1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak zmieni się w przyszłości polska rodzina?

Jak zmieni się w przyszłości polska rodzina?

123rf.com
123rf.com
- Będzie to rodzina patchworkowa - mówią uczestnicy debaty BUKOVINA THINKTANK RE-Aktywacja. Oznacza to grupę ludzi o różnych nazwiskach, bez tytułowania się „mamo”, „tato” czy „ciociu”. Idea rodzin obejmie przyjaciół i bliskich znajomych, z którymi będziemy spędzać więcej czasu niż z osobami, którymi łączy nas pokrewieństwo. Przestrzeń prywatna i publiczna będą traktowane wymiennie.

Patchworkowa rodzina zakłada duże pole wolności i swobody, więc wszyscy jej członkowie będą z tego korzystać. W życie wejdą różne modele rodziny: tradycyjny (2+1 lub 2+2), 1+1, K+K, M+M, związki o dużej różnicy wieku, międzykulturowe, międzynarodowe etc. Większość z nas będzie próbować różnych modeli rodziny, zanim wybierze ten, który odpowiada nam najbardziej. Tak rozumiana rodzina będzie oparta mocniej na wspólnych wartościach niż na tradycji związanej z religią, miejscem zamieszkania, hierarchią społeczną. Najważniejsze wartości to: miłość, szacunek, solidarność, rozwój, wspólne zainteresowania i pasje. Rodzina będzie utożsamiana zarówno z chęcią zwiększenia bezpieczeństwa jednostek jak i z prawem do  ekspresji ich osobowości. Rodzina będzie ludzi wzmacniać. Rodziny będą szczęśliwsze niż obecnie, bo będzie więcej wolności. Chociaż otoczenie będzie mniej stabilne, to jednak modele relacji zmienią się w bardziej płynne. Ale to wcale nie musi wpływać na samoocenę jej członków. Rodzina AD 2036 roku będzie „w chmurze”. To kolejna alegoria oprócz patchworku, z której każda i każdy będzie wyciągał to, co dla siebie uważa za najważniejsze. To znaczy w poszukiwaniu dobrego, ciekawego, pełnego swobody życia rodzinę spajać będą różne „kleje”, dostępne w różnorodnym modelu kulturowym. Od pozytywnego hedonizmu, przez spełnianie się w opiece nad innymi, od działań w pełnej transparencji po ucieczkę do prywatności. Swoboda w takiej rodzinie pozwalać będzie na szybkie dorastanie i dojrzewanie dzieci, usamodzielnianie się ich, kontrolę rodzicielską on-line, i tak samo on-line opiekę senioralną. Wspólne konto dla wszystkich nie ograniczy posiadania własnego konta. Będziemy sporo podróżować, organizować własne święta (nie tylko kalendarzowe), korzystać tak samo z biur podróży on-line, jak i podróży VR. Digitalizacja wychowania dzieci oraz opieki senioralnej będą bardzo silnymi zjawiskami. Patchworkowy model rodziny przełoży się na jej funkcjonowanie. Każdy będzie organizował sobie czas w zależności od swych preferencji. Spowoduje to zupełnie inne potraktowanie kalendarza tygodniowego niż dotychczas – praca i odpoczynek, spotkania ze przyjaciółmi i wychowywanie dzieci, przebywanie razem i chwile odosobnienia układać się będą w cyklach godzinowych, płynnie, w zależności od czynników zewnętrznych, na które będziemy reagować w sposób otwarty i bezstresowy. Duża część obowiązków rodzinnych zostanie przejęta przez roboty i firmy usługowe, co wyzwoli potencjał międzyludzki w każdej rodzinie. Działania przebiegać będą na następujących osiach zależności: „społeczne - indywidualne”, „moje – wszystkich”, „prywatne – on-line”, „darmowe – abonamentowe/płatne”. W zależności od rozwinięcia osobowości i zajmowanej funkcji społecznej nasze życie osobiste i rodzinne będzie rozgrywać się takich parach dopełniających się zjawisk/zachowań – z czasowym przesunięciem w stronę jednego z nich. Zniknie domowy stół – fizycznie i symbolicznie, jako miejsce do zasiadania w rodzinnym gronie. Stoły będziemy wynajmować w miejscach publicznych (kawiarnie, kafejki, hotele, resorty, salony urody, relaksu, etc), bo nie zmieszczą się w wynajmowanych mieszkaniach o dość małej powierzchni. Ale nie należy tego rozpatrywać w kategoriach straty. Do dużych stołów w miejscach publicznych zapraszać będziemy znajomych i przyjaciół, którzy będą dla nas członkami rodziny. To z nimi będziemy spędzać więcej czasu.

źródło: THINKTANK – ośrodek dialogu i analiz, proj. BUKOVINA THINKTANK RE-LAB

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Na ile ufasz swoim bliskim?

Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Jak wygląda nasze zaufanie w relacji z partnerem, w rodzinie, w społeczeństwie? - Rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku – mówi psycholog Katarzyna Popiołek z Uniwersytetu SWPS w Katowicach.

W życiu społecznym jesteśmy nieufni. A w rodzinie?
Z badań profesor Krystyny Skarżyńskiej wynika, że rodzina jest sferą, w której obdarzamy się największym zaufaniem. Natomiast nasze zaufanie do innych ludzi, do instytucji, władzy jest niewielkie. Wygląda na to, że popadamy w ekstrema – obcym nie ufamy wcale, natomiast bliskim czasem za bardzo. Niedobry jest kompletny brak zaufania do ludzi – gdy jesteśmy podejrzliwi, gdy uważamy, że inni dbają wyłącznie o własny interes – ale zgubna okazuje się też postawa absolutnego zaufania: gdy spodziewamy się, że zawsze wszystko będzie przebiegało zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Najlepszy okazuje się oczywiście arystotelesowski złoty środek.

Na czym polega złoty środek w bliskich związkach?
Na tym, że na początku przyjmujemy założenie: wierzę w uczciwość i wiarygodność partnera. Takie założenie jest rozsądne, bo nie mamy jeszcze doświadczeń. A zaufanie to funkcja doświadczeń, które zdobywamy w relacjach z drugą osobą. Kiedy kogoś dopiero poznajemy, mamy wiele wątpliwości, no bo nic o nim nie wiemy. Ale wątpliwości powinna zastąpić wiara, że partner jest uczciwy. Dajemy rodzaj kredytu, świadomi, że możemy doznać zawodu. Bez tego nie da się zbudować trwałego związku. Można powiedzieć, że rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku. W miarę jak czyny potwierdzają nasze zaufanie, gdy przekonujemy się, że partner udziela nam wsparcia, zachowuje się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, jest wrażliwy na nasze potrzeby, przejawia pozytywne działania, zaufanie do partnera się stabilizuje. I wtedy nie potrzebujemy już ustawicznych dowodów jego wiarygodności. Co więcej – jeśli nawet zdarzy się, że on coś przeskrobie, to uznamy, że jego zachowanie jest przejściowe i nie powinno być przyczyną konfliktu. To nie oznacza, że mamy wszystko w związku akceptować. Zasada ufności to nie nakaz wyłączenia rozsądku.

No a kiedy wchodzimy w związek z podejrzeniami, nieufnością?
To mamy kłopot. Czeski terapeuta Miroslav Plzak odwołuje się tu do innej silnej obawy, jaką jest lęk o życie. Wiemy, że jest kruche, ale to nie znaczy, że z lęku o jego utratę nie będziemy wychodzili z domu. Podobnie jest z zaufaniem – z lęku o jego utratę nie możemy zadręczać partnera kontrolą, nadzorem.

Przykładem braku zaufania jest zazdrość.
Człowiek zazdrosny żąda od partnera dowodu wierności. Taki dowód jest jednak faktycznie i logicznie niemożliwy. Nie da się udokumentować wierności, najwyżej można komuś udowodnić, że był niewierny. Jeśli nawet zamknę się w domu i powiem: „popatrz, jestem tylko twój”, zazdrośnik powie: „dobra, dobra, ale zdradzasz mnie w myślach”. Dlatego droga osoby zazdrosnej jest zawsze drogą w labiryncie. Jak powiedział Szekspir, zazdrośnicy są w szponach zielonookiego potwora.

Z takim bagażem nie warto zaczynać związku? Dobrze jest zacząć od aktu zaufania o niewielkim stopniu ryzyka. Na przykład poprosić o spełnienie jakiegoś małego oczekiwania, które stosunkowo łatwo będzie zrealizować. I zobaczyć, czy ta osoba to uczyni.

 
W relacji rodzice – dzieci postępować podobnie?
Tak. I podobnie jak w relacji z partnerem musimy zacząć od próbnego zaufania. Powinniśmy jednak pamiętać, że pokusa, na jaką wystawiamy dziecko, nie powinna być duża. Sprawdźmy, czy dotrzyma obietnicy, czy powie prawdę, zacznijmy od kredytu zaufania. Ale na początku ten kredyt powinien być adekwatny do możliwości jego spłaty, tak jak w ekonomii.

A jeśli się przekonamy, że partner nas zawiódł, że dziecko zrobiło coś, czego nie chcieliśmy?
Często zawiedzione zaufanie jest sygnałem, że chcieliśmy czegoś niemożliwego albo że coś jest nie tak w naszych relacjach. W bliskich związkach przyczyną może być tak zwany syndrom ciepłej wody. Ktoś siedzi sobie w ciepłym basenie, jest mu dobrze, a na dworze czeka partner i marznie. Może być tak, że czujemy komfort kosztem partnera. Czasami fakt, że ktoś zawiódł nasze zaufanie, może być sygnałem, że nie robimy czegoś, co jest potrzebne drugiej stronie. Ale jeśli kłamstwa się powtarzają, obietnice nie są dotrzymywane, uciekajmy. Z kimś, kto kilkakrotnie zawiódł zaufanie, nie ma sensu budować związku.

A jeśli tym kimś jest dziecko?
Dziecko dopiero się uczy, jak nie zawodzić zaufania i jak je okazywać. Jeśli tu coś nie gra, to znaczy, że popełniliśmy jakiś błąd. Na przykład sami na tym polu źle funkcjonujemy – kłamiemy, ile się da. A może mamy zbyt wygórowane wymagania niemożliwe do spełnienia i dziecko dla świętego spokoju obiecuje, a potem nie dotrzymuje słowa, bo wymaganie było nierealne.

Jakie korzyści mamy w życiu z zaufania?
Uważam, że bez zaufania człowiek może zginąć, bo w trudnych chwilach nie będzie miał do kogo się udać po pomoc. Stała nieufność prowadzi do samotności i niszczy nas samych.

Powinniśmy ufać, ale i nie zawodzić zaufania, bo dostajemy to, co dajemy.
Działają tu dwa prawa: tak zwane prawo bumerangu – co wysyłam, to do mnie wraca. Ale nie zawsze tak jest. Wtedy trzeba zastanowić się dlaczego. Nie wszyscy zasługują na zaufanie, a my czasami nie chcemy tego widzieć. Drugie prawo to tak zwany efekt Rosenthala. Jeśli uważam, że ktoś jest nieuczciwy, to jestem wobec niego nieufna, kontrolująca. A taka postawa często wywołuje u tej osoby zachowania, o które właśnie ją podejrzewałam. Powinniśmy zatem dawać kredyt zaufania, ale jak się okaże, że ktoś nas zawiódł, bądźmy ostrożni w dalszych kontaktach.

Ale najpierw czyńmy innym to, co i nam miłe.
Gdy czasem słyszę: „nie ufam nikomu, bo wszyscy mnie zawiedli”, to jestem prawie pewna, że przyczyna leży w tym, kto to mówi. Pamiętajmy, że czas też gra rolę w budowaniu zaufania. Im dłuższy dobry związek, tym większy bank zaufania. Dlatego tak bardzo boli, gdy zdradzi przyjaciel. Mamy wtedy poczucie, że cały nasz bank został obrabowany. Ale z drugiej strony – myślimy sobie: „przez tyle lat ten ktoś nas nie zawiódł i teraz, po jednym złym doświadczeniu, mamy kończyć znajomość?”. I najczęściej, nawet przy dużym wykroczeniu, wybaczamy. Dobrze mieć bank z dużym kapitałem zaufania.

Katarzyna Popiołek - dr hab. psychologii społecznej, profesor Uniwersytetu SWPS Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. Zajmuje się problematyką relacji międzyludzkich, szczególnie relacji pomocy i wsparcia, oraz specyfiką zachowań w sytuacjach kryzysowych. Jest autorką wielu publikacji naukowych, współtwórczynią Instytutu Współczesnego Miasta.

  1. Psychologia

Pojednanie. Dlaczego tak trudno jest wybaczyć?

Wybaczenie to często długi proces, szczególnie, gdy chcemy wybaczyć bliskim osobom. (fot. iStock)
Wybaczenie to często długi proces, szczególnie, gdy chcemy wybaczyć bliskim osobom. (fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Jak usiąść do wigilijnego stołu z kimś, kto nas skrzywdził? Tak, to trudne. Ale nie niemożliwe. Trzeba zrobić kilka kroków. Pierwszy to wybaczenie. A żeby wybaczyć, trzeba powiedzieć „przepraszam”. Szczerze.

Najbardziej wstrząsające pojednanie, jakiego byłam świadkiem: 2010 rok, Medytacje Oświęcimskie, organizowane przez Zen Peacemakers i Polską Wspólnotę Pokoju. Biorą w nich udział ludzie z całego świata: żydzi, katolicy, buddyści, muzułmanie. Potomkowie ofiar i katów. Między innymi John, około sześćdziesiątki, amerykański żyd, inżynier, w Auschwitz zginęła cała jego rodzina. I jego rówieśnik Franz, lekarz z Hamburga, którego ojciec służył w wojsku i w obozie. Ostatniego dnia medytacji idziemy wzdłuż torów, którymi transportowano ludzi do gazu. Nagle widzę, jak Franz podbiega do Johna, kładzie mu rękę na ramieniu. Po chwili ręka Johna wędruje na plecy Franza. I tak idą w milczeniu.

Przywołuję ten przykład, bo pokazuje, że pojednanie jest możliwe zawsze, nawet po latach, w obliczu winy przodków.

Joanna Heidtman, psycholożka i socjolożka, zauważa, że pojednanie wywodzi się ze słów „jedność”, „jednia”. Czyli już samo pojęcie sugeruje, że kiedyś była zgoda i harmonia, jakieś „my”, wspólnota, czy to rodzinna, przyjacielska, czy narodowa. Ale potem wydarzyło się coś, co tę jedność rozbiło.

– Fakt, że coś przecięło więzi i teraz mamy je naprawiać czy na nowo budować, oznacza, że musimy zrobić jakiś wysiłek – mówi psycholożka. – To samo w sobie może być trudne. Zarówno wtedy, gdy pojednanie następuje tuż po doznanej krzywdzie, jak i po wydarzeniach bardzo odległych w czasie, na przykład wojennych, kiedy jednają się osoby niemające nic wspólnego z tamtym konfliktem i muszą sięgać do ran niesionych przez pokolenia.

Jak wybaczyć? W bliskiej relacji jest dużo trudniej…

Joanna Heidtman zwraca uwagę na pewien paradoks – że pojednanie jest tym trudniejsze, im silniejsza więź łączy ludzi, choć wydawałoby się, że łatwiej pojednać się z  bliskimi. Skąd ta trudność? Po pierwsze dlatego, że zerwanie mocnych więzi jest bardziej bolesne niż słabych, a po drugie, bo w bliskich związkach kierujemy się zaufaniem, otwieramy się, odkrywamy. Kiedy więc ktoś taki nas zrani, trudno nam się potem na nowo przed nim otworzyć, podejść bliżej, zaufać mu, uwierzyć w jego dobrą intencję. A bez tego przywrócenie więzi i jedności nie jest możliwe.

– Różne komplikacje psychologiczne utrudniają pojednanie – dodaje psycholożka. – Na przykład silna potrzeba wyrównania krzywd. Okazuje się, że mamy w sobie bardzo pierwotne poczucie prosto rozumianej sprawiedliwości, oczekiwanie, że jeżeli ktoś zawinił, to powinien swoje winy odkupić. To proste, jeżeli ktoś zniszczył komuś samochód, wtedy wystarczy zapłacić odszkodowanie i rachunki zostaną wyrównane. Ale bywają winy, których odkupić nie sposób, bo są dziełem przodków albo mają charakter głęboko raniący od strony emocjonalnej.

Samo poczucie krzywdy też jest psychologicznie złożone. Bo zdarza się, że każda ze stron czuje się pokrzywdzona. Albo strona, która zawiniła, zrobiła to nieświadomie, niecelowo. Bywa też tak, że krzywda jest czymś bardzo subiektywnym, czyli jedna strona czuje się poszkodowana, choć druga obiektywnie nic złego nie zrobiła. Jak zauważa Joanna Heidtman, są ludzie, którzy zawsze czują się skrzywdzeni przez innych, którzy ustawiają się w roli ofiary, postrzegają świat jako coś wrogiego, działającego na ich niekorzyść. Takie nastawienie do życia prezentują całe społeczeństwa i narody.

– Jedna z teorii ludzkiego „ja” mówi, że jestem subiektywną opowieścią o sobie samym, pewną narracją na swój temat – wyjaśnia psycholożka. – W tej opowieści możemy być zdobywcami, bohaterami, wyzwolicielami niosącymi pomoc albo ofiarami. I nie chodzi tu o obiektywne wydarzenia, tylko o to, jak są one opowiadane.

