1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Bunt nastolatków - jak przetrwać ten okres?

Bunt nastolatków - jak przetrwać ten okres?

Bycie rodzicem nastolatki nie jest łatwe i wymaga całkiem innych umiejętności niż bycie rodzicem małego dziecka. (fot. iStock)
Bycie rodzicem nastolatki nie jest łatwe i wymaga całkiem innych umiejętności niż bycie rodzicem małego dziecka. (fot. iStock)
Jak przetrwać ciągłe zmiany nastroju i burzę hormonów bez narażenia na szwank dobrej relacji? Jak wytrzymać pod jednym dachem z małoletnią złośnicą? - Lepiej wypracować po prostu nową strategię postępowania - radzi Ewa Nowak.

Jestem mamą 13-latki i pilnie proszę o radę, bo przyznam, że puszczają mi nerwy. Dziś rano córka zrobiła mi awanturę z płaczem i krzykami. Powód? Była deszczowa sobota, a ona przecież miała z koleżanką iść na rower! Nastawiła się! Wczoraj wykrzyczała mi, że nie będzie nic jadła, bo miał być ciemny chleb, a w sklepie został już tylko biały. Obrażona poszła spać bez kolacji. Przedwczoraj obraziła się na mnie, bo powiedziałam, że w następną niedzielę przyjeżdża moja siostra, a córka chciała iść na basen. Może iść, ciocia się nie obrazi, ale ona chce spędzić ten dzień z ciocią. Ja jestem odpowiedzialna i winna złej pogodzie, temu, że sąsiadka umyła podłogę na korytarzu pachnącym kwiatami płynem, że nie mamy psa, basenu, że ona nie ma młodszego brata. Wiem, że dorasta, ale czy ja dam radę to przetrwać?

Trudno się dziwić Pani frustracji. Kiedy miłe, słodkie, przytulaśne dziecko nagle, z dnia na dzień, zaczyna zachowywać się jak ktoś, kto nas szczerze nienawidzi, nie jest łatwo zachować zimną krew. Po kilku takich wyskokach mamy ochotę unikać kontaktów z własnym dzieckiem, schodzić mu z drogi, a najlepiej spotkać się z nim, gdy okres dojrzewania minie, a ono znów będzie w miarę „normalne” i przewidywalne. Okres dojrzewania czasem trwa i sześć lat (ale spokojnie, to rzadko się zdarza), więc trudno tak długo schodzić dziecku z drogi. Lepiej wypracować po prostu nową strategię postępowania.

Pierwsza rzecz, jaką Pani proponuję, to zakorzenienie w sobie takiej myśli: „Ona mi tego nie robi specjalnie, ona teraz inaczej nie umie się komunikować, ona musi być taka, bo co kilka sekund zmienia się jej ekstremalny nastrój na inny ekstremalny nastrój (decyduje o tym chemia mózgu). Ona jest zakładniczką swoich hormonów, nie rani mnie celowo”. Codzienna mantra rodzica powinna zawierać frazę: „Ona mi tego nie robi specjalnie”. Gdy się o tym pamięta, jest łatwiej.

Nastolatka: robi awantury, obraża się, stroi fochy, nie odzywa się, przedrzeźnia, ignoruje polecenia, ma humory, nie liczy się z rodzicami, łaknie kontaktów wyłącznie z rówieśnikami (którzy stają się wyrocznią we wszystkich kwestiach), ma poczucie, że wszystko wie, że żadna pomoc, żadne wsparcie nie jest jej potrzebne, chce o czym tylko się da decydować samodzielnie – nawet jeśli ma to skończyć się dla niej źle. Prawie wszyscy burzliwie przechodziliśmy przez okres dojrzewania. Bycie rodzicem nastolatki nie jest łatwe i wymaga całkiem innych umiejętności niż bycie rodzicem małego dziecka. Najlepiej ten fakt zaakceptować i wybrać najrozsądniejszą drogę postępowania.

Dojrzewanie to ważny moment w życiu każdego człowieka. Co więcej, dzieci w toksycznej relacji z rodzicem (lub w rodzinach dotkniętych patologią) często nie przechodzą okresu dojrzewania emocjonalnego i pozostają w zbyt bliskiej relacji z rodzicami. Warto na ten ciężki okres patrzeć właśnie tak: Lepiej, że to dzieje się teraz. I że w ogóle się dzieje.

Ewa Nowak: pedagożka, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Często, gdy zostajemy rodzicami, zapominamy o swoich uczuciach z dzieciństwa

„Kto nie pamięta dokładnie swojego dzieciństwa, ten jest złym wychowawcą” – stwierdziła już w XIX wieku austriacka pisarka Marie von Ebner-Eschenbach. (fot. iStock)
„Kto nie pamięta dokładnie swojego dzieciństwa, ten jest złym wychowawcą” – stwierdziła już w XIX wieku austriacka pisarka Marie von Ebner-Eschenbach. (fot. iStock)
Czego Jaś doświadczył na własnej skórze, z tego Jan może korzystać. Nasze przeżycia z dzieciństwa to kapitał, z którego warto czerpać, gdy sami zostajemy rodzicami. Niestety, wielu z nas o nich zapomina.

„Chcielibyśmy wierzyć, że cierpienie w dzieciństwie może na coś się przydać. Ale tak nie jest” – przeczytałam w numerze „Sensu”. Ale nie uwierzyłam. I nie tylko dlatego, że nie chcę. Na własne oczy widzę, że ci, którzy mają za sobą tak zwane trudne dzieciństwo, często mają z tego jakieś zyski. Ciągle ich coś uwiera, zmuszając do poszukiwania rozwiązań własnych problemów. A kto szuka, ten znajdzie, czasem nawet więcej niż się spodziewał.

Podróże w głąb siebie i do przeszłości mogą prowadzić do bardziej świadomego życia. Do zrozumienia nie tylko tego, co nam się przydarzyło, ale także tego, o co dziś w życiu nam chodzi. Jeśli przetrwaliśmy trudne dzieciństwo, znamy swoją siłę. Wiemy, że możemy się na sobie oprzeć. To pomaga w konfrontacji z trudną dorosłością. Ale czy to dorosłość jest trudna?

Wbrew powszechnie obowiązującym mitom, dzieciństwo to chyba najtrudniejszy czas w życiu człowieka. Nawet jeśli najwcześniejsze lata były dla niektórych beztroskie, to nie istnieje młodość pozbawiona cierpień. Bóle wzrostowe psychiki są równie nieuchronne jak bóle kości. Wystarczy przypomnieć sobie szkolne czasy. Czy pamiętacie, jak mocno przeżywa się lęk przed klasówką? Przegraną w zawodach, w których byliśmy faworytami? Zdradę przyjaciółki, która nagle przesiadła się do innej ławki? Nigdy potem uczucia nie są już tak intensywne, a my wobec nich tak bezradni. I jeszcze to poczucie niezrozumienia przez dorosłych.

„Kto nie pamięta dokładnie swojego dzieciństwa, ten jest złym wychowawcą” – stwierdziła już w XIX wieku austriacka pisarka Marie von Ebner-Eschenbach. I ta myśl nic a nic się nie zestarzała. Wszyscy byliśmy dziećmi. Na własnej skórze zbieraliśmy doświadczenia, które mogą pomóc przeprowadzić nasze dzieci przez dzieciństwo. Mogą, ale tylko wtedy, jeśli z nich skorzystamy.

Iza, matka piętnastolatki, przyszła na spotkanie roztrzęsiona. Przeczytała pamiętnik swojej córki. Okazało się, że Ania wypisuje tam straszne rzeczy. Iza chciała o nich opowiedzieć, ale ją zatrzymałam: „Poczekaj! Jakbyś się czuła, gdyby ktoś przeczytał twój pamiętnik?”. Świetnie znała odpowiedź na to pytanie. Kiedyś ojciec przeczytał jej pamiętnik. Nie odzywała się do niego przez pół roku. Nigdy więcej nie napisała słowa.

Nie chodzi mi o to, że nie należy czytać cudzych pamiętników. Jasne, że nie należy, i mam nadzieję, że wszyscy to wiedzą. Chodzi o to, jak łatwo zapominamy o swoim dzieciństwie, gdy zostajemy rodzicami. Ci, których spotykam najczęściej, dzielą się z grubsza na dwie kategorie. Jedni nie są pewni niczego, wciąż dręczą ich nowe pytania. Drudzy nie mają żadnych wątpliwości, doskonale wiedzą, jak wychowywać, jak gdyby tę wiedzę wyssali z mlekiem matki. I rzeczywiście, przejęli ją z domu. Postępują zgodnie z tym, jak sami byli wychowywani, nawet jeśli w dzieciństwie czuli się źle traktowani przez rodziców. Odcinają się od własnych dziecięcych przeżyć i przechodzą na drugą stronę barykady – z troski o dziecko, z poczucia odpowiedzialności za jego wychowanie robią rzeczy, które im robiono, choć wcale im nie służyły. „Jak to nie służyły? Mnie ojciec bił i wyrosłem na porządnego człowieka”. No właśnie. Problem z nimi jest taki, że zawsze mają rację, tylko nie wiadomo, dlaczego ich dziecko sprawia kłopoty.

Wśród rodziców niepewnych prym wiedzie Ela, matka ośmioletniego Alka. „Co mam mówić, kiedy Alek krytykuje w domu nauczycielkę? Albo gdy pobił się z kolegami? Nauczycielka niepokoi się, że on rysuje szubienice. Czy mam mu tego zabronić? Czy pozwolić mu na zajęcia sportowe, jeśli za mało się uczy?...”. Choć lista pytań Eli jest znacznie dłuższa, przerywam jej: „Elu, a co będzie, jak odpowiem na wszystkie twoje pytania?”. „Będę wiedziała, co robić” – mówi. „Nie” – bezlitośnie rozwiewam jej złudzenia. „Wtedy pojawią się następne pytania. Alek ugryzie kogoś w ucho, będzie przeszkadzał na lekcji rysunków, nie będzie chciało mu się rano wstać. Znów nie będziesz wiedziała, co robić. Czy nie lepiej zacząć pytać siebie?”.

W grupie dla rodziców przygotowujemy listę zachowań dobrego dorosłego. Żeby ją zrobić, trzeba sięgnąć do własnych wspomnień. Przypomnieć sobie te sytuacje, w których mieliśmy poczucie, że dorośli są w porządku. Co sprawiało, że czuliśmy się dobrze na świecie, a przynajmniej sprawiedliwie traktowani? Dlaczego chciało nam się starać? Każdy miał innych rodziców i nauczycieli, a jednak w każdej grupie dochodzi do podobnych ustaleń. Dobry dorosły okazuje zainteresowanie, umie słuchać, wprowadza jasne reguły, jest konsekwentny, jego decyzje nie zależą od nastroju, umie okazywać akceptację, może być surowy, byleby był sprawiedliwy. Daje prawo do swobody i do błędów. A czego dobry dorosły na pewno nie robi? Nie upokarza, nie inwigiluje, nie wrzeszczy, nie poucza bez przerwy... Każdy z nas może stworzyć własną listę, czyli podręczny poradnik dobrego rodzica. Można zaglądać do niego, gdy nie wiemy, co zrobić, a także wtedy, gdy nie mamy żadnych wątpliwości. I to jest bezsprzeczna korzyść nawet z najtrudniejszego dzieciństwa. Skoro udało nam się przeżyć, to coś dobrego musiało nas spotkać.

No i świetnie wiemy, czego nie warto robić swoim dzieciom.

A wracając do pamiętnika Ani, córki Izy. Czym mama była tak poruszona? Tym, co przeczytała o sobie. Że jest wścibska, że ciągle kontroluje, że jest gruba, a nosi mini, że... „Po co tam zaglądałaś?” – zapytałam. „Chciałam wiedzieć, co ona przede mną ukrywa”. „No to już wiesz. Ukrywa swój normalny w tym wieku krytycyzm. Może po to, by cię nie ranić?”.

Dzieci również mają prawo do prywatności. Jeżeli chcemy lepiej poznać własne dziecko, dbajmy o jak najlepszy z nim kontakt. Nie podglądajmy, spójrzmy czasem na świat z jego perspektywy. Trudne dzieciństwo nie usprawiedliwia, lecz zobowiązuje. Przynajmniej do tego, żeby rozumieć swoje dzieci lepiej, niż nas rozumieli rodzice.

  1. Psychologia

Przytul mnie, mamo

Gdy dziecko doświadcza traumy, prowadzimy je do psychologa, żeby „przerobił z nim temat”. Może warto zacząć od pomocy naturalnej, czyli takiej, jaką może dać każda mama: od dotyku. (Fot. iStock)
Gdy dziecko doświadcza traumy, prowadzimy je do psychologa, żeby „przerobił z nim temat”. Może warto zacząć od pomocy naturalnej, czyli takiej, jaką może dać każda mama: od dotyku. (Fot. iStock)
Gdy dziecko przechodzi trudne chwile, jak rozwód rodziców czy problemy w szkole, dorośli zwykle szukają pomocy terapeutycznej. Zapominają, że napięcia gromadzą się też w ciele. Wtedy cuda może zdziałać dotyk.

„Moja córka chyba mnie nie lubi. Siada jak najdalej ode mnie, wrzeszczy, przeklina. Już nie pamiętam, kiedy ją pocałowałam…”.

„Mój sześcioletni syn ma do mnie pretensje, że mam nowego partnera. Dosłownie ucieka na mój widok. Nie wiem już, co robić…”.

„Odszedł od nas mąż. Mój synek zaczął się moczyć w nocy. Byłam u kilku psychologów, ale problem jest nadal…”.

To wypowiedzi zaniepokojonych mam, które chcą pomóc swoim dzieciom. Ale pomoc dla wielu rodziców oznacza działanie poprzez słowa, czyli dotarcie do umysłu dziecka. Rozmawiamy z nim, używamy racjonalnych argumentów, tłumaczymy, kierujemy do psychologa, aby „przegadać temat”, jakby umysł był jedynym kanałem oddziaływania. Kiedy chodzi o dorosłych, wszyscy mamy świadomość, że ciało i umysł są nierozerwalną jednością, że działania na ciało mają bezpośredni wpływ na psychikę. Dlaczego zapominamy, że tak jest również z dziećmi?

Deficyt czułości

Na kwestię dotyku patrzymy bardzo schematycznie. W naszej kulturze jest on zarezerwowany dla małych dzieci. Wiemy, że maluszka należy po kąpieli dotykać, pieścić, gładzić. To buduje więź, rozluźnia, pomaga na typowe problemy tego wieku, w rodzaju kolek jelitowych.

A co potem? Czy gdy dziecko ma cztery albo jedenaście lat, dotyk nagle przestaje mu być potrzebny? Przecież jesteśmy istotami społecznymi, łakniemy kontaktu z innymi, także fizycznego. Potrzeba dotyku nie zanika nigdy i dokładnie tak samo, jak w przypadku osób dorosłych, może pomóc w rozwiązaniu poważnych problemów psychologicznych. Ile osób ma kontakt z ciałem twojego dziecka? Dziś takie pytanie brzmi groźnie. Przed oczami staje nam zły dotyk. Ze strachu przed niektórymi zdeprawowanymi dorosłymi, odcięliśmy dzieci od kontaktu fizycznego. Nie pozwólmy, by zły dotyk skazał nasze dzieci na bezdotykowe dzieciństwo. Zamknęliśmy furtkę prowadzącą przez ich ciało. Gdy dziecko się przewróci i mama je przytuli, ucałuje, chwilę pokołysze, emocja, jaką jest ból, nie odłoży się w ciele dziecka. Niestety, jeśli przykrość zdarzy się w szkole albo poza wzrokiem bezpośrednich opiekunów, raczej nie możesz liczyć na to, że wychowawczyni utuli płacz twojego dziecka.

Chłopcy a kontakt fizyczny

Dotyku szczególnie brakuje chłopcom. Dziewczynki mają przyzwolenie społeczne, żeby się trzymać ze ręce, obejmować, na wyjeździe spać razem w łóżku, tańczyć z koleżankami. Wolno im się nawzajem czesać i malować. Chłopcy są w tym obszarze pokrzywdzeni. Dziś system edukacji szkolnej poświęca sporo uwagi agresji, a szczególnie piętnowana jest agresja fizyczna. Gdy twój syn często bierze udział w bójkach, zazwyczaj skupiasz się wyłącznie na jednym aspekcie: kto zaczął. Tymczasem warto sobie uświadomić, że bójka bardzo skutecznie rozładowuje napięcie emocjonalne. Siłowanie się czy poklepywanie po plecach to czasem jedyny dotyk, jakiego doświadcza chłopiec. Jeśli twój syn lubi się bić, spójrz na to jak na poszukiwanie dotyku.

Inny problem, pojawiający się w rodzinach, w których nadal, niestety, kary cielesne są na porządku dziennym, to „proszenie się o lanie”. Zdarza się, że niektóre dzieci, dotyczy to szczególnie chłopców, wręcz je prowokują. Dlaczego? Bo dzięki temu mają bliski, bardzo intensywny kontakt fizyczny ze swoim rodzicem. Może się to wydać absurdalne, ale dziecko po prostu szuka jakiegokolwiek kontaktu fizycznego, nawet bolesnego. Gdyby zamiast lania objąć syna i minutę mocno do siebie przytulać, jego zachowanie szybko by się poprawiło.

Dziewczynki i autodotyk

Kto ma w domu nastolatkę, ten wie, że dziewczynki w wieku 11–13 lat nagle przeżywają okres wzmożonego używania kosmetyków. Spędzają w łazience długie godziny. Co one tam robią? Dotykają się, ale nie w sensie seksualnym, co przeraża wiele mam. One się dotykają po prostu. Gładzą swoje włosy, masują skórę głowy, twarzy, dopieszczają swoje ciała, używając balsamów, mleczek czy pędzli do makijażu. Potrzebują kontaktu ze swoim ciałem i jest to całkowicie normalne. W tym okresie wzmożonego zainteresowania samą sobą warto pokazać córce korzyści płynące z dobrego kontaktu ze swoim ciałem. Nie wolno ośmieszać autodotyku, bo jest on często szybką formą radzenia sobie z problemami.

Gdy córka zwraca się do ciebie: „Mamuś, nie wiem, czy iść do Beaty” – wykorzystaj to jako okazję do nauczenia jej, że wiedzę można czerpać nie tylko z głowy, ale też ciała. „A co mówi twoje ciało? Wsłuchaj się w nie. Czy twoje ciało chce iść do Beaty?”. Dziecko powinno wynieść z domu odruch zainteresowania tym, co mówi jego ciało. Rozum to niejedyne źródło informacji. Ciało często krzyczy nam, czego chce, i warto, żeby dzieci ten krzyk umiały usłyszeć.

Terapeutyczna moc dotyku

Gdy dziecko doświadcza traumy, prowadzimy je do psychologa, żeby „przerobił z nim temat”. Może warto zacząć od pomocy naturalnej, czyli takiej, jaką może dać każda mama: od dotyku. Tylko jak dotknąć nastolatka, który ucieka przed każdym serdeczniejszym gestem? Jeśli twój nastoletni syn wyciera twarz po twoim buziaku i ucieka na widok wyciągniętych ramion, nie martw się. Zachowuje się typowo dla swojego wieku. Manifestuje niechęć wobec czułości, ale to nie znaczy, że jej nie potrzebuje. On już dowiedział się od społeczeństwa, że w naszej kulturze potrzeba dotyku jest „niemęska”. Dotyku łaknie jednak nawet człowiek, który uparcie go unika.

Nie zapominaj jednak o tym, że ty, jako matka, również go potrzebujesz. Gdy minie okres niemowlęcy, zostajesz drastycznie odcięta od źródła dotyku, jakim jest dziecko, podczas gdy ty nadal go potrzebujesz, żeby rozładować napięcia, także te związane z macierzyństwem. Głaskanie, przytulanie, chodzenie za rękę, całusek, tańce lub siłowanie się na ręce – potrzebne są i dziecku, i tobie. Nigdy nie wahaj się pytać swojego ciała, czego potrzebuje, i jeśli potrzebujesz bliskości fizycznej z własnym dzieckiem, nie czuj się winna odczuwaniu takiej potrzeby, nawet jeśli twoje dziecko to nastolatek. To, że chcesz mocno uściskać swoje prawie dorosłe dziecko, jest naturalne i zdrowe. A jeśli masz z dzieckiem złe relacje, pamiętaj, że o tym właśnie świadczy częstotliwość dotyku. Skorzystaj z tej zasady i za pomocą dotyku dotrzyj do swojego dziecka. Rób tak codziennie i zobacz, co się zmieni za pół roku. A zmieni się wszystko.

Jak reagować, gdy podejrzewasz, że dziecko doświadcza złego dotyku?

Jeśli dziecko wspomni, że nie lubi kogoś, to nawet jeżeli to będzie jego dziadek, bez specjalnego zainteresowania zapytaj dlaczego. Dzieci, jeśli mają z rodzicem dobre relacje i nie boją się agresywnej reakcji, powiedzą: „On mi robi tak, jak nie lubię”. Wtedy zacznij od całkowitego odcięcia dziecka od dorosłego, który wzbudza podejrzenia (nie informując go dlaczego), następnie wybierz się z dzieckiem na wizytę do psychologa, ale bez nazywania problemu. Nie należy informować dziecka, że jest „wykorzystywane”. To słowo nie jest mu potrzebne do zrozumienia sytuacji, w jakiej się znalazło.

Warto jednak pamiętać, że dzieci również odczuwają napięcie seksualne i żeby je rozładować, lubią fantazjować na tematy seksualne i je rysować. Rysunki nagich ciał, a nawet „złego dotyku”, które tak przerażają dorosłych, nie muszą od razu oznaczać, że dziecko jest wykorzystywane seksualnie.

Bardzo ważne jest, żeby obsesja złego dotyku nie zdominowała postrzegania wszelkich kontaktów z ciałem drugiego człowieka. Jeśli w ramach profilaktyki obciążymy dziecko strachem przed każdym dotykiem, wyrządzimy mu krzywdę.

Co robić, kiedy mimo prób nastolatek nie chce się przytulać?

Jeśli twoje dziecko stroni od dotyku, nie chce, żebyś je przytulała czy głaskała, wybierz mniej „podejrzaną” dla niego formę kontaktu fizycznego:
  • Masaż sportowy – taka nazwa sprawia, że zwłaszcza chłopiec nie czuje się zaniepokojony. Gdy masaż wykonuje się pod hasłem „sport”, nastolatek chętnie mu się podda.
  • Przyrządy do masażu – to sposób na dostarczenie dotyku bez bezpośredniego kontaktu z ciałem dziecka. Po jakimś czasie, gdy poczuje korzyści, pozwoli, żebyś bezpośrednio je masowała.
  • Kurs masażu – zapisz się na kurs masażu albo uczyń z masażu swoje hobby. Jeśli w domu pojawią się książki dotyczące masażu, a ty zaczniesz ćwiczyć na sobie i np. swoim partnerze, dziecko nie poczuje się przez ciebie terapeutyzowane.
  • Dotyk przez zabawę – siłowanie się, łaskotki i wygłupy, chodzenie np. z córką za rękę to także formy kontaktu.
  • Dobry przykład – pokaż, że dotyk jest znakomitą terapią naturalną. Sama proś o dotyk. „Jestem wykończona, możesz mi pomasować plecy?”. Warto dziecku pokazać, że dobry dotyk może w szybkim czasie zmienić podejście do świata.
  • Zalecenie lekarskie – jeśli jest taka możliwość, warto, żeby dziecku spiętemu, obciążonemu traumą, które odrzuca wszystko, co zaproponujesz, lekarz przepisał masaże. Gdy będzie to odgórne zalecenie, które nie wyszło od ciebie, twoje pełne urazów dziecko chętniej podda się masażowi.
  • Kołysanie – zbyt dużo emocji albo złe relacje z rodzicem mogą uniemożliwić długotrwały, bardzo emocjonalny kontakt, jakim jest masaż. Wtedy należy zacząć od formy łagodniejszej – od kołysania.

  1. Psychologia

Dla nastolatków najważniejsze są relacje przyjacielskie. To naturalny etap dojrzewania

Zamiast odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać im, jak być dobrym przyjacielem. (Fot. iStock)
Zamiast odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać im, jak być dobrym przyjacielem. (Fot. iStock)
Ten fakt może zasmuci rodziców, ale dla nastolatków najistotniejsze są relacje przyjacielskie. To naturalny etap dojrzewania, który przygotowuje ich do dorosłego życia i zdrowych relacji rodzinnych w przyszłości. Zamiast zatem odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać, jak być dobrym przyjacielem – przekonuje pedagożka Ewa Nowak.

Z powodu epidemii coraz więcej nastolatków spędza czas wolny w domach. I to, że mają rodzeństwo, nie rozwiązuje problemu, bo brat czy siostra – tak samo jako rodzice – nigdy nie zastąpią przyjaciół. Krewni, w tym właśnie rodzeństwo, zazwyczaj obracają się w tym samym kręgu, nie oferują więc niczego nowego. Przyjaźń zaś otwiera człowiekowi oczy na nowe światy. Czasem są to mroczne światy, ale przejście przez nie to proces rozwojowy.  W końcu, jak wynika z badań, na które powołują się autorki książki „Przyjaźń jako wartość w relacjach społecznych dzieci i młodzieży” – to przyjaciele zajmują pierwsze miejsce wśród zmiennych decydujących o stanie naszego ducha, przed pieniędzmi, wykształceniem i innymi zasobami indywidualnymi.

Siła równa grawitacji

Przyjaźń w okresie nastoletnim działa na zasadzie „my i reszta świata” – nawet jeśli przyjaciele są z punktu widzenia rodziców nieodpowiednim towarzystwem. Jak ogromna jest siła tej relacji, wie każdy rodzic, którego nastoletnie dziecko wróciło spóźnione, wzięło samochód bez pozwolenia czy pierwszy raz wypiło alkohol z kolegami. Dla przyjaciół młody człowiek sprzeniewierza się nawet kluczowym wartościom domu rodzinnego. Nastolatki bez trudu łączą skrajny altruizm wobec przyjaciela ze skrajnym egoizmem wobec wszystkich innych. To normalny i bardzo ważny etap rozwoju osobowości.

Kiedy wracasz po weekendzie do domu, a stan mieszkania wskazuje, że przez dwa dni trwała w nim nieustająca domówka, wiedz, że twoje dziecko testuje, jak bardzo chce się zaangażować w przyjaźń. Sprawdza, ile warte jest poświęcanie relacji z rodzicami na rzecz aktualnych przyjaciół. Psycholog i psychoterapeutka Agnieszka Binkul radzi, by wznieść  się wtedy ponad gniew i rozczarowanie swoimi metodami wychowawczymi i popatrzeć na sprawę z szerszej perspektywy. „Każ oczywiście posprzątać, wyraź swoje niezadowolenie, ale pamiętaj, że to przyjaciele pomogą twojemu dorastającemu dziecku uwolnić się od ciebie, przeciąć pępowinę i ruszyć z domu w świat. Dziecko musi symbolicznie zniszczyć rodziców, żeby później mogli oni zaistnieć w jego życiu na nowych warunkach. Musi się buntować, bo inaczej się od nich nie oddzieli” – wyjaśnia w książce Hanny Rydlewskiej „Po prostu przyjaźń”.

