1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. W pułapce bycia sexy

W pułapce bycia sexy

Monica Bellucci w filmie
Monica Bellucci w filmie "Malena", 2000, reż. Giuseppe Tornatore. (Fot. BEW PHOTO/Archives du 7e Art/DR)
Seksizm to pogląd, który głosi, że kobiety i mężczyźni nie są równi. Co więcej, że to mężczyźni są lepsi od kobiet. I w związku z tym mogą je dyskryminować i kontrolować. Nie tylko w łóżku. Czym jest seksizm w praktyce i czy działa w obie strony, pytamy psychoterapeutę Michała Pozdała.

Mamy za sobą setki lat seksizmu w relacjach seksualnych – przez cały ten czas kobiety nie miały możliwości mówienia o swojej seksualności. Typowym przejawem seksizmu w łóżku było traktowanie partnerki tak, jakby nie miała własnych potrzeb i była narzędziem do zaspokajania mężczyzny. Skala problemu jest tak duża, że wiele kobiet nadal uważa, że ich satysfakcja w łóżku nie jest ważna. Popularna sytuacja intymna w parach wygląda tak, że orgazm mężczyzny oznacza koniec seksu. Same kobiety na pytanie mężczyzny: „Kochanie, a co z tobą?”, często odpowiadają: „Ważne, że byliśmy blisko”. Oczywiście orgazm nie zawsze musi być zwieńczeniem aktu seksualnego, ale warto się o niego postarać. Kobieta nie musi zostać doprowadzona do orgazmu na drodze penetracji, są inne możliwości.

Żeby być sprawiedliwym, trzeba przyznać, że w sypialni mężczyźni bywają też traktowani opresyjnie. Przykład – partner z zaburzeniem erekcji lub przedwczesnym wytryskiem słyszy od partnerki, że jest niewartościowy i nie spełnia jej oczekiwań, bo ona potrzebuje kogoś, kto będzie ją zaspokajał. W ten sposób może wykształcić się w nim przekonanie, że nie ma kobietom nic do zaoferowania. A przecież seks jest tak różnorodny i można robić różne rzeczy, które obojgu kochankom sprawiają przyjemność. Nie można traktować drugiej osoby jako narzędzia do zaspokojenia. Z drugiej strony każdy ma swoje uczucia i potrzeby i jeżeli nie są one brane pod uwagę przez bliską osobę, to trzeba o nich przypominać.

Wybawca i służka

Seksizm może się przejawiać we wszystkich aspektach życia pary, a najszybciej można zaobserwować go w podziale obowiązków domowych. Jeśli kobieta ma przydzieloną funkcję porządkową, czyli na jej barki spada sprzątanie, pranie, gotowanie, bo mężczyzna uważa, że tego typu zadania są poniżej jego godności, to jest to podejście seksistowskie. Wiele osób decyduje się na taki model rodziny, choć rzadko jest on świadomym wyborem. To, co się zmieniło, to fakt, że rodzinę z dziećmi raczej nie stać na to, żeby utrzymywał ją sam mężczyzna, coraz częściej więc oboje partnerzy mają pracę. Ale gdy ona wraca do domu, to czekają na nią dalsze obowiązki, a on odpoczywa przed telewizorem.

Wielu osobom to odpowiada. Traktują to jako odzwierciedlenie „boskiego” porządku – mężczyzna stworzył ten świat, mężczyzna zbawił ten świat i tak ma być traktowany. Chociaż czarne marsze pokazały, że kobiety coraz częściej mówią „nie”. Dowodem na to, że sytuacja się zmienia, jest chociażby urlop tacierzyński. Wielu mężczyzn decyduje się na pozostanie z dzieckiem w domu i uważa to za najpiękniejszy czas w swoim życiu. A jeszcze 15 lat temu było to nie do pomyślenia. Kobiety występowały w roli służebnej w stosunku do mężczyzny, co dobitnie pokazywały reklamy. Obecnie warunki gospodarcze wymogły aktywność zawodową kobiet, a małżeństwo przestało być świętą instytucją i jak nie działa, ludzie je kończą.

I znów, jeśli odwrócimy tę sytuację – mężczyzna też może spotykać się z przejawami seksizmu w domu. Powiedzmy, że właśnie rzucił pracę, rzuca lub chce ją rzucić, ale boi się, bo jest jedynym żywicielem rodziny. I myśli, że jak mu się coś stanie, to bliscy sobie nie poradzą. To jest ogromny ciężar. I łatwo można z niego zrobić pułapkę na mężczyznę. Bo przecież nie jest tak, że tylko on musi utrzymywać wszystkich. Podobnie jak nie tylko on musi zmieniać żarówki czy opony i odprowadzać auto do warsztatu.

Seksizm pojawia się wraz z przekonaniem, że dana osoba redukowana jest do pewnej roli czy czynności, które ma wykonać. Jesteś kobietą lub jesteś mężczyzną i dlatego musisz to robić. Aby z relacji wyeliminować to podejście, trzeba długo rozmawiać o wzajemnych potrzebach i oczekiwaniach. Na przykład tak: „Słuchaj, do tej pory to robiłem/robiłam, ale już mi nie pasuje, może byśmy coś zmienili? Jak to widzisz?”.

Ken i Barbie

Seksizm przejawia się też w różnych sytuacjach społecznych. Zacznijmy od hostess, atrakcyjnych dziewczyn, które mają za zadanie swoją seksualnością promować produkt – herbatę, gazetę, felgi samochodowe. Branża nie gra roli, liczą się ich kobiece atrybuty. Na podobnej zasadzie często zatrudnia się kelnerki czy sekretarki. To redukuje je do bycia obiektem seksualnym i jest seksizmem.

Ale w drugą stronę seksizm znów działa. Feminizm zrobił dużo dobrego dla kobiet, dał im siłę do walki o swoją godność. Podczas gdy kobiety mówią o tym głośno, mężczyźni milczą. Jednocześnie w mediach promowane są niezdrowe wzorce męskości. Nikt już nie zaprasza kobiet chorych na anoreksję do telewizji, żeby porozmawiać z nimi o zdrowej diecie, ale bigorektycy, czyli mężczyźni ze sztucznie przerośniętą masą mięśniową, stają się ekspertami od fitnessu. Podobnie na okładkach męskich magazynów jako wzorzec idealnej sylwetki często prezentowani są panowie, którzy utrzymują taką formę za pomocą sterydów, niszcząc przy tym swoje zdrowie. Wielu z nich umiera. I o ile od dawna mówi się o tym, że kobieta nie może wyglądać jak lalka Barbie, to w przypadku mężczyzn takiego tematu nie ma. A nikogo nie powinno się traktować przez pryzmat ciała, tylko przez pryzmat tego, jakim jest człowiekiem.

Bo "okres jej się zbliża"

W pracy głównym przejawem seksizmu są nierówne zarobki – często mężczyźni na tym samym stanowisku zarabiają więcej niż kobiety. Ale seksistowskie jest również mówienie: „Ona jest nie w humorze, bo ma napięcie przedmiesiączkowe” albo odwoływanie się do wyglądu czy cielesności. Kobiety spotykają się z tym bardzo często. Przykład – mężczyźni, którzy zwracając się do nich, nie tytułują ich odpowiednim stopniem naukowym czy stanowiskiem (jak to robią w stosunku do siebie nawzajem), lecz używają zwrotu typu „ładniutka”, „milutka”, „kochaniutka”. Oczywiście panowie też bywają tak traktowani: robią to klientki w restauracji, komentując wygląd kelnerów, czy studentki, oceniając pośladki swoich wykładowców. Jeśli moje kwalifikacje są oceniane przez sposób, w jaki wyglądam czy się prezentuję, to jest to nie fair. I należy wtedy głośno reagować. Bo jeżeli występuję w roli zawodowej i wszystko jedno, czy to jest prezentacja jakiegoś produktu, czy wykład naukowy, a ktoś się do mnie zwraca per „kochaniutki” lub „przystojniaczku”, to nie powinienem na coś takiego pozwalać. Reagujmy na to wszyscy!

Seksizm to nie jest podziwianie urody, to dyskryminacja. Przecież „ładna kobieta” to nie to samo co „niezła laska”. Bo „laska” sprowadza kobietę do obiektu seksualnego. Dlatego w pewnych miejscach czy sytuacjach nie mają racji bytu nawet komplementy. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, żeby stwarzać wysokie standardy funkcjonowania w społeczeństwie.

Przykład idzie z domu

Już w przedszkolu chłopcy i dziewczynki powinni widzieć, że są traktowani równo, choć różnią się między sobą. I potem powinno to być kontynuowane na kolejnych etapach szkolnej edukacji. Potrzebne są działania systemowe, ale sami rodzice też powinni wykonać pewną pracę. Muszą mieć większą świadomość swoich decyzji, bo nawet lalka, którą wybierają, kreuje świat dziecka. Ważne jest też, jak ubieramy nasze dzieci. Dziś dziewczynki w podstawówkach wyglądają jak małe lolitki, a dziewczyny w gimnazjum jak dorosłe kobiety. Bajki, filmy, gry komputerowe i teledyski wpychają je w rolę obiektu seksualnego. A chłopcy trafnie odczytują ten komunikat. Dlatego ważne, co oglądają nasze dzieci.

Warto również zwrócić uwagę na to, jak się do siebie odnosimy i jak komentujemy rzeczywistość. Jeśli w domu jest włączony telewizor i pojawia się w nim puszysta prezenterka w obcisłej sukni, a tata lub mama mówią: „No, ona to chyba nie ma w domu lustra”, niech nie oczekują, że ich dziecko będzie zachowywało się inaczej. Każdą zmianę trzeba zacząć od siebie. Jeżeli będziemy mieli przekonanie, że zarówno nam, jak i innym szacunek się należy, to tego nauczy się nasze dziecko. A jeśli będziemy przyzwalać na niewybredne uwagi w stosunku do siebie i innych, to zaprogramujemy je na seksistę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ojciec, mąż, najlepszy przyjaciel. Jaki wpływ na kobietę mają mężczyźni jej życia?

Energia męska jest odmienna od energii kobiecej. Obydwie mogą się ze sobą cudownie uzupełniać i dopełniać, pod warunkiem że zaakceptujemy tę odmienność i uznamy równą wartość obydwu. (Fot. iStock)
Energia męska jest odmienna od energii kobiecej. Obydwie mogą się ze sobą cudownie uzupełniać i dopełniać, pod warunkiem że zaakceptujemy tę odmienność i uznamy równą wartość obydwu. (Fot. iStock)
Nasze matki zaszczepiły nam nawyk walki z mężczyznami albo ulegania im i wchodzenia w rolę małej dziewczynki. Tymczasem możemy się cudownie dopełniać, pod warunkiem że uszanujemy swoją odmienność.

Kiedy patrzę na kilkuletnią dziewczynkę, z jaką uwagą przygląda się swojemu tacie: z mieszaniną ciekawości, powagą, ale też lękiem, czuję pierwotną, autentyczną moc spotkania żeńskiej i męskiej energii. Dla małej dziewczynki męskość jest czymś obcym i nieznanym, ale jednocześnie fascynującym i pociągającym.

Mijają lata, a męska energia dla nas, kobiet, ciągle jest tajemnicą: intryguje nas, ale i przeraża. Tęsknimy za nią, chcemy ją posiąść, wydaje nam się, że bycie mężczyzną w tym świecie jest lepszą, łatwiejszą rolą. Podziwiamy męską siłę, umiejętność rywalizacji, wolę walki, asertywność. Nawet te z nas – niezależne, ambitne, robiące karierę zawodową na „męski sposób” – w głębi duszy marzą o tym, by czasami schronić się w opiekuńczych męskich ramionach. Wychowane na bajce o księciu zaklętym w żabę marzymy o tym, że pocałunkiem zmienimy swojego wybranka w prawdziwego królewicza. Całujemy z zapałem, lecz męskość ciągle kojarzy nam się ze wstrętną żabą, tęsknimy za nią, ale także się jej brzydzimy. Odmieniony pocałunkiem Pan Żaba ma być dokładnie taki, jak go sobie wymarzyłyśmy. W konsekwencji żyjemy rozczarowani sobą nawzajem, rzucając się, zdradzając, szukając coraz to nowej ofiary i łudząc się, że jak trafi się ten, który naprawdę nas pokocha, to… się dla nas zmieni.

W poszukiwaniu połówki

Mit platoński o rozdzieleniu duszy na dwie części i tęsknota za tą brakującą połówką to tak naprawdę tęsknota za pełnią – połączeniem męskiej i żeńskiej energii. Nieświadomi, że posiadamy w sobie obydwie energie (Animę i Animusa), wierzymy, że „właściwy” mężczyzna dopełni naszą kobiecość. Zamiast zintegrować w sobie Animę i Animusa, poszukujemy dopełnienia w zewnętrznym świecie.

Pierwszy i najważniejszy wpływ na kształtowanie Animusa kobiety ma ojciec. W dorosłym życiu często szukamy mężczyzny podobnego do niego lub skrajnie różnego. Ale w wyborze partnera niebagatelne znaczenie ma również matka. Wiele moich pacjentek ze zdziwieniem zauważa, że zakochują się w mężczyznach do niej podobnych. Najważniejszy jest tu podział władzy w rodzinie pochodzenia. Jeśli miałaś silną matkę i ulegającego jej ojca, masz dwie możliwości. Być może szukasz miękkiego, czułego mężczyzny, takiego jak twój ojciec, ale nieświadomie naśladując matkę, będziesz nim pogardzać z powodu jego słabości. Możesz też wybierać mężczyzn podobnych do matki: silnych i zdecydowanych, ale w głębi duszy pozostaniesz nieśmiała i podatna na zranienia. A tęsknota za związkiem będzie przeplatać się z lękiem przed zależnością. Słaba matka i silny ojciec to skrypt, zgodnie z którym będziesz pragnąć mężczyzny autorytarnego i władczego jak ojciec, albo przeciwnie – obejmiesz rolę syna swojego ojca, traktując mężczyzn tak, jak on traktował twoją matkę.

Pierwszy, najważniejszy

Wiele kobiet w przeszłości zdradzonych przez ojca podświadomie odsuwa później męża od kontaktu z córką. – Ojciec był dla mnie niedostępny – opowiada Monika. – Tęskniłam za nim i często prosiłam, żeby się ze mną pobawił. Obiecywał, że jutro, jak przyjdzie z pracy, coś razem zrobimy. Ale kiedy następnego dnia wracał do domu, mama natychmiast wyszukiwała dla niego jakieś zajęcia. Już jako dorosła kobieta zrozumiałam, że to nie on był niedostępny, tylko ona broniła mu dostępu do mnie. A on nie potrafił jej się przeciwstawić.

Podobny scenariusz powtórzył się w dorosłym życiu Moniki. Wybierała partnerów, którzy byli silnie związani z własnymi matkami albo żonatych. Pomiędzy nią a ukochanym mężczyzną zawsze stała inna kobieta. Długo pracowałyśmy nad pozbyciem się tego skryptu.

