1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Poświęcenie, czyli miłość a miłość własna

Poświęcenie, czyli miłość a miłość własna

Bycie w długim związku wymaga nieustannej uwagi i odwagi, a także odporności, siły, cierpliwości, elastyczności, zaufania i wzajemnego szacunku. Tak wyraża się miłość – szczególnie w czasach kryzysu. (Fot. iStock)
Bycie w długim związku wymaga nieustannej uwagi i odwagi, a także odporności, siły, cierpliwości, elastyczności, zaufania i wzajemnego szacunku. Tak wyraża się miłość – szczególnie w czasach kryzysu. (Fot. iStock)
To dziś tabu. Tymczasem w życiu bywa pod górkę, bo ona albo on traci pracę, zdrowie, rodzi im się dziecko, które wymaga opieki. Co wtedy z naszym rozwojem, ambicją, związkiem? Czy czas na stare dobre poświęcenie, czy nowoczesne: „Żegnaj, kotku, świat czeka na mnie!” – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

W ostatnich latach nieźle się dostało idei poświęcenia. Modne jest: „myśl o sobie”. Ale tylko do miłości własnej nie trzeba nam nikogo. Gdy jednak obok nas pojawi się druga osoba, to ryzyko, że coś zakłóci nasze plany, dwukrotnie wzrasta.
Życie to nie zakupy w galerii. Niestety, hedonistyczno-konsumpcyjna ideologia infekuje nasze związki. Tu warto jednak wskazać najważniejszych sprawców kryzysu miłości. Należy do nich powszechne i fałszywe przekonanie, że życie z kimś ma służyć wyłącznie temu, by było fajnie, ciekawie i miło. Gdy więc odczujemy, że ten projekt nie realizuje się, wypowiadamy umowę. A nawet żądamy odszkodowania za sponiewierane nadzieje i złudzenia. Jesteśmy oburzeni i rozczarowani, że nasz kontrahent nie wywiązuje się z obietnic. Nie dostarcza produktu Piękne Miłe Życie (nazwa handlowa PIMIŻ). Myślę, że to jest główna przyczyna tak częstych rozstań i rozwodów.

Może jest nią też powszechność nieformalnych związków?
Nie przypisuję magicznej mocy ceremoniałom i publicznym przysięgom. Tym bardziej że dzisiaj przysięgi, papiery i podpisy już prawie nic nie znaczą. Liczy się tzw. skuteczność w osiąganiu celów. Po trupach innych – a nawet po swoim własnym moralnym trupie. Ale jednak podczas tych ceremonii można usłyszeć paragraf mówiący o tym, że zobowiązujemy się nie zrywać zawieranej umowy nawet wtedy, gdy druga strona z jakichś powodów nie będzie dostarczać nam PIMIŻ-u. Ten paragraf – jeśli go usłyszymy i zrozumiemy – może nas urealnić i sprawić, że tak łatwo nie wymiękniemy w trudnych okresach. Ale też większość z nas w czasie ceremonii znajduje się w stanie maniakalnego odlotu. Niewiele słyszy i widzi. Nie do końca rozumie, o czym mówi małżeńska przysięga. A jeśli nawet rozumiemy, to i tak jesteśmy przekonani, że komu jak komu, ale nam z pewnością nic nie zakłóci stałej dostawy PIMIŻ-u.

Ale kłopoty, a nawet nieszczęścia to najbardziej demokratyczna forma ingerencji losu w nasze życie. Mają je wszyscy.
Odporność związku na kryzysy wzmocni pojmowanie go jako skojarzonego przez tzw. siłę wyższą. Ale to wymaga mocnej wiary. Czasami niefortunnie mylonej z całkowitym wyrzeczeniem się odpowiedzialności za swoje wybory i decyzje. Bycie w długim związku wymaga nieustannej uwagi i odwagi, a także odporności, siły, cierpliwości, elastyczności, zaufania i wzajemnego szacunku. Tak wyraża się miłość – szczególnie w czasach kryzysu. Siła wyższa tego za nas nie załatwi. Co więcej, jeśli jedna lub obie strony całkowicie zaprzestały dostarczania PIMIŻ-u, a w zamian uporczywie dostarczają cierpienia, upokorzenia i destrukcji, to nie należy się wahać przed wzięciem odpowiedzialności za rozwiązanie umowy.

Wiemy, że w złym związku nie warto być. Ale co robić, gdy po prostu nie mamy czasu dla siebie i swoich ambicji, bo zbyt wiele energii pochłania pomoc bliskiej osobie? Gdzie jest granica rezygnacji z siebie?
Miłość musi nam wtedy pospieszyć na ratunek. Związek jest umową dwóch osób na wspólne życie. Osoba to znacznie więcej niż jej atrakcyjne atrybuty i okoliczności. Trwa nawet wtedy, gdy te znikają. Jeśli prawdziwie kochamy, to kochamy osobę – niezmienną esencję wybranego sercem człowieka. A wtedy darujemy siebie, swój czas i swoją pracę bezinteresownie, bez poczucia poświęcania się. O miłości możemy mówić tylko wtedy, gdy mamy związek z osobą. To osobę kochamy i tylko osobę możemy kochać wbrew wszystkiemu i mimo wszystko. Gdy los sprawi, że będzie potrzebować naszej obecności, pomocy i wsparcia, to ofiarujemy jej to bez poczucia powinności i poświęcenia. Tak jakby jedna z naszych rąk biegła na pomoc drugiej. Nie ma to nic wspólnego ze znojem i udręczeniem wpisanym w rolę matki Polki. Te nie wynikają z potrzeby serca, nie są więc darem. Są odbieraniem sobie i budzą poczucie krzywdy. To, co nie jest darowane, jest złym poświęceniem. Zaprawione żalem i goryczą bardziej szkodzi, niż pomaga adresatowi.

Czyli kiedy kochamy, nie czujemy, że to poświęcenie, gdy musimy zrezygnować z jogi czy awansu, bo ten, z kim jesteśmy, wymaga pomocy?
Z odruchu serca, niemalże bezwolnie, robimy to, co jest do zrobienia w tej sytuacji. Jednak ci, którzy są w związku transakcyjnym, na ogół nie wytrzymują takiej sytuacji i wymiksują się jak z nieudanej imprezy. Choć i kochający osobę mogą nie dać rady. Zwłaszcza gdy kochana osoba przestaje być sobą czyli o-sobą. Znika lub zamienia się w kogoś innego, kto nas nie pamięta i jest wrogo nastawiony. Wtedy dopiero nawet prawdziwa, osobowa miłość zamienia się w poświęcenie.

Bo miłość rodzi się w związku i nim się karmi. Jak tu pokochać nieznaną osobę, która nagle zawładnęła ciałem tej kochanej? By się nią opiekować i żyć pod jednym dachem – musimy się poświęcić. To trudne, szlachetne i chwalebne. Z drugiej strony jednak – brak odczucia związku z tą nieznaną osobą otwiera w nas emocjonalną możliwość przekazania jej pod opiekę innym.

Czy można nauczyć się kochać, czyli nawiązywać osobową wieź z drugim człowiekiem?
Wielu z nas nie ma skąd czerpać wzorca, bo nawet rodzice nie nawiązali z nimi osobowej relacji. Jako dzieci słyszeli: „My zapewnimy ci przyzwoity standard życia i dobrą szkołę, a ty masz się świetnie uczyć. Jeśli nie będziesz, to wyprowadzasz się z domu, jak tylko skończysz 18 lat”. To nie miłość – to umowa o pracę. I gdy dzieciak nie dostarcza wyniku, jest mobbingowany jak nieprzydatny pracownik, którego trudno się pozbyć. W ten sposób zalicza się pierwszy stopień wtajemniczenia tzw. korpoludka. To, co dalej proponuje system postkapitalistyczny, już nie dziwi ani nie boli. Wiadomo, że – pod karą wykluczenia – trzeba efektywnie pracować, kupować, zdobywać, rywalizować i wykorzystywać ludzi do budowania kariery i wizerunku. Zanika wtedy potrzeba miłości, bo też miejsca i czasu na miłość zwyczajnie nie ma. Jeśli ktoś jeszcze czuje się osobą, a nie swoją urodą ani tym, co zdobył, i potrzebuje kochać – musi zapisać się do kontrkultury i zacząć żyć w opozycji do systemu.

Miłość jako hasło antykorporacyjne?
Tak, bo przestrzeń wartości, w której na co dzień żyjemy, jest schizofreniczna. Państwo zachęca do rywalizacji, pracy ponad siły, chciwość nazywa cnotą. Religia apeluje o miłość, miłosierdzie, empatię i pokorę. Niewielu potrafi to tak wyważyć, by nie znaleźć się na marginesie, a zarazem uchronić przed frustracją swoje najważniejsze ludzkie potrzeby. Trafił do mnie kolejny młody człowiek na krawędzi wyczerpania nerwowego i energetycznego. W szkole był prymusem, więc i w pracy jest liderem. Przyszedł, bo się zreflektował, że coś jest nie tak. Oboje z partnerką są po trzydziestce. Czas na dzieci. Zapytał, jak mają stworzyć rodzinę, skoro zasuwają oboje po 12 godzin dziennie?

Ktoś mógłby powiedzieć: „Wystarczy, żeby zmienili pracę”.
To nie takie proste. Wspieram go w pogłębianiu przebudzonej zdolności do refleksji nad życiem. Zainteresowałem go pytaniem, co go ukształtowało na żołnierza systemu. Dlaczego myśli, że tylko tak może wyglądać jego życie? Dlaczego nie widzi innej opcji niż zarobienie się na śmierć w tej korporacji? Czy pracując tam, znajdzie czas i siłę na miłość? Są przecież korporacje, które działają na zasadzie up or out. Mają w statucie, że co roku muszą wymienić 15 procent pracowników. Przypominają sekty: „Możesz kochać tylko mnie. Jeśli zdradzisz, to się rozstaniemy. I nie licz na moją lojalność”. Taki kontrakt mogą przełknąć tylko ci, którzy przeszli dziecięce wtajemniczenie w transakcyjną relację z rodzicami. I najbardziej ofiarni żołnierze systemu to kiepsko kochane dzieci. Akceptowane i nagradzane tylko za osiągnięcia. W dorosłym życiu dalej jadą tą koleiną. Nie jest więc łatwo sprawić, by korporacyjny żołnierz i korporacyjna żołnierka pokochali się na zawsze, na dobre i na złe. Nie ma zaklęcia, które by to sprawiło. Tym bardziej że nie jest łatwo zaryzykować zaangażowanie w miłość, gdy żywi się fałszywe przekonanie, że nie zasługujemy na to, by być kochanym. Ci, którzy tęsknią do prawdziwych, osobowych związków, szukają pomocy psychoterapeuty. Wiele wskazuje też na to, że gdy rozpoznamy miłość jako najważniejszą wartość naszego życia, musimy mieć odwagę, siłę i determinację, by przeciwstawić się systemowi, temu, co konsumpcyjne, hedonistyczne i transakcyjne.

Masz coś pocieszającego dla tych, którzy pragną miłości na dobre i na złe?
Jak Pan Bóg albo los chce, aby człowiek zmądrzał, to zsyła na niego nieszczęście, czyli np. nagłą chorobę, utratę pracy. Dojrzewamy przez kryzysy. Ów młody człowiek pojawił się u mnie, bo był na krawędzi poważnego zagrożenia zdrowotnego. By się uratować, musiałby dokonać szybkiej i gruntownej zmiany. A przynajmniej zaryzykować niezadowolenie pracodawcy. Nie wiem, czy się na to zdobędzie. Wie, że jest źle, ale jeszcze w kościach i w duszy tego nie czuje. Być może opamięta się dopiero, jak mu organizm odmówi posłuszeństwa. Tak, niestety, dzieje się w życiu większości ludzi, którzy zgubili siebie. Wiele muszą zmienić i unieść, by odważyć się sięgnąć po miłość.

Kobiety rejterują rzadziej, gdy wydarzy się nieszczęście. Statystyczny mężczyzna ucieka prawie zawsze, kiedy na przykład rodzi się mu chore dziecko. Dlaczego?
Bo sam był opuszczony przez ojca. Bo jest niedojrzały. Bo jest leniwy. Bo jest cyniczny. Bo nie potrafi kochać. Bo się wstydzi, że spłodził niedoskonałe potomstwo – co w jego przekonaniu świadczy o tym, że jest nie w pełni sprawnym samcem, i to go kompromituje. Wszystkie powody mogą o takim zasmucającym postępowaniu decydować. Zatrzymać go w rodzinie może uświadomione współczucie dla dziecka, miłość do jego matki, a w ostateczności poczucie przyzwoitości. A to uczyniłoby go bardziej dojrzałym i świadomym, a w dodatku wolnym od skutków nadwyrężenia sumienia. Życie z nadwyrężonym sumieniem nie jest łatwe. Trzeba to sumienie albo zapić, albo zapracować na śmierć. Albo jakoś inaczej znieczulić i zagłuszyć.

Słuchajmy więc sumienia, jeśli brak nam miłości?
Jeśli sumienie się odzywa, trzeba go słuchać. Może są ludzie, którzy go nie słyszą, ale to nie znaczy, że go nie mają. Często boimy się je usłyszeć, bo wtedy albo musimy zreformować swoje życie, albo spędzić jego resztę na zagłuszaniu sumienia, czyli na autodestrukcji. Jeśli zdamy sobie jednak sprawę, że nasze szczęście nie zależy od okoliczności zewnętrznych, to nie będziemy więcej nadwyrężać sumienia. Szczęście razem (jak też osobno) staje się możliwe dopiero, gdy nauczymy się kochać. Trafnie i ładnie opowiada o tym film „Wielkie piękno”. Bohater żyje w estetycznie wysmakowanym otoczeniu, w pięknym miejscu, ale nie jest w stanie tego dostrzec, bo ma zatrzaśnięte serce. Prawdopodobnie kiedyś przestał słuchać swego sumienia i gdyby otworzył się na piękno świata i życia oraz na szczęście, jakie może ono nieść, to musiałby też otworzyć się na wszystko, co wcześniej zamiótł pod dywan, wyparł i czemu zaprzeczył. Jeśli się na to nie zdecyduje, to miłość, szczęście i piękno pozostaną dla niego niedostępne. Zamykając serce, tracimy bezcenną wrażliwość, empatię i zdolność do zachwytu, bez których nie sposób budować trwałych związków z innymi ludźmi ani być szczęśliwym samotnie.

Miłość na dobre i na złe – jakie ma szanse w naszym świecie?
Wygląda na to, że dobrobyt oparty na konsumpcjonizmie nie sprzyja miłości. Bo rywalizacja i chciwość wydają się nie mieć końca. Paradoksalnie, w trudnych warunkach, gdy nie wystarcza dla wszystkich dóbr podstawowych, jesteśmy bardziej skłonni do współpracy, empatii i miłości. Gdy nasze przeżycie zależy od zdolności do kooperacji, to miłość i związki mają większe szanse. Trwała rodzina i rozbudowane, kooperujące systemy klanowe stają się wtedy solidną polisą ubezpieczeniową. Miłość źle więc znosi atmosferę konkurencji i bogactwa. Pozwala nam za to wiele przetrwać. A gdy doświadczy nas los i stać nas na radosne i bezinteresowne czynienie tego, co konieczne, by wesprzeć kochaną osobę, nasza świadomość dojrzewa i przenosi się na wyższy, współczujący poziom. Stajemy się zdolni do osobowych, miłosnych związków.

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie umiem podejmować decyzji i stoję w miejscu

Nieumiejętność podejmowania decyzji często oznacza lęk przed zatrzymaniem. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. (Fot. iStock)
Nieumiejętność podejmowania decyzji często oznacza lęk przed zatrzymaniem. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. (Fot. iStock)
Nieumiejętność podejmowania decyzji ma swoje głębsze przyczyny. Czasem życie prowadzi cię na rozstaje dróg. Musisz podjąć decyzję, którą drogę wybrać. Minuty mijają, a ty ciągle nie wiesz, czy iść dalej dotychczasową ścieżką, czy wejść na nową... Spokojnie, nie panikuj, tylko zanurz się w tym.

Nieumiejętność podejmowania decyzji ma swoje głębsze przyczyny. Czasem życie prowadzi cię na rozstaje dróg. Musisz podjąć decyzję, którą drogę wybrać. Minuty mijają, a ty ciągle nie wiesz, czy iść dalej dotychczasową ścieżką, czy wejść na nową... Spokojnie, nie panikuj, tylko zanurz się w tym.

Boję się podjąć decyzję o rozstaniu

Maria trafiła do mnie z powodu poważnego dylematu: reanimować swój wieloletni związek czy związać się z mężczyzną, w którym zakochała się rok temu. Czułam jej rozpacz i determinację, związane z faktem, że nie potrafi podjąć decyzji (boi się podjąć decyzję o rozstaniu). Rezygnacja z długoletniego związku, rozbicie rodziny i zaczynanie wszystkiego od początku – nigdy nie jest proste. Nowy mężczyzna kusił, ale nie ułatwiał jej podjęcia decyzji. Maria stała na rozdrożu, coraz bardziej zrozpaczona i zniechęcona. Postanowiłam zaprosić ją na sesję do Jacka Sobola, terapeuty manualnego. Jacek poprosił ją, żeby wstała i wyobraziła sobie na podłodze linię, za którą jest przepaść – symbol niewiadomej po podjęciu decyzji. – Teraz wyobraź sobie, że znajdujesz się w kołowrotku i jak chomik przebierasz nogami, kołowrotek się kręci, ty stoisz w miejscu, przed tobą jest przepaść – powiedział. Maria zaczęła przebierać nogami. – Szybciej, szybciej.

- Co czujesz? – zapytał Jacek.

Maria zaczęła cicho płakać. – Co się dzieje? – spytał Jacek. – Uświadomiłam sobie, że od roku chodzę w miejscu. To droga donikąd. Nie jestem w stanie podjąć żadnej decyzji. To takie trudne. Boję się podjąć decyzję o rozstaniu. Nie wiem, czy jestem w stanie przekroczyć tę linię. Chyba nie jestem jeszcze gotowa – wyrzuciła z siebie Maria i zaczęła coraz bardziej płakać.

W tym szalonym, pędzącym na oślep świecie, wiele z nas tak naprawdę porusza się jak chomik w kołowrotku. Staramy się, działamy, przyspieszamy tempo a... efektów brak. Nadal nie umiemy podejmować decyzji.

