzynarodowej społeczności?

Podstawowe pytanie, gdy stoją na rozdrożu: – Czy to, co chcemy zrobić, jest dobre i właściwe, nawet jeśli nie jest przyjemne?

Michał: – Problem polega na tym, że chcielibyśmy podążać za snami – szczególnie gdy rzeczywistość, w której żyjemy, jest już dla nas nie do zniesienia – ale nie wysilić się. Jednak przekraczanie wewnętrznych ograniczeń wymaga wysiłku, odwagi i zaufania.

Pytania w ich związku? Są trochę rozbawieni, gdy o tym mówią. Joanna: – Czy tak tworzy się miłosny związek? Od snu, wspólnej pracy? Czy na początku nie powinno być więcej szaleństwa, fajerwerków?

Michał: – Mamy konflikt. Dopóki nie znajdę odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób ona ma rację, nie brnę dalej. Jeśli chcę się dogadać, muszę zrozumieć, w jaki sposób to, co ona mówi i czuje, jest ważne dla naszego bycia razem. I jeszcze: – W jaki sposób to, co nas połączyło, jest w nas ciągle żywe?

Odnalezione miejsce

Pytania doprowadziły ich do takiego oto miejsca: Joanna: – Od wieków żyjemy w paradygmacie rywalizacji i przemocy, który niszczy związki, matkę ziemię i nas samych, ale nie zawsze tak było. I nie musi być. Halina i Artur: – Chcieliśmy dać coś z siebie – sobie, innym, społeczeństwu. Robimy dobrą robotę. Joanna i Michał: – Od dziesięciu lat prowadzą nas sny, które śnimy. I udaje nam się.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Po co nam ten czas? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Ilustracja iStock
Ilustracja iStock
Myślę, że to poważne ostrzeżenie. Okazja, by dostrzec błędy, które człowiek popełnia w imię chciwości – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. I zastanawia się, czy pandemia nie zatrzymała nas przypadkiem w drodze do autodestrukcji.

Czy można znaleźć jakiś sens w tym, co się dzieje dziś na świecie?
To się dopiero okaże. Na razie widnokrąg zasłania nam czarna chmura nieszczęścia i lęku. Z bliska oglądamy chorujących i umierających ludzi, więc boimy się o nasze przetrwanie. Z drugiej strony – odczuwamy zagrożenie perspektywą utraty pracy, zarobków i utonięcia na lata w biedzie, w długach. Mamy powody przypuszczać, że świat, jaki znamy, i system wartości, który go napędzał, rozpadają się na naszych oczach. Wszystko to zmusza do zadawania sobie pytań, które wcześniej nie przychodziły nam do głowy, np.: Czy nasze życie ma trafnie zdefiniowany cel? Czego potrzebujemy do szczęścia?, itp.

Dostaliśmy czas, by zastanowić się, czy stworzyliśmy świat, który daje nam to, czego naprawdę potrzebujemy?
Odpowiedź na pytanie, po co nam była groźba „końca świata”, poznamy zapewne dopiero, gdy ta groźba minie. Obyśmy nie uznali jednak wtedy pandemii za przypadkowe i chwilowe zrządzenie losu. Tak jak w dowcipie o mężczyźnie, który w obliczu nieuchronnej śmierci z rąk męża swojej kochanki wyskakuje przez okno na 30. piętrze, a w trakcie tych kilku sekund spadania modli się żarliwie o ratunek. Obiecuje Bogu, że jeśli go ocali, będzie żył w zgodzie ze wszystkimi przykazaniami! Kiedy jednak szczęśliwie ląduje na ogromnym rozłożystym drzewie, myśli: „Co też za głupoty człowiekowi w stresie przychodzą do głowy!”.

Miejmy nadzieję, że i my wylądujemy szczęśliwie!
I że wtedy trudno będzie nam zaprzeczyć, że to, co nas spotkało, było negatywną konsekwencją tego, że nasz system ekonomiczny – a my wszyscy wraz nim – był nastawiony na zysk za wszelką cenę. Za cenę ludzkiego zdrowia i życia, za cenę popsucia powietrza i klimatu, za cenę niewyobrażalnej udręki zwierząt hodowlanych, za cenę masowego wymierania wielu tysięcy gatunków zwierząt dzikich i za cenę destabilizacji ekosystemu Ziemi.

Trudno nie myśleć o apokalipsie…
Koronawirus zatrzymał nas wszystkich w biegu. Prawdę mówiąc, marzyłem o tym, żeby jakimś cudem tak się stało – co nie znaczy, broń Boże, że marzyłem o pandemii. Marzyłem tylko o tym, żebyśmy się wszyscy choć na moment zatrzymali. Nawet jedna z moich pierwszych książek nosiła tytuł: „Zatrzymaj się”. Gdy 1 sierpnia zeszłego roku w Godzinie „W” znalazłem się w miejscu, gdzie wszystkie samochody i przechodnie zatrzymali się na całą minutę – pomyślałem, że powinniśmy się tak zatrzymywać częściej i na dłużej, by uświadomić sobie, jak głęboko jesteśmy uzależnieni, jak, poświęcając wszystko inne, pędzimy na oślep, odurzeni perspektywą kupienia sobie jeszcze jednej niepotrzebnej rzeczy. Gotowi harować na to dniami i nocami.

Ilustracja Paweł Jońca Ilustracja Paweł Jońca

Konsumpcjonizm nie dał nam szczęścia. Ale wszyscy, choć w różnym stopniu, wpadliśmy w jego sidła. Czy sam nie byłeś przez te lata zapracowany?
To prawda, ale nie w imię posiadania rzeczy i pieniędzy, lecz mojej uporczywej misji pomagania innym w rozstawaniu się ze złudzeniami. Lecz i tak nie zapominałem o tym, by żyć w zgodzie ze sobą, czyli realizować pasje, uczyć się, doskonalić, medytować, bawić się i wypoczywać. Dlatego, patrząc na ludzi biegających w kieracie „zarób – wydaj – zarób”, mogłem dostrzec, jak bardzo są umęczeni i zagubieni. Często miałem nawet wrażenie, że uczestniczę w jakiejś zbiorowej psychozie… Więc mam nadzieję, że to wymuszone przez pandemię gwałtowne zatrzymanie się stanie się dla nas wszystkich początkiem procesu wychodzenia z nałogu. Ciągnąc tę analogię, można powiedzieć, że jesteśmy teraz na przymusowym detoksie.

Szkoda, że nie na dobrowolnym.
Tak, ale przymus bywa konieczny, gdy chodzi o życie. Potem zapewne wejdziemy w fazę odwyku wraz z jej nieuchronnymi epizodami nawrotu. Ale i tak będziemy stopniowo odzyskiwać zdolność do odczuwania wszystkimi zmysłami dawno zapomnianych smaków życia. Do rozpoznawania tych prawdziwych potrzeb naszych serc i dusz. A wtedy już nic ani nikt nie zdoła nas na powrót zaprząc do dawnego kieratu.

Pandemia może więc pomóc nam pokonać konsumpcjonizm z tym, co nam wmówił, czyli sztucznymi potrzebami?
Spod chmury grozy i nieszczęścia trudno dostrzec jakiekolwiek pozytywy w tym, co się nam teraz przydarza. Jednak za jakiś czas być może docenimy to, że pandemia zatrzymała nas – niestety, tylko tych, którzy przeżyli – w nieświadomym pędzie ku autodestrukcji. A więc że dzięki groźbie końca świata uniknęliśmy rzeczywistego końca świata. Stanie się tak jednak, pod warunkiem że ten czas będzie dla ludzkości okazją do opamiętania się. Na szczęście tak się już powoli dzieje! Wkrótce po wybuchu pandemii słyszałem od wielu klientów i znajomych: „W imię czego tak ciężko pracowałem i dokonywałem wyborów, które demolowały moje życie rodzinne, moje relacje z przyjaciółmi, moje prawdziwe marzenia?”. To ważne dla nas wszystkich, by zdać sobie sprawę z beznadziei konsumpcyjnej egzystencji. Ale ile grozy trzeba było nam zaaplikować, aby rozpoczął się proces przemiany zbiorowej świadomości?!

Co nam może pomóc, aby ten proces się nie zatrzymał?
Może nam w tym pomóc zbiorowe poczucie, że śmierć jest realna, przez dekady usiłowaliśmy zaprzeczać jej istnieniu. Ukrywaliśmy ją skrzętnie w szpitalnych kostnicach, przebieraliśmy i szminkowaliśmy w luksusowych domach pogrzebowych. Nawet sama żałoba stopniowo zaczęła być uznawana za stan wymagający leczenia albo wręcz stratę czasu! Żal i świadomość, że nasze istnienie jest kruche i ma swój kres, są nie do pogodzenia z życiem w radosnej konsumpcji. Więc kiedy przypomnimy sobie wreszcie, że jesteśmy śmiertelni, wiele może się zmienić.

Mamy szansę odkryć, czym jest szczęście?
Tak, jeśli ta lekcja pokory nas czegoś nauczy. Jeśli uznamy, wbrew temu, co od lat wciskały nam reklamy, korporacyjne prezentacje, mówcy motywacyjni i różni, pożal się Boże, przywódcy, że nie jesteśmy ani nieśmiertelni, ani wszechmocni!

Poczucie bezsilności może nas wewnętrznie przemienić?
Urealnienie to kolejny ważny warunek przemiany naszej świadomości. Urealnienie, czyli także dostrzeżenie, że cierpliwa natura wystawia nam w końcu słony rachunek za naszą zbiorową agresję, niepohamowaną chciwość, arogancję i ignorancję. Warto uznać to, że Ziemia jest inteligentnym bytem, że dba o swoją równowagę i wszystkie stworzenia. A także i to, że gdy zostanie ona wyprowadzona z równowagi, gdy broni życia jako takiego, działa bezwzględnie. Bardzo ważne jest więc, abyśmy to, co nas teraz spotyka, potraktowali jako bolesną, ważną nauczkę. Dostrzegli wreszcie nasze zbiorowe ślepotę, zadufanie i nielojalność wobec planety, która robiła i wbrew pozorom nadal robi wszystko, aby ratować i wspierać życie – w tym także życie naszego gatunku!

Przyjęcie hipotezy Gai może pomóc nam przetrwać?
Nawet jeśli uznać istnienie Gai za baśń, to jest to baśń warta głoszenia. Baśniową interpretację tego, co nas spotyka, można zamknąć w opowieści o Gai, która zdecydowała się na obronę świata natury przed agresją ludzi. Nie bez powodu wrogie nam wirusy pochodzą ze świata zwierząt. Paradoks polega na tym, że prawdopodobnie sami ich produkcję prowokujemy. Na tej samej zasadzie, na jakiej wyprodukowaliśmy wiele lekoopornych bakterii, bo np. karmimy zwierzęta hodowlane antybiotykami. Niestety, ludzi, którzy ostrzegali przed takim postępowaniem, lekceważono i nazywano ekoterrorystami.

Co teraz będzie? Jak myślisz?
Trudno powiedzieć, jak to się potoczy. Jeśli kryzys ekonomiczny będzie głęboki, gdy zabraknie zasobów potrzebnych do życia, różnie może być. Choć myślenie egotyczne byłoby skrajną głupotą, bo problemy, przed którymi stanęliśmy jako ludzkość, można rozwiązać tylko przez wspólnotowe, świadome działania wszystkich ludzi i krajów – czyli tylko w skali globalnej możemy znaleźć ratunek przed końcem świata.

Czyli dzięki pandemii mogą odżyć i ocalić nas takie wartości, jak poczucie wspólnoty, które tępił neoliberalizm?
Świadomość ludzka, nawet gdy zostanie skonfrontowana z niebezpieczeństwem końca świata, może jednak zmieniać się zbyt wolno. Podobnie jak się to dzieje ze świadomością człowieka skonfrontowanego z diagnozą terminalną. Pierwszą fazą jest zawsze zaprzeczanie: „To jakaś ściema ta pandemia”. Kolejna faza to agresja: „Dlaczego nas to spotyka, to wszystko wina Chińczyków, masonów, Żydów!”. Potem następuje faza targowania się z losem, z naturą czy z Bogiem: „Jeśli nie zachoruję, to pójdę na drobne ustępstwa, np. przestanę jeść mięso”. I dopiero kolejny etap to czas rezygnacji z mechanizmów obronnych i wzięcie odpowiedzialności za swoje działania, czyli bicie się w piersi. Wtedy dopiero idziemy po rozum do głowy i pojawia się szansa na adekwatne do zagrożenia, racjonalne działanie. Niestety, jako zbiorowość jesteśmy ciągle w fazie zaprzeczania i targowania się. Wciąż wierzymy w wielkie zwycięstwo człowieka w walce z ciemnymi siłami przyrody. To zgubne. Czas wylądować na ziemi, zacząć zachowywać się dojrzale i przyzwoicie.

Przyzwoicie?
Przyzwoicie, czyli tak, by człowiek funkcjonował zgodnie z wymaganiami ekosystemu. Wtedy historycy przyszłości będą mieli szansę uznać, że to wszystko, czego teraz doświadczamy, stało się w głęboko pojmowanym interesie ludzkości, a nie przeciwko niej. I że ludzkość była w stanie z tej strasznej lekcji wyciągnąć naukę.

Klasyczna opowieść o epidemii, czyli „Dżuma” Alberta Camusa, to opowieść o tym, że dopiero uznanie rzeczywistości i podjęcie mądrych decyzji zatrzymało zarazę…
Dopiero teraz, kiedy mamy pandemię i katastrofę klimatyczną, dokładnie widać, jak potężny jest ten mechanizm „zaprzeczania”, który doprowadził naszą cywilizację na krawędź. Dziś wreszcie też widać, że ci, którzy zaprzeczają powadze sytuacji, są ogromnym zagrożeniem dla pozostałych, gdyż to oni w istocie są roznosicielami zarazy. A, niestety, to właśnie oni przez ostatnie dekady decydowali o losach świata. Na przykład pan Trump – jako czołowy „zaprzeczacz” – doprowadził Amerykę do sytuacji tragicznej, bo pozbawił ogromną liczbę swoich obywateli dostępu do służby zdrowia. Jest nadzieja, że w związku z tym przegra najbliższe wybory.

Pandemia pokazuje, że idea państwa jako opiekuna swoich obywateli ma głęboki sens, choć przez ostatnie 25 lat nam ją obrzydzano.
Przyjdzie niebawem czas, aby się nad tym poważnie zastanowić. Na razie wykorzystajmy ten okres wymuszonego zatrzymania i odosobnienia na uporządkowanie naszej hierarchii wartości, na odkrywanie i doświadczanie naszych prawdziwych potrzeb i aspiracji, takich jak: poczucie solidarności, wspólnoty, bezinteresowności, bliskości i miłości. Porzućmy pokusę zaprzeczania i targowania się z pandemią, a w zamian wyciągnijmy właściwe wnioski z tej bolesnej lekcji. Pojmijmy, że w istocie jesteśmy zjednoczeni z naszą planetą, że szkodząc jej, szkodząc innym jej mieszkańcom – szkodzimy sobie. Niech nam się uda dostroić naszą zbiorową świadomość do tej rzeczywistości. A potem urządźmy nasz świat na nowo.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl). 

  1. Psychologia

W poszukiwaniu sensu życia

Fot. iStock
Fot. iStock
Co sprawia, że życie warte jest życia? Co jest w nim najważniejsze a przynajmniej ważne? Po co właściwie rano wstajemy z łóżka? Te trudne pytanie każdy z nas sobie wcześniej czy później zadaje i szuka na nie odpowiedzi.

W poszukiwaniu szczęścia i spełnienia przemierzamy wiele ścieżek. Czasami kończymy podróż z pustymi rękoma, czasem obdarowani. Spełnieniem, nadaniem naszym uczuciom i działaniom znaczenia. Wówczas pojawia się satysfakcja, dobre emocje i namacalne dowody sukcesu w materii. To znak, że żyjemy w łączności ze wszechświatem, jesteśmy zadowoleni z odbicia naszego wnętrza, które w nim widzimy. Czujemy ciągłą wzajemną inspirację, przeżywamy momenty niezwykłego ożywienia, doznajemy cennych olśnień. Wiemy, że żyjemy.

Gdzie szukać sensu życia? Oto 6 podpowiedzi

1. Miłość i intymność. Dawanie i otrzymywanie miłości jest potężnym źródłem dobrego samopoczucia. Jeśli tworzymy głębokie relacje - przyjacielskie, miłosne, rodzinne, nasze życie staje się znaczące i siebie warte.

2. Satysfakcja z pracy. Jaka praca byłaby dla ciebie najlepsza? Jeżeli robisz coś, co jest dla ciebie sensowne, masz szansę poczuć się szczęśliwym. Jeśli praca, którą wykonujesz, jest twoim powołaniem, nagrody i docenienie świata pojawią się same. Wraz z rozwojem na swojej życiowej drodze spotkasz nowe możliwości. Praca może być przygodą nadającą życiu sens. 3. Pomaganie innym. Łatwo jest skoncentrować się na własnym dobrobycie. Jednak kiedy trzymamy się tej jednej perspektywy, czujemy się zagrożeni konkurencją, zazdrośni, nieufni, pełni niechęci. Kiedy natomiast pomagamy innym, dzielimy się dobrocią i dobrami, w naszym życiu pojawia się współczucie a z nim realne korzyści - pozytywne uczucia, wewnętrzna harmonia i radość z tego, że żyjemy.

4. Życie społeczne. Czy uczestniczysz w życiu jakiejś społeczności? Masz swój udział w działaniach na rzecz szerszego ogółu, jakiejś ważnej sprawy? Takie działania nadają życiu tak potrzebnej celowości. 5. Duchowość. Wierzysz w to, że każdy z nas znalazł się tutaj z powodu powołania, przeznaczenia, jakiejś lekcji? Ta świadomość może dać poczucie połączenia z siłą większą od nas. Może zmobilizować cię do szukania swojej drogi. A ta może być różna. Może masz stać się empatyczną i współczującą istotą? Może masz nauczyć słuchać się ludzi? Albo zająć rodziną? Albo wynaleźć coś, co ludziom ułatwi życie? Medytacja, kontemplacja, modlitwa, inspiracja duchowo rozwiniętych ludzi - pomogą ci odpowiedzieć sobie na te pytania.