Dla takich ludzi pojednanie jawi się jako coś nie do przejścia. Powtarzają: „My jesteśmy w porządku, to inni zawinili”. Tymczasem pojednanie jest aktem dwustronnym, muszą być na to gotowe obie strony. Psychoterapeuci zgodnie podkreślają, że pierwszym krokiem do pojednania jest wybaczenie. Można to zrobić jednostronnie, niezależnie od okoliczności, nawet gdy krzywdziciel nie żyje. A pierwszym krokiem do wybaczenia jest powiedzenie „przepraszam”. Szczerze, prosto z serca. Harriet Lerner, znana amerykańska terapeutka małżeństw, podkreśla, że szczere przeprosiny to najlepsza inwestycja w relacje.

Jaki jest warunek wybaczania?

– Wyjście z sytuacji krzywdzenia, uwolnienie się od tego, kto rani, nieważne, czy przy pomocy innych ludzi, okoliczności, czy samodzielnie – tłumaczy Joanna Heidtman. – Póki tkwimy w środku, trauma jest ciągle żywa, bywa odtwarzana jak katastroficzny film. Mało tego, wtedy dalej jesteśmy w relacji z osobami, które nas skrzywdziły. Natomiast jeśli uda nam się z niej wyjść, na przykład rozwieść się z partnerem stosującym przemoc, wtedy nabieramy do naszej relacji dystansu. A wybaczanie jest możliwe właśnie z dystansu.

To nie krzywda, ale różnica

Czasem ludzie wypierają z pamięci trudne przeżycia. Psycholodzy uważają, że to niedobra strategia. Nasza pamięć nie przypomina taśmy wideo, która nagrywa wydarzenia tak, jak się zdarzają. Wszystko, co wiąże się z interakcjami społecznymi, jest pamiętane poprzez emocje. Już Freud pisał, że wyparte przeżycia mogą wrócić w postaci ciężkiej nerwicy. Dopóki więc nie wybaczymy, nie „puścimy” ich, dopóty będą w nas tkwiły.

– Czasem robię z klientami takie ćwiczenie, że oznaczamy w gabinecie miejsce związane z traumatycznymi wydarzeniami i krok po kroku się od niego oddalamy – mówi psycholożka. – To symboliczny akt dystansowania się od traumy. Żeby jednak wybaczyć, najpierw trzeba zrobić porządek z własnym życiem, zejść do „piwnicy”, do której zepchnęliśmy niezałatwione sprawy, i oświetlić ją latarką.

Psychoterapeuta z Instytutu Psychologii Zdrowia Jerzy Mellibruda pisze w książce „Pułapka nie wybaczonej krzywdy”, że wybaczanie „jest darem od siebie dla siebie”. Pojednanie to coś więcej – to dar dla siebie i dla innych, zamyka trudny etap w życiu, uwalnia od traumatycznych przeżyć, otwiera na nowe relacje, pozwala żyć bez destrukcyjnych emocji. Amerykański psychiatra Theodore Isaac Rubin podkreśla, że pojednanie wpływa na zdrowie psychiczne i zdrowe relacje. „Niezdolność do wybaczania jest źródłem nieustającego cierpienia” – pisze w „Księdze gniewu”. Psycholodzy kliniczni z kolei zwracają uwagę, że życie w nienawiści wpływa niekorzystnie na procesy fizjologiczne zachodzące w naszym organizmie – może być przyczyną wysokiego ciśnienia krwi i poziomu kortyzolu, czyli hormonu stresu, co z kolei wiąże się z ryzykiem chorób sercowo-naczyniowych, obniżoną odpornością, zaburzeniami pamięci.

Absolutnie nie opłaca się więc zianie nienawiścią. Także przy wigilijnym stole, gdy rozmowa zejdzie na polityczne tory. – Pamiętajmy o jednym: wyrażanie innych poglądów to nie jest krzywdzenie kogoś, to różnienie się – mówi Joanna Heidtman. – Inne poglądy oznaczają, oczywiście, inne decyzje, czasem inne zachowania, ale to – jak mawia moja przyjaciółka – nie zagraża życiu. Nawoływanie do pojednania w sprawie poglądów jest nieprawdziwe, nierozsądne i bezowocne. Bo nie będzie tak, że ja się zgodzę z twoim poglądem, ty z moim i pójdziemy dalej jednym krokiem. Nie pójdziemy. Ale nawet człowiek o skrajnie odmiennych poglądach może być dobry, pomocny. Zdecydujmy zatem, co jest dla nas ważniejsze: czy to, że ktoś jest przyzwoitym człowiekiem, czy nasze poglądy. Relacje czy racje? Jeżeli już mamy o coś apelować, to o wzajemny szacunek.

Złe relacje między rodzeństwem powodują psychiczny dyskomfort u każdej ze stron. Jak wybaczyć, gdy skrzywdził nas ktoś bliski? (Fot. iStock) Złe relacje między rodzeństwem powodują psychiczny dyskomfort u każdej ze stron. Jak wybaczyć, gdy skrzywdził nas ktoś bliski? (Fot. iStock)

Historia siostrzanej relacji:

Tekst archiwalny

Basia ma 19 lat, burzę kruczoczarnych włosów i wyzywający look: mini, dekolt, ostry makijaż. Kasia, o dwa lata młodsza, to typ przebojowej chłopczycy: włosy na zapałkę, bojówki, glany. W tle słynne schody hiszpańskie w Rzymie. Jest czerwiec 1997 roku, tuż po maturze Basi i kilka dni przed jej wyznaniem, które jak granat rozerwało na strzępy ich siostrzaną miłość. 

To ostatnie nasze wspólne zdjęcie. Zrobił je Bartek, wtedy mój chłopak, a teraz jej mąż – mówi Kasia 20 lat później.

Mamy mówić o pojednaniu, ale ona chciałaby zacząć od początku. Czyli od Basi, kim dla niej była przez pierwsze 17 lat jej życia. Starszą siostrą – opoką. Najlepszą przyjaciółką, taką, co to zna najskrytsze tajemnice. A nawet matką i ojcem. Rodzice, od kiedy Kasia pamięta, byli zajęci od świtu do nocy. Najpierw pracą we własnym sklepie, potem także piciem i licznym gronem znajomych. Kasia i Basia od małego trzymały się razem. Razem w domu, na podwórku, na przerwach w szkole. Razem nasłuchiwały, w jakim stanie wracają rodzice.

Taki obrazek: Kasia ma ósme urodziny, obie z Basią wypatrują mamy i taty przez okno. Obiecali, że wrócą wcześniej, z tortem. Robi się ciemno, a ich nie ma. Kasia wisi w oknie i ryczy. Basia włącza więc jej ukochanego Michaela Jacksona, podkręca dźwięk na ful, zakłada mamine buty na obcasach, owija się jej sukienką, maluje usta szminką i tańczy. Kasia wyciera zasmarkany nos, obserwuje siostrę, po chwili do niej dołącza. Szaleją, aż padną ze zmęczenia.

Kasia opowiada jeszcze, jak siostra wkraczała do akcji, gdy działa się jej krzywda, jak usprawiedliwiała ją z nieobecności, nieodrobionych lekcji. Bo Basia to był w ich małej wiejskiej szkole ktoś. Najlepsza w nauce i w sporcie, najładniejsza, podziwiana, lubiana. W liceum kochali się w niej wszyscy chłopcy, ale ona trzymała ich na dystans.

– U mnie było odwrotnie: to ja się bez przerwy zakochiwałam, a oni mnie olewali. A nawet jak któryś mnie podrywał, to Basia tak go podsumowywała, że z miejsca wydawał mi się głupim dupkiem. Tylko Bartka od razu zaakceptowała.

Z Bartkiem zaczęło się w drugiej klasie liceum na wycieczce do Pragi. Banalnie. Był wieczorek pożegnalny, poprosił ją do tańca, potem  przegadali całą noc, na koniec on pocałował ją, a może ona jego. I Kasia odpłynęła. Na całe dwa miesiące. Potem był ich wyjazd we trójkę do Rzymu. Kasia wypłakiwała się siostrze w mankiet, że Bartek chyba ma kogoś, a ona słuchała i milczała. Następnego dnia po powrocie rzuciła krótko: „Sorry, Kaśka, że tak wyszło, zakochałam się w Bartku”. Jeszcze tego samego dnia wyprowadziła się do jego rodziców, po pół roku wyjechali razem do Chicago, do jego rodziny. Mieszkają tam do dziś, mają firmę produkującą okna, dom, dwie córki.

Tamtego dnia Kasi zawalił się świat. – Zostałam zdradzona podwójnie, przez dwoje ukochanych ludzi, przede wszystkim przez siostrę. Czułam się sama jak palec, nie miałam żadnej przyjaciółki, bo do tej pory wszystkich ludzi na świecie zastępowała mi Basia. Nagle pustka. Rodzice już wtedy żyli od jednego alkoholowego ciągu do następnego.