Inna pacjentka przez całe życie czuła się nieakceptowana przez swojego ojca, stąd jako dorosła kobieta miała duże problemy w związkach z mężczyznami. Z jednej strony bardzo pragnęła męskiej akceptacji i miłości, z drugiej wszelkie próby zbliżenia podejmowane przez partnera traktowała jak akt nielojalności w stosunku do matki. W trakcie sesji, którą prowadziłam z terapeutą manualnym Jackiem Sobolem, pacjentka nieświadomie obsadziła nas w roli swoich rodziców. W pewnej chwili wzięłam ją za rękę, stanęłam naprzeciwko Jacka i powiedziałam: „To nasza córka, jeśli mnie kochasz, pokochaj także ją”. W ten sposób zrodził się pewnego rodzaju rytuał przekazania córki ojcu.

Brak akceptacji to jeden problem, drugi to nadmierna idealizacja ojca, którego pamiętamy jako silnego, władczego, a jednocześnie czułego i troskliwego. Im mniej go było w naszym życiu, a więcej w naszej wyobraźni, tym bardziej szukamy jego atrybutów w przyszłych partnerach. Każdy nowo poznany mężczyzna na początku jawi nam się jako rycerz na białym koniu, ale szybko go detronizujemy i odrzucamy, wierząc, że kolejny okaże się tym ideałem z dziewczęcych snów. Być może powielamy tym samym scenariusz relacji naszych rodziców.

Wystarczająco dobrzy rodzice (matka, która pokazuje córce, że fajnie jest być kobietą, ojciec, który uczy córkę, jak powinna być traktowana przez mężczyznę; odnoszący się z szacunkiem do własnej płci i płci partnera) to najcenniejszy posag dla udanych męsko-damskich relacji.

Wbrew pozorom, żałoba po ojcu, tym prawdziwym bądź tym wymyślonym, jest dla kobiety szansą na otwarcie się na spotkanie z prawdziwą męską energią.

Iwona trafiła na terapię rok po śmierci taty. – Kiedy odszedł, zaczęłam odczuwać silne doznania w ciele. Gdy schodziłam po schodach, uginały się pode mną kolana, kilka razy omal się nie przewróciłam – opowiadała. Tłumaczyłam jej, że śmierć ojca to symbol utraty części męskiej energii. Prosiłam, żeby pozwoliła sobie na odczuwanie słabości. Kiedy to zrobiła, kiedy po raz pierwszy w życiu oparła się na ramieniu swojego partnera, on nagle ze słabego, zależnego mężczyzny przeobraził się w człowieka silnego, zdecydowanego, który był gotowy wiele jej ofiarować.

Ten, który uczynił mnie kobietą

Istnieje powszechne przekonanie, że pierwszy partner seksualny na zawsze wytycza kobiecie ścieżkę seksu, jaką będzie podążała. W praktyce różnie z tym bywa. Impuls seksualny, który po raz pierwszy wiedzie nas do sypialni, jest z reguły czystym, zwierzęcym pożądaniem, potrzebą obniżenia napięcia seksualnego. Egoistyczny, niedojrzały, niezintegrowany z energią płci, nierozpoznany przez nas samych sprowadza zbliżenie do połączenia genitalnego i niewiele ma wspólnego z tantrycznym zjednoczeniem. Pierwszy raz rzadko jest udany, częściej bywa przyczyną rozczarowania. Nie znając własnego ciała, nie jesteśmy w stanie pokazać partnerowi, czego potrzebujemy, co lubimy, a co rani naszą intymność. Łudzimy się, że to partner (jeśli naprawdę kocha) domyśli się, jak zapewnić nam spełnienie. Prawdziwa intymność to proces, który wymaga czasu, uważności, szacunku, ciszy i cierpliwości. Seks łączy jedynie wtedy, gdy nie jest wykorzystywany do szantażu czy manipulacji.

Marek zgłosił się na terapię, kiedy utrzymywanie podwójnego związku (z żoną i kochanką) spowodowało, że zaczął chorować. Konieczność ciągłego ukrywania się, lęk, że romans się wyda, powodowały, że coraz gorzej sypiał, pojawiły się problemy z sercem i nadciśnienie. Kiedy podjął decyzję, że zrywa romans, zaczął mieć oczekiwania, że żona da mu to, co dostawał od kochanki. Żona była pewna, że chodzi mu o więcej seksu.

– Jak mam jej wytłumaczyć, że przytulenie, czuły dotyk, wspólna kąpiel są dla mnie ważniejsze niż sam akt? – pytał.

– A może zamiast oczekiwać od niej tego, co dostawałeś od kochanki, sprawdź, co ona może ci dać?

Bywa, że obydwie strony tak bardzo skoncentrowane są na swoich oczekiwaniach, że żadna z nich nie zauważa, co do dania ma druga osoba. A przecież nikt nie może dać nam tego, czego nie ma.

Partner do rozmów

Przyjaźń damsko-męska to doskonała okazja do zaspokojenia ciekawości odmiennej płci w komfortowych warunkach. Dobry przyjaciel jest jak dobry ojciec: potrafi oswoić z męską energią, skrytykować bez obrażania i ranienia, dać wsparcie, ale także skorzystać ze wsparcia kobiety. Bywa, że przyjaciołom przydarza się seks: intymność pomiędzy nimi łatwo przeradza się w erotyczną namiętność. Jeśli obydwoje są wolni, ale nie chcą być razem jako para, zwykle oznacza to koniec przyjaźni. Ale jeśli przyjaźń przerodzi się w miłość, taki związek ma solidne podstawy. Umiemy wtedy przyjąć partnera bez zastrzeżeń, z jego jasnymi, ale też ciemnymi stronami.

Mój przyjaciel powiedział mi kiedyś, że kobieta potrzebuje od mężczyzny zachwytu, a on od niej podziwu. On zdobywa, przygotowuje przestrzeń, ona ją oswaja, udomawia. Kobieta ma wiedzieć, czego tak naprawdę chce, a jej mężczyzna z miłości ma to dla niej zdobyć. To była dla mnie cenna lekcja. Z biegiem czasu zrozumiałam, że pomimo wyzwolenia kobiet, zmiany warunków życia i postępu cywilizacji – w sprawie łączenia się w pary nic bardziej skutecznego nie wymyślono. Yin i yang zawsze łączą się zgodnie z prawami natury. Męska siła z kobiecą uległością, aktywność z biernością, zdobywanie z zagospodarowaniem, zachwyt z podziwem… Jeśli jest inaczej – obydwie płcie są przegrane.

Ostatnio trafia do mnie do gabinetu wielu mężczyzn. Kiedy pytam, dlaczego nie wybrali terapeuty mężczyzny, twierdzą, że chcą, bym pomogła im zrozumieć kobiety. – Wy się ciągle doskonalicie, rozwijacie, a my czujemy się coraz bardziej zdezorientowani – tłumaczą. – Każdy facet to zwierzę, chce zdobywać, pragnie być podziwiany, dlaczego nam tego zabraniacie? – pytają. A bardziej konkretnie: Co mam zrobić, żeby moja kobieta była szczęśliwa, a związek udany? Kiedy tłumaczę, że natura związku jest niezmienna od czasów pierwszej relacji damsko-męskiej na Ziemi, oddychają z ulgą. Budowanie gniazda, zdobycze w zewnętrznym świecie, stworzenie materialnej podstawy dla związku przez mężczyznę i zaopiekowanie się tą przestrzenią przez kobietę, szacunek dla odmienności i uczenie się siebie nawzajem – to recepta na fajny związek. Realizacja tego scenariusza przez każdą parę to oczywiście sprawa indywidualna.

Na terapii często proszę, by pacjenci spisali, co dostali od wszystkich swoich partnerów, czego się od siebie nawzajem nauczyli. Taki bilans daje cenne wskazówki do pracy nad relacjami.

Energia męska jest odmienna od energii kobiecej. Obydwie mogą się ze sobą cudownie uzupełniać i dopełniać, pod warunkiem że zaakceptujemy tę odmienność i uznamy równą wartość obydwu. Do wzajemnego poznania się i zrozumienia nie potrzeba słów, tylko czucia. Wszelkie ustalenia, kompromisy, wspólne plany usprawniają codzienne funkcjonowanie, ale nie niwelują rozczarowań, nie zaspokajają tęsknot za bliskością i intymnością. Zgranie się dwojga ciał, nie tylko w seksie, ale także w innych intymnych rytuałach, jest często cenniejsze niż najbardziej szczera rozmowa.

Ćwiczenia na synergię

Wspólne oddychanie. Niech partner usiądzie na podłodze, oparty o ścianę. Ty usiądź pomiędzy jego nogami, oparta plecami o jego klatkę piersiową. Zamknijcie oczy i oddychajcie każde swoim rytmem. W pewnej chwili poczujecie, jak wasze oddechy się zsynchronizowały. Pobądźcie chwilę w tej jedności.

Spotkanie serc. Usiądźcie naprzeciwko siebie. Połóż lewą rękę na swoim sercu, a prawą na sercu partnera. Niech on zrobi to samo. Zamknijcie oczy i spokojnie oddychajcie. Poczuj, jak energia miłości z twojego serca przechodzi do serca partnera i wzajemnie.

  1. Psychologia

Czterdziestka to nowa dwudziestka. Co oznacza życie w przesunięciu?

Niezależnie od wieku można być też w umownej „starości”. Młodość to stan umysłu. (Fot. iStock)
Niezależnie od wieku można być też w umownej „starości”. Młodość to stan umysłu. (Fot. iStock)
Czterdziestka jako nowa dwudziestka, pięćdziesiątka jako nowa trzydziestka, a zamiast starości – trzeci wiek. Macierzyństwo wiąże się z czasem dojrzałości, mamy po kilka karier i szanse na nowe otwarcia. Co dla kobiet oznacza życie w przesunięciu?

Na początek diagnoza. Rodzimy pierwsze dziecko średnio dekadę później niż pół wieku temu, żyjemy średnio dekadę dłużej. Lata 20. to (coraz dłuższy) czas poszukiwania partnera, przybiera na sile zjawisko singlizmu. Młodzi później się usamodzielniają – chyba że opuszczają rodzinną miejscowość i zaczynają karierę w większym mieście. Lata 20. to zatem także czas na zaistnienie na rynku, na bezkompromisowe podejście do pracy. Na lata 30. przypada epoka rodzicielstwa; lata 40., gdy dzieci są już trochę odchowane, to zatem okres przywróconych możliwości i nowego otwarcia. Pik kompetencji zawodowych przenosi się w konsekwencji na pięćdziesiątkę, zaś w szóstej dekadzie życia, gdy dzieci są już dorosłe, nadchodzi okres największych możliwości realizowania siebie. Spijanie śmietanki, celebrowanie dokonań życia, aktywność zawodowa na najwyższym szczeblu i miejsce na pasje.

Tak to przynajmniej wygląda w ocenie amerykańskiej politolożki, akademiczki i analityczki Anne-Marie Slaughter, która w ogóle porusza się po wysokich szczeblach. Swego czasu była jedną z kluczowych postaci w Białym Domu, a zrezygnowała z potrzeby zajęcia się nastoletnimi synami z konstatacją, że kobiety nie mogą mieć wszystkiego. Dlaczego nie mogą? Między innymi dlatego, że warunki życia nie nadążają za „przesunięciem”.

Choć wysokie rewiry życia pani Slaughter są dostępne nielicznym, przesunięcie staje się udziałem nas wszystkich. Co za tym idzie – coraz większy ułamek życia spędzamy poza okresem młodości.

– To banał, ale przeżycia i doświadczenia się gromadzi. Mało mówimy o kumulowaniu mądrości – mówi Elżbieta Schroeder, psychoterapeutka pracująca metodą psychologii procesu. – Tymczasem choć starzy ludzie mają więcej nagromadzonej mądrości życiowej, czasem odcinamy sobie do niej dostęp przez to, że kulturowo i społecznie nie za bardzo się szanuje starość – dodaje. Czy rzeczywiście?

Młodość jako stan ducha

Panie w telewizji nie mają zmarszczek, kosmetyki obiecują wieczną witalność. Czy kult młodości nie stoi w kontrze do przesunięcia?

Elżbieta Schroeder zamyśla się. – Zatrzymanie się, odchodzenie, myślenie o śmierci ma złą prasę. A w psychologii procesu strach przed śmiercią często oznacza wewnętrzną potrzebę pogłębiania kontaktu z czymś większym – mówi. – Na rzeczywistość można patrzeć z trzech poziomów. Jest rzeczywistość uzgodniona – ta, która nas otacza; rzeczywistość snu – marzeń sennych, uczuć i energii; ale jest też poziom esencji, gdzie jesteśmy blisko czegoś duchowego. W zależności od światopoglądu może to być kosmos, Bóg, energia ziemi. Coś zdecydowanie większego niż człowiek. Nie mamy ochoty konfrontować się z tym, że wszyscy umieramy – ale coś się kończy, a coś się nie kończy. A z tym, co się nie kończy, potrzebujemy kontaktu przez całe życie. I jeśli uciekamy od tego, to jednocześnie odsuwamy na bok starych ludzi. Oni są bliżej tego.

Schroeder dodaje, że atrybuty młodości są przy tym szalenie pociągające. – Entuzjazm, aktywność, poczucie, że wszystko jest otwarte i wszystko mogę. Nie wiem, czy nie skupiamy się tu za bardzo na ciele. Bo gdyby pomyśleć o świadomości, to w każdym wieku można po te atrybuty sięgnąć. Niezależnie od wieku można być też w umownej „starości”. Młodość to stan umysłu. W psychologii procesu jest ćwiczenie, w którym przywołujemy ten stan. Można w nim sięgnąć po energię młodości. Proces to przepływ stanów, zmiana. Dokonuje się ona nieustannie, dopiero jeśli utkniemy w jakimś stanie, mamy kłopot. Nawet jak mówimy o polaryzacji starość – młodość, jedno i drugie ma swoje piękne strony i ma ograniczenia. Chodzi o to, jak przepływać między tymi stanami i jak z nich korzystać – dodaje.

Czy to się wyklucza? Schodzę na ziemię i rozmawiam z socjolożkami.

Pigułka młodości

Doktor Małgorzata Sikorska, socjolożka z Uniwersytetu Warszawskiego, przypomina, że przesunięcie dotyczy też mężczyzn. To dlatego, że jest mocno związane z wykształceniem i rynkiem pracy. PRL gwarantowało pewność zatrudnienia, a jednocześnie tylko siedem procent społeczeństwa miało dyplomy wyższej uczelni. Dziś wśród osób w wieku 30–34 to aż 40 procent.

– Młodzi ludzie w PRL-u szybciej wchodzili na rynek pracy, bo nie mieli co z sobą zrobić – mówi Sikorska. – Zaczynali po maturze czy szkole zawodowej, więc perspektywy też mieli ograniczone. Po samochodówce można zmieniać miejsca pracy, ale trudniej zmienić zawód. Po studiach wybór jest szerszy.

Absolwenci wyposażeni w szerokie kompetencje mogą więc dziś przebierać w ścieżkach kariery, a socjolożka dodaje, że wymusza to też rynek pracy. – Zrobił się płynny: kiedyś pracowało się w tym samym miejscu od początku do końca kariery. Dziś nie tylko byłoby trudno znaleźć taką posadę, ale też wątpię, czy pracownik mógłby na niej wytrzymać. W zawodach specjalistycznych dominują projekty, nie praca na etat.

Sikorska twierdzi, że dla pewnej grupy pracowników nie ma od tego odwrotu. Rynek pracy nie będzie oferował stabilności i długotrwałego zatrudnienia. To niepewność, ale też szansa. – W Danii powstał pomysł, który promuje Unia Europejska: flexicurity. Chodzi o to, żeby rynek pracy z jednej strony był elastyczny, a z drugiej – zapewniał bezpieczeństwo. Możesz często zmieniać pracę, ale jak jesteś na bezrobociu, dostajesz instrumenty typu szkolenia i świadczenia, które pomagają ci przygotować się do nowego zajęcia. Przy takim założeniu okres przejściowy między kolejnymi projektami nie jest niczym dziwnym. Staje się normą, którą trzeba wykorzystać na zmianę umiejętności, podniesienie kwalifikacji. W Polsce to jeszcze nie działa, ale kolejne „nowe otwarcia” w karierze to coraz częstsze zjawisko – dodaje.

Sikorska uważa, że tu leżą źródła kultu młodości. – Młodość kojarzy się z dynamiką, energią. Jeżeli nasze życie zawodowe wymusza na nas, żebyśmy byli dynamiczni, energiczni i przygotowani na zmianę, to promujemy młodość. Za tym idzie branża kosmetyczna, odzieżowa. Ale także moda na zdrowe odżywianie, na bieganie. To trend, w którym traktujesz swoje ciało jak coś plastycznego, z czym możesz zrobić wszystko.

W ten trend wpisuje się też boom na środki farmakologiczne, mające ulepszyć nasze ciała. Jeśli coś ma szwankować, weź pigułkę. – Znalazłam niedawno dane, jak często Polacy konsumują te środki i jak bardzo to lubią. W porównaniu z innymi krajami jesteśmy na pozycji lidera – mówi Sikorska.

To widać: na ulicach apteki wypierają sklepiki, punkty usługowe, kawiarnie i księgarnie, reklamy na środki farmakologiczne zdominowały wszystkie inne. Komunikują samą obecnością: skoro żyjemy w przesunięciu, utrzymajmy dobrą formę, nawet ze wspomaganiem. Pytanie: jak w tym wszystkim radzą sobie najstarsi?

Złoty trzeci wiek

Rozmawiamy o tym z doktor Łucją Krzyżanowską, która napisała pracę doktorską o powodach przechodzenia na emeryturę. Potwierdza, że obecnie zmienia się trajektoria życia. – Nie tylko żyjemy dłużej, ale też poprawia się nam stan zdrowia. A to zmienia sposób myślenia o emeryturze – mówi. – Bismarck ustalił wiek emerytalny na 60 lat z myślą o żołnierzach, których niedołężną starość trzeba było finansować. Po to powstał cały system emerytalny. Dziś chodzi nie o to, aby finansować niedołężną starość, ale jesień życia. Pojawia się koncepcja trzeciego wieku – okresu pomiędzy niedołężną starością a czasem, gdy jest się pracownikiem, rodzicem, kiedy ma się mnóstwo obowiązków, ale brakuje czasu na realizowanie siebie. Ludzie mnóstwo spraw odkładają na potem. Na emeryturę. Trzeci wiek byłby w tym kontekście „drugą młodością”.

Stąd też biorą się dyskusje o podnoszeniu wieku emerytalnego. Doktor Krzyżanowska: – Państwu zależy, aby ludzie pracowali dłużej, a oni sami mówią: „Hola, hola, ja chcę mieć czas, żeby odpocząć. Mogę się wtedy zajmować wnukami, jeśli chcę, ale mogę też uprawiać nordic walking, wyjeżdżać za granicę, iść na uniwersytet trzeciego wieku. Już się napracowałem”.

Badaczka wzdycha i dodaje, że wszystko byłoby fajnie, gdyby ludzie mieli na to pieniądze. – W Polsce obserwuję, że ludzie bardzo czekają na emeryturę, ale potem okazuje się, że ten „urlop” bardziej przypomina „zesłanie”. Oprócz finansów jest też inne ograniczenie. Mam taką teorię, że jakie życie, taka emerytura – mówi Krzyżanowska. – Jak się było aktywnym, uprawiało sport, czytało książki, chodziło do teatru, spotykało ze znajomymi – emerytura też będzie aktywna i fajna. Niezależnie od ograniczeń finansowych, bo ludzie potrafią sobie wszystko zorganizować. Natomiast jeśli ktoś koncentrował się na pracy i rodzinie, nie miał pasji, to trudno je w sobie rozbudzić na emeryturze.

I ląduje się przed telewizorem. Według badań nad gospodarowaniem budżetem czasu to właśnie najczęściej robią polscy emeryci.

Długi finisz

Pozostaje pytanie o polskie realia pracy po 55. roku życia. O skalę zjawiska ejdżyzmu, czyli dyskryminacji ze względu na wiek. Czy ostatnia dekada zawodowej aktywności to dociąganie do mety, czy kumulowanie sukcesów, jak to widziała Slaughter? – Bardzo zależy od zawodu – mówi Krzyżanowska. – Banalny przykład: starszy profesor jest szanowany, starsza nauczycielka uznana za zmęczoną i wypaloną.

Badani przez Łucję Krzyżanowską czuli się jednak nieszanowani i niedoceniani, ich kompetencje były niewykorzystane. – Starsi pracownicy nie są awansowani, nie inwestuje się w nich, bo pokutuje przekonanie, niezgodne z wszelkimi badaniami, że ci starsi już się nie uczą. Że szkolenie ich jest nieefektywne. Tymczasem to nieprawda. Bo okazuje się, że oni są dużo bardziej lojalnymi pracownikami. Młodzi skaczą, kombinują, a ci starsi znają się na tym, co robią, i mogliby uczyć kolejne pokolenia. Mogliby zostać mentorami, ale nie ma nawet takiego myślenia, że ciało się zmienia i trzeba jakoś do tego dostosować przestrzeń, stanowisko pracy. To wszystko sprawia, że są wypychani z rynku – kończy Krzyżanowska.

Zazwyczaj, aby do czegoś dojść, potrzeba czasu. Popatrzmy więc na przesunięcie jako na szansę – wtedy będzie łatwiej ją wykorzystać.

 

  1. Psychologia

Trzeba ochronić godność każdej osoby, cokolwiek by robiła

Jeśli chcemy wygrać wolność dla siebie i innych, musimy poznać własne projekcje i iść w odwrotnym kierunku – dbać o polityczną poprawność i podnosić wartość kobiet oraz podkreślać ich rolę. (Ilustracja: Getty Images)
Jeśli chcemy wygrać wolność dla siebie i innych, musimy poznać własne projekcje i iść w odwrotnym kierunku – dbać o polityczną poprawność i podnosić wartość kobiet oraz podkreślać ich rolę. (Ilustracja: Getty Images)
Mówimy: „Świat zwariował!”. Naprawdę? Łatwiej nam będzie zrozumieć to, co dzieje się wokół, kiedy poznamy psychologiczne źródła tych wydarzeń czy zjawisk. Psychoterapeuta Wojciech Eichelberger wyjaśnia zjawisko niechęci do politycznej poprawności.

Żona miała pretensje, że nie pozmywałem, a ja jej na to: „Kochana, niedługo będziesz chodzić trzy kroki za mną i moim osiołkiem!”. Coraz częściej słyszymy takie żarty. Śmiać się z nich?
Wcale nie są zabawne. Raczej seksistowskie i mizoginiczne. Podszyte groźbą: „Uważaj, nie podskakuj, bo stracisz to, co do tej pory wyskakałaś!”. To pozornie żartobliwa ekspresja głęboko skrywanego, lecz ciągle podzielanego przez większość mężczyzn marzenia. Po cichu zazdroszczą oni muzułmanom i łudzą się, że zdominowanie kobiet uczyni z nich prawdziwych mężczyzn. Niestety, tak myślący zdobyli ostatnio władzę w kilku krajach i robią dużo, by w przyszłości kobiety biegły za osiołkiem. Czy nie do tego zmierza stopniowe odcinanie kobiet od antykoncepcji i pracy?

Tym bardziej, w myśl niektórych, pozamykajmy granice przed islamem!
Nie widzę związku. Granic nie ma po co zamykać. Na razie polskim kobietom, a więc i tobie, bardziej niż islam zagraża rodzimy patriarchalny seksizm, także ci polscy mężczyźni, którzy tak żartują. To liberałowie po wierzchu, ale w swoim „cieniu” skrywają zapewne wielką tęsknotę za patriarchatem. A ponieważ nie chcą się przyznać do tego swojego kawałka, więc projektują go na obcych. I to tego właśnie swojego ksenofobicznego kawałka w obcych nienawidzą. Bo łatwiej zobaczyć źdźbło w oku bliźniego niż belkę w swoim. Dlatego jeśli chcemy wygrać wolność dla siebie i innych, musimy poznać własne projekcje i iść w odwrotnym kierunku – dbać o polityczną poprawność i podnosić wartość kobiet oraz podkreślać ich rolę. Robić im miejsce w polityce, zachęcać do tego, by się nią zajmowały.

Jak poznać swoje projekcje i nie mylić ich z prawem do wyrażania własnych poglądów?
Proponuję następujący eksperyment. Jeśli jesteś mężczyzną, który ma wiele negatywnych uczuć do muzułmańskich mężczyzn (lub kobietą, która żywi niechętne uczucia do muzułmańskich kobiet), postąp zgodnie z tą instrukcją: postaw dwa fotele czy krzesła naprzeciwko siebie. Wybierz to, na którym ty będziesz siedzieć, a na drugim – w swojej wyobraźni – posadź stereotypowego muzułmanina. Włącz dyktafon w swoim smartfonie i powiedz mu szczerze, co do niego czujesz, co o nim myślisz, czego się w nim obawiasz i co byś chciał z nim zrobić. Porzuć wszelką poprawność polityczną. Pytaj go o wszystko, co dla ciebie jest w nim najbardziej interesujące i bulwersujące, np.: „Dlaczego chcesz, by kobieta chodziła za tobą? Czemu ma nosić burkę? Czego chcesz  od polskich kobiet?”. Gdy się wygadasz, przesiądź się na drugi fotel – ten, na którym w twojej wyobraźni przed chwilą siedział muzułmanin. Teraz jesteś swoim rozmówcą, muzułmaninem, który słuchał tego wszystkiego, co mówił Polak z drugiego fotela. Wczuj się w muzułmanina, wyraź jego uczucia i sądy, odpowiedz na zadane przez Polaka pytania. Nie oszczędzaj go. Potem  możesz się przesiąść z powrotem na miejsce Polaka i rozpocząć kolejną wymianę z muzułmaninem.  Odsłuchaj nagranie. Jeśli byłeś uczciwy i odważny w tej rozmowie, to przekonasz się, że obie strony mówią podobne rzeczy i mają podobne przekonania oraz emocje. Może się też okazać, że na miejscu muzułmanina poczułeś się dobrze, że wiele z tego, co widzisz w nim, jest w istocie twoje.

Nie będzie to miła konstatacja.
Nie, ale istotna. Pozwala odkryć, że przypisujemy wypartą, wstydliwą część siebie komuś innemu, sądzimy innych według siebie. A to ważne, bo jeśli nie zgadzamy się z ksenofobią innych i z ich uprzedmiotawiającym stosunkiem do kobiet, to trzeba zacząć od wykorzeniania u siebie tych poglądów oraz towarzyszących im emocji. Dlatego ci, którzy na poważnie chcą się wyzbyć nienawiści i resentymentu, nigdy nie wychwalają siebie ani nie poniżają innych. Lecz pracują nad własnymi wadami i ograniczeniami, by je w końcu przekroczyć.

Jak ten eksperyment ma się do politycznej poprawności, skoro opiera się na krytykowaniu innej kultury?
Poprawność polityczna nie zabrania piętnowania zachowań i czynów (choć niewątpliwie była nadużywana przez polityków po to, by tłumić krytykę ich poczynań). Nie przeszkadza w nazywaniu przestępstwa przestępstwem, zbrodni zbrodnią, kłamstwa kłamstwem, oszustwa oszustwem, rasizmu rasizmem itd. Słusznie natomiast przypomina, że nie wolno obrażać i poniżać ludzi, że trzeba chronić godność każdej osoby. Niezależnie od czynów, jakie człowiek popełnił, niezależnie od tego, jakie ma seksualne preferencje, z jakiej warstwy społecznej pochodzi, jakie ma niedomagania czy choroby, jaką płeć, wiek, kolor skóry, wyznanie – powinniśmy w swoim sercu strzec godności tego człowieka i szacunku dla niego. Ale wolno nam potępiać, a nawet nienawidzić tego, co uważamy za błędne czy złe w jego postępowaniu. Polityczna poprawność zobowiązuje nas więc do tego, by odróżniać człowieka od tego, co robi czy głosi. Nie rozumiem, dlaczego w Polsce mamy z tym tak wielką trudność, skoro jest to zgodne z Chrystusowym postulatem: nienawidź grzechu, ale kochaj grzesznika.

Nie jest prosto oddzielić człowieka od tego, co robi…
Tym bardziej warto to robić. Jeśli chcielibyśmy tej zasadzie sprostać, na przykład w związku, to zwracając uwagę partnerowi, mówimy: „Kochanie, robiąc czy mówiąc to i to – w moim odczuciu – zachowujesz się jak cham. Ja się na to nie zgadzam dla naszego wspólnego dobra!”. Ale nie mówimy: „Jesteś chamem! I nie chcę mieć z tobą nic wspólnego”. Polityczna poprawność czerpie więc z uniwersalnych przekazów duchowych i można ją śmiało nazwać duchową praktyką miłości bliźniego w świeckim wydaniu. Natomiast moda na wyśmiewanie i odrzucanie jej w imię źle rozumianej wolności słowa uwalnia demony nienawiści.

Z jakiego więc powodu tak masowo porzucamy tę świecką praktykę miłości bliźniego?
Powodem jest dominująca osobowość naszych czasów, czyli osobowość borderline będąca formą dostosowania się do trudnej rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. Czyli do coraz szybciej zmieniającego się świata, rządów mediów społecznościowych, ogromnej mobilności ludzi, nietrwałości międzyludzkich związków. Już jako dzieci ciągle przenosimy się z miejsca na miejsce, mamy co chwilę nowe przedszkola, nowe szkoły, a więc nowych opiekunów, sąsiadów, kolegów. To wymusza częste zrywanie emocjonalnych więzi. Doświadczamy chaosu, braku oparcia, braku poczucia wartości i wiary w siebie oraz w trwałość więzi z innymi. Wszystko to razem budzi w nas silny lęk, który staje się źródłem nietolerancji, ksenofobii, teorii spiskowych, magicznego myślenia, nacjonalizmu i populizmu.

A polityczna poprawność ze swoim relatywizmem wartości także nie jest inkubatorem borderline?
Odwrotnie – może nas przed nią obronić, bo opiera się na fundamentalnym – z punktu widzenia dorastania do naszej prawdziwej natury – moralnym imperatywie: kochaj bliźniego swego jako siebie samego. A więc może nas skutecznie stabilizować w rozpędzonym życiu. Z tego punktu widzenia hejt, ksenofobia, seksizm, pogarda, nienawiść nie są głosem naszej wolnej i prawdziwej natury, lecz jedynie głosem neurotycznej, zalęknionej osobowości. A ta im głośniej krzyczy, tym skuteczniej zagłusza ogromną potrzebę miłości i głębokiej więzi z innymi ludźmi, również tymi bardzo różnymi od nas.

