1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wpędzanie w poczucie winy – jak robią to szantażyści emocjonalni?

Wpędzanie w poczucie winy – jak robią to szantażyści emocjonalni?

Wpędzanie w poczucie winy często inicjują najbliższe nam osoby. (Ilustracja: iStock)
Wpędzanie w poczucie winy często inicjują najbliższe nam osoby. (Ilustracja: iStock)
Czym różni się poczucie winy od poczucia odpowiedzialności – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Manipulowanie i wpędzanie w poczucie winy? Zdarza się naszym bliskim. Ulegamy im, rezygnujemy z siebie i myślimy, że kieruje nami cnota. Jednak w świecie kwantów nie rządzi prawo przyczyny i skutku. A skoro tak, to poczucie winy związane z jakimś naszym działaniem nie ma sensu. Czy to znaczy, że nie ma też kary? Hulaj dusza, piekła nie ma? Czym różni się owo poczucie winy od poczucia odpowiedzialności – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, odpowiadając na pytania, czym jest syndrom zrzucania winy i jak wygląda wpędzanie w poczucie winy przez samego siebie.

Zrobiłam coś bardzo, bardzo złego... Zrobiłaś czy ci się wydaje?

A jeśli... mi się wydaje? Jeśli tylko ci się wydaje, to kara ze strony innych cię nie spotka. Ale możesz sama sobie ją wykrakać, bo wymyślone, neurotyczne poczucie winy działa jak samospełniająca się przepowiednia. Możesz zafundować sobie „śmierć wudu”, czyli sprowadzić na siebie nieszczęście, karę na zasadzie autohipnozy. Bo gdy wmówisz sobie, że zrobiłaś coś bardzo złego, to za tym pójdzie przekonanie, że dla tak złej osoby jak ty nie ma miejsca na świecie. A wtedy albo sprokurujesz sobie autoagresywną chorobę, albo wpadniesz w uzależnienie, albo zostaniesz męczennikiem, albo trafisz do więzienia – czyli popełnisz stopniowe lub nagłe samobójstwo...

Poczucie winy aż tak pragnie kary? Oczywiście. Dążymy wówczas do tego, aby inni nas ukarali, albo karzemy sami siebie. Karanie siebie jest społecznie nagradzane, bo gdy „dobrowolnie poddamy się karze”, sąd jest łaskawszy, kara kodeksowa mniejsza niż dla sprawcy nieodczuwającego skruchy. Gorzej, gdy karzemy siebie dobrowolnie za winę urojoną jak średniowieczni biczownicy raniący i okaleczający się, ponieważ uznali za grzeszne swoje naturalne seksualne lub agresywne impulsy. Samobiczowanie ma swoje współczesne zamienniki w postaci anoreksji i bulimii, zamęczania ciała wyczerpującymi eksperymentami dietetycznymi, uzależnieniami od używek i pokarmów, a także obsesyjnym uprawianiem różnych ćwiczeń.

Myślę po prostu, że szczęście mi się nie należy, skoro zrobiłam coś tak złego... Skąd bierze się takie wpędzanie w poczucie winy samego siebie? Tak myślimy, gdy mamy wmówione, wyuczone neurotyczne poczucie winy. Czujemy się wtedy winni wszystkiemu, nawet złej pogodzie i stanowi świata… Stoją za tym rodzice obwiniający nas w dzieciństwie o wszystko, za co sami nie chcieli brać odpowiedzialności: za swoje uczucia, zachowania, decyzje, a nawet losy. To od nich mogło zacząć się to wzbudzanie poczucia winy. W ten sposób nauczyliśmy się być odpowiedzialni za to, co się wydarza, a nawet za to, co może się wydarzyć! W parze z obwinianiem dzieci idzie często ich dewaluowanie. W rezultacie w naszej psychice instaluje się syndrom chronicznego poczucia winy z niską samooceną, autoagresją i nieświadomym sabotowaniem wszelkiego dobra, które nam życie niesie, np. dobrego związku z kochającą nas osobą.

Aż strach mieć wyrzuty sumienia... skoro od razu prowadzą one do wywoływania poczucia winy. No właśnie, bo też lęk jest związany z poczuciem winy. Tam, gdzie jest wina, tam i kara, a więc także lęk przed nią. Dlatego u osób wpędzonych w poczucie winy częste są fantazje: że samolot, którym lecą, zaraz spadnie, że ktoś ich napadnie albo zgwałci: „Jestem złym człowiekiem, więc z pewnością spotka mnie coś złego. Na nic innego nie zasługuję”. To też może mieć moc samosprawdzającej się przepowiedni. Co więcej, gdy naszym życiem kieruje nieadekwatne poczucie winy, to popełniamy kolejne błędy. Na przykład depresyjni rodzice czują się winni temu, że przypadkiem powołali swoje dziecko na świat: „Co myśmy zrobili?! Będzie się męczyć tak jak my całe życie, a w dodatku na koniec umrze!”. Ponieważ na ogół trudno nam przychodzi kochanie tych, wobec których czujemy się winni, więc ci rodzice będą nieświadomie ograniczać zaangażowanie serca w relację z dzieckiem lub zaleją je nadopiekuńczością. Oba warianty – w ekstremalnym nasileniu – mogą rzeczywiście uczynić życie takