1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ucieczka z krainy dzieciństwa - jak wyjść z rodzinnych traum?

Ucieczka z krainy dzieciństwa - jak wyjść z rodzinnych traum?

Zdaniem psychologów, dojrzałość polega na rozliczeniu się z przeszłością. (fot. iStock)
Zdaniem psychologów, dojrzałość polega na rozliczeniu się z przeszłością. (fot. iStock)
Nawet najlepsi rodzice mają jakieś wady. Nadopiekuńczy lub zbyt surowi – autorzy naszych lęków, klęsk i rozterek. Nie obwiniaj ich za to, kim jesteś. Rozstań się z dziecięcym pokoikiem w sobie.

Proszą, by zdjąć z nich rodzinną klątwę, która nie pozwala im być sobą, cieszyć się pracą, rodziną, osiągać sukcesy. ,,Mój ojciec pił i teraz jestem w związku z alkoholikiem”, ,,Matka uważała, że miejscem kobiety jest dom. Nie potrafię znaleźć się w pracy”... – zwierzają się pacjenci pukający do gabinetów terapeutycznych. Większość z nich czuje, że nie żyje własnym życiem. Kierowani cierpieniem, szukają winnego: nadopiekuńcza matka, zbyt surowy ojciec, przedwczesna śmierć, rozwód itp. Co czwarta osoba jest DDA (dorosłe dziecko alkoholika), co druga wychowała się w toksycznej rodzinie… Epidemia, moda? Potrzeba wyjaśnienia, kto odpowiada za moje klęski?

Pytanie: W jakim stopniu dzieciństwo rzeczywiście determinuje dorosłe życie człowieka? I kiedy trzeba powiedzieć sobie: ,,Dość. Nie jestem już dzieckiem. To moje życie, biorę za nie pełną odpowiedzialność”?

Rodzinne klątwy

Jesteśmy jak drzewo, siłę czerpiemy z korzeni. Nasze korzenie to rodzinne dziedzictwo. Dzięki rodzinie stajemy się tym, kim jesteśmy. Poznajemy wartości, pomysły na to, czego chcemy od innych ludzi, a przede wszystkim weryfikujemy prawdę na swój temat. Potrzebujemy bezwarunkowej miłości i akceptacji rodziców. Ci chcą dla nas jak najlepiej, ale bywa, że stawiają swoje warunki: ,,Będę kochać dziecko grzeczne, posłuszne, pracowite…”.

I wtedy dla zdobycia rodzicielskiej miłości trzeba zaprzeczyć sobie, wyprzeć się własnych uczuć, pragnień, potrzeb. Rodzi się tzw. uwarunkowane poczucie wartości, bo tożsamość uzależniona jest od wymagań stawianych w  domu rodzinnym. Po latach wyruszasz w dorosłe życie z plecakiem pełnym wyniesionych z domu przekonań na temat świata, a przede wszystkim na temat samego siebie. Czeka cię konfrontacja tego „posagu” z  rzeczywistością. Dziewczyna traktowana w domu jak ,,głupia gąska”, nawet po kilku fakultetach nie uwierzy, że zasługuje na uznanie. ,,Klątwa” rzucona w złości przez ojca: ,,Żaden mężczyzna cię nie zechce!”, blokuje w  kobiecie wiarę, że zasługuje na miłość. Potrzeba wielu lat, żeby zweryfikować mocno ugruntowane przekonania. Nie jest to łatwy proces, ponieważ większość rodzinnych skryptów jest ukrytych w podświadomości, są jak niewidzialne kajdany, które wstrzymują kolejny krok na drodze indywidualnego rozwoju.

Zdaniem psychologów, dojrzałość polega właśnie na rozliczeniu się z przeszłością, symbolicznym rozprawieniu się z dziecięcym pokoikiem, który nosimy w duszy. Trzeba zabrać z niego tylko to, co naprawdę nasze, a odrzucić wszystko, co nie jest prawdziwą tożsamością. Potem zamknąć drzwi do przeszłości, na zawsze.

 

Syndrom porzucenia

Zawsze zaczyna się i kończy tak samo. Anka najpierw przeżywa wielkie zauroczenie, później wielkie rozczarowanie. Żaden jej związek nie przetrwał roku.

– Nigdy nie czułam się tak naprawdę kochana. Moi partnerzy mnie porzucają – dla pracy, pasji albo innej kobiety. Czasami to ja odchodzę, bo nie czuję się chciana, pożądana, podziwiana. Czy prawdziwa miłość rzeczywiście istnieje? Taka, w której mężczyzna i kobieta stają się jednym?

Anka jako dwutygodniowe niemowlę została oddana na wychowanie do dziadków. Czasami myśli, że to właśnie dlatego nie potrafi ofiarować ani przyjmować miłości.

Jak widzą jej problem terapeuci?

Wojciech Pierga (psychoterapeuta w nurcie POP – Psychologii Zorientowanej na Proces): Oddanie niemowlęcia na wychowanie do dziadków może być działaniem, przed którym małe dziecko nie jest w stanie się obronić, a odczuwa je jako nadużycie – to zawsze odbiera siłę i wewnętrzną moc. Może stać się skryptem powtarzanym w dorosłym życiu: ,,Nie zasługuję na miłość”. Ale lęk Anki przed odrzuceniem niekoniecznie musi wynikać z tej konkretnej sytuacji w dzieciństwie.

W terapii nie skupiam się tylko na przyczynach, uwzględniam też znaczenie, jakie pacjent nadaje minionym wydarzeniom. Tu zapytałbym, co dla Anki oznacza fakt, że czuje się niewystarczająco kochana. Ważne są jej indywidualne odczucia, a nie fakty. Jeśli pacjentka chce pracować nad problemem lęku przed odrzuceniem, w terapii odtwarza się sytuacje z przeszłości, po to, by ponownie je przeżyć, skonfrontować się z nimi i znaleźć rozwiązanie.

Elżbieta Sanigórska (psycholożka, psychoterapeutka pracująca w nurcie ericksonowskim): Celem mojej pracy jest sprawdzenie, w jakim momencie życia znajduje się pacjent, w którą stronę chce iść i co może mu w tym pomóc. Dlatego ważne jest, jaki kontakt ma Anka ze sobą – to podstawowa relacja w życiu człowieka i na niej buduje się relacje ze światem. Pacjentka, jak każdy z nas, nosi w sobie radosne i bolesne wydarzenia z dzieciństwa, co znajduje odzwierciedlenie we wspomnieniach, pomysłach na życie, słowach, a także jest zapisane w ciele. Dlatego ja poprosiłabym Ankę, by zrobiła „rzeźbę z ciała”, czyli zastygła w postawie, która najlepiej oddaje obraz jej obecnego życia. Jest ono walką, aktem bezradności, radością? Pomogłabym jej odkryć, co wzięła z rodzinnego systemu, co z tego jest naprawdę jej, a co powinna zostawić.

Teresa Raczkowska (psycholożka, psychoterapeutka prowadząca terapię humanistyczno-egzystencjalną): Nasze obecne życie budują różne doświadczenia, nie tylko te z dzieciństwa. Być może dziadkowie Anny cudownie zastępowali rodziców w roli wychowawców i doszukiwanie się w tym powodu niepowodzeń nie ma sensu. Jeśli pacjentka uparcie twierdzi, że jej los jest zdeterminowany dzieciństwem, zwróciłabym uwagę, na czym opiera to założenie. Jednak  przede wszystkim skupiłabym się na ,,tu i teraz”, na jej aktualnych relacjach z mężczyznami. Razem szukałybyśmy odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie czuje się kochana, co to dla niej znaczy i jakie ma oczekiwania w związku.

Miejsce kobiety

Elżbieta jest kobietą sukcesu. Bardzo lubi swoją pracę. Niedawno awansowała na kierownika działu, ale…

– Czuję się niedoceniana. Każdy mężczyzna na moim stanowisku na pewno wynegocjowałby znacznie wyższą pensję, a ja? No cóż, moi szefowie doskonale wiedzą, że zależy mi na tej pracy i nie muszą motywować mnie pieniędzmi.

Matka Elżbiety często powtarzała, że rolą kobiety jest zajmowanie się dziećmi i domem. Jeśli praca jest dla niej ważniejsza, to jaka z niej żona i matka? Ela jest pewna, że właśnie dlatego nie potrafi w pracy upominać się o to, co jej się słusznie należy.

Na co, w jej przypadku, zwracają uwagę terapeuci?

Wojciech Pierga: Podczas procesu wychowywania nasiąkamy pewnymi systemami przekonań, które tworzą tzw. pierwotną tożsamość, czyli wizję siebie. „Uważam, że jestem…” – np. uległa, nadopiekuńcza, naiwna... Większość takich poglądów wynosimy z domu. Ale istnieją w nas także procesy wtórne, które upominają się o zaistnienie w życiu, także poprzez to wszystko, co nam się przytrafia, a z czym się nie identyfikujemy. Być może ważnym krokiem w rozwoju Elżbiety byłoby teraz nauczenie się przebojowości czy umiejętności realnej wyceny swojej pracy i nad tym warto pracować. Dlatego próbowałbym odtworzyć na sesji sytuację, w której pacjentka nie potrafi upomnieć się o podwyżkę, i zwrócić uwagę, jakie informacje (werbalne i pozawerbalne) się pojawią: co będzie mówiło jej ciało, jakie wybuchną emocje itd. To one wskażą dalszy kierunek pracy. Może się okazać, że niska ocena własnej wartości Elżbiety wynika z przekonań wyniesionych z dzieciństwa, ale ta historia ma też związek z szerszym polem społecznym – z wyższą rangą mężczyzny na rynku pracy. Elżbieta być może potrzebuje to sobie uświadomić i uzyskać wsparcie, żeby to zmienić.

