1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Poświęcenie, czyli miłość a miłość własna

Poświęcenie, czyli miłość a miłość własna

Bycie w długim związku wymaga nieustannej uwagi i odwagi, a także odporności, siły, cierpliwości, elastyczności, zaufania i wzajemnego szacunku. Tak wyraża się miłość – szczególnie w czasach kryzysu. (Fot. iStock)
Bycie w długim związku wymaga nieustannej uwagi i odwagi, a także odporności, siły, cierpliwości, elastyczności, zaufania i wzajemnego szacunku. Tak wyraża się miłość – szczególnie w czasach kryzysu. (Fot. iStock)
To dziś tabu. Tymczasem w życiu bywa pod górkę, bo ona albo on traci pracę, zdrowie, rodzi im się dziecko, które wymaga opieki. Co wtedy z naszym rozwojem, ambicją, związkiem? Czy czas na stare dobre poświęcenie, czy nowoczesne: „Żegnaj, kotku, świat czeka na mnie!” – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

W ostatnich latach nieźle się dostało idei poświęcenia. Modne jest: „myśl o sobie”. Ale tylko do miłości własnej nie trzeba nam nikogo. Gdy jednak obok nas pojawi się druga osoba, to ryzyko, że coś zakłóci nasze plany, dwukrotnie wzrasta.
Życie to nie zakupy w galerii. Niestety, hedonistyczno-konsumpcyjna ideologia infekuje nasze związki. Tu warto jednak wskazać najważniejszych sprawców kryzysu miłości. Należy do nich powszechne i fałszywe przekonanie, że życie z kimś ma służyć wyłącznie temu, by było fajnie, ciekawie i miło. Gdy więc odczujemy, że ten projekt nie realizuje się, wypowiadamy umowę. A nawet żądamy odszkodowania za sponiewierane nadzieje i złudzenia. Jesteśmy oburzeni i rozczarowani, że nasz kontrahent nie wywiązuje się z obietnic. Nie dostarcza produktu Piękne Miłe Życie (nazwa handlowa PIMIŻ). Myślę, że to jest główna przyczyna tak częstych rozstań i rozwodów.

Może jest nią też powszechność nieformalnych związków?
Nie przypisuję magicznej mocy ceremoniałom i publicznym przysięgom. Tym bardziej że dzisiaj przysięgi, papiery i podpisy już prawie nic nie znaczą. Liczy się tzw. skuteczność w osiąganiu celów. Po trupach innych – a nawet po swoim własnym moralnym trupie. Ale jednak podczas tych ceremonii można usłyszeć paragraf mówiący o tym, że zobowiązujemy się nie zrywać zawieranej umowy nawet wtedy, gdy druga strona z jakichś powodów nie będzie dostarczać nam PIMIŻ-u. Ten paragraf – jeśli go usłyszymy i zrozumiemy – może nas urealnić i sprawić, że tak łatwo nie wymiękniemy w trudnych okresach. Ale też większość z nas w czasie ceremonii znajduje się w stanie maniakalnego odlotu. Niewiele słyszy i widzi. Nie do końca rozumie, o czym mówi małżeńska przysięga. A jeśli nawet rozumiemy, to i tak jesteśmy przekonani, że komu jak komu, ale nam z pewnością nic nie zakłóci stałej dostawy PIMIŻ-u.

Ale kłopoty, a nawet nieszczęścia to najbardziej demokratyczna forma ingerencji losu w nasze życie. Mają je wszyscy.
Odporność związku na kryzysy wzmocni pojmowanie go jako skojarzonego przez tzw. siłę wyższą. Ale to wymaga mocnej wiary. Czasami niefortunnie mylonej z całkowitym wyrzeczeniem się odpowiedzialności za swoje wybory i decyzje. Bycie w długim związku wymaga nieustannej uwagi i odwagi, a także odporności, siły, cierpliwości, elastyczności, zaufania i wzajemnego szacunku. Tak wyraża się miłość – szczególnie w czasach kryzysu. Siła wyższa tego za nas nie załatwi. Co więcej, jeśli jedna lub obie strony całkowicie zaprzestały dostarczania PIMIŻ-u, a w zamian uporczywie dostarczają cierpienia, upokorzenia i destrukcji, to nie należy się wahać przed wzięciem odpowiedzialności za rozwiązanie umowy.

Wiemy, że w złym związku nie warto być. Ale co robić, gdy po prostu nie mamy czasu dla siebie i swoich ambicji, bo zbyt wiele energii pochłania pomoc bliskiej osobie? Gdzie jest granica rezygnacji z siebie?
Miłość musi nam wtedy pospieszyć na ratunek. Związek jest umową dwóch osób na wspólne życie. Osoba to znacznie więcej niż jej atrakcyjne atrybuty i okoliczności. Trwa nawet wtedy, gdy te znikają. Jeśli prawdziwie kochamy, to kochamy osobę – niezmienną esencję wybranego sercem człowieka. A wtedy darujemy siebie, swój czas i swoją pracę bezinteresownie, bez poczucia poświęcania się. O miłości możemy mówić tylko wtedy, gdy mamy związek z osobą. To osobę kochamy i tylko osobę możemy kochać wbrew wszystkiemu i mimo wszystko. Gdy los sprawi, że będzie potrzebować naszej obecności, pomocy i wsparcia, to ofiarujemy jej to bez poczucia powinności i poświęcenia. Tak jakby jedna z naszych rąk biegła na pomoc drugiej. Nie ma to nic wspólnego ze znojem i udręczeniem wpisanym w rolę matki Polki. Te nie wynikają z potrzeby serca, nie są więc darem. Są odbieraniem sobie i budzą poczucie krzywdy. To, co nie jest darowane, jest złym poświęceniem. Zaprawione żalem i goryczą bardziej szkodzi, niż pomaga adresatowi.

Czyli kiedy kochamy, nie czujemy, że to poświęcenie, gdy musimy zrezygnować z jogi czy awansu, bo ten, z kim jesteśmy, wymaga pomocy?
Z odruchu serca, niemalże bezwolnie, robimy to, co jest do zrobienia w tej sytuacji. Jednak ci, którzy są w związku transakcyjnym, na ogół nie wytrzymują takiej sytuacji i wymiksują się jak z nieudanej imprezy. Choć i kochający osobę mogą nie dać rady. Zwłaszcza gdy kochana osoba przestaje być sobą czyli o-sobą. Znika lub zamienia się w kogoś innego, kto nas nie pamięta i jest wrogo nastawiony. Wtedy dopiero nawet prawdziwa, osobowa miłość zamienia się w poświęcenie.

Bo miłość rodzi się w związku i nim się karmi. Jak tu pokochać nieznaną osobę, która nagle zawładnęła ciałem tej kochanej? By się nią opiekować i żyć pod jednym dachem – musimy się poświęcić. To trudne, szlachetne i chwalebne. Z drugiej strony jednak – brak odczucia związku z tą nieznaną osobą otwiera w nas emocjonalną możliwość przekazania jej pod opiekę innym.

Czy można nauczyć się kochać, czyli nawiązywać osobową wieź z drugim człowiekiem?
Wielu z nas nie ma skąd czerpać wzorca, bo nawet rodzice nie nawiązali z nimi osobowej relacji. Jako dzieci słyszeli: „My zapewnimy ci przyzwoity standard życia i dobrą szkołę, a ty masz się świetnie uczyć. Jeśli nie będziesz, to wyprowadzasz się z domu, jak tylko skończysz 18 lat”. To nie miłość – to umowa o pracę. I gdy dzieciak nie dostarcza wyniku, jest mobbingowany jak nieprzydatny pracownik, którego trudno się pozbyć. W ten sposób zalicza się pierwszy stopień wtajemniczenia tzw. korpoludka. To, co dalej proponuje system postkapitalistyczny, już nie dziwi ani nie boli. Wiadomo, że – pod karą wykluczenia – trzeba efektywnie pracować, kupować, zdobywać, rywalizować i wykorzystywać ludzi do budowania kariery i wizerunku. Zanika wtedy potrzeba miłości, bo też miejsca i czasu na miłość zwyczajnie nie ma. Jeśli ktoś jeszcze czuje się osobą, a nie swoją urodą ani tym, co zdobył, i potrzebuje kochać – musi zapisać się do kontrkultury i zacząć żyć w opozycji do systemu.

Miłość jako hasło antykorporacyjne?
Tak, bo przestrzeń wartości, w której na co dzień żyjemy, jest schizofreniczna. Państwo zachęca do rywalizacji, pracy ponad siły, chciwość nazywa cnotą. Religia apeluje o miłość, miłosierdzie, empatię i pokorę. Niewielu potrafi to tak wyważyć, by nie znaleźć się na marginesie, a zarazem uchronić przed frustracją swoje najważniejsze ludzkie potrzeby. Trafił do mnie kolejny młody człowiek na krawędzi wyczerpania nerwowego i energetycznego. W szkole był prymusem, więc i w pracy jest liderem. Przyszedł, bo się zreflektował, że coś jest nie tak. Oboje z partnerką są po trzydziestce. Czas na dzieci. Zapytał, jak mają stworzyć rodzinę, skoro zasuwają oboje po 12 godzin dziennie?

Ktoś mógłby powiedzieć: „Wystarczy, żeby zmienili pracę”.
To nie takie proste. Wspieram go w pogłębianiu przebudzonej zdolności do refleksji nad życiem. Zainteresowałem go pytaniem, co go ukształtowało na żołnierza systemu. Dlaczego myśli, że tylko tak może wyglądać jego życie? Dlaczego nie widzi innej opcji niż zarobienie się na śmierć w tej korporacji? Czy pracując tam, znajdzie czas i siłę na miłość? Są przecież korporacje, które działają na zasadzie up or out. Mają w statucie, że co roku muszą wymienić 15 procent pracowników. Przypominają sekty: „Możesz kochać tylko mnie. Jeśli zdradzisz, to się rozstaniemy. I nie licz na moją lojalność”. Taki kontrakt mogą przełknąć tylko ci, którzy przeszli dziecięce wtajemniczenie w transakcyjną relację z rodzicami. I najbardziej ofiarni żołnierze systemu to kiepsko kochane dzieci. Akceptowane i nagradzane tylko za osiągnięcia. W dorosłym życiu dalej jadą tą koleiną. Nie jest więc łatwo sprawić, by korporacyjny żołnierz i korporacyjna żołnierka pokochali się na zawsze, na dobre i na złe. Nie ma zaklęcia, które by to sprawiło. Tym bardziej że nie jest łatwo zaryzykować zaangażowanie w miłość, gdy żywi się fałszywe przekonanie, że nie zasługujemy na to, by być kochanym. Ci, którzy tęsknią do prawdziwych, osobowych związków, szukają pomocy psychoterapeuty. Wiele wskazuje też na to, że gdy rozpoznamy miłość jako najważniejszą wartość naszego życia, musimy mieć odwagę, siłę i determinację, by przeciwstawić się systemowi, temu, co konsumpcyjne, hedonistyczne i transakcyjne.

Masz coś pocieszającego dla tych, którzy pragną miłości na dobre i na złe?
Jak Pan Bóg albo los chce, aby człowiek zmądrzał, to zsyła na niego nieszczęście, czyli np. nagłą chorobę, utratę pracy. Dojrzewamy przez kryzysy. Ów młody człowiek pojawił się u mnie, bo był na krawędzi poważnego zagrożenia zdrowotnego. By się uratować, musiałby dokonać szybkiej i gruntownej zmiany. A przynajmniej zaryzykować niezadowolenie pracodawcy. Nie wiem, czy się na to zdobędzie. Wie, że jest źle, ale jeszcze w kościach i w duszy tego nie czuje. Być może opamięta się dopiero, jak mu organizm odmówi posłuszeństwa. Tak, niestety, dzieje się w życiu większości ludzi, którzy zgubili siebie. Wiele muszą zmienić i unieść, by odważyć się sięgnąć po miłość.

Kobiety rejterują rzadziej, gdy wydarzy się nieszczęście. Statystyczny mężczyzna ucieka prawie zawsze, kiedy na przykład rodzi się mu chore dziecko. Dlaczego?
Bo sam był opuszczony przez ojca. Bo jest niedojrzały. Bo jest leniwy. Bo jest cyniczny. Bo nie potrafi kochać. Bo się wstydzi, że spłodził niedoskonałe potomstwo – co w jego przekonaniu świadczy o tym, że jest nie w pełni sprawnym samcem, i to go kompromituje. Wszystkie powody mogą o takim zasmucającym postępowaniu decydować. Zatrzymać go w rodzinie może uświadomione współczucie dla dziecka, miłość do jego matki, a w ostateczności poczucie przyzwoitości. A to uczyniłoby go bardziej dojrzałym i świadomym, a w dodatku wolnym od skutków nadwyrężenia sumienia. Życie z nadwyrężonym sumieniem nie jest łatwe. Trzeba to sumienie albo zapić, albo zapracować na śmierć. Albo jakoś inaczej znieczulić i zagłuszyć.

Słuchajmy więc sumienia, jeśli brak nam miłości?
Jeśli sumienie się odzywa, trzeba go słuchać. Może są ludzie, którzy go nie słyszą, ale to nie znaczy, że go nie mają. Często boimy się je usłyszeć, bo wtedy albo musimy zreformować swoje życie, albo spędzić jego resztę na zagłuszaniu sumienia, czyli na autodestrukcji. Jeśli zdamy sobie jednak sprawę, że nasze szczęście nie zależy od okoliczności zewnętrznych, to nie będziemy więcej nadwyrężać sumienia. Szczęście razem (jak też osobno) staje się możliwe dopiero, gdy nauczymy się kochać. Trafnie i ładnie opowiada o tym film „Wielkie piękno”. Bohater żyje w estetycznie wysmakowanym otoczeniu, w pięknym miejscu, ale nie jest w stanie tego dostrzec, bo ma zatrzaśnięte serce. Prawdopodobnie kiedyś przestał słuchać swego sumienia i gdyby otworzył się na piękno świata i życia oraz na szczęście, jakie może ono nieść, to musiałby też otworzyć się na wszystko, co wcześniej zamiótł pod dywan, wyparł i czemu zaprzeczył. Jeśli się na to nie zdecyduje, to miłość, szczęście i piękno pozostaną dla niego niedostępne. Zamykając serce, tracimy bezcenną wrażliwość, empatię i zdolność do zachwytu, bez których nie sposób budować trwałych związków z innymi ludźmi ani być szczęśliwym samotnie.

Miłość na dobre i na złe – jakie ma szanse w naszym świecie?
Wygląda na to, że dobrobyt oparty na konsumpcjonizmie nie sprzyja miłości. Bo rywalizacja i chciwość wydają się nie mieć końca. Paradoksalnie, w trudnych warunkach, gdy nie wystarcza dla wszystkich dóbr podstawowych, jesteśmy bardziej skłonni do współpracy, empatii i miłości. Gdy nasze przeżycie zależy od zdolności do kooperacji, to miłość i związki mają większe szanse. Trwała rodzina i rozbudowane, kooperujące systemy klanowe stają się wtedy solidną polisą ubezpieczeniową. Miłość źle więc znosi atmosferę konkurencji i bogactwa. Pozwala nam za to wiele przetrwać. A gdy doświadczy nas los i stać nas na radosne i bezinteresowne czynienie tego, co konieczne, by wesprzeć kochaną osobę, nasza świadomość dojrzewa i przenosi się na wyższy, współczujący poziom. Stajemy się zdolni do osobowych, miłosnych związków.

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Uroki tajemnicy. O sekretach, które mogą ratować i niszczyć życie

Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. (Fot. iStock)
Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. (Fot. iStock)
Historyczne, polityczne, to tajemnice sensacyjne, ale tak naprawdę szokują przez chwilę. Za to sekrety nasze codzienne potrafią zniszczyć życie albo... je odbudować.

Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. Jeśli kiedykolwiek ukrywałeś czyjś ważny sekret – znasz ciężar tego brzemienia. A ujawnienie czyjejś tajemnicy? Nierzadko postrzegamy taki czyn jak przewinienie podobne do zdrady. Poinformowanie żony o tym, że jej mąż ma drugą rodzinę, wnuka o zbrodni dziadka albo dziecka, że jest adoptowane... Wiadomo, otwarcie takich tajemnic wywraca ludzkie biografie. A czy tajemnice potrafią zniszczyć życie tego, kto je nosi w sobie?