Z tamtego okresu ma dwie pamiątki: blizny na lewej i prawej ręce. Chyba nie chciała jednak umrzeć, bo ją odratowano. Ale nie chciała też żyć. Coraz częściej sięgała po alkohol. Jakimś cudem zdała maturę, wyprowadziła się do Warszawy. Zmieniała prace, mieszkania, mężczyzn. Wierna tylko alkoholowi. I tak przez prawie pięć lat. Rodzice zmarli jedno po drugim trzy lata potem. Z siostrą zero kontaktu. Nie interesowało ją, czy żyje, gdzie mieszka, co robi, czy jest nadal z Bartkiem.

– Żyłam z dnia na dzień, bez celu i sensu. Któregoś dnia obudziłam się na ławce w parku z całym moim dobytkiem, czyli małym plecaczkiem, pod głową. To było to moje dno, na które, jak mawiają spece od uzależnień, trzeba spaść, żeby się zacząć podnosić. Pamiętam, że ptaki śpiewały w tym parku jak szalone, bo to był maj. I tam, na strasznym kacu, przyznałam się przed sobą: „Jestem alkoholiczką”. Tak jak rodzice, których za to nienawidziłam. To był punkt zwrotny – opowiada Kasia. – Wstałam i po raz pierwszy od lat nie poszłam po małpkę, tylko do dawnego kolegi, który rzucił mnie wcześniej z powodu picia, a wtedy przygarnął. Nigdy mu tego nie zapomnę.

No i zaczęła się walka z uzależnieniem. Na spotkaniach Dorosłych Dzieci Alkoholików. Z ciałem, żeby nie odmawiało posłuszeństwa, gdy trzeba wstać do pracy. Z umysłem, żeby znalazł i nazwał sens życia. Udało się. Skończyć studia (resocjalizację), znaleźć pracę w ośrodku dla uzależnionej młodzieży, kupić na kredyt kawalerkę. Nie udało się – choć próbowała wiele razy – zbudować trwałego związku. – Po rozstaniu z kolejnym mężczyzną postanowiłam iść na psychoterapię. W końcu po miesiącach ciężkiej pracy dotarło do mnie, że jeżeli chcę wrócić do normalności, muszę przebaczyć siostrze, Bartkowi, rodzicom. No i sobie. Najłatwiej poszło z wybaczeniem rodzicom. Zrozumiałam, że też mieli ciężkie życie. Obydwoje wcześnie zostali sierotami, taty tata był alkoholikiem. Z Bartkiem też jakoś się udało. Zobaczyłam, że tak naprawdę kochał Basię, a ja miałam tylko ułatwić mu do niej dostęp. Najtrudniejsza do przepracowania jest moja z nią relacja. Już jej wybaczyłam. Ale pojednanie to wciąż niezakończony proces. Na razie regularnie opisujemy sobie to, co wydarzyło się u nas przez te 20 lat. Jeszcze nie miałam odwagi włączyć Skype’a. Ale muszę to zrobić jak najszybciej przed przyjazdem Basi na święta. Bo że przyjedzie, to już postanowione. Boję się i cieszę. Chyba jednak bardziej cieszę.

  1. Psychologia

Wyrzuć bagaż nieautentycznych potrzeb. Wojciech Eichelberger o tym, jak być bliżej prawdziwego siebie

Pandemia nauczyła nas pokory i dała szansę na przewartościowanie wielu spraw. Mogliśmy stanąć twarzą w twarz ze sobą i zastanowić się, czy nasze wybory faktycznie były nasze. (Fot. iStock)
Pandemia nauczyła nas pokory i dała szansę na przewartościowanie wielu spraw. Mogliśmy stanąć twarzą w twarz ze sobą i zastanowić się, czy nasze wybory faktycznie były nasze. (Fot. iStock)
W ostatnim czasie dostaliśmy od życia lekcję pokory, ale też szansę na przewartościowanie wielu spraw. Mogliśmy stanąć twarzą w twarz ze sobą i zastanowić się, czy wybory, których do tej pory dokonywaliśmy, były naprawdę nasze. Jak wykorzystać to doświadczenie, by być teraz bliżej prawdziwego siebie – pytamy psychologa Wojciecha Eichelbergera.

Sądzisz, że czas odosobnienia i pandemii pomoże nam zatrzymać się i zadać sobie pytanie: Czy ja żyję swoim życiem? A jeśli odpowiemy: nie, to będziemy umieli wprowadzić potrzebne zmiany?
Odbieram wiele sygnałów, że to właśnie się teraz z ludźmi dzieje. Oczywiście te sygnały przychodzą do mnie ze środowiska tzw. poszukujących. Ale już pierwszy tydzień odosobnienia skłonił wiele osób do zadania sobie nowych, ważnych pytań. Byliśmy tak rozpędzeni i zahipnotyzowani „dobrobytem”, który się już roztaczał przed naszymi oczyma i wybiegał hen, w świetlaną przyszłość, że nagłe STOP w postaci kwarantanny i myśl o recesji, która nas czeka, dały wszystkim silny asumpt do tego, by zacząć się reflektować. W czym myśmy właściwie brali udział? O co tam chodziło? Dlaczego wcześniej nie widziałem swojej rodziny i najbliższych? Dlaczego nie miałem czasu, by z nimi po prostu pobyć, a jedyną naszą rozrywką były wspólne zakupy? Czy tworzyłem jakieś dobro na tej Ziemi? W jaki sposób firma, w której pracuję, przyczyniła się do tego kryzysu? Dlaczego w tej zbiorowej konsumpcyjnej hipnozie zapomnieliśmy, że narasta pełzająca pandemia chorób cywilizacyjnych, że już nawet dzieci cierpią na depresję, że wysychają rzeki i wymierają całe gatunki zwierząt? Teraz więc mamy wreszcie czas na to, by ten wymiar naszego istnienia do nas dotarł. I jeśli tak się stanie, to jest szansa na to, że także nasza zbiorowa świadomość zacznie się zmieniać. Miejmy nadzieję, ufajmy, że świat po koronawirusie będzie lepszy. To zależy od każdego, kto skorzysta z tego unikalnego czasu na refleksję. Zmiana na dobre zaczyna się zawsze w ludzkich sercach i umysłach.

Sama zdałam sobie sprawę z tego, że do tej pory często zajmowaliśmy się rzeczami z kategorii luksusu, zbytku. Nie skupialiśmy się już na kwestiach podstawowych, tylko na dodatkowych, choćby na sprawianiu sobie przyjemności. Na przykład pracowaliśmy coraz dłużej, by zarabiać więcej pieniędzy, które przeznaczaliśmy na zakup nowych modeli sprzętów, które były całkiem dobre. Emocjonowaliśmy się sprawami, które wirus zupełnie unieważnił: skandalami, plotkami, meczami piłkarskimi...
A teraz nie będzie Euro 2020 i świat się nie zawali. Może nawet skorzysta, bo będzie mniej ruchu lotniczego. Powtórzę to raz jeszcze: dostaliśmy ogromną szansę na to, by przewartościować wiele spraw. I wierzę, że tak się stanie, pod warunkiem że to nas nie zaprowadzi do wielkiego kryzysu ekonomicznego, który wzbudzi archaiczne, egoistyczne postawy typu „muszę walczyć o swoje przetrwanie i nic więcej mnie nie obchodzi”.

Takie ryzyko oczywiście jest, ale póki kryzys jeszcze się nie rozszalał - i może się nie rozszaleje - warto się zastanowić, co zrobimy, kiedy sytuacja wróci do względnej normalności. Wielu z nas doświadcza sporych zmian w swoim życiu, tych planowanych i tych nie. 
Pewnie niewielu z nas świadomie wybrałoby izolację w domu, by oddać się planowaniu radykalnych zmian w naszych życiach. Ale chcąc nie chcąc, i tak będziemy musieli to zrobić. Bo bardzo wielu już nie ma pewności, jak będzie wyglądała ich praca w przyszłości i czy ta praca w ogóle będzie. Pod znakiem zapytania staje też perspektywa taniego latania, jeżdżenia po świecie i wydawania coraz więcej na przyjemności i zabawę. Pojawia się więc pytanie, w co w tym odzyskanym czasie będziemy chcieli włożyć ręce i serce.

Jesteś zwolennikiem hasła "twoje życie powinno być swoje"? Jednak żyjemy wśród innych i nie jesteśmy omnipotentni. Może to tylko złudzenie, że nasze życie jest tylko nasze.  
To nie takie proste. Żebyśmy mogli zacząć żyć własnym życiem, to trzeba by się najpierw dowiedzieć, jakie są nasze prawdziwe potrzeby i co jest naprawdę zgodne z naszym sumieniem. Większości z nas wydaje się tylko, że wie, jak by żyła, gdyby mogła żyć własnym życiem. Wyobraża sobie dni pełne wolnego czasu, lenistwa i przyjemności. Sądząc, że jedynie brak pieniędzy nam to uniemożliwia. To złudzenie. Takie życie nie daje bowiem poczucia sensu, spełnienia i przynależności. Doświadczenie tych, którzy od zarania ludzkości poszukiwali życia zgodnego z ich potrzebami i sumieniem, pokazuje, że nie jest to z pewnością żywot egoistycznego sybaryty, lecz życie z misją, pomocne innym i skromne – czyli zostawiające po sobie najmniejszy możliwy ślad węglowy, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli. Innymi słowy, życie zgodne z naturą i szanujące wszelkie inne formy życia. Jakiś czas temu wydałem książkę „Życie w micie”, zbiór moich rozmów z Beatą Pawłowicz ze „Zwierciadła”. Przesłanie tej książki stało się dzisiaj bardzo aktualne. Jest tam też rozmowa o złudzeniu autonomii, w której dochodzimy do wniosku, że jedyny autonomiczny sposób bytu na tej planecie został już dawno wynaleziony. Jest nim samowystarczalne gospodarstwo rolne starego typu, gdzie wszystko się do czegoś przydaje i wszystko się nawzajem sobą karmi. Kto wie, czy okoliczności nie skłonią nas w przyszłości do powrotu do tych wzorców.

Słyszałam, że już powoli wracają...
To dobry znak. Bo aby móc żyć własnym życiem, trzeba też być maksymalnie samowystarczalnym i niezależnym, a dzięki temu niepodatnym na wszelakie manipulacje, naciski i kaprysy rynku oraz polityków. Czas więc pozbyć się bagażu nieautentycznych potrzeb, a te, które nam zostaną, umieć zaspokajać samodzielnie lub we współpracy z lokalną społecznością.

A jednak wiele osób żyje ciągle pod naciskiem sił, które wydają się dla nich nie do pokonania. Są pod wpływem rodziców, partnerów, konwenansów, presji społecznej... Często dopiero w obliczu zbliżającej się śmierci zdają sobie sprawę, że przeżyli nie swoje życie.
Można powiedzieć, że przeżywamy teraz zbiorowe memento mori, gdyż nagle okazało się, że to nasze złudzenie panowania nad życiem, śmiercią, przyrodą i kosmosem – rozpadło się w pył. To kolejny wymiar pandemicznej lekcji pokory. Do wielu ludzi dotarło, że ich życie – mimo cywilizacyjnych zdobyczy i zabezpieczeń – nadal jest i zawsze będzie kruchą igraszką przyrody i że może się w każdej chwili skończyć. Można mieć nadzieję, że ta świadomość każe nam się zastanowić nad tym, w jaki sposób i w imię czego warto spędzić resztę swoich dni.

Chyba Konfucjusz powiedział, że człowiek ma dwa życia i to drugie zaczyna się wtedy, kiedy uświadomi sobie, że ma tylko jedno. 
Mądre. W psychologicznej pracy nad poszukiwaniem prawdziwej hierarchii wartości i prawdziwych potrzeb pyta się ludzi: „Gdybyś znał termin swojej śmierci, jak by wyglądał ostatni dzień twojego życia; albo ostatni miesiąc czy ostatni rok?”. Warto sobie zadawać takie pytanie, bo pozwala sporo się dowiedzieć o tym, co jest dla nas najważniejsze i bez czego możemy się spokojnie obejść.

Jak sądzisz, co myślą ci, którzy planują teraz, co będą robić w pierwszy dzień po pandemii? "Wyjdę z domu i się wreszcie zabawię"? Czy: "Wyjdę z domu i zmienię swoje życie"?
Ktoś dawno temu zauważył, że ludzie reagują na kryzys na zasadzie „jak trwoga, to do Boga”. Zawsze coś. Ale niestety, kiedy trwoga przechodzi, to często drapiemy się w głowę i dziwimy się sami sobie: „Co też za głupoty człowiekowi chodzą po głowie w stresie”. Po czym otrzepujemy się i wracamy do starych nawyków i starego sposobu życia. Jeśli tak większość ludzi na świecie zareaguje, to potrzebna będzie jeszcze większa i dużo groźniejsza pandemia, abyśmy się w końcu opamiętali.

Jest coś, co możemy zrobić, żeby tak się nie stało? Jak nie stracić ważnych wniosków, do których teraz dojdziemy?
Jeśli będziemy mieć jednoznaczne poczucie, że wnioski i doświadczenia z pandemii pozwoliły nam rozeznać się w tym, co jest naprawdę w zgodzie z nami, że dzięki temu jesteśmy bliżej prawdziwych siebie – to jest nadzieja, że się już nie cofniemy, bo serca nas będą boleć, a sumienie spać nie da. Ale sądzę, że również kryzys przyrody będzie pomagać nam w tym, abyśmy nie zapomnieli tej lekcji. Bo wygląda na to, że czas beztroskiego imprezowania na koszt naszej cierpliwej planety definitywnie się skończył.

Wojciech Eichelberger, psycholog, coach, doradca biznesu, założyciel Instytutu Psychoimmunologii w Warszawie, autor wielu książek z dziedziny psychologii i rozwoju osobistego, najnowsza to "Wariat na wolności. Autobiografia" (wyd. Znak). 

  1. Psychologia

Po co jest rodzina? Co nam daje? Zastanawiamy się z psychoteraputą Wojciechem Eichelbergerem

15 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Rodzin, święto ustanowione przez ONZ w 1993 roku. (Fot. iStock)
15 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Rodzin, święto ustanowione przez ONZ w 1993 roku. (Fot. iStock)
Przyjaciele mogą zastąpić rodzinę tak na co dzień, a nawet od święta. Ale nie w sytuacjach granicznych. Wtedy więzy krwi wygrywają. Tak pokazują i badania, i praktyka. To instynkt. Magia więzów krwi - przekonuje Wojciech Eichelberger.

Co właściwie daje nam rodzina? Jak ją widzi psychologia? Zabiegamy o pieniądze, pozycję społeczną, realizujemy swoje pasje. Wydaje się, że głównie to spędza nam dziś sen z powiek.
I wielu myśli, że to wystarczy. Tymczasem jeśli chodzi o pieniądze czy status, a nawet pasje, to rodzina może nas ochronić przed opresją konsumpcyjną i zapracowywaniem czy „zabawieniem się” na śmierć. Rodzina jest dziś nam szczególnie potrzebna, ponieważ aktualna propozycja dla nas wszystkich na urządzenie sobie życia brzmi właśnie: zarabiaj, wydawaj, otumaniaj się alkoholem, módl się i bądź grzeczny. Przyznasz, że to trochę za mało, abyśmy mogli kiedyś uznać nasze życie za spełnione. Rodzina jest więc dla nas nadal takim azylem wartości, które są niezgodne z oficjalną ideologią.

A przyjaciele, czyli taka nasza rodzina z wyboru, nie wystarczą? Wielu mówi, że dla nich to większa wartość niż rodzina biologiczna. Co nam daje rodzina według psychologii?
Przyjaciele mogą nam zastąpić rodzinę tak na co dzień, a nawet od święta. Ale nie w sytuacjach granicznych. Wtedy więzy krwi wygrywają. Tak pokazują i badania, i praktyka. Jeśli nawet my dla przyjaciół jesteśmy gotowi poświęcić wszystko, to oni w sytuacji zagrożenia zapewne wszystko będą gotowi oddać dla rodziny biologicznej. To instynkt. Magia więzów krwi. Jako weteran rodzin patchworkowych doświadczyłem ich siły i wiem, że więzy krwi są czymś magicznym właśnie. Najważniejsze są te z rodzicami biologicznymi. Nawet gdy byli oni źródłem rozczarowań i cierpień, to rodzice patchworkowi, choćby bardzo zaangażowani, prędzej czy później idą w zapomnienie. Dlatego mimo wszystkich trudów, obaw i ryzyka warto inwestować w rodzinę opartą na więzach krwi. No, ale zwłaszcza dziś młodzi wierzą, że kochają ich ci, którzy ich lajkują. I kiedy w realu będzie im potrzebny ktoś naprawdę bliski, to okaże się, że takiego kogoś nie ma – że są sami. Dlatego, żeby w piątkowe wieczory nie skończyć tylko ze swoim smartfonem i nie kombinować na siłę, co by tu ze sobą zrobić, warto zatroszczyć się o rodzinę. Czas wolny spędzać z tymi, którzy są nam bliscy. Rozmawiać. Organizować jakieś wspólne doświadczenia, np. wyprawy, brać udział w wydarzeniach artystycznych, społecznych. Dbać o rocznice i rodzinne święta. Słowem czynić rodzinę ważną i korzystać z tego, że możemy w niej wiele nauczyć się o sobie i o innych. Rodzina jest bowiem szkołą, wcale niełatwą, naszego dojrzewania.

Rodzina biologiczna może nas jednak też mocno ograniczać i tłamsić.
To prawda. Są różne rodziny. Miałem kiedyś w terapii pacjenta, w którego domu rodzinnym lodówka była zamykana na kłódkę, a więc nie miał on nawet tego poczucia bezpieczeństwa, które płynie z pewności, że ktoś troszczy się o to, by nie zabrakło mu pożywienia. Jako dorosły już mężczyzna w głębi duszy pozostał chłopcem przekonanym, że nie może liczyć na nikogo. W rezultacie nie ufał ludziom, miał ogromną potrzebę kontroli, a także gromadził i pochłaniał nadmierne ilości jedzenia, co powodowało znaczną nadwagę.

Ale rodzina nie jest nam potrzebna tylko do poczucia materialnego bezpieczeństwa...
Na pewno. Rodzice powinni swoje dzieci chociaż akceptować, kontrolować swoje złe emocje związane z nimi, nie wymuszać posłuszeństwa i rezygnacji z ich potrzeb groźbą porzucenia: „Jeśli się nie uspokoisz, to oddam cię Babie-Jadze” itp. Powinni reagować na potrzeby dzieci i odwzajemniać ekspresję dobrych uczuć. Wroga lub kamienna twarz rodzica potrafi dziecko zdecydowanie bardziej zranić i przestraszyć na resztę życia, niż zamknięta lodówka. Czasami rodziny wolelibyśmy w ogóle nie mieć, gdyż okazała się ona na tyle toksyczna i destrukcyjna, że potem w dorosłym życiu trudno nam znaleźć spokój i choćby odrobinę, namiastkę szczęścia. Ale nawet wtedy warto się jednak tą rodziną zainteresować, choćby po to, by wiedzieć, w jakiej glebie tkwią nasze korzenie, i zrozumieć, jak zostaliśmy przez nią ukształtowani. I tak – dla przykładu – rodzina opresyjna, pozbawiająca poczucia podmiotowości i szacunku, będzie nas skłaniać do pokonania jej ogromnej, grawitacyjnej siły przyciągania i ucieczki na inną orbitę. Podobnie rodzina nadopiekuńcza.

Rodzina montuje nam w głowie matrycę, która ma moc kreowania rzeczywistości.
Tak, bo rola rodziny polega także na tym, by opowiedzieć dziecku świat. Ale jeśli rodzina jest dysfunkcyjna, to zainstalowana w naszym umyśle opowieść o świecie będzie nam przeszkadzać w dorosłym życiu. Na przykład budząc lęk przed zmianą, przed ludźmi spoza rodziny.

Czy rodzina skazuje nas na życie z ludźmi uformowanymi podobnie jak my? Czy to, co daje nam rodzina, będzie się zawsze różniło w zależności od tworzących je osób?
Życiowym zadaniem człowieka jest przekraczanie własnych ograniczeń. Każda rodzina nas formatuje, dlatego każda jest dla nas jakimś wyzwaniem, życiową lekcją do odrobienia, każdy ma się więc od czego emocjonalnie i intelektualnie uwalniać. W związku z tym nie możemy powiedzieć, że są rodziny idealne. Im szybciej sobie wybijemy z głowy taki plan czy aspiracje, tym lepiej dla nas i dla naszych dzieci. Rodzina to nieustająco zmieniający się system, bo świat wokół niej wciąż się przecież zmienia. Rodziny nie sposób sobie zatem wymyślić ani z góry zaplanować jako doskonałego, idealnego projektu. Wszyscy uczymy się jeździć samochodem, prowadząc go, a więc błędy, stłuczki i kolizje są nieodzowne. Mam nadzieję, że to brzmi zachęcająco, a nie wprost przeciwnie.

Czy dysfunkcyjne gniazdo to jedyny powód, dla którego nie chcemy zakładać nowego?
Dysfunkcyjne gniazdo częściej skłania nas do jak najszybszego założenia rodziny z wyboru, w nieuświadamianej nadziei, że ta nowa będzie idealna i na dodatek zaspokoi nasze sfrustrowane dziecięce potrzeby, zagoi emocjonalne rany. No, ale, niestety, mamy na to marne szanse bez pracy nad sobą.

Myślę, że nie wyrywamy się do zakładania rodziny także dlatego, że mamy niski poziom zaufania do państwa i jego pomocy, a to czyni posiadanie dzieci zbyt ryzykownym. W dzisiejszych czasach rodzicielstwo to ogromna inwestycja finansowa, czasowa i energetyczna. Dzieci już nawet nie chodzą same po ulicach i nie jeżdżą komunikacją miejską. Rodzice, którzy pracują zawodowo, nie wracają już do domu około 16, jak było kiedyś. Nie mamy więc wcale czasu na życie rodzinne…

Ilustracja: Paweł JońcaIlustracja: Paweł Jońca

A może to tylko sposób na wytłumaczenie siebie? Może tak naprawdę jesteśmy zbyt egoistyczni?
Takie zarzuty padają ze strony tradycjonalistów. Nic podobnego! Jesteśmy potwornie zapracowani! Do tego stopnia, że nawet partnerski seks staje się luksusem, na który rzadko ludzie mogą sobie dziś pozwolić. Tym młodym seks w stałych związkach zaczyna jawić się jako bezsensowny wydatek czasowy i energetyczny. Przecież mogą znaleźć ulgę, oglądając filmiki w Internecie albo organizując szybką randkę przez Tindera. To po co im stały związek, po co im kłopot z tym drugim człowiekiem, z jego problemami, potrzebami, humorami? A skoro na seks brakuje im sił i czasu, a dzieci nie mają w planie, to po co im rodzina? Przecież to trudny, kosztowny i odpowiedzialny projekt na wiele lat. Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego unikamy zakładania rodziny – nie umiemy budować bliskich więzi albo się tego obawiamy.

Dlaczego mamy z tym taki kłopot?
W konsumpcyjnej kulturze, jak już mówiłem, rodzice nie mają czasu dla dzieci, bo są skupieni na swojej pracy, na swojej pasji czy na konsumpcji. Dzieci więc wychodzą z tych rodzin z przekonaniem, że skoro nawet ich rodzice nie mieli dla nich czasu, to znaczy, że nie są one warte miłości. A jeśli tak, to nie zaryzykują bycia z kimś blisko, bo nie wierzą w siłę i trwałość międzyludzkich więzi.

Boimy się założyć rodzinę, bo nie kochamy siebie?
Właśnie tak. Nazywam to syndromem Kopciuszka, czyli opuszczonej przez swoich rodziców dziewczyny, po przedwczesnej śmierci matki i powtórnym małżeństwie ojca z kobietą, której pozwolił znęcać się nad swoją córką. Umieszczona w zimnej komórce, brudna, głodna i obdarta marzyła, aby choć raz w życiu być na balu u księcia. Marzenia usłyszała dobra wróżka i wyczarowała dla Kopciuszka suknię, biżuterię i karetę. No więc uszczęśliwiony Kopciuszek pojechał na bal. Ale na balu spotkało dziewczynę coś trudnego, bo książę się w niej od pierwszego wejrzenia zakochał. Przerażona pomyślała: „Boże, przecież ten facet nie ma pojęcia, kim ja jestem”, i szybko uciekła z balu. Nie mogła uwierzyć, że można ją pokochać.

Ale książę Kopciuszka odnalazł i…
Odnalazł go w biedzie, w upodleniu i w samotności, z tym rozpaczliwym grymasem porzuconego dziecka na twarzy. Popatrzył mu w oczy i powiedział: „To ty! Ciebie kocham!”. I wtedy serce Kopciuszka zostało uleczone. Bo jeśli czyjaś miłość dotknie nas wtedy, gdy przechodzimy trudne koleje losu, to nasze zranione, wątpiące serce jej uwierzy.

No, ale skąd wziąć księcia? Dziś na balu Kopciuszek prędzej spotka raczej drugiego Kopciuszka – księcia. I co wtedy?
Czyli dwoje przebierańców? Muszą zacząć od tego, żeby sobie powiedzieć prawdę o tym, kim się czują i kim naprawdę są. A potem poradzić sobie z tym, że zobaczą w prawdzie tego drugiego – swoją nieuświadomioną część, która nie wierzy, że może być pokochana. A potem muszą zrobić wszystko, aby pozbyć się tego chyba najbardziej szkodliwego ze złudzeń naszych umysłów. Wtedy dopiero będą mieli szansę na długi związek.

I na szczęśliwą rodzinę?
Szczęście w rodzinie w znacznym stopniu zależy od tego, czy zrozumiemy, ile jesteśmy warci, i uwierzymy, że i nam należy się miłość. Dwoje Kopciuszków czeka więc kawał pracy nad zmianą szkodliwych przekonań na własny temat. Wtedy dopiero będą żyli długo i szczęśliwie.

A więc rodzina jest nam potrzebna nawet w tym ponowoczesnym świecie i to, co daje rodzina, wciąż może zostać przez nas wykorzystane na przestrzeni całego życia.
Tak, bo rodzina jest emocjonalną, materialną i mentalną glebą, na której wzrastamy i z której czerpiemy poczucie wartości, siły i nadzieję do dalszego życia oraz punkt odniesienia do koniecznych dla naszego dojrzewania zmian w naszym sformatowaniu. Jeśli rodziny zabrakło albo jej wpływ na nas był destrukcyjny, to musimy taki grunt – a przede wszystkim urealnione poczucie wartości – sami w sobie odnaleźć. W przeciwnym razie będziemy mieli skłonność do uzależniania się od autorytarnych organizacji i liderów albo od pracy i konsumpcji. W mniej fortunnej wersji grozić nam będzie uzależnienie od jakichś substancji, ewentualnie od budujących iluzoryczne poczucie wartości, mocy i sprawstwa gier komputerowych.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Byłam chora z miłości

Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależniająca relacja, obsesja na punkcie byłego partnera, myśli samobójcze. Jak wyrwać się ze spirali cierpienia? Docierając do traum dzieciństwa. Przypadek Heleny komentuje coach Beata Markowska.

Związek z Piotrem Helena traktowała najpoważniej na świecie. Wewnętrzny głos szeptał jej, że to miłość życia. Ten, któremu chce urodzić dzieci i którego będzie nazywać „mężem”. Jej umysł wyreżyserował w szczegółach scenariusz, pozostało go tylko zrealizować. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Nieistotne było to, że Piotr otwarcie mówił, że pchanie wózka w sobotnie przedpołudnia wcale go nie interesuje, że woli przeznaczyć go na unoszenie się nad ziemią na paralotni. Jeszcze bardziej pochłaniała go błyskotliwa kariera i podróże do Ameryki Południowej. Helena uważała jego pasje za dopust boży oraz nieszkodliwe fanaberie, które miną jak katar, gdy za niego wyjdzie.

Minęły trzy lata ich wspólnego pożycia, Helena skończyła 35 lat. Usłyszała nie tyle nawet tykanie biologicznego zegara, co jego głośno nastawiony budzik. Żeby osiągnąć swój cel, czyli stanąć na ślubnym kobiercu i zostać matką, postanowiła działać. Jak?

– Jeszcze bardziej się poświęcać – wspomina. – Ubierałam się w stonowane kolory, bo kiedyś wspomniał, że tak lubi. Wydawało mi się, że jak będę piękna, miła, dobra, urocza – nasza miłość będzie kwitła. Zasłużę sobie na szczęście. Wypracuję je sobie.

Beata Markowska: Kobiety często łudzą się, że zmienią mężczyznę, że będą tą pierwszą, która go „uratuje”, uwolni od używek, nadmiaru pracy, egocentryzmu, introwertyzmu i wielu innych przywar. Nie chcą zobaczyć w nim człowieka z krwi i kości, ponieważ nie pasowałby do mitu, który stworzyły. Podobnie postępuje Helena. Jak długo będzie żyła w swojej iluzji, tak długo będzie doznawać rozczarowań. Czasem takie kobiety wywierają emocjonalny szantaż na partnerze, po to, żeby osiągnąć swój cel. I czasem im się udaje. Nie oznacza to jednak udanego związku.

Rada: Słuchaj uważnie partnera, gdy mówi o tym, co jest dla niego ważne. Jeśli wasze priorytety i plany życiowe znacznie się różnią, nie licz na to, że uda ci się go przekonać do zmiany zdania. Jeżeli kompromis nie jest możliwy, rozejrzyj się za kimś, kto zmierza w podobnym kierunku.

Dla niego wszystko, co najlepsze

Piotr wracał późno z pracy, nigdy przed dwudziestą. Helena czekała na niego z ciepłą kolacją, pamiętała też, by w domu zawsze był budyń, koniecznie śmietankowy. Piotrowi kojarzył się z dzieciństwem, ciepłem i bezpieczeństwem. A Helena chciała, żeby ukochanemu było jak najlepiej. Pytała: „Jak minął ci dzień? Co nowego w pracy?”. I Piotr opowiadał. A ona słuchała i nie mogła wyjść nad nim z podziwu.

B.M.: Helena wybrała tzw. strategię idealnej partnerki. Wszystkie jej działania zmierzały do tego, żeby pokazać, że jest najlepsza, najbardziej atrakcyjna, potrafiąca zadbać o mężczyznę, gotować mu, wspierać i słuchać. Chciała uzależnić partnera od siebie. Spełnianie jego nawet niewypowiedzianych pragnień dawało jej złudne poczucie kontroli nad sytuacją. Co więcej, Helena – świadoma tego czy nie – weszła w rolę matki Piotra. Taki związek gwarantuje wprawdzie partnerowi wygodę, ale mężczyzna jest przecież typem łowcy.

Rada: W związku bądź partnerką, nie staraj się wcielać w inne role. A jeśli już to robisz, bądź tego świadoma, po to, żebyś nie zapomniała, jaka jesteś i przede wszystkim – kim naprawdę jesteś. Ktoś, kto traci swoją tożsamość, indywidualizm, przestaje być dla drugiej osoby atrakcyjny.

Nagle w ich związku zaczęły się niesnaski i drobne zgrzyty. – Niby wszystko było w porządku – opowiada Helena. – Czułam jednak, że Piotr oddala się. Mimo to nadal się bardzo starałam. Oprócz gotowania budyniu, wymyślałam też różne rozrywki. Polecieliśmy nawet na Wyspy Kanaryjskie w środku zimy, ale Piotr przez cały czas był jakiś marudny: nie podobał mu się hotel, jedzenie nie smakowało. Wróciliśmy zmęczeni.

Po powrocie narzekał coraz częściej, zwłaszcza na kuchnię Heleny, więc zaczęła popłakiwać po kątach. Gdy napomknęła, że jej przyjaciółka, Miśka zaszła już w drugą ciążę, kiedy oni nic, Piotr wykrzyczał, że przecież jej mówił, że nie chce rodziny i że ma kłopoty w pracy. Często rozmawiali o jego okropnej szefowej. Wstrętne babsko ciągle podnosiło mu w pracy poprzeczkę, namawiało do wyzwań i było kłótliwe. Helena zawsze brała stronę Piotra i podsuwała mu argumenty do dyskusji z nią. Nie wiedziała, że w rzeczywistości jej mąż ma z szefową romans.

B.M.: Nawet najlepszy budyń na świecie w zbyt dużych ilościach potrafi zemdlić. Każdego. Helena przyzwyczaiła Piotra, a przede wszystkim siebie, do tego, że jest zawsze miła, dobra, nadskakująca, kochająca, zgodna… W relacji z nią Piotr stawał się nudnym pantoflarzem, a wcale go w sobie nie lubił. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, która musi być w jakiś sposób odkryta i dopełniana. Helena sądziła, że prezentując tylko jasną część, uszczęśliwi Piotra, tymczasem on potrzebował zrównoważyć nadmiar spokoju i bezpieczeństwa czymś z przeciwległego bieguna. To oferowała mu relacja z szefową. Ognista, realizowana w ukryciu. Ta część osobowości Piotra, która lubiła ryzyko i wyzwania, mogła dojść do głosu przy kochance.

Rada: Nie bój się pokazywać partnerowi swojej „gorszej” strony – nie zgadzać się z nim, od czasu do czasu pokłócić, ujawnić swoją słabość. To tylko wzmocni waszą relację i ją ugruntuje. Gdy zdarzy się, że jakaś stłumiona część twojej tożsamości ujawni się w sposób gwałtowny, po latach bycia „uporządkowaną księgową”, nie wstydź się tego, tylko świadomie postaraj się tę nową jakość dopełnić. Jeśli jej źródłem jest jakiś brak – spróbuj go wypełnić, jeśli traumatyczne wspomnienie – przepracować. Inaczej stłumiony aspekt może poczynić w twoim życiu naprawdę sporo szkód.

On odchodzi

– Zorientowałam się, że z Piotrem coraz rzadziej się kochamy – wyznaje Helena. – Pomyślałam, że może za mało dbam o siebie, że dawno nie kupiłam sobie nowej bielizny. Kiedyś było nam w łóżku super. Może wystarczy trochę zadbać o klimat i to wróci?