Elżbieta Sanigórska: Każdy z nas czuje się w obowiązku żyć zgodnie z rodzinnym przekazem. Być może przekonania matki na temat kobiet odnoszących sukces nie pozwalają córce w pełni cieszyć się osiągnięciami zawodowymi. Dlatego zaproponowałabym Elżbiecie, by porozmawiała – w wyobraźni – z innymi ważnymi dla niej kobietami (babcią, ciotką?) na temat roli kobiety w jej rodzinie. Może np. iść na cmentarz do babci i zapytać, co sądzi o jej kierowniczym stanowisku, kim naprawdę powinna być kobieta należąca do ich rodziny. Kiedy Elżbieta poczuje, że jej praca, zajmowane stanowisko są w zgodzie z rodzinnym przekazem, że ona jako kobieta „jest w porządku” – będzie w stanie przełożyć swój wysiłek na pieniądze.

Teresa Raczkowska: Zapytałabym Elżbietę, co musiałoby się wydarzyć w jej życiu, by poczuła się naprawdę doceniona? Być może jej głód sięga korzeniami dzieciństwa i to od matki, a nie od szefa potrzebowała potwierdzenia swojej ważności? Warto byłoby nazwać swoje niezaspokojone w dzieciństwie deficyty. Jeśli ambicje zawodowe Elżbiety są przede wszystkim jej buntem przeciwko matce, nie poczuje w pełni swojej siły sprawczej, dopóki będzie uwikłana w tę relację. Najważniejsza jest praca ze świadomością Elżbiety nad weryfikacją jej przekonań na temat roli kobiety.

Życie bez słabości

Iwona była późnym dzieckiem. Odkąd pamięta, rodzice powtarzali jej, że musi się jak najszybciej usamodzielnić, bo ich wkrótce może zabraknąć. Jako nastolatka opiekowała się najpierw umierającym ojcem, a potem chorą matką. Dziś jest niezależna, zaradna, ale bardzo często choruje.

– Kiedy infekcja unieruchamia mnie w łóżku, a zdarza się to przynajmniej raz w miesiącu, jestem w rozsypce, wszystko wali mi się na głowę – mówi.

Iwona, nawet w chorobie, nie lubi cudzej troski, nie pozwala nikomu sobie pomóc, zaopiekować się nią, chociażby zrobić zakupy.

Co powinna przepracować zdaniem terapeutów?

Wojciech Pierga: Wszystko to, co wypieramy, odrzucamy jako nieswoje, może pojawić się w postaci np. bólu gardła, kataru czy gorączki. W pracy z Iwoną szukałbym prawdziwego znaczenia symptomów jej choroby, czyli zwrócił uwagę na to, kiedy się pojawiają, jak na nią wpływa to, że tak często się przeziębia? Być może choroba jest jedynym momentem, kiedy Iwona choć trochę sobie „odpuszcza”, przez chwilę kontaktuje się ze „słabszą” częścią siebie? To, że nie pozwala się sobą zaopiekować, może wynikać z systemu przekonań wyniesionych z domu rodzinnego. Trzeba odkryć, co dla niej oznacza bycie słabą, dlaczego zawsze musi być samodzielna?

Elżbieta Sanigórska: Choroby dają nam okazję i szansę doświadczenia tego, że częścią życia jest również słabość. Bycie w prawdziwej relacji z samym sobą to odkrywanie wszystkiego, na co do tej pory się nie godziliśmy, czemu w sobie zaprzeczaliśmy. W Iwonie rozwinęło się jedynie to, co silne, dzielne, niezależne, zaradne, czyli zgodne z rodzinnym przekazem. Choroba to sygnał, że czegoś jej w życiu brakuje. Może pozwolenia sobie na słabość albo zaufania do świata i obalenia mitu, że tylko sama może się sobą zaopiekować.

Teresa Raczkowska: Iwona wypełnia rodzinny przekaz, który można by sformułować następująco: ,,Musisz sama sobie radzić”. Starsi rodzice w ten sposób przekazali jej kiedyś swój lęk o byt córki, a ona nadal trzyma się tego przesłania jako głównej zasady życiowej. Warto sprawdzić, jaką cenę płaci za ciągłe bycie silną i niezależną? Może stale żyje w stresie, napięciu, bo stara się osiągnąć coś ponad prawdziwe możliwości własnego organizmu? Jej ciało woła w chorobie: ,,Zajmij się mną!”. Iwona powinna go posłuchać, pójść za różnymi jego impulsami, zrozumieć, co naprawdę chce jej przekazać.

Jeśli ktoś w przeszłości odwrócił naszą uwagę od własnych potrzeb, pragnień, prawdziwej tożsamości, to dziś nie jesteśmy w stanie doświadczyć siebie w pełni albo zniekształcamy swój obraz, minimalizując własne potrzeby i ignorując sygnały płynące z ciała.

Zawsze inni liczą się od nas bardziej. I właśnie zmiana tego przekonania jest najważniejsza w pracy z Iwoną. Zaproponowałabym wyjść od pytania: „Co mogłoby się stać, gdyby pozwoliła sobie na otwarcie na siebie i pomoc innych?”. W chorobie każdy potrzebuje troski i opieki, nie musimy być samowystarczalni w stu procentach.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Technika Uwalniania – sposób na trudne emocje i choroby psychosomatyczne

Korzyści stosowania Techniki Uwalniania realizują się na kilku poziomach: fizycznym, emocjonalnym, duchowym, a także relacyjnym. (fot. iStock)
Korzyści stosowania Techniki Uwalniania realizują się na kilku poziomach: fizycznym, emocjonalnym, duchowym, a także relacyjnym. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Badania dowodzą, że Technika Uwalniania, opracowana przez dr. n. med. Davida R. Hawkinsa, amerykańskiego psychiatrę, jest niezwykle skuteczniejsza w łagodzeniu fizjologicznych reakcji na stres. Dlatego warto o niej przypomnieć w czasach, które wielu osobom kojarzą się z silnym niepokojem.

Umysł, wraz z myślami, które tworzy, napędzany jest przez uczucia. Z kolei każde uczucie, które się u nas pojawia, generuje wiele tysięcy powiązanych z nim myśli. Tworzy to pewien mechanizm, który sam się napędza. Ponadto większość ludzi przez całe życie tłumi uczucia lub próbuje od nich uciec. Niestety, ta wyparta energia kumuluje się i szuka ujścia poprzez choroby psychosomatyczne, zaburzenia na poziomie fizycznym, zaburzenia emocjonalne, zaburzenia zachowania i relacji osobistych. Skumulowane emocje blokują zarówno rozwój duchowy, jak i świadomość, a także powodzenie w wielu obszarach życia. Z pomocą może przyjść Technika Uwalniania.

Technika Uwalniania, która wykorzystuje „mechanizm poddania”, to praktyczna metoda usuwania przeszkód i przywiązań.

Jakie są korzyści stosowania Techniki Uwalniania?

Poziom fizyczny

Na tym poziomie technika działa na autonomiczny układ nerwowy, który często jest nadmierne stymulowany poprzez tłumione w ciele emocje. Pozbycie się tych stłumionych emocji odblokowuje m.in. akupunkturowy system energetyczny. Praktykując stale uwalnianie, odczuwa się coraz mniej zaburzeń fizycznych i psychosomatycznych, które często całkowicie znikają. Ciało, bardziej odprężone, zaczyna z powrotem optymalnie funkcjonować.

Poziom behawioralny

Gdy zmniejsza się niepokój i negatywne emocje, znika wówczas potrzeba, by od nich uciekać. Ucieczka przed emocjami przybiera bardzo różne formy. Zwykle są to nałogi (narkotyki, alkohol), rozrywka, nadmiernie długi sen. Rezygnując z tej ucieczki, odzyskujemy ogromne pokłady energii. Zwiększa się witalność, uważność, dobrostan, wydajność i bezwysiłkowe funkcjonowanie we wszystkich obszarach życia.

Relacje międzyludzkie

Kiedy trudne uczucia (które postrzegamy jako negatywne dla nas) zostaną uwolnione, wówczas podnosi się poziom uczuć pozytywnych (budujących). Skutkiem tego jest widoczna poprawa wszelkich relacji. Zwiększa się również nasza zdolność do kochania. Mamy mniej konfliktów z innymi, przez co poprawia się wydajność naszej pracy. Pozbycie się negatywnych blokad pozwala także na osiąganie zawodowych celów z dużo większą łatwością. Zanikają też zachowania oparte na poczuciu winy. Coraz mniej intelektualizujemy, a coraz bardziej korzystamy z intuicji. Skupieni na wewnętrznym dojrzewaniu i rozwoju osobistym często ujawniamy kreatywność i zdolności psychiczne, których się po sobie nie spodziewaliśmy. Niezwykle ważne jest to, że zmniejsza się poczucie bycia zależnym, tak zgubne we wszystkich relacjach międzyludzkich.

Poziom świadomości /uważności /duchowości

Odpuszczenie negatywnych emocji sprawia, że doświadcza się stale rosnącego szczęścia, zadowolenia, spokoju i radości. Wzrasta uważność i doświadczanie w swoim wnętrzu jedności z Jaźnią.

Każdy może łagodnie realizować wszystkie te cele poprzez ciche uwalnianie i odpuszczanie w każdej chwili codziennego życia. Dla lepszego śledzenia postępów zaleca się jednak robienie notatek  na temat swoich osiągnięć. Po chwilowej ekscytacji łatwo popaść w „znudzenie” systematycznością tej techniki. Pojawia się wtedy typowy opór i przekonanie, że „to nie działa”.

