1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Co robić, gdy dziecko przechodzi okres buntu?

Co robić, gdy dziecko przechodzi okres buntu?

Gdy nastolatek jest silnie wzburzony, nie warto z nim podejmować racjonalnych dyskusji. (fot. iStock)
Gdy nastolatek jest silnie wzburzony, nie warto z nim podejmować racjonalnych dyskusji. (fot. iStock)
Dojrzewanie to ważny czas w życiu młodego człowieka – wtedy zaczyna stanowić o swoim „ja”, separuje się od rodziców i odcina pępowinę. Jak przetrwać ten czas?

Rozmawiać z innymi rodzicami nastolatków. Nawet nie w kontekście szukania rozwiązania problemu, ale po prostu po to, żeby wiedzieć, że w ich domach dzieje się to samo, inni rodzice też są tak bezlitośnie traktowani przez swoje dorastające dzieci.

Myśleć tak: „Jak jej musi być ciężko wytrzymać samej ze sobą. Jak ona się teraz potwornie męczy! Żyje na rozpędzonej karuzeli, której nikt na świecie nie potrafi zatrzymać”.

Nie zapominać o sobie. Dojrzewające dziecko absorbuje niezwykle dużo uwagi otoczenia. Jego zmienne nastroje destabilizują czasami cały dom. Dlatego trzeba mieć swoje sprawy poza dzieckiem. Joga, rower, klub dyskusyjny, basen – cokolwiek, co robisz sama. To twój święty czas. Im gorzej znosisz zachowanie dziecka, tym częściej przyznawaj sobie prawo do oddechu wyłącznie w miłym dla ciebie otoczeniu.

Zgadzać się. Gdy nastolatek jest silnie wzburzony (czyli kilkadziesiąt razy dziennie), nie warto z nim podejmować racjonalnych dyskusji, bo wszelkie „mądre” argumenty odbijają się od niego. Stan silnego wzburzenia sprawia, że dotyka nas głuchota emocjonalna i naprawdę nie słyszymy tego, co ktoś do nas mówi. Kluczowe słowa, dzięki którym da się porozumieć z nastolatkiem, to: „Rozumiem cię, też chciałam dziś iść na spacer. Ja także nie znoszę, gdy ktoś nie oddzwania, mimo że obiecał. Ja również mam ochotę na ciemny chleb”. Kiedy tylko się da, pokazuj dziecku, że stoicie po tej samej stronie barykady. Tłumaczenie mu, że takie jest życie i nie zawsze sprawy idą po naszej myśli, jest w czasie awantury stratą czasu.

Wskazywać sens, czyli tłumaczyć dlaczego. Nastolatek jest wrażliwy na punkcie prawie wszystkiego, ale najbardziej jest wyczulony na bezsens. Gdy czegoś mu się nie chce zrobić, zawsze to jest „bez sensu”. Dlatego warto jednym prostym zdaniem, ale zawsze uzasadniać swoje prośby: „Odnieś talerz, bo to mi pomoże w zmywaniu. Nie rzucaj tu ubrań, bo mogą się zniszczyć. Nie odzywaj się tak do mnie, bo jest mi przykro”. Zawsze mów, dlaczego ma coś zrobić, bo inaczej twoje polecenie będzie „bez sensu”.

Dać dziecku samodzielność. Tak dużą, na jaką tylko ciebie stać.

Nauczyć się słuchać. Gdy nastolatek coś do ciebie mówi (albo krzyczy), nie oczekuje twojej oceny, a już najmniej rady. Każda z tych rzeczy blokuje komunikację z dzieckiem, a ono chce sobie tylko pogadać, wyrzucić z siebie nagromadzone emocje. Dlatego czas, gdy twoje dziecko dorasta, to moment na odświeżenie w sobie umiejętności słuchania. „Aha… Tak? O!”. Ograniczaj się do takich elementów ekspresji, zamiast pouczać i oceniać.

Szukać dobrych chwil. Nastolatek jest jak… kot. Przyjdzie do ciebie tylko wtedy, gdy on tego chce, ale gdy to zrobi, za nic w świecie nie należy go odtrącać. Bądź dorosła, nie odgrywaj się na swoim dorastającym dziecku. Warto słuchać, pogadać, ponarzekać razem, powygłupiać się, pośmiać… A potem dać się porzucić, bo dzwoni Julka.

Ewa Nowak: pedagożka, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dorosłe dzieci i błędy wychowawcze rodziców - co zrobić z poczuciem winy?

Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. (fot. iStock)
Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. (fot. iStock)
Wielu rodziców dorosłych dzieci żyje w poczuciu winy, że źle je wychowali. A poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. Podpowiada, żeby za wszelką cenę wynagrodzić dzieciom krzywdę, ale niczego nie wynagradza, tylko oddala nas od rozwiązania faktycznego problemu – mówi psycholog Ewa Woydyłło, autorka książki „My – rodzice dorosłych dzieci”, mama dorosłych córek: Magdaleny i Natalii.

Wywiad archiwalny

To bodaj pierwsza książka poświęcona znękanym, umęczonym rodzicom dorosłych dzieci. Jak wielka jest skala problemu? Skala w sensie statystycznym nie jest znana, ponieważ trudno byłoby tu dotrzeć do prawdy. To, co czują i myślą rodzice o swoich dzieciach, zmienia się – na tym polega specyfika emocjonalnych więzi. Bardzo często martwią się z powodu swoich dzieci, ale jednocześnie bronią się przed tymi uczuciami, bo są szalenie przykre. Przymykają oczy na wiele rzeczy, powtarzają sobie: „Nie jest tak źle, to tylko chwilowe”. Taka zmienna postawa zakłóciłaby sprawdzenie rzeczywistej skali problemu.

Ale pani się nim zajęła. Dlaczego? Ponieważ istnieje coś takiego jak doświadczenie psychoterapeuty. Może wykoślawione, bo przychodzą do nas głównie osoby, które doszły do ściany, zdesperowane, które już nie mogą dalej z tym problemem żyć. Niemniej widzę setki takich rodziców. Pytają mnie: „Co mamy zrobić? Nie możemy nic zdziałać, cierpimy”. Życie tych niemłodych przecież ludzi, którzy powinni mieć święty spokój i cieszyć się owocami swoich dokonań, jest często bardzo mocno zakłócone właśnie z powodu troski o dzieci.

Czy jednak czasem ich zmartwienia nie są wyimaginowane? Bywa, że problemy rodziców rzeczywiście wynikają z ich nietolerancji czy niezgody na styl życia dzieci. Pewna matka martwi się tym, że jej córka nie wychodzi za mąż, mimo że od trzech lat mieszka z chłopakiem.

Rodzice mają chyba prawo nie zgadzać się z wyborami dzieci? Oczywiście, mają prawo przeżywać na swój sposób wszystko, co dotyczy ich dzieci. Nigdy ich z tego powodu nie oceniam. Natomiast sugeruję, że może – w ramach własnego rozwoju – dobrze byłoby zacząć na przykład patrzeć niekrytycznie na decyzje swoich dzieci i zaakceptować ich sposób życia, zwłaszcza wtedy, gdy naprawdę nie ma powodu do zmartwień. To znaczy, kiedy dzieci nie niszczą swojego zdrowia i życia, nie przekraczają prawa i zasad moralnych.

A jeżeli jest powód? Powtarzam rodzicom: Jeżeli wasze problemy z dziećmi spędzają wam sen z powiek, to macie dwa wyjścia – zaakceptować je albo coś z nimi zrobić. Co? Odwołać się do istniejących w naszej społeczności sojuszników: sądów, policji, psychologa, czasami do rodziny, przyjaciół. Wtedy przestaniecie się bać, jakość waszego życia się polepszy, będziecie wygrani.

Niewielu rodziców jest w stanie zaakceptować problemy dziecka – chcą mu za wszelką cenę pomóc, choć nie potrafią. A z drugiej strony nie decydują się na szukanie tej pomocy u kogoś z zewnątrz. I właśnie na tym polega cały dramat. Bywają sytuacje, że dziecko trzeba ratować. Ale zacząć warto od siebie, bo większe szanse na to, aby pomóc dziecku, mają nie rodzice, którzy są wyniszczonymi, znerwicowanymi wrakami, ale ci, którzy wprawdzie nie mogą powiedzieć, że wszystko w ich życiu jest wspaniałe, ale mimo to umacniają się, dbają o siebie, pielęgnują swoje potrzeby. Wiem, że to może budzić kontrowersje, bo jak tu zająć się sobą, kiedy dziecko jest na dnie. Ale musimy pogodzić się z tym, że są rzeczy, na które nie mamy wpływu, no i nauczyć się rozpoznawać, czy nasze wysiłki są waleniem głową w mur, czy jednak jest jeszcze coś do zrobienia.

A może cały ból rodziców dorosłych dzieci bierze się stąd, że nie pogodzili się z utratą kontroli? Można odwoływać się do kontroli, dopóki dzieci są małe albo chcą nas słuchać. Moje dorosłe córki, mające już własne dzieci, w niektórych sytuacjach przychodzą i pytają wprost: Mamo, powiedz mi to czy tamto. Ale to one decydują, nie ja. I ja się wtedy strasznie cieszę. Czasami jednak mówią: Mamo, ja cię nie pytam o zdanie. Wtedy mogę zaakceptować ich głos albo szukać sposobu, żeby je przekonać. To, do jakich sposobów uciekamy się, żeby tylko osiągnąć cel, przypomina taniec – czasami kontredans, czasami tango milonga. Bierzemy dziecko na litość, na strach, dostajemy palpitacji serca, płaczemy. Ale nieraz istotnie trzeba chwycić dziecko za kołnierz, żeby nie upadło.

Są rodzice, którzy szukając ratunku, nigdy nie zdecydują się na radykalny krok. Wolą cierpieć. Piszę o tym w książce, że na szczęście czasami problem sam się rozwiązuje. Młoda osoba schodzi na manowce, a potem wraca. To też jest możliwe.

A jeżeli wbrew naszej woli dziecko postanawia wyprowadzić się z domu? Taki przykład: Młody człowiek chce wyjechać na studia do Irlandii, my jesteśmy temu przeciwni. Mimo to on stawia na swoim. Cóż nam pozostaje? Zaakceptować jego pomysł. Ale jeżeli skomentujemy jego decyzję tak: „No dobra, wyjeżdżaj, ale twoja noga więcej tu nie postanie”, to wtedy zatrzaskujemy przed nim drzwi. A tego robić nie wolno. Mam nadzieję, że z książki płynie przesłanie: Rodzice nie powinni zamykać przed dzieckiem drzwi. Każdy może to robić, tylko nie oni.

Okazuje się, że dużo prawdy jest w powiedzeniu: Małe dzieci  – mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot. Anglicy z kolei mówią: To nie rodzice wychowują dzieci, tylko dzieci wychowują rodziców. Chodzi o to, że dzieci stawiają co chwilę przed rodzicami nowe wyzwania.

Niektórzy rodzice nie są w stanie im sprostać, bo nie umieją (nie chcą, nie lubią) się uczyć. A przychodzi pora, żeby poszerzyć swoje rozumienie świata i na przykład przyjąć do wiadomości, że córka ma skłonności lesbijskie i zamieszkała razem z przyjaciółką. Dla rodziców to cios, dramat. Jeżeli jednak nie będą w stanie zmienić swych poglądów, to ją odrzucą.

 
Rodzice czują się winni. Pracuję z osobami uzależnionymi od alkoholu i wiem, jak bardzo poczucie winy przeszkadza w wyzdrowieniu. Ostrzegam rodziców przed tą pułapką emocjonalną. Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. Robi z nami coś takiego, że stajemy się bardziej ulegli, zakładamy filtr na oczy i widzimy tylko to, co chcemy widzieć. Staramy się przy tym wynagrodzić dzieciom krzywdę, a tak naprawdę niczego nie wynagradzamy, tylko oddalamy się od rozwiązania faktycznego problemu.

Twierdzę, że poczucie winy to odmiana narcyzmu. Narcyz chce nieustannie zwracać na siebie uwagę. To samo robi człowiek z poczuciem winy. Krzysio jest leniem, ale mama mówi: „To przeze mnie, źle go wychowałam”. A Krzyś jest istotą mającą wolną wolę, ulega różnym wpływom. Uważam, że to megalomańskie i destrukcyjne mówić, że wychowanie zależy tylko od nas. Przecież na nasze dzieci oddziałują i rówieśnicy, i mass media, i gry komputerowe. Nie stawiajmy się w roli Boga. Ja zresztą myślę, że to przede wszystkim Bóg, jakkolwiek go pojmujemy, najbardziej wpływa na to, jacy jesteśmy.

Napisała pani, że dziecko ma prawo zmarnować swoje życie. To mądra, ale i piekielnie trudna dla rodziców prawda. Bo to jego życie. Nawet gdyby rzeczywiście zbłądziło z naszej winy, to nie ma co się z tego powodu biczować. Trzeba się zastanowić, jaką zastosować metodę, żeby to zmienić. Pomóc może jedynie matka, która załatwi swoje poczucie winy w grupie, na spowiedzi, u psychoterapeuty. Nie umiałaś wychowywać przez 20 lat, to się z tego powodu nie zadręczaj, tylko zabierz do podniesienia swoich kompetencji.

Kompetencji? Rodzice sądzą, że w wychowaniu potrzebna jest przede wszystkim miłość. Zgoda. Tylko że bardzo wielu rodziców utożsamia miłość z sercem, czyli z bezgranicznym oddaniem, dobrocią. A ja dodałabym do tego jeszcze rozum. Jeżeli córka ukradnie koleżance koraliki, to mama kierująca się głosem serca sama je odda czy podrzuci, bo chce oszczędzić swojemu dziecku przykrych przeżyć. Tym samym nie pozwala córce na naprawienie błędu. Nie trzeba w takim przypadku od razu wzywać policji, ale na pewno powinno się dopilnować, aby winowajczyni poniosła konsekwencje.

Jakie jeszcze przesłanie kieruje pani w swojej książce do rodziców? Żyj i daj żyć dziecku. A jeżeli chcesz na nie wpływać, to musisz się liczyć z tym, że nie zawsze się to uda. Kobieta, która nie może się doczekać wnuka, niech np. powie z uśmiechem: „Życzę sobie na urodziny, żebym została babcią”. Prawdopodobnie prędzej dotrą do dziecka słowa wypowiedziane z humorem niż niewypowiedziana, ale demonstrowana dezaprobata, np. przewracanie oczami czy wymowne milczenie. Takich komunikatów nie wprost może ono po prostu nie zauważyć i potem zapyta: „A dlaczego nie powiedziałaś, że tak ci na tym zależy?”.

Inną ważną myślą mojej książki jest to, że ponosimy odpowiedzialność przede wszystkim za swoje życie.Czasami opowiadam moim pacjentom bajkę, którą wymyśliłam dla swojego małego wnuka. Kończy się  jak, że oto stoję u bram niebios i święty Piotr mnie pyta: „Powiedz mi, jak przeżyłaś swoje życie”. No to ja mówię, że nie mogłam przeżyć go dobrze, bo miałam męża alkoholika. A on dalej: „A jakie miałaś talenty?”. Ja: Pięknie śpiewałam. On: „No to pewnie zapisałaś się do chóru i rozwijałaś się w tym kierunku”. Ja: Nie, bo musiałam męża pilnować. Święty Piotr: „Zmarnowałaś talent”. I tak po kolei wyliczałam, czego nie mogłam zrobić. Aż w końcu święty Piotr wysłał mnie do czyśćca, żebym nauczyła się nie marnować tego, co dostałam. Co mogą zrobić rodzice? Wydać na świat dziecko i towarzyszyć mu najlepiej, jak umieją, przez kilkanaście lat, a potem już nie, bo nie mają kompetencji.

Jako rodzice wiele spraw często odkładamy na potem. Teraz musimy zarabiać, robić karierę. Moja książka może być takim memento dla rodziców małych dzieci. Żeby uświadomili sobie, że to życie strasznie krótko trwa, i żeby już od dzisiaj zaczęli wcześniej wracać do domu, nie odkładali budowania więzi z dzieckiem, bo ono potrzebuje towarzysza właśnie teraz. Jak nie zaprzyjaźnimy się z nim w dzieci stwie, to ta szansa przepadnie.

Pani to się udało? Myślę, że tak. Nie wiem, co bym dała, żeby przez chwilę pobyć z jedną z moich córek, takie są fantastyczne. Ale ja dopiero teraz spełniam się zawodowo, wcześniej zajmowałam się ich wychowywaniem. Ale nie zmieniłabym ani minuty swego życia. Żałuję jedynie tego, że nie zdecydowałam się na więcej dzieci. Z mojej książki płynie jeszcze jedno przesłanie – zachwyćmy się swoimi dziećmi! Nawet jeżeli wiele rzeczy nam się w nich nie podoba, to na pewno coś warte jest zachwytu. Mnie dawno temu nauczyła tego przyjaciółka, matka dziewczynki z zespołem Downa, pełna zachwytu nad każdym, nawet najmniejszym jej osiągnięciem. Wszyscy rodzice powinni tak traktować swoje dzieci. Tymczasem – paradoksalnie – im bardziej uzdolnione dziecko, tym gorzej je traktujemy, wyżej stawiamy poprzeczkę. A ono odbiera to jako sygnał, że nie jest dobre. Dla mnie, młodej wówczas matki, było to odkrycie na miarę rewolucji. Być może dzięki niemu teraz jako matka mogę powiedzieć: udało mi się.

  1. Psychologia

Świat oczami nastolatków. Dlaczego ich nie rozumiemy?

Trudne relacje z nastolatkiem to problem niejednego rodzica. On nie rozumie twojego świata, a ty jego, więc porozumienie wydaje się niemożliwe. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Trudne relacje z nastolatkiem to problem niejednego rodzica. On nie rozumie twojego świata, a ty jego, więc porozumienie wydaje się niemożliwe. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
„Mam iść do szkoły w tych obciachowych spodniach? Rzucić wszystko tylko po to, by wynieść śmieci? A może jeszcze sprzątać codziennie swój pokój?! Akurat!”. Jeśli słyszysz taką tyradę, a zaraz po niej trzaśnięcie drzwiami, zachowaj spokój i… postaraj się zrozumieć punkt widzenia młodego człowieka.

„Mam iść do szkoły w tych obciachowych spodniach? Rzucić wszystko tylko po to, by wynieść śmieci? A może jeszcze sprzątać codziennie swój pokój?! Akurat!”. Jeśli słyszysz taką tyradę, a zaraz po niej trzaśnięcie drzwiami, zachowaj spokój i… postaraj się zrozumieć punkt widzenia młodego człowieka.

Jesteś mamą, tatą lub ciocią nastolatka? Współczujemy. Naprawdę: i tobie, i jemu. Bo zapewne żyjecie w dwóch osobnych galaktykach. To, co tobie wydaje się normalne i właściwe, jest prawdopodobnie niedopuszczalne i niezrozumiałe w jego światopoglądzie. Ale jest szansa na międzygalaktyczne porozumienie. Po prostu na chwilę wejdź w jego skórę.

Same sprzeczności

Jednym z najpoważniejszych problemów życia nastolatka jest funkcjonowanie w dwóch rządzących się odmiennymi prawami przestrzeniach: świecie rówieśników i świecie dorosłych. To, co jest istotne dla rodziców (pracowitość, rzetelność, kultura osobista, rozsądek, dbanie o bezpieczeństwo i myślenie długoterminowe), koledzy mają w głębokiej pogardzie. Dla nich liczy się: refleks, tupet, talent, odwaga i brak strachu przed łamaniem zasad. Można to porównać do sytuacji, w której podlegasz dwóm szefom, a każdy ma absolutnie inną koncepcję prowadzenia firmy, inny styl zarządzania, inny system nagród i przydzielania urlopów, a ty nie chcesz zostać zwolniona. Warto pamiętać o tym, zanim zaczniesz narzekać na nastolatka, że jest wiecznie taki skrzywiony. Inną paraliżującą sprzecznością są dwie naturalne potrzeby rozwojowe człowieka w tym wieku: „Chcę nie wyróżniać się z tłumu rówieśników” oraz: „Jestem niezwykle skomplikowany, dziwny, nietypowy, nienormalny (to dla nastolatka cecha pozytywna), niedopasowany”. Nastolatki stosują różne nazewnictwo, ale chodzi im zawsze o to samo: „Jaki ja jestem niebywale oryginalny”. Nie ma ani jednego nastolatka, który uważa, że jest „typowy”. Dlatego tak bardzo się denerwują, kiedy mówisz: „Ja w twoim wieku… To typowe w okresie dojrzewania”. On jest przecież niepowtarzalny i nikt nigdy przed nim tego nie przeżywał. Gdybyśmy pamiętali, w jak wyjątkowy sposób widzi siebie nastolatek, uniknęlibyśmy wielu konfliktów.

„Zaraz” i „potem”

„Wyrzuć śmieci, idź z psem, zadzwoń do ojca, pomóż siostrze, weź się za lekcje, powieś pranie, odkurz, kup bułki…”. „Zaraz!” albo „Potem!” – to najczęstsze odpowiedzi nastolatków na wszelkiego rodzaju prośby i polecenia. Dlaczego tak się w nich lubują? Po prostu nie chce im się po raz kolejny tłumaczyć, że nie mogą się natychmiast oderwać od tego, czym się zajmują, bo zajmują się zawsze bardzo ważnymi sprawami. To, że rodzic uważa to wyłącznie za stratę czasu, jest jedynie jego opinią. Dorastający człowiek ma inną. On te sytuacje widzi inaczej: jest kardiochirurgiem i właśnie przeprowadza operację na otwartym sercu (konkretnie: ogląda film na YouTube, gada „na Fejsie”, chodzi po stronach z grami na komórkę), a mama każe mu wynieść śmieci. Czyż to nie może człowieka zdenerwować? Żeby uniknąć konfliktów z nastolatkiem, warto pamiętać, że cokolwiek robi, ma to znaczenie dla losów świata. Nie chcąc słuchać „zaraz” i „potem”, może lepiej postawić sprawę inaczej – zamiast rozkazywać: „Wyrzuć śmieci”, spróbuj zapytać: „Czy możesz przyjść w ciągu pięciu minut i mi pomóc?”.

Sens robienia porządków

Sprzątanie to główny powód domowych konfliktów z nastolatkiem. Niemal we wszystkich domach toczą się o to wojny. Dlaczego nastolatki nie chcą sprzątać? Warto zadać odwrotne pytanie: Dlaczego rodzice mają taką obsesję na punkcie porządkowania? Przecież wszyscy wiemy, że to tylko stwarzanie pozoru panowania nad chaosem świata, co między innymi wiąże się z potrzebą zagłuszania strachu przed śmiercią. Ale to nasze, dorosłe lęki. Dlatego dorośli, a zwłaszcza rodzice, tak lubią porządek w pokoju dziecka. Nastolatek w ogóle nie bierze pod uwagę faktu, że kiedyś umrze (śmierć jest dla starych i chorych, czyli osobników z którymi on nie ma i nie będzie miał nigdy nic wspólnego) i dlatego idea prasowania, wynoszenia śmieci, zmywania naczyń, ścierania podłogi czy zmiany pościeli, o myciu okien nie wspominając, jest nastolatkom kompletnie obca. Postrzegają to jako stratę czasu.

Moda niezbędna do życia

Gdyby dorośli zrozumieli, jak ważne jest ubranie, kilka problemów nastolatka zniknęłoby w jednej chwili. On sam czasem już nie ma zdrowia do rodziców. Jak oni nic nie rozumieją! „Przecież to nowe spodnie, buty, kurtka, bluza… Dlaczego w tym nie chcesz chodzić?” – takie pytania kompromitują rodziców. Świadczą o tym, że nie ma z nimi o czym rozmawiać, bo niczego nie rozumieją. Pomysł, by wyjść z domu w czymś „obciachowym” jest dla nastolatka tak samo głupi, jak dla ciebie wyszykowanie się do pracy w przezroczystą koszulę nocną. Z powodu silnej potrzeby poczucia przynależności nastolatek musi mieć rzeczy identyczne z tymi, jakie noszą jego koledzy. Najmniejsze odstępstwo od tej zasady, zazwyczaj niedostrzegalne dla rodzica (inny szew, krój czy odcień), dyskwalifikuje ubranie raz na zawsze. I cóż z tego, że jest drogie i podoba się rodzicowi? Zapobieganie konfliktom na tym polu jest zatem bardzo proste: pozwalaj swojemu nastolatkowi na to, by sam wybierał dla siebie ubrania. Pamiętajmy, że aspekt praktyczności, trwałości, jakości to jedynie kryteria wyboru u dorosłych. Nie warto kupować nastolatkowi ubrań w prezencie, bo zawsze kupi się złe. Trzeba przecież wiedzieć, co się nosi w środowisku aktualnie ważnym dla nastolatka. Przy czym „aktualnie” w przypadku nastolatka oznacza „dziś”, a nie „wczoraj”.