– Kiedy obawiamy się, że coś, co chcemy ukryć, może wyjść na jaw, żyjemy pod stałą presją, co nie pozwala nam swobodnie oddychać – mówi Zuzanna Celmer. – Funkcjonujemy niejako w dwóch rzeczywistościach: zewnętrznej i wewnętrznej, a takie rozszczepienie na pewno nie służy zdrowiu psychicznemu i fizycznemu. Niekiedy jednak, jeśli jest się absolutnie przekonanym, że zachowanie tajemnicy w jakiejś kwestii jest konieczne dla dobra człowieka lub sprawy – wówczas klauzula „tajne” ma wysoki priorytet w hierarchii wartości. Niesiemy ją w sobie przez całe życie z poczuciem słuszności tej decyzji.

Takim szczególnym przypadkiem jest adopcja. – Kiedy rodzice uważają, że adoptowane przez nich  dziecko nie może się dowiedzieć o tym fakcie, bo mogłoby mieć żal i poczuć się odrzucone przez biologicznych rodziców, będą ukrywać tę prawdę, ale i zadręczać się tym, że może ją usłyszeć od kogoś innego – mówi Zuzanna Celmer. – W historii rodzin często kryją się zdarzenia, o których nie mówi się nawet między sobą, pokrywając je milczeniem. Dodajmy do tego tajemnice biografii poszczególnych członków rodzin, ujawniające się na przykład w ustawieniach hellingerowskich, i nasze własne sprawy czy zachowania – większe lub mniejsze – o których dla swojego dobra wolelibyśmy zapomnieć.

Oczywiście, każda epoka ma swoją specyfikę. Na przykład nieślubna ciąża córki czy wdanie się syna w tzw. nieodpowiednie towarzystwo – starannie kiedyś ukrywane, wraz ze zmianą obyczajowości i poluzowaniem norm moralnych, nie jest już hańbą czy powodem do wstydu. Może nie rozpowiada się o tym wszem i wobec, ale też nie tai przed otoczeniem. Niemniej tajemnice istnieją nadal. Związane są choćby z historycznymi zawieruchami, jak druga wojna światowa, okres powojenny czy kolejne dekady polskich dziejów. Słowo sekret wydaje się mieć lżejszy ciężar gatunkowy i bardziej oznacza umowę o niezdradzaniu czegoś przed konkretnym terminem, zanim nie zostanie to „coś” ogłoszone, wykonane lub nie nadejdzie pora, żeby to ujawnić. Natomiast tajemnica jawi się jako „tajna”, a więc ukryta tak długo, jak to tylko możliwe. Czasami aż do śmierci.

Dziewczyna i chłopak

Piotrek pojawił się na szkolnym balu przebierańców niespodziewanie – do wczoraj mówił, że to głupie. Ubrany był w czarne skórzane kozaczki na obcasie. I miał makijaż! Przebił wszystkie zakonnice, pielęgniarki, hinduskie tancerki. Był lepszy od diabła i Batmana. Ola patrzyła na niego zauroczona. Minął rok odkąd zaczęli się spotykać, ale takiego Piotrka jeszcze nie znała. Zazwyczaj bywał spięty, zamknięty w sobie, znikał na treningach siatkówki. Twardziel. Ale ona cieszyła się, że nie włóczy się po pubach i nie ogląda za dziewczynami. Tego by nie zniosła. Jej poprzedni chłopak wariował na widok każdej z jej koleżanek i wreszcie bezpowrotnie odszedł z jedną z nich. Długo czuła się zraniona, przestała ufać chłopakom.

A potem pojawił się Piotrek. Nad łóżkiem zamiast Rihanny miał plakat z Eltonem Johnem. Spokojny, długo nalegał na spotkanie. Aż poszli wreszcie do kina i... trzymali się za ręce. Potem spacer, trochę pocałunków. Rozmowy, rozmowy, rozmowy. Wszystko po kolei. Tak jak według Oli powinno być. Najpierw poznawanie się, chodzenie za rękę, przytulanie, dopiero potem seks, układanie życia, rodzinne wakacje, dzieci...

I oto wyluzowany i rozbawiony Piotrek rozdawał wszystkim kokieteryjne spojrzenia i co chwilę wybuchał śmiechem. Tańczył nawet z Marcinem. „Nareszcie!”– pomyślała Ola. „Otworzył się. Dziś pójdziemy do... niego”.

Po balu chciała pojechać z Piotrkiem, on jednak zaprotestował. I w tym momencie Ola naprawdę się załamała. Wiedziała, że taka noc nieprędko się powtórzy. Płakała całą drogę.

Od tej pory nie było już tak jak dawniej. Coś się popsuło. Piotrek bardzo rzadko do niej dzwonił, nie zawsze też odpisywał na jej SMS-y. „Może jestem zbyt natarczywa? Seks to przecież nie wszystko” – myślała Ola. Ale po tygodniu nacisnęła guzik przy numerze 25 na jego domofonie.

Piotr nie chciał z nią rozmawiać, ale nie dała za wygraną. Winda. Jeszcze nigdy jazda tak się nie dłużyła. Drugie piętro. Setki myśli. Piąte piętro. Miliony pytań. Siódme. Zapukała. Drzwi otworzył Marcin. Ten, z którym Piotrek tańczył na balu. „Nie męcz mnie, Olu” – powiedział Piotrek – „Ja cię nie kocham. Chcę, żebyśmy zostali przyjaciółmi”. „Jeśli mężczyzna proponuje kobiecie przyjaźń, to znaczy, że to koniec miłości” – Ola przypomniała sobie słowa mamy.  Łzy spadały na niebieską sukienkę... Nie pamięta, jak wróciła do domu. Ale nie zapomni chwili, kiedy tajemnica wyszła na jaw.

Zadzwonił domofon. Ola odebrała. Znała ten głos! To głos Marcina. Skoczyła na równe nogi. „Skończmy te sekrety. To paranoja. Wszystkim będzie lżej. Ja i Piotrek jesteśmy razem od pół roku. Piotrek nie wiedział, jak ci to powiedzieć” – usłyszała.

Komentarz eksperta

Renata Bożek: Największą tajemnicą w tej historii jest to, dlaczego Ola po raz kolejny zakochała się w kimś, kto ją zdradził. Bo to, że Piotr wybrał Marcina, a nie Martę – jest bez znaczenia. Niepokoi to, że znów została sama, oraz że przez pół roku nie dostrzegła, że jej ukochany ma kogoś innego.

Najłatwiej w tej sytuacji byłoby oskarżyć Piotrka, że ją oszukiwał i ukrywał przed nią swoje prawdziwe uczucia i potrzeby. Ale to pójście na łatwiznę. Ono nie wniesie do życia niczego kreatywnego. Ola musi zrobić coś trudniejszego – rozwiązać własną tajemnicę, odpowiedzieć sobie: „dlaczego wybieram takich chłopaków i wchodzę w takie związki?”. Musi zrozumieć destrukcyjny mechanizm, który popycha ją w ramiona tych, którzy ją odrzucają i ranią. Zostawiają samą.

Do rozwikłania pozostają też tajemnice rodzinne. Jaki wzór związku Ola wyniosła z rodzinnego domu? Czy mama i tata dawali jej poczucie, że jest kochana? Ta wiedza będzie jej potrzebna po to, żeby w przyszłości zbudować udany związek. Radziłabym także rozmowę z kimś starszym i godnym zaufania. Psychoanalitykiem, psychoterapeutą, szkolnym pedagogiem…

Ojciec i syn

Gdy matka opowiedziała mu wszystko, Paweł poczuł ulgę. Od lat podejrzewał jakiś rodzinny sekret. Coś, co nieuchronnie prowadziło ich rodzinę do dezintegracji, nie pozwalało budować, za to łatwo gasiło z trudem zapalany ogień. Czasem się nad tym zastanawiał. Wiedział, że jego matka poznała w młodości mężczyznę, z którym łączyło ją wielkie uczucie, że po rozwodzie wróciła z córeczką do rodzinnego domu, a presja wywierana przez konserwatywnego dziadka doprowadziła do tego, że wyszła za mąż za jego ojca.

„Zaczęłam spotykać się z twoim ojcem z czystego rozsądku” – wyznała. „Szukałam kogoś, kto zaakceptuje mnie i twoją siostrę. Chciałam uciec z domu twojego dziadka, z zaściankowego świata, w którym rozwódka z dzieckiem była traktowana jak czarownica”.

Gdy Paweł przyszedł na świat, jego matka miała 28 lat, męża, M4 i jako takie szczęście. Mąż jednak pił regularnie. Paweł pamiętał ojca od zawsze jako alkoholika. I awantury, a przede wszystkim brak kontaktu. „Zawsze czułem, że nie jesteśmy do siebie podobni, że brak między nami więzi emocjonalnej. Że ja go tak naprawdę nie kocham, a on mnie też jakoś tak, dziwnie. Moją siostrę brał na kolana, mnie nigdy. Nienawidziłem chwil, kiedy atakował mamę. Zawsze brałem jej stronę i wtedy często padały słowa: »Bo mu powiem, bo mu powiem!«. Pewnie nieraz chciał wszystko wykrzyczeć, ale mama tak to organizowała, żeby prawda nie wyszła na jaw”.

Teraz, kiedy zmarł, Paweł wiedział już wszystko. „Był bezpłodny” – powiedziała matka – „Z tego powodu odeszła od niego pierwsza żona. Tak jak ja padł ofiarą małomiasteczkowych konwenansów. Facet, a nie może mieć dzieci? Doszliśmy do porozumienia. Skoro on był dobry dla mojej córki, postanowiłam zrobić coś dla niego. Pracowałam w kancelarii prawnej. Podobałam się mężczyznom. Wiedziałam, kiedy pójść do łóżka, żeby zajść w ciążę”.

Paweł słuchał z ciekawością. Jego dorosłe życie było już poukładane, nie czuł żalu do matki: „Chroniła mnie przed prawdą, szczególnie w okresie dojrzewania, z obawy przed tym, żebym nie wykorzystywał tego przeciwko niemu. Tak było lepiej. Co mógłbym zrobić jako zbuntowany nastolatek? Gnębić „mojego” ojca, który wychowywał mnie tak, jak potrafił? Ileż energii musiał wkładać w dochowanie tej wielkiej tajemnicy? Tak naprawdę bardzo mu współczuję” – mówi z przekonaniem Paweł.

A biologiczny ojciec? „Pan z kancelarii, tuż po tym jak mnie stworzył, został wydelegowany do pracy za granicą. Najprawdopodobniej nie ma zielonego pojęcia, że jestem na świecie. Nigdy się nie spotkaliśmy. Na początku korciło mnie, żeby go odnaleźć. Spotkanie własnego ojca na pewno stanowi jakąś pokusę. Może jest biedakiem, a może milionerem? To przecież mój prawdziwy ojciec. Tylko jeden i aż jeden, ale... z drugiej strony, po co miałbym mu fundować frustracje? Wchodzić nagle w jego może poukładane życie? Co nasze spotkanie mogłoby dla niego znaczyć? Szok? Zmianę światopoglądu? Nie, nie, nie zrobię mu tego. Na razie cieszę się wszystkimi pozytywnymi genami, jakie w sobie dostrzegam. Może właśnie po nim?”.

Komentarz eksperta

Renata Bożek: W historii Pawła widać, że poznanie rodzinnej tajemnicy ma wyzwalającą, twórczą siłę. Dlaczego? Każdy z nas potrzebuje spójnej autonarracji, czyli czegoś w rodzaju powieści lub scenariusza, w którym jesteśmy głównym bohaterem. Jeśli w tym „filmie” są białe plamy i sprzeczności, nasza postać jest niepełna, czegoś jej brakuje. Odkrycie brakujących „scen” we własnej historii daje pewność, że wiemy, kim jesteśmy. Pozwala lepiej zrozumieć to, co się w życiu wydarzało i wydarza.

W chwili gdy Paweł odkrył rodzinną tajemnicę, zrozumiał, dlaczego ojczym był dla niego taki obcy. Poczuł współczucie do człowieka, którego przez lata oskarżał i nie znosił. Dopiero teraz docenił jego starania. Przestał czuć się niekochanym synem. Dzięki temu uwolnił się od ciężaru przeszłości i był wreszcie w stanie wziąć odpowiedzialność za swoje wybory.

Odszyfrowanie rodzinnej tajemnicy bywa szansą na odnalezienie w sobie siły życiowej, zaakceptowanie tego, kim się jest, i uwolnienie twórczej energii.

  1. Psychologia

Kto odpowiada za zdradę w związku? - kilka faktów na temat niewierności

Niektórzy potrzebują większej czułości i więcej seksu, inni ryzyka, dramatu, czy zemsty. Są też ludzie, którzy marzą o „doskonałej miłości” (fot. iStock)
Niektórzy potrzebują większej czułości i więcej seksu, inni ryzyka, dramatu, czy zemsty. Są też ludzie, którzy marzą o „doskonałej miłości” (fot. iStock)
Coraz częściej do mojego gabinetu trafiają nieszczęśliwi małżonkowie i pary w kryzysie spowodowanym zdradą.

Zdarza się też, że przychodzi osoba zmęczona związkiem, pełna obaw, że jeśli nic się nie zmieni, to nie będzie miała skrupułów przed romansem.

Niekoniecznie dopiero fakt zdrady psuje relację. Wydaje się, że zdrada często jest objawem tego, że w związku nie dzieje się dobrze.

Dlaczego właściwie zdradzamy?

Pierwszym czynnikiem, który sprzyja niewierności, są nieporozumienia i kłótnie, spowodowane głównie różnicą charakterów i poglądów. Ta odmienność nasila się głównie w czasie występowania innych problemów: praca, rodzina, finanse itp. Powoli życie erotyczne partnerów staje się mało satysfakcjonujące, nudne, a z czasem jakiekolwiek zbliżenia intymne są właściwie nieobecne. Dodatkowo, zmęczeni trwającymi miesiące czy lata konfliktami, jesteśmy bardziej skłonni wejść w nową relację, niż wkładać wysiłek w naprawę tego, co już mamy. Ostatecznie doprowadza to do poszukiwań osoby, która spełni nasze fantazje i oczekiwania. Często też czujemy potrzebę ucieczki od współmałżonka, pragnienie zwrócenia na siebie uwagi, chcemy poczuć się niezależni, pożądani, lepiej rozumiani. Niektórzy potrzebują większej czułości i więcej seksu, inni ryzyka, dramatu, czy zemsty. Są też ludzie, którzy marzą o „doskonałej miłości” oraz tacy, którzy potrzebują dowieść samym sobie, że ciągle jeszcze nie są za starzy na miłość i rzucają się w romanse „ostatniej szansy”.

Carol Botwin, seksuolożka, autorka książek, uważa, że niektórzy mężczyźni nie potrafią dochować wierności, gdyż nigdy w istocie nie opuścili „dziecięcej fazy” życia. W oddaleniu od małżonki spowodowanym np. podróżą, odczuwają potrzebę drugiej partnerki. Cudzołóstwu mogą też oddawać się osoby, które wychowały się w domach, gdzie brakowało czułości. Jako dorośli budują więc wyzbyte uczuć małżeństwo i wchodzą w niezobowiązujące romanse. Zdarzają się mężowie, którzy swoje żony wynoszą na piedestały, sypiać jednak wolą z „ulicznicami”. Pośród zdradzających często są osoby o postawie narcystycznej: potrzebują wielu kochanków, aby jaśnieć w promieniach ich pożądania. Zdarzają się czasem i tacy, którzy gustują w trójkątach, lubią walkę dla niej samej. Zdrada może być też próbą rozwiązania problemów seksualnych (Botwin, 1988).