Jak praktykuje się Technikę Uwalniania krok po kroku?

  • Uświadom sobie dane uczucie, pozwól mu się w pełni ukazać i pozostań z nim w kontakcie. Pozwól sobie na odczuwanie.
  • Nic w nim nie zmieniaj – pozwól, aby swobodnie płynęło. To oznacza, że wyrażasz zgodę na to, że to czujesz, bez oceniania, opierania się, bez obawiania się tego uczucia, potępiania siebie za nie. Skupiasz się na uwolnieniu ukrytej za tym energii. Oznacza to porzucenie osądów i zdanie sobie sprawy, że to tylko uczucie.
  • Jesteś obecna / obecny z tym uczuciem i odpuszczasz wszelkie wysiłki, aby w jakikolwiek sposób je zmienić. Odpuść też chęć, by mu stawić opór. To właśnie opór powoduje, że uczucie trwa. Gdy przestaniesz stawiać opór lub próbować je zmienić, przejdzie ono w następne uczucie i będą mu towarzyszyć łagodniejsze doznania. Uczucie, któremu się nie opieramy, zniknie, gdy tylko wyczerpie się energia, która je napędza.
  • Kiedy uwolnienie następuje, natychmiast odczuwamy lekkość i szczęście.
Ważne: podczas uwalniania ignorujemy wszelkie myśli. Skupiamy się na samym uczuciu, a nie na myślach, które mu towarzyszą. Myśli nigdy się nie kończą, napędzają się same i generują kolejne. Myśli są racjonalizacjami umysłu, który stara się wyjaśnić obecność uczuć. Jeśli całkowicie uwolnimy i odpuścimy dane uczucie, zazwyczaj wszystkie myśli, które były z nim powiązane całkowicie znikają. (źródło: strona informacyjna Wyd. Virgo „Technika Uwalniania. Podręcznik rozwijania świadomości” Davida R. Hawkinsa).

Więcej na temat Techniki Uwalniania Davida R. Hawkinsa w wywiadzie („Droga do wolności”) z Joanną Heidtman, socjolożką i psycholożką :

  1. Psychologia

Uroki tajemnicy. O sekretach, które mogą ratować i niszczyć życie

Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. (Fot. iStock)
Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. (Fot. iStock)
Historyczne, polityczne, to tajemnice sensacyjne, ale tak naprawdę szokują przez chwilę. Za to sekrety nasze codzienne potrafią zniszczyć życie albo... je odbudować.

Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. Jeśli kiedykolwiek ukrywałeś czyjś ważny sekret – znasz ciężar tego brzemienia. A ujawnienie czyjejś tajemnicy? Nierzadko postrzegamy taki czyn jak przewinienie podobne do zdrady. Poinformowanie żony o tym, że jej mąż ma drugą rodzinę, wnuka o zbrodni dziadka albo dziecka, że jest adoptowane... Wiadomo, otwarcie takich tajemnic wywraca ludzkie biografie. A czy tajemnice potrafią zniszczyć życie tego, kto je nosi w sobie?

– Kiedy obawiamy się, że coś, co chcemy ukryć, może wyjść na jaw, żyjemy pod stałą presją, co nie pozwala nam swobodnie oddychać – mówi Zuzanna Celmer. – Funkcjonujemy niejako w dwóch rzeczywistościach: zewnętrznej i wewnętrznej, a takie rozszczepienie na pewno nie służy zdrowiu psychicznemu i fizycznemu. Niekiedy jednak, jeśli jest się absolutnie przekonanym, że zachowanie tajemnicy w jakiejś kwestii jest konieczne dla dobra człowieka lub sprawy – wówczas klauzula „tajne” ma wysoki priorytet w hierarchii wartości. Niesiemy ją w sobie przez całe życie z poczuciem słuszności tej decyzji.

Takim szczególnym przypadkiem jest adopcja. – Kiedy rodzice uważają, że adoptowane przez nich  dziecko nie może się dowiedzieć o tym fakcie, bo mogłoby mieć żal i poczuć się odrzucone przez biologicznych rodziców, będą ukrywać tę prawdę, ale i zadręczać się tym, że może ją usłyszeć od kogoś innego – mówi Zuzanna Celmer. – W historii rodzin często kryją się zdarzenia, o których nie mówi się nawet między sobą, pokrywając je milczeniem. Dodajmy do tego tajemnice biografii poszczególnych członków rodzin, ujawniające się na przykład w ustawieniach hellingerowskich, i nasze własne sprawy czy zachowania – większe lub mniejsze – o których dla swojego dobra wolelibyśmy zapomnieć.

Oczywiście, każda epoka ma swoją specyfikę. Na przykład nieślubna ciąża córki czy wdanie się syna w tzw. nieodpowiednie towarzystwo – starannie kiedyś ukrywane, wraz ze zmianą obyczajowości i poluzowaniem norm moralnych, nie jest już hańbą czy powodem do wstydu. Może nie rozpowiada się o tym wszem i wobec, ale też nie tai przed otoczeniem. Niemniej tajemnice istnieją nadal. Związane są choćby z historycznymi zawieruchami, jak druga wojna światowa, okres powojenny czy kolejne dekady polskich dziejów. Słowo sekret wydaje się mieć lżejszy ciężar gatunkowy i bardziej oznacza umowę o niezdradzaniu czegoś przed konkretnym terminem, zanim nie zostanie to „coś” ogłoszone, wykonane lub nie nadejdzie pora, żeby to ujawnić. Natomiast tajemnica jawi się jako „tajna”, a więc ukryta tak długo, jak to tylko możliwe. Czasami aż do śmierci.

Dziewczyna i chłopak

Piotrek pojawił się na szkolnym balu przebierańców niespodziewanie – do wczoraj mówił, że to głupie. Ubrany był w czarne skórzane kozaczki na obcasie. I miał makijaż! Przebił wszystkie zakonnice, pielęgniarki, hinduskie tancerki. Był lepszy od diabła i Batmana. Ola patrzyła na niego zauroczona. Minął rok odkąd zaczęli się spotykać, ale takiego Piotrka jeszcze nie znała. Zazwyczaj bywał spięty, zamknięty w sobie, znikał na treningach siatkówki. Twardziel. Ale ona cieszyła się, że nie włóczy się po pubach i nie ogląda za dziewczynami. Tego by nie zniosła. Jej poprzedni chłopak wariował na widok każdej z jej koleżanek i wreszcie bezpowrotnie odszedł z jedną z nich. Długo czuła się zraniona, przestała ufać chłopakom.

A potem pojawił się Piotrek. Nad łóżkiem zamiast Rihanny miał plakat z Eltonem Johnem. Spokojny, długo nalegał na spotkanie. Aż poszli wreszcie do kina i... trzymali się za ręce. Potem spacer, trochę pocałunków. Rozmowy, rozmowy, rozmowy. Wszystko po kolei. Tak jak według Oli powinno być. Najpierw poznawanie się, chodzenie za rękę, przytulanie, dopiero potem seks, układanie życia, rodzinne wakacje, dzieci...

I oto wyluzowany i rozbawiony Piotrek rozdawał wszystkim kokieteryjne spojrzenia i co chwilę wybuchał śmiechem. Tańczył nawet z Marcinem. „Nareszcie!”– pomyślała Ola. „Otworzył się. Dziś pójdziemy do... niego”.

Po balu chciała pojechać z Piotrkiem, on jednak zaprotestował. I w tym momencie Ola naprawdę się załamała. Wiedziała, że taka noc nieprędko się powtórzy. Płakała całą drogę.

Od tej pory nie było już tak jak dawniej. Coś się popsuło. Piotrek bardzo rzadko do niej dzwonił, nie zawsze też odpisywał na jej SMS-y. „Może jestem zbyt natarczywa? Seks to przecież nie wszystko” – myślała Ola. Ale po tygodniu nacisnęła guzik przy numerze 25 na jego domofonie.

Piotr nie chciał z nią rozmawiać, ale nie dała za wygraną. Winda. Jeszcze nigdy jazda tak się nie dłużyła. Drugie piętro. Setki myśli. Piąte piętro. Miliony pytań. Siódme. Zapukała. Drzwi otworzył Marcin. Ten, z którym Piotrek tańczył na balu. „Nie męcz mnie, Olu” – powiedział Piotrek – „Ja cię nie kocham. Chcę, żebyśmy zostali przyjaciółmi”. „Jeśli mężczyzna proponuje kobiecie przyjaźń, to znaczy, że to koniec miłości” – Ola przypomniała sobie słowa mamy.  Łzy spadały na niebieską sukienkę... Nie pamięta, jak wróciła do domu. Ale nie zapomni chwili, kiedy tajemnica wyszła na jaw.

Zadzwonił domofon. Ola odebrała. Znała ten głos! To głos Marcina. Skoczyła na równe nogi. „Skończmy te sekrety. To paranoja. Wszystkim będzie lżej. Ja i Piotrek jesteśmy razem od pół roku. Piotrek nie wiedział, jak ci to powiedzieć” – usłyszała.

Komentarz eksperta

Renata Bożek: Największą tajemnicą w tej historii jest to, dlaczego Ola po raz kolejny zakochała się w kimś, kto ją zdradził. Bo to, że Piotr wybrał Marcina, a nie Martę – jest bez znaczenia. Niepokoi to, że znów została sama, oraz że przez pół roku nie dostrzegła, że jej ukochany ma kogoś innego.