Jak pomyślała, tak zrobiła. Sporą część pensji wydała w sklepie z ekskluzywną bielizną. Wieczorem długo czekała na Piotra, ale on się spóźniał. W końcu zasnęła. Rano, widząc go śpiącego obok siebie, wybuchnęła płaczem. Ze łzami wyrzuciła mu, że już się nie kochają, że właściwie nie ma go w domu, że jest mu wszystko jedno, co robi . Ku jej zaskoczeniu Piotr równie podniesionym głosem oznajmił jej, że owszem, nie ma go w domu, bo woli być poza nim. Że coś się wypaliło, zabrakło chemii. Że ma dosyć nudnego życia z nią, że się dusi w tym związku. I odchodzi. Ma nawet upatrzone mieszkanie do wynajęcia. I wyszedł.

B.M.: Relacja z szefową obudziła w Piotrze tęsknotę za czymś szalonym i nieprzewidywalnym. Trudno go obwiniać za to, że poszedł za głosem stłumionej natury. Gdyby Helena pozwoliła sobie być bardziej różnorodna, zmuszała go czasem do wysiłku, konfrontacji, wówczas część Piotra, która łaknie przygód, zostałaby usatysfakcjonowana. Uwalniając dzikość, którą nosi w sobie każda kobieta, Helena mogłaby poczuć się bardziej sobą, co przełożyłoby się pozytywnie nie tylko na relacje, ale też na inne dziedziny życia.

Rada: Gdy w związku pojawi się kryzys, nie próbuj tych samych metod, co zwykle. Zmień postawę. Jeśli do tej pory byłaś uległa – zbuntuj się, gdy byłaś przede wszystkim egocentryczna, poszukaj w sobie altruistki.

„Nie mogę się z tym pogodzić”

Zrozpaczona Helena wydzwaniała do Piotra i błagała, by wrócił. Próbował ją pocieszać, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że jeszcze ułoży sobie z kimś życie. Mówił, że gdyby wrócił, powodowałaby nim jedynie litość. A to by było nie fair, także w stosunku do niej. W końcu przestał odbierać od niej telefony.

Helena zaczęła szukać wsparcia u przyjaciółek. Opowiadała, jaki Piotr jest zły, że ją zostawił. Jak tak mógł, tak nagle. Potem wychwalała go, wspominała, jak im było dobrze. Bezustannie analizowała ich wspólną przeszłość. Przyjaciółki powiedziały: „dość”. Helena postanowiła więc nawiązać kontakt ze znajomymi Piotra. Poprzez nich dążyła do kontaktu z dawnym ukochanym. Chciała, żeby wiedział, co się z nią dzieje. Łudziła się, że on też o niej myśli i tęskni, że żałuje odejścia. Gdy była w kinie, wyobrażała sobie, że on siedzi obok niej. Nie rozstawała się z telefonem, co chwilę sprawdzała, czy aby się nie odezwał.

– Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że moje marzenia o idealnym związku i rodzinie pękły jak bańka mydlana – mówi Helena.

Przyczyny rozpadu związku nie widziała w sobie, tylko na zewnątrz. Wydawało jej się, że tu tkwi klucz do zagadki, jak odzyskać Piotra. I przypomniała sobie, że na jakiejś imprezie Piotr tańczył z Joanną, koleżanką z pracy. A po trzech wspólnych tańcach przyniósł jej kieliszek wina. Tak, musiał mieć z nią romans!

Helena zaaranżowała spotkanie w większym gronie znajomych, na które zaprosiła Joannę. Wypytała ją o Piotra. Jedno ciepłe zdanie o nim upewniło Helenę o ich zażyłości. Zrozpaczona zaczęła nękać ją telefonami. Krzyczała, żeby zostawiła w spokoju jej mężczyznę, że jest szmatą, że zniszczyła im życie.

B.M.: Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. Posługując się metaforą biznesową: jeśli dużo inwestujemy, a mało dostajemy na bieżąco – żal nam wycofać się z interesu, bo wciąż liczymy, że może tak zmieni się koniunktura, żeby wreszcie odbierzemy to, co włożyliśmy. Gdyby Helena była sobą w tym związku, gdyby dbała o swoje potrzeby – dużo szybciej pozbierałaby się po rozpadzie relacji. Druga sprawa to jej silne uzależnienie od partnera i gwałtowność reakcji wobec kobiety, którą posądzała o romans z Piotrem. Jeśli osoba zwykle tłamsząca własną złość czy frustrację, nagle straci nad sobą kontrolę, może ujawnić ukrywane wcześniej cechy i to w przerysowanej formie. Staje się wówczas agresywna, używa wulgaryzmów, manipuluje, grozi. To stało się udziałem Heleny.

Rada: W relacji miłosnej zawsze dbaj o swoje potrzeby. W razie rozstania nie pozostaniesz z niczym, poza tym zmniejszasz ryzyko wpadnięcia w obsesję i spiralę cierpienia.

„Odkręcę gaz”

Joanna poprosiła Piotra, żeby interweniował. Gdy zadzwonił, Helena była zachwycona. Osiągnęła cel, zainteresował się nią. Szybko pobiegła do fryzjera ufarbować włosy na nowy kolor. Spotkali się w restauracji. Helena wszystkiego się wyparła, ale Piotr jej nie uwierzył. Znów przestał odpowiadać na jej esemesy, więc wydzwaniała do Joanny. Wreszcie w przykrych i stanowczych słowach powiedział, że nie chce jej znać. Wtedy palnęła, że popełni samobójstwo.

– Naprawdę myślałam, by odkręcić gaz – mówi Helena. – I wyobrażałam sobie, jak Piotr mnie ratuje. Dziś wiem, że było ze mną naprawdę źle. Nie chcę nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Piotr nie skontaktował się z moją mamą i nie opowiedział, co się ze mną dzieje.

Matka namówiła Helenę na terapię. Zaczęły więcej ze sobą rozmawiać o przeszłości. Związek rodziców nie był udany, ojciec – wpatrzony w żonę, jednocześnie oplatał ją jak bluszcz. Ona nie mogła znieść jego uległości, stawała się coraz bardziej apodyktyczna i bezlitosna. Kiedy się rozstali, Helena miała 16 lat. Przeżyła to boleśnie, zwłaszcza, że zawsze była córeczką tatusia. Kilka lat potem ojciec zmarł na raka.

B.M.: Postawa i problemy Heleny wiązały się z dawnymi relacjami w jej rodzinnym domu. W swoim dorosłym związku chciała być inną kobietą niż jej mama. Obsesyjnie wręcz zabiegała o zadowolenie Piotra, chcąc w ten sposób zrekompensować braki emocjonalne, jakich doświadczał jej ojciec. Rozwój emocjonalny Heleny doznał głębokiego uszczerbku w wieku dziecięcym. Nie mając pozytywnego wzorca, stworzyła sobie iluzję szczęśliwego związku, gdzie kobieta obdarza mężczyznę miłością absolutną, a potem żyją długo i szczęśliwie. Piotr był w tej bajce księciem.

Odgrywanie ojca

– Zaczęłyśmy z mamą lepiej się poznawać – mówi Helena. – Dowiedziałam się, że zanim wyszła za ojca, przeżyła nieszczęśliwą miłość. Została porzucona, ojciec ją pocieszał i tak zostali razem. Nie kochała go. Nagle zobaczyłam ją w innym świetle, jako słabą kobietę, która cierpiała. Przestała być katem ukochanego tatusia. Zrozumiałam, że w relacji z Piotrem weszłam w rolę ojca, manipulowałam nim poprzez uległość. Kogoś takiego trudno zostawić.

Konfrontacja z matką dała Helenie poczucie wewnętrznej siły. Wyszła z roli małej, urażonej, zalęknionej dziewczynki. Zaczęła się zmieniać. Inaczej się ubierała, przemalowała mieszkanie, wyrzuciła pamiątki po Piotrze. Nie od razu zniknął z jej serca, ale wreszcie zaczęła zajmować się sobą. Na służbowym wyjeździe integracyjnym, gdy przechodziła przez most linowy, odkryła, że nie ma lęku wysokości. Poczuła ogromną frajdę. Tak dużą, że wkrótce spróbowała skoków ze spadochronem. Tego było jej trzeba. W powietrzu poczuła się wreszcie wolna, silna, odważna, wreszcie była „nad”, nie „pod”.

Z kolegą ze zjazdów spadochronowych połączyła ją na początku przyjaźń, potem seks. Rafał był uroczym mężczyzną i miał niesamowite poczucie humoru. Helena weszła z nim w tak zwany wolny związek, bo taki układ najbardziej jej odpowiadał. Pogodziła się z tym, że nie będzie już mogła mieć dzieci. Gdy pojawiła się możliwość rocznego kontraktu w Stanach, postanowiła wyjechać.

Miała wykupiony bilet na początek lutego. Obiecała jeszcze Rafałowi, że spędzi z nim sylwestra w górach i tam pójdą na bal. Nalegał. Zaraz po północy wszedł na scenę i podszedł do mikrofonu. Poprosił ją o rękę. Zgodziła się. Została w Polsce.