1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Sztuka kompromisu. Jak być razem i nie rezygnować z siebie? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Sztuka kompromisu. Jak być razem i nie rezygnować z siebie? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Kompromisy są dobre w polityce i w biznesie. Związki oparte na nich – choć bywają trwałe, są niedożywione. (Ilustracja: Getty Images)
Kompromisy są dobre w polityce i w biznesie. Związki oparte na nich – choć bywają trwałe, są niedożywione. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Ja jedno, on drugie, ja w lewo, on w prawo. W każdym związku są momenty, gdy jedno chce czegoś innego niż drugie, gdy ma inne zdanie lub coś ukrywa. Co wtedy? Czy kompromis jest najlepszy? A tajemnica? Czy mamy prawo do jej posiadania, czy to bomba zegarowa, która w końcu rozsadzi związek? Jak być razem i nie rezygnować z siebie, ale też nie zdominować partnera – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Rafał Bornus, małżeński psychoterapeuta, poleca, aby para co wieczór przez trzy minuty rozmawiała o pozytywach i negatywach, jakie wydarzyły się w naszym związku. Zobaczyłam wtedy, że często wystarczy opowiedzieć o problemie, by przestać się nim frustrować.
To, że nawet takie rytualne, zaaplikowane przez terapeutę rozmowy pomagają, świadczy o tym, jak bezcenną sprawą w bliskich związkach jest dobra komunikacja. Większość ludzi myśli, że partner powinien mieć matczyny wgląd w nasze problemy, intuicyjnie wiedzieć, co nam dolega i czego potrzebujemy. Z tą iluzją trzeba się rozstać. Ale opuszcza nas ona dopiero, gdy nauczymy się rozmawiać z partnerem o potrzebach i problemach. Wtedy okazuje się, że nikt nie posiada matczynych kwalifikacji, że nasza wiedza o drugim człowieku jest nikła. Dlatego w czasie takich rozmów słyszymy: „Czemu nie powiedziałaś, że tego potrzebujesz, a tamtego nie znosisz?!”. Jak w dowcipie o rozwodzących się staruszkach. Kiedy sędzia zorientował się, że to babcia z 70-letnim małżeńskim stażem złożyła pozew bez uzasadnienia, natychmiast zaproponował polubowne rozwiązanie sprawy. Babcia jednak uparcie twierdziła: „Nie, ja już z nim dłużej nie wytrzymam, muszę się rozwieść”. „Ale dlaczego?” „No już dłużej nie mogę słuchać, jak on siorbie zupę”. Cisza. Po czym słychać głos zrozpaczonego dziadka: „Kochanie, czemu czekałaś tak długo, żeby mi to powiedzieć!?”.

Bardzo prawdziwe! Kiedy zaczęliśmy ćwiczyć te trzyminutowe wypowiedzi o plusach i minusach bycia razem, okazało się, że mój mąż nie chce mówić o tym, co go we mnie irytuje, bo nie chce mnie krytykować.
Większość ludzi obawia się, że mówienie o tym, co w zachowaniu innych budzi negatywne uczucia, będzie odebrane jako miażdżąca i niesprawiedliwa krytyka. Może ich matki nie znosiły słowa protestu? Obrażały się na cały świat i przestawały piec ulubione ciasteczka synów, gdy ci ośmielali się im przeciwstawić? Jeśli tak, mogli nabrać przekonania, że kobiety nie przyjmują uwag, a więc że i ze strony partnerek czeka ich wtedy niechybne odrzucenie.

Z dowcipu o babci i siorbiącym dziadku, podobnie jak z mojej praktyki terapeutycznej, wiem jednak, że lepiej się zdobyć na odwagę i powiedzieć: „Chcę, żebyś wiedział, że bardzo mnie irytuje, gdy siorbiesz”. Skoro tego nie robimy, to dzieje się tak jak w innej opowieści, tym razem z życia wziętej. Młoda kobieta po śmierci mamy zaprosiła tatę na niedzielną zupę grzybową, którą specjalnie przygotowywała według przepisu matki. Ojciec zawsze zachwycał się tą zupą i dziękował mamie. Gdy postawiła wazę na stole, ku jej zdumieniu ojciec z irytacją powiedział: „Całe życie męczyłem się i bałem się twojej matce powiedzieć, że nie znoszę tej zupy! ”.

Ale szczera rozmowa bywa trudna, bo wiele osób nie znosi uwag.
Wszystko opiera się na obustronnym niezrozumieniu. Nadawcy wydaje się, że odbiera zachowanie odbiorcy obiektywnie, a odbiorcy, że jest obiektywnie oceniany. W istocie nasze oceny nie są obiektywne. Obiektywnie można mówić tylko o faktach np. „Termometr wskazuje plus 21 stopni”, ale już „W mieszkaniu jest ciepło” to subiektywne odczucie. Wracając do rozwodzących się dziadków, obiektywnie babcia mogła stwierdzić, że dziadek siorbie. Ale jeśli powiedziałaby, że siorbanie jest chamskie, wyraziłaby subiektywną ocenę. Problem w tym, że zabrzmiałoby to tak, jak obiektywny osąd. Co więcej, babcia zapewne przypisała sobie prawo do takiej obiektywnej oceny, więc tym bardziej chciała oszczędzić dziadka, a siebie nie narazić na odrzucenie. O dziwo – po 70 latach – w sądzie wypowiedziała właściwie sformułowane zdanie: „Nie mogłam już wytrzymać tego siorbania!”. Nie było w nim oceny ani potępienia. Dlatego dziadek dał jej do zrozumienia, że gdyby mu to powiedziała, przestałby siorbać. Nauka z tego taka, że wtedy, gdy świadomie, biorąc odpowiedzialność za swój subiektywizm, komunikujemy komuś nasze negatywne odczucia, minimalizujemy ryzyko odrzucenia. Warto też podkreślać, że mówimy o tym w trosce o nasze relacje, bo ta osoba jest nam bliska i powinna wiedzieć, co się z nami dzieje. Możemy wtedy usłyszeć np. „Zmienię to, aby zaoszczędzić ci przykrych uczuć” albo „Nie chcę tego zmienić, więc ty spróbuj zrobić coś, by zmienić swoją reakcję na moje zachowanie”. Gdy informujemy kogoś o naszych negatywnych odczuciach z nim związanych, dbajmy, by odnosiły się do tego, co on może zmienić. Unikajmy negacji np. wzrostu czy wady wymowy. Problem jest wtedy po naszej stronie.

W każdym razie są powody, aby żałować babci, która przez swoją bojaźliwość i dobre serce nie dość, że zmarnowała sobie życie, to jeszcze musiała porzucić Bogu ducha winnego dziadka.

A teraz: kompromis. Każą nam się go uczyć, gdy zaczynamy z kimś być. Ale czy zawsze jest możliwy? Na czym ma np. polegać kompromis, gdy on chce dziecko, a ona nie? Mieć pół dziecka?
Kompromisy są dobre w polityce i w biznesie. Związki oparte na nich – choć bywają trwałe – są niedożywione, pozbawione rumieńców i błysku w oku. Obie strony czują się w głębi duszy rozżalone, przegrane. Związek potrzebuje do życia daru pogodnego poświęcenia. Wtedy kwitnie i pulsuje energią. Jedna strona czuje się dobrowolnym dawcą, a druga – obdarowana czymś naprawdę cennym. Ale i ten, który dał, dostał coś cennego, bo kto szczerze daje, ma poczucie zysku. Następuje więc wymiana miłości i wdzięczności. To prawdziwy życiodajny nektar.

Sprawa dzieci jest wyjątkowo trudna i nie do rozstrzygnięcia na zasadzie kompromisu, należy tę kwestię rozpatrywać na zasadzie daru. Wchodzą tu bowiem w grę potężne instynktowe energie związane z systemem rodzinnym obojga potencjalnych rodziców. We wszelkich decyzjach dotyczących poczęcia dzieci najważniejszy i decydujący głos należy do kobiety. Kobieta nie może być zmuszana do rodzenia ani nie może być zmuszana do nierodzenia. Tu nie ma miejsca na kompromis. Kobieta, która nie jest zdecydowana, by stać się matką, czuje organiczną niechęć do bycia w ciąży, rodzenia, karmienia itd., nie powinna z miłości do pragnącego dziecka partnera tych odczuć lekceważyć. Może dać sobie czas na ewentualne dojrzewanie tej potrzeby lub na dowiedzenie się, co za tą jej niechęcią stoi. Np. czy ma może ona podłoże hormonalne, psychologiczne? Musi jednak wtedy liczyć się z tym, że jej partner odejdzie, dać mu prawo do szukania kobiety, z którą będzie mógł mieć dzieci. Podobnie w drugą stronę, jeśli mężczyzna nie chce lub nie może mieć dziecka, a kobieta bardzo tego pragnie, to jego obowiązkiem jest dać jej swobodę: „Rozumiem, że masz taką potrzebę, ja jednak nie chcę być ojcem, dlatego jestem gotowy odejść, byś mogła znaleźć partnera, z którym założysz rodzinę”. On też nie może być wbrew sobie zmuszany lub wrabiany w bycie ojcem. W grę wchodzi bowiem szczęście dziecka. To ono będzie ponosić konsekwencje tego, w jaki sposób, przez kogo i dlaczego zostało powołane do życia. Zarówno zgniły kompromis, jak i gorzkie poświęcenie któregoś z rodziców nie wróżą dziecku satysfakcjonującego życia.