Najłatwiej w tej sytuacji byłoby oskarżyć Piotrka, że ją oszukiwał i ukrywał przed nią swoje prawdziwe uczucia i potrzeby. Ale to pójście na łatwiznę. Ono nie wniesie do życia niczego kreatywnego. Ola musi zrobić coś trudniejszego – rozwiązać własną tajemnicę, odpowiedzieć sobie: „dlaczego wybieram takich chłopaków i wchodzę w takie związki?”. Musi zrozumieć destrukcyjny mechanizm, który popycha ją w ramiona tych, którzy ją odrzucają i ranią. Zostawiają samą.

Do rozwikłania pozostają też tajemnice rodzinne. Jaki wzór związku Ola wyniosła z rodzinnego domu? Czy mama i tata dawali jej poczucie, że jest kochana? Ta wiedza będzie jej potrzebna po to, żeby w przyszłości zbudować udany związek. Radziłabym także rozmowę z kimś starszym i godnym zaufania. Psychoanalitykiem, psychoterapeutą, szkolnym pedagogiem…

Ojciec i syn

Gdy matka opowiedziała mu wszystko, Paweł poczuł ulgę. Od lat podejrzewał jakiś rodzinny sekret. Coś, co nieuchronnie prowadziło ich rodzinę do dezintegracji, nie pozwalało budować, za to łatwo gasiło z trudem zapalany ogień. Czasem się nad tym zastanawiał. Wiedział, że jego matka poznała w młodości mężczyznę, z którym łączyło ją wielkie uczucie, że po rozwodzie wróciła z córeczką do rodzinnego domu, a presja wywierana przez konserwatywnego dziadka doprowadziła do tego, że wyszła za mąż za jego ojca.

„Zaczęłam spotykać się z twoim ojcem z czystego rozsądku” – wyznała. „Szukałam kogoś, kto zaakceptuje mnie i twoją siostrę. Chciałam uciec z domu twojego dziadka, z zaściankowego świata, w którym rozwódka z dzieckiem była traktowana jak czarownica”.

Gdy Paweł przyszedł na świat, jego matka miała 28 lat, męża, M4 i jako takie szczęście. Mąż jednak pił regularnie. Paweł pamiętał ojca od zawsze jako alkoholika. I awantury, a przede wszystkim brak kontaktu. „Zawsze czułem, że nie jesteśmy do siebie podobni, że brak między nami więzi emocjonalnej. Że ja go tak naprawdę nie kocham, a on mnie też jakoś tak, dziwnie. Moją siostrę brał na kolana, mnie nigdy. Nienawidziłem chwil, kiedy atakował mamę. Zawsze brałem jej stronę i wtedy często padały słowa: »Bo mu powiem, bo mu powiem!«. Pewnie nieraz chciał wszystko wykrzyczeć, ale mama tak to organizowała, żeby prawda nie wyszła na jaw”.

Teraz, kiedy zmarł, Paweł wiedział już wszystko. „Był bezpłodny” – powiedziała matka – „Z tego powodu odeszła od niego pierwsza żona. Tak jak ja padł ofiarą małomiasteczkowych konwenansów. Facet, a nie może mieć dzieci? Doszliśmy do porozumienia. Skoro on był dobry dla mojej córki, postanowiłam zrobić coś dla niego. Pracowałam w kancelarii prawnej. Podobałam się mężczyznom. Wiedziałam, kiedy pójść do łóżka, żeby zajść w ciążę”.

Paweł słuchał z ciekawością. Jego dorosłe życie było już poukładane, nie czuł żalu do matki: „Chroniła mnie przed prawdą, szczególnie w okresie dojrzewania, z obawy przed tym, żebym nie wykorzystywał tego przeciwko niemu. Tak było lepiej. Co mógłbym zrobić jako zbuntowany nastolatek? Gnębić „mojego” ojca, który wychowywał mnie tak, jak potrafił? Ileż energii musiał wkładać w dochowanie tej wielkiej tajemnicy? Tak naprawdę bardzo mu współczuję” – mówi z przekonaniem Paweł.

A biologiczny ojciec? „Pan z kancelarii, tuż po tym jak mnie stworzył, został wydelegowany do pracy za granicą. Najprawdopodobniej nie ma zielonego pojęcia, że jestem na świecie. Nigdy się nie spotkaliśmy. Na początku korciło mnie, żeby go odnaleźć. Spotkanie własnego ojca na pewno stanowi jakąś pokusę. Może jest biedakiem, a może milionerem? To przecież mój prawdziwy ojciec. Tylko jeden i aż jeden, ale... z drugiej strony, po co miałbym mu fundować frustracje? Wchodzić nagle w jego może poukładane życie? Co nasze spotkanie mogłoby dla niego znaczyć? Szok? Zmianę światopoglądu? Nie, nie, nie zrobię mu tego. Na razie cieszę się wszystkimi pozytywnymi genami, jakie w sobie dostrzegam. Może właśnie po nim?”.

Komentarz eksperta

Renata Bożek: W historii Pawła widać, że poznanie rodzinnej tajemnicy ma wyzwalającą, twórczą siłę. Dlaczego? Każdy z nas potrzebuje spójnej autonarracji, czyli czegoś w rodzaju powieści lub scenariusza, w którym jesteśmy głównym bohaterem. Jeśli w tym „filmie” są białe plamy i sprzeczności, nasza postać jest niepełna, czegoś jej brakuje. Odkrycie brakujących „scen” we własnej historii daje pewność, że wiemy, kim jesteśmy. Pozwala lepiej zrozumieć to, co się w życiu wydarzało i wydarza.

W chwili gdy Paweł odkrył rodzinną tajemnicę, zrozumiał, dlaczego ojczym był dla niego taki obcy. Poczuł współczucie do człowieka, którego przez lata oskarżał i nie znosił. Dopiero teraz docenił jego starania. Przestał czuć się niekochanym synem. Dzięki temu uwolnił się od ciężaru przeszłości i był wreszcie w stanie wziąć odpowiedzialność za swoje wybory.

Odszyfrowanie rodzinnej tajemnicy bywa szansą na odnalezienie w sobie siły życiowej, zaakceptowanie tego, kim się jest, i uwolnienie twórczej energii.

  1. Psychologia

Style przywiązania - jak związek z matką wpływa na późniejsze relacje?

Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców.

Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców. Jakie wyróżniamy style przywiązania i jaki mają one wpływ na naszą relację z partnerem?

Ewa, lat 34, mama sześcioletniej Marty. Pewnego dnia, po awanturze z mężem, widzi w sobie swoją matkę. Silną, dominującą, wiecznie zagniewaną. Przypominają jej się kłótnie matki z ojcem, gdy była dziewczynką. Chowała się wtedy pod stołem i zatykała sobie uszy. W Martusi widzi małą Ewę – zalęknioną, ale też rozhisteryzowaną, roszczeniową. Odkrywa jeden ze stylów przywiązania u dzieci. Szuka ratunku u terapeuty. Terapia nie ocala wprawdzie małżeństwa, ale pomaga na nowo budować relacje z córką.

Część wspólna zbioru

Nie każdy z nas ma szczęście zobaczyć jak na dłoni siebie w swoim dziecku. To dlatego większość psychoterapeutów proponuje rozpoczęcie terapii od spojrzenia w siebie, choć to, co tam zobaczymy, bywa często skutkiem relacji z naszymi rodzicami. Nie znaczy to, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy popełniali błędy.

Często dopiero własne dzieci pokazują, jacy naprawdę jesteśmy. Uświadamiają nam style przywiązania z przeszłości. Są lustrem, w którym możemy się przejrzeć. Marta, córka Ewy, z byle powodu wpadała w histerię. Swoim zachowaniem pokazywała jednak nie to, „jak paskudny ma charakter” (cytat z ojca), ale to, co fundowali jej rodzice.

Dzieci są czymś w rodzaju wspólnego zbioru pomiędzy ojcem a matką, czyli są tym, co daję na rzecz związku ja i co ofiarowuje mój partner. Z czasem granice tej „części wspólnej” powiększają się o wszystko, co wnosi dorastające dziecko. Przez pierwsze lata życia jest ono jednak swoistą walizką, którą rodzice – często nieświadomie – zapełniają. Są pierwszymi osobami, z jakimi dziecko wchodzi w doświadczenie bliskich związków. Według Johna Bowlby’ego, brytyjskiego lekarza i psychoanalityka, od przebiegu relacji dziecka ze znaczącymi dla niego osobami we wczesnym okresie życia zależy jego funkcjonowanie psychiczne i społeczne w przyszłości. Style przywiązania u dzieci mają niebagatelne znaczenie.

Psycholog rozwojowy Mary Ainsworth przeprowadziła badania, które miały odpowiedzieć na pytanie, jak emocje matki wpływają na relacje z dzieckiem. Badania polegały na tym, że sprawdzano reakcję dziecka, gdy matka znikała z jego pola widzenia. Na tej podstawie określono trzy tak zwane style przywiązania u dzieci.

Mamo, zaopiekuj się mną, czyli style przywiązania u dziecka a późniejsze relacje z partnerem

Pierwszy, oparty na poczuciu bezpieczeństwa, prezentuje około dwóch trzecich dzieci. Co je wyróżnia? To, że ufają matce, czują się przy niej bezpiecznie, wierzą, że jest dostępna, wrażliwa i gotowa do wsparcia i opieki. Taka relacja buduje w małym człowieku poczucie własnej wartości oraz przekonanie, że ma prawo do miłości. A to z kolei sprawia, że chce on potem poznawać świat z dużą dozą pewności siebie, jest ciekawy nowych zjawisk i angażuje się w relacje społeczne. Dzieci prezentujące bezpieczny styl przywiązania jako osoby dorosłe potrafią tworzyć trwałe, zdrowe relacje. Umieją wspierać innych, ale też zwracać się o pomoc. Nie sprawia im trudności bycie zależnym od innych, potrafią również stawiać wyraźne granice. Po latach opisywali swoich rodziców jako troskliwych, uczuciowych, sprawiedliwych.