Zdrada kusi

Niezależnie od poczucia, że cudzołóstwo jest niemoralne, pomimo wyrzutów sumienia towarzyszącym potajemnych schadzkom, na przekór niebezpieczeństwom, jakie niesie to rodzinie, przyjaciołom i stabilności życiowej, sporo osób chętnie wchodzi w związki pozamałżeńskie. Z raportu Kinseya wynika, iż ponad 33% Amerykanów i 26% Amerykanek przyznało się do tego typu kontaktów seksualnych (Kinsey i in., 1948; 1953). Ankieta przeprowadzona przez „Playboya” dwadzieścia lat później (Hunt, 1974) wskazała na liczbę 41% żonatych mężczyzn i 25% zamężnych kobiet, którzy zdradzili kiedyś współmałżonka. Badania z lat osiemdziesiątych mówią o 54% kobiet (Wolfe, 1981) i 71% mężczyzn (Hite, 1981), którzy dopuścili się niewierności.

Polskie badania mówią o 25% kobiet i 31% mężczyzn w roku 2005, a sześć lat później jest to 21% mężczyzn i 12% kobiet (Izdebski, 2005; 2011). Skąd jednak pewność, że którakolwiek z tych danych jest prawdziwa? Mężczyźni skłonni są chełpić się swymi seksualnymi podbojami, kobiety wolą raczej ukrywać romanse. Być może mężatki sprzed pół wieku niechętnie przyznawały się do zdrad małżeńskich, a współcześnie już potrafią być bardziej szczere. Hunt komentuje to w ten sposób: „Kobieta równie często będzie szukała seksu poza małżeństwem jak mężczyzna, jeśli tylko ona sama i jej otoczenie uważają, że ma do tego takie samo prawo jak małżonek” (Hunt, 1974). Wygląda wiec na to, że nasza ludzka skłonność do pozamałżeńskich związków jest świadectwem triumfu natury nad kulturą. Podobnie jak wzorce flirtu, uśmiechu, jak fizjologiczne podłoże zauroczenia i chęci do łączenia się z jedną osobą, także i cudzołóstwo jest najpewniej częścią pradawnej gry reprodukcyjnej.

Związek do naprawy

Wracając do par w kryzysie, które niewątpliwie przeżywają trudne chwile. Przede wszystkim proponuję, żeby zastanowić się nad motywami, które kierowały w stronę zdrady. Nie chcąc tracić tego, co zbudowało się do tej pory, jednocześnie czując brak spełnienia, często działamy egoistycznie. Powiemy - związek to przecież uwzględnianie drugiej osoby w naszych decyzjach. Jednak w sytuacji kryzysu naturalne jest, że w pierwszej kolejności dbamy o własne dobro, o własny komfort psychiczny i fizyczny. Idealnie jest móc uniknąć takiego dylematu, czyli pomyśleć wcześniej i zapobiegać, niż potem naprawiać. Jeśli czujemy, że w naszym związku nie jest do końca tak, jakbyśmy tego sobie życzyli, to nie czekajmy na „właściwy moment” by porozmawiać, moment, który najczęściej nigdy nie nadchodzi, tylko zróbmy to spontanicznie, teraz. Nawet lektura tego artykułu może być pretekstem do rozpoczęcia takiej właśnie rozmowy. Powiedzmy szczerze o naszych oczekiwaniach, o tym, co lubimy u siebie nawzajem, a czego nie lubimy i co chcielibyśmy zmienić.

Związek można porównać do rośliny. Podlewając ją raz w miesiącu utrzymamy ją przy życiu, będzie wegetować, ale nie rozwijać się. Możemy też, co kilka dni dawać jej trochę wody i obserwować jak rośnie i rozkwita.

Ewa Krawczyńska: psycholog, psychoterapeuta, kulturoznawca, specjalista seksuolog, doradca rodzinny

Carol Botwin: seksuolog, dziennikarka, autorka m.in. książek „Niewierne żony” i „Niewierni mężowie”

  1. Psychologia

Związek po zdradzie - jakie manipulacje stosują partnerzy?

Wielu partnerów nie jest w stanie powstrzymać się od zachowań, które tylko poglębiają kryzys w związku (fot. iStock)
Wielu partnerów nie jest w stanie powstrzymać się od zachowań, które tylko poglębiają kryzys w związku (fot. iStock)
Ratowanie związku po zdradzie to wyjątkowo trudne zadanie. Wiele osób – i zdradzający, i zdradzani – popełnia wtedy szereg błędów, które tylko pogłębiają kryzys. Czego nie robić, jeśli nadal wam na sobie zależy?

Kryzys wywołany przez zdradę jest jednym z najczęstszych powodów, dla których pary trafiają do gabinetu psychoterapeutycznego. To wyjątkowo trudny moment pod wieloma względami: poziom zaufania jest niewielki, a poziom emocji może być odurzający. Jeżeli w takim momencie para decyduje się na pracę nad swoją relacją, to musi naprawdę zaangażować wszelkie swoje zasoby i odkrywać te, które dotąd były nieuświadomione. Wysiłek może doprowadzić do ponownego zbudowania relacji, ale - co warto raz jeszcze podkreślić! - wymaga to dużej motywacji i przytomności, by nie wpaść w powszechne pułapki jakie pojawiają się w takich sytuacjach.

Poniżej przedstawiamy najczęstsze zagrożenia –  manipulacyjne zachowania, które uniemożliwiają pomyślne wyjście z kryzysu i rozwój związku.

Osoba zdradzająca

Najczęstsze manipulacje, jakie stosują osoby, które zdradziły:
  • Ukrywanie zdrady i negowanie obserwacji drugiej strony: „wydaje ci się, że coś się zmieniło”.
  • Mówienie, że zdrada wydarzyła się bez przyczyny: „to było tylko fizyczne, więc nie ma się nad czym zastanawiać”.
  • Przenoszenie odpowiedzialności na drugą stronę: „byłaś nieczuła”, „nie doceniałeś mnie” itp. Utrzymywanie, że tylko przy tamtej osobie mogę się czuć jakiś/jakaś (spontaniczny, atrakcyjny, mądra, wyzwolona itp.).
  • Umniejszanie uczuć i cierpienia drugiej strony: „przecież ci powiedziałam, więc chyba mi zależy na tobie, nie?!”, „ja już o tym zapomniałem - ty też powinnaś” itd.
  • Koncentrowanie się na sobie: „taka jestem straszna, nie zasługuję na ciebie”; „mam problemy z bliskością, przestraszyłem się tego, jak mi na tobie zależy (przekonaj mnie, że warto o to walczyć i że damy radę)”.
  • Twierdzenie, że zostaje się z drugą osobą tylko ze względu na wspólne dzieci.

Osoba zdradzona

Wiadomość, że zostało się zdradzoną/zdradzonym zwykle stanowi szok i wywołuje ból, smutek i złość. Bardzo ważne jest, aby dać sobie prawo do tych uczuć, wyrażać je, znaleźć wsparcie. Jeśli po pewnym czasie nadal zależy ci na ratowaniu związku, to warto zapoznać się z poniższą listą.

Manipulacje stosowane przez osoby zdradzone:

  • Niechęć do ponoszenia jakiejkolwiek odpowiedzialności za to, co przyczyniło się do kryzysu (odpowiedzialność za samą zdradę leży oczywiście po stronie, która zdradziła), np. „nasze małżeństwo było przecież idealne, zanim mnie zdradziłaś/eś”.
  • Używanie argumentu zdrady przy wszystkich sporach (także całkowicie niezwiązanych z tematem zdrady) jako pozycji negocjacyjnej: „teraz masz robić to, co ja chcę”; to daje osobie zdradzonej złudne poczucie siły („racja i wyższość moralna są po mojej stronie”).
  • Tłumaczenie swoich własnych trudności przez zdradę: „przez to, co zrobiłeś/aś, nie mam poczucia własnej wartości, sensu życia, nie odniosę sukcesu zawodowego” itd.
  • Używanie zdrady jako pretekstu, żeby odejść (osoba już wcześniej planowała odejść, ale nie chciała brać odpowiedzialności za zostawienie partnera).
  • Przeniesienie całej winy na partnera: „skoro nie ja zdradziłem, to nie ja powinienem pracować nad relacją”.
  • Twierdzenie, że zostaje się z drugą osobą tylko ze względu na wspólne dzieci (stosują to obie strony).

Co nie jest manipulacją?

Warto unikać postaw i zachowań opisanych powyżej, a skupić się na podjęciu decyzji, czy na pewno chce się ratować związek. Wymaga to odważnego adresowania uczuć i potrzeb obu stron, szczerego przyjrzenia się związkowi sprzed zdrady i wprowadzania koniecznych zmian. Trwałość związku nie jest czymś danym na zawsze, a bez zaangażowania i prawdziwości trudno o szansę na stworzenie bliskiej relacji. Po zdradzie lub bez niej.

Agnieszka Serafin i Mikołaj Czyż są psychoterapeutami Instytutu Psychologii Procesu, założycielami Centrum Rozwoju dla Par, w którym wspólnie prowadzą terapię par.

  1. Psychologia

Nie umiem podejmować decyzji i stoję w miejscu

Nieumiejętność podejmowania decyzji często oznacza lęk przed zatrzymaniem. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. (Fot. iStock)
Nieumiejętność podejmowania decyzji często oznacza lęk przed zatrzymaniem. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. (Fot. iStock)
Nieumiejętność podejmowania decyzji ma swoje głębsze przyczyny. Czasem życie prowadzi cię na rozstaje dróg. Musisz podjąć decyzję, którą drogę wybrać. Minuty mijają, a ty ciągle nie wiesz, czy iść dalej dotychczasową ścieżką, czy wejść na nową... Spokojnie, nie panikuj, tylko zanurz się w tym.

Nieumiejętność podejmowania decyzji ma swoje głębsze przyczyny. Czasem życie prowadzi cię na rozstaje dróg. Musisz podjąć decyzję, którą drogę wybrać. Minuty mijają, a ty ciągle nie wiesz, czy iść dalej dotychczasową ścieżką, czy wejść na nową... Spokojnie, nie panikuj, tylko zanurz się w tym.

Boję się podjąć decyzję o rozstaniu

Maria trafiła do mnie z powodu poważnego dylematu: reanimować swój wieloletni związek czy związać się z mężczyzną, w którym zakochała się rok temu. Czułam jej rozpacz i determinację, związane z faktem, że nie potrafi podjąć decyzji (boi się podjąć decyzję o rozstaniu). Rezygnacja z długoletniego związku, rozbicie rodziny i zaczynanie wszystkiego od początku – nigdy nie jest proste. Nowy mężczyzna kusił, ale nie ułatwiał jej podjęcia decyzji. Maria stała na rozdrożu, coraz bardziej zrozpaczona i zniechęcona. Postanowiłam zaprosić ją na sesję do Jacka Sobola, terapeuty manualnego. Jacek poprosił ją, żeby wstała i wyobraziła sobie na podłodze linię, za którą jest przepaść – symbol niewiadomej po podjęciu decyzji. – Teraz wyobraź sobie, że znajdujesz się w kołowrotku i jak chomik przebierasz nogami, kołowrotek się kręci, ty stoisz w miejscu, przed tobą jest przepaść – powiedział. Maria zaczęła przebierać nogami. – Szybciej, szybciej.

- Co czujesz? – zapytał Jacek.

Maria zaczęła cicho płakać. – Co się dzieje? – spytał Jacek. – Uświadomiłam sobie, że od roku chodzę w miejscu. To droga donikąd. Nie jestem w stanie podjąć żadnej decyzji. To takie trudne. Boję się podjąć decyzję o rozstaniu. Nie wiem, czy jestem w stanie przekroczyć tę linię. Chyba nie jestem jeszcze gotowa – wyrzuciła z siebie Maria i zaczęła coraz bardziej płakać.

W tym szalonym, pędzącym na oślep świecie, wiele z nas tak naprawdę porusza się jak chomik w kołowrotku. Staramy się, działamy, przyspieszamy tempo a... efektów brak. Nadal nie umiemy podejmować decyzji.

Terapeuta Moshé Feldenkrais powiedział, że jeśli robisz wszystko tak samo, jak do tej pory, choć twoje dotychczasowe działanie nie przynosiło efektów, nie dziw się, że i tym razem pudło.

Przypomnij sobie, ile razy w twoim życiu były takie sytuacje, kiedy stare metody już nie działały, a nowe jeszcze się nie pojawiły. Co wtedy robiłaś? Jak się z tym czułaś? Może zachowywałaś się tak jak moja nowa pacjentka, która przyszła do mnie osiem miesięcy po rozstaniu z chłopakiem, z rozpoznaną depresją. „Boję się podjąć decyzję o rozstaniu” - to nie były jej rozterki. Decyzję podjęła całkiem świadomie, ale wciąż żyje tak, jakby „eks” był stale obok. Rano wstaje wcześniej, bo ciągle zapomina, że już nie zjedzą razem śniadania. Je w tych samych restauracjach, w których zwykle razem jadali, choć nie cierpi włoskiej kuchni. – Pomóż mi ruszyć do przodu – poprosiła. – Dobrze, ale najpierw pozwól sobie na zatrzymanie i przeżyj to – odpowiedziałam jej.

Nieumiejętność podejmowania decyzji i lęk przed zatrzymaniem

– Moja poprzednia terapeutka po roku przyznała, że już nie ma na mnie pomysłu – powiedziała Iza na pierwszej sesji. – A ja tylko chcę mieć udany związek, dom, dzieci. Czy to tak wiele?

Iza, jak większość z nas, żyła w przeszłości – bolesnym scenariuszu z dzieciństwa, i w przyszłości, którą już dziś była w stanie przewidzieć: „Nie zasługuję na związek, nie uda mi się”.

Po kolejnej sesji zadałam jej pracę domową. Poprosiłam, żeby napisała bajkę o małej dziewczynce. Na sesji próbowałyśmy to odegrać. Mała dziewczynka Izy zgubiła się w lesie, chciała więc odnaleźć drogę do domu. Zbierała kolorowe kulki, które miały być jej drogowskazami. Ale kiedy miała już obydwie ręce pełne, wiatr wytrącał jej kulki i zostawała z niczym. Siadała wtedy zrezygnowana na ziemi, a kiedy ogarniał ją potworny lęk, zrywała się i zaczynała od nowa zbierać kulki. Po kolejnej próbie poprosiłam, żeby została na moment w tej rezygnacji, z pustymi rękoma. Iza wytrzymała minutę, powiedziała: „Nie dam rady, nie mogę, to przerażające” i wybiegła z gabinetu.

Zatrzymanie, bezruch, nicnierobienie odczuwane jest przez większość pacjentów jako przerażająca pustka („nic nie czuję”), obezwładniający lęk („boję się, że umieram, znikam”), paraliżujące drżenie całego ciała (w ten sposób uwalnia się z ciała napięcie). Zatrzymanie to mała śmierć. Nic dziwnego, że budzi tak wielkie przerażenie. Wydaje ci się, że dopóki działasz, próbujesz, planujesz, zwiększasz tempo – jesteś, żyjesz. A tymczasem naprawdę czuć możesz tylko w bezruchu. Wywołane sytuacją życiową zatrzymanie, pojawienie się pytania „co dalej?”, nieumiejętność podejmowania decyzji, wątpliwości – to cenny czas na przemyślenia: czego naprawdę pragniesz, co jest dla ciebie ważne, kim jesteś? Ale zanim pojawią się odpowiedzi, w bezruchu budzą się twoje demony: dawne urazy, nieprzeżyte traumy, trudne wspomnienia. To tego najbardziej boisz się w zatrzymaniu. Ale jeśli go nie przeżyjesz, nie pojawi się odpowiedź na pytanie „co dalej?”. Nieumiejętność podejmowania decyzji pozostanie.

Żeby naprawdę żyć, musisz przetrawić lęk przed śmiercią; lęk przed zniknięciem, rozpadem, pustką, traumami z przeszłości. Gdy nie umiemy podejmować decyzji, zatrzymanie może nam pomóc. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. Być może w stanie bezruchu po raz pierwszy w życiu poczujesz, że ze swoimi problemami jesteś tak naprawdę sama. To może być trudne. Na dodatek w stanie zatrzymania, kiedy zaczynasz czuć, odzywa się twoje ciało. Mogą pojawić się symptomy: ścisk w gardle, problemy z oddychaniem, zaciśnięcie przepony, ból bioder, sztywność nóg, drżenie rąk, zawroty głowy. To może przerażać, ale kiedy minie, wróci spokój i pewność decyzji.

Praca z oddechem

Marina Abramović, pochodząca z Bałkanów performerka, wiosną 2010 roku w Museum of Modern Art w Nowym Jorku zorganizowała trwający ponad 700 godzin performance „The Artist is Present”. Zasady były proste. Marina siedziała w centrum sali w tzw. placu światła. Naprzeciwko niej ustawione było drugie krzesło, na którym siadali kolejno odwiedzający muzeum goście. Każdy mógł zająć krzesło na tak długo, jak chciał, pod warunkiem że nie wykonywał żadnych ruchów, nie odzywał się, mógł jedynie patrzeć artystce prosto w oczy. Ludzie siedzieli naprzeciwko niej od trzech minut do kilku godzin. Wielu płakało, jedni chcieli jej zaimponować, jeszcze inni odczuwali miłość. Marina tylko patrzyła, w milczeniu. – Chciałam zmusić ich do koncentracji, wyrwać na chwilę ze świata. Zwykle żyjemy w przeszłości albo w przyszłości. Przestajemy myśleć tylko wtedy, kiedy kochamy i mamy orgazm. Performance ma dołączyć do tej pary. Ma pokazać, że można być tu i teraz – wyjaśniała.

Zatrzymanie, ten przerażający moment nicnierobienia, trwania w bezruchu, to najbardziej cenny czas, chwila, w której masz szansę naprawdę poczuć, że żyjesz. Zgodnie z naukami mistrza Osho, jedyną stałą rzeczą pomiędzy narodzinami a śmiercią jest oddech. Oddech jest pomostem między tobą a twoim ciałem. Koncentrujesz się zwykle na wdechu albo na wydechu. Starasz się pogłębiać oddech albo oddychać torem brzusznym (przeponą), a tymczasem pierwszy krok to poczucie zatrzymania – przerwa pomiędzy dwoma oddechami. Jeśli zamkniesz oczy i wczujesz się w rytm oddechu, zauważysz, że oddech najpierw wnika do wnętrza ciała, płynie w dół, a potem kieruje się na zewnątrz; płynie w górę. Kiedy uda ci się poczuć tę chwilę, kiedy ciało napełni się oddechem, zanim skieruje się na zewnątrz, a oddech na moment ustanie – w pełni przeżyjesz moment zatrzymania. Kiedy oddech wypływa z twojego ciała, zanim ponownie go nabierzesz, znowu pojawia się ten moment bez oddechu – cisza. Wdech – zatrzymanie – wydech – zatrzymanie – kolejny wdech. Tak wygląda rytm życia. Zatrzymanie jest jego naturalnym stanem.

Ćwiczenie na przeżycie momentu zatrzymania

Jeśli jest ci trudno, przerażają cię symptomy pojawiające się w ciele, rozejrzyj się po pokoju i znajdź coś, co da ci wsparcie. Może to być np. poduszka, którą przytulisz do piersi, ściana, o którą się oprzesz, czy podłoga, na której zwiniesz się w pozycji embrionalnej. Kiedy znajdziesz wsparcie, na moment zastygnij w bezruchu. Poczuj, co dzieje się w ciele. Wytrzymaj ten moment. Następnie połóż się na wznak, dłonie umieść w okolicach podbrzusza (w miejscu, gdzie znajdują się jajniki). Tam jest twoja pierwotna, kobieca moc. Poczuj ją. To ona pozwoli ci przetrwać moment zatrzymania i pokonać nieumiejętność podejmowania decyzji.

  1. Seks

Męski kryzys seksualny - jak odbija się na związku?

Lęk przed bliskością, zazdrość, chęć ukarania partnerki - wiele może być przyczyn po stronie mężczyzny, które rujnują życie seksualne w związku. (fot. iStock)
Lęk przed bliskością, zazdrość, chęć ukarania partnerki - wiele może być przyczyn po stronie mężczyzny, które rujnują życie seksualne w związku. (fot. iStock)
Gdy seks w miłosnej relacji staje się obszarem władzy, dominacji czy karania, związek przeżywa ciężką próbę – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

On nie ma ochoty na seks – donoszą już nie tylko 40-latki zaniepokojone jego kryzysem połowy życia, ale także 30-latki. Seks przestał był atrakcyjny dla młodych mężczyzn? Kobietom z pewnością chodzi o seks partnerski, intymny, związany z czułością, otwartością…

Właśnie o taki.
Coraz częściej nawet młodzi, dwudziestokilkuletni, zdrowi, przepełnieni hormonami mężczyźni czują niepokój na myśl o doświadczeniu seksualnej otwartości. Co innego seks sportowy, fizjologiczny, szybki numerek – każdy mężczyzna to potrafi. Wbrew pozorom ekstaza miłosna dla wielu mężczyzn może być – i jest – źródłem niepokoju, a czasami wręcz przerażenia.

Przerażenia?
Czasy, w których żyjemy, nie sprzyjają kontaktowaniu się ze swoją wrażliwością. Intymny związek, intymny seks wiążą się z głębokim kontaktem ze sobą, z odsłanianiem się, z czułością, i to nie przez chwilę, ale na stałe. To wciąż dla wielu mężczyzn nieznany ląd.

Stąd lęk?
Związany także z utratą kontroli. Rozmawiam z młodym mężczyzną, który skarży się, że nie może spać. Pytam, co złego by się stało, gdyby jednak zasnął. Jest zdenerwowany na samą myśl o tym, ponieważ wtedy nie wiedziałby, co się dookoła dzieje. Dlatego najchętniej w ogóle by nie spał. Wyobraźmy sobie takiego mężczyznę w objęciach z ukochaną, oddającego się ekstazie miłosnej… Nie do wyobrażenia, prawda? To, oczywiście, skrajny przypadek, jednak wielu mężczyzn w jakimś stopniu odnajdzie w nim siebie. Boimy się utraty kontroli, ponieważ nie wiemy, co się wydarzy, jakiego siebie wówczas spotkamy. Co innego płatny seks. Tu wszystko jest proste. Nie trzeba czułości, otwartości, jest transakcja – to do mężczyzn przemawia. Znają świat transakcji. Zwierzają się: „Jaka ulga! Wiem, na co się decyduję, usługa wykonana, kładę pieniądze na stół, wychodzę”. Pełna kontrola.

To dopiero skrajny przypadek.
Nierzadki. Zwracam uwagę na to, jak trudno współczesnym mężczyznom otworzyć się na miłość, na seks, który nie jest usługowy, produktywny. Ostatnio jeden z mężczyzn podzielił się ze mną niezwykłym dla siebie odkryciem: „Nie ma lepszego lekarstwa na stres niż seks! Są na to badania!”. Znalazł racjonalny powód, zredukował napięcie. Jednak w głębokim miłosnym związku seks nie służy żadnym pobocznym celom, choć, oczywiście, efekty poboczne mogą być. Służy jedynie doświadczeniu jedności, całości, wspólnej ekstazy. To właśnie tego wymiaru siebie mężczyźni tak bardzo się boją. Nie wiedzą, w jaki sposób to nieprzewidywalne, nieracjonalne, trudne do zdefiniowania przeżycie moglibyśmy dopasować do swojej tożsamości. Paradoksalnie boją się tego, za czym najbardziej tęsknią. I przed czym uciekają. Czasem przez całe życie.

A my, kobiety, staramy się, najczęściej neurotycznie, nadmiarowo. Czegóż nie próbujemy! Nie ma ochoty na seks? Schudnę, zrobię wystrzałowy makijaż, spódniczka mini, seksowna bielizna, kolacja przy świecach…
Tak, to są częste skargi kobiet: „O co chodzi? Co się stało? To ja mam teraz o niego zabiegać? Prosić o seks?”. Dobre, przyjacielskie związki przeżywają kryzys, ponieważ kobieta nie czuje zaangażowania, namiętności. Im bardziej ona wymaga, tym bardziej on się wycofuje. Ona goni, on ucieka. W końcu idzie jak na ścięcie. To mogłoby być zabawne, gdyby nie rodziło tak wiele cierpienia. Mężczyzna zaczyna więc traktować intymny kontakt jako zadanie do wykonania, obowiązek. Boi się, że nie sprosta; boi się impotencji, wczesnego wytrysku. Nie chce zawieść, rozczarować, popsuć tego, co jest, więc woli unikać, nie narażać się.