Kolega został ojcem po tym, jak obiecał żonie, że zapłaci za powiększenie jej biustu. Tak też się stało. Lecz po kilku latach ta kobieta odeszła z innym, zostawiając córkę z ojcem.
To ilustracja tego, o czym mówimy. Nie miała prawdziwej, organicznej motywacji do zostania matką. Lecz w końcu poszła na kompromis z potrzebami męża, lekceważąc to, co dla niej było ważne. Dlatego decyzja o powołaniu do życia nowego człowieka winna być oparta na silnej potrzebie i zgodzie obojga partnerów.

Czy więc kompromis jest dobry tylko tam, gdzie chodzi o kolor ścian w salonie?
Bywa dobrym rozwiązaniem, ale i w takich mało ważnych sprawach lepsze dla związku jest pogodne poświęcenie. Jeśli usłyszymy od partnerki, że jej zależy na wspólnym spędzaniu wolnego czasu i zostanie to ciepło i jasno zakomunikowane, otworzy się droga do pogodnego poświęcenia, dobrowolnie darowanej zmiany planów: „Wiem, że planujesz kolejny wyjazd, więc chcę, żebyś wiedział, że ja ten czas chętnie spędziłabym z tobą. Bardzo mi jest przykro, że znów wybrałeś swoją pasję zamiast bycia razem. Wiedz też, że to budzi mój żal i rozgoryczenie. Dlatego bardzo bym chciała, żebyś zmienił tę decyzję”. Takie słowa dają przestrzeń i czas na to, by pomyśleć, co robić. Dla zachowania twarzy prosimy o czas na zastanowienie i zapewne nie dalej niż za godzinę mówimy: „Kochanie, rzeczywiście nie zauważyłem, że zbyt często mnie nie ma. Nie przyszło mi do głowy, że chciałabyś, byśmy pobyli razem – więc zostaję”. To nie kompromis, lecz dar dla partnerki i dla związku.

Dla autora „Mitów o miłości...”, o których ostatnio rozmawialiśmy, „związek to właśnie to, co dajemy sobie nawzajem w dobrej wierze”.
I co przyjmujemy w dobrej wierze. Bo to też jest ważne, by partnerka, która mówi: „Zależy mi, żebyś został w domu…”, gdy usłyszy, że partner zostaje – przyjęła tę decyzję w dobrej wierze. Niestety, często bywa tak, że na: „Zostaję, kochanie”, odpowiada: „Już za późno! Nie potrzebuję twojej łaski!”.

A teraz temat tajemnic i kłamstw. Czasem robimy coś, co ukrywamy przed partnerem, choć niekoniecznie od razu jest to skok w bok. Nikt nie jest święty, ale co dalej? Czy powiedzieć, co się stało?
Nie ma zasady ogólnej, ale gdy postanawiamy coś ważnego zachować tylko dla siebie w imię dobra i ochrony związku, to warto przetestować się na hipokryzję. Odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie: „Czy na pewno nie mówię tego, by ochronić kochaną osobę i związek? Czy biorę to na swoje sumienie i załatwię sam ze sobą? Czy boję się to powiedzieć, bo tak naprawdę chronię siebie i swoją reputację w oczach partnerki?”. Niestety, najczęściej okazuje się, że powodem nieujawniania bolesnej dla drugiej strony nowiny jest chronienie siebie, a to nie wróży dobrze związkowi. Nikomu nie służy życie w poczuciu, że daliśmy ciała. Nie dość, że zrobiliśmy głupstwo, nadużyliśmy zasady lojalności, to na dodatek tchórzymy i musimy się pilnować, by się nie wydało. To szkodzi budowaniu dobrych relacji, bo też ukrywanie prawdy jest często wyrazem braku szacunku dla drugiej połowy. Często usprawiedliwiamy swoje tchórzostwo, dewaluując partnera: „Ona tego nie zrozumie, nie zniesie, jest za słaba, za delikatna, nie dość mądra” itp. Najczęściej jest tak, że najbardziej się opłaca wyłożyć karty na stół.

Ale czy to nie jest czasem wyraz dziecięcego zrzucania odpowiedzialności na drugą osobę: „Zrobiłem coś, czego nie powinienem zrobić, i zobacz, jak bardzo teraz cierpię”.
Tak też bywa, nie dość, że sprawiliśmy ból drugiej stronie, to jeszcze domagamy się pocieszenia. To manipulacja. Jeśli czujemy się winni, weźmy to na klatę, wyrażając żal, skruchę i gotowość przyjęcia konsekwencji. Taka postawa może pomóc partnerowi w uporaniu się z tą trudną sytuacją, a w rezultacie bardzo zbliżyć oboje. Pod warunkiem jednak, że zachowane zostaną dobre intencje i pokora – czyli świadomość, że nikt nie jest bez grzechu, więc nie ma prawa rzucać kamieniem. Ważna jest też pewność, że nic nas nie spotyka bez powodu. Wtedy jesteśmy bliżej rozwiązania kryzysu i szansy na wzmocnienie i pogłębienie związku.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak praktycznie radzić sobie ze stresem? Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Program „8 razy O” uczy zarządzania swoimi zasobami energetycznymi i radzenia sobie ze stresem. Obejmuje osiem rozdziałów: oddychanie, obecność, oparcie w sobie, odreagowanie, odpoczynek, odpuszczanie, opiekowanie się sobą, odżywianie. (Fot. iStock)
Program „8 razy O” uczy zarządzania swoimi zasobami energetycznymi i radzenia sobie ze stresem. Obejmuje osiem rozdziałów: oddychanie, obecność, oparcie w sobie, odreagowanie, odpoczynek, odpuszczanie, opiekowanie się sobą, odżywianie. (Fot. iStock)
O tym, jak praktycznie radzić sobie ze stresem, mówi specjalista w tej dziedzinie, psychoterapeuta, trener i doradca biznesu Wojciech Eichelberger, współzałożyciel Instytutu Psychoimmunologii, który zajmuje się m.in. profilaktyką przeciążenia i wypalenia stresem.

Mam wrażenie, że wszędzie mówi się o stresie. Jest sens poświęcać temu cały cykl?
Wypalenie stresowe staje się udziałem tak wielkiej liczby ludzi, że warto być mądrym przed szkodą. Żyjemy w trudnych czasach. Coraz większa ilość informacji, ogromne tempo życia i zmian, konkurencja i rywalizacja, mieszanie się kultur, ewolucja obyczajów, ról społecznych i partnerskich, zanik bliskich więzi z ludźmi, konieczność ciągłego uczenia się – wszystko to bardzo nas obciąża. Ale obiektywne, zewnętrznie uwarunkowane obciążenie – czyli presja – to jeszcze nie stres. Stres jest stanem subiektywnym, wewnętrznym. Jest jedną z możliwych odpowiedzi naszego ciała i umysłu na tę zewnętrzną presję. Odpowiedź ta pojawia się wtedy, gdy zaczyna nam brakować energii pozwalającej radzić sobie z trudnymi okolicznościami.

Czyli gdy sytuacja nas w jakimś sensie przerasta?
Gdy nasze zasoby energetyczne nie wystarczają, by się uporać z presją wywołaną daną sytuacją. Jest to stan groźny, w którym nasz psychiczny i biologiczny potencjał przestaje się odpowiednio regenerować i zbyt szybko go ubywa.

Jedziemy na rezerwach?
Których bezkarnie nie możemy nadużywać, jeśli nie chcemy doprowadzić się do stanu wypalenia. Dlatego tak niebezpieczny jest przewlekły stres. Ale nie u każdego trudne okoliczności wywołują stres. Ci, którzy lepiej gospodarują zasobami swojej życiowej energii, potrafią nawet wielką presję przyjmować jako wyzwanie. Wyzwania doświadczamy, gdy mamy wystarczający zapas energii, aby z daną sytuacją się uporać. Z kolei długotrwałe przebywanie w sytuacji zbyt małej presji, zwane rdzewieniem, którego doświadczamy, gdy mamy za mało obciążeń, a za dużo energii, jest dla nas równie niebezpieczne jak doświadczanie stresu. W obu wypadkach słabnie immunologiczna bariera, a więc wzrasta ryzyko zdrowotne i spada nasza emocjonalna i intelektualna wydolność.