Badania Ainsworth pokazują, że około 20 procent dzieci przejawia inny styl przywiązania – lękowo-ambiwalentny. Aż tyle nie ma pewności, czy dostanie pomoc i pocieszenie! I dlatego stale upewniają się, czy aby mama jest blisko. Gdy próbuje się oddalić, gwałtownie protestują. A po jej powrocie z jednej strony się cieszą, a z drugiej – demonstrują gniew i opór. W dorosłości zamartwiają się o to, czy są naprawdę kochani i czy nie kochają za bardzo. Mogą stać się chorobliwie zazdrośni i czuć się niedoceniani przez partnera i inne ważne osoby, na przykład współpracowników. Badani o takim stylu przywiązania opisywali swoich rodziców jako agresywnych, kontrolujących.

Kolejne 20 procent dzieci cechuje unikający styl przywiązania. Takie dzieci mają poczucie odrzucenia przez matkę. A nabierają go dlatego, że są karane za próby nawiązania z nią bliskiego kontaktu fizycznego. Jako dorośli czują się skrępowani bliskością innych ludzi, stają się w ich obecności nerwowi, unikają intymności, nie ufają partnerowi. Wikłają się w przelotne związki seksualne i nadmiernie koncentrują, na przykład na pracy zawodowej. Wspominali rodziców jako wymagających, krytycznych i pozbawionych troskliwości.

Zamiana ról

Badania pokazują, że u 70 procent dorosłych (21-latków) styl nawiązywania relacji z partnerem jest taki sam jak styl przywiązania u dzieci do matki w wieku 12 miesięcy.

John Bradshaw, amerykański psycholog (ten, który ukuł termin „wewnętrzne dziecko”), twierdzi, że błędne koło powielania tego schematu da się przerwać. Zacząć trzeba od powrotu do swojego dzieciństwa, od obejrzenia go jak na zwolnionym filmie, przeanalizowania wspomnień i faktów. Dobrze jest przeprowadzić coś w rodzaju wywiadu ze sobą. Czy czuliśmy się wystraszeni, gdy mama znikała? Czy mieliśmy żal do rodziców, że wyjechali? Kto się nami opiekował, przytulał? Byliśmy chwaleni czy tylko karani?

Ewa przeprowadziła ze sobą taki wywiad. I co się okazało? Że panicznie bała się rozłąki z mamą, ponieważ ta postraszyła ją kiedyś (gdy była niegrzeczna): „Wyjdę z domu i więcej nie wrócę”. Odtąd lęk towarzyszył jej zawsze, gdy traciła matkę z oczu. Potem panicznie bała się zdrady i odejścia męża.

Ale aby przerwać przymus powielania schematu, nie można poprzestać tylko na uświadomieniu sobie tego, co jako dzieci przeżyliśmy. Trzeba też spróbować zrozumieć rodziców, spojrzeć na swoje dzieciństwo ich oczami. Żyli przecież w innych czasach, borykali się z różnymi trudnościami, nie mieli takiego dostępu do wiedzy na temat wychowania, jaki teraz mamy. A my chcieliśmy widzieć w nich bogów, którzy są w stanie wszystko dać i wszystko wiedzieć.

Gdy więc stajemy się dorosłymi, podziękujmy rodzicom za to, że kochali nas tak, jak potrafili, nie obarczajmy winą, tylko wybaczmy im i weźmy swoje życie w swoje ręce. Teraz to my jesteśmy rodzicami. Pamiętajmy: od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności. To taka naturalna wymiana – ono pobiera od nas lekcje stawania się autonomiczną osobą, a w zamian daje nam lekcje stawania się odpowiedzialnymi za drugiego człowieka.

Co się dzieje, gdy powstaje zbyt duża zależność rodzica z jednej strony i zbyt duża niezależność dziecka z drugiej? Ilustruje to taka oto sytuacja: Mama z dzieckiem przechodzą obok stoiska z zabawkami. Synek domaga się samochodu. Mama tłumaczy, że nie kupi mu autka. Synek krzyczy, rzuca się na podłogę. Mama czerwona ze wstydu, dla świętego spokoju, kupuje samochód i wściekła wyciąga malca ze sklepu.

Prawdziwy dialog

W tej próbie sił wygrywa dziecko, ale czy na pewno? Widząc poirytowaną matkę, zastanawia się: „Niby wygrałem, ale dlaczego mama jest taka zła?”. Satysfakcję z postawienia na swoim mącą synkowi wątpliwości, czy wobec tego mama go jeszcze kocha. Tak rodzi się brak poczucia bezpieczeństwa. Bo to poczucie budują rodzice, którzy kochają, ale stawiają granice, uczą, czego wolno, a czego nie, którzy w swoich reakcjach są przewidywalni, konsekwentni.

Ulegamy dzieciom między innymi dlatego, że nie radzimy sobie z gniewem – chcemy ukryć irytację i złość, którą one bardzo wyczuwają. A wszystko to z lęku przed ich reakcją!

Z kolei skutki zbyt małej niezależności dziecka i zbyt małej zależności rodziców ilustruje taka oto sytuacja: Synek wygląda przez okno samolotu i nagle woła: „Tato, popatrz, jaki piękny stadion!”. Na co tata: „Co ty pleciesz, tu nie ma żadnego stadionu”. „Ale ja go widzę!” – upiera się synek. Tata: „Stadionu nie ma w tym mieście”. „Widocznie lecimy nad innym” – odpiera rezolutnie chłopiec. „Nie dyskutuj ze mną!” – ucina ojciec. Po chwili kapitan samolotu informuje, że lecą nad Manchesterem. A w tym mieście stadion na pewno jest. Tata jednak udaje, że nie słyszy. Synek słyszy doskonale, ale już wie, że tata musi zawsze mieć rację.

Wszechwiedzący rodzice, którzy decydują, co jest prawdą, a co nie, sprawiają, że dziecko nie ma poczucia sprawczości, czyli nabiera przekonania, że nic od niego nie zależy. Nie ma więc ochoty, by się zmieniać, rozwijać, podążać za swoimi pragnieniami i talentami, bo po co, skoro kontrolujący rodzice i tak wiedzą lepiej. Ale w głębi duszy pozostaje złość i żal oraz głębokie poczucie niesprawiedliwości. W życiu dorosłym takie skrzętnie skrywane uczucia mogą mieć opłakane konsekwencje – jak niesamodzielność, trudności w radzeniu sobie z codziennymi problemami, zbyt duża zależność od zdania innych osób, niskie poczucie własnej wartości. Takie style przywiązania mają wpływ na relacje z partnerem.

Dziecko powinno móc wyrazić każdą swoją emocję. Być zauważone i bezwarunkowo kochane. A jednocześnie znać granice, których nie wolno przekraczać, i konsekwencje, jakie poniesie, gdy jednak nie będzie ich respektować. To wszystko daje mu poczucie równowagi i stabilności. Nawet jeśli odzywa się w nas stara płyta ze znanymi ze swojego dzieciństwa melodiami, starajmy się włączyć nową. I powtarzajmy dziecku: „kocham cię”. Bo ono zawsze potrzebuje takiego zapewnienia.

Konsultacja psychologiczna: Monika Myszka.

  1. Psychologia

Moralna wyższość jest niebezpieczna. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę

Gdy mamy o sobie przekonanie, że jesteśmy idealni, wtedy projektujemy na innych swoją ciemną stronę (fot. iStock)
Gdy mamy o sobie przekonanie, że jesteśmy idealni, wtedy projektujemy na innych swoją ciemną stronę (fot. iStock)
Jesteśmy niebezpieczni, gdy wierzymy, że nigdy nie krzywdzimy innych – mówi psychoterapeutka Bogna Szymkiewicz.

„Toksyczni rodzice”. „Toksyczni ludzie”. „Wredni ludzie”. „Wstrętni mężczyźni”. „Wstrętne kobiety”. „Toksyczni szefowie”. To są tytuły książek, które znakomicie się sprzedają. Jakbyśmy wierzyli w to, co mówił Sartre, że piekło to inni.
Nie ma ludzi wrednych, złych czy toksycznych. Są tacy, którzy w tym momencie swojego życia wybierają „ciemną stronę mocy” – mniej lub bardziej świadomie. I wtedy zaczynają zachowywać się w sposób wredny, niszczący czy manipulujący.

Twierdzą, że mają powody, żeby się tak zachowywać, po prostu muszą się bronić.
Oczywiście toksyczne zachowania mają swoje przyczyny. Wszyscy zbrodniarze świata doznali krzywd jako dzieci. Jeden z moich nauczycieli powiedział, że człowiek to zbyt delikatna istota, by znieść choćby jedno nadużycie. Nadużywani ludzie odpłacają potem innym, wyrównują krzywdy. Gdy jesteśmy zranieni, automatycznie zajmujemy miejsce ofiary. W środku jesteśmy obolałymi, słabymi istotami, ale na zewnątrz używamy ogromnej siły, niejako przeskakujemy z miejsca ofiary w miejsce prześladowcy, mściciela. Kontakt mamy jednak tylko z bólem ze środka, więc nie widzimy przemocy, którą fundujemy innym. Krzywdzimy siebie nawzajem w rolach, które odgrywamy w życiu. Wierzę jednak, że na najgłębszym poziomie jesteśmy połączeni miłością. Esencją naszego istnienia jest miłość.

Jeśli w to wierzymy, to z trudem przychodzi nam stawianie granic, bo widzimy pod toksycznym zachowaniem lęk i cierpienie.
Jeśli patrzymy na innych ludzi z moralną wyższością – bo przecież tacy biedni, więc trzeba im współczuć i ustępować – robimy im krzywdę. Jest w tym protekcjonalizm, a często też idealistyczna wiara, że oni się zmienią, gdy tylko zdobędziemy się na wybaczenie. Bo przecież „tak się nie robi” i „on się na pewno opamięta”.

Dziwimy się, że współczucie niczego nie zmienia. Mało tego – najczęściej rozwściecza prześladowcę, wzmacnia toksyczne zachowania.
Z miłości ustępujemy pola. A potem z niedowierzaniem patrzymy na spustoszenia dokonywane przez tych, którzy wybrali „ciemną stronę mocy”. Moralna wyższość jest niebezpieczna, bo rodzi się z takiego przekonania, że ja nigdy nie krzywdzę ludzi, a więc mam monopol na widzenie prawdy. Tymczasem – mówią o tym wszystkie tradycje duchowe – każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, potencjał, żeby zabić. Uczestniczyłam kiedyś jako prowadząca w psychologicznych badaniach dotyczących moralnych zachowań. Pierwsza część testu polegała na rozwiązaniu zadania, które było skonstruowane tak, że aby je rozwiązać, nie można było nie oszukiwać. Potem uczestnicy wypełniali ankietę na temat własnych poglądów moralnych na życie. Wyniki były zaskakujące: ci, którzy uważali, że nigdy nie oszukują i zawsze są kryształowi, częściej oszukiwali w pierwszej części zadania. Gdy mamy o sobie przekonanie, że jesteśmy idealni, wtedy projektujemy na innych swoją ciemną stronę, widzimy w innych mnóstwo zła. Im bardziej chcemy być doskonali i upieramy się, że czynimy samo dobro, tym bardziej jesteśmy głusi na krytyczne informacje na temat naszych zachowań.

Tylko miłość uzdrawia – tyle razy słyszymy to zdanie, że w chwili, gdy w sposób zdecydowany przeciwstawiamy się przemocy, możemy poczuć się kiepsko.
Duchowość to nie miękkość. To siła. Miłość, ale i moc. Nie chodzi o to, by kogoś zniszczyć, odpłacając mu pięknym za nadobne, ale by w zdrowy, mocny sposób postawić granice, nie zgadzać się na nadużycia, powiedzieć: dosyć, dalej ani kroku! Jeśli wycofuję swoją siłę, wtedy nie mówię, jaki jest mój punkt widzenia, nie daję więc drugiej osobie tych informacji, które są jej potrzebne, by mogła się rozwijać jako istota ludzka. Nie bądźmy bezbronni wobec ludzi, którzy nas niszczą. Potrzebujemy siebie nawzajem, żeby się przed nimi bronić. Jeśli mamy do czynienia z szefem, który zachowuje się wrednie, nie unikajmy go, nie plotkujmy po kątach, ale skonfrontujmy się z nim, ujawnijmy jego niszczące strategie. Samemu trudno to zrobić, ale gdy dziesięć osób z zespołu przeciwstawi się, powie o tym zwierzchnikom szefa, jest szansa na zmianę. Potrzebny jest nacisk społeczny. Może nie powinniśmy podawać ręki takim ludziom? To byłby początek ruchu społecznego, potężna forma nacisku. Potrzebujemy wzrostu indywidualnej świadomości, ale potrzebujemy też nowych wzorców bycia ze sobą w grupie, nowych reguł współżycia, nowych praw i opartych na nich instytucji. Tak wielu z nas doświadcza wewnętrznego niepokoju, wierząc, że tylko dzięki władzy, kontroli i manipulacji możemy być kimś wartościowym i zyskać uznanie społeczne. Ale tak nie musi być, nie musimy ze sobą walczyć. Takie akcje społeczne, jak „Kocham, nie biję”, „Kocham, mam czas”, tworzą nowe pole świadomości, nowy wzorzec. Wierzę, że żyjemy w czasach głębokiej transformacji. Wierzę, że możliwy jest taki świat, w którym będzie się liczyło zdanie każdego człowieka; zrozumiemy, że porządek oparty na władzy i dominacji nikomu nie służy, niszczy wszystkich, także tych sprawujących nad nami toksyczną władzę.

W różnych duchowych naukach spotykamy taką pociągającą koncepcję, że drugi człowiek bez względu na to, jak byłby toksyczny czy wredny, jest aspektem nas samych. Że możemy się w sobie przeglądać jak w lustrach. I że ktoś dla nas najtrudniejszy w kontakcie jest naszym największym nauczycielem.
Opacznie to rozumiemy. Po pierwsze nawet jeśli ten drugi to też ja, w żadnym razie nie znaczy to, że zachowuję się tak samo wrednie czy toksycznie jak on. Przeglądam się w nim, żeby dokonać w sobie transformacji. Jeśli jestem otwarta i współczująca, a on zamknięty i silny, to być może potrzebuję „wziąć” od niego trochę jego siły, a w pewnych obszarach zamykać się – jak on – żeby siebie chronić. Przeglądam się w nim nie po to, żeby wpaść w poczucie winy i znów o coś siebie oskarżyć – „bo skoro nie akceptuję toksyczności, to znaczy, że mam problem” – ale żeby siebie wzmocnić. Ktoś, kto mnie krzywdzi, nie jest moim dobroczyńcą. Oczywiście mogę z czasem dojść do wniosku, że wiele nauczyłam się z tego, co mnie spotkało, ale to moja decyzja, by w ten sposób się uczyć. Mówienie komuś z góry: „to twój nauczyciel”, jest nadużyciem.

Najlepiej, gdybyśmy mieli w sobie i miłość, i współczucie, i mocne granice, i byśmy byli solidarni społecznie.
Zawsze warto próbować się porozumieć. Jednak jeśli czuję, że to, co mówię, jest wykorzystywane przeciwko mnie, rozbijam się o mur, jestem oskarżana, znowu manipulowana, nie będę długo się narażać, powiem: dosyć! Nie życzę sobie dalszych kontaktów. A jednocześnie życzę tej osobie jak najlepiej.

Bogna Szymkiewicz: dr psychologii, pracuje w Instytucie stosowanych Nauk Społecznych UW. Dyplomowana terapeutka i nauczycielka pracy z procesem. Autorka książek.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru magazynu Zwierciadło

  1. Psychologia

Ojciec, czyli ten obcy. Jaką rolę pełni ojciec w wychowaniu dziewczynki?

- Matka jest niezbędna do przetrwania fizycznego dziecka, a ojciec jest potrzebny, żeby dziecko się mogło stać członkiem wspólnoty. Matka reprezentuje naturę, a ojciec – kulturę - mówi psychoterapeutka psychoanalityczna Danuta Golec. (Fot. iStock)
- Matka jest niezbędna do przetrwania fizycznego dziecka, a ojciec jest potrzebny, żeby dziecko się mogło stać członkiem wspólnoty. Matka reprezentuje naturę, a ojciec – kulturę - mówi psychoterapeutka psychoanalityczna Danuta Golec. (Fot. iStock)
Najpierw pojawia się jako siła z zewnątrz, która ma za zadanie rozbić jedność dziecka z matką. Pokazuje mu świat – ze wszystkimi jego granicami i zakazami, ale też fascynującą różnorodnością. Według freudystów dla dziewczynki ojciec jest też poligonem, na którym może testować kiełkującą kobiecość. Psychoterapeutka psychoanalityczna Danuta Golec (z pewnym wsparciem Billa Murraya) wyjaśnia, jak powinna wyglądać ta relacja.

Jaką rolę odgrywa ojciec w wychowaniu córki? Jest dla niej wzorcem męskości? Opiekunem? Czym różni się jego rola od roli matki? Może to, co powiem, będzie niepoprawne politycznie, ale my, psychoterapeuci psychoanalityczni, nie mamy wątpliwości: dla dziecka – zarówno dziewczynki, jak i chłopca – najważniejsza jest matka. Czyli: matka jest tylko jedna i matka jest najważniejsza (śmiech). Mój nauczyciel, psychoanalityk Franco De Masi, twierdzi: „Jeśli są problemy z matką we wczesnym stadium rozwoju, to będą potem duże problemy psychiczne, jeśli z ojcem – to nie takie duże”. Ujmę to w dużym skrócie: matka jest niezbędna do przetrwania fizycznego dziecka, a ojciec jest potrzebny, żeby dziecko się mogło stać członkiem wspólnoty. Matka reprezentuje naturę, a ojciec – kulturę.

Niezależnie od płci dziecka? Niezależnie. Kiedy matka jest w ciąży, rolą ojca jest zapewnienie jej bezpieczeństwa i opieki – fizycznie i psychicznie. Może pomasować plecy, kupić wyprawkę dla dziecka, zawieźć do lekarza. Kiedy dziecko się rodzi, nadal pozostaje w tle i nadal powinien zapewniać matce opiekę – tym razem chroniąc ją przed nadmiarem ciekawskich krewnych albo wstając w nocy do płaczącego dziecka, żeby ona mogła trochę odpocząć. Ale cóż, piersią nie nakarmi, często też nie uspokoi, bo dziecko zna rytm serca i zapach matki, a ojciec jest dla niego ciałem obcym. I to w pewnym momencie zaczyna grać na korzyść ojca. Ponieważ może to brzmieć paradoksalnie i zaskakująco, postaram się zwięźle tę kwestię objaśnić.

Matka jest jak strefa komfortu, którą dziecko kiedyś musi opuścić, by się rozwijać. Początkowo zaspokaja ona wszystkie potrzeby dziecka, do tego stopnia, że dochodzi między nimi do pewnego zlania się, czyli oboje nie wiedzą, gdzie dokładnie kończy się matka a zaczyna dziecko, co jest „jej”, a co „jego”. Na początku istnienia, jeszcze przed narodzinami, stanowi to fakt biologiczny, a potem przez jakiś czas jest to potrzebne dla rozwoju psychicznego dziecka. I ojciec ma za zadanie pojawiać się w tej niezróżnicowanej parze, by ją stopniowo rozdzielać. Z czasem jest to bowiem coraz bardziej potrzebne – zarówno matka, jak i dziecko powinni trochę od siebie odetchnąć, wyodrębnić się.

Ta naturalna symbioza kończy się gdzieś koło 9–10 miesiąca życia dziecka, co bywa trudne. Ale by dziecko stało się człowiekiem, musi wykonać ruch, który potem powtarza się mnóstwo razy w jego dzieciństwie, a który my fachowo nazywamy „przechodzeniem od zasady przyjemności do zasady rzeczywistości”, czyli od przeżywania świata jako miejsca, w którym moje potrzeby są natychmiast zaspokajane, do przeżywania świata jako miejsca, w którym są jakieś granice, a nie samoobsługowego sklepu otwartego całą dobę. I to właśnie wnosi ojciec.

Do dziecka zaczyna docierać, że jest taki dziwny pan, który wchodzi i zabiera gdzieś mamę, a potem robi z nią różne rzeczy, na przykład robi z nią nowe dzieci. Co więcej, ona nagle zaczyna mu okazywać czułość, a do tej pory okazywała ją tylko mnie. Czyli – i to jest nowość – mama nie istnieje tylko dla mnie. Ale, uwaga, kiedy ojciec się pojawia i dziecko go rejestruje, to ono rejestruje go poprzez matkę. Tak jakby patrzyło na nią i pytało: „Lubimy tego pana czy nie?”, „A może on jest nieważny?”. Dlatego liczy się nie tylko to, co matka sądzi na temat realnego ojca jej dziecka, ale też wzorzec ojca, jaki wykształcił się w jej umyśle – nazwijmy go roboczo „wewnętrznym ojcem matki” – bo według tego wzorca traktuje swojego męża czy partnera.

A co jeśli na tym etapie w życiu dziecka ojciec nie jest obecny? Ma to wpływ na prawidłowy rozwój? Bez matki – a mam tu na myśli nie tyle matkę biologiczną, co opiekunkę dziecka, karmiącą go i opiekującą się nim 24 godziny na dobę – dziecko nie przeżyje. Natomiast bez ojca można przeżyć, co więcej – można nie mieć ojca, który uczestniczy w naszym wychowaniu, a jednocześnie mieć wspomnianego już wewnętrznego ojca, co jest potrzebne, by budować potem zdrowe relacje. Bo dziecko – jak już powiedzieliśmy – najbardziej instynktownie odczytuje nie tyle nawet swojego ojca, co wewnętrznego ojca swojej matki. Jeśli więc matkę ktoś albo coś odciąga od dziecka, jeśli ma ona jakieś swoje inne sprawy, jeśli potrafi stawiać granice – to znaczy, że ma w sobie wykształconego wewnętrznego ojca. Taka matka, nawet jeśli jest samotna, może dla rozwoju psychicznego dziecka pełnić rolę zarówno matki, jak i ojca. Chociaż na pewno nie jest to dla niej łatwe, bo to duże obciążenie – nie tylko życiowe, ale też psychiczne.

Wewnętrzna matka to bezwarunkowa miłość, wewnętrzny ojciec – granice? Tak, oczywiście w bardzo dużym skrócie. Chcę powiedzieć, że wystarczy – jeśli nie ma w życiu dziecka figury realnego ojca – by matka miała w swojej głowie przekonanie, że dziecko nie jest jej jedynym pragnieniem, bo wtedy ono to odbiera i to wspiera go w rozwoju. Choć może też się zdarzyć, że w otoczeniu dziecka jest ojciec realny, ale jest on przez matkę tak zmarginalizowany – niczym klasyczny Dulski – że nie wypełnia swojej rozwojowej roli. Bo matka nie wpuszcza go między siebie a dziecko.

Podkreślam to dlatego, żeby z jednej strony nie skazywać córek czy synów wychowanych przez samotne matki na to, że zawsze będą jacyś wybrakowani, bo to nieprawda, a z drugiej nie myśleć, że skoro ojciec był w domu, to wszystko w porządku. No i pamiętajmy, że problemy, o jakich dzisiaj rozmawiamy, kształtują się przez kilka pokoleń.

To znaczy? Zarówno matka dziecka, jak i ojciec mają – lub nie – wspomnianego wewnętrznego ojca i, oczywiście, wewnętrzną matkę, czyli psychiczne reprezentacje postaci i ról rodziców. I to jest ta baza, na której dziecko może budować własne wzorce roli ojca i matki. Największy problem pojawia się wtedy, gdy ojciec w głowie matki (lub ojca) jest nieobecny lub osłabiony, nieważny, wyautowany.

Na przykład matka nie jest w stanie postawić swojemu dziecku żadnych granic i podczas terapii okazuje się, że w jej rodzinie ojciec był takim właśnie panem Dulskim, a matka – królową ula. Jeśli do tego realny ojciec dziecka z różnych powodów nie pojawi się w jego życiu – maluch nie ma skąd czerpać tego ważnego dla jego rozwoju przekonania, że „nie wszystko mogę”. Bo ojciec jest potrzebny głównie do tego, by dziecko mogło wejść w społeczność, mogło się socjalizować, a żeby to zrobić – musi poznać i uznać pewne zakazy.

Czyli dobry ojciec powinien stanowić zasady? Bycie ojcem to złożony i niełatwy projekt, a stanowienie zasad to tylko jedno z zadań. Porozmawiajmy więc najpierw o tym, co to znaczy być ojcem.

Nie jest to kwestia biologiczna, do tego trzeba osiągnąć pewien poziom rozwoju emocjonalnego. Dobry ojciec powinien stawiać potrzeby dziecka przed swoimi, czyli być oddanym rodzicem – a to wcale nie jest dla mężczyzny takie oczywiste. Czy będzie to potrafił, zależy w dużym stopniu od tego, jakiej opieki on sam doznawał w dzieciństwie. Po drugie, bardzo ważne jest, by miał wyraźną i dojrzałą tożsamość, by wiedział, kim jest. To uchroni go przed tymi wszystkimi huśtawkami, które są w sposób naturalny wpisane w bycie ojcem.

Kolejna rzecz, kluczowa dla rodzicielstwa, a dla ojcostwa szczególnie – mężczyzna musi mieć poczucie swojej tożsamości seksualnej, czyli swojej męskości. Nie chodzi o to, by się zachwycał sobą, że ma takie piękne owłosienie i mocne mięśnie, ale by umiał rozpoznawać i doceniać różnice między płciami.

Dlaczego to takie istotne? Znów podam coś niepoprawnego politycznie, ale psychoanaliza nigdy nie była politycznie poprawna – najpierw obrazoburcza i skandaliczna, a dziś uważana za zbyt tradycjonalistyczną i niepostępową. To, co powiem, wymagałoby na pewno bardziej pogłębionego omówienia, ale wtedy napisałybyśmy książkę, a nie wywiad, więc muszę przedstawić to w skrócie, ryzykując uproszczenie tematu. Otóż według psychoanalizy różnica między płciami to jedna z tych różnic, którą zaliczamy do faktów życiowych. By zachować zdrowie psychiczne i tworzyć nieuszkadzające relacje, należy te fakty zauważyć, uszanować i docenić. Należą do nich między innymi różnice między pokoleniami i różnice między płciami. Jeśli te granice są przekraczane, a różnice niwelowane, pojawia się pole do nadużyć. Bo jeśli nie ma uznania dla tych różnic, to ojciec może równie dobrze mieć relację seksualną z córką.

Zatem faktem jest, że różnimy się płciami, co nie znaczy, że któraś z nich jest ważniejsza lub lepsza od drugiej – one po prostu są inne. Płcie mogą wymieniać się funkcjami, ale mają jednak różną biologię. Oczywiście, nie oznacza to, że ojciec ma nie angażować się w opiekę nad dzieckiem, pielęgnację niemowlęcia czy ma nie brać „tacierzyńskiego”. To są fantastyczne doświadczenia, budujące więź ojca z dzieckiem. Niemniej ojciec musi pamiętać też o swojej roli.

Zatem, żeby stać się ojcem, trzeba pogodzić się z istnieniem tych różnic. Mieć świadomość: „Jestem mężczyzną, kimś innym od kobiety, nie dewaluuję kobiecej płci, nie twierdzę, że jestem lepszy, ale wiem, że jestem różny”. Wtedy dopiero mężczyzna może się pokazać dziecku jako „ten inny”. Poza tym ojciec musi być silny psychicznie, by zniósł wykluczenie z romansu matki i niemowlęcia, musi trzymać w umyśle i dziecko, i matkę.

A kiedy ojciec staje się dla dziewczynki czymś innym niż tylko ciałem obcym czy zakazem? Kiedy na przykład staje się też obiektem pożądania? W rozwoju człowieka dwa razy dochodzi do takiej sytuacji. Pierwszy okres to tak zwana faza edypalna, drugi to okres dojrzewania, choć wtedy dużą rolę w kształtowaniu się seksualności odgrywają też rówieśnicy. Ale wróćmy do pierwszej fazy.

Istnieje wiele teorii psychoanalitycznych na temat fazy edypalnej, w pewnym skrócie możemy powiedzieć, że ojciec po raz pierwszy pojawia się jako obiekt miłości dziecka, a nie tylko ktoś, kto wkracza i zabiera mamę, około 3. roku życia. Wtedy synek zakochuje się w mamusi, a córeczka w tatusiu, czyli słyszymy te rozbrajające oświadczenia dziewczynek, że kiedy ona dorośnie albo kiedy mama umrze, to ona wyjdzie za mąż za tatę. Tyle tylko że ona tak nie myśli dosłownie, mówi o tym, że wyjdzie za mąż, bo dorośli tak robią. Ona pragnie niepodzielnej uwagi ojca.

I jak ten ojciec powinien na jej zachowanie reagować? To jest bardzo trudny moment, bo jeśli niedojrzały emocjonalnie ojciec traktuje to jako uwodzenie ze strony córki – to dochodzi do pomieszania języków. Dziewczynka testuje swoją kobiecość, chce przyciągnąć uwagę taty i odciągnąć go od mamy, z którą się jednocześnie utożsamia; krótko mówiąc, dziewczynka przeżywa silny konflikt, „konflikt edypalny”. Odpowiedź obojga rodziców jest bardzo istotna. Trzeba to delikatne uwodzenie zauważyć, ale jednocześnie traktować jak zabawę, grę, choć bardzo poważną zabawę czy grę. Niełatwe wyzwanie.

Są dwa niepowodzenia w obliczu tego zadania. Pierwsze nazywa się „triumfem edypalnym”, a drugie „upokorzeniem edypalnym”. Triumf jest wtedy, gdy dziewczynka w tym wieku rzeczywiście „wygrywa” ojca, czyli dostaje informację, że matka jest totalnie zdewaluowana. Tylko że córka tak naprawdę nie chce wygrać, ona chce jedynie poćwiczyć. Jeśli wygra, będzie skołowana. Z kolei upokorzenie to wyśmianie, odrzucenie, niezauważenie. Optymalne jest coś, co nazywamy „rozwiązaniem kompleksu Edypa”. Czyli dopóki to trwa – zazwyczaj do ok. 6. roku życia – ojciec i matka w to grają, aż dziewczynka dojdzie do wniosku: „dobra, poczekam z tym kilkanaście lat”. To nie pojawia się jako świadoma myśl, ale tak to można streścić. Dziewczynka idzie spokojnie do szkoły, zajmuje się nauką, przez kilka lat nawet nie bawi się z chłopakami, dopóki nie nadejdzie burza hormonów.

W okresie dojrzewania przychodzi więc powtórka, ale nie do końca taka sama. Nastolatka może robić to, co kilkulatka odłożyła na przyszłość – umawiać się z chłopakami, potencjalnie może nawiązać relację seksualną, a nawet urodzić dziecko. Niemniej psychicznie jeszcze wielu rzeczy się uczy i potrzebuje pomocy ojca. Czyli potrzebuje przejrzeć się w jego oczach, bezpiecznie poćwiczyć swoją kobiecość, wzmocnić pewność siebie, poczuć się atrakcyjna, chciana i kochana. I ona daje temu wyraz. A to pyta się, co tata sądzi o jej nowej sukience, a to chce wyjść późno w nocy i sprawdza, czy on ją zatrzyma. Na tym etapie ojciec w pewnym sensie pojawia się jako rywal rówieśników starających się o jego córkę, dzięki czemu ona może w bezpiecznych warunkach testować bycie kobietą. W okresie dojrzewania ojciec – który był albo za mało dojrzały, albo za mało obecny, gdy córka miała kilka lat – może wiele nadrobić i bardzo pomóc dziewczynie w stawaniu się dorosłą i pewną siebie.

To są w skrócie dwa najważniejsze etapy rozwoju dziewczynki. Przy czym ojciec na każdym z nich powinien pozostawać wrażliwy na jej potrzeby, wspierać ją, dodawać jej odwagi i zachwycać się nią.

W okresie dojrzewania ta relacja jest chyba najtrudniejsza? Na pewno zmienia się to, że córka jest już na tyle dojrzała, że ma warunki, by realizować swoją seksualność. Ale ona nadal nie chce uwieść ojca, pragnie jedynie poczuć, jak to jest, gdy bezpieczny mężczyzna patrzy na nią z błyskiem w oku. I to jest dla ojców potwornie wymagające. Często się wtedy wycofują z relacji, bo córki stają się dla nich niebezpiecznymi istotami. Mogą oczywiście pójść też w nadmierną odpowiedź na ich działania, aż do nadużycia seksualnego. Do tego oczywiście nie powinni dopuścić, to oni mają wyznaczyć granice, czyli: już nie przytulają się tak jak dawniej, córka już nie siada tacie na kolanach i nie śpią razem w łóżku. Kiedy jednak ojciec za bardzo się odsuwa, córka może poczuć się odrzucona, myśleć, że coś jest z nią nie tak. Jak wtedy najlepiej postąpić?

Sądzę, że najlepszy przykład daje film Sofii Coppoli „Między słowami”. Pamiętam, że kiedy wszedł do kin, to każda pacjentka opowiadała o nim na sesjach. Nie wiedziały dlaczego, ale niesamowicie je poruszał. To jest zresztą bardzo dobry film i ogromnie mi się podobał, ale długo nie rozumiałam, co w sobie ma, że wywiera takie wrażenie, aż dotarło do mnie, że to jedna z piękniejszych opowieści o ojcostwie.

O ojcostwie? Nigdy tak na niego nie patrzyłam. Jest tam oczywiście opowiedziana historia niedoszłego romansu mężczyzny, granego przez Billa Murraya, który ma swoje lata, swoją żonę i dzieci, a podczas wyjazdu do Japonii nawiązuje relację z młodą kobietą (graną przez Scarlett Johansson), tak naiwną i niewinną, że równie dobrze mogłaby mieć 15 lat. Jeśli zdejmiemy na chwilę z głównego bohatera ciężar żony i dzieci – to jego postawa w subtelny sposób odzwierciedla to, co powinien dawać ojciec dorastającej córce. On przecież bawi się z nią, słucha jej, poświęca jej czas, rozmawia wtedy, kiedy ona tego potrzebuje. Jest tam piękna scena, kiedy oboje leżą na łóżku i on jej mówi, żeby się nie martwiła, że wszystko dobrze się ułoży, że jeszcze odkryje, co chce w życiu robić, że to, co boli, też kiedyś minie, a potem pojawią się dzieci i będzie chciała spędzać z nimi każdą chwilę. Tłumaczy jej, że dorosłość to czasem trudna, ale ostatecznie bardzo satysfakcjonująca rzecz. A kiedy ona chce wyjść na miasto i pobawić się, on idzie z nią, zaś gdy wracają i ona zasypia w jego pokoju, on zanosi ją na rękach do jej łóżka, kładzie i przykrywa kołdrą. To jest ten moment, kiedy między nimi mogłoby się wydarzyć coś więcej, ale on potrafi wyznaczyć granice i swoje pragnienia realizuje w kontakcie z inną kobietą, starszą od Scarlett Johansson. Ona, oczywiście, jest na niego za to bardzo obrażona. Młoda kobieta ciągle bada granice „ojca”, ale on je zachowuje. Na koniec filmu Bill Murray szepcze dziewczynie coś do ucha, nie wiemy co, ale widzimy, że ona spokojnie odchodzi do swojego życia. To jest naprawdę piękna opowieść o relacji córki i ojca. Niedawno dotarło do mnie, że nawet umiejscowienie akcji filmu w Japonii, tak obcej i dziwnej, jest jakimś metaforycznym wyrazem ojcostwa, czyli przestrzeni „tego obcego”, „tego innego”.

A czy prawdą jest, że kobiety, których relacje z ojcem nie ewoluowały w takim kierunku, jaki omówiłyśmy i jaki pokazuje metaforycznie film „Między słowami” – będą miały problemy w kontaktach z mężczyznami? Takie problemy pojawiają się, gdy kobieta ma kłopot z wewnętrzną reprezentacją ojca, co może wynikać z tego, że realnego ojca nie było lub się odsunął. Może być także skutkiem tego, jaki obraz ojca przekazała realna matka. Powtórzę raz jeszcze: najważniejsze jest to, co ma w głowie matka, jaki jest jej wewnętrzny ojciec. Jeśli matka nie da córce dobrego przekazu na temat roli mężczyzny, córka będzie miała kłopoty w relacjach z mężczyznami. Może na przykład powtarzać niefortunne wybory partnerów albo mieć trudności ze zniesieniem wymogów wpisanych w stały związek.

Czyli nie tyle wybieramy partnera na wzór naszego ojca, ile na wzór naszego wewnętrznego ojca? Wybieramy go na wzór wewnętrznego ojca naszej matki. Który też niekoniecznie musiał powstać na kanwie jej realnego ojca. To może być dla wielu kobiet zaskakujące, bo przecież uczy się nas, że jaki ojciec, taki mąż. I mam nadzieję, że okaże się pouczające. Bo sposób, w jaki matki wprowadzają w życie dziecka rolę i postać ojca, ma ogromne znaczenie. Jeśli matka jest w konflikcie z ojcem córki, musi bardzo uważać, by nie przekazać córce obrazu zdewaluowanego mężczyzny.

To nie są łatwe sytuacje i trudno doradzać, jak je rozwiązać. Na pewno wymagają namysłu i uwzględniania potrzeb córki – która nie musi wiedzieć wszystkiego o konfliktach rodziców, a na pewno nie powinna być zmuszana do sojuszu z matką i odrzucania ojca.