To rozwściecza kobietę.
Tak, zaczynają się napięcia, spory nie wiadomo o co. Jeśli sytuacja się przeciąga, kobieta zaczyna się interesować innymi mężczyznami i mówi o tym. To z kolei budzi furię zazdrości w nim. Kłopot w tym, że lęki, które mężczyźni odczuwają, nie są przez nich uświadomione. Kobieta wysłuchuje coraz to nowych racjonalizacji. On nie może, bo bierze leki i właśnie doczytał, że takie mogą być skutki uboczne. A poza tym przeciągająca się choroba osłabiła organizm energetycznie. Jest przemęczony. Przeżywa trudny okres w pracy. Kończy duży projekt. Ale gdy już go skończy… Na początku te racjonalizacje brzmią logicznie i rokują na przyszłość – no, bo w końcu kiedyś przestanie brać te leki i skończy projekt. Niestety, najczęściej jest tak, że choroba ustępuje, projekt się kończy, ale problem pozostaje. Jednak mężczyzna się nie poddaje, ma w zanadrzu kolejne racjonalizacje i uniki: teraz po tej wyczerpującej chorobie, po ciężkim okresie w pracy musi doładować akumulatory, wzmocnić się. To kobietę przygnębia, bo ileż można słuchać tego samego. Związek coraz bardziej słabnie. Rozstanie wydaje się nieuniknione.

Wiele kobiet mówiło mi, że mąż, partner „odciął” je od seksu, gdy zaczęły robić karierę, zarabiać więcej od niego…
To jest rodzaj biernej agresji, która – niestety, także nieuświadomiona – rządzi psychiką wielu mężczyzn. Taka jesteś we wszystkim świetna, takie masz sukcesy, ale TEGO ode mnie nie dostaniesz. Wielu partnerów znanych artystek, wziętych biznesmenek mówiło mi, jak fatalnie czują się, gdy w towarzystwie, na spotkaniu rodzinnym to one są na piedestale, je się docenia, chwali, podziwia.

A ona potrzebuje jego zachwytu i adoracji.
Nie dostaje tego, ponieważ mężczyzna nie ma pojęcia, co się z nim dzieje. Nie zna siebie. Nie rozumie swoich wewnętrznych napięć i konfliktów. Nie wie, co go blokuje, czego się obawia. Nie wie, co czuje i czego potrzebuje. Jest rozdrażniony, zirytowany, obrażony. Zaczyna więc karać i manipulować seksem. Tu ma władzę. Fatalne. Dla związku równia pochyła. Seks to sfera miłosnego spełnienia; spełniony seks jest przejawem spełniającej się relacji. W żadnym razie intymność nie może być obszarem władzy, dominacji, karania czy szantażu. Oczywiście, w świecie to się zdarza. W związkach miłosnych też. Jednak nie o to chodzi. Niczego w ten sposób nie wygrywamy. Osłabiamy siebie i więź z najbliższą osobą.

Na zewnątrz to wygląda jak niechęć do seksu. Co jest pod spodem, w psychice?
Niewyrażone frustracje. Żal do losu, do świata, do siebie, przekierowany na partnerkę. Niskie poczucie własnej wartości. Bardzo często niewyrażony ból i smutek wewnętrznego chłopca. Nie sposób namiętnie się kochać, kiedy odczuwa się smutek. Warto poświęcić trochę czasu, aby zająć się wewnętrznym chłopcem, który potrzebuje zaopiekowania, wsparcia. Chłopcy w dzisiejszym świecie nie przechodzą męskiej inicjacji w dorosłość. Mężczyźni nadrabiają edukacją, jednak rzadko zajmują się nierozbrojonymi lękami, obawami, poczuciem winy, wstydu, bezradności. Nie mają okazji zintegrować – jak to się fachowo mówi – serca z miednicą. Oddzielają seks od miłości romantycznej. Bardzo często seks skojarzony jest z poczuciem winy.

Od czego zacząć?
Najważniejsza jest świadomość. Jakie cele sobie stawiam? Czego chcę? Na czym naprawdę mi zależy? Bardzo często wygląda to tak, że mężczyzna niby godzi się z tym, że partnerka zarabia dwa, trzy razy więcej od niego. Że odnosi sukcesy. Że nie ma jej w domu, bo wyjeżdża na tournée czy w delegację. Że to on zajmuje się sprawami rodziny, robi zakupy, dba o dzieci. No więc niby się godzi, a jednak ze smutkiem, żalem i wstydem mówi: „Wiesz, jestem taką kurą domową”. A przecież mógłby powiedzieć: „Jestem dobrze zorganizowanym, koordynującym wszystko gospodarzem, troskliwym ojcem”. Gdy nazywa siebie kurą domową, to jaki obraz wyłania się z nieświadomości? Kogoś zaniedbanego, kto prowadzi życie o małej wartości. Czy doceniam siebie? Czy wybieram to, czym się teraz zajmuję? To są ważne pytania.

Czasem odpowiedź brzmi: „I tak, i nie”.
Te wewnętrzne konflikty także trzeba dogłębnie zbadać. Pamiętam mężczyzn, którzy na terapii małżeńskiej mówili, że źle się czują w domu. Kobiety deklarowały wówczas, że w takim razie nie przyjmą kolejnego awansu, żeby być więcej z rodziną, zatrudnią pomoc do dzieci, a mężczyzna znajdzie lepiej płatną pracę. Na to mężczyźni: „No nie, przecież dzieci potrzebują ojca, a nie opiekunki!”. Kobiety nie dawały za wygraną: „Zrezygnujmy więc z dużego domu, z drogiego samochodu, żyjmy skromniej, oboje będziemy mieli więcej czasu dla siebie i dla dzieci”. Za każdym razem, gdy ona coś proponowała, on się krzywił, wymyślał kontrargumenty; tak źle i tak niedobrze.

W jakimś sensie mężczyznom jest więc wygodnie tak, jak jest.
Nie przyznają się do tego; narzekają, ale nie chcą niczego zmieniać. To najlepszy przykład niepanowania nad sobą, nieświadomości, w jakiej żyjemy; tracę ochotę na seks, ponieważ widzę kobietę jako źródło własnego niespełnienia, frustracji i żalu. Ale to nie kobieta jest tym źródłem. Ja nim jestem. Warto pamiętać, że kryzysy otwierają przestrzeń do rozwijania samoświadomości, uczciwego badania siebie. Przydałoby się lustro, żeby spojrzeć sobie w oczy i szczerze odpowiedzieć na kilka pytań. Czy sposób, w jaki żyję, mnie satysfakcjonuje? Czego w sobie nie akceptuję? Co mogę zmienić? Co chcę zmienić? W jaki sposób zmiana, której dokonam, wpłynie na mnie i na najbliższe mi osoby?

Zaczęliśmy tę rozmowę od frustracji kobiet…
Tu nie chodzi tylko o zaspokojenie kobiety. Nam, mężczyznom, przydałaby się świadomość, że satysfakcja seksualna pozwala przekroczyć problemy rodzinne i zawodowe. Można być ze sobą blisko w różnych obszarach życia, jednak gdy brakuje tej szczególnej bliskości, brakuje doznań szczytowych, mistycznego domknięcia, dopełnienia. Brakuje czegoś, co wykracza poza dobrą organizację, prosperity; poza wszystko, co da się uporządkować, zaplanować, skalkulować i skontrolować. Poza wszystko, co znane. Po co nam mistyka w świecie, który wymaga przede wszystkim operatywności i sprawności?! Okazuje się jednak, że ten brak sprawia, iż to, co tak świetnie zorganizowane i uporządkowane, zaczyna się rozsypywać albo wygasa, wyczerpuje się. Kobiety to intuicyjnie czują. I podnoszą alarm. To dla nas wyzwanie i szansa.