Czyli ksenofobia, seksizm itp. to dowody na zaburzenia niepewnej siebie osobowości?
Tak, osobowości, która próbuje sobie zapewnić poczucie bezpieczeństwa, poszukując zewnętrznych protez i podpórek w postaci: hierarchicznych organizacji, dogmatycznych zasad, biało-czarnych poglądów. A ponieważ coraz szybciej zmienia się nasza globalna, informatyczna wioska i wzrasta poczucie zagrożenia, więc borderline buduje coraz wyższe mury i tworzy coraz głębsze podziały. W tym kontekście polityczna poprawność to propozycja globalnego odwyku od nienawiści i pogardy, która jednak przerosła naszą narodową i nie tylko naszą gotowość do zmiany. A przecież wszyscy wiemy, że jeśli trzeba wyjść z uzależnienia od alkoholu, to trzeba alkohol odstawić.

I to z tego poszukiwania poczucia bezpieczeństwa borderline wynika też tęsknota za patriarchatem?
Tak, bo on prosto i raz na zawsze wyjaśnia i urządza świat. Bez żadnych wątpliwości. Wiadomo, kto jest kim, jaką odgrywa rolę.

Co więc zrobić, gdy słyszymy dowcip o osiołku?
Nie traktować tego jak żartu. Rozpocząć poważną rozmowę: „O co ci właściwie chodzi? Czy ty byś chciał, żeby tak naprawdę było? Co ty takiego sobą reprezentujesz oprócz tego, że masz inne genitalia, żebym ja miała chodzić za twoim osiołkiem? Czy tobie się przypadkiem w głowie nie przewróciło?”.

Konfrontować się z takiego głupiego powodu?
Oczywiście. Bo jak będziesz milczeć albo się śmiać, to ani się obejrzysz, a będziesz szła za osiołkiem.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii. 

  1. Psychologia

To, że nie kupuje kwiatów bez okazji nie oznacza, że mu nie zależy. O kobiecym i męskim podejściu do związku

Proces osłabiania wagi związku dla mężczyzny, a nasilania dla kobiety związany jest z naturalną odmiennością ról, którą wyznaczają różnice biologiczne. (Fot. iStock)
Proces osłabiania wagi związku dla mężczyzny, a nasilania dla kobiety związany jest z naturalną odmiennością ról, którą wyznaczają różnice biologiczne. (Fot. iStock)
To, że on nie kupuje bez okazji róż i nie wyznaje spontanicznie miłości, nie oznacza, że mu nie zależy. W podejściu do związku jesteśmy różni, ale najważniejsze, by zmierzać w tym samym kierunku.

W powszechnym mniemaniu, które ugruntowała w nas ewolucja, mężczyznom zależy na tym, by mieć relacje liczne, ale powierzchowne, co przydaje się bardzo w biznesie czy polityce. Kobietom z kolei zależy na tym, by relacje były pogłębione i trwałe – siłą rzeczy mają ich mniej, bo budowanie i pielęgnowanie relacji wymaga czasu. – Proces osłabiania wagi związku dla mężczyzny, a nasilania dla kobiety związany jest z naturalną odmiennością ról, którą wyznaczają różnice biologiczne – potwierdza psycholog prof. Bogdan Wojciszke. – Kobieta rodzi dziecko, karmi je, a mężczyzna w tym czasie zdobywa dobra. Taka jest jego rola. Nie będzie siedział, trzymał żony za rękę i rozważał siły ich relacji. To jest trochę niezależne od preferencji, po prostu kobieta i mężczyzna pełnią w związku odmienne role.

Ale znakiem naszych czasów jest totalna niezgoda na dotychczasowy podział ról. Współczesne kobiety wymagają od partnerów coraz więcej: mają być męscy, odnosić sukcesy w pracy i zarabiać, a jednocześnie być wrażliwi, wspierać i wyręczać partnerki w niektórych obowiązkach domowych. Współcześni mężczyźni woleliby, by wszystko pozostało jak dawniej, a jednocześnie starają się sprostać nowym wymaganiom. I jak tu pozostać sobą w związku?

Szkodliwe mity

W podobnym rozumieniu czy przeżywaniu miłości może także przeszkadzać wiara w odmienne mitologie. Dla wielu z nas miłość jest możliwa tylko wtedy, gdy odnajdziemy tę jedyną czy tego jedynego, czyli drugą połówkę jabłka. Ale co, jeśli jej nie znajdziemy? Albo gdy partner, z którym jesteśmy, nie spełnia naszych oczekiwań? – Zrobiono badania, które ukazują, że ta metafora rzeczywiście utrudnia ludziom funkcjonowanie w bliskim związku – uważa prof. Bogdan Wojciszke. – Szczególnie w sytuacji konfliktów. Bo każda kłótnia, każde nieporozumienie oznaczają, że druga osoba nie jest jednak naszą drugą połówką. To skazywanie się na pewną klęskę. Co ciekawe, w Polsce prawie w ogóle nie jest znana inna metafora miłości – jako wspólnej podróży – bardzo popularna w Stanach Zjednoczonych.

Kiedy tak będziemy patrzeć na związek, to nawet spore kłopoty potraktujemy jako przeszkodę w drodze do celu, a nie zapowiedź końca związku. I, co najlepsze, zaczniemy szanować to, co nas różni, bo dzięki temu nasze życie nie będzie przypominać mdłego romansidła, ale pełnokrwistą powieść przygodową. Ale najpierw razem z prof. Wojciszke przyjrzyjmy się tym różnicom.

Kobiety są emocjonalne, a mężczyźni kierują się rozumem. My podchodzimy do życia wielozadaniowo, oni koncentrują się na jednej rzeczy. Prawda?
Prawda. I są na to naukowe dowody. Najpoważniejszym argumentem jest fakt, że spoidło wielkie w mózgu kobiet jest większe niż u mężczyzn, w związku z tym ich półkule są znacznie silniej powiązane. Wniosek z tego taki, że mężczyzna może coś robić zupełnie bez emocji albo… bez rozumu. Kobieta tak całkiem rozumu jednak nie porzuca, ani emocji. W miłości zresztą bardzo wyraźnie to widać.

Rzadziej nam odejmuje rozum?
Tak. Nie chciałbym powiedzieć, że kobiety na chłodno kalkulują, ale są jednak bardziej wyrachowane od mężczyzn.

No bo też ponoszą większy koszt w razie złego wyboru.
To prawda. Ryzyko jest większe.

Może dlatego my tak lubimy analizować i dzielić włos na czworo. Co jednak nie służy związkom na dłuższą metę. Coś tam nam ten mąż przytaknie, coś zrobi dla świętego spokoju, ale bywa i tak, że się wycofa.
Rzeczywiście tutaj kobiety i mężczyźni ogromnie się różnią. Przy czym to roztrząsanie można podzielić na dwa rodzaje – bo jedna rzecz to omawianie stanu związku z partnerem, a druga – omawianie stanu związku z kimś innym, na przykład z przyjaciółką. Kobiety to potrafią rozprawiać! Cztery razy dłużej omawiają randkę niż ona trwała. To wynika z generalnego zainteresowania kobiet relacjami. Myślę, że dobrze robią, rozmawiając o swoim związku z przyjaciółką czy inną kobietą. Bo rozmawianie o związku z mężczyzną jest trochę bezcelowe.

Bo?
Bo jego to aż tak nie interesuje. Wiele lat temu uczyłem się windsurfingu i wykupiłem lekcje u instruktorki. Gdy mówiła mi, co mam gdzie wypiąć, dopiero dowiedziałem się od niej, że ja w ogóle mam te części ciała i że one się jakoś nazywają! Myślę, że rozmowa z mężczyzną o stanie związku jest trochę podobna. On też niby zna te wszystkie pojęcia, ale nie przyszło mu do głowy, żeby się nimi posługiwać, obracać nimi na tyle różnych sposobów.

W stosunku kobiet do bliskich związków jest też coś takiego, że jak czegoś się nie omówi, to właściwie w ogóle nie warto tego przeżyć. Samo mówienie jest równie ważne jak przeżywanie. Poza tym kobiety i mężczyźni rozmawiają z nieco innych powodów. Obserwacje wskazują, że mężczyźni najczęściej rozmawiają po to, aby zrealizować jakiś konkretny cel albo pokazać, że są lepsi od innego mężczyzny, natomiast kobiety rozmawiają głównie po to, aby zorientować się w stanie uczuć (cudzych i własnych) lub podtrzymać więzi.

Myślę, że gdyby mężczyźni wiedzieli, jak niewiele potrzeba, żeby było miło w domu… Na przykład wydając od czasu do czasu pięć złotych na bukiet konwalii.
Mężczyźni mają skłonność do zaniechań w bliskich związkach. Oni się nimi w sumie mało zajmują. Odzwierciedlają to także wyniki badań, w których widać, że odpowiedzi na różne pytania w różnych kwestionariuszach zwykle są znacznie bardziej spójne u kobiet niż u mężczyzn. Jakby mężczyźni, odpowiadając na pytania o miłość, w ogóle o niej nie myśleli, jakby tylko w połowie rozumieli, co czytają, co wypełniają, co wpisują.

Czyli nie angażują się w tę ankietę, tak jak nie angażują się w związek?
Tak. I to nieangażowanie się jest przejawem właściwie nawet czegoś więcej niż zaniechania. Jest takie angielskie słowo neglect, oznaczające zaniechanie z negatywnymi skutkami. Mężczyźni ignorują, odpuszczają bliskie związki.

A z czego to wynika?
Słabiej się starają, żeby zrozumieć kobiety. Kobiety chyba lepiej rozumieją mężczyzn. Często się mówi, że żona jest najlepszym przyjacielem mężczyzny. Kobieta się bardziej stara zrozumieć innego człowieka. A mężczyźni...

Poza psychologami.
Też nie wszystkimi. Tylko mężczyzna może wpaść na to, że okaże swojej kobiecie miłość, myjąc jej samochód. Zamiast porozmawiać o tym, co się jej dzisiaj śniło, prawda?

Więcej w książce „Alfabet miłości” , wydawnictwo GWP.

  1. Zwierciadło poleca

Teksty roku 2019 - najchętniej czytane artykuły o związkach

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Oto 5 najchętniej czytanych tekstów, które opublikowaliśmy w tym roku na portalu zwierciadlo.pl Czytaj to co najlepsze!

Oto 5 najchętniej czytanych tekstów dotyczących relacji, które opublikowaliśmy w tym roku na portalu zwierciadlo.pl. Czytaj to, co najlepsze!

1. Po czym poznać, że to koniec związku? Pytamy Katarzynę Miller

Zdrada? Nuda? Wieczne kłótnie? Może masz dosyć tej emocjonalnej huśtawki. Albo – wprost przeciwnie – tej ciszy i chłodu. Tylko skąd wiedzieć, czy decyzja o rozstaniu nie będzie przedwczesna? Czy nie okaże się tylko próbą ukarania drugiej osoby? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller. Czytaj więcej...

'Jak się rozstać, aby obie strony czuły się usatysfakcjonowane i wiedziały, że była to dobra decyzja? Czy kiedy zdecydujemy, że związek nie ma przyszłości, oznacza to definitywny koniec relacji?' (Fot. iStock) "Jak się rozstać, aby obie strony czuły się usatysfakcjonowane i wiedziały, że była to dobra decyzja? Czy kiedy zdecydujemy, że związek nie ma przyszłości, oznacza to definitywny koniec relacji?" (Fot. iStock)

 

2. Jak okazywać uczucia mężczyźnie?

Potrzeba czułości u mężczyzn, także w seksie, jest tym, co pozwala kobiecie zbudować bliskość z mężczyzną. A seksuolodzy biją na alarm, że zbyt mało okazujemy jej swoim partnerom. Jak to możliwe? Bujają? Przecież kobiety mają czułości aż nadto. Skąd więc ten deficyt? Może kobieca i męska czułość nie są tym samym? Jak być czułą dla mężczyzny? – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka. Czytaj więcej...

'Potrzeba czułości i bliskości u mężczyzn jest więc niesamowicie istotna – tak samo jak u kobiet. Partnerzy powinni sobie wzajemnie okazywać miłość i zrozumienie na wiele sposobów, niezależnie od płci.' (Fot. iStock) "Potrzeba czułości i bliskości u mężczyzn jest więc niesamowicie istotna – tak samo jak u kobiet. Partnerzy powinni sobie wzajemnie okazywać miłość i zrozumienie na wiele sposobów, niezależnie od płci." (Fot. iStock)

 

3. Jeśli nie ciało, to...? Co nas najbardziej podnieca?

'Czy świątynią seksu jest rzeczywiście ciało? Czy może siła, która go napędza, kryje się jednak gdzie indziej?' (Fot. iStock) "Czy świątynią seksu jest rzeczywiście ciało? Czy może siła, która go napędza, kryje się jednak gdzie indziej?" (Fot. iStock)

Co nas kręci, co nas podnieca? Seksuologowie od lat powtarzają, że to wcale nie ciało! Przynajmniej nie przede wszystkim. Czytaj więcej...

4. Fantazje seksualne – jak odczytać ich rzeczywisty przekaz?

'Fantazje partnera warto traktować jak tajemnicze wagony – nigdy nie wiadomo, co jest w nich ukryte. W wagonie do przewozu węgla można odnaleźć porcelanę. W cysternie, w której my przewozilibyśmy mleko, ktoś może przewozić zielony groszek.' (Fot. iStock) "Fantazje partnera warto traktować jak tajemnicze wagony – nigdy nie wiadomo, co jest w nich ukryte. W wagonie do przewozu węgla można odnaleźć porcelanę. W cysternie, w której my przewozilibyśmy mleko, ktoś może przewozić zielony groszek." (Fot. iStock)

Fantazjujemy o seksie. Wszyscy. To już nie jest tabu. Dziś zastanawiamy się raczej, czy wszystkie fantazje należy wcielać w życie. – A może niektóre lepiej pozostawić tylko w sferze marzeń, ale spróbować odczytać ich rzeczywisty przekaz – zastanawia się seksuolog i psychoterapeuta Andrzej Gryżewski. Czytaj więcej...

5. „Nie dbaj o niego”, czyli czy dobrze być w związku egoistką?

Po pierwsze: nie dbaj o niego. Zamiast tego doceń to, co on już ma i co potrafi. A dbaj o siebie i wasz związek – mówi psycholożka Katarzyna Miller. W rozmowie z Joanną Olekszyk wyjaśnia różnicę między kochaniem a matkowaniem, egoizmem a egotyzmem, poświęcaniem się a kompromisem oraz pomiędzy altruizmem a obłudą. Czytaj więcej...

 

'Bardziej wierzę w egoizm niż w miłość. I równie mocno wierzę w altruizm. Ludzie mają przecudowne, czysto altruistyczne odruchy, ale wtedy, kiedy się ze sobą dobrze czują.' (Fot. iStock) "Bardziej wierzę w egoizm niż w miłość. I równie mocno wierzę w altruizm. Ludzie mają przecudowne, czysto altruistyczne odruchy, ale wtedy, kiedy się ze sobą dobrze czują." (Fot. iStock)