Terapeuta Moshé Feldenkrais powiedział, że jeśli robisz wszystko tak samo, jak do tej pory, choć twoje dotychczasowe działanie nie przynosiło efektów, nie dziw się, że i tym razem pudło.

Przypomnij sobie, ile razy w twoim życiu były takie sytuacje, kiedy stare metody już nie działały, a nowe jeszcze się nie pojawiły. Co wtedy robiłaś? Jak się z tym czułaś? Może zachowywałaś się tak jak moja nowa pacjentka, która przyszła do mnie osiem miesięcy po rozstaniu z chłopakiem, z rozpoznaną depresją. „Boję się podjąć decyzję o rozstaniu” - to nie były jej rozterki. Decyzję podjęła całkiem świadomie, ale wciąż żyje tak, jakby „eks” był stale obok. Rano wstaje wcześniej, bo ciągle zapomina, że już nie zjedzą razem śniadania. Je w tych samych restauracjach, w których zwykle razem jadali, choć nie cierpi włoskiej kuchni. – Pomóż mi ruszyć do przodu – poprosiła. – Dobrze, ale najpierw pozwól sobie na zatrzymanie i przeżyj to – odpowiedziałam jej.

Nieumiejętność podejmowania decyzji i lęk przed zatrzymaniem

– Moja poprzednia terapeutka po roku przyznała, że już nie ma na mnie pomysłu – powiedziała Iza na pierwszej sesji. – A ja tylko chcę mieć udany związek, dom, dzieci. Czy to tak wiele?

Iza, jak większość z nas, żyła w przeszłości – bolesnym scenariuszu z dzieciństwa, i w przyszłości, którą już dziś była w stanie przewidzieć: „Nie zasługuję na związek, nie uda mi się”.

Po kolejnej sesji zadałam jej pracę domową. Poprosiłam, żeby napisała bajkę o małej dziewczynce. Na sesji próbowałyśmy to odegrać. Mała dziewczynka Izy zgubiła się w lesie, chciała więc odnaleźć drogę do domu. Zbierała kolorowe kulki, które miały być jej drogowskazami. Ale kiedy miała już obydwie ręce pełne, wiatr wytrącał jej kulki i zostawała z niczym. Siadała wtedy zrezygnowana na ziemi, a kiedy ogarniał ją potworny lęk, zrywała się i zaczynała od nowa zbierać kulki. Po kolejnej próbie poprosiłam, żeby została na moment w tej rezygnacji, z pustymi rękoma. Iza wytrzymała minutę, powiedziała: „Nie dam rady, nie mogę, to przerażające” i wybiegła z gabinetu.

Zatrzymanie, bezruch, nicnierobienie odczuwane jest przez większość pacjentów jako przerażająca pustka („nic nie czuję”), obezwładniający lęk („boję się, że umieram, znikam”), paraliżujące drżenie całego ciała (w ten sposób uwalnia się z ciała napięcie). Zatrzymanie to mała śmierć. Nic dziwnego, że budzi tak wielkie przerażenie. Wydaje ci się, że dopóki działasz, próbujesz, planujesz, zwiększasz tempo – jesteś, żyjesz. A tymczasem naprawdę czuć możesz tylko w bezruchu. Wywołane sytuacją życiową zatrzymanie, pojawienie się pytania „co dalej?”, nieumiejętność podejmowania decyzji, wątpliwości – to cenny czas na przemyślenia: czego naprawdę pragniesz, co jest dla ciebie ważne, kim jesteś? Ale zanim pojawią się odpowiedzi, w bezruchu budzą się twoje demony: dawne urazy, nieprzeżyte traumy, trudne wspomnienia. To tego najbardziej boisz się w zatrzymaniu. Ale jeśli go nie przeżyjesz, nie pojawi się odpowiedź na pytanie „co dalej?”. Nieumiejętność podejmowania decyzji pozostanie.

Żeby naprawdę żyć, musisz przetrawić lęk przed śmiercią; lęk przed zniknięciem, rozpadem, pustką, traumami z przeszłości. Gdy nie umiemy podejmować decyzji, zatrzymanie może nam pomóc. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. Być może w stanie bezruchu po raz pierwszy w życiu poczujesz, że ze swoimi problemami jesteś tak naprawdę sama. To może być trudne. Na dodatek w stanie zatrzymania, kiedy zaczynasz czuć, odzywa się twoje ciało. Mogą pojawić się symptomy: ścisk w gardle, problemy z oddychaniem, zaciśnięcie przepony, ból bioder, sztywność nóg, drżenie rąk, zawroty głowy. To może przerażać, ale kiedy minie, wróci spokój i pewność decyzji.

Praca z oddechem

Marina Abramović, pochodząca z Bałkanów performerka, wiosną 2010 roku w Museum of Modern Art w Nowym Jorku zorganizowała trwający ponad 700 godzin performance „The Artist is Present”. Zasady były proste. Marina siedziała w centrum sali w tzw. placu światła. Naprzeciwko niej ustawione było drugie krzesło, na którym siadali kolejno odwiedzający muzeum goście. Każdy mógł zająć krzesło na tak długo, jak chciał, pod warunkiem że nie wykonywał żadnych ruchów, nie odzywał się, mógł jedynie patrzeć artystce prosto w oczy. Ludzie siedzieli naprzeciwko niej od trzech minut do kilku godzin. Wielu płakało, jedni chcieli jej zaimponować, jeszcze inni odczuwali miłość. Marina tylko patrzyła, w milczeniu. – Chciałam zmusić ich do koncentracji, wyrwać na chwilę ze świata. Zwykle żyjemy w przeszłości albo w przyszłości. Przestajemy myśleć tylko wtedy, kiedy kochamy i mamy orgazm. Performance ma dołączyć do tej pary. Ma pokazać, że można być tu i teraz – wyjaśniała.

Zatrzymanie, ten przerażający moment nicnierobienia, trwania w bezruchu, to najbardziej cenny czas, chwila, w której masz szansę naprawdę poczuć, że żyjesz. Zgodnie z naukami mistrza Osho, jedyną stałą rzeczą pomiędzy narodzinami a śmiercią jest oddech. Oddech jest pomostem między tobą a twoim ciałem. Koncentrujesz się zwykle na wdechu albo na wydechu. Starasz się pogłębiać oddech albo oddychać torem brzusznym (przeponą), a tymczasem pierwszy krok to poczucie zatrzymania – przerwa pomiędzy dwoma oddechami. Jeśli zamkniesz oczy i wczujesz się w rytm oddechu, zauważysz, że oddech najpierw wnika do wnętrza ciała, płynie w dół, a potem kieruje się na zewnątrz; płynie w górę. Kiedy uda ci się poczuć tę chwilę, kiedy ciało napełni się oddechem, zanim skieruje się na zewnątrz, a oddech na moment ustanie – w pełni przeżyjesz moment zatrzymania. Kiedy oddech wypływa z twojego ciała, zanim ponownie go nabierzesz, znowu pojawia się ten moment bez oddechu – cisza. Wdech – zatrzymanie – wydech – zatrzymanie – kolejny wdech. Tak wygląda rytm życia. Zatrzymanie jest jego naturalnym stanem.

Ćwiczenie na przeżycie momentu zatrzymania

Jeśli jest ci trudno, przerażają cię symptomy pojawiające się w ciele, rozejrzyj się po pokoju i znajdź coś, co da ci wsparcie. Może to być np. poduszka, którą przytulisz do piersi, ściana, o którą się oprzesz, czy podłoga, na której zwiniesz się w pozycji embrionalnej. Kiedy znajdziesz wsparcie, na moment zastygnij w bezruchu. Poczuj, co dzieje się w ciele. Wytrzymaj ten moment. Następnie połóż się na wznak, dłonie umieść w okolicach podbrzusza (w miejscu, gdzie znajdują się jajniki). Tam jest twoja pierwotna, kobieca moc. Poczuj ją. To ona pozwoli ci przetrwać moment zatrzymania i pokonać nieumiejętność podejmowania decyzji.

  1. Seks

Męski kryzys seksualny - jak odbija się na związku?

Lęk przed bliskością, zazdrość, chęć ukarania partnerki - wiele może być przyczyn po stronie mężczyzny, które rujnują życie seksualne w związku. (fot. iStock)
Lęk przed bliskością, zazdrość, chęć ukarania partnerki - wiele może być przyczyn po stronie mężczyzny, które rujnują życie seksualne w związku. (fot. iStock)
Gdy seks w miłosnej relacji staje się obszarem władzy, dominacji czy karania, związek przeżywa ciężką próbę – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

On nie ma ochoty na seks – donoszą już nie tylko 40-latki zaniepokojone jego kryzysem połowy życia, ale także 30-latki. Seks przestał był atrakcyjny dla młodych mężczyzn? Kobietom z pewnością chodzi o seks partnerski, intymny, związany z czułością, otwartością…

Właśnie o taki.
Coraz częściej nawet młodzi, dwudziestokilkuletni, zdrowi, przepełnieni hormonami mężczyźni czują niepokój na myśl o doświadczeniu seksualnej otwartości. Co innego seks sportowy, fizjologiczny, szybki numerek – każdy mężczyzna to potrafi. Wbrew pozorom ekstaza miłosna dla wielu mężczyzn może być – i jest – źródłem niepokoju, a czasami wręcz przerażenia.

Przerażenia?
Czasy, w których żyjemy, nie sprzyjają kontaktowaniu się ze swoją wrażliwością. Intymny związek, intymny seks wiążą się z głębokim kontaktem ze sobą, z odsłanianiem się, z czułością, i to nie przez chwilę, ale na stałe. To wciąż dla wielu mężczyzn nieznany ląd.

Stąd lęk?
Związany także z utratą kontroli. Rozmawiam z młodym mężczyzną, który skarży się, że nie może spać. Pytam, co złego by się stało, gdyby jednak zasnął. Jest zdenerwowany na samą myśl o tym, ponieważ wtedy nie wiedziałby, co się dookoła dzieje. Dlatego najchętniej w ogóle by nie spał. Wyobraźmy sobie takiego mężczyznę w objęciach z ukochaną, oddającego się ekstazie miłosnej… Nie do wyobrażenia, prawda? To, oczywiście, skrajny przypadek, jednak wielu mężczyzn w jakimś stopniu odnajdzie w nim siebie. Boimy się utraty kontroli, ponieważ nie wiemy, co się wydarzy, jakiego siebie wówczas spotkamy. Co innego płatny seks. Tu wszystko jest proste. Nie trzeba czułości, otwartości, jest transakcja – to do mężczyzn przemawia. Znają świat transakcji. Zwierzają się: „Jaka ulga! Wiem, na co się decyduję, usługa wykonana, kładę pieniądze na stół, wychodzę”. Pełna kontrola.

To dopiero skrajny przypadek.
Nierzadki. Zwracam uwagę na to, jak trudno współczesnym mężczyznom otworzyć się na miłość, na seks, który nie jest usługowy, produktywny. Ostatnio jeden z mężczyzn podzielił się ze mną niezwykłym dla siebie odkryciem: „Nie ma lepszego lekarstwa na stres niż seks! Są na to badania!”. Znalazł racjonalny powód, zredukował napięcie. Jednak w głębokim miłosnym związku seks nie służy żadnym pobocznym celom, choć, oczywiście, efekty poboczne mogą być. Służy jedynie doświadczeniu jedności, całości, wspólnej ekstazy. To właśnie tego wymiaru siebie mężczyźni tak bardzo się boją. Nie wiedzą, w jaki sposób to nieprzewidywalne, nieracjonalne, trudne do zdefiniowania przeżycie moglibyśmy dopasować do swojej tożsamości. Paradoksalnie boją się tego, za czym najbardziej tęsknią. I przed czym uciekają. Czasem przez całe życie.

A my, kobiety, staramy się, najczęściej neurotycznie, nadmiarowo. Czegóż nie próbujemy! Nie ma ochoty na seks? Schudnę, zrobię wystrzałowy makijaż, spódniczka mini, seksowna bielizna, kolacja przy świecach…
Tak, to są częste skargi kobiet: „O co chodzi? Co się stało? To ja mam teraz o niego zabiegać? Prosić o seks?”. Dobre, przyjacielskie związki przeżywają kryzys, ponieważ kobieta nie czuje zaangażowania, namiętności. Im bardziej ona wymaga, tym bardziej on się wycofuje. Ona goni, on ucieka. W końcu idzie jak na ścięcie. To mogłoby być zabawne, gdyby nie rodziło tak wiele cierpienia. Mężczyzna zaczyna więc traktować intymny kontakt jako zadanie do wykonania, obowiązek. Boi się, że nie sprosta; boi się impotencji, wczesnego wytrysku. Nie chce zawieść, rozczarować, popsuć tego, co jest, więc woli unikać, nie narażać się.

To rozwściecza kobietę.
Tak, zaczynają się napięcia, spory nie wiadomo o co. Jeśli sytuacja się przeciąga, kobieta zaczyna się interesować innymi mężczyznami i mówi o tym. To z kolei budzi furię zazdrości w nim. Kłopot w tym, że lęki, które mężczyźni odczuwają, nie są przez nich uświadomione. Kobieta wysłuchuje coraz to nowych racjonalizacji. On nie może, bo bierze leki i właśnie doczytał, że takie mogą być skutki uboczne. A poza tym przeciągająca się choroba osłabiła organizm energetycznie. Jest przemęczony. Przeżywa trudny okres w pracy. Kończy duży projekt. Ale gdy już go skończy… Na początku te racjonalizacje brzmią logicznie i rokują na przyszłość – no, bo w końcu kiedyś przestanie brać te leki i skończy projekt. Niestety, najczęściej jest tak, że choroba ustępuje, projekt się kończy, ale problem pozostaje. Jednak mężczyzna się nie poddaje, ma w zanadrzu kolejne racjonalizacje i uniki: teraz po tej wyczerpującej chorobie, po ciężkim okresie w pracy musi doładować akumulatory, wzmocnić się. To kobietę przygnębia, bo ileż można słuchać tego samego. Związek coraz bardziej słabnie. Rozstanie wydaje się nieuniknione.

Wiele kobiet mówiło mi, że mąż, partner „odciął” je od seksu, gdy zaczęły robić karierę, zarabiać więcej od niego…
To jest rodzaj biernej agresji, która – niestety, także nieuświadomiona – rządzi psychiką wielu mężczyzn. Taka jesteś we wszystkim świetna, takie masz sukcesy, ale TEGO ode mnie nie dostaniesz. Wielu partnerów znanych artystek, wziętych biznesmenek mówiło mi, jak fatalnie czują się, gdy w towarzystwie, na spotkaniu rodzinnym to one są na piedestale, je się docenia, chwali, podziwia.

A ona potrzebuje jego zachwytu i adoracji.
Nie dostaje tego, ponieważ mężczyzna nie ma pojęcia, co się z nim dzieje. Nie zna siebie. Nie rozumie swoich wewnętrznych napięć i konfliktów. Nie wie, co go blokuje, czego się obawia. Nie wie, co czuje i czego potrzebuje. Jest rozdrażniony, zirytowany, obrażony. Zaczyna więc karać i manipulować seksem. Tu ma władzę. Fatalne. Dla związku równia pochyła. Seks to sfera miłosnego spełnienia; spełniony seks jest przejawem spełniającej się relacji. W żadnym razie intymność nie może być obszarem władzy, dominacji, karania czy szantażu. Oczywiście, w świecie to się zdarza. W związkach miłosnych też. Jednak nie o to chodzi. Niczego w ten sposób nie wygrywamy. Osłabiamy siebie i więź z najbliższą osobą.

Na zewnątrz to wygląda jak niechęć do seksu. Co jest pod spodem, w psychice?
Niewyrażone frustracje. Żal do losu, do świata, do siebie, przekierowany na partnerkę. Niskie poczucie własnej wartości. Bardzo często niewyrażony ból i smutek wewnętrznego chłopca. Nie sposób namiętnie się kochać, kiedy odczuwa się smutek. Warto poświęcić trochę czasu, aby zająć się wewnętrznym chłopcem, który potrzebuje zaopiekowania, wsparcia. Chłopcy w dzisiejszym świecie nie przechodzą męskiej inicjacji w dorosłość. Mężczyźni nadrabiają edukacją, jednak rzadko zajmują się nierozbrojonymi lękami, obawami, poczuciem winy, wstydu, bezradności. Nie mają okazji zintegrować – jak to się fachowo mówi – serca z miednicą. Oddzielają seks od miłości romantycznej. Bardzo często seks skojarzony jest z poczuciem winy.

Od czego zacząć?
Najważniejsza jest świadomość. Jakie cele sobie stawiam? Czego chcę? Na czym naprawdę mi zależy? Bardzo często wygląda to tak, że mężczyzna niby godzi się z tym, że partnerka zarabia dwa, trzy razy więcej od niego. Że odnosi sukcesy. Że nie ma jej w domu, bo wyjeżdża na tournée czy w delegację. Że to on zajmuje się sprawami rodziny, robi zakupy, dba o dzieci. No więc niby się godzi, a jednak ze smutkiem, żalem i wstydem mówi: „Wiesz, jestem taką kurą domową”. A przecież mógłby powiedzieć: „Jestem dobrze zorganizowanym, koordynującym wszystko gospodarzem, troskliwym ojcem”. Gdy nazywa siebie kurą domową, to jaki obraz wyłania się z nieświadomości? Kogoś zaniedbanego, kto prowadzi życie o małej wartości. Czy doceniam siebie? Czy wybieram to, czym się teraz zajmuję? To są ważne pytania.

Czasem odpowiedź brzmi: „I tak, i nie”.
Te wewnętrzne konflikty także trzeba dogłębnie zbadać. Pamiętam mężczyzn, którzy na terapii małżeńskiej mówili, że źle się czują w domu. Kobiety deklarowały wówczas, że w takim razie nie przyjmą kolejnego awansu, żeby być więcej z rodziną, zatrudnią pomoc do dzieci, a mężczyzna znajdzie lepiej płatną pracę. Na to mężczyźni: „No nie, przecież dzieci potrzebują ojca, a nie opiekunki!”. Kobiety nie dawały za wygraną: „Zrezygnujmy więc z dużego domu, z drogiego samochodu, żyjmy skromniej, oboje będziemy mieli więcej czasu dla siebie i dla dzieci”. Za każdym razem, gdy ona coś proponowała, on się krzywił, wymyślał kontrargumenty; tak źle i tak niedobrze.

W jakimś sensie mężczyznom jest więc wygodnie tak, jak jest.
Nie przyznają się do tego; narzekają, ale nie chcą niczego zmieniać. To najlepszy przykład niepanowania nad sobą, nieświadomości, w jakiej żyjemy; tracę ochotę na seks, ponieważ widzę kobietę jako źródło własnego niespełnienia, frustracji i żalu. Ale to nie kobieta jest tym źródłem. Ja nim jestem. Warto pamiętać, że kryzysy otwierają przestrzeń do rozwijania samoświadomości, uczciwego badania siebie. Przydałoby się lustro, żeby spojrzeć sobie w oczy i szczerze odpowiedzieć na kilka pytań. Czy sposób, w jaki żyję, mnie satysfakcjonuje? Czego w sobie nie akceptuję? Co mogę zmienić? Co chcę zmienić? W jaki sposób zmiana, której dokonam, wpłynie na mnie i na najbliższe mi osoby?

Zaczęliśmy tę rozmowę od frustracji kobiet…
Tu nie chodzi tylko o zaspokojenie kobiety. Nam, mężczyznom, przydałaby się świadomość, że satysfakcja seksualna pozwala przekroczyć problemy rodzinne i zawodowe. Można być ze sobą blisko w różnych obszarach życia, jednak gdy brakuje tej szczególnej bliskości, brakuje doznań szczytowych, mistycznego domknięcia, dopełnienia. Brakuje czegoś, co wykracza poza dobrą organizację, prosperity; poza wszystko, co da się uporządkować, zaplanować, skalkulować i skontrolować. Poza wszystko, co znane. Po co nam mistyka w świecie, który wymaga przede wszystkim operatywności i sprawności?! Okazuje się jednak, że ten brak sprawia, iż to, co tak świetnie zorganizowane i uporządkowane, zaczyna się rozsypywać albo wygasa, wyczerpuje się. Kobiety to intuicyjnie czują. I podnoszą alarm. To dla nas wyzwanie i szansa.

  1. Psychologia

Krajobraz po bitwie. Jak wrócić do równowagi po odkryciu niewierności?

Kobiety odczuwają niewierność jako atak na swoją atrakcyjność. Zdradzeni mężczyźni czują się ograbieni ze swojej dumy. Zdrada jest także zamachem na wyobrażenie o idealnym związku, takim na dobre i na złe. (Fot. iStock)
Kobiety odczuwają niewierność jako atak na swoją atrakcyjność. Zdradzeni mężczyźni czują się ograbieni ze swojej dumy. Zdrada jest także zamachem na wyobrażenie o idealnym związku, takim na dobre i na złe. (Fot. iStock)
Badaczka związków partnerskich Esther Perel twierdzi, że każda zdrada była kiedyś historią miłosną. Ujawnienie jej może być zatem smutnym zakończeniem księgi albo pierwszym rozdziałem drugiego tomu. Od czego to zależy?

Wiele terapii małżeńskich zaczyna się od indywidualnej wizyty jednego z partnerów i pytania: jak żyć po zdradzie? Czasami w drzwiach gabinetu staje zdradzający, innym razem zdradzony. Ten pierwszy boryka się z poczuciem winy, drugi – nie wie, czy i jak wybaczyć. Wydawać by się mogło, że ludzie, którzy kiedyś wybrali siebie na życie, dziś stoją po przeciwnych stronach barykady, ale tak naprawdę wiele ich łączy – przede wszystkim poczucie krzywdy. Jeśli tylko uda im się to zrozumieć, a jeszcze lepiej: przyjąć, przeżyć i zareagować – mają drugą szansę, a w zasadzie szansę na nowy związek. W książce „Kocha, lubi, zdradza. Nowe spojrzenie na problem wierności i niewierności w związku” badaczka Esther Perel pisze, że w dzisiejszych czasach każdy z nas ma szansę na dwa, trzy małżeństwa, czasami z tym samym partnerem, bo związek po zdradzie to budowanie wszystkiego od nowa, na nowych zasadach.

Esther Perel, „Kocha, lubi, zdradza. Nowe spojrzenie na problem wierności i niewierności w związku” Esther Perel, „Kocha, lubi, zdradza. Nowe spojrzenie na problem wierności i niewierności w związku”

To takie proste!

Zdrada nigdy dotąd nie była tak prosta do przeprowadzenia, tak łatwa do odkrycia i tak bolesna do przeżycia jak dziś. Wielu badaczy małżeńskiej niewierności twierdzi, że to poważna trauma, odciskająca trwałe piętno na każdym z partnerów i na związku. Świadomość, że osoba, której wierzyłeś i zaufałeś najbardziej na świecie, fizycznie, emocjonalnie lub choćby wirtualnie, zbudowała intymność z kimś innym i przede wszystkim cię okłamała – to cios prosto w serce. Czujesz, jakbyś stracił grunt pod nogami.

Kobiety odczuwają niewierność jako atak na swoją kobiecość, atrakcyjność, seksualność; zdradzeni mężczyźni czują się ograbieni ze swojej męskości, dumy i godności. Zdrada jest także zamachem na wyobrażenie o naszym małżeństwie jako związku na całe życie, na dobre i na złe. Czy po czymś takim można się podnieść i dlaczego to przytrafiło się właśnie nam? – to dwa pytania, które spędzają sen z powiek parom doświadczającym niewierności. Poranieni wierzą, że jeśli tylko uda im się znaleźć na nie odpowiedź, wszystko wróci do normy.

Terapeuci par od lat przekonują, że zdradę do związku zapraszają obydwoje partnerzy i nie chodzi o to, że obydwoje ponoszą winę, na przykład przez lata zaniedbując związek. Niewierność może być również rezultatem chwilowej utraty kontroli czy momentu zauroczenia, efektem chęci przeżycia przygody czy rozładowania napięcia (nie tylko seksualnego, ale wynikającego choćby ze stresu). Esther Perel twierdzi, że zdrada ma głębokie korzenie, ludzie w udanych związkach także się jej dopuszczają: „Szukając czyjegoś spojrzenia, nie zawsze odwracamy się od naszego partnera, ale od osoby, którą w tym związku się staliśmy. Nie chodzi o szukanie innej osoby tylko innej/innego siebie”. W czasach, w których wszyscy przyznajemy sobie prawo do szczęścia, panuje powszechne przyzwolenie na pozamałżeński romans i powszechny przymus, by rozstać się, jeśli partner tego szczęścia nam nie zapewnia, a już na pewno kiedy sam ma romans na koncie. „Wystaw mu walizki za drzwi, przecież sama doskonale sobie poradzisz” – słyszą zdradzane kobiety. To prawda, poradzą sobie, ale czy tego właśnie chcą?

Do gabinetów terapeutycznych zgłasza się coraz więcej par, które chcą się rozstać świadomie, jak najmniej boleśnie i „żeby dzieci nie cierpiały”. Doskonale, czemu nie, brawo za dobre chęci! Czasami zdrada rzeczywiście jest tą kropką nad „i”, ostatnim ciosem dobijającym od dawna martwy już związek. Bywa, że rany są tak wielkie, że tylko czas rozłąki ewentualnie będzie w stanie je uleczyć. Natomiast reanimacja związku to bardzo trudny proces, wymagający ogromnego zaangażowania obojga.

Czy moja miłość jest większa niż twoja zdrada?

Większość terapeutów małżeńskich przekonuje, że do uzdrowienia związku po zdradzie potrzebne są szczerość i świadomość z obu stron, z jednej – szczere i świadome przyznanie się do wyrządzenia krzywdy, z drugiej – szczera i świadoma miłość. Dobrze rokują pary, w których partnerzy są siebie ciekawi, chcą zrozumieć nie tylko to, co się stało, ale także swoje wzajemne potrzeby i ograniczenia. Zdrada zabija nie tyle relację, ile wyobrażenie o niej i o partnerze wyidealizowanym w romantycznej fazie zakochania. Zabranie energii ze związku i zainwestowanie jej choćby w przelotny romans jest niczym najczulszy test, pokazujący, jak rzeczy się mają naprawdę i co nie działa.
„Naprawa związku przypomina odbudowę domu po pożarze. Najpierw czekasz, aż rozwieje się dym i przestaną płynąć łzy. Potem szacujesz szkody, szukasz źródła pożaru i długo sprzątasz, aż wyczyścisz fundamenty. Dopiero wtedy możesz stawiać na nich nową konstrukcję, tym razem lepiej zaplanowaną”

Powrót do równowagi

Zdaniem Perel w powrocie do równowagi po zdradzie trzeba przejść przez trzy fazy: kryzys, tworzenie znaczenia i tworzenie wizji.

Tuż po ujawnieniu zdrady trudno powstrzymać wybuch gwałtownych emocji, trudno rozmawiać o faktach, trudno oddzielić to, co się zdarzyło, od tego, co mogło się zdarzyć. Lęk, złość, rozczarowanie, niedowierzanie, wzajemne oskarżenia i atmosfera nieufności – nie pozwalają na podjęcie jakiejkolwiek decyzji czy nawet usłyszenie argumentów drugiej strony. Musimy jednak skonfrontować się ze wszystkimi bolesnymi uczuciami, przeżyć do końca smutek i ból, na dodatek sami. Partner nam w tym nie pomoże, on przeżywa swoje piekło. Tu nie ma zwycięzców i przegranych. Zdarza się wcale nierzadko, że zdradzany też miał dosyć tego, co działo się w związku, też chciał więcej, tylko zabrakło mu odwagi, by wykonać jakiś ruch. Esther Perel nazywa ten etap tańcem gniewu i wybaczenia, wykonywanym do niekontrolowanego rytmu zaufania. Ma na myśli głównie gwałtowne zmiany emocjonalne w relacji partnerów, którzy próbują ratować związek, choć momentami zachowują się tak jakby chcieli go zniszczyć do końca: „Przytul mnie/Nie dotykaj mnie”, „Wynoś się/Nie możesz mnie teraz zostawić”, „Chcę rozwodu/Zabiję cię, jeśli odejdziesz do niej”. Zdradzany partner domaga się, by zdrajca po wielokroć odpowiadał na te same pytania – a kiedy ten błaga, by zostawić już przeszłość i skoncentrować się na tym, co dalej, zdradzany czuje, że jego cierpienie jest bagatelizowane.

Na tym etapie ruch jest po stronie zdradzającego: „Przede wszystkim powinien pilnować, by romans pozostał w świadomości po to, by partnerka nie musiała się katować przypominaniem” – podkreśla Perel. To on rozpoczyna rozmowę, wysyłając tym samym komunikat, że niczego nie ukrywa ani nie umniejsza, choć najchętniej chciałby już o wszystkim zapomnieć, wymazać gumką myszką to wszystko, co się wydarzyło. Absolutnie nie chodzi o zapewnienia, że ,,to był tylko seks”, ale na przykład uprzedzenie pytania partnerki i oświadczenie, że w restauracji, do której zaprasza ją na kolację, nigdy nie był z kochanką. To on swoimi słowami i czynami musi udowodnić, że warto dać jemu, a tym samym związkowi, drugą szansę. Autentyczne, prowadzące do skruchy poczucie winy na tym etapie jest bardzo ważnym czynnikiem naprawczym, bo, jak wyjaśnia Perel: „Szczere przeprosiny są wyrazem troski i zaangażowania w związek, wspólnego przeżywania cierpienia i świadczą o przywróceniu równowagi i partnerstwa”. Etap kryzysu kończy się (choć nierzadko zdarzają się nawroty), kiedy zdradzający jest w stanie szczerze powiedzieć: „To z tobą chcę być. Zawsze chciałem/chciałam tylko ciebie”, a osoba zdradzana szczerze wierzy, że partner naprawdę ją wybiera.

Bez tematów tabu

Drugi etap to szacowanie szkód, – szukanie źródła pożaru i sprzątanie, aż po fundamenty. I ciągle powracające pytanie: „Dlaczego on/ona to zrobił/zrobiła?”. Ten etap zdrowienia, przynajmniej na początku, również każde z partnerów musi przeżyć w pojedynkę, ewentualnie korzystając ze wsparcia przyjaciół czy terapeuty. Dla osoby zdradzanej ważne jest skupienie się na zlokalizowaniu ran – gdzie boli najbardziej? Co było największym ciosem? Uraza, nielojalność, porzucenie, nadużycie zaufania, kłamstwo, a może jeszcze coś innego? Osoba zdradzająca powinna zrobić emocjonalny rachunek sumienia: co o mnie samej/samym mówi akt niewierności? Co znalazłam/znalazłem w kochanku/kochance? Czego dowiedziałam/dowiedziałem się o siebie? I najważniejsze: czy mogę tego wszystkiego doświadczyć w swoim związku?

Zdarza się nierzadko, że romans budzi do życia; zdradzający partner jest w stanie zastąpić w związku to, co normalne i rutynowe – intensywnym i świeżym. Gdyby partnerzy potrafili wnieść do swojego związku choćby 10 proc. uwagi, radości i werwy, jakie przejawiają w romansie, ich związek na nowo by ożył. I nie chodzi jedynie o seks. Zdarza się, że kłótnie o zdradę przeradzają się w rozmowy tak szczere, jak nigdy dotąd, w końcu nie mamy już nic do stracenia. Może się okazać, że na przykład obydwoje od dawna pragnęli czegoś innego, tylko nie potrafili o tym rozmawiać. W rezultacie jedno uciekło w pracę, a drugie – w romans. Ta wzajemna szczerość często tworzy mocne podwaliny do odbudowywania zaufania. Ważne, by nie tworzyć tematów tabu, tylko otwarcie pytać, żeby rozwiać wątpliwości. Jeśli boisz się, że partner nadal utrzymuje kontakt z kochanką, zapytaj o to, zamiast snuć domysły. Jeśli chcesz sprawdzić jego telefon, poproś, by sam ci go pokazał, zamiast robić to w tajemnicy. Macie prawo mieć większe oczekiwania względem związku, mówcie o swoich potrzebach, dzielcie się pragnieniami. To niepowtarzalny moment, by stworzyć naprawdę solidne podstawy waszej relacji.

Każda zdrada tak naprawdę ma jakiś sens, który para zwykle prędzej czy później odkrywa. Najważniejsze jest jednak, by zdradzany partner porzucił rolę ofiary i spróbował spojrzeć na „zdrajcę” z miłością (moja miłość silniejsza niż twoja wina), a na siebie jak na osobę w pełni zasługującą na miłość. A zdradzający, by nie tkwił w nieskończoność w roli krzywdziciela, tylko wszedł w rolę ratownika związku.

Końcem tego etapu zdrowienia zwykle jest wybaczenie. To długi proces i – jak twierdzą terapeuci małżeńscy – konieczny, by związek trwał nadal. Przy czym najważniejsze jest zdefiniowanie wybaczenia na własny użytek. Zdaniem Esther Perel wybaczyć to dopuścić do siebie doświadczenie niewierności i nadać mu swoje znaczenie. Ujawnić swój ból, ale nie przeżywać go w nieskończoność. Nie rozpamiętywać bez końca tego, co się wydarzyło. Spróbować odbudować więź z partnerem. Ty i twój partner czy partnerka możecie stworzyć własną definicję. To jest również dobry czas na to, by wspólnie ustalić definicję wierności i lojalności, a także listę symptomów świadczących o tym, że za rogiem czai się kryzys, który może (ale nie musi) doprowadzić do kolejnej zdrady.

Trzy scenariusze

Ostatni etap to wizja. Niektórzy terapeuci twierdzą, że obserwując w czasie sesji partnerów po zdradzie – a raczej łączącą ich więź –  są w stanie przewidzieć, czy ten związek ma jeszcze szanse. Ale tak naprawdę wszystko zależy od decyzji partnerów, od tego, na co się umawiają i czy są w stanie stworzyć wspólną nową wizję związku.

Zdaniem autorki „Kocha, lubi, zdradza” możliwe są trzy scenariusze zachowania stron. Pierwszy to tzw. cierpiący – dla nich romans nie jest chwilowym kryzysem związku, ale staje się powodem do rozgoryczenia, pragnienia zemsty i użalania się nad sobą – nawet wiele lat po zdradzie pozostaje ona tematem numer jeden, a para nie rozwija się. Kolejny model to tzw. budowniczy, którzy decydują się zostać razem, ponieważ cenią życie, które wspólnie stworzyli, jednak nie udaje im się wznieść ponad niewierność i małżeństwo nie rozwija się, tylko wraca do poprzedniego stanu, a zdrada niczego ich nie uczy. Wreszcie tzw. odkrywcy, czyli partnerzy potrafiący nadać sens zdradzie, otwarcie mówiący o tym, czego brakuje im w związku i czego szukali poza nim.

To, który scenariusz wybierzecie, zależy wyłącznie od was. Niektóre historie miłosne kończą się na pierwszym tomie. Cóż, takie jest życie.

  1. Psychologia

Upewnij się, że wasz związek funkcjonuje w równowadze

Wiele osób, dla rzekomego
Wiele osób, dla rzekomego "wspólnego dobra", rezygnuje w związku z dbania o własną przestrzeń i własne granice. (fot. iStock)
Czy masz wrażenie, że twoje potrzeby i plany są spychane na dalszy plan? Czy towarzyszy ci poczucie winy w sytuacji, kiedy chcesz zrobić coś dla siebie? Jak często zdarza ci się usprawiedliwiać swojego partnera, choć masz poczucie, że nie zachował się w porządku? 

Jeśli masz nieodparte wrażenie, że na każde z tych pytań odpowiedź brzmi twierdząco, to istnieje duże ryzyko, że znajdujesz się w "matni" usprawiedliwiania swojego partnera kosztem realizacji własnych pomysłów i planów.

On na pewno tego nie chciał, miał gorszy dzień... Na pewno nie chciał mnie zranić… Z pewnością miał dobre intencje…

Spójrz uczciwie na swoją relację i zrób bilans zysków i strat. Brzmi dość przedmiotowo? Związek to nie firma? Nikt nie wymaga żadnych bilansów, wzajemnych rozrachunków?

Z pewnością związek to relacja z założenia oparta na równości, miłości, wzajemnym szacunku i zaufaniu, w której partnerzy wspierają siebie nawzajem w rozwoju każdego z nich, jednocześnie realizując cele wspólne. Warto więc czasem sprawdzić, czy ten nasz trzeci żywy organizm, jakim nie jestem ani ja, ani on, tylko "my", funkcjonuje prawidłowo. Kontynuując ten sposób myślenia: czy wyobrażacie sobie robić wszystko jedną ręką, gdy obydwie są tak samo sprawne? Co się będzie działo z prawą, jeśli zacznę jeść, pisać, czesać się tylko lewą…? Mówi się kolokwialnie, że nieużywany organ zanika.

Wracając na grunt związku: druga osoba - ta, którą się ciągle usprawiedliwia, której się ustępuje, dla której rezygnuje się ze swoich granic - może się szybko przyzwyczaić do takiej sytuacji. Człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja… Rozleniwia, traci poczucie wspólnoty. Gubi w swej wygodzie odpowiedzialność za wspólne dobro… Gdy partner jednak obudzi się i dokona bilansu emocjonalnego, oceni swój fizyczny wkład w związek - jest w stanie szybko zareagować, aby przerwać ten niezdrowy układ i na nowo przedyskutować role w związku i wzajemne obowiązki. Ważnym elementem przywrócenia równowagi w związku będzie rozmowa: o tym co było, co jest i co będzie, jeśli nic się nie zmieni, a także o tym, co zrobić, aby na nowo przywrócić stan pożądany. Uzdrawiającą moc ma poruszenie tematu wzajemnych potrzeb. Zanim zatem podejmiesz próbę rozmowy, zadaj sobie pytania:

  • Czego potrzebuję, aby czuć się w tym związku dobrze?
  • Kiedy czuję, że mam podcinane skrzydła?
  • Jakie słowa lub zachowanie partnera wpływają na obniżenie mojego nastroju?
  • Jakie obowiązki mogłabym dzielić z partnerem?
  • Ile jest mnie samej w tym jak żyję?
To bardzo ważne pytanie, które można mnożyć, by zdiagnozować wasze potrzeby i te, które będą służyły wspólnemu dobru.

Otwartość i przekonanie, że obydwoje chcecie oddychać pełną piersią i być blisko siebie jest założeniem niezbędnym do tego, aby rozpocząć oczyszczanie atmosfery i wyrównywania gruntu, po którym wspólnie stąpacie. Obydwoje odpowiadacie za atmosferę w związku. Uważność na to, czy tej atmosfery nic nie zatruwa jest waszą wspólną odpowiedzialnością. Nie bój się rozmawiać i wyjaśniać na bieżąco. Nie musisz wszystkiego brać na siebie i usprawiedliwiać, bo to tylko pogorszy twoją kondycję psychiczną rosnącym poczuciem winy.

Niech będzie 100 % Ciebie w Tobie! Nie rezygnuj z siebie, bo finalnie zaszkodzisz Wam.

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Jak się rozstać? Skąd mieć pewność, że związek naprawdę warto zakończyć?

Czasem trwanie w związku, zamiast dodawać nam skrzydeł, powoduje spadek energii, gorsze samopoczucie, a nawet lęk. Po czym poznać, że to już koniec? (fot. iStock)
Czasem trwanie w związku, zamiast dodawać nam skrzydeł, powoduje spadek energii, gorsze samopoczucie, a nawet lęk. Po czym poznać, że to już koniec? (fot. iStock)
Jak się rozstać po długim związku? Jak zakończyć związek kiedy się kocha? – Decyzja o tym, by rozstać się z partnerem nigdy nie przychodzi łatwo. A gdy już ją podejmiemy, to i tak często mamy wątpliwości. Dlaczego tak jest? Po czym poznać, że przestałyśmy kochać, albo jak dostrzec, że on przestał kochać nas? Kiedy należy skończyć związek i jak można przygotować się do rozstania – mówi Paulina Kapiec-Kałużyńska, psycholożka, psychoterapeutka.

Uważasz, że kobieta, która rozstaje się z partnerem, potrzebuje wsparcia innych kobiet?
Myślę, że to pomaga. Prowadząc grupę wsparcia dla kobiet po rozstaniu, zobaczyłam, jakim trudem może być koniec związku. Można się z tym borykać latami, unikać budowania nowej relacji. Kiedy na warsztatach spotykają się kobiety, które mają podobne doświadczenie i przeżywają w związku z tym podobne emocje, czują ulgę, widząc, że nie są same.

Jak się rozstać po długim związku? Co takiego robicie podczas warsztatów, że pomagają one uporać się ze stratą?
Nie u każdej z tych kobiet możemy mówić o uporaniu się. Jedne, owszem, wychodzą zupełnie inne, gotowe do nowego życia. Ale są też takie, którym warsztaty tylko coś otwierają, dają początek długiej drodze, jaką muszą pokonać, żeby móc powiedzieć: „Poradziłam sobie”. A co takiego robimy na warsztatach? Wspólnie nazywamy i przerabiamy wszystkie emocje związane z rozstaniem. To już bardzo dużo, bo kiedy zadaję pytanie: „Jakie masz konkretne uczucia, kiedy myślisz o tym związku?”, to one po raz pierwszy głośno mówią o żalu, złości, smutku, strachu. Kiedy proszę, żeby zapytały siebie, z czym konkretnie nie potrafią się pogodzić, to stopniowo docierają do sedna i mówią, że na przykład chodzi najbardziej o poczucie odrzucenia, przegraną rywalizację z inną kobietą. Uczestniczki warsztatów sporo rozmawiają też między sobą o tym, jak się czują, co także pozwala pokonać wstyd. Czasem proszę, żeby wyobraziły sobie lustro, w którym widzą byłego partnera. Ich zadaniem jest roztrzaskanie tego lustra w wyobraźni na kawałki. Potem rozmawiamy o tym, czy to się udało. Nie zawsze to wychodzi, tak samo jak nie zawsze udaje się przejść symboliczną linię, która ma oznaczać gotowość na zmianę, na rozpoczęcie nowego życia. Intensywnie pracuję też z nimi nad zaakceptowaniem tu i teraz. Chodzi o to, by uświadomiły sobie, że tu i teraz one już nie są w tamtym związku, że to już przeszłość. To ważne, bo często one karmią się iluzjami: wszystko się uda naprawić, znów będziemy razem. Żyją takimi złudzeniami, nawet wiedząc o tym, że ich były partner już jest w innym związku.

Cierpi najbardziej osoba porzucana – taki jest stereotyp. Ale czy bólu nie przeżywa też ktoś, kto porzuca? Jak zakończyć związek kiedy się kocha?
Z mojego doświadczenia wynika, że ktoś, kto podjął decyzję o rozstaniu i jest tego pewny, raczej nie szuka pomocy. Oczywiście, są ludzie, którzy odchodzą, bo nie mają wyjścia. Ale wtedy trudno mówić o decyzji, to jest bardziej przymus. Bo co mi pozostaje, jeśli druga strona już nie odpowiada na to, czego ja potrzebuję, odsuwa się? Kto tutaj kogo porzuca, nawet jeśli to ja wypowiadam słowo „koniec”? Choć z drugiej strony – nawet taką sytuację możemy przeżyć z dumą – co ułatwia pogodzenie się ze stratą.

Jak się rozstać zatem? Wiele kobiet zostaje w związku, mimo że chce rozstania.
Tym, co sprawia, że kobieta nie odchodzi, często jest lęk. On ma, oczywiście, różne podłoże. Czasem zastanawiamy się, co będzie potem, i to budzi strach, bo wydaje się nam, że będzie gorzej. Sama zmiana życia też generuje strach – nie jesteśmy na to gotowe. Jest mnóstwo mechanizmów, które zatrzymują kogoś w relacji. Trzeba je powoli poznać, rozbroić jak bombę, dopiero wtedy można mówić o gotowości do rozstania. To, co powiedziałam o łatwości wychodzenia ze związku, dotyczy tych kobiet, które z zasady traktują go jako wartość dodaną. Relacja ma dawać szczęście, a nie generować piętrzących się problemów czy cierpień. To są kobiety, które potrafią postawić granicę.

Dużo jest takich kobiet?
Z pewnością nie, a to pewnie dlatego, że jest niewiele rodzin, które uczą takiego komfortowego funkcjonowania w relacji z mężczyzną. Jesteśmy raczej od dziecka przygotowywane do tego, że może być ciężko, a naszym zadaniem jest to znosić, naprawiać, łagodzić. Pewnie inaczej jest w rodzinach, w których kobiety potrafiły odchodzić, wiedziały jak się rozstać. Sama pochodzę z domu, gdzie jest duża tradycja rozwodów, te rozwody pojawiały się jeszcze w takich czasach, gdy nie rozwodził się prawie nikt. W związku z tym dla mnie rozstanie nie jest niczym strasznym, jest wyborem. Takie podejście ma swoje plusy, ale ma też minusy, bo łatwo wpaść w pułapkę pakowania walizek, rezygnowania z prób naprawienia związku w momencie, w którym inne kobiety jeszcze by walczyły.

Dla mnie związek ma być dobry, jeśli mnie niszczy, to ja go nie chcę.

Co to znaczy wiedzieć, że związek mnie niszczy?
A skąd w ogóle wiemy, że czujemy się źle? Jakie ciało daje nam sygnały? Najczęściej to ściśnięty żołądek, drżące ręce, przyspieszony puls, ogólny dyskomfort. Jeżeli kobieta wraca do domu i jest zestresowana, boi się, nie może jeść albo przeciwnie, kompulsywnie się objada, pojawiają się problemy ze snem, jeśli nie może się rozwijać, cieszyć, jest smutna – jest to znak, że ta relacja jest niszcząca. Mąż czy partner nie powinien być źródłem lęku czy frustracji. Jeśli, oczywiście, uznajemy, że właściwa jest definicja związku jako relacji napędzającej do życia, dodającej energii. Że razem możemy zrobić więcej niż samotnie, lepiej zarabiać, może więcej podróżować, mieć dzieci, pasje, seks. Gdy tego nie ma, warto się zastanowić, dlaczego tak się dzieje. Może to nie chodzi o partnera – albo nie tylko o niego? Może to ja przestałam kochać?

Ale czasem kobieta, szczególnie gdy ma z partnerem dzieci, zastanawia się: „Rzucę go, ale co będzie z domem, rodziną?”. Bo co to znaczy kochać? Włączają się jej mechanizmy, które racjonalizują to instynktowne: „Przestałam kochać”.
Słysząc to pytanie, automatycznie wyobraziłam sobie kobietę, która nie rozmawia z partnerem. Dla mnie zdrowa jest taka relacja, w której możemy być sobą, nie musimy udawać, tylko możemy szczerze mówić o tym, co czujemy. I jeśli kobieta zaczyna mieć wątpliwości, to siada ze swoim mężem i mówi: „Nie wiem, co się z nami dzieje, nie wiem, co czuję, zróbmy coś z tym”. Wtedy mogą podjąć ileś działań, których celem jest przyjrzenie się temu. Mogą rozmawiać, iść na terapię, wyjechać razem czy nawet zdecydować się na chwilę rozłąki. Ale to zawsze jest współpraca. Ona mówi, on reaguje. A jeżeli ona w samotności zastanawia się, co ma z tym zrobić, czy go kocha, czy nie kocha, to chyba nie najlepiej świadczy o ich porozumieniu. Potrzeba uchronienia związku przed rozpadem musi być po obu stronach.

A może taka kobieta nie mówi partnerowi o swoich wątpliwościach, bo boi się, że on powie: „O co ci chodzi, jesteś dziwna”. Albo sam zacznie pakować walizki?
I jak to świadczy o tym związku i jego wartości? Inna rzecz, że kobiety często nie chcą dostrzec tego, co mężczyźni im przekazują, nawet niewerbalnie. On się już wycofuje, a ona myśli, że jak będzie miła, to wszystko da się uratować. Godzi się na wszystko, byle tylko on z nią był. Często utrzymujemy więc pozory, że wszystko jest OK. Robimy to i dla siebie, i dla otoczenia. Łatwiej przepłakać noc, a rano z dumnie podniesionym czołem ruszyć do pracy i podtrzymywać iluzję dobrze funkcjonującej rodziny. U większości ludzi jest ta ogromna tęsknota za domem z ogródkiem, dwójką dzieci i kolacjami dla przyjaciół. Bo tak – w obiegowej opinii – wygląda i żyje człowiek, który ma udane życie.

Jednak są kobiety, które chcą silnych emocji, dla nich relacja z mężczyzną to ciągłe przejażdżki z nieba do piekła. Jak się rozstać w takiej sytuacji? Skąd one mają wiedzieć, że powinny podjąć decyzję o rozstaniu, skoro wciąż żyją w skrajnych emocjach?
Wróćmy na chwilę do tej pierwszej relacji w naszym życiu, czyli relacji z rodzicami. Jeśli tam było zbliżanie i oddalanie, odrzucenie, napięcie, huśtawka – to trudno, żeby ktoś wychowany w takiej atmosferze umiał potem żyć w spokojnym związku. Taka osoba rzeczywiście często mówi: „Nudzi mnie stabilizacja”. Za tym kryje się lęk przed bliskością. Niestabilny partner jest gwarancją, że nigdy nie będziemy z nim naprawdę. A co za tym idzie, nie zostaniemy odrzuceni. Paradoks polega na tym, że kobiety żyjące z niestabilnym mężczyzną są przecież wciąż odrzucane, ale z drugiej strony – mają złudzenie, że nie muszą bać się, że on je odkryje, pozna, zaakceptuje, a potem odtrąci. One też nie będą musiały pokochać go naprawdę – z jego wadami, słabościami. Taka więź jest dla nich odstraszająca. Takie kobiety zakochują się nie tylko w niestabilnych mężczyznach, ale też w takich, z którymi nie mogą się związać: księżach, uczniach, żonatych. I ich związek może ciągnąć się latami. Jak z tego wyjść? Obedrzeć relację z iluzji nieba. Ale to jest trudne. Bo takie kobiety potem – gdy tęsknią albo gdy on się odzywa – racjonalizują: „Było źle, ale przynajmniej od czasu do czasu miałam ten moment haju, więc i tak mam więcej niż kobiety żyjące w nudnych związkach”. Trzeba dokładnie zobaczyć ten mechanizm, skoncentrować się na sobie, zaobserwować, co nami kieruje, być może skorzystać z pomocy psychoterapeuty. Ważne, żeby zastanowić się, na jakim związku nam zależy, jak chcemy żyć. I na ile partner, z którym jesteśmy, jest w stanie pomóc nam zrealizować ten cel.

Dlaczego tak wielu z nas bardzo boi się rozstań?
Bo generują dużo trudnych emocji. Wymagają nauczenia się nowych zachowań, uruchomienia siły, energii. Dużo trudniej się rozstać ludziom, którzy nie zostawili sobie w związku pewnej sfery niezależności. I nie chodzi tylko o pieniądze. To często dzieje się wtedy, gdy kobieta oczekuje, że mężczyzna będzie nie tylko partnerem, ale że się nią całkowicie zaopiekuje, wszystko za nią załatwi. To jest, oczywiście, wygodne. Ale to pułapka, bo przestajemy zaspokajać swoje potrzeby albo je tak bardzo tłumimy, że nie potrafimy ich rozpoznać. A kończy się to depresją, nerwicami.

Jak pokonać strach przed decyzją o rozstaniu?
Trzeba przyjrzeć się temu lękowi. Zadać sobie pytanie: „Czego konkretnie się boję?”. Załóżmy, że odpowiedź brzmi: „samotności”. Kiedy będę się czuła samotna? Wieczorami. To co mogę zrobić, żeby te wieczory sobie umilić? Warto też zrozumieć, dlaczego tak bardzo boimy się samotności. Czy to nasz lęk, czy na przykład przekazała go nam mama, babcia czy inna ważna osoba? Trzeba oddzielić to, co jest moje, od tego, co ktoś mi wpoił. Należy także zaakceptować trudne emocje. Decydując się na rozstanie, decyduję się na swego rodzaju kryzys, ale kryzysy są najbardziej rozwojowymi momentami w życiu, może więc warto podejść do tego z optymizmem.

Na co musimy być przygotowane?
Unikałabym wymieniania konkretnych rzeczy, bo wymyślimy sobie różnego rodzaju scenariusze, emocjonalnie będziemy już je przeżywać, czyli kryzys rozstania będziemy przeżywać dużo dłużej, niż on trwa, a potem może się okazać, że czujemy w ogóle inaczej, niż przewidywałyśmy. Możemy nie radzić sobie ze strachem, czy jeszcze kiedyś się zakochamy i założymy rodzinę, z obawą przed nową rzeczywistością, w której wszystko będziemy musiały robić same. Warto się zastanowić, czy lęk w ogóle nie jest dominującą emocją w naszym życiu. Możemy wchodzić w relacje, bo się boimy. Boimy się być same, a za tym „same” kryje się świadomość, że musimy być teraz odpowiedzialne za swoje życie, że nie ma „my”. Możemy też sobie nie radzić ze społecznym przymusem wychodzenia do ludzi. „Zbierz się, nie można tak siedzieć w czterech ścianach”. A w sumie dlaczego nie? Trzeba słuchać swojego organizmu. Owszem, jesteśmy istotami stadnymi, każda relacja, spotkanie może być budujące, ale samotność jest nam potrzebna do pracy nad sobą, do rozwoju, to nie jest gorszy sposób na życie. Nie mówię o izolacji czy ucieczce. Ważne, żeby po rozstaniu rozmawiać, dzielić się tym, nie stawiać się w roli ofiary: „Jestem gorsza, bo mi się nie powiodło”. Wiele kobiet ma takie myśli i ja bym się przyjrzała, co się za tym kryje. Lęk przed opinią, utratą określonego wizerunku, bo przecież mając partnera, jestem atrakcyjniejsza, bo koleżanki przychodzą z mężami, ja też chcę.

Niektóre kobiety uciekają w romanse albo szybko znajdują nowego partnera.
Ważne, żeby wykorzystać ten moment po rozstaniu dla siebie, żeby – co się często zdarza – kolejny związek nie był lekarstwem. Na przykład znajdujemy partnera kompletnie innego od poprzedniego i kompulsywnie zaspokajamy potrzeby, których nie zaspokoił tamten. Ale ile tak będziemy się karmić? Myślę, że w nowy związek powinnyśmy wchodzić, będąc już świadome tego, czego chcemy w relacji, co same możemy dać, a na to często potrzeba czasu. I dobrze, gdy go mamy, bo dzięki temu potem będziemy szczęśliwsze. I mądrzejsze. I nawet jeśli zauroczymy się kimś, będziemy bardziej racjonalnie na to patrzeć. A słowo „rozstanie” nie będzie już budzić tak strasznego niepokoju.

Paulina Kapiec-Kałużyńska: psycholożka, psychoterapeutka trenerka grupowa. Pracuje w nurcie terapii Gestalt. Założyła Atelier Terapeutyczne. Prowadzi terapię indywidualną i grupową. Prowadziła też warsztaty rozwojowe dla osób przeżywających kryzys rozstania w Warszawskim Centrum Psychologicznym.

Wywiad archiwalny