Czyli „nic mi się nie chce”?
No właśnie. Dobrze widać to na przykładzie osób przez dłuższy czas bezrobotnych, wielu rencistów, emerytów, rentierów. Również sportowców, którzy gwałtownie przerwali karierę i, co za tym idzie, treningi. Podobnie może się czuć człowiek, który jedzie na pierwszy dłuższy urlop po paru latach wytężonej pracy. Gdy znika motywująca presja, mamy znacząco mniej wydatków energetycznych, zaczynamy chorować, wpadamy w depresyjne nastroje, uwiąd woli i bezsilność.

Niektórzy twierdzą jednak, że istnieje dobry stres w przeciwieństwie do stresu złego. Czyli taki, który mobilizuje, a nie demobilizuje.
Tak zwany dobry stres to pojęciowe nieporozumienie. Równie dobrze można by mówić o dobrym nowotworze. Stres to stan chorobowy, który prowadzi do wyczerpania energii życiowej, a więc jest groźny dla życia. Zabija nas. To, co potocznie nazywa się dobrym stresem, w istocie jest wyzwaniem. Czyli wspaniałym stanem optymalnego dla nas dociążenia, presji, która nie przekracza z jednej strony granicy wypalenia, a z drugiej rdzewienia. Ludzie tego nie wiedzą, choć wydaje się, że na temat stresu napisano i powiedziano już tak wiele.

To definiuje również przedmiot naszych rozważań. Jak znaleźć ten złoty środek i jak się w nim utrzymać.
Czyli jak się nie wypalać i nie popadać w stagnację. Trzeba zachowywać się jak doświadczony sportowiec, który tak dobiera swoje obciążenia startowe i treningowe, by osiągać coraz wyższy poziom możliwości, ale się nie przeciążać.

Ktoś, kto nie ma tej świadomości, może próbować za pomocą jednego ekstremum leczyć drugie i w ten sposób kompletnie się rozchwiać.
Dokładnie tak. Będziemy rozmawiać o tym, jak sprawić, by nasze życie było ciekawym i wartościowym wyzwaniem, a nie wieczną udręką lub nudą i marnotrawieniem talentów oraz możliwości.

Rozumiem, że wyzwanie wiąże się zawsze z przekraczaniem jakichś ograniczeń, pomysłów na siebie, lęków... Tak. I dlatego wyzwania uruchamiają w nas zasoby, których istnienia często nie podejrzewamy. Dzięki temu się rozwijamy.

 
Skoro sensem życia jest rozwój i odpowiadanie na wyzwania, skąd w nas ta częsta chęć, żeby nic nie robić?
Nicnierobienie to zrozumiała potrzeba człowieka przemęczonego. Organizm krzyczy: dajcie mi czas i okazję do odzyskania sił. Wtedy warto posłuchać jego głosu.

Jeśli po dobroci nie posłuchamy i nie zmienimy stylu życia, to nas coś dopadnie?
Nie da się bezkarnie uprawiać rabunkowej gospodarki swoimi zasobami życiowymi. Choroba to kosztowna ostateczność, której należy za wszelką cenę unikać. By potem wyjść z ciężkiej choroby lub wypalenia, potrzeba miesięcy kuracji i starań, a często także rewolucji w stylu życia i w systemie wartości. Inaczej nam nie włączą prądu. Instynkt samozachowawczy zachowuje się jak dyspozytor w elektrowni miejskiej, który wyłącza zasilanie peryferyjnych dzielnic, kiedy są braki w dostawie prądu. Albo jak bank, który wstrzymuje kredytowanie zadłużonej firmy. Żeby nam włączyli prąd czy otworzyli kredyt, musimy przedstawić taki plan restrukturyzacji firmy, który przekona bank, że będziemy przynajmniej spłacać odsetki.

A co zrobić, kiedy próbujemy odpoczywać, ale głowa nam nie pozwala? Zadręczamy się myślami. Da się wyłączyć głowę?
Wtedy niezbędne są leki, które wyciszają gonitwę negatywnych myśli, plus psychoterapia. Wyjście z wypalenia jest prawie jednakowo trudne i kosztowne jak wyjście z uzależnienia. Dlatego profilaktyka wypalenia jest tak ważna. By była możliwa, musimy wiele się nauczyć. Np. kontrolować wywieraną na nas presję. Ona tylko do pewnego stopnia jest obiektywna, bo mamy określone obowiązki. O części decydujemy sami. Dlatego musimy się nauczyć używać takich trudnych słów, jak: nie, dosyć, za dużo, nie mogę, nie dam rady, nie zgadzam się.

Z tym się wiąże konieczność i umiejętność odpuszczenia sobie.
O to chodzi. Świat nie chce nas wykończyć, to my sami siebie wykańczamy, bo wydaje nam się, że gdy zaczniemy odmawiać, ów świat nas odrzuci, uzna za niepotrzebnych słabeuszy. Trzeba przestać w to wierzyć. Z drugiej strony musimy przyjąć taki styl życia, który będzie odtwarzał i rozwijał nasz energetyczny potencjał. Musimy przyjrzeć się temu, jak jemy, jak oddychamy, jak śpimy, jak się odnosimy do siebie samych i jak się zachowujemy w relacjach z innymi... Wśród czynników ryzyka decydujących o ciężkich zachorowaniach i przedwczesnej śmierci aż 54 procent jest związanych ze stylem życia. To znaczy, że mamy większościowe udziały w firmie „Moje zdrowie”. Pakiet kontrolny. Ponoć przeciętny ludzki genotyp daje możliwość przeżycia 120 lat. Tymczasem średnia życia polskich mężczyzn to nieco ponad 70 lat.

Wszystko, o czym mówimy, bardzo przypomina biznes. Jesteś autorem programu odnowy, który uczy, jak zarządzać sobą, czyli firmą z konkretnym kapitałem początkowym, w której mamy większościowy udział...
Bo w metaforze biznesowej jasno widać, o co tu chodzi. Program obejmuje osiem rozdziałów i nazywa się „8 razy O” (bo tak się składa, że wszystkie zaczynają się na literę o). Są to umiejętności decydujące o naszej odporności zarówno na choroby, jak i na przeciążenie. Te rozdziały to: oddychanie – podstawowe zasilanie, bez którego nic się nie wydarzy. A prawie wszyscy źle oddychamy w przeciążeniu, zagrożeniu i walce. Obecność, czyli zdolność bycia świadomym tego, co tu i teraz dzieje się w naszym życiu. To wiąże się z umiejętnością kontrolowania nawykowego zamartwiania się i snucia ponurej wizji przyszłości lub nieustannego przeżuwania tego, co było, przebywania w izbie pamięci i uprawiania swojej martyrologii. Kolejny rozdział to oparcie w sobie – czyli dobry, świadomy kontakt z ciałem, mocne stanie na nogach, wewnętrzna podpora w mocnym kręgosłupie, w mocnym brzuchu i aktywnej przeponie. Następne to odreagowanie i odpoczywanie. Potem: odpuszczanie – czyli trening odmawiania, zdolność do regulowania wewnętrznej i zewnętrznej presji, o której mówiliśmy. Następnie opiekowanie się sobą – czyli zdolność do bycia własnym wymagającym i wspierającym trenerem – i wreszcie – odżywianie.

Z tego, co mówisz, wynika, że pierwsze O, z jakim musimy się zmierzyć, to odpowiedzialność...
To dobry zamiennik dla opiekowania się sobą. O to w tym chodzi – o wzięcie odpowiedzialności za jakość własnego życia. To klucz do stworzenia sytuacji, w której nasz pobyt na tym świecie będzie satysfakcjonujący, pożyteczny i radosny.

Program „8 razy O” uczy zarządzania swoimi zasobami energetycznymi i radzenia sobie w sytuacjach dużej presji. Obejmuje osiem rozdziałów: oddychanie, obecność, oparcie w sobie, odreagowanie, odpoczynek, odpuszczanie, opiekowanie się sobą, odżywianie.

  1. Seks

Każda miłość jest pierwsza. Nie raczmy partnera "eks" historiami

Nasze szczere wyznania i wspomnienia, szczególnie w sferze seksu, mogą w relacjach intymnych więcej zniszczyć niż poprawić. (fot. iStock)
Nasze szczere wyznania i wspomnienia, szczególnie w sferze seksu, mogą w relacjach intymnych więcej zniszczyć niż poprawić. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dawno, dawno temu miałam kochanka jak z bajki… STOP! Historia twoich erotycznych przygód, nawet jeśli bardzo zajmująca, niech zginie w mrokach zapomnienia!

Seksuologowie podkreślają: w sypialni obowiązuje szczerość. Mówmy o swoich potrzebach i oczekiwaniach. O tym, co tu i teraz! Bez udawania orgazmów. Owszem – mówmy, ale nie wszystko i niekoniecznie wprost.

Poniżej zakazane komunikaty, czyli takie, które raczej zrujnują związek, niż poprawią zytuację w sypialni:

Nie jesteś pierwszy, kochanie…

Gabrysia postanowiła być z Pawłem szczera. – To miłość mojego życia. Długo na niego czekałam. Z nim chcę się związać na dobre i na złe – wyznaje. – Ale skoro mamy być razem, musi wiedzieć o mnie wszystko. Nie chcę ukrywać przed partnerem czegoś, co jest kawałkiem mnie.

Częścią procesu zbliżania się do siebie była opowieść Gabrysi o seksualnej przeszłości, dość bogatej. Spotkała Pawła w wieku 34 lat, a dziewictwo straciła jako 17-latka. Przez lata „pomiędzy” zbierała doświadczenia. W sumie miała 14 kochanków. Początkowo chciała przyznać się do 10, ale jak szczerość, to szczerość: dumna ze swej otwartości wyznała Pawłowi wszystko. Niestety, efekty ją zaskoczyły: Paweł zaczął się zachowywać z dziwnym dystansem. Wkrótce przestał z nią sypiać. A niedługo potem odszedł.

Małgorzata Zaryczna-Pogorzelska, seksuolożka, psycholożka i terapeutka, uważa, że nadmierna prawdomówność w tym temacie to jeden z najczęstszych błędów kobiet. – Statystyczny mężczyzna jest wzrokowcem – tłumaczy. – I kiedy słyszy takie opowieści, jego mózg zaczyna wytwarzać wokół nich obrazy, nawet jeśli on sam tego nie chce. Nie chodzi o to, że poświęca czas na fantazjowanie na ten temat, to proces automatyczny. Im więcej szczegółów poda partnerka, tym więcej będzie mieć materiału i stworzy bardziej drobiazgowy obraz. Każdy detal przekłada się na pobudzoną wyobraźnię.

Efekt? Złość na partnerkę, często nieuświadomiona. Odraza. Obawa partnera, że w porównaniu z poprzednikami wypada gorzej. Lęk, że nie potrafi zaspokoić swojej kobiety. Biorąc pod uwagę, że aż 83 proc. mężczyzn za synonim męskości uważa własną sprawność seksualną (według raportu firmy On Board PR Ecco Network na temat zdrowia seksualnego Polaków, 2012 r.), facet, który boi się, że nie sprosta roli kochanka, raczej nie będzie szczęśliwym partnerem. Badania potwierdzają też negatywny wpływ szczerości na życie seksualne. Wspomniany raport głosi, że aż 74 proc. respondentów uważa, że zwierzenia partnerki na temat bogatej przeszłości seksualnej mogą negatywnie wpływać na samopoczucie mężczyzny. Na szczęście większość kobiet zdaje sobie sprawę z tego, że zbytnia wylewność nie popłaca: ponad 80 proc. respondentek podziela ten pogląd.

Ten to potrafił zakręcić!

Małgorzata Zaryczna-Pogorzelska: – Czerpanie satysfakcji ze sfery intymnej wiąże się dla obu stron przede wszystkim z poczuciem bezpieczeństwa. Niekoniecznie z wielką miłością. Komfort plus pewność swojej roli są koniecznymi warunkami udanego seksu.

Brak bezpieczeństwa sprawia, że sfera erotyki zaczyna się mężczyźnie kojarzyć z lękiem. A kiedy się czegoś boimy, staramy się tego unikać. Im rzadziej się konfrontujemy z tym, czego się obawiamy, tym bardziej strach rośnie. Stąd tylko krok do poważnych problemów. I chodzi nie tylko o zaburzenia erekcji, choć te zdarzają się w takich sytuacjach nagminnie. Są też inne zagrożenia. Przekonała się o tym Julita. – Konrad wydawał mi się za mało zaangażowany w związek – przyznaje. – Chciałam więc podkręcić trochę atmosferę, wzbudzić jego zazdrość. Opowiedziałam mu, że jeszcze na studiach miałam faceta, który kochał seks i miał niesamowite pomysły. W sypialni wrzało, choć na innych polach dogadywaliśmy się nie najlepiej. Myślałam, że taka opowieść zmobilizuje Konrada i pobudzi go do wspólnego bicia rekordów.

Niestety. Konrad bynajmniej nie stał się bardziej namiętny. Przeciwnie: zaczął flirtować z innymi kobietami, wychodzić coraz częściej z domu, szukać przygód. Rozstali się.

– Chwalenie byłych kochanków to jak wysłanie obecnego w ramiona innych kobiet – ostrzega Zaryczna-Pogorzelska. – Tekst: „byli lepsi od ciebie” potrafi całkowicie i bezpowrotnie zniszczyć życie seksualne. Mężczyzna skonfrontowany z zachwytem nad innym poczuje się przede wszystkim upokorzony. Może kompensować to uczucie, uciekając w pracę, sport, bogate życie towarzyskie czy inne aktywności, które potwierdzą jego odwagę i kompetencje. Ale może też stać się opiekuńczy i pełen dżentelmenerii wobec innych kobiet. Nie wobec partnerki, bo na nią jest wściekły! Ta wściekłość, nawet nieuświadomiona, może przybierać różne formy: od upokarzania kochanki, przez niezauważanie jej i lekceważenie, aż po celowe pomijanie jej potrzeb i unikanie zbliżeń.

Obudzić się może także samcza skłonność do rywalizacji. – Może wtedy szukać przygód poza związkiem i zdobywać nowe doświadczenia – ostrzega seksuolog. Wariant zamierzony, czyli wywołanie reakcji „stanę na głowie, ale cię porządnie dopieszczę”, jest nierealny. Zdaniem Zarycznej-Pogorzelskiej, nawet jeśli trafimy na masochistę, który z opowieści o seksie z innymi będzie czerpał przyjemność erotyczną, to jego sfera emocjonalna i tak na tym ucierpi.

Czy to znaczy, że seksualna przeszłość powinna raz na zawsze pozostać tematem tabu? Owszem, powinna. – Bezpieczna wzmianka o przeszłości to komunikat w stylu „nigdy nie było mi tak dobrze, dopiero teraz czerpię prawdziwą radość z seksu” – uważa Zaryczna-Pogorzelska. – W ten sposób sugerujemy, że coś już przeżyłyśmy i w związku z tym dysponujemy materiałem porównawczym, ale nie mówimy, ile doświadczyłyśmy i czego. Wiadomo tylko, że tamto było gorsze. I żadnych opisów, które posłużyłyby tworzeniu obrazów.

Dodaje jednak: – Taka szczerość jest fajna, pod warunkiem że mówimy prawdę. Jeśli nieprawdziwie wzdychamy: „ty jesteś najlepszy, żaden inny nie był w stanie ci dorównać”, szkodzimy sobie i relacji. Choć prawda czasem boli, kłamstwo nie jest wcale lepsze: rabuje kochanków z intymności, bliskości i poczucia bezpieczeństwa.

Udawałam od lat, słabeuszu!

Wyznaniem prawdy na temat przeszłości można solidnie narozrabiać, zwłaszcza jeśli prawda należy do tych z dziedziny nieprzyjemnych. Agata kochała Krzysztofa, ale w łóżku, niestesty, nie było jej z nim dobrze. Większość orgazmów po prostu udawała, by mieć „to” już za sobą. Tymczasem on podczas każdego zbliżenia pracowicie się starał i pragnął dać jej maksimum przyjemności. Było jej przykro, poudawała więc odrobinę i wszyscy byli zadowoleni. Do czasu. Kiedyś, w chwili wściekłości i w rewanżu za flirt na boku, wykrzyczała mu prawdę: „Od lat udawałam orgazmy! Jesteś słaby, zawsze ledwo dawałeś mi przyjemność”.

Krzysztof nie mógł w to uwierzyć. Cały czas był święcie przekonany, że są z Agatą wyjątkowo dobrze dopasowani, także w łóżku. To, co usłyszał, całkowicie go zdruzgotało. Przestał z nią sypiać. Zaczął się czuć w sypialni niepewnie. Jego życie erotyczne błyskawicznie zdominowała masturbacja.

Zdaniem Zarycznej-Pogorzelskiej takie wykrzyczenie w gniewie okrutnej prawdy to najgorsza rzecz, jaką możemy zrobić drugiej osobie. ­

– Intymność, jaką tworzymy za pomocą zbliżeń seksualnych, to forma największej bliskości dla dwojga ludzi. Uderzenie w tę sferę agresją doprowadzi do rozpadu nawet najbardziej udanego związku. Taki raniący komunikat może sprawić, że jednym ruchem zniszczymy intymność, która była między nami. Kobieta w takiej sytuacji pomyśli: „Skoro kłamał w tej sprawie, to na pewno w innych też nie był szczery”. Mężczyzna zaś: „To, co widziałem i słyszałem przez ostatnie lata w naszej sypialni, te komplementy, pomrukiwania – to wszystko było kłamstwem?!” – poczuje się oszukany i głęboko upokorzony. I bardzo, bardzo zagrożony! Seks to dla niego sfera, z którą się identyfikuje najsilniej, z której czerpie nie tylko bliskość, ale też informację o sobie – i czego się właśnie o sobie dowiedział? Że jest nieudacznikiem. Słabeuszem, wielkim zerem, które sobie nie radzi.

– To dla niego koniec świata – ostrzega Zaryczna-Pogorzelska. – Dotyka i rani tak mocno, że związek się zwykle rozpada. Ale to nie koniec: mężczyzna wchodzi w relację z inną kobietą i mimo upływu czasu, nawet lat, ta sprawa wciąż do niego wraca, wciąż go prześladuje. I ciągle musi się dowartościowywać, szukać potwierdzenia swej męskości. Skoro nie zaspokoił jednej kochanki, może się bać, że nie zaspokoi kolejnej!

Jak żołnierz dziewczynie, tak i ona…

A jeśli coś w sypialnianych zachowaniach partnera bardzo nam przeszkadza? Co wtedy? Powiedzieć wprost – źle, bo mało kto potrafi bez zranienia przyjąć krytykę w tak delikatnej sferze. Ale przemilczeć też niedobrze – zaciskanie zębów to najkrótsza droga do seksualnej awersji i kumulowania się złości względem drugiej strony. Zdaniem seksuologów najlepiej posłużyć się wtedy zasadą „żołnierz dziewczynie nie skłamie, najwyżej nie wszystko jej powie”. To znaczy, że podajemy krytykę… bez krytyki. Zamiast powiedzieć: „nie cierpię, gdy to robisz” lepiej jest zadeklarować: „uwielbiam, gdy robisz to i tamto”.

– W seksie jesteśmy nadzy, fizycznie i emocjonalnie – mówi Zaryczna-Pogorzelska. – I bardzo wrażliwi na krytykę. Dlatego w łóżku najlepiej sprawdzają się komunikaty pozytywne. Mówmy: „chciałabym więcej, mocniej, częściej, tak właśnie lubię, tego właśnie pragnę”. Ale czasem to nie wystarczy. Wtedy najlepsza jest metoda kanapki: komunikat negatywny wkładamy pomiędzy dwa pozytywne. Zaczynamy od: „lubię, kiedy…”, podajemy negatyw: „nie przepadam, gdy…” i kończymy pozytywem: „ale uwielbiam, jak…”. W ten sposób można w miarę bezboleśnie powiedzieć prawie wszystko.

  1. Psychologia

Jaki jest stosunek psychologii do tzw. zjawisk magicznych? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Duchy, cuda, zjawy, wampiry – są jedynie wytworem naszej fantazji czy emanacją tego, co niepoznane? Choć nauka im zaprzecza, to ludzkie doświadczenie mówi, że coś jest na rzeczy. A co ze stanami odmiennej świadomości? Halucynacje czy przejaw naszej głębi? O to wszystko Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Czytałam badania, które pokazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Z innych źródeł wiem, że coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi – przebudzeń, kontaktów z wyższą jaźnią. Przychodzą z tym do psychoterapeuty? Jaki jest w ogóle stosunek psychologii i psychoterapii do rzeczy, które zwykliśmy nazywać magicznymi czy wymykającymi się racjonalnemu osądowi?
Poruszyłaś tu dwie różne sprawy. Obszar szczególnych ludzkich doświadczeń, które nazywamy doświadczeniami transcendentnymi albo mistycznymi, stawiających pod znakiem zapytania naszą egocentryczną i oddzieloną od świata tożsamość – to zupełnie inna sprawa niż wiara w duchy, cuda czy zabobony. I to bardzo mocno trzeba tu podkreślić. Tym bardziej że doświadczenia transcendentne – w przeciwieństwie do zabobonów, były badane w ramach psychologii akademickiej. A przynajmniej paru naukowców starało się dowiedzieć, o co w nich chodzi.

Pierwszym był Abraham Maslow, który wymyślił znaną piramidę potrzeb, a na jej szczycie umieścił potrzebę samorealizacji, czyli subiektywne doznanie spełnienia i zrozumienia prawdziwej, wspólnej wszystkim i wszystkiemu istoty. Maslow tego nie wymyślił, tylko przyjrzał się bacznie ludziom deklarującym, że przydarzyło im się doświadczenie, które radykalnie odmieniło ich sposób przeżywania siebie, a także relacji z innymi ludźmi i ze światem. U części badanych pojawiło się ono spontanicznie przy okazji jakichś religijnych praktyk, u innych w trakcie zwykłych codziennych działań, a u jeszcze innych podczas nadzwyczajnie trudnych albo nadzwyczajnie radosnych okoliczności. Maslow dociekliwie i skrupulatnie przepytał wiele takich osób i stwierdził, że we wszystkich relacjach powtarzają się te same elementy. To skłoniło go do wniosku, że repertuar możliwych ludzkich przeżyć zawiera w sobie także to, co nazwał doświadczeniem szczytowym (ang. peak experience), innymi słowy: doświadczeniem samorealizacji, które korzystnie, głęboko i na trwałe zmienia nasze postrzeganie siebie i świata. Przepytywani przez Maslowa ludzie deklarowali, że stali się bardziej radośni, empatyczni, otwarci, wolni od dotychczasowych lęków i napięć. Wszystko to potwierdzało, również skrupulatnie przepytane, otoczenie badanych.

Niektórzy takie stany osiągali po zażyciu psychodelików. Takie przypadki też badano.
Wkrótce po badaniach Maslowa nastąpiła era LSD i innych psychodelików, więc wielu badaczy zajęło się zagadnieniem zmian świadomości i percepcji pod wpływem tych środków. Ale nie minęła dekada i badania te, a także próby wdrażania ich do procesów terapeutycznych w psychiatrii, z tajemniczych powodów, zostały zakazane. Jeden ze znanych badaczy fenomenu zmian ludzkiej percepcji pod wpływem LSD uznał to za zjawisko typowe dla naszego obszaru kulturowego: niemal powszechnie akceptujemy substancje obniżające świadomość – czyli sprawiające, że naszym postrzeganiem i zachowaniem zaczynają kierować potrzeby i emocje uznawane powszechnie za niższe, jak agresja, niekontrolowana seksualność, ryzykanctwo i różnorakie fobie – natomiast zakazujemy substancji podwyższających wibrację świadomości, czyli sprawiających, że naszym zachowaniem mogą zacząć kierować potrzeby i uczucia uznawane powszechnie za wyższe, takie jak: empatia, wrażliwość, zachwyt, wdzięczność, wszechogarniająca miłość. Do pierwszej grupy środków badacze zaliczyli alkohol, substancje typu „speed”, takie jak: kokaina, amfetamina, heroina, ecstasy i wszelkiego rodzaju dopalacze. Do drugiej byli skłonni zaliczyć marihuanę, psylocybinę, LSD i DMT. Badania nie zostały zakończone, więc nie jest pewne czy wszystkie wymienione substancje z grupy drugiej mają zbawienny wpływ na ludzką świadomość, ale obserwacja badaczy wydaje się trafna.

I co pokazywały tamte badania?
Że stany odmiennej świadomości czy doświadczanie rzeczy lub zdarzeń „nie z tego świata” to całkiem realne zjawisko i że dość często się zdarza. Dziś jest mnóstwo relacji na ten temat, nie tylko w literaturze religijnej, ale też świeckiej. Temat ten jakiś czas temu ponownie podjął amerykański badacz Mihály Csíkszentmihályi, autor koncepcji „przepływu”, czyli flow. W psychiatrii głównym prekursorem tego nurtu badań jest czeski profesor psychiatrii Stanislav Grof. Ale wszystko to nadal odbywa się na marginesie nauki. A to wielka szkoda, bo druga klasa zjawisk, od których zaczęłaś naszą rozmowę, czyli wiara w duchy, klątwy i zabobony – wiąże się z tym, że nauka nie chce się poważnie zainteresować pierwszym tematem. A drugi z góry dyskwalifikuje i redukuje do problemu wykształcenia ludzi, którzy tak myślą i czują – nazywając to wszystko przejawami „ciemnoty”.

Tyle nauka, a co mówi psychoterapia?
No właśnie. Tu prawie wszystko zależy od szkoły terapeutycznej. Obecnie na rynku psychoterapii dominują szkoły, których metody są oparte na naukowych rozstrzygnięciach, a wyniki dają się zmierzyć. Najważniejsze z nich to racjonalna terapia zachowań (RTZ) i szkoła poznawczo-behawioralna. Ale jak wszystkie inne podejścia terapeutyczne, one też mają swoje ograniczenia wynikające z przyjęcia metodologii zapewniającej twarde dowody. A przecież tajemnica człowieka, jego świadomość i potencjał transcendencji nie mieszczą się w tak zawężonej perspektywie. Na szczęście oprócz tych nurtów istnieją szkoły psychoterapii, które swoje źródła mają w psychologii głębi. Jak sama nazwa wskazuje, sięgają one w głąb ludzkiego umysłu, w obszary nieznanego i niezrozumiałego, którymi ani nauka, ani terapie racjonalne czy poznawczo-behawioralne nie chcą i nie potrafią się zajmować, na zasadzie: „badajmy tylko to, co da się obiektywnie zmierzyć, a to, czego obiektywnie zmierzyć się nie da, uznajmy za nieistniejące”. Z tego powodu cały obszar cienia, czyli tego, co w nas nieświadome, jest poza kręgiem zainteresowania nauki. Ale wkrótce trzeba będzie się tym zająć.

Sprawdźmy więc, jak sobie z tym radzi psychoterapia głębi. Powiedzmy, że przychodzi do gabinetu człowiek…
…który jest przekonany, że prześladują go jakieś duchy, czyli niematerialne istoty niewidoczne dla zmysłów przeciętnego człowieka. Psychologia głębi uznaje tego typu opowieść za przejaw działania obronnego mechanizmu projekcji. Czyli wszelkie niewidzialne straszydła, duchy itp. uznaje się za wyprojektowane przez człowieka – i przedstawione w zaczerpniętej z lokalnej kultury czy narracji formie – elementy jego własnej nieświadomości. Wtedy można zaprosić pacjenta do następującego eksperymentu: „Wyobraź sobie, że jesteś tą postacią, której się boisz. Wejdź w jej skórę i położenie, i pozwól jej mówić twoimi ustami. Powiedz, czego chce, jak się czuje, jakie ma motywy, co myśli, co widzi? Chodzi o to, by pacjent zaczął zdawać sobie sprawę z projekcyjnego charakteru postaci, która go prześladuje, i w końcu ją uwewnętrznił – czyli zintegrował ze swoim świadomym „ja”. W ten sposób każdy wyprojektowany przez nas potwór czy duch z czasem może się stać na przykład zrozumiałym zlepkiem naszych własnych potrzeb i emocji związanych z odrzuceniem przez matkę. Tu się kłania święta zasada psychoterapii, że to, co uświadomione i zintegrowane, przestaje rządzić naszym zachowaniem i naszym życiem. A to, co wyprojektowane na zewnątrz i nieuświadomione, blokuje nasze dojrzewanie i rozwój. Nie da się wtedy dotrzeć do szczytu piramidy Maslowa.

Mówisz o projekcjach dotyczących czegoś, czego się boimy. A jeśli widzimy i czujemy rzeczy, których trochę się boimy, a które pociągają, jak kontakt ze zmarłą osobą?
Nie sposób uczciwie rozstrzygnąć, czy to, że komuś pojawił się duch, że widział go na własne oczy lub silnie odczuwał jego obecność, jest obiektywną prawdą czy projekcją. Na pewno jest subiektywną prawdą tego człowieka. Może warto wreszcie podjąć dzisiaj w rzetelnych badaniach hipotezę duchów. Podejmowano już w tej sprawie nieudolne próby pod koniec XIX wieku w eksluzywnych klubach spirytystycznych.

Idąc tropem, który opisałeś wcześniej, wytłumaczeniem takich doświadczeń mogłyby być niezakończone relacje ze zmarłą osobą. Nadal nosimy ją w sobie nieświadomie, więc ją uzewnętrzniamy w postaci zjawy?
To trafna intuicja. Psychoterapeuta głębi będzie zachęcał pacjenta do badania takiego zdarzenia albo na podstawie hipotezy projekcji, albo niezałatwionego konfliktu, poczucia winy bądź wyrzutów sumienia.

Niektórzy mówią, że ukazujące się zmarłe osoby dają im cenne wskazówki – psycholog głębi mógłby to zinterpretować tak, że jakaś mądra część ich samych w ten sposób do nich przemawia. Ale ponieważ sobie by nie uwierzyli, uwierzą zmarłemu, do którego mieli zaufanie…
Właśnie tak. Czyli przekaz ducha zmarłej osoby może w tym wypadku okazać się naszym własnym wyprojektowanym przeczuciem, a może nawet przejawianiem się nierozpoznanego jeszcze w sobie wewnętrznego mędrca.

Rzeczy, które nie sposób objąć rozumem, są więc produktem naszej świadomości, a raczej nieświadomości. Część z nas się ich boi, a część jakoś oswaja. Są ludzie, którzy codziennie rozmawiają z duchami bądź widzą aurę innych i jest to dla nich coś bardzo powszedniego i cennego.
Znam wielu takich ludzi, a ponieważ nie jestem ograniczony jakimś dogmatem naukowym i nic, co ludzkie, nie jest mi obce, więc staram się również takie zjawiska i relacje o nich poznawać. Wiele z tych osób potrafi przekazać różne wartościowe informacje z tego, co nazywają światem duchów, a który w ich optyce jawi się jako świat równoległy. Niektóre instytucje – choćby policja – korzystają od czasu do czasu z pomocy tych szczególnie wyposażonych ludzi, zwanych jasnowidzami.

A jednak wszystko to jest nadal spychane w zabobon. Na szczęście ma szerokie ujście w popkulturze: w horrorach, fantastyce, ale też w literaturze pięknej i baśniach.
Szczególnie dzieci są wrażliwymi i entuzjastycznymi odbiorcami takich treści. Zapewne dlatego, że ich umysły nie są jeszcze do końca kulturowo zaprogramowane, więc nie zdają sobie sprawy, że czegoś nie należy widzieć lub o czymś nie należy mówić ani o to pytać. Dzieci często widzą duchy, mają prorocze sny albo twierdzą, że pamiętają swoje poprzednie życie. Jakby przeczuwały, że w umyśle i dla umysłu wszystko jest możliwe.

Ostatnio rozmawiałam z pewnym pięciolatkiem o wampirach i jego mama poprosiła mnie: „Dodawaj, że wampiry są tylko w bajkach”. Ale ja tego wcale nie jestem pewna. Oczywiście nie mam na myśli tego, że chodzą po świecie bladolicy mężczyźni, którzy wysysają z nas krew, tylko że wampir to jedna wielka metafora kogoś toksycznego. Mamy określenie „wampiryzm emocjonalny”.
Tak, używa się go w psychoterapii. Dla mnie wampir jest metaforą przerażonego perspektywą śmierci ludzkiego ego, przekazywanym z pokolenia na pokolenie marzeniem wiecznego istnienia w idealnie zakonserwowanej, doczesnej formie. Nawet kosztem życia bez słońca. To ucieleśnienie pragnienia nieśmiertelności, bycia niezniszczalnym w tym jednym ciele, w tej jednej postaci, która nigdy się nie starzeje. Z tej perspektywy żyjemy dziś w wampirycznej kulturze. Nikt się nie chce zestarzeć, nikt nie chce umrzeć, wszyscy chcemy być agresywni i skuteczni, nie wahamy się bogacić oraz karmić krwawicą i wysiłkiem innych. Pewnie dlatego wampiry są teraz tak mocno obecne w popkulturze, bo nasze systemy ekonomiczne i polityczne często, zapewne nieświadomie, czerpią z etosu wampira.

Na poziomie indywidualnym wampir jest symbolicznym przedstawieniem cech psychopatycznych – uwodzący, inteligentny, skuteczny, piękny, ale jednocześnie bezwzględny i niezdolny do miłości. Psychopaci są w tej chwili największymi bohaterami popkultury. W tym sensie wampiry naprawdę istnieją wśród nas i, niestety, mają tak dobre samopoczucie, że nie przychodzi im do głowy przyjść na terapię. Gdyby jednak ktoś taki przyszedł na terapię, usłyszałby ode mnie: „Jesteś wampirem z urojenia. Porozmawiajmy o tym”.