6. Przywództwo. Jest jakaś dziedzina życia, w której masz być liderem, masz inspirować i prowadzić. Każdy z nas ma przecież jakiś talent, dar czy pasję, którymi może się podzielić z innymi. Wzajemne pobudzanie się rozwoju sprawia, że życie jest bardziej sensowne i ważne. Radość z tego, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, zwielokrotnia się.

  1. Psychologia

Duchowy rozwój sposobem na pustkę

fot. iStock
fot. iStock
W kręgach rozwojowych nastała nowa moda – na pracę z duszą. Złośliwi mówią, że to nic innego jak kolejna próba znalezienia szczęścia. A może kryje się za tym prawdziwy głód? Przecież każdy z nas zadaje sobie pytania: Kim jestem? Jaki jest cel mojego życia na ziemi? Czy rozwój duchowy może znaleźć na nie odpowiedzi?

Z kimkolwiek rozmawiam, pojawiają się te same tropy: joga, medytacja, trening uważności, praca z energią (dla odważnych praktyki z roślinami psychodelicznymi), życie w zgodzie z naturą, duchowe SPA czy poszukiwanie guru. Świat zatoczył koło – od kultu rozumu, poprzez poszukiwanie kontaktu z własnym ciałem, aż do prób odkrycia wołania duszy. Być może ten ostatni etap poszukiwań umożliwi nam integrację głowy, duszy i ciała, pozwoli na osiągnięcie pełni?

Dusza w gabinecie terapeuty

Od pewnego czasu wracają do mnie pacjenci sprzed lat. Przychodzą już nie ze swoimi bolesnymi historiami, nie z potrzeby odkrycia swoich prawdziwych uczuć, ale z… no właśnie. Agnieszka trafiła do mnie po raz pierwszy kilka lat temu, prosto z kolejnego ośrodka terapii uzależnień. Tym razem „leczyła się” z uzależnienia od seksu, wcześniej była alkoholiczką i narkomanką. – Ja już nie wrócę do ośrodka – powiedziała podczas pierwszej sesji. Przez rok próbowałyśmy skontaktować ją z emocjami, które „zapijała”, udawało nam się to raz lepiej, raz gorzej. W trakcie trwania terapii Agnieszka odkryła jogę. Jak we wszystko, co robiła, weszła w praktykę kompulsywnie; dwie sesje dziennie, najtrudniejsza praktyka – ashtanga joga. Na początku szybkie rezultaty, potem kontuzje, załamania, wzloty i upadki – to spowodowało, że wyszła z uzależnienia, nie miała na nie zwyczajnie czasu. To był mały sukces, ale Agnieszka nadal twierdziła, że nienawidzi samej siebie, że jest niewiele warta, nic jej się nie udaje. Bywało, że przez całą sesję płakała. Innym razem wchodziła do gabinetu uśmiechnięta, bo coś ważnego jej się udało. Rozstałyśmy się rok temu, Agnieszka poczuła, że chce spróbować sama ogarnąć swoje życie. Czuła, że „wyrosła” z terapii, tak jak z innych uzależnień. To było cenne. Odezwała się do mnie niedawno. – Chyba już wiem, o co w tym wszystkim chodzi – powiedziała. – Coraz częściej rozumiem samą siebie i chyba nawet lubię… i chcę o tym porozmawiać.

Choć psychologia to nauka o duszy, nam, terapeutom, zaleca się ostrożność we wkraczaniu w sferę duchową pacjenta. Wymiar duchowy jest bardzo intymny i myślę, że każdy rozwija się na swój własny sposób. Praca z duchowością drugiego człowieka to bardziej przyjmowanie jego odczuć, proponowanie różnych metod, z zastrzeżeniem, że pacjent sam musi wybrać najlepszą dla siebie. Czasami wysłuchiwanie wątpliwości: „Czy myśli pani, że to normalne, co się ze mną dzieje?”.

Duchowość jako potrzeba wyższego rzędu wymaga dojrzałości – najpierw przeżycia i przegadania bolesnych traum z przeszłości, przyjęcia wszystkich swoich uczuć bez wyjątku. Najczęściej rodzi się z poczucia wewnętrznej pustki i wiary, że w tej pustce jest coś bardzo cennego. Duchowość to także te wszystkie doznania wcale nie przez duże „D”: nagłe poczucie szczęścia bez powodu, zachwyt o poranku, tęsknota za domem, czymś znacznie większym od tego, co możemy dostrzec zmysłami, a bardziej przeczuwamy, że istnieje. Bywa, że dojrzewamy do poszukiwania nauczyciela duchowego czy konkretnej ścieżki rozwoju. Czasami wystarczy terapeuta albo przyjaciółka, ktoś, z kim można się podzielić swoimi odczuciami.

Myślę, więc jestem

Kartezjusz jako pierwszy dokonał podziału człowieka na ciało (czyli materię) i umysł (czyli rozum). Ten francuski XVII-wieczny filozof rozpoczął proces wielkiego rozwoju nauki, a tym samym odmitologizowania świata; wchłonięcia sfery sacrum przez sferę profanum. Umocnił człowieka w przekonaniu o samodzielności, niezależności od losu i dał mu możliwość kreowania własnego przeznaczenia. Rozum na wiele lat stał się bogiem. A potem zapanował kult ciała, czyli: „Czuję, więc jestem”. Kwestia tego, co ważniejsze: głowa czy serce? – powróciła na arenę. Odpowiedź na to pytanie to odwieczny dylemat każdego z nas, bez względu na wiek, kulturę, życiowe doświadczenie. Jeżeli głowa mówi: „tak”, a serce: „nie”, albo odwrotnie – pojawia się wewnętrzny konflikt. Okazało się, że wiedza, racjonalne myślenie czy osiągnięcia medycyny nie zawsze radzą sobie ze wszystkimi bolączkami człowieka.

Urazy i zranienia emocjonalne przez lata lekceważone i zamrożone dają o sobie znać w postaci symptomów bólowych. Bólu nie sposób nie zauważyć. Można go stłumić tabletką przeciwbólową albo rozładować napięcie mięśniowe przy pomocy terapeuty manualnego. Stąd popularność wszelkiego rodzaju metod pracy z ciałem. Jednak szybko okazało się, że sprawny umysł i pozbawione napięć ciało to za mało, by zaspokoić (na dłużej) podstawowy popęd człowieka: dążenia do przyjemności. Pojawiła się tęsknota za duszą.

Czy duchowość jest jednoznaczna z religią?

Potrzeba transcendencji, czyli wiara w istnienie Boga czy innej siły wyższej, stworzyła potrzebę religii. Duchowość przez wiele wieków była z nią utożsamiana. Dziś następuje powolne rozdzielenie obydwu. Zdaniem Sama Harrisa, autora książki „Przebudzenie. Duchowość bez religii”, 20 proc. Amerykanów określa siebie jako osoby uduchowione, ale nie religijne. Religia spostrzegana jest jako przyczyna nietolerancji i podziałów, duchowość to otwartość i uniwersalizm. Dzisiejsza duchowość bardziej wypływa z potrzeby zrozumienia samego siebie i odczuwania łączności z wszechświatem niż z chęci życia zgodnego z dekalogiem czy tęsknoty za wszechwładnym Bogiem. Dla jednych to pragnienie poczucia sensu życia, potrzeba samorealizacji, osiągania dojrzałości, kontaktu z pięknem, dobrem, twórczością. Dla innych zdolność do celebracji miłości jako relacji, a nie tylko uczucia.

Victor Frankl, austriacki psycholog i psychiatra, postrzega człowieka jako istotę posiadającą trzy wymiary: biologiczny, psychologiczny i duchowy, i to właśnie na tej płaszczyźnie w ostateczności dokonuje się integracja wszystkich sfer. Wielość ścieżek duchowych, czyli istnienie tylu sposobów, w jakie możemy przejawiać czy praktykować swoją duchowość, jest dowodem na to, że duchowość nie musi być nierozerwalna z religią. Każdy z nas, bez względu na to, czy jest osobą wierzącą w jakiegoś konkretnego Boga, czy nie – rozwija się duchowo. Zdaniem Sama Harrisa, potrzeba duchowości jest nierozerwalnie związana z poszukiwaniem szczęścia oraz bezpieczeństwa i unikaniem cierpienia. Aby rozwijać się duchowo, nie musimy wcale deprecjonować umysłu ani wyrzekać się ciała. Wręcz przeciwnie. „Umysł jest wszystkim, co mamy. Wszystkim, co kiedykolwiek mieliśmy” – mówi. Może więc Kartezjusz miał rację, twierdząc, że to rozum jest naszym bogiem, ale wewnętrznym, i to on, a nie jakieś zewnętrzne bóstwo, może być sprawcą naszego szczęścia.

W pogoni za króliczkiem

Przez lata lokowaliśmy nasze poczucie dobrostanu poza nami, w zewnętrznym świecie. Przyznaj się, ile razy mówiłaś sobie: „Jeśli zdobędę tę pracę, tego mężczyznę, ten dom… będę szczęśliwa”. I byłaś, ale przez chwilę, a potem wracało poczucie niedosytu, rozczarowania i apetyt na kolejne „jeśli…”. Czy mogę być szczęśliwa, zanim cokolwiek się wydarzy, zanim moje pragnienia zostaną zaspokojone, albo pomimo trudności, bólu albo choroby? – to pytanie, zdaniem Harrisa, jest kluczowym motywem poszukiwania duchowości, czyli głębszego, bardziej stabilnego źródła wewnętrznego dobrostanu. Zgodnie z kanonami wschodniej duchowości rozwój wewnętrzny polega na zgłębianiu natury własnego umysłu i koncentracji na doświadczaniu chwili obecnej, czyli uważności. Akceptacja faktu, że to umysł, a nie okoliczności zewnętrzne decydują o naszym życiu.

Realistycznym celem praktyki duchowej nie jest osiągnięcie trwałego stanu oświecenia, lecz poczucie bycia wolnym w tej właśnie chwili. Dzięki temu mamy szansę w miarę uniezależnić się od czynników zewnętrznych, zminimalizować ból i cierpienie i autentycznie przeżyć swoje życie. Prawdziwie uduchowiona osoba wie, że można być spokojnym i szczęśliwym bez wyraźnej przyczyny. Wszyscy bez wyjątku mamy w sobie wszelkie potrzebne „narzędzia”, by ten stan osiągnąć. Pod warunkiem że nasza potrzeba duchowości wypływa z głębi nas, a nie jest jedynie uleganiem modzie.

 

  1. Psychologia

Świadome życie - na czym polega i czy powinniśmy wierzyć w przeznaczenie?

fot. iStock
fot. iStock
Dlaczego nie przychodzimy na świat wyposażeni w mapy naszego życia? Jak się poruszać w gąszczu zasad, zdarzeń i decyzji? Jak żyć pełnią? Jak być sobą? Z coach Beatą Markowską rozmawia Renata Mazurowska.

Ludzie, którzy przychodzą na twój warsztat, boją się spotkać ze swoim przeznaczeniem czy są go ciekawi?
Są otwarci i gotowi na poznanie, doświadczenie czegoś nowego w swoim życiu. Pojawiają się z pytaniem: „Co dalej?”, „Dokąd zmierzam?”, „Po co było to wszystko, co się wydarzyło?”. Są bardzo dojrzali. I mam tu na myśli dojrzałość niezwiązaną z metryką. To niezwykłe przyglądać się tym ludziom.

Dobry nauczyciel może się też uczyć od swoich uczniów.
To prawda. Przychodzą niejako na moje zamówienie, lubię pracować z takimi osobami, od których też coś wezmę. Ale też niesamowite jest to, w jak dziwaczny, czasem przypadkowy sposób ludzie do mnie trafiają. Mówi się, że przypadek to drugie imię Boga, więc zakładam, że to jego robota. Moim zadaniem jest rozpoznanie, po co się u mnie pojawili. Bo to, z czym przychodzą i o czym mówią, to jedna rzecz, a czego chce ode mnie ich nieświadoma część, ich przeznaczenie – to czasem zupełnie inna historia.

Podobnie jak to, co wydarza się podczas sesji – umysły zaangażowane są w świadomą rozmowę, a podświadomie płynie inna energia, inny prąd, wymiana wzorców. I może płynąć spokojnie, bo gdy człowiek koncentruje się na tym, że teraz ma coś w sobie zmienić, to torpedowany jest przez osobisty system obronny, który nie ma zgody na zmiany w swoich obwodach. Dlatego na warsztatach pracuję przenośnią, zabawą, metaforą – żeby trochę ten czujny umysł oszukać, żeby się nie lękał. I to się udaje. „Mapa życia. Spotkanie z przeznaczeniem” jest warsztatem głębokiego oczyszczania.

I nie ma nic wspólnego z mapą marzeń?
Nie ma, choć wiele osób myli te pojęcia. Mapa marzeń jest przyjemnym i twórczym warsztatem projektowania, wymyślania. Jest wizualizacją, jak ma wyglądać nasze życie. Mapa życia to warsztat pochłaniający i uwalniający wiele energii, gdzie dużo się transformuje z głębokich obszarów. Są też mocne reakcje z poziomu ciała. Bo przecież jesteśmy jednością – jeśli transformuje się dusza, ciało też reaguje. Co nie znaczy, że wszystkie te kody natychmiast przetwarzają się podczas jednego warsztatu. Raz, że to niemożliwe, a dwa, że to proces. Rozpoczęty na warsztacie, jak kłębek włóczki, będzie rozwijał się jeszcze jakiś czas po jego zakończeniu. Czasem uruchamiając kolejne zmiany, które podejmiemy lub odrzucimy – ze świadomością przebiegającego w naszym życiu procesu lub nie. Jestem za świadomością. Znacząco ułatwia życie i podejmowanie ważnych decyzji.

Wierzysz w przeznaczenie? Czy w to, że to my stwarzamy los?
We mnie jest przestrzeń na obie te opcje. Przeznaczenie rozumiem jako scenariusz, z jakim przychodzimy na świat.

Ale napisany przez kogo?
To zależy od tego, w co wierzysz. Idąc za nurtem duchowym – przez naszą duszę, która sobie wybiera takie, a nie inne wcielenie, taką, a nie inną postać fizyczną, rodziców, okoliczności życia – po to, aby zrealizować swoje wyzwania, z czymś się zmierzyć, z czymś spotkać, czegoś nauczyć. I albo się jej to udaje, albo nie wie, o co chodzi. Częściej występuje ten drugi przypadek. Żyjemy w kompletnej nieświadomości, że mamy coś do zrobienia na ziemi, działamy na autopilocie, bo coś należy, coś trzeba. Robimy to, do czego wyszkoliły nas tradycja, historia, religia, aktualny układ społeczny…

Ale życie da nam w końcu znać, co jest naszym powołaniem?
Na pewno przeznaczenie wielokrotnie będzie pukać do naszych drzwi. W zależności od tego, w jakim obszarze mamy coś do zrobienia, gdzie kryje się wyzwanie – czy to będzie obszar relacji, czy życia zawodowego, będziemy trafiali na trudne momenty albo na takie, w których trzeba będzie sięgnąć po nieznane albo nieużywane zasoby, zrobić coś innego niż dotychczas. Wykreować czy też odkryć innych siebie. Bywa, że takim krańcowym wyzwaniem jest choroba, która dotyka także dzieci. Ciężko tutaj mówić o wolnej woli.

Jaki sens może nieść choroba?
Gdyby kopać głębiej, można by się dokopać np. wzorców nabytych przez dziecko od rodziców lub – sięgając jeszcze głębiej – od przodków. Gdyby spojrzeć na los owego dziecka z poziomu tzw. wiedzącego pola (pojęcia zaczerpniętego z ustawień rodzinnych Berta Hellingera – przyp. red.), takie właśnie było zamówienie. Warto wówczas wiedzieć, z jakiego powodu, po co zostało ono złożone, czyli jaki problem w rodzinie nie został rozwiązany, jaka lekcja nie została odrobiona.

Ci, którzy wierzą w reinkarnację, karmę – uznaliby, że takie przeżycie służy nam do rozwoju w kolejnym wcieleniu.
Te wszystkie interpretacje nie muszą się wykluczać. Część związana z polem rodowym, kawałek związany z reinkarnacją, fragment z zamówieniem duchowym czy z osobistym rozwojem i chęcią, by coś zmienić w życiu – wszystko to są puzzle tej samej układanki. Mogą działać w tym samym momencie.

Ale świadomość pewnie znacznie pomaga zrozumieć, co się stało i jaki jest tego cel?
Świadomość jest kluczowa. Jeśli zaczynamy rozumieć, o co chodzi w wydarzeniach, jakie nas spotykają, nawet gdy nie rozumiemy, dokąd nas zaprowadzi los – to nie ma znaczenia, że nie widzimy jeszcze całości, pełnego obrazu zwanego przeznaczeniem. Sam fakt, że stajemy się obserwatorem swojego życia i próbujemy je opisać, sprawia, że poszerzamy swoją świadomość, oddzielamy się od ciała, które to życie przeżywa. Człowiek przestaje się miotać, zaczyna podążać za wskazówkami losu. Przypadek coraz częściej przemawia do niego, wspiera go na różne możliwe sposoby. Życie staje się łatwiejsze.

Bo droga na skróty to nie rozjeżdżona autostrada, tylko ścieżka przez pachnący las, ale miejscami też przez chaszcze. Bywa, że wątpimy, czy idziemy w dobrym kierunku. Wygodniej jest jechać autostradą naszych dotychczasowych przekonań o życiu i nas samych. Wyjście ze strefy komfortu to opuszczenie bezpiecznego przyczółka i spróbowanie nieznanych ścieżek. Przydaje się tu cecha zwana ciekawością, trzeba odkopać w sobie ryzykanta, który pójdzie w nieznane. Inaczej ciągle będziemy jeździć autostradą. Z punktu A do punktu B. I z powrotem.

A co jest twoim przeznaczeniem? Już to wiesz?
Wiele osób wierzy, że ktoś im odpowie na pytanie, co powinni robić w życiu, wskaże im ścieżkę, a oni będą nią podążać. Ja nie wiem, jakie jest moje przeznaczenie. I na tym polega cała zabawa, że ciągle to odkrywam i czasami bywam kompletnie zaskoczona. Traktuję swoje życie i odszukiwanie przeznaczenia jako swoistą grę. Rozumiem leitmotivy mojego życia, ale to, w jaki sposób one się realizują, to już zagadka. Widzę, co doprowadziło do czego i po co. Widzę siebie z dystansu. Dość sporego. Widzę, jak odrabiam lekcje albo jak się potykam, albo kręcę się w miejscu kompletnie czegoś nieświadoma. Jest w tym podglądzie dużo łagodności i przyzwolenia dla własnej bezsilności czy też innego rodzaju niemocy.

Inaczej patrzysz na to, co się wydarza w twoim życiu?
Po prostu dzieją się rzeczy, które mnie rozwijają, przenoszą na inny poziom. Staję się kimś nowym i moje życie przez to też robi się ciekawsze. Bywa, że porzucanie starych warstw nie obywa się bez potu i krwi. Kiedyś myślałam, że tylko jak coś łupnie, jak coś walnie w życiu, to dopiero wtedy zrozumiesz, o co chodziło. A równie dobrze tzw. oświecenie czy też transformacja może nastąpić podczas zabawy z dzieckiem czy pływania w basenie. To nie musi być raniące i bolesne.

Nauczyciele duchowi mówią, że naszym obowiązkiem jest po prostu szczęśliwie żyć.
Racja. Przy czym każdy sam definiuje szczęście, a ta definicja może się zmieniać w ciągu życia wielokrotnie.

Beata Markowska
coach akredytowany przez International Coaching Community, trener rozwoju osobistego. Prowadzi warsztaty i sesje indywidualne. Wspiera osoby na progu zmiany, także doświadczające kryzysu w życiu osobistym i zawodowym.

Ćwiczenie „Druga ty”

Przypomnij sobie moment całkowitej błogości albo radości, stan szczęścia, jakiego doznałaś w realnym życiu albo w swoich wyobrażeniach. Następnie wyobraź sobie, że najdoskonalsza wersja ciebie z przyszłości, wyposażona w te wszystkie odczucia, siedzi gdzieś w pobliżu. Poczuj ją.

Zaobserwuj, jak daleko od siebie siedzicie. Co was dzieli, co łączy. Jakie przedmioty są pomiędzy wami, co symbolizują, jakie wspomnienia wyzwalają? Czy wspierają twoje dążenie do bycia szczęśliwą, czy wręcz przeciwnie – są przeszkodami na drodze twojego przeznaczenia? Jeśli pomiędzy wami jest pusta przestrzeń, także możesz ją eksplorować lub wyobrazić sobie przedmioty, które są pomiędzy wami.

Przeprowadź „inwentaryzację”. Sprawdź, które przedmioty reprezentują idee wspierające nową jakość ciebie, a które je blokują. Kolejny etap ćwiczenia to wyobrażenie sobie, że te elementy, które są pomiędzy twoją dzisiejszą wersją a przyszłą, integrujesz, zapraszasz do swojej przestrzeni, co może symbolizować wypowiadanie w myślach polecenia „integruję” – ze wskazaniem na wybrany przedmiot. I odwrotnie: przedmioty, które symbolizują opór, blokadę – transformujesz w coś, co może być pięknym darem dla świata, np. w złoty deszcz albo tęczę. Uwolnij fantazję.

Zwróć uwagę na swoje odczucia przed wykonaniem zadania i po.

  1. Psychologia

Objawy depresji u mężczyzn – dlaczego trudno im prosić o pomoc?

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dobie współczesnych przemian gospodarczych, kulturowych i społecznych Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) alarmuje, że na zaburzenia związane z depresją cierpi ok. 350 mln ludzi na świecie. Depresja staje się powoli jedną z cywilizacyjnych chorób, która dotyka zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Mężczyznom jednak trudniej przyznać się, że sobie z czymś nie radzą i zaakceptować własne słabości. Jak wygląda depresja mężczyzn z perspektywy metody Gestalt? - wyjaśnia psychoterapeuta Krzysztof Pawłuszko.

Niestety, pomimo wielu doniesień świadomość społeczna dotycząca depresji i możliwości jej leczenia jest wciąż niewielka. Moje doświadczenie pracy jako terapeuty pokazuje, że zwykle ludzie szukają informacji lub pomocy dopiero w momencie, kiedy oni sami lub ich bliscy zaczynają cierpieć z powodu depresji. Często jest to już głęboki stan powodujący trudności w codziennym funkcjonowaniu i pełnieniu ról społecznych. Wówczas chcą jak najszybciej pozbyć się problemu i wrócić do normalnego trybu życia.

W pracy terapeutycznej z klientami doświadczającymi depresji wielokrotnie miałem wrażenie, że traktują siebie jak samochód, a mnie jak mechanika, oczekując szybkiej naprawy lub recepty na to, jak sami mogą siebie naprawić. Jest to przykład pokazujący, jak bardzo ludzie nie chcą mieć styczności z tym problemem. Dotyczy to w dużej mierze mężczyzn, którym bardzo trudno przyznać się do własnych trudności i sięgnąć po pomoc. A wynika to wyraźnie z kontekstu kulturowo – społecznego.

Od dziecka chłopcom narzucane są zasady i normy (w podejściu Gestalt zwane introjektami), mające na celu przygotowanie do życia w dorosłości. Główny nacisk jest w nich położony na rozwój sfery racjonalnej. Chłopiec ma być przecież w przyszłości głową rodziny. Sfera emocjonalna i cielesna jest przez rodziców skutecznie blokowana, pomijana lub zawstydzana. Chłopcom nie wypada płakać, złościć się czy smucić (choć powoli to się zmienia). Tym bardziej przeżywać różne popędy cielesne (np. seksualność, agresję), ponieważ wykraczają wtedy poza granice ustalonych norm i są niegrzeczni.

Dziecko, żeby przyswoić i wyrobić się w realizacji tego rodzaju przekazu kulturowo – społecznego, jest zmuszone usztywnić swoją naturalną ekspresję oraz odciąć się od sfer, które nie są mile widziane. W konsekwencji rozwija mechaniczny sposób obchodzenia się ze sobą, który później kontrolowany jest przez racjonalność. Kojarzę to z zainstalowanym oprogramowaniem komputerowym, które dba, by komputer sprawnie i bez zarzutu spełniał swoje funkcje. Analogicznie jest z głową mężczyzny skoncentrowanego w tym kontekście na realizacji szeregu ról, norm, obowiązków, zadań i celów - jak maszyna.

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny. Jest to bardzo częste doświadczenie mężczyzn zgłaszających się na terapię. Siła przekazu kulturowo – społecznego jest wówczas tak duża, że pogłębia proces utraty równowagi. Zwykle mężczyźni nie są tego procesu świadomi.

Doświadczają trudnych do wyjaśnienia objawów. Na poziomie racjonalnym: problemów z pamięcią i koncentracją. Na poziomie cielesnym: zmęczenia, bólu głowy, ciągłego stanu napięcia i stresu. Na poziomie emocjonalnym: obniżonego nastroju, drażliwości, stanu złości i zdenerwowania, braku odczuwania przyjemności i zainteresowania. Na poziomie codziennych zachowań: trudności z zasypianiem, aktywnością seksualną, codzienną aktywnością i pełnieniem ról społecznych. Na poziomie społecznym: chęcią wycofania się z kontaktów i ukrycia. Czasem wymienionym objawom towarzyszą choroby somatyczne wynikające z wieloletniego tłumienia emocji. Są to m.in. choroby układu sercowo - naczyniowego, układu odpornościowego, pokarmowego, dolegliwości bólowe w różnych obszarach ciała.

Bardzo często mężczyźni łączą te objawy z trudnościami lub niepowodzeniami w pracy, zbyt długo trwającym przeciążeniem zawodowym, brakiem możliwości wzięcia urlopu, nie rozwiązanym konfliktem w relacji partnerskiej czy prowadzeniem niezdrowego trybu życia. Poszukują wówczas różnych sposobów poradzenia sobie z sytuacją lub jej odreagowania. W tym celu sięgają po alkohol, leki przeciwbólowe i nasenne, narkotyki, hazard, internet, gry komputerowe, sporty ekstremalne czy siłownię. W rezultacie pogłębiają swój stan i dochodzą po pewnym czasie do tzw. ściany. Nie wiedzą, co i w jaki sposób mogłoby im pomóc. Niektórzy mężczyźni, pomimo wstydu i oporu, przyznają się sami przed sobą, że potrzebują pomocy. Zazwyczaj wtedy decydują się również sięgnąć po pomoc innych ludzi, w tym pomoc terapeutyczną.

W terapii Gestalt depresja nie jest traktowana jako objaw, którego trzeba się za wszelką cenę pozbyć np. za pomocą leków czy technik terapeutycznych. Depresja jest postrzegana jak czubek góry lodowej widoczny nad powierzchnią wody. Pod powierzchnią znajduje się jej większa część (sedno problemu), powodująca stan depresji. Część, o której myślę, składa się z różnych czynników. Jeśli pomijamy te czynniki i skupiamy się na redukcji objawów choroby, w konsekwencji doprowadzamy do jej nawrotu w przyszłości.

Koncepcja Gestalt proponuje inną drogę, ktora polega na spotkaniu z tym, co pod powierzchnią i uświadomieniu sobie czynników powodujących depresję. Jest to proces wymagający czasu i zaufania, że przyniesie oczekiwane rezultaty. Wsparcie farmakologiczne jest wówczas zwykle działaniem wspierającym ten proces - ze względu na jego intensywność i głębokość. W trakcie terapii szokujący dla klientów jest paradoks, że doświadczenie depresji ich ratuje. Nigdy wcześniej nie pozwoliliby sobie na zatrzymanie się i zweryfikowanie, czy ich dotychczasowy sposób funkcjonowania jest zdrowy. Depresja jest tym wydarzeniem, które odsłania fakt odcięcia się od siebie i twórczego przystosowania, żeby sprostać wymaganiom kulturowo - społecznym. Ukazuje szereg sztywnych schematów postępowania, reagowania i myślenia oraz rozwinięte mechanizmy obronne różnego rodzaju.

Klient odkrywa w terapii, że depresja jest jego nieświadomą odpowiedzią manifestującą, że dłużej w dotychczasowy sposób nie może i nie chce funkcjonować, ponieważ jest to dla niego destrukcyjne. Zaczyna również odkrywać swoje prawdziwe Ja, rozwijać świadomość własnej emocjonalności i procesów cielesnych, stopniowo odzyskiwać równowagę oraz bardziej świadomie decydować, w jaki sposób chce funkcjonować. Przy tym uczy się w codziennych sprawach sięgać po wsparcie innych ludzi, nie postrzegając tych sytuacji jako wyraz słabości czy osobistej porażki.

Terapia Gestalt jest więc zupełnie innym spojrzeniem na problem depresji. Nie tylko tej doświadczanej przez mężczyzn, ale także kobiety. Stwarza możliwość świadomego przejścia procesu depresji oraz trwałego rozwiązania tego problemu.

Krzysztof Pawłuszko, certyfikowany psychoterapeuta i trener w Instytucie Terapii Gestalt, European Association for Gestalt Therapy, European Association for Psychotherapy oraz Polskim Towarzystwie Psychoterapii Gestalt. Jest również psychoterapeutą szkoleniowym terapeutów będących w procesie szkolenia w nurcie Gestalt.