Dorośli, czyli ludzie pierwotni

Nastolatka cechuje też kompletny brak świadomości, że jest nastolatkiem i że to stan chwilowy. Nie chodzi bynajmniej o bezrefleksyjność, nic podobnego! Nastolatek jest wysoce refleksyjny, tylko że w innych tematach. Osoby w wieku 12–15 lat najczęściej w pierwszym odruchu uważają, że ludzie są w jakimś wieku, bo tak wybrali. Babcie zawsze były stare, a nauczyciele nigdy nie byli młodzi. Oczywiście w drugim odruchu rozumieją, że tak nie jest, ale dopiero po dłuższym zastanowieniu. Poza tym nastolatek inaczej postrzega upływ czasu. Dla niego 10 lat to wieczność, a co za tym idzie, młodość mamy i era mezozoiczna miały miejsce właściwie w tym samym okresie. Wypowiedzi w rodzaju „za moich czasów…”, „kiedy ja byłam młoda…” traktuje więc z takim samym respektem, z jakim ty byś traktowała rady człowieka pierwotnego.

  1. Psychologia

Miłość nastolatków. Rozważni czy romantyczni?

Dziecko uczy się przez obserwację. Jeżeli ojciec i matka traktują się nawzajem z szacunkiem, okazują sobie uczucia, dzielą się obowiązkami, to ono poniesie w życie taki właśnie wzór relacji między kobietą a mężczyzną. (Fot. iStock)
Dziecko uczy się przez obserwację. Jeżeli ojciec i matka traktują się nawzajem z szacunkiem, okazują sobie uczucia, dzielą się obowiązkami, to ono poniesie w życie taki właśnie wzór relacji między kobietą a mężczyzną. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kiedyś rodzice martwili się, że ich dzieci za wcześnie się zakochują, teraz – że robią to późno. – To tak wygląda, jakby musieli się o coś martwić. Jeżeli już chcą czymś zaprzątać sobie głowę, to tym, żeby przekazać dzieciom wiedzę na temat seksualności – mówi psycholożka doktor Barbara Arska-Karyłowska.

Nastolatki kochają dzisiaj inaczej? A skąd takie przypuszczenia?

Słyszę od rodziców, że ich dziecko nie ma dziewczyny, chłopaka, tylko grupę znajomych. Nauczyciele liceów też przyznają, że widzą w szkołach mniej zakochanych par niż kiedyś.  Zawsze było tak, że ta młodsza młodzież zaczynała od chodzenia w grupach, za naszych czasów też tak było. Trzeba uspokoić rodziców, że nastoletnia miłość ma różne fazy, uwarunkowane rozwojowo, i to się nie zmienia od wieków.

Ale przyzna pani, że teraz nastolatki, zamiast spotykać się, tak jak robili to ich rówieśnicy przed laty, SMS-ują. Oni rzeczywiście teraz piszą do siebie na Facebooku, SMS-ują. No i bardzo dobrze. Myśmy godzinami wisieli na telefonach stacjonarnych, aż nam rodzice je wyłączali, a oni czatują. I niech czatują, to jest im bardzo potrzebne. Młodzi ludzie mają lęk przed romantycznym kontaktem twarzą w twarz. Potrzebują czasu, żeby do tego dojrzeć. Myśmy zyskiwali ten czas, rozmawiając przez telefon, bo to był wówczas środek komunikacji, a oni – za pomocą różnych komunikatorów, mediów społecznościowych.

Facebook zastępuje teraz bezpośredni kontakt, jest jego substytutem, czasem na długo. To prawda, że więcej tego czatowania niż bezpośredniego kontaktu. No bo myśmy musieli w końcu wpaść do kolegi, żeby się nagadać, a oni mają wiele innych sposobów na kontakt. Mimo to jestem przekonana, że nie ma się czym martwić, bo przyjdzie taki moment, że młody człowiek się zakocha.

Co by pani powiedziała ojcu nastolatki, który nie tyle się martwi, ile dziwi: „Ja w jej wieku miałem już kilka dziewczyn, a ona nie ma chłopaka”. Powiedziałabym mu o badaniach, jakie przeprowadzono w 32 krajach. Wynika z nich, że rzeczywiście w Polsce rzadziej niż w innych krajach ma miejsce wczesna inicjacja seksualna, czyli przed 15. rokiem życia. U nas dotyczy ona tylko 15 procent nastolatków, a na przykład na Grenlandii – 75 procent. W Polsce średnia wieku, w którym młodzi rozpoczynają życie seksualne, wynosi 18 lat i jest dużo wyższa niż w innych krajach.

To akurat dobra wiadomość. Zdecydowanie tak. Bo, jak pokazują badania, bardzo wczesna inicjacja ma negatywne skutki zarówno dla zdrowia fizycznego, jak i psychicznego. Szczególnie u dziewcząt – u chłopców w mniejszym stopniu – wiąże się ona z objawami somatycznymi i depresją. Może więc nie martwmy się, że młodzież zaczyna trochę później. To tak wygląda, jakby rodzice musieli się o coś martwić. Za moich czasów martwili się zbyt wczesnym randkowaniem, teraz martwią się zbyt późnym. A ja myślę, że jeżeli już muszą czymś zaprzątać sobie głowę, to tym, żeby przekazać dzieciom wiedzę na temat seksualności. Tymczasem rodzice mają taki dziwny zwyczaj, że jak małe dziecko pyta, to oni mówią: „Jesteś za mały”. A potem to ono już nie chce z nami rozmawiać.

Radzi sobie samo. No właśnie nie, ono sobie samo nie poradzi. Gdy wkracza w okres buntu przeciwko rodzicom, to na ogół nie chce na te tematy z nimi rozmawiać. Ze względu na to, że rodzice irytują je nieprzytomnie, ale też dlatego, że jest skrępowane. Dorastanie to nie jest dobry moment na rozmowy z rodzicami o seksie.

To kiedy jest dobry moment? Wtedy, kiedy dziecko o to pyta, a nie wtedy, gdy my chcemy z nim o tym rozmawiać, bo nas coś niepokoi. Rozmawiajmy z dziećmi na tematy seksualności od małego, odpowiadajmy na ich pytania, obserwujmy je, edukujmy.

Ale też sami się edukujmy. Trafny postulat. Przez jakiś czas, gdy mieszkałam w Stanach, byłam przedszkolną konsultantką. I od czasu do czasu w przedszkolu, w którym pracowałam, wybuchała epidemia masturbacji u czterolatków. Telefonowano wtedy po mnie: „Niech pani przyjedzie, bo coś dziwnego dzieje się w przedszkolu, może było molestowanie”. A to po prostu jest tak, że w wieku czterech, pięciu lat dzieci mają tendencję do wzmożonego zainteresowania ciałem – bawią się w doktora, oglądają swoje części ciała, porównują się, chcą wiedzieć, jaka jest różnica między chłopcem a dziewczynką, dotykają swojego penisa czy waginy i czasem zaczyna im to sprawiać przyjemność, wtedy tę zabawę powtarzają. Inne dzieci to widzą, naśladują i wybucha „epidemia” masturbacji. Rodzice powinni to wiedzieć i wykorzystać naturalne zainteresowanie dziecka do przekazania mu wiedzy.

Jak zareagować, gdy zauważymy, że dziecko się masturbuje? Najpierw chwilę to poignorować. Nie wolno zawstydzać czy piętnować, trzeba natomiast wyjaśnić, że tego nie robi się na środku przedszkolnej sali ani na ulicy, że jeżeli już musi to robić, to w zaciszu swojego pokoju. Trzeba też wykorzystywać każdą sytuację do nauki szacunku dla innego człowieka. Oczywiście, trzeba dostosowywać rozmowy do poziomu rozwoju dziecka. W pewnym momencie warto wyjaśniać, jak wygląda romantyczna relacja, że drugiej osobie należy się wolność. Bo skąd oni czerpią wiedzę, jak się zachować na randce?

Od rówieśników? Też, ale przede wszystkim z filmów. W życiu wygląda to jednak całkiem inaczej niż w kinie. Pierwsza randka to strasznie krępujące wydarzenie, więc warto do tego młodzież przygotować, rozmawiać o możliwych scenariuszach. Na przykład o tym, że ktoś może ich zmuszać do czegoś, czego oni nie chcą. I że powinni wtedy asertywnie odmawiać, czyli nie bać się mówić „nie”, i umieć wycofać się z relacji. Pamiętajmy, że nastolatek przyjmie pewne rady, jeśli podamy je w odpowiednim momencie, czyli wtedy, kiedy jest na to gotowy. W wypadku 12-, 13-letniego dziecka za wcześnie na rozmowę o przemocy, jest na to za słabe emocjonalnie, lepiej porozmawiać z nim na przykład o szacunku dla innego i wymaganiu od innych szacunku dla siebie.

Co wtedy, gdy rodzice popełnili grzech zaniechania, nie rozmawiali z dziećmi o seksie, ciele? Mogą to potem jakoś nadrobić? Obawiam się, że będzie trudno. Jedyne, co mogę im doradzić, to żeby obserwowali dziecko i – jak trzeba – interweniowali. Bo jeżeli staje się ono ofiarą przemocy – a randkowa przemoc to bardzo trudne dla młodzieży przeżycie – to powinni interweniować. Także wtedy, kiedy to ich dziecko jest agresorem.

A jeśli nastolatek nie przyjmie naszej interwencji? To bardzo prawdopodobne, jeżeli nigdy wcześniej nie poruszaliśmy z nim wspomnianych tematów. Dobrze wtedy znaleźć osobę, której dziecko ufa. Wujka, dziadka, trenera, wychowawcę, drużynowego. Być może młody człowiek zechce z nim rozmawiać, bo dotrzeć do niego może tylko ten, kogo on zaakceptuje.

Łatwiej dotrzeć, gdy relacje w rodzinie były zawsze dobre? W zasadzie tak, bo dziecko uczy się przez modelowanie, obserwację. Jeżeli ojciec i matka traktują się nawzajem z szacunkiem, okazują sobie uczucia, dzielą się obowiązkami, to ono poniesie w życie taki właśnie wzór relacji między kobietą a mężczyzną. Ale nawet w rodzinach, w których rodzice mają dobrą relację z dzieckiem, w okresie adolescencji matka i ojciec zaczynają nastolatka irytować – że źle się ubierają, zachowują, nagle wszystko jest nie tak. Pamiętam, jak moja córka była nastolatką, a miałyśmy zdecydowanie dobrą relację. Mieszkaliśmy wtedy na Florydzie i często całą rodziną chodziliśmy na spacery plażą. Pewnego razu spacerujemy, a ona nagle znika. Potem okazało się, że zobaczyła kolegę z klasy i nas zostawiła, bo wstydziła się, że z nami idzie.

Wielu rodziców przeżywa takie zachowanie dzieci jako osobistą porażkę. A w tym wieku jest ono czymś normalnym. Nasza córka w dodatku wstydziła się tego, że mamy akcent, że inaczej się ubieramy. Rozumiałam to, przecież ona chciała być taką samą dziewczyną jak jej koleżanki i mieć takich samych rodziców, a my byliśmy inni. Ale nawet jak byśmy nie byli inni, to z innego powodu by nas kontestowała, bo tak to już jest w tym wieku. Dlatego jeśli wcześniej nie dotarliśmy do dziecka z przekazem na temat seksualności, to darujmy sobie nauki w wieku dojrzewania, bo najprawdopodobniej będzie to bezowocne.

Czekać, aż bunt minie? Nie czekać z założonymi rękami. Innym dobrym sposobem – oprócz szukania dorosłych sojuszników – jest skierowanie dziecka do środowiska, które podziela nasze wartości. Na przykład do szkoły społecznej o wartościach liberalnych. Albo do szkoły katolickiej, jeśli bliskie nam są wartości katolickie. Bo największy wpływ na nastolatka mają rówieśnicy.

Rodzice drżą na samą myśl o wyjeździe córki z chłopakiem na wakacje. Są przekonani, że nie mogą zabronić. Mogą? 13-latce mogą zabronić, ale już 16-latce zabronić nie sposób. Gdy zostajemy rodzicami, musimy pamiętać, że budowanie dobrej relacji we wczesnym dzieciństwie zaprocentuje. Nawet jeśli nastolatek powie: „Oj, mamo, nie zawracaj głowy” albo „Oj, tato, odchrzań się” – to wysłucha. Najważniejsze, żeby wiedział, że zawsze może na nas liczyć, nawet w najtrudniejszej sytuacji, że otrzyma od nas wtedy wsparcie, że staniemy za nim murem. Pamiętam z okresu dorastania mojej córki takie zdarzenie: późno w nocy dzwoni do mnie jej kolega i mówi: „Zaaresztowali mnie, pomóż mi”. Pytam: „Dlaczego do mnie dzwonisz, a nie do rodziców?”. Na co on: „Bo rodzice by na mnie nakrzyczeli, gdyby dowiedzieli się, że paliłem marihuanę”. Myśmy z mężem wtedy pomogli, ale powinni to zrobić jego rodzice.

Nastolatek zakochuje się, przeżywa skrajne emocje, cierpi. Rodzice nie wiedzą, jak zareagować. Bo jeśli zaczną się dopytywać, oferować pomoc, mogą się narazić na oskarżenia, że się wtrącają. Jeśli będą czekać, aż emocje opadną – dziecko może uznać: „No tak, rodziców nie obchodzi to, co przeżywam”. Co mają robić? Zachować czujność. Dopóki dziecko o nic nie pyta i nie prosi o radę, a rodzice widzą, że jego stan emocjonalny jest stabilny, można zostawić je w spokoju i pozwolić mu sobie samodzielnie radzić. Trzeba jednak w tym czasie bardzo uważnie je obserwować. Może się bowiem zdarzyć, że sytuacja przerośnie młodego człowieka, że emocje będą zbyt silne, pojawią się objawy depresji, czasem myśli samobójcze lub próba samobójcza. Jeśli rodzice zaobserwują symptomy depresji, powinni szybko i zdecydowanie interweniować.

Czyli? Odbyć poważną, wspierającą rozmowę i zabrać dziecko do psychiatry lub psychologa.

Wielu rodziców pozwala dzisiaj nastolatkom robić, co chcą. A oni tak naprawdę nie wiedzą, czego chcą. Pozwalanie na wszystko nie zapewnia wcale dobrej relacji, owocuje zagubieniem. Tak zwane wychowanie bezstresowe jest najbardziej stresującym wychowaniem. Dzieci potrzebują ram i te ramy powinny się rozszerzać w miarę ich dorastania.

Trudność bycia rodzicem polega na tym, że gdy stawia się granice za wąsko, podejmuje się decyzje za dziecko. Ono wtedy nie nauczy się odpowiedzialności, samodzielności, nie będzie miało poczucia sprawczości. A gdy granice postawi się za szeroko, to dziecko też się tego nie nauczy, bo będzie zagubione. Trzeba stopniowo „odpuszczać”. Trzylatek niech zadecyduje o wyborze koloru spodni, ale nie o pójściu do dentysty, to musi zrobić dorosły. Nastolatek powinien wcześniej zdobyć narzędzia do radzenia sobie w trudnych sytuacjach. W tym celu powinien pojechać bez rodziców na zieloną szkołę, obóz. I gdy potem wyjedzie sam, będzie wiedział, jak reagować.

Nastoletnia miłość idzie w parze z seksem. Znam rodziców, którzy nie mają oporów przed tym, żeby dać dziecku prezerwatywę. Bardzo dobrze, że dają prezerwatywę, ale mam nadzieję, że też z nim rozmawiają.

Z tym bywa gorzej. No właśnie. A młodzież musi przejść gdzieś edukację seksualną, w szkołach jej nie ma. W Ameryce też kiedyś w niektórych stanach nie było edukacji seksualnej. W szkole mojej córki, koszmarnej, nie wolno było używać słowa „prezerwatywa”, nie mówiąc o szerszej edukacji na temat zapobiegania ciąży, takie było lokalne prawo. Zaskarżyliśmy je i wygraliśmy.

Zauważyła pani, że dominujące uczucie rodziców to teraz lęk o dziecko, nawet nastoletnie? Coś w tym jest. Myśmy wychodzili sami na podwórka, nabijaliśmy sobie guzy i jakoś żyjemy. A moja córka – mieszka na Florydzie, ma trzech synów, najstarszy ma 11 lat – mówi, że teraz nie wysyła się dzieci na obozy, bo to jest niebezpieczne. W Stanach rodzice boją się, że dzieciom ktoś zrobi coś złego, wielu z nich nie posyła ich nawet na zieloną szkołę. Pytam córkę: „Dlaczego idziesz z chłopcami do parku? Mogą iść sami”. Na co ona: „Wszyscy rodzice tak robią”.

W Polsce ten trend też jest widoczny. W znajomych rodzinach, szczególnie tych wielodzietnych, go nie dostrzegam. Ale i w takich rodzinach nie ma gwarancji na bezkolizyjne wejście dzieci w życie, w tym uczuciowe i seksualne. Uczę studentów, że najważniejsze jest to, żeby poznawać swoje dziecko. Bo jeśli będziemy wiedzieli, w jakim tempie się rozwija, jaki jest jego system nerwowy, jak przeżywa kryzysy rozwojowe, to będziemy też wiedzieli, jak bardzo można mu zaufać, w jakich momentach będzie potrzebowało wsparcia. Poznawanie własnego dziecka to absolutnie najważniejsze zadanie rodziców. I drugie, też ogromnie ważne – zgłębienie wiedzy na temat psychologii rozwojowej dzieci. Bo kiedy będziemy wiedzieli, jak przebiega rozwój, to będziemy się mniej denerwowali. Zrozumiemy: „Aha, to jego zachowanie jest rozwojowe, a to wynika z indywidualnych cech”. Zatem nie zamartwiajmy się, tylko uczmy się dziecka i o dziecku.

  1. Psychologia

Jak rozumieć najbardziej wkurzające zachowania nastolatków?

Konflikt pokoleń to temat stary jak świat, jednak dziś dzieci dojrzewają szybciej niż kiedyś. (Fot. iStock)
Konflikt pokoleń to temat stary jak świat, jednak dziś dzieci dojrzewają szybciej niż kiedyś. (Fot. iStock)
Konflikt pokoleń to temat stary jak świat. Problem w tym, że dziś dzieci dojrzewają szybciej niż kiedyś i już rodzice dwunastolatków muszą stawiać temu czoło. Pedagożka Ewa Nowak zebrała najbardziej irytujące zachowania zbuntowanych nastolatków i wyjaśnia, co one faktycznie oznaczają.

Okres dojrzewania kojarzy się z buntem, hormonami, zmiennymi nastrojami i wiecznymi konfliktami o wszystko. Jednak jego istota to przejmowanie odpowiedzialności. Oba pokolenia widzą ten proces odmiennie, stąd aż tyle napięć. Nastolatki irytują swoich rodziców, którzy są przerażeni – muszą oddać odpowiedzialność nieodpowiedzialnemu (w ich opinii) dziecku. Tak było zawsze, ale świat ciągle przyspiesza, więc dziś między rodzicami a ich nastoletnimi dziećmi jest przepaść mentalna. I młodzi to czują, więc nie dają się wtłoczyć w stare schematy. Gdy więc twój nastolatek doprowadza cię do obłędu, odetchnij i pomyśl, że kiedy w końcu dorośnie, będzie żył w zupełnie innej rzeczywistości niż ty – i musi się do niej przygotować. Zatem może zamiast się wściekać, lepiej poznać, a przynajmniej próbować, świat naszych dzieci, zanim stanie się dla nas całkiem niedostępny...

Oto kilka dość powszechnych zachowań nastolatków wraz z ich przekładem na język dorosłych:

 

Gdy go proszę, żeby na chwilę odłożył komórkę i z nami porozmawiał, on mi mówi, że nie może, bo teraz jest ze znajomymi – nie wiem, jak z nim rozmawiać. On nie odróżnia Internetu od życia

– Piotr z irytacją opisuje zachowanie jednego ze swoich dwóch nastoletnich synów. To chyba najbardziej denerwujące dla rodziców: nastolatki świat realny i wirtualny widzą tak samo. Całe ich życie, wszystkie rodzaje aktywności (nauka, rozrywka, miłość, życie towarzyskie) odbywa się w sieci. Raport SOCIALPRESS „Nowe technologie – bilans zysków i strat” podaje, że 12 proc. nastolatków spędza on-line ponad 8 godzin dziennie. Do tego dochodzi niezrozumiały dla dorosłych syndrom FOMO, czyli lęk przed przeoczeniem informacji. Nastolatki wpadają w panikę na myśl, że miałyby spędzić jeden dzień bez telefonu – fonoholizm dotyczy 36 proc. polskich dzieci w wieku 12–19 lat. Taka jest rzeczywistość tego pokolenia, tymczasem ich rodzice używają mediów głównie jako narzędzi i wciąż chcą jeść obiady w gronie rodzinnym. Dla współczesnych nastolatków to strata czasu.

 

„Jadę z Bartkiem w Bieszczady” – oświadczyła tego lata moja piętnastoletnia córka i jej plan na tym się kończył. Gdy zapytałam, gdzie będą nocować, co jeść i  jak tam dojadą – krzyknęła: „Ty zawsze mi wszystko obrzydzisz! Nie ciągnij mnie w dół!”

– żali się mama piętnastoletniej Justyny. Współczesne nastolatki gardzą planowaniem. Wychowane w poczucie globalnego bezpieczeństwa i dostatku, każde wskazanie realiów traktują jak podcinanie im skrzydeł. Ich interesuje projekt, idea. Nawet niewinne pytania spotykają się od razu z wybuchem agresji. „Z nimi nie da się porozmawiać realnie o niczym” – niepokoją się rodzice. Niektórzy z nich przechodzą na tryb kontaktów poprzez media, bo inaczej – ich zdaniem – do tego pokolenia dotrzeć się nie da.

 

 „Nie ma jogurtu sojowego? To co ja będę jadł?”– szlag mnie trafia, gdy to słyszę. I on to mówi, stojąc od pięciu minut w drzwiach otwartej, wypełnionej po brzegi jedzeniem lodówki 

– wścieka się mama Kacpra. Cechą przyzwyczajonych do kultury nadmiaru nastolatków jest zafiksowanie na konkrecie. Lodówka może pękać w szwach, dla nich, jeśli o czymś zamarzą i tego akurat nie znajdą – nie ma w niej niczego. Nastolatki są skrajnie niecierpliwe, wymagają dokładnie tego, czego pragną, gardząc czekaniem i wszelkimi zamiennikami.

 

„Nie wrzucaj papieru do organicznych, mamo! Na serio aż tak trudno to zapamiętać?” – tak do mnie krzyczy mój dwunastoletni Julek

– mówi jego mama. Młodzi ludzie mają zaszczepioną w szkole świadomość ekologiczną i mimo że nie przestrzegają w domu żadnych zasad czystości, a nawet często nie pomagają rodzicom w niczym – to sprawy ekologii traktują śmiertelnie poważnie i bezlitośnie rozliczają dorosłych z wszelkich potknięć w tym zakresie. „Mój syn krzyczy, gdy wrzucę plastik nie tam gdzie trzeba, a sam bierze prysznic pół godziny i kupuje co trzy miesiące nowe, opakowane w plastik słuchawki” – wzdycha mama Julka. 

 

Ciągłe zmiany, ciągłe potrzeby, ja mam tego już dość. „W tym roku będę chodził na angielski, chiński, tańce, basen, łucznictwo, zajęcia teatralne, mechatronikę...” Mój Kuba chciał akurat w tym roku chodzić na karate, powiedziałam, że jest kimono po starszym bracie. Usłyszałam: „Chyba żartujesz, mam swoje pięćset plus”

– opowiada mama czternastoletniego Kuby. Ponieważ nastolatki wiedzą, że rodzice mają pieniądze, domagają się profesjonalnych strojów i sprzętów nowej generacji. Gdy szybko okazuje się, że kolejne hobby jest nudne, rzucają je bez żadnych wyrzutów sumienia.

 

 „Ale babcia pierdoli”

– to cytat z trzynastoletniej Magdy, dobrej uczennicy, która ma szóstkę z angielskiego, niemieckiego i uczy się chińskiego po lekcjach – język pokolenia Z jest bardzo swobodny. Już nie chodzi o słowa: „zajebisty” czy „dymać”, które kolą nas w uszy, ale wyrażenia z pierwszej ligi wulgarności. Każda generacja w jakiś sposób kontestuje wartości pokolenia rodziców. Chodzenie w rozszerzanych spodniach, długie włosy u chłopaków czy całowanie się na ulicy było kiedyś odbierane tak samo jak dziś słownik nastolatków.

 

Mój syn uważa, że wszyscy są kretynami. Matematyczka to idiotka, dziadek jest głupi, bibliotekarka to nawiedzone babsko

– skarży się tata Antka. To pokolenie nastolatków nie ma zakorzenionego naturalnego szacunku dla starszych. Według nich wszyscy są równi: wiek, doświadczenie, wykształcenie nie mają znaczenia. Nie wierzą w żadne tytuły ani stanowiska. Rodzice nie są w stanie zmusić ich do wizyty u dziadków lub przeproszenia nauczyciela.

 

Moja Majka wróciła ze szkoły i oświadczyła, że zwalniają matematyczkę. Zapytałam kto, myśląc, że chodzi o dyrekcję. Nic podobnego. Klasa Majki ustaliła, że matematyczka ma odejść. Nie dała sobie wytłumaczyć, że oni są w szkole, żeby się uczyć, a nie dobierać sobie nauczycieli. Strasznie się o to pokłóciłyśmy

– wspomina mama kolejnej nastolatki. To pokolenie czuje, że jest silne. Ma media, grupy, portale i jest mocne jak stal. Uważa, że ma władzę, bo ma narzędzia opiniotwórcze. Jest wymagające. Nie da sobie wcisnąć byle czego. Słabych nauczycieli również.

 

„I co z tego, że nie wiem, kim był Jagiełło? Do czego mi się to przyda? Tato, przestań, mam kalkulator. Przecież wszystko jest w sieci. Jakby co, to sobie sprawdzę”

– takie zdania słyszy wielu rodziców. Dzisiejsze nastolatki przyprawiają rodziców o ból zębów swoją wyłącznie pragmatyczną narracją. Jeśli nie widzą w czymś sensu, nie chcą nawet palcem ruszyć, nie zmusi się ich do wysiłku  czy działania w imię sztuki dla sztuki. Oni chcą wiedzieć, do czego im się to przyda.

 

„To nudne, nie będę tego wkuwać” – nasze dzieci mają dwa kryteria oceny: nudne i interesujące, i na tym koniec. Co jest nudne, tego się nie uczą. Kropka

– śmieją się  Hanka i Olaf, rodzice trójki nastolatków. Pokolenie Z jest przyzwyczajone do edurozrywki – nauka ma być przede wszystkim przyjemna. W ogóle życie ma być przyjemne. To dlatego tak ciężko z nastolatkami rozmawiać o czymkolwiek niemiłym, na przykład o konsekwencjach.

 

„Ja mam myć wannę? Weźcie kogoś do sprzątania”– naszej córki nie da się zagonić do żadnych prac

– tata Zuzi spokojnie stwierdza fakty. To pokolenie ma na wszystko rozwiązanie outsourcingowe. Przecież są firmy, ludzie, inni do roboty. Jeśli rodzice chcą się męczyć – proszę bardzo, ale nastolatki nie będą robić niczego, na co nie mają ochoty.

 

Nienawidzę tych jej tekstów przed jedzeniem: „Kiedy będzie obiad? Za dziesięć minut?! To ja zjadam pizzę”. I już sobie odgrzewa 

– mówi tata Julki. Aż tak niecierpliwego pokolenia jeszcze nie było. Wszystko ma być teraz, zaraz, natychmiast, w zasadzie zanim  nastolatki uświadomią sobie swoją potrzebę, powinna już być w trakcie zaspokajania. Sieć przyzwyczaiła ich do tego, że kształtuje ich potrzeby i natychmiast je zaspokaja, więc nic dziwnego, że tacy są.

Choć dorosłym czasem naprawdę trudno to wszystko zrozumieć, nie warto z nastolatkami walczyć. Dużo lepiej przyjąć postawę akceptującą i uczyć się od nich choćby tego, żeby wierzyć w siebie, nie bać się zmian i mieć więcej luzu.

 

  1. Psychologia

Świat nastolatka - wszystko albo nic

Nastolatek, choć krzyczy co innego, chce wtrącania się w jego sprawy. Frustruje go obojętność. (Fot. iStock)
Nastolatek, choć krzyczy co innego, chce wtrącania się w jego sprawy. Frustruje go obojętność. (Fot. iStock)
Nastolatek wyposażony jest przez naturę w uboższe „okulary poznawcze”, widać przez nie głównie dwa kolory: czarny i biały. Czyli albo jest „wspaniale”, albo jest „dramatycznie”. Co może zrobić rodzic? – Jednym z ważniejszych zadań jest przekonanie nastolatka, że świat ma też odcienie szarości, że rzeczywistość da się stopniować – mówi psychoterapeutka Agnieszka Binkul.

Szkoła to stres, tak powie każdy nastolatek. Jak zmniejszyć stres w szkole, a może wcale nie należy próbować? Może stres w szkole to element socjalizacji, a nauka radzenia sobie z nim to jedna z funkcji szkoły? Stres szkolny trzeba uznać za normę. Nie ma szkoły bez stresu i sądzę, że niemożliwe i niekorzystne byłoby jego całkowite wyeliminowanie. Bo szkoła jest jednym z pierwszych ważnych poligonów, które kształtują naszą tolerancję na stres. A umiejętność tolerowania i radzenia sobie z nim jest czymś absolutnie niezbędnym i bezcennym w dorosłym życiu.

Jakie są podstawowe źródła stresu w szkole? Prawdopodobnie my, rodzice, nie znamy wielu z nich... Należy zacząć od tego, na co nakłada się szkolny stres nastolatka, bo on pada na specyficzny grunt. Po pierwsze, typowym dla tego okresu rozwojowego mechanizmem jest skrajność w postrzeganiu i przeżywaniu świata. Dorosły niuansuje rzeczywistość, relatywizuje, odnosi się do szerszej perspektywy doświadczeń. Nastolatek ma uboższe „okulary poznawcze”, widać przez nie głównie dwa kolory: czarny i biały. Niewiele jest pomiędzy.

Po drugie, nastolatek debiutuje w roli „dorosłego”, kogoś, kto zaczyna sam radzić sobie z niepokojem. Rodzic nadal powinien wspierać i pomagać, ale jego rola w tym wypadku jest już inna – wcześniej całkowicie „opiekował się” stresem swojego dziecka. Nastolatka powinien raczej wzmacniać, towarzyszyć mu.

Po trzecie, nastolatek przeżywa konflikt, bo wciąż ważne są dla niego sposoby rozumienia świata oraz wartości rodziców, ale równie ważne zaczynają stawać się już te jego własne oraz te, które obserwuje u grupy rówieśniczej.

Kolejnym elementem jest proces kształtowania się poczucia tożsamości, obrazu siebie. To wszystko jest ekstremalnie trudne, tworzy chaos. I teraz proszę sobie wyobrazić, że będąc w takim stanie, ma pani zdać ważny egzamin czy zmienić szkołę... Dla nastolatka często życie dzieli się tylko na dwie kategorie: „ideał” i „porażka”. Nie zna kategorii „wystarczająco dobre”, więc jeśli wybiera sobie dziesięć szkół i trafia do trzeciej z listy marzeń, czyli całkiem dobrze – dla niego często to porażka na całej linii.

Stąd tyle łez, które mogliśmy niedawno obserwować wśród młodzieży podczas egzaminów do liceów… W rzeczy samej! I stąd liczne intensywne, emocjonalne dramaty nastolatków, które bezradni rodzice obserwują na co dzień. Czasem kompletnie nie mając pojęcia, co się dzieje. Bo tych stresów wokółszkolnych jest mnóstwo. Nie chodzi jedynie o kwestie związane z samą nauką. Ogromnej porcji stresu dostarczają relacje z rówieśnikami, budowanie, czasem trudne, pozycji w grupie. Jest wiele subtelności i drobiazgów, które dorosłym wydają się błahe, a dla dziecka są szalenie ważne. Nastolatek ma tendencję do fiksowania się na jednej sytuacji i budowania wokół niej swojego widzenia świata czy tego, kim jest. Często sam nie rozumie, dlaczego akurat tej jednej sytuacji przypisał tak ogromną wagę. To może być wypowiedziana na korytarzu, nawet w żartach, aluzja dotycząca wyglądu czy marki butów. Trudno przewidzieć, czego „chwyci się” lęk nastolatka i wokół czego będzie się nakręcał. Pracowałam z dziewczyną, która nie mogła pogodzić się z tym, że nie będzie miała możliwości, by zagrać w popularnym wśród młodzieży serialu. Nie będzie mogła, bo serial już powstał… Przytaczam ten przykład po to, by pokazać, że często naprawdę nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, co może być źródłem stresu dla naszego dziecka, które jest w intensywnym procesie kształtowania się własnej tożsamości.

I to nie znaczy, że nie znamy własnego dziecka, czyli… że jesteśmy złym rodzicem. Nie musimy wiedzieć, nie musimy zgadywać. Zresztą nastolatek niekoniecznie oczekuje, że rodzic będzie wszystko wiedział.

A czego oczekuje? Uważności, skupienia się na nim. To znaczy, że niekoniecznie trzeba wiedzieć, co dokładnie boli, ale wspólnie z dzieckiem zastanawiać się, szukać znaczenia tego symbolu, bo problem jest zwykle symbolem czegoś. Nastolatek czasem sam nie wie, co go boli najbardziej. Zajmując się takim – według nas – absurdalnym, kłopotem, możemy mimochodem go zbagatelizować, pomniejszyć jego znaczenie. Nam łatwo powiedzieć: „Czym ty się przejmujesz?!”. Ale zapominamy, że biologia umieściła w tym czasie nasze dziecko na rozwojowej bombie emocjonalnej.

Czynniki zewnętrzne również mu nie służą. Właśnie obserwujemy efekty reformy szkolnictwa. Jest ogromna grupa dzieci, które nie trafiły do szkoły swoich marzeń, czyli – w ich rozumieniu – są na dnie. Co może zrobić w takiej sytuacji rodzic? Jak tłumaczyć, jak pocieszać, jak pomóc? Spróbować zamortyzować ten „upadek”. Warto, by rodzice unikali pewnej grupy komentarzy, typu: „Jak nie będziesz się dobrze uczył, to trafisz do kiepskiej szkoły i będziesz zamiatał ulice”. Zdarza nam się wypowiadać takie kwestie, które biernie przyswajane są przez całe wczesne dzieciństwo, a w okresie dorastania ten magazyn uwewnętrznionych komunikatów otwiera się i wzmacnia sposób myślenia na zasadzie „Wszystko albo nic”. I jeszcze trudniej wytłumaczyć dziecku, że trzecia czy czwarta szkoła z listy nie jest końcem świata.

A jak dokładnie amortyzować ten „upadek”? Nie należy mówić: „Nic się nie stało”. Mamy taki odruch – chcemy ochronić, ratować. Ale to komunikat, który jest w tak dużej sprzeczności z tym, co dziecko czuje, że nie przyniesie dobrego efektu. Lepiej powiedzieć: „Przykro mi, wiem, jak to było dla ciebie ważne”. Można dodać: „Czasami układa się inaczej, niż pragniemy. Pewne rzeczy zależą od nas, niektóre nie”. Można podzielić się własnym doświadczeniem, przytoczyć jakąś swoją połowiczną wygraną i opowiedzieć, że to nie przełożyło się na całe dalsze życie, bo różne są drogi dochodzenia do celu…

Czyli pokazać odcienie szarości? Tak, to w ogóle jedno z ważniejszych zadań dla rodzica nastolatka – przekonać go, że życie ma więcej kolorów niż te jego dwa. A najważniejsze jest zbudowanie w dziecku poczucia, że ich więź jest bezpieczna, że ono jest dla rodzica ważne jako osoba i niepowodzenia nie mają wpływu na kształt ich relacji. Powtarzanie tego w trudnych momentach ma szczególne znaczenie.

Ale z tym też można pewnie przesadzić? Chodzi o to, by podkreślać wartość dziecka wynikającą z jego istnienia, a niekoniecznie osiągnięć, ale to nie może być „ślepe”, musi się odwoływać do rzeczywistości. Jeśli dziecko mało się uczy, należy się do tego odnieść: „Masz potencjał, szkoda, żebyś go nie wykorzystał, mógłbyś mocniej przyłożyć się do nauki i cieszyć się sukcesem, na który zasługujesz”. Chodzi o to, by wszystko, co mówimy dziecku, odnosiło się do stanu faktycznego, by nie była to afirmacja bez podstaw. Bo wtedy pod tym chwaleniem powstaje pustka i podbudowanie dziecka będzie bardzo kruche.

Już wiemy, że stres jest niejako wpisany w okres szkolny i dobrze, bo to ma swój cel, ale co my, rodzice, możemy robić dla dziecka na co dzień, by je wspierać, by ten stres utrzymywał się na „stosownym” poziomie? Znam nauczycielkę, która podczas zebrań powtarzała rodzicom, że ich zadanie to zadbać o takie rzeczy, jak: dobry, długi sen, wartościowe odżywianie. To ma duże znaczenie. Jeżeli człowiek jest w kryzysie, a tak możemy określić czas dorastania, trudno jest okiełznać lęki, smutek, wówczas ważne staje się wdrożenie takiego planu podstawowego, który pozwala łagodzić objawy stresu na poziomie ciała. Ten plan to dbanie o pierwotne funkcje, czyli sen, dietę, aktywność fizyczną. To przekłada się na większy spokój umysłu. Opieka nad ciałem, kiedy nie da się okiełznać myśli, przynosi ulgę.

A jak dziecko motywować? Wspomniała pani o „zamiataniu ulic”, o tym, że strach nie jest dobrą motywacją. A co nią jest? Pisanie scenariusza o kiepskiej przyszłości nie jest dobrą motywacją, bo upewnia dziecko w przeświadczeniu, że świat jest czarno-biały. A rodzic jest od pokazywania szarości. Trzeba rysować pozytywne obrazy, mówić o szansie, jaką daje nauka, odnosić się do jego mocnych stron, można wspomnieć o niewykorzystaniu potencjału, ale bez straszenia. Pod czarnym scenariuszem zwykle są dobre intencje rodzica, ale znacznie lepiej wzbudzić apetyt na sukces niż straszyć wizją porażki.

Rozumiem, że wskazywanie na innych, którzy dobrze sobie radzą, też nie jest dobrą motywacją. Porównywania nikt nie lubi. Tworzymy w ten sposób dwie kategorie ludzi: lepszych i gorszych, a dziecko ma zdecydować, do której grupy będzie należało. Lepiej wskazywać, że ścieżek w życiu jest tyle, ilu ludzi, że każdy ma własną drogę, a od nas w dużej mierze zależy, na ile ona będzie kręta. Ale – to ważne – potknięcie nie oznacza, że nie możemy dotrzeć do celu. Na końcu musi być happy end, bo dziecko w okresie dorastania przepełnione jest przede wszystkim lękiem.

Oczywiste jest, że każdy „normalny” rodzic chce dziecko wspierać, ale musi też umieć nie odpuszczać. Znalezienie granicy między wyśrubowanymi oczekiwaniami a odpuszczaniem kontroli to kluczowa kwestia. Tym bardziej że dziecko często nie chce usłyszeć od nas: „Nie martw się, będzie jak będzie”. Ono chce – nawet jeśli wykrzykuje coś odwrotnego – naszego wtrącania się w jego naukę, w jego sprawy. Potrzebuje, aby rodzic pytał, przypominał, mobilizował. Bywa to frustrujące, co wyrażają buntem, ale jeszcze większą frustrację rodzi w nich obojętność. Umawiamy się na coś z nastolatkiem, na przykład: ważne jest, żebyś nauczył się angielskiego, dlatego uczysz się godzinę dziennie, będę tego pilnował, nie odpuszczę. Czyli stawiamy granicę z zewnątrz w nadziei na to, że z czasem dziecko samo przejmie tę funkcję. I tak jak rodzic dbał o niego, będzie dbało o siebie.

Mam wrażenie, że żyjemy w świecie, w którym dziecko jest tak dalece pierwszoplanowe, że zapominamy o sobie. Okres dorastania jest trudny dla nastolatka, ale dla rodziców trochę przypomina chodzenie po polu minowym… Nawet nie trochę! Nasze uczucia także są ważne. Wiadomo, że jako dorośli mamy zdolność, by pomieścić w sobie emocje, kiedy dziecko nas atakuje, złości się, podważa nasz autorytet, ale tego nie należy znosić ze stoickim spokojem i bez końca. Rodzice czasem wpadają w pułapkę – nie chcą go dodatkowo frustrować, wycofują się. Nie da się nie frustrować nastolatka, powiedzmy to sobie jasno. Rodzic nie może bać się bycia stanowczym, kiedy chroni zasady i wartości, które uważa za ważne. Wtedy mówmy: „Nie. I kropka”. Tym bardziej że – znowu – dziecko, choć wyraża coś innego, często oczekuje od nas tego „nie”. Dom z nastolatkiem to zwykle tygiel emocji. Nie da się uniknąć frustracji, lęku, stresu. Próby „wyzerowania” tych stanów są utopią, ale można się nimi mądrze zaopiekować, nie zapominając, że liczy się również nasz stan ducha!

Agnieszka Binkul, psycholożka i psychoterapeutka, od 2004 r. prowadzi psychoterapię młodzieży i dorosłych. Pracuje  w Warszawskim Ośrodku Psychoterapii i Psychiatrii.