Przyjaźń to miłość okresu dojrzewania

Robin Dunbar, profesor antropologii ewolucyjnej z University of Oxford, w książce „Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek?” przekonuje, że grono naszych znajomych nie powinno przekraczać 150 osób – jeśli jest ich więcej, tracimy orientację. W ramach tej grupy najważniejsze jest 5 najbardziej zaufanych przyjaciół i członków rodziny, do których zwracamy się w potrzebie. Kolejne 15 osób to ci, których śmiercią bardzo byśmy się przejęli. Z pozostałymi łączy nas dużo mniejsza zażyłość.

Nastolatek, owszem, lubi mieć setki lajków, ale w odróżnieniu od rodziców wcale nie chce, żeby go wszyscy lubili i byli jego przyjaciółmi, bo czuje, że temu nie podoła. Woli, żeby lubiła go jedna ważna dla niego osoba. Utrata złudzenia, że zawsze będziemy przez świat lubiani, jest jednym z filarów dojrzewania.

W okresie nastoletnim przyjaźń ma siłę miłości. Jest tak samo ufna, zazdrosna i zaborcza. Gdy twoje dorastające dziecko traci przyjaciela, pęka mu serce. Dowód? Siedemnastoletni syn znajomych dokonał samookaleczenia. Po wielu dniach wyznał, że dwaj koledzy odtrącili go podczas lockdownu. Mieszkają blisko siebie, a on gdzie indziej.

Specyfika okresu dojrzewania sprawia, że w piramidzie stresu utrata przyjaciela jest punktowana równo ze śmiercią rodzica. Nie bagatelizuj tego i zrezygnuj z płytkich pocieszeń, tzw. dobrych rad typu: „Każda przyjaźń przecież się kończy. To była taka szkolna znajomość, ale zostaną ci piękne wspomnienia”, „A może zadzwonisz do Helenki? Może pójdziesz do Stasia?”. A zwłaszcza nie podsuwaj rozwiązań w stylu: „Weź się lepiej do nauki, zamiast wymyślać głupoty”.

Przypomnij sobie, jak ty się czułeś, kiedy zostałeś pozbawiony tak ogromnego emocjonalnego oparcia, jakim był przyjaciel. Zasmuć się razem z nastolatkiem. Potwierdź, że ma prawo czuć się parszywie, bo przyjaźń to ogromna wartość w życiu. A żadna inna relacja nie pozwala mu się czuć równie autentycznym. Nastolatek nie oczekuje od ciebie, że dokonasz cudu ani że obrzucisz jego przyjaciela błotem. On chce tylko, żeby rodzice dali mu prawo poczuć się skrajnie źle.

Bezpośrednio po porzuceniu przez przyjaciela nie należy tego robić, ale gdy emocje nieco opadną, warto zwrócić uwagę nastolatka na to, że on też rani, też porzuca, też odchodzi i na pewno kogoś już rozczarował. Warto uświadomić mu, że ludzie mają prawo do odmawiana, w tym do odmówienia dalszej przyjaźni. Przyjaźń to bardzo dobry temat na rozmowy o przemijaniu i tym, że to, co się kończy, nie przestaje być wartościowe, że trzeba doceniać to, co się nam przytrafia, a nie zakładać naiwnie, że zdrowie, młodość i przyjaciół uda nam się utrzymać do końca życia.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

Lekcja przyjaźni

  • Staraj się, żeby twoje dziecko, na ile tylko się da, spędzało czas wśród rówieśników. Zapisuj je na zajęcia, woź i przywoź, zapraszaj do domu jego kolegów, zabieraj ich na działkę, na ferie, pozwalaj nocować razem i robić imprezy.
  • Nie neguj pozytywnych uczuć dziecka do drugiej osoby. Czasem możesz być o nie zazdrosny, ale to ty musisz sobie z tym poradzić.
  • Podkreślaj wagę posiadania przez twoje dziecko przyjaciół. Mów z dumą: „To jest przyjaciółka mojej córki, wspaniała dziewczyna”.
  • Miej swoich przyjaciół i szanuj ich. Niech nastolatek widzi, że przyjaźń jest w waszej rodzinie ceniona i może trwać mimo różnic poglądów.
  • Podkreślaj, że cenisz ludzi, którzy mają przyjaciół. Niech to będzie czynnikiem pozytywnie świadczącym o twoich znajomych i w ogóle o ludziach.
  • Naucz swoje dziecko autorefleksji. Zadawaj mu pytania: „Jakim ty jesteś przyjacielem? Co ty dajesz od siebie? Co robisz dla przyjaciół?”.

Matka czy przyjaciółka?

Pyta dziennikarka Beata Pawłowicz. Odpowiada dr Tomasz Srebnicki, certyfikowany terapeuta poznawczo-behawioralny, starszy asystent w Klinice Psychiatrii Wieku Rozwojowego WUM.

Czy to dobrze czy źle, gdy rodzice i dzieci nazywają się przyjaciółmi? Zacznę od tego, że kiedy rodzi się twoje dziecko, razem z nim rodzisz się nowa ty – ty jako rodzic. A więc masz dorosnąć! Ale też pojawia się wtedy na nowo stara ty, czyli ty jako dziecko, którym byłaś. Bo wiele rzeczy z twojego dzieciństwa zacznie ci się teraz przypominać. Świadomie lub nie będą one wpływały na to, jaką okażesz się matką. I dla przykładu, jeśli z rodzicami kojarzą ci się: surowość, nadmierne wymagania, krytyka, to prawdopodobnie nie zechcesz być taką matką dla swojego dziecka.

Mogę wówczas chcieć być jego przyjaciółką? Możesz, możesz też nie stawiać mu żadnych wymagań. Odrzucisz je razem z tym, co bywa w nich dobre, jak nauka definiowania i rozwiązywania problemów. Zapewne też będziesz unikać jakiejkolwiek krytyki twojego dziecka. Ale nazywanie dobra i zła po imieniu jest mu potrzebne. Podobnie jak akceptacja błędów jako niezbędnego elementu uczenia się życia. Możesz też traktować dziecko tak, jakby było twoim rówieśnikiem: zwierzać się mu, nosić podobne ubrania, czy kolegować się z jego przyjaciółmi ze szkoły. Jeśli tak się stanie, niech to będzie dla ciebie znak, że być może sama jeszcze nie wyszłaś z dziecięcego pokoju. Siedzisz w nim i, co gorsza, jest ci tam źle. Szukasz więc sobie towarzysza w niedoli. Taka postawa, taka niedojrzałość mamy stwarza ryzyko, że dziecko nie będzie miało takiego rodzica, jakiego potrzebuje.

To poproszę o porady dla zagubionych, niedojrzałych mam i ojców, którzy chcieli do tej chwili, by ich córki czy synowie stali się ich przyjaciółmi. Rodzic, o którym da się powiedzieć, że jest udany, nie może podszywać się pod przyjaciela swojego dziecka. Podobnie jak nie może stać się ojcem tyranem czy przybrać maskę „poświęcającej się” matki. Bo każdy z tych rodziców przyjmuje wobec dziecka niedobrą dla jego rozwoju postawę. I to niezależnie od tego, jakie jest to jego dziecko, nie stwarza mu odpowiednich warunków rozwojowych.