Bardzo mnie cieszy, że psychoterapia jest otwarta na taki rodzaj pracy.
Psychoterapeuta nie powinien się bać niczego, niezależnie od tego, czy ktoś przychodzi do niego z wampirem, duchem, diabłem, czy z Panem Bogiem, bo przecież i tak się może zdarzyć. W życiu człowieka mamy bowiem do czynienia nie tylko z projekcją wypartego cienia, ale również z projekcją wypartego światła.

Do terapeuty przychodzą też ludzie z Panem Bogiem?
Rzadziej do terapeuty, częściej do szpitala psychiatrycznego z diagnozą tzw. urojeń wielkościowych. Ludzie ci uważają, że są Chrystusem, Napoleonem czy jakąś inną wielką postacią. Zamiast dawać leki, warto by z nimi podyskutować. Spytać: „Dlaczego akurat Chrystus?”. Mogłoby się okazać, że mamy tu do czynienia z czymś, co można by nazwać wewnętrzną projekcją wypartego światła, którą można z czasem uwewnętrznić jako pragnienie bycia szlachetną, pomocną innym, światłą postacią albo odkryć, że ta zapożyczona wspaniała tożsamość przykrywa poczucie bezwartościowości, beznadziei i rozpaczy. Można drążyć dalej: „Skoro jest pan Chrystusem, to proszę mi opowiedzieć: Jak się czujesz, Chrystusie? Skąd się tutaj wziąłeś? Co chciałbyś powiedzieć, doradzić komuś takiemu jak ja, jak pomóc cierpiącemu światu?”. A potem, korzystając z notatek, pytałbym o każde zdanie i pogląd. Czy ten, który nosi imię i nazwisko pacjenta, też tak uważa i czy potrafi żyć w zgodzie z tym, co uważa? W końcu by się wyjaśniło, czy mamy do czynienia z wypartym światłem, czy z przykrywką rozpaczy. Choć mogłoby się okazać, że rozwiązaniem byłoby to, co sugerował w opowieści o chorym psychicznie bodajże bracie, mistyk i duchowy nauczyciel Baba Ram Dass. W czasie odwiedzin w szpitalu chory brat pyta: „Dlaczego gdy ty mówisz, że jesteś Chrystusem, to ludzie tego słuchają i jeszcze płacą za wykłady – a gdy ja mówię, że jestem Chrystusem, zamykają mnie w szpitalu?”. Na co Ram Dass: „Bo ty twierdzisz, że tylko ty jesteś Chrystusem, a ja mówię, że wszyscy jesteśmy Chrystusem, tylko nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę”.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek (w tym „Patchworkowe rodziny” Wyd. Zwierciadło), współtwórca i dyrektor Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Od zakochania do dojrzałego związku

W związku od początku najważniejsza jest szczerość, a także bycie w kontakcie z samym sobą oraz świadomość własnych uczuć. Podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu jest również dzielenie się odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby. (Fot. iStock)
W związku od początku najważniejsza jest szczerość, a także bycie w kontakcie z samym sobą oraz świadomość własnych uczuć. Podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu jest również dzielenie się odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby. (Fot. iStock)
Podstawą dojrzałego związku są wspólne cele, bagatelizowane na początku różnice mogą stać się przeszkodą nie do pokonania - tłumaczy Marta Wołowska-Ciaś, terapeutka Gestalt.

W początkowej fazie znajomości zakochani najchętniej w ogóle nie rozstawaliby się. W pewnym momencie to „zakleszczenie” się kończy. Zakochanie to faktycznie wyjątkowy moment w związku. Można powiedzieć - niepowtarzalny, pod wieloma względami. Wszystko dzieje się po raz pierwszy: pierwsze spojrzenia, spotkania, dotyk,  potem: wyjawianie tajemnic, rozmowy o przeszłości, dzieciństwie, planach na przyszłość, pocałunki, intymne kontakty…  To budzi niesamowicie pozytywne uczucia. Ekscytacja i niemal euforia towarzyszą każdemu spotkaniu, oczekiwaniu na telefon, rozmowę, wiadomość. Po kilku tygodniach partnerzy spotykają się coraz częściej, spotkania trwają coraz dłużej i dochodzi do nich w bardzo różnorodnych sytuacjach. To już nie tylko randki w kinie i kolacje przy świecach, ale wspólne weekendy, wyjazdy we dwoje, poznawanie znajomych. Zakochani stają się coraz mniej zahamowani i bardziej skłonni do wzajemnego pochwalania się i ganienia. Stają się bardziej empatyczni, rozwijają swoje własne zwyczaje, systemy porozumiewania się, scenariusze wzajemnych kontaktów.  

Jak wykorzystać ten proces dla budowania dojrzałej relacji? Od początku ważna jest szczerość i uczciwość w związku, a także bycie w kontakcie z samym sobą, świadomość własnych uczuć tu i teraz. Dzielenie się zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi myślami i odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby jest podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu.

Na przykład? Kiedy osoba jest świadoma swoich własnych uczuć w danym momencie - warto pamiętać, że są to: złość, smutek, radość, strach - ma wolność wyboru i zachowania. Kiedy partner spóźnia się na kolację albo spotkanie może powiedzieć: „Jest mi przykro, kiedy nie przychodzisz punktualnie. Czuję się wtedy dla ciebie mało ważna. Możemy o tym porozmawiać?”. Albo: „Złości mnie, kiedy umawiasz się ze mną, a przychodzisz razem z koleżanką. Oczekuję, że będziesz to ze mną omawiała w przyszłości, dobrze?”.

Aby związek mógł przejść w kolejną fazę, potrzebne są wspólne cele. Nie muszą być identyczne. Jednocześnie wspólne planowanie, rozmowy na temat przyszłości mogą korzystnie wpłynąć na cementowanie relacji. Jeśli cele nie będą zsynchronizowane co do głównych założeń, takich jak na przykład posiadanie albo nie dziecka, miejsce zamieszkania, jeśli zbagatelizujemy te różnice na początku, to potem mogą się okazać przeszkodą w stworzeniu trwałego związku.

Kiedy związek zaczyna dojrzewać? Kiedy mija pierwsza faza związku (około 8-9 miesięcy), „partnerzy silniej odczuwają, że ich indywidualny interes jest nieodłączny od istnienia i jakości łączącego ich związku.[...] Coraz częściej i silniej występują jako para (a nie dwie jednostki) w relacjach z innymi ludźmi. [...]  Zwiększają wysiłek wkładany w związek, podwyższając w ten sposób jego ważność we własnej przestrzeni życiowej"*. To także czas, kiedy budujemy swoje granice w związku. Dlatego tak bardzo ważna jest świadomość własnych granic. Gdzie kończę się ja, a gdzie zaczynasz się ty? Samo zadawanie sobie takiego pytania w związku, rozmowa o tym może zwiększyć naszą wiedzę i odczuwanie samych siebie.

Jak stawiać granice w związku, żeby nie zranić partnera? Drogowskazem w stawianiu granic powinny być nasze uczucia i znajomość własnych potrzeb. Warto szukać odpowiedzi na pytania: „ jak ja się czuję, kiedy mój partner proponuje to czy tamto albo zachowuje się w stosunku do mnie w taki albo inny sposób? ”, „czego potrzebuje, chcę, co tak naprawdę lubię?”.  Jeśli będziemy przekraczać siebie, nie wyjdzie nam to na dobre, a tym bardziej nie przysłuży się relacji. Wcześniej czy później „wyjdzie”, być może bocznymi drogami, w nieadekwatnej sytuacji, nasza złość czy zranienie.

Ale może się zdarzyć, że postawienie granicy będzie raniące dla partnera. Wtedy konieczna jest rozmowa, żeby zrozumieć, co kryje się za taką sytuacją. Być może nasze zachowanie przypomina mu jakieś niedokończone sytuacje z przeszłości i otwiera niezabliźnioną ranę. Może ma inny system wartości, wychowanie, wiarę, zasady i stąd mogą wynikać jego uczucia. Tego nie wiemy. To może oczywiście dotyczyć nas samych. Dlatego im bardziej jesteśmy świadomi siebie, tym łatwiej budować dobre relacje. Stawianie granic to wyraz troski i szacunku do siebie i do partnera. I pamiętajmy: asertywność to nie tylko umiejętność mówienia NIE, ale także mówienia TAK.

*cytaty pochodzą z: B. Wojcieszke „Psychologia miłości”

  1. Psychologia

W połowie drogi. Czy kompromis w związku to zawsze dobry pomysł?

Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Podobno sztuka kompromisu to połowa sukcesu w tworzeniu udanego związku. Według psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego, w niektórych sytuacjach może przynieść więcej szkód niż korzyści.

