1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Bunt nastolatków - jak przetrwać ten okres?

Bunt nastolatków - jak przetrwać ten okres?

Bycie rodzicem nastolatki nie jest łatwe i wymaga całkiem innych umiejętności niż bycie rodzicem małego dziecka. (fot. iStock)
Bycie rodzicem nastolatki nie jest łatwe i wymaga całkiem innych umiejętności niż bycie rodzicem małego dziecka. (fot. iStock)
Jak przetrwać ciągłe zmiany nastroju i burzę hormonów bez narażenia na szwank dobrej relacji? Jak wytrzymać pod jednym dachem z małoletnią złośnicą? - Lepiej wypracować po prostu nową strategię postępowania - radzi Ewa Nowak.

Jestem mamą 13-latki i pilnie proszę o radę, bo przyznam, że puszczają mi nerwy. Dziś rano córka zrobiła mi awanturę z płaczem i krzykami. Powód? Była deszczowa sobota, a ona przecież miała z koleżanką iść na rower! Nastawiła się! Wczoraj wykrzyczała mi, że nie będzie nic jadła, bo miał być ciemny chleb, a w sklepie został już tylko biały. Obrażona poszła spać bez kolacji. Przedwczoraj obraziła się na mnie, bo powiedziałam, że w następną niedzielę przyjeżdża moja siostra, a córka chciała iść na basen. Może iść, ciocia się nie obrazi, ale ona chce spędzić ten dzień z ciocią. Ja jestem odpowiedzialna i winna złej pogodzie, temu, że sąsiadka umyła podłogę na korytarzu pachnącym kwiatami płynem, że nie mamy psa, basenu, że ona nie ma młodszego brata. Wiem, że dorasta, ale czy ja dam radę to przetrwać?

Trudno się dziwić Pani frustracji. Kiedy miłe, słodkie, przytulaśne dziecko nagle, z dnia na dzień, zaczyna zachowywać się jak ktoś, kto nas szczerze nienawidzi, nie jest łatwo zachować zimną krew. Po kilku takich wyskokach mamy ochotę unikać kontaktów z własnym dzieckiem, schodzić mu z drogi, a najlepiej spotkać się z nim, gdy okres dojrzewania minie, a ono znów będzie w miarę „normalne” i przewidywalne. Okres dojrzewania czasem trwa i sześć lat (ale spokojnie, to rzadko się zdarza), więc trudno tak długo schodzić dziecku z drogi. Lepiej wypracować po prostu nową strategię postępowania.

Pierwsza rzecz, jaką Pani proponuję, to zakorzenienie w sobie takiej myśli: „Ona mi tego nie robi specjalnie, ona teraz inaczej nie umie się komunikować, ona musi być taka, bo co kilka sekund zmienia się jej ekstremalny nastrój na inny ekstremalny nastrój (decyduje o tym chemia mózgu). Ona jest zakładniczką swoich hormonów, nie rani mnie celowo”. Codzienna mantra rodzica powinna zawierać frazę: „Ona mi tego nie robi specjalnie”. Gdy się o tym pamięta, jest łatwiej.

Nastolatka: robi awantury, obraża się, stroi fochy, nie odzywa się, przedrzeźnia, ignoruje polecenia, ma humory, nie liczy się z rodzicami, łaknie kontaktów wyłącznie z rówieśnikami (którzy stają się wyrocznią we wszystkich kwestiach), ma poczucie, że wszystko wie, że żadna pomoc, żadne wsparcie nie jest jej potrzebne, chce o czym tylko się da decydować samodzielnie – nawet jeśli ma to skończyć się dla niej źle. Prawie wszyscy burzliwie przechodziliśmy przez okres dojrzewania. Bycie rodzicem nastolatki nie jest łatwe i wymaga całkiem innych umiejętności niż bycie rodzicem małego dziecka. Najlepiej ten fakt zaakceptować i wybrać najrozsądniejszą drogę postępowania.

Dojrzewanie to ważny moment w życiu każdego człowieka. Co więcej, dzieci w toksycznej relacji z rodzicem (lub w rodzinach dotkniętych patologią) często nie przechodzą okresu dojrzewania emocjonalnego i pozostają w zbyt bliskiej relacji z rodzicami. Warto na ten ciężki okres patrzeć właśnie tak: Lepiej, że to dzieje się teraz. I że w ogóle się dzieje.

Ewa Nowak: pedagożka, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co robić, gdy dziecko przechodzi okres buntu?

Gdy nastolatek jest silnie wzburzony, nie warto z nim podejmować racjonalnych dyskusji. (fot. iStock)
Gdy nastolatek jest silnie wzburzony, nie warto z nim podejmować racjonalnych dyskusji. (fot. iStock)
Dojrzewanie to ważny czas w życiu młodego człowieka – wtedy zaczyna stanowić o swoim „ja”, separuje się od rodziców i odcina pępowinę. Jak przetrwać ten czas?

Rozmawiać z innymi rodzicami nastolatków. Nawet nie w kontekście szukania rozwiązania problemu, ale po prostu po to, żeby wiedzieć, że w ich domach dzieje się to samo, inni rodzice też są tak bezlitośnie traktowani przez swoje dorastające dzieci.

Myśleć tak: „Jak jej musi być ciężko wytrzymać samej ze sobą. Jak ona się teraz potwornie męczy! Żyje na rozpędzonej karuzeli, której nikt na świecie nie potrafi zatrzymać”.

Nie zapominać o sobie. Dojrzewające dziecko absorbuje niezwykle dużo uwagi otoczenia. Jego zmienne nastroje destabilizują czasami cały dom. Dlatego trzeba mieć swoje sprawy poza dzieckiem. Joga, rower, klub dyskusyjny, basen – cokolwiek, co robisz sama. To twój święty czas. Im gorzej znosisz zachowanie dziecka, tym częściej przyznawaj sobie prawo do oddechu wyłącznie w miłym dla ciebie otoczeniu.

Zgadzać się. Gdy nastolatek jest silnie wzburzony (czyli kilkadziesiąt razy dziennie), nie warto z nim podejmować racjonalnych dyskusji, bo wszelkie „mądre” argumenty odbijają się od niego. Stan silnego wzburzenia sprawia, że dotyka nas głuchota emocjonalna i naprawdę nie słyszymy tego, co ktoś do nas mówi. Kluczowe słowa, dzięki którym da się porozumieć z nastolatkiem, to: „Rozumiem cię, też chciałam dziś iść na spacer. Ja także nie znoszę, gdy ktoś nie oddzwania, mimo że obiecał. Ja również mam ochotę na ciemny chleb”. Kiedy tylko się da, pokazuj dziecku, że stoicie po tej samej stronie barykady. Tłumaczenie mu, że takie jest życie i nie zawsze sprawy idą po naszej myśli, jest w czasie awantury stratą czasu.

Wskazywać sens, czyli tłumaczyć dlaczego. Nastolatek jest wrażliwy na punkcie prawie wszystkiego, ale najbardziej jest wyczulony na bezsens. Gdy czegoś mu się nie chce zrobić, zawsze to jest „bez sensu”. Dlatego warto jednym prostym zdaniem, ale zawsze uzasadniać swoje prośby: „Odnieś talerz, bo to mi pomoże w zmywaniu. Nie rzucaj tu ubrań, bo mogą się zniszczyć. Nie odzywaj się tak do mnie, bo jest mi przykro”. Zawsze mów, dlaczego ma coś zrobić, bo inaczej twoje polecenie będzie „bez sensu”.

Dać dziecku samodzielność. Tak dużą, na jaką tylko ciebie stać.

Nauczyć się słuchać. Gdy nastolatek coś do ciebie mówi (albo krzyczy), nie oczekuje twojej oceny, a już najmniej rady. Każda z tych rzeczy blokuje komunikację z dzieckiem, a ono chce sobie tylko pogadać, wyrzucić z siebie nagromadzone emocje. Dlatego czas, gdy twoje dziecko dorasta, to moment na odświeżenie w sobie umiejętności słuchania. „Aha… Tak? O!”. Ograniczaj się do takich elementów ekspresji, zamiast pouczać i oceniać.

Szukać dobrych chwil. Nastolatek jest jak… kot. Przyjdzie do ciebie tylko wtedy, gdy on tego chce, ale gdy to zrobi, za nic w świecie nie należy go odtrącać. Bądź dorosła, nie odgrywaj się na swoim dorastającym dziecku. Warto słuchać, pogadać, ponarzekać razem, powygłupiać się, pośmiać… A potem dać się porzucić, bo dzwoni Julka.

Ewa Nowak: pedagożka, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży.

  1. Psychologia

Dla nastolatków najważniejsze są relacje przyjacielskie. To naturalny etap dojrzewania

Zamiast odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać im, jak być dobrym przyjacielem. (Fot. iStock)
Zamiast odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać im, jak być dobrym przyjacielem. (Fot. iStock)
Ten fakt może zasmuci rodziców, ale dla nastolatków najistotniejsze są relacje przyjacielskie. To naturalny etap dojrzewania, który przygotowuje ich do dorosłego życia i zdrowych relacji rodzinnych w przyszłości. Zamiast zatem odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać, jak być dobrym przyjacielem – przekonuje pedagożka Ewa Nowak.

Z powodu epidemii coraz więcej nastolatków spędza czas wolny w domach. I to, że mają rodzeństwo, nie rozwiązuje problemu, bo brat czy siostra – tak samo jako rodzice – nigdy nie zastąpią przyjaciół. Krewni, w tym właśnie rodzeństwo, zazwyczaj obracają się w tym samym kręgu, nie oferują więc niczego nowego. Przyjaźń zaś otwiera człowiekowi oczy na nowe światy. Czasem są to mroczne światy, ale przejście przez nie to proces rozwojowy.  W końcu, jak wynika z badań, na które powołują się autorki książki „Przyjaźń jako wartość w relacjach społecznych dzieci i młodzieży” – to przyjaciele zajmują pierwsze miejsce wśród zmiennych decydujących o stanie naszego ducha, przed pieniędzmi, wykształceniem i innymi zasobami indywidualnymi.

Siła równa grawitacji

Przyjaźń w okresie nastoletnim działa na zasadzie „my i reszta świata” – nawet jeśli przyjaciele są z punktu widzenia rodziców nieodpowiednim towarzystwem. Jak ogromna jest siła tej relacji, wie każdy rodzic, którego nastoletnie dziecko wróciło spóźnione, wzięło samochód bez pozwolenia czy pierwszy raz wypiło alkohol z kolegami. Dla przyjaciół młody człowiek sprzeniewierza się nawet kluczowym wartościom domu rodzinnego. Nastolatki bez trudu łączą skrajny altruizm wobec przyjaciela ze skrajnym egoizmem wobec wszystkich innych. To normalny i bardzo ważny etap rozwoju osobowości.

Kiedy wracasz po weekendzie do domu, a stan mieszkania wskazuje, że przez dwa dni trwała w nim nieustająca domówka, wiedz, że twoje dziecko testuje, jak bardzo chce się zaangażować w przyjaźń. Sprawdza, ile warte jest poświęcanie relacji z rodzicami na rzecz aktualnych przyjaciół. Psycholog i psychoterapeutka Agnieszka Binkul radzi, by wznieść  się wtedy ponad gniew i rozczarowanie swoimi metodami wychowawczymi i popatrzeć na sprawę z szerszej perspektywy. „Każ oczywiście posprzątać, wyraź swoje niezadowolenie, ale pamiętaj, że to przyjaciele pomogą twojemu dorastającemu dziecku uwolnić się od ciebie, przeciąć pępowinę i ruszyć z domu w świat. Dziecko musi symbolicznie zniszczyć rodziców, żeby później mogli oni zaistnieć w jego życiu na nowych warunkach. Musi się buntować, bo inaczej się od nich nie oddzieli” – wyjaśnia w książce Hanny Rydlewskiej „Po prostu przyjaźń”.

Przyjaźń to miłość okresu dojrzewania

Robin Dunbar, profesor antropologii ewolucyjnej z University of Oxford, w książce „Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek?” przekonuje, że grono naszych znajomych nie powinno przekraczać 150 osób – jeśli jest ich więcej, tracimy orientację. W ramach tej grupy najważniejsze jest 5 najbardziej zaufanych przyjaciół i członków rodziny, do których zwracamy się w potrzebie. Kolejne 15 osób to ci, których śmiercią bardzo byśmy się przejęli. Z pozostałymi łączy nas dużo mniejsza zażyłość.

Nastolatek, owszem, lubi mieć setki lajków, ale w odróżnieniu od rodziców wcale nie chce, żeby go wszyscy lubili i byli jego przyjaciółmi, bo czuje, że temu nie podoła. Woli, żeby lubiła go jedna ważna dla niego osoba. Utrata złudzenia, że zawsze będziemy przez świat lubiani, jest jednym z filarów dojrzewania.

W okresie nastoletnim przyjaźń ma siłę miłości. Jest tak samo ufna, zazdrosna i zaborcza. Gdy twoje dorastające dziecko traci przyjaciela, pęka mu serce. Dowód? Siedemnastoletni syn znajomych dokonał samookaleczenia. Po wielu dniach wyznał, że dwaj koledzy odtrącili go podczas lockdownu. Mieszkają blisko siebie, a on gdzie indziej.

Specyfika okresu dojrzewania sprawia, że w piramidzie stresu utrata przyjaciela jest punktowana równo ze śmiercią rodzica. Nie bagatelizuj tego i zrezygnuj z płytkich pocieszeń, tzw. dobrych rad typu: „Każda przyjaźń przecież się kończy. To była taka szkolna znajomość, ale zostaną ci piękne wspomnienia”, „A może zadzwonisz do Helenki? Może pójdziesz do Stasia?”. A zwłaszcza nie podsuwaj rozwiązań w stylu: „Weź się lepiej do nauki, zamiast wymyślać głupoty”.

Przypomnij sobie, jak ty się czułeś, kiedy zostałeś pozbawiony tak ogromnego emocjonalnego oparcia, jakim był przyjaciel. Zasmuć się razem z nastolatkiem. Potwierdź, że ma prawo czuć się parszywie, bo przyjaźń to ogromna wartość w życiu. A żadna inna relacja nie pozwala mu się czuć równie autentycznym. Nastolatek nie oczekuje od ciebie, że dokonasz cudu ani że obrzucisz jego przyjaciela błotem. On chce tylko, żeby rodzice dali mu prawo poczuć się skrajnie źle.

Bezpośrednio po porzuceniu przez przyjaciela nie należy tego robić, ale gdy emocje nieco opadną, warto zwrócić uwagę nastolatka na to, że on też rani, też porzuca, też odchodzi i na pewno kogoś już rozczarował. Warto uświadomić mu, że ludzie mają prawo do odmawiana, w tym do odmówienia dalszej przyjaźni. Przyjaźń to bardzo dobry temat na rozmowy o przemijaniu i tym, że to, co się kończy, nie przestaje być wartościowe, że trzeba doceniać to, co się nam przytrafia, a nie zakładać naiwnie, że zdrowie, młodość i przyjaciół uda nam się utrzymać do końca życia.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

Lekcja przyjaźni

  • Staraj się, żeby twoje dziecko, na ile tylko się da, spędzało czas wśród rówieśników. Zapisuj je na zajęcia, woź i przywoź, zapraszaj do domu jego kolegów, zabieraj ich na działkę, na ferie, pozwalaj nocować razem i robić imprezy.
  • Nie neguj pozytywnych uczuć dziecka do drugiej osoby. Czasem możesz być o nie zazdrosny, ale to ty musisz sobie z tym poradzić.
  • Podkreślaj wagę posiadania przez twoje dziecko przyjaciół. Mów z dumą: „To jest przyjaciółka mojej córki, wspaniała dziewczyna”.
  • Miej swoich przyjaciół i szanuj ich. Niech nastolatek widzi, że przyjaźń jest w waszej rodzinie ceniona i może trwać mimo różnic poglądów.
  • Podkreślaj, że cenisz ludzi, którzy mają przyjaciół. Niech to będzie czynnikiem pozytywnie świadczącym o twoich znajomych i w ogóle o ludziach.
  • Naucz swoje dziecko autorefleksji. Zadawaj mu pytania: „Jakim ty jesteś przyjacielem? Co ty dajesz od siebie? Co robisz dla przyjaciół?”.

Matka czy przyjaciółka?

Pyta dziennikarka Beata Pawłowicz. Odpowiada dr Tomasz Srebnicki, certyfikowany terapeuta poznawczo-behawioralny, starszy asystent w Klinice Psychiatrii Wieku Rozwojowego WUM.

Czy to dobrze czy źle, gdy rodzice i dzieci nazywają się przyjaciółmi? Zacznę od tego, że kiedy rodzi się twoje dziecko, razem z nim rodzisz się nowa ty – ty jako rodzic. A więc masz dorosnąć! Ale też pojawia się wtedy na nowo stara ty, czyli ty jako dziecko, którym byłaś. Bo wiele rzeczy z twojego dzieciństwa zacznie ci się teraz przypominać. Świadomie lub nie będą one wpływały na to, jaką okażesz się matką. I dla przykładu, jeśli z rodzicami kojarzą ci się: surowość, nadmierne wymagania, krytyka, to prawdopodobnie nie zechcesz być taką matką dla swojego dziecka.

Mogę wówczas chcieć być jego przyjaciółką? Możesz, możesz też nie stawiać mu żadnych wymagań. Odrzucisz je razem z tym, co bywa w nich dobre, jak nauka definiowania i rozwiązywania problemów. Zapewne też będziesz unikać jakiejkolwiek krytyki twojego dziecka. Ale nazywanie dobra i zła po imieniu jest mu potrzebne. Podobnie jak akceptacja błędów jako niezbędnego elementu uczenia się życia. Możesz też traktować dziecko tak, jakby było twoim rówieśnikiem: zwierzać się mu, nosić podobne ubrania, czy kolegować się z jego przyjaciółmi ze szkoły. Jeśli tak się stanie, niech to będzie dla ciebie znak, że być może sama jeszcze nie wyszłaś z dziecięcego pokoju. Siedzisz w nim i, co gorsza, jest ci tam źle. Szukasz więc sobie towarzysza w niedoli. Taka postawa, taka niedojrzałość mamy stwarza ryzyko, że dziecko nie będzie miało takiego rodzica, jakiego potrzebuje.

To poproszę o porady dla zagubionych, niedojrzałych mam i ojców, którzy chcieli do tej chwili, by ich córki czy synowie stali się ich przyjaciółmi. Rodzic, o którym da się powiedzieć, że jest udany, nie może podszywać się pod przyjaciela swojego dziecka. Podobnie jak nie może stać się ojcem tyranem czy przybrać maskę „poświęcającej się” matki. Bo każdy z tych rodziców przyjmuje wobec dziecka niedobrą dla jego rozwoju postawę. I to niezależnie od tego, jakie jest to jego dziecko, nie stwarza mu odpowiednich warunków rozwojowych.

Fragment pochodzi z książki "Niezwykły rodzic" (do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep).

  1. Psychologia

Wychowywać dziecko bez krzyku

Zmianę w relacjach z dzieckiem rodzic powinien rozpocząć od siebie – skupiając się na sobie, na własnych reakcjach emocjonalnych i nauczyć się nad nimi panować. (Fot. iStock)
Zmianę w relacjach z dzieckiem rodzic powinien rozpocząć od siebie – skupiając się na sobie, na własnych reakcjach emocjonalnych i nauczyć się nad nimi panować. (Fot. iStock)
Kiedy przychodzi czas na dzieci, pełni entuzjazmu obiecujemy sobie, że nie będziemy powtarzać błędów naszych rodziców i na pewno będziemy od nich lepsi. Ale wraz z dzieckiem pojawia się także zmęczenie i frustracja, nieznany dotąd lęk i troska o zdrowie malucha, czasem bezradność wobec nowych problemów. Nagle okazuje się, że najprostsza jest droga na skróty, która prowadzi prosto do utartych schematów wychowania, od których próbowaliśmy uciec.

Każde „nie” dorastającego dziecka wyprowadza nas z równowagi. Irytujemy się, kiedy nas nie słucha i różnymi metodami zmuszamy do wykonania naszej woli. Krzyczymy na dziecko czy to poprzez podnoszenie głosu, czy przez – o zgrozo – bezpośrednie użycie siły, czasem uciekamy, zaniedbujemy lub odrzucamy. W ten sposób tworzymy relację opartą na sile, a to prowadzi do walki, w której na końcu nie ma zwycięzców, ale jest dużo ofiar…

Czy można wyjść z tego błędnego koła? Przecież nie chcemy się ciągle frustrować, krzyczeć i być złymi rodzicami. Szukamy więc pomocy. Tytuł książki „Wychowanie bez krzyku. Jak wychować dziecko, zachowując spokój” jest obiecujący. Autor, Hal Edward Runkel, jest amerykańskim terapeutą rodzin i małżeństw. Założył organizację Życie bez krzyku, propagującą zachowywanie spokoju w relacjach międzyludzkich - szczególnie w relacjach z dziećmi i pomiędzy małżonkami. Jego książka to przewodnik dla rodziców, w jaki sposób wychować swoje dzieci na odpowiedzialnych, dojrzałych i niezależnych ludzi. To propozycja takiej metody wychowania, w której zamiast agresji, zniechęcenia i wzajemnych oskarżeń rodzice będą mogli wychowywać swoje dzieci… wychowując najpierw siebie.

Zmęczony ciągłą walką o posłuszeństwo dzieci rodzic dowiaduje się z tej książki, że zmianę w relacjach z najbliższymi powinien rozpocząć właśnie od siebie – skupiając się na sobie, na własnych reakcjach emocjonalnych i nauczyć się nad nimi panować. Często słyszymy lub sami twierdzimy, że nasze dziecko „wyprowadziło nas z równowagi”. Autor poradnika zastanawia się, w jaki sposób małe, kilkuletnie dziecko może wyprowadzić z równowagi dorosłą, doświadczoną osobę? Czy mały człowiek naprawdę jest w stanie zmusić dorosłego do odczuwania, myślenia i reagowania w określony sposób? Odpowiedź oczywiście brzmi „nie”. Utratę panowania nad sobą w wyniku różnych okoliczności zawdzięczamy zawsze i wyłącznie sobie. Irytując się, wpadając w gniew, oddajemy kontrolę nad własnymi emocjami dzieciom i w ten sposób wywieramy na nie presję, aby postąpiły tak, jak tego chcemy. Hal Runkel odkrywa sedno takiego zachowania: za krzykiem rodzica kryje się inny krzyk skierowany do dziecka: uspokój mnie! Krzycząc, chcemy, żeby dziecko jak najszybciej nas posłuchało, abyśmy sami mogli się uspokoić. W ten sposób obarczamy je ciężarem odpowiedzialności za nasze emocje.

Do zdrowego dorastania dzieci potrzebują zamiast krzyku i jego różnych odmian czegoś zupełnie odwrotnego: spokoju, autorytetu, oparcia i zaufania do rodziców. Nie łatwo jest jednak rodzicowi nie ulegać emocjom, kiedy dziecko nie chce się uczyć, okazuje znudzenie, czy niewdzięczność. Autor nie twierdzi też, że będzie łatwo, ale proponuje podejść do tych wyzwań jako do szansy na własny osobisty rozwój. Zachować spokój, pomimo niesprzyjających okoliczności, dla zbudowania opartych na miłości relacji z dzieckiem – to jedyna droga, żeby wychować dojrzałego człowieka. Kiedy dziecko postępuje wbrew rodzicom, stawia opór, a nawet prowokuje – to zamiast reaktywnej postawy lepiej jest przyłączyć się do dziecka. Rodzic nie krzyczący będzie dziecku współczuł i rozmawiał, kiedy ono się nudzi, a nie szukał natychmiast jakiegoś zajęcia, będzie pomagał, kiedy nie będzie potrafiło sobie z czymś poradzić, ale nie rozwiązywał wszystkiego, nakierowywał na bardziej produktywne rozwiązanie, kiedy dziecko zbłądzi. Runkel przypomina, że wychowywanie to nie seria technik i manipulacji, żeby lepiej dziecko kontrolować. Do budowania relacji z dzieckiem nie jest potrzebna ścisła kontrola nad nim, ale tworzenie mu przestrzeni emocjonalnej i fizycznej, za którą nauczy się brać odpowiedzialność. Tworzenie przestrzeni to wyznaczanie odpowiednich reguł i granic, w obrębie których dziecko będzie się czuło bezpiecznie, będzie miało prawo do własnych wyborów ale także do popełniania błędów.

Emocjonalna przestrzeń to również wywiązywanie się z obietnic, zarówno tych miłych, jak i tych będących konsekwencjami postępowania wbrew regułom – obowiązującym w rodzinie, szkole, czy w społeczeństwie. Kiedy nastolatek posiadający już prawo jazdy łamie przepisy drogowe i grozi mu jego utrata, są rodzice, którzy starają się poprzez odpowiednie znajomości, czy umiejętności karę anulować. Ale czego w ten sposób dziecko się nauczy i czy będzie kiedyś dobrym kierowcą?

To, co ogranicza i jednocześnie hamuje rozwój dziecka to nadawanie etykiet typu: „zabawny”, „leniwy”, „pracowity”, „gruby”, „konfliktowy” – itp. Mają one wielką siłę i upośledzają rozwój człowieka. Trudno jest się ich wyzbyć, a przecież tak naprawdę odnoszą się tylko do jakiegoś kawałka życia. Autor podkreśla, że nikt nie jest zawsze taki sam i proponuje zrezygnować z używania kategorycznych słów „zawsze”, „wszędzie”, „nigdy”  i zastąpić je stwierdzeniem „potrafisz być…”. Ograniczaniem przestrzeni jest także mówienie dziecku, co lub jak ma się czuć.

Kilkakrotnie w książce „Wychowanie bez krzyku” powtarzana jest teza, że rodzice wcale nie są odpowiedzialni za swoje dzieci, ale odpowiedzialni są przed nimi za swoje uczucia, emocje i czyny. Dzieci potrzebują rodziców, którzy nie potrzebują ich. Zadaniem dzieci nie jest zaspokajanie potrzeb fizycznych i emocjonalnych ich rodziców. Aby wychować dojrzałego człowieka, samemu trzeba dojrzeć.

Nasza praca nad sobą, uczenie się kontroli nad własnymi emocjami i odruchowymi reakcjami to nauka dla naszych dzieci, z której w przyszłości skorzystają. Takie nastawienie do wychowywania z pewnością zaowocuje nową, bliską relacją i wieloma miłymi chwilami spędzonymi z naszymi dziećmi w spokoju i… bez krzyku.

Hal Edward Runkel, "Wychowanie bez krzyku. Jak wychować dziecko zachowując spokój", Wydawnictwo Bookmarket. 

  1. Psychologia

Jak wychować nastolatka? Doceniać, a nie oceniać

Uważność w relacji z nastolatkiem jest niezbędna. Prowadzi do ukształtowania człowieka z wysokim poczuciem własnej wartości. Inaczej będziemy wypuszczać w świat rozchwianych emocjonalnie, bojących się codzienności i niepotrafiących radzić sobie z uczuciami ludzi. (Fot. iStock)
Uważność w relacji z nastolatkiem jest niezbędna. Prowadzi do ukształtowania człowieka z wysokim poczuciem własnej wartości. Inaczej będziemy wypuszczać w świat rozchwianych emocjonalnie, bojących się codzienności i niepotrafiących radzić sobie z uczuciami ludzi. (Fot. iStock)
Wiele problemów w kontaktach z nastolatkami bierze się z mylnych wyobrażeń dorosłych na temat potrzeb i marzeń dorastającej młodzieży. Jak przejść od rodzicielskiego „widzimisię” do prawdziwego poznania własnych dzieci – pytamy promotora uważności w wychowaniu i edukacji Michała Zawadkę.

Jest wiele pomysłów na wychowanie nastolatków, jeden z nich to uważność. Do tej pory oznaczało to dla mnie, że mam usiąść w ciszy, koniecznie z prostym kręgosłupem i obserwować, jak oddycham. Ty rozszerzasz definicję uważności o codzienne relacje z dzieckiem. Sądzisz, że to sprawdzi się w domowej edukacji? Uważność w relacji z nastolatkiem jest nie tylko skuteczna, ale i niezbędna. Prowadzi do ukształtowania człowieka z wysokim poczuciem własnej wartości. Kiedy ominiemy ten obszar, to będziemy wypuszczać w świat rozchwianych emocjonalnie, bojących się codzienności i niepotrafiących radzić sobie z odczuciami młodych ludzi.

Wiele osób twierdzi, że współczesny nastolatek ma gigantyczne ego, nic mu się nie chce, więc dlaczego mamy się z nim obchodzić jak z jajkiem i jeszcze dopytywać, jakie emocje w nim buzują, co chce zrobić, co go gryzie... Często dostaję od rodziców taki właśnie portret ich dziecka: leniwe, nieambitne, przemądrzałe. I jeśli tak je widzą, to takiego młodego człowieka wychowają. Przemawia za tym chociażby tzw. efekt Rosenthala, który mówi o tym, że ludzie dostrajają się do naszych wymagań i sposobu, w jaki ich traktujemy. Założenie, że pokolenie dzisiejszych nastolatków jest leniwe i nadęte, ma odzwierciedlenie w metodach wychowawczych, co więcej, staje się też  filtrem, przez który interpretujemy ich zachowania i słowa – bardzo często zakłamującym rzeczywistość.

Jesper Juul twierdził, że dzieci dobrze się czują, gdy włącza się je w projekty i działania dorosłych, jednak nie znoszą być projektem dla swoich rodziców. Jak zatem wprowadzić uważność do codziennych relacji, ale nie robić z tego wychowawczego projektu i nie narazić się na śmieszność? Jesper Juul sam na to odpowiada: wychowanie to nie tresowanie dziecka, a relacja, do której potrzebne są dwie strony. Zatem nie róbmy z nastolatka królika doświadczalnego, wypytując go o dziwne rzeczy, a wprowadźmy uważność dla wszystkich i w stosunku do wszystkich w rodzinie – dzieci wtedy staną się uczestnikami projektu, a nie projektem. W moim przekonaniu uważność w wychowaniu to świadome skupienie się na dziecku w każdym obszarze: słuchania, akceptowania, oczekiwań, zasad, wspierania, dawania przykładu, dzielenia pasji czy zainteresowań.

Szkoła w Polsce pokazuje coś odwrotnego. Systemowo wypuszcza młodych, którzy nie mają pojęcia, co zrobić ze swoimi emocjami. Jeśli ich tego nie uczy, to znaczy, że nie jest nowoczesna. Bo nowoczesne szkoły wprowadzają rozwój osobisty, ja też pracuję nad tym od lat i wierzę, że dam radę taki program lub przynajmniej odpowiednie książki do szkół wprowadzić. Tylko czym innym jest zmiana programu edukacji i dodanie szeroko rozumianego rozwoju osobistego i społecznego, kompetencji miękkich, a czym innym jest wychowanie i podstawowe kształtowanie młodego człowieka. Jestem przeciwny przerzucaniu odpowiedzialności na szkołę. To z domu powinno się wynosić kulturę, uważność, zasady i poczucie własnej wartości.

Mam wrażenie, że budowanie poczucia wartości sprowadza się do przyzwolenia na ignorowanie zasad, na przykład nastolatek zaspał do szkoły, a my mówimy mu: „w porządku, nic się nie stało”... Wręcz przeciwnie. Odpowiedzialność to ważny temat i zależy od przykładu, jaki dają rodzice. Proponuję, żeby rodzic od teraz patrzył na każde zachowanie swojego nastolatka przez pryzmat intencji: czy on na pewno łamie zasady celowo? Za łatwo oceniamy nasze dzieci, zamiast zrozumieć. Kiedy przechodzimy do ataku, nie ma miejsca na dialog i wychowanie. Na deptaku w Sopocie widziałem, jak ojciec wrzeszczał na nastoletnią córkę i wyzywał ją od „ciamajd i głupich”. Wiesz, co takiego sprawiło, że odbierał jej godność i publicznie upokarzał? Wypadł jej z ręki lód, a on z tego powodu wylał na nią cały swój zakorzeniony wstyd przed światem.

Dlaczego rodzice wciąż reagują tak przesadnie? Czy dlatego, że jak wynika ze statystyk, ponad połowa z nich przynajmniej raz w życiu dostała tak zwane porządne lanie od własnych rodziców? Na pewno, ale nawet ci rodzice,  którzy nigdy nie byli bici, zostali wychowani w panicznym lęku przed „co ludzie powiedzą” oraz w przekonaniu, że autorytet buduje się siłą i narzuceniem własnej woli. Ogromna część rodziców, z którymi spotykam się na warsztatach, ma duży problem z mówieniem dobrze o sobie. Są nauczeni, że są tym, co o nich sądzą inni, i to przekazują swoim dzieciom. Badania Instytutu Carnegiego w Waszyngtonie – już sprzed ponad 100 lat – pokazują, że sukces zależy od trzech rzeczy: wiedzy, umiejętności i nastawienia, przy czym wiedza i umiejętności to tylko 15 proc., reszta to nastawienie.

Czyli jeśli ja jestem słaba, niepewna siebie, to moje dzieci będą skazane na klęskę? Ode mnie tego nikt nie usłyszy, ja na pierwszym miejscu stawiam akceptację, również siebie jako nieidealnego rodzica, bo idealni nie istnieją. To daje możliwość rozwoju i dawania dobrego przykładu dzieciom bez poczucia winy. Czyli nawet rodzic z niskim poczuciem własnej wartości ma szansę wychować pewnego siebie człowieka. Wystarczy, że proces wdrażania uważności w relacjach zacznie przechodzić równolegle ze swoim dzieckiem.

A czy uważność w pewien sposób nie knebluje ust rodzicom? Czy nie będą się bali powiedzieć czegoś, żeby nie urazić dziecka? Nie, uważność niesie prawdziwe zainteresowanie drugim człowiekiem. Stawianie ustalonych i zrozumiałych przez obie strony wymagań się w to wpisuje. Mój syn Makary miał sześć lat, kiedy podczas gry w „Pytaki” wylosował pytanie: „co jest najważniejsze, żeby dobrze wychować dzieci?” i sam odpowiedział: „Zasady, bo wtedy dziecko jest bezpieczne”.

Co się stanie, jeśli wszyscy postawimy sobie za cel bycie uważnym wobec dzieci i kilka razy dziennie będziemy pytać, jak się czują, jak zamierzają poradzić sobie ze smutkiem czy pokazywać, że trzymanie kubka z ciepłą herbatą w zimnych dłoniach to rozkosz? Wychowamy ludzi, którzy dostrzegają rzeczywistość: w sobie samych i wokół siebie. W pędzie za życiem nie będą mijać samych siebie. Pedagogika nie powstała wczoraj, bazuje na osiągnięciach wielu mądrych ludzi, których lubię cytować, więc odpowiem słowami twórcy popularnej platformy społecznościowej poświęconej relacjom i parentingowi „Faithful Man” Matthew L. Jacobsona:

„Za każdym dzieckiem, które wierzy w siebie, stoi rodzic, który uwierzył w nie jako pierwszy”
Ten cytat przypomniał mi, że moja mama nie tylko nigdy mnie nie uderzyła, ale gdy się stroiłam przed wyjściem, zawsze powtarzała, że to niepotrzebne, bo mądremu we wszystkim ładnie. Ciekawe, czy ja przekazałam to córce. Muszę spytać... Czy możesz podać przykład zachowania, które nazwałbyś uważnością w relacji? Proszę bardzo, oto najprostszy: kiedy twoja córka wraca ze szkoły, nie pytaj, co ma zadane, co dostała, tylko, co u niej słychać, jak się czuje, co ją dziś zainteresowało. Zapytaj o jej emocje, kolegów, powiedz, że cieszysz się, że już jest. Niech poczuje, że to ona jest w tej relacji ważna. Tymczasem badania pokazują, że zagajenie o pracę domową czy oceny stanowi 80 procent pytań rodziców do dzieci. I potem rodzice żyją wyobrażeniami na temat swoich dzieci, zamiast wiedzą o nich – stąd biorą się problemy.

Niby takie proste... Może rodzice powinni odbyć obowiązkowe szkolenia? Oj tak. Ja na przykład prowadzę program „Prawo jazdy na rodzica”, poświęcony w całości uważności na siebie i dziecko w dziesięciu obszarach, coś w stylu „dekalogu świadomego wychowania”. Na szczęście wielu rodziców, gdy coś nie gra w ich relacjach z dzieckiem, poszukuje pomocy i na przykład pisze do mnie. Klucz do powodzenia leży w zmianie podejścia również do siebie jako rodzica. W uważności chodzi o to, żeby, zadając dorastającemu dziecku pytania, odciąć się od własnych odpowiedzi i słuchać, co ono mówi. Uważność to zmiana oceniania na docenianie.

Ale jeśli w domu nauczymy dziecko, że liczą się starania, to jak ono odnajdzie się w cywilizacji, która nagradza wyłącznie efekty? Dobre efekty osiągają ludzie z wysokim poczuciem własnej wartości. Rozbierzmy ten zwrot na wyrazy: poczucie – własnej – wartości. Zatem „poczucie” jest pierwszym krokiem dobrej samooceny. Chodzi o to, żeby tu i teraz być świadomym tego, co odczuwamy, co nas otacza, co ma wpływ na nas i na co my mamy wpływ. „Własnej” oznacza świadomość pewnej niezależności i „własności samego siebie”, poczucia sprawczości, zdolności do podejmowania decyzji, mierzenia się z wyzwaniem: czuję dumę, popełniam błędy, pozwalam sobie na chwile słabości, marzę bez pytania, czy mogę… Oraz „wartość”, czyli świadomość, że daję sobą wartość i że jestem wartościowy dla siebie. Szerzej opisuję to w „Wartościowniku dla rodziców”.

W książce jest też test wiedzy o swoim dziecku. Czytając go, zdenerwowałam się, bo nie umiałabym odpowiedzieć na wiele pytań... Wielu rodziców pisało mi nie tylko o zdenerwowaniu, ale i często o łzach. Podczas tego pozornie prostego testu zdali sobie sprawę, jak wiele chwil w relacjach z dziećmi jest tylko ich „widzimisię”, założeniem czy wyobrażeniem. Właśnie w tej przestrzeni pomiędzy „wydaje mi” się a „wiem” kryje się większość problemów młodych ludzi. Jedyne, co trzeba zrobić, to wypełnić tę lukę uważnością.

Michał Zawadka, trener, ekspert komunikacji, autor książek motywacyjnych dla dzieci i młodzieży, zwany współczesnym Januszem Korczakiem.

Uważność od zaraz

  •  Zmień ocenianie na docenianie.
  •  Słuchaj z intencją zrozumienia.
  •  Zadając pytania, zapomnij o swoich odpowiedziach.
  •  Daj sobie i dziecku prawo do błędu.
  •  Kieruj się intencją.
  •  Buduj relacje z dzieckiem na wiedzy, nie na wyobrażeniach.
  •  Pamiętaj, że wartość twojego dziecka jest w nim, a nie w opiniach o nim.
Polecamy: 'Uśmiechologia. Pozytywna strona myślenia', Michał Zawadka, wyd. Mind&Dream Polecamy: "Uśmiechologia. Pozytywna strona myślenia", Michał Zawadka, wyd. Mind&Dream

  1. Psychologia

Dorosłe dzieci i błędy wychowawcze rodziców - co zrobić z poczuciem winy?

Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. (fot. iStock)
Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. (fot. iStock)
Wielu rodziców dorosłych dzieci żyje w poczuciu winy, że źle je wychowali. A poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. Podpowiada, żeby za wszelką cenę wynagrodzić dzieciom krzywdę, ale niczego nie wynagradza, tylko oddala nas od rozwiązania faktycznego problemu – mówi psycholog Ewa Woydyłło, autorka książki „My – rodzice dorosłych dzieci”, mama dorosłych córek: Magdaleny i Natalii.

Wywiad archiwalny

To bodaj pierwsza książka poświęcona znękanym, umęczonym rodzicom dorosłych dzieci. Jak wielka jest skala problemu? Skala w sensie statystycznym nie jest znana, ponieważ trudno byłoby tu dotrzeć do prawdy. To, co czują i myślą rodzice o swoich dzieciach, zmienia się – na tym polega specyfika emocjonalnych więzi. Bardzo często martwią się z powodu swoich dzieci, ale jednocześnie bronią się przed tymi uczuciami, bo są szalenie przykre. Przymykają oczy na wiele rzeczy, powtarzają sobie: „Nie jest tak źle, to tylko chwilowe”. Taka zmienna postawa zakłóciłaby sprawdzenie rzeczywistej skali problemu.

Ale pani się nim zajęła. Dlaczego? Ponieważ istnieje coś takiego jak doświadczenie psychoterapeuty. Może wykoślawione, bo przychodzą do nas głównie osoby, które doszły do ściany, zdesperowane, które już nie mogą dalej z tym problemem żyć. Niemniej widzę setki takich rodziców. Pytają mnie: „Co mamy zrobić? Nie możemy nic zdziałać, cierpimy”. Życie tych niemłodych przecież ludzi, którzy powinni mieć święty spokój i cieszyć się owocami swoich dokonań, jest często bardzo mocno zakłócone właśnie z powodu troski o dzieci.

Czy jednak czasem ich zmartwienia nie są wyimaginowane? Bywa, że problemy rodziców rzeczywiście wynikają z ich nietolerancji czy niezgody na styl życia dzieci. Pewna matka martwi się tym, że jej córka nie wychodzi za mąż, mimo że od trzech lat mieszka z chłopakiem.

Rodzice mają chyba prawo nie zgadzać się z wyborami dzieci? Oczywiście, mają prawo przeżywać na swój sposób wszystko, co dotyczy ich dzieci. Nigdy ich z tego powodu nie oceniam. Natomiast sugeruję, że może – w ramach własnego rozwoju – dobrze byłoby zacząć na przykład patrzeć niekrytycznie na decyzje swoich dzieci i zaakceptować ich sposób życia, zwłaszcza wtedy, gdy naprawdę nie ma powodu do zmartwień. To znaczy, kiedy dzieci nie niszczą swojego zdrowia i życia, nie przekraczają prawa i zasad moralnych.

A jeżeli jest powód? Powtarzam rodzicom: Jeżeli wasze problemy z dziećmi spędzają wam sen z powiek, to macie dwa wyjścia – zaakceptować je albo coś z nimi zrobić. Co? Odwołać się do istniejących w naszej społeczności sojuszników: sądów, policji, psychologa, czasami do rodziny, przyjaciół. Wtedy przestaniecie się bać, jakość waszego życia się polepszy, będziecie wygrani.

Niewielu rodziców jest w stanie zaakceptować problemy dziecka – chcą mu za wszelką cenę pomóc, choć nie potrafią. A z drugiej strony nie decydują się na szukanie tej pomocy u kogoś z zewnątrz. I właśnie na tym polega cały dramat. Bywają sytuacje, że dziecko trzeba ratować. Ale zacząć warto od siebie, bo większe szanse na to, aby pomóc dziecku, mają nie rodzice, którzy są wyniszczonymi, znerwicowanymi wrakami, ale ci, którzy wprawdzie nie mogą powiedzieć, że wszystko w ich życiu jest wspaniałe, ale mimo to umacniają się, dbają o siebie, pielęgnują swoje potrzeby. Wiem, że to może budzić kontrowersje, bo jak tu zająć się sobą, kiedy dziecko jest na dnie. Ale musimy pogodzić się z tym, że są rzeczy, na które nie mamy wpływu, no i nauczyć się rozpoznawać, czy nasze wysiłki są waleniem głową w mur, czy jednak jest jeszcze coś do zrobienia.

A może cały ból rodziców dorosłych dzieci bierze się stąd, że nie pogodzili się z utratą kontroli? Można odwoływać się do kontroli, dopóki dzieci są małe albo chcą nas słuchać. Moje dorosłe córki, mające już własne dzieci, w niektórych sytuacjach przychodzą i pytają wprost: Mamo, powiedz mi to czy tamto. Ale to one decydują, nie ja. I ja się wtedy strasznie cieszę. Czasami jednak mówią: Mamo, ja cię nie pytam o zdanie. Wtedy mogę zaakceptować ich głos albo szukać sposobu, żeby je przekonać. To, do jakich sposobów uciekamy się, żeby tylko osiągnąć cel, przypomina taniec – czasami kontredans, czasami tango milonga. Bierzemy dziecko na litość, na strach, dostajemy palpitacji serca, płaczemy. Ale nieraz istotnie trzeba chwycić dziecko za kołnierz, żeby nie upadło.

Są rodzice, którzy szukając ratunku, nigdy nie zdecydują się na radykalny krok. Wolą cierpieć. Piszę o tym w książce, że na szczęście czasami problem sam się rozwiązuje. Młoda osoba schodzi na manowce, a potem wraca. To też jest możliwe.

A jeżeli wbrew naszej woli dziecko postanawia wyprowadzić się z domu? Taki przykład: Młody człowiek chce wyjechać na studia do Irlandii, my jesteśmy temu przeciwni. Mimo to on stawia na swoim. Cóż nam pozostaje? Zaakceptować jego pomysł. Ale jeżeli skomentujemy jego decyzję tak: „No dobra, wyjeżdżaj, ale twoja noga więcej tu nie postanie”, to wtedy zatrzaskujemy przed nim drzwi. A tego robić nie wolno. Mam nadzieję, że z książki płynie przesłanie: Rodzice nie powinni zamykać przed dzieckiem drzwi. Każdy może to robić, tylko nie oni.

Okazuje się, że dużo prawdy jest w powiedzeniu: Małe dzieci  – mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot. Anglicy z kolei mówią: To nie rodzice wychowują dzieci, tylko dzieci wychowują rodziców. Chodzi o to, że dzieci stawiają co chwilę przed rodzicami nowe wyzwania.

Niektórzy rodzice nie są w stanie im sprostać, bo nie umieją (nie chcą, nie lubią) się uczyć. A przychodzi pora, żeby poszerzyć swoje rozumienie świata i na przykład przyjąć do wiadomości, że córka ma skłonności lesbijskie i zamieszkała razem z przyjaciółką. Dla rodziców to cios, dramat. Jeżeli jednak nie będą w stanie zmienić swych poglądów, to ją odrzucą.

 
Rodzice czują się winni. Pracuję z osobami uzależnionymi od alkoholu i wiem, jak bardzo poczucie winy przeszkadza w wyzdrowieniu. Ostrzegam rodziców przed tą pułapką emocjonalną. Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. Robi z nami coś takiego, że stajemy się bardziej ulegli, zakładamy filtr na oczy i widzimy tylko to, co chcemy widzieć. Staramy się przy tym wynagrodzić dzieciom krzywdę, a tak naprawdę niczego nie wynagradzamy, tylko oddalamy się od rozwiązania faktycznego problemu.

Twierdzę, że poczucie winy to odmiana narcyzmu. Narcyz chce nieustannie zwracać na siebie uwagę. To samo robi człowiek z poczuciem winy. Krzysio jest leniem, ale mama mówi: „To przeze mnie, źle go wychowałam”. A Krzyś jest istotą mającą wolną wolę, ulega różnym wpływom. Uważam, że to megalomańskie i destrukcyjne mówić, że wychowanie zależy tylko od nas. Przecież na nasze dzieci oddziałują i rówieśnicy, i mass media, i gry komputerowe. Nie stawiajmy się w roli Boga. Ja zresztą myślę, że to przede wszystkim Bóg, jakkolwiek go pojmujemy, najbardziej wpływa na to, jacy jesteśmy.

Napisała pani, że dziecko ma prawo zmarnować swoje życie. To mądra, ale i piekielnie trudna dla rodziców prawda. Bo to jego życie. Nawet gdyby rzeczywiście zbłądziło z naszej winy, to nie ma co się z tego powodu biczować. Trzeba się zastanowić, jaką zastosować metodę, żeby to zmienić. Pomóc może jedynie matka, która załatwi swoje poczucie winy w grupie, na spowiedzi, u psychoterapeuty. Nie umiałaś wychowywać przez 20 lat, to się z tego powodu nie zadręczaj, tylko zabierz do podniesienia swoich kompetencji.

Kompetencji? Rodzice sądzą, że w wychowaniu potrzebna jest przede wszystkim miłość. Zgoda. Tylko że bardzo wielu rodziców utożsamia miłość z sercem, czyli z bezgranicznym oddaniem, dobrocią. A ja dodałabym do tego jeszcze rozum. Jeżeli córka ukradnie koleżance koraliki, to mama kierująca się głosem serca sama je odda czy podrzuci, bo chce oszczędzić swojemu dziecku przykrych przeżyć. Tym samym nie pozwala córce na naprawienie błędu. Nie trzeba w takim przypadku od razu wzywać policji, ale na pewno powinno się dopilnować, aby winowajczyni poniosła konsekwencje.

Jakie jeszcze przesłanie kieruje pani w swojej książce do rodziców? Żyj i daj żyć dziecku. A jeżeli chcesz na nie wpływać, to musisz się liczyć z tym, że nie zawsze się to uda. Kobieta, która nie może się doczekać wnuka, niech np. powie z uśmiechem: „Życzę sobie na urodziny, żebym została babcią”. Prawdopodobnie prędzej dotrą do dziecka słowa wypowiedziane z humorem niż niewypowiedziana, ale demonstrowana dezaprobata, np. przewracanie oczami czy wymowne milczenie. Takich komunikatów nie wprost może ono po prostu nie zauważyć i potem zapyta: „A dlaczego nie powiedziałaś, że tak ci na tym zależy?”.

Inną ważną myślą mojej książki jest to, że ponosimy odpowiedzialność przede wszystkim za swoje życie.Czasami opowiadam moim pacjentom bajkę, którą wymyśliłam dla swojego małego wnuka. Kończy się  jak, że oto stoję u bram niebios i święty Piotr mnie pyta: „Powiedz mi, jak przeżyłaś swoje życie”. No to ja mówię, że nie mogłam przeżyć go dobrze, bo miałam męża alkoholika. A on dalej: „A jakie miałaś talenty?”. Ja: Pięknie śpiewałam. On: „No to pewnie zapisałaś się do chóru i rozwijałaś się w tym kierunku”. Ja: Nie, bo musiałam męża pilnować. Święty Piotr: „Zmarnowałaś talent”. I tak po kolei wyliczałam, czego nie mogłam zrobić. Aż w końcu święty Piotr wysłał mnie do czyśćca, żebym nauczyła się nie marnować tego, co dostałam. Co mogą zrobić rodzice? Wydać na świat dziecko i towarzyszyć mu najlepiej, jak umieją, przez kilkanaście lat, a potem już nie, bo nie mają kompetencji.

Jako rodzice wiele spraw często odkładamy na potem. Teraz musimy zarabiać, robić karierę. Moja książka może być takim memento dla rodziców małych dzieci. Żeby uświadomili sobie, że to życie strasznie krótko trwa, i żeby już od dzisiaj zaczęli wcześniej wracać do domu, nie odkładali budowania więzi z dzieckiem, bo ono potrzebuje towarzysza właśnie teraz. Jak nie zaprzyjaźnimy się z nim w dzieci stwie, to ta szansa przepadnie.

Pani to się udało? Myślę, że tak. Nie wiem, co bym dała, żeby przez chwilę pobyć z jedną z moich córek, takie są fantastyczne. Ale ja dopiero teraz spełniam się zawodowo, wcześniej zajmowałam się ich wychowywaniem. Ale nie zmieniłabym ani minuty swego życia. Żałuję jedynie tego, że nie zdecydowałam się na więcej dzieci. Z mojej książki płynie jeszcze jedno przesłanie – zachwyćmy się swoimi dziećmi! Nawet jeżeli wiele rzeczy nam się w nich nie podoba, to na pewno coś warte jest zachwytu. Mnie dawno temu nauczyła tego przyjaciółka, matka dziewczynki z zespołem Downa, pełna zachwytu nad każdym, nawet najmniejszym jej osiągnięciem. Wszyscy rodzice powinni tak traktować swoje dzieci. Tymczasem – paradoksalnie – im bardziej uzdolnione dziecko, tym gorzej je traktujemy, wyżej stawiamy poprzeczkę. A ono odbiera to jako sygnał, że nie jest dobre. Dla mnie, młodej wówczas matki, było to odkrycie na miarę rewolucji. Być może dzięki niemu teraz jako matka mogę powiedzieć: udało mi się.