Fragment pochodzi z książki "Niezwykły rodzic" (do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep).

  1. Psychologia

Wychowywać dziecko bez krzyku

Zmianę w relacjach z dzieckiem rodzic powinien rozpocząć od siebie – skupiając się na sobie, na własnych reakcjach emocjonalnych i nauczyć się nad nimi panować. (Fot. iStock)
Zmianę w relacjach z dzieckiem rodzic powinien rozpocząć od siebie – skupiając się na sobie, na własnych reakcjach emocjonalnych i nauczyć się nad nimi panować. (Fot. iStock)
Kiedy przychodzi czas na dzieci, pełni entuzjazmu obiecujemy sobie, że nie będziemy powtarzać błędów naszych rodziców i na pewno będziemy od nich lepsi. Ale wraz z dzieckiem pojawia się także zmęczenie i frustracja, nieznany dotąd lęk i troska o zdrowie malucha, czasem bezradność wobec nowych problemów. Nagle okazuje się, że najprostsza jest droga na skróty, która prowadzi prosto do utartych schematów wychowania, od których próbowaliśmy uciec.

Każde „nie” dorastającego dziecka wyprowadza nas z równowagi. Irytujemy się, kiedy nas nie słucha i różnymi metodami zmuszamy do wykonania naszej woli. Krzyczymy na dziecko czy to poprzez podnoszenie głosu, czy przez – o zgrozo – bezpośrednie użycie siły, czasem uciekamy, zaniedbujemy lub odrzucamy. W ten sposób tworzymy relację opartą na sile, a to prowadzi do walki, w której na końcu nie ma zwycięzców, ale jest dużo ofiar…

Czy można wyjść z tego błędnego koła? Przecież nie chcemy się ciągle frustrować, krzyczeć i być złymi rodzicami. Szukamy więc pomocy. Tytuł książki „Wychowanie bez krzyku. Jak wychować dziecko, zachowując spokój” jest obiecujący. Autor, Hal Edward Runkel, jest amerykańskim terapeutą rodzin i małżeństw. Założył organizację Życie bez krzyku, propagującą zachowywanie spokoju w relacjach międzyludzkich - szczególnie w relacjach z dziećmi i pomiędzy małżonkami. Jego książka to przewodnik dla rodziców, w jaki sposób wychować swoje dzieci na odpowiedzialnych, dojrzałych i niezależnych ludzi. To propozycja takiej metody wychowania, w której zamiast agresji, zniechęcenia i wzajemnych oskarżeń rodzice będą mogli wychowywać swoje dzieci… wychowując najpierw siebie.

Zmęczony ciągłą walką o posłuszeństwo dzieci rodzic dowiaduje się z tej książki, że zmianę w relacjach z najbliższymi powinien rozpocząć właśnie od siebie – skupiając się na sobie, na własnych reakcjach emocjonalnych i nauczyć się nad nimi panować. Często słyszymy lub sami twierdzimy, że nasze dziecko „wyprowadziło nas z równowagi”. Autor poradnika zastanawia się, w jaki sposób małe, kilkuletnie dziecko może wyprowadzić z równowagi dorosłą, doświadczoną osobę? Czy mały człowiek naprawdę jest w stanie zmusić dorosłego do odczuwania, myślenia i reagowania w określony sposób? Odpowiedź oczywiście brzmi „nie”. Utratę panowania nad sobą w wyniku różnych okoliczności zawdzięczamy zawsze i wyłącznie sobie. Irytując się, wpadając w gniew, oddajemy kontrolę nad własnymi emocjami dzieciom i w ten sposób wywieramy na nie presję, aby postąpiły tak, jak tego chcemy. Hal Runkel odkrywa sedno takiego zachowania: za krzykiem rodzica kryje się inny krzyk skierowany do dziecka: uspokój mnie! Krzycząc, chcemy, żeby dziecko jak najszybciej nas posłuchało, abyśmy sami mogli się uspokoić. W ten sposób obarczamy je ciężarem odpowiedzialności za nasze emocje.

Do zdrowego dorastania dzieci potrzebują zamiast krzyku i jego różnych odmian czegoś zupełnie odwrotnego: spokoju, autorytetu, oparcia i zaufania do rodziców. Nie łatwo jest jednak rodzicowi nie ulegać emocjom, kiedy dziecko nie chce się uczyć, okazuje znudzenie, czy niewdzięczność. Autor nie twierdzi też, że będzie łatwo, ale proponuje podejść do tych wyzwań jako do szansy na własny osobisty rozwój. Zachować spokój, pomimo niesprzyjających okoliczności, dla zbudowania opartych na miłości relacji z dzieckiem – to jedyna droga, żeby wychować dojrzałego człowieka. Kiedy dziecko postępuje wbrew rodzicom, stawia opór, a nawet prowokuje – to zamiast reaktywnej postawy lepiej jest przyłączyć się do dziecka. Rodzic nie krzyczący będzie dziecku współczuł i rozmawiał, kiedy ono się nudzi, a nie szukał natychmiast jakiegoś zajęcia, będzie pomagał, kiedy nie będzie potrafiło sobie z czymś poradzić, ale nie rozwiązywał wszystkiego, nakierowywał na bardziej produktywne rozwiązanie, kiedy dziecko zbłądzi. Runkel przypomina, że wychowywanie to nie seria technik i manipulacji, żeby lepiej dziecko kontrolować. Do budowania relacji z dzieckiem nie jest potrzebna ścisła kontrola nad nim, ale tworzenie mu przestrzeni emocjonalnej i fizycznej, za którą nauczy się brać odpowiedzialność. Tworzenie przestrzeni to wyznaczanie odpowiednich reguł i granic, w obrębie których dziecko będzie się czuło bezpiecznie, będzie miało prawo do własnych wyborów ale także do popełniania błędów.

Emocjonalna przestrzeń to również wywiązywanie się z obietnic, zarówno tych miłych, jak i tych będących konsekwencjami postępowania wbrew regułom – obowiązującym w rodzinie, szkole, czy w społeczeństwie. Kiedy nastolatek posiadający już prawo jazdy łamie przepisy drogowe i grozi mu jego utrata, są rodzice, którzy starają się poprzez odpowiednie znajomości, czy umiejętności karę anulować. Ale czego w ten sposób dziecko się nauczy i czy będzie kiedyś dobrym kierowcą?

To, co ogranicza i jednocześnie hamuje rozwój dziecka to nadawanie etykiet typu: „zabawny”, „leniwy”, „pracowity”, „gruby”, „konfliktowy” – itp. Mają one wielką siłę i upośledzają rozwój człowieka. Trudno jest się ich wyzbyć, a przecież tak naprawdę odnoszą się tylko do jakiegoś kawałka życia. Autor podkreśla, że nikt nie jest zawsze taki sam i proponuje zrezygnować z używania kategorycznych słów „zawsze”, „wszędzie”, „nigdy”  i zastąpić je stwierdzeniem „potrafisz być…”. Ograniczaniem przestrzeni jest także mówienie dziecku, co lub jak ma się czuć.

Kilkakrotnie w książce „Wychowanie bez krzyku” powtarzana jest teza, że rodzice wcale nie są odpowiedzialni za swoje dzieci, ale odpowiedzialni są przed nimi za swoje uczucia, emocje i czyny. Dzieci potrzebują rodziców, którzy nie potrzebują ich. Zadaniem dzieci nie jest zaspokajanie potrzeb fizycznych i emocjonalnych ich rodziców. Aby wychować dojrzałego człowieka, samemu trzeba dojrzeć.

Nasza praca nad sobą, uczenie się kontroli nad własnymi emocjami i odruchowymi reakcjami to nauka dla naszych dzieci, z której w przyszłości skorzystają. Takie nastawienie do wychowywania z pewnością zaowocuje nową, bliską relacją i wieloma miłymi chwilami spędzonymi z naszymi dziećmi w spokoju i… bez krzyku.

Hal Edward Runkel, "Wychowanie bez krzyku. Jak wychować dziecko zachowując spokój", Wydawnictwo Bookmarket. 

  1. Psychologia

Jak wychować nastolatka? Doceniać, a nie oceniać

Uważność w relacji z nastolatkiem jest niezbędna. Prowadzi do ukształtowania człowieka z wysokim poczuciem własnej wartości. Inaczej będziemy wypuszczać w świat rozchwianych emocjonalnie, bojących się codzienności i niepotrafiących radzić sobie z uczuciami ludzi. (Fot. iStock)
Uważność w relacji z nastolatkiem jest niezbędna. Prowadzi do ukształtowania człowieka z wysokim poczuciem własnej wartości. Inaczej będziemy wypuszczać w świat rozchwianych emocjonalnie, bojących się codzienności i niepotrafiących radzić sobie z uczuciami ludzi. (Fot. iStock)
Wiele problemów w kontaktach z nastolatkami bierze się z mylnych wyobrażeń dorosłych na temat potrzeb i marzeń dorastającej młodzieży. Jak przejść od rodzicielskiego „widzimisię” do prawdziwego poznania własnych dzieci – pytamy promotora uważności w wychowaniu i edukacji Michała Zawadkę.

Jest wiele pomysłów na wychowanie nastolatków, jeden z nich to uważność. Do tej pory oznaczało to dla mnie, że mam usiąść w ciszy, koniecznie z prostym kręgosłupem i obserwować, jak oddycham. Ty rozszerzasz definicję uważności o codzienne relacje z dzieckiem. Sądzisz, że to sprawdzi się w domowej edukacji?
Uważność w relacji z nastolatkiem jest nie tylko skuteczna, ale i niezbędna. Prowadzi do ukształtowania człowieka z wysokim poczuciem własnej wartości. Kiedy ominiemy ten obszar, to będziemy wypuszczać w świat rozchwianych emocjonalnie, bojących się codzienności i niepotrafiących radzić sobie z odczuciami młodych ludzi.

Wiele osób twierdzi, że współczesny nastolatek ma gigantyczne ego, nic mu się nie chce, więc dlaczego mamy się z nim obchodzić jak z jajkiem i jeszcze dopytywać, jakie emocje w nim buzują, co chce zrobić, co go gryzie...
Często dostaję od rodziców taki właśnie portret ich dziecka: leniwe, nieambitne, przemądrzałe. I jeśli tak je widzą, to takiego młodego człowieka wychowają. Przemawia za tym chociażby tzw. efekt Rosenthala, który mówi o tym, że ludzie dostrajają się do naszych wymagań i sposobu, w jaki ich traktujemy. Założenie, że pokolenie dzisiejszych nastolatków jest leniwe i nadęte, ma odzwierciedlenie w metodach wychowawczych, co więcej, staje się też  filtrem, przez który interpretujemy ich zachowania i słowa – bardzo często zakłamującym rzeczywistość.

Jesper Juul twierdził, że dzieci dobrze się czują, gdy włącza się je w projekty i działania dorosłych, jednak nie znoszą być projektem dla swoich rodziców. Jak zatem wprowadzić uważność do codziennych relacji, ale nie robić z tego wychowawczego projektu i nie narazić się na śmieszność?
Jesper Juul sam na to odpowiada: wychowanie to nie tresowanie dziecka, a relacja, do której potrzebne są dwie strony. Zatem nie róbmy z nastolatka królika doświadczalnego, wypytując go o dziwne rzeczy, a wprowadźmy uważność dla wszystkich i w stosunku do wszystkich w rodzinie – dzieci wtedy staną się uczestnikami projektu, a nie projektem. W moim przekonaniu uważność w wychowaniu to świadome skupienie się na dziecku w każdym obszarze: słuchania, akceptowania, oczekiwań, zasad, wspierania, dawania przykładu, dzielenia pasji czy zainteresowań.

Szkoła w Polsce pokazuje coś odwrotnego. Systemowo wypuszcza młodych, którzy nie mają pojęcia, co zrobić ze swoimi emocjami.
Jeśli ich tego nie uczy, to znaczy, że nie jest nowoczesna. Bo nowoczesne szkoły wprowadzają rozwój osobisty, ja też pracuję nad tym od lat i wierzę, że dam radę taki program lub przynajmniej odpowiednie książki do szkół wprowadzić. Tylko czym innym jest zmiana programu edukacji i dodanie szeroko rozumianego rozwoju osobistego i społecznego, kompetencji miękkich, a czym innym jest wychowanie i podstawowe kształtowanie młodego człowieka. Jestem przeciwny przerzucaniu odpowiedzialności na szkołę. To z domu powinno się wynosić kulturę, uważność, zasady i poczucie własnej wartości.

Mam wrażenie, że budowanie poczucia wartości sprowadza się do przyzwolenia na ignorowanie zasad, na przykład nastolatek zaspał do szkoły, a my mówimy mu: „w porządku, nic się nie stało”...
Wręcz przeciwnie. Odpowiedzialność to ważny temat i zależy od przykładu, jaki dają rodzice. Proponuję, żeby rodzic od teraz patrzył na każde zachowanie swojego nastolatka przez pryzmat intencji: czy on na pewno łamie zasady celowo? Za łatwo oceniamy nasze dzieci, zamiast zrozumieć. Kiedy przechodzimy do ataku, nie ma miejsca na dialog i wychowanie. Na deptaku w Sopocie widziałem, jak ojciec wrzeszczał na nastoletnią córkę i wyzywał ją od „ciamajd i głupich”. Wiesz, co takiego sprawiło, że odbierał jej godność i publicznie upokarzał? Wypadł jej z ręki lód, a on z tego powodu wylał na nią cały swój zakorzeniony wstyd przed światem.

Dlaczego rodzice wciąż reagują tak przesadnie? Czy dlatego, że jak wynika ze statystyk, ponad połowa z nich przynajmniej raz w życiu dostała tak zwane porządne lanie od własnych rodziców?
Na pewno, ale nawet ci rodzice,  którzy nigdy nie byli bici, zostali wychowani w panicznym lęku przed „co ludzie powiedzą” oraz w przekonaniu, że autorytet buduje się siłą i narzuceniem własnej woli. Ogromna część rodziców, z którymi spotykam się na warsztatach, ma duży problem z mówieniem dobrze o sobie. Są nauczeni, że są tym, co o nich sądzą inni, i to przekazują swoim dzieciom. Badania Instytutu Carnegiego w Waszyngtonie – już sprzed ponad 100 lat – pokazują, że sukces zależy od trzech rzeczy: wiedzy, umiejętności i nastawienia, przy czym wiedza i umiejętności to tylko 15 proc., reszta to nastawienie.

Czyli jeśli ja jestem słaba, niepewna siebie, to moje dzieci będą skazane na klęskę?
Ode mnie tego nikt nie usłyszy, ja na pierwszym miejscu stawiam akceptację, również siebie jako nieidealnego rodzica, bo idealni nie istnieją. To daje możliwość rozwoju i dawania dobrego przykładu dzieciom bez poczucia winy. Czyli nawet rodzic z niskim poczuciem własnej wartości ma szansę wychować pewnego siebie człowieka. Wystarczy, że proces wdrażania uważności w relacjach zacznie przechodzić równolegle ze swoim dzieckiem.

A czy uważność w pewien sposób nie knebluje ust rodzicom? Czy nie będą się bali powiedzieć czegoś, żeby nie urazić dziecka?
Nie, uważność niesie prawdziwe zainteresowanie drugim człowiekiem. Stawianie ustalonych i zrozumiałych przez obie strony wymagań się w to wpisuje. Mój syn Makary miał sześć lat, kiedy podczas gry w „Pytaki” wylosował pytanie: „co jest najważniejsze, żeby dobrze wychować dzieci?” i sam odpowiedział: „Zasady, bo wtedy dziecko jest bezpieczne”.

Co się stanie, jeśli wszyscy postawimy sobie za cel bycie uważnym wobec dzieci i kilka razy dziennie będziemy pytać, jak się czują, jak zamierzają poradzić sobie ze smutkiem czy pokazywać, że trzymanie kubka z ciepłą herbatą w zimnych dłoniach to rozkosz? Wychowamy ludzi, którzy dostrzegają rzeczywistość: w sobie samych i wokół siebie. W pędzie za życiem nie będą mijać samych siebie. Pedagogika nie powstała wczoraj, bazuje na osiągnięciach wielu mądrych ludzi, których lubię cytować, więc odpowiem słowami twórcy popularnej platformy społecznościowej poświęconej relacjom i parentingowi „Faithful Man” Matthew L. Jacobsona:

„Za każdym dzieckiem, które wierzy w siebie, stoi rodzic, który uwierzył w nie jako pierwszy”
Ten cytat przypomniał mi, że moja mama nie tylko nigdy mnie nie uderzyła, ale gdy się stroiłam przed wyjściem, zawsze powtarzała, że to niepotrzebne, bo mądremu we wszystkim ładnie. Ciekawe, czy ja przekazałam to córce. Muszę spytać... Czy możesz podać przykład zachowania, które nazwałbyś uważnością w relacji?
Proszę bardzo, oto najprostszy: kiedy twoja córka wraca ze szkoły, nie pytaj, co ma zadane, co dostała, tylko, co u niej słychać, jak się czuje, co ją dziś zainteresowało. Zapytaj o jej emocje, kolegów, powiedz, że cieszysz się, że już jest. Niech poczuje, że to ona jest w tej relacji ważna. Tymczasem badania pokazują, że zagajenie o pracę domową czy oceny stanowi 80 procent pytań rodziców do dzieci. I potem rodzice żyją wyobrażeniami na temat swoich dzieci, zamiast wiedzą o nich – stąd biorą się problemy.

Niby takie proste... Może rodzice powinni odbyć obowiązkowe szkolenia?
Oj tak. Ja na przykład prowadzę program „Prawo jazdy na rodzica”, poświęcony w całości uważności na siebie i dziecko w dziesięciu obszarach, coś w stylu „dekalogu świadomego wychowania”. Na szczęście wielu rodziców, gdy coś nie gra w ich relacjach z dzieckiem, poszukuje pomocy i na przykład pisze do mnie. Klucz do powodzenia leży w zmianie podejścia również do siebie jako rodzica. W uważności chodzi o to, żeby, zadając dorastającemu dziecku pytania, odciąć się od własnych odpowiedzi i słuchać, co ono mówi. Uważność to zmiana oceniania na docenianie.

Ale jeśli w domu nauczymy dziecko, że liczą się starania, to jak ono odnajdzie się w cywilizacji, która nagradza wyłącznie efekty?
Dobre efekty osiągają ludzie z wysokim poczuciem własnej wartości. Rozbierzmy ten zwrot na wyrazy: poczucie – własnej – wartości. Zatem „poczucie” jest pierwszym krokiem dobrej samooceny. Chodzi o to, żeby tu i teraz być świadomym tego, co odczuwamy, co nas otacza, co ma wpływ na nas i na co my mamy wpływ. „Własnej” oznacza świadomość pewnej niezależności i „własności samego siebie”, poczucia sprawczości, zdolności do podejmowania decyzji, mierzenia się z wyzwaniem: czuję dumę, popełniam błędy, pozwalam sobie na chwile słabości, marzę bez pytania, czy mogę… Oraz „wartość”, czyli świadomość, że daję sobą wartość i że jestem wartościowy dla siebie. Szerzej opisuję to w „Wartościowniku dla rodziców”.

W książce jest też test wiedzy o swoim dziecku. Czytając go, zdenerwowałam się, bo nie umiałabym odpowiedzieć na wiele pytań...
Wielu rodziców pisało mi nie tylko o zdenerwowaniu, ale i często o łzach. Podczas tego pozornie prostego testu zdali sobie sprawę, jak wiele chwil w relacjach z dziećmi jest tylko ich „widzimisię”, założeniem czy wyobrażeniem. Właśnie w tej przestrzeni pomiędzy „wydaje mi” się a „wiem” kryje się większość problemów młodych ludzi. Jedyne, co trzeba zrobić, to wypełnić tę lukę uważnością.

Michał Zawadka
, trener, ekspert komunikacji, autor książek motywacyjnych dla dzieci i młodzieży, zwany współczesnym Januszem Korczakiem.

Uważność od zaraz

  •  Zmień ocenianie na docenianie.
  •  Słuchaj z intencją zrozumienia.
  •  Zadając pytania, zapomnij o swoich odpowiedziach.
  •  Daj sobie i dziecku prawo do błędu.
  •  Kieruj się intencją.
  •  Buduj relacje z dzieckiem na wiedzy, nie na wyobrażeniach.
  •  Pamiętaj, że wartość twojego dziecka jest w nim, a nie w opiniach o nim.
Polecamy: 'Uśmiechologia. Pozytywna strona myślenia', Michał Zawadka, wyd. Mind&Dream Polecamy: "Uśmiechologia. Pozytywna strona myślenia", Michał Zawadka, wyd. Mind&Dream