Można powiedzieć, że kompromis jest panaceum na większość spornych sytuacji, ponieważ dzięki obopólnym ustępstwom umożliwia obu stronom realizację chociaż części ich oczekiwań. Ale można też powiedzieć, że kompromis powoduje obustronne niezadowolenie i poczucie straty. Bo nikt nie zaspokaja w pełni swoich potrzeb i oczekiwań.

– Kompromis sprawdza się głównie w przypadku ustaleń biznesowych – twierdzi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski. – Natomiast w związkach niekoniecznie. Żeby zadziałał, partnerzy nie mogą być w stanie konfliktu emocjonalnego, pielęgnować w sobie poczucia krzywdy czy żalu z powodu niespełnionych oczekiwań. Jeśli są – konsensus będzie pozorny, nieprawdziwy.

Jak żartobliwie zauważa, gdyby kompromis był naprawdę takim złotym środkiem, najsłynniejszą miejscowością turystyczną w Polsce byłyby Kielce, ponieważ tam właśnie – w połowie drogi – spędzałyby wakacje wszystkie pary, w których jedno woli góry a drugie – morze.

Iza i Michał: kto da prezent?

Poznali się na studiach. Trzy lata temu spędzili razem sylwestra i odtąd są nierozłączni. Nawet zdecydowali się na tę samą specjalizację – pediatrię... Pierwsze problemy pojawiły się, gdy Michał się oświadczył.

Chłopak pochodzi z małej miejscowości na południu Polski i nie wyobraża sobie, by ślub odbył się gdzie indziej niż właśnie tu, w małym drewnianym kościółku. Chce, żeby udzielił im go zaprzyjaźniony z rodziną proboszcz, który chrzcił jego i trzech braci. No a potem prawdziwe góralskie wesele w karczmie z przygrywającą kapelą. Obowiązkowo regionalne stroje ślubne, a po północy oczepiny panny młodej.

Iza bardzo lubi rodzinę Michała, chętnie też wędruje z Michałem po górach, ale mimo to zupełnie inaczej wyobraża sobie jeden z najważniejszych dni w swoim życiu. – Jestem warszawianką od pięciu pokoleń. Cała moja rodzina związana jest z tym miastem. Marzyłam, że – tak jak mama i babcia – będę miała ślub w jednym z kościołów na Nowym Mieście, a potem eleganckie wesele w pięknie udekorowanej restauracji. Mam już jedną upatrzoną, taką w XIX-wiecznym stylu. Chcę mieć piękną koronkową suknię ślubną, a nie strój ludowy – mówi.

Sytuacja jest patowa, bo ani jedno, ani drugie nie chce ustąpić. Jak znaleźć z niej wyjście?

– Nie ma tu mowy o konflikcie interesów, bo interes jest wspólny – oboje się kochają i chcą się pobrać – mówi Andrzej Wiśniewski. – Problem w tym, że kompromis dotyczący formy ślubu i wesela uniemożliwia odmienność tradycji rodzinnych narzeczonych. Warto, żeby Iza i Michał spokojnie zastanowili się, na ile ich wyobrażenie o ślubie odpowiada ich wewnętrznym pragnieniom, a na ile wynika z tego, że nie chcą zawieść oczekiwań swoich bliskich.

Przestrzeganie tradycji, a więc pielęgnacja przynależności do pewnego środowiska, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że sama myśl o rezygnacji ze swoich wyobrażeń budzi w Izie i Michale niepokój. Ale właśnie dlatego warto, żeby zamiast koncentrować się wyłącznie na swoich oczekiwaniach i przekonywać do nich partnera, oboje spróbowali sobie wyobrazić, co takiego stałoby się, gdyby zgodzili się na opcję proponowaną przez drugą stronę. Pozwoli im to zmierzyć się z własnymi obawami i przekonać się, czy rzeczywiście są słuszne.

– Rozwiązanie tego typu sytuacji nazywam „prezentem” – tłumaczy Wiśniewski. – Chodzi o zachowanie typu: „W porządku, zgadzam się na twoją propozycję, bo wiem, jak bardzo ci na tym zależy, a ja kocham cię i jestem w stanie dla ciebie to zrobić. Obdarowuję cię swoją zgodą, bo jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym i drogim”.

Ale ten dar musi być w pełni bezinteresowny, a nie rozpoczynać wymianę handlową na zasadzie: „zgodziłam się na wesele góralskie, a teraz ty nie chcesz ze mną iść do kina czy zrobić śniadania…”.

Jeśli zgodzie będzie towarzyszyć poczucie krzywdy, niedocenienia ofiarności – wówczas narastający resentyment zadziała silnie destrukcyjnie na związek i negatywne emocje będą się odzywać przy okazji każdej konfliktowej sytuacji.

Natomiast bezinteresowne, w pełni świadomie darowane prezenty rodzą różnego rodzaju dobre uczucia budujące związek. Nie należy jednak mylić ich z poświęcaniem się na rzecz utrzymania związku. Prezent ma być wynikiem chęci obdarowania ukochanej osoby, a nie rezygnacją z czegoś. Zaprzestanie dbania o własne potrzeby rodzi frustrację.

Filip i Natalia: lepsza konfrontacja

O co najczęściej kłócą się stałe pary? O pieniądze, wychowanie dzieci i… wspólne wakacje. No bo ona woli wyjazd z przyjaciółmi, on – głuszę bez żywej duszy. Jemu marzy się męska wyprawa na bezdroża, dla niej wakacje to rodzinny wyjazd z dziećmi do hotelu ze wszystkimi wygodami. Scenariuszy jest wiele, problem – zawsze ten sam: kompletnie inny pomysł na coroczny relaks.

Podobnie jest w związku Filipa i Natalii: ona jest zapaloną podróżniczką i w każde wakacje planuje zwiedzić inny, daleki zakątek ziemi. On najlepiej odpoczywa, łowiąc ryby w mazurskich jeziorach. Natalia uważa wędkowanie za najbardziej nudną czynność pod słońcem, ale ponieważ oboje dużo pracują i brakuje im wspólnie spędzanego czasu, wymyśliła, że sprawiedliwie będzie, jeśli w jednym roku pojadą na Mazury, a w kolejnym – na daleką wyprawę.

Wydawałoby się, że dzięki temu oboje będą zadowoleni, w rzeczywistości ich wspólne wyjazdy obfitowały w kłótnie, dąsy i pretensje.

– Takie rozwiązanie sprzecznych oczekiwań i upodobań dowodzi idealizującego myślenia, że wystarczy tylko być obok siebie, a już wszystko ułoży się wspaniale – mówi Andrzej. – Ale tak naprawdę, spędzają te wakacje osobno, chociaż wyjeżdżają razem. Kiedy Filip godzinami łowi ryby, Natalia w tym czasie czyta książki. A kiedy zwiedzają kolejną zabytkową medynę w Tunezji, Filip tęskni za ciszą mazurskich jezior.

W dobrym związku – obok umiejętności dawania „prezentów” – bardzo ważna jest umiejętność konfrontowania się, a więc stawiania granic. Ale nie należy przy tym obrażać partnera, nie atakować go i nie krytykować jego pomysłów. Za to stanowczo zaprezentować swoje stanowisko – bez próby udowadniania, że jest lepsze. Konfrontowanie się nie polega również na uporze głupim i głuchym na argumenty.

Jeśli Filip czując, że ustępuje Natalii wbrew sobie, postawi sprawę na ostrzu noża i powie: „od dziś każde wakacje spędzam na Mazurach i nie obchodzi mnie, co o tym myślisz” – wówczas nie będzie to konfrontacja, ale pokaz siły i walka o swoje terytorium. Jeśli jednak powie: „Wakacje na Mazurach sprawiają mi wielką przyjemność i dlatego tam chcę odpoczywać. Przepraszam, jeśli cię zawodzę czy ranię, ale wybieram łowienie ryb, a nie dalekie podróże. Wiem jednak, jak bardzo kochasz podróże i nie mam ci za złe, że tak mnie do nich namawiasz” – wówczas jest to dojrzała konfrontacja. I być może w jej wyniku oboje stwierdzą, że lepiej dla nich i dla ich związku będzie, żeby każde mogło odpoczywać oddzielnie.

Od Natalii będzie to wymagało jednak dużej dojrzałości, by umiała przyjąć słowa Filipa jako dobrą monetę, a nie potraktowała jako odrzucenia na zasadzie: „on już mnie nie kocha, skoro woli łowić ryby, zamiast spędzać ten czas ze mną”.

Metoda konfrontacji wymaga od partnerów poczucia własnej wartości i zaufania do własnych wyborów. I jest dowodem ich dojrzałości oraz prawdziwej miłości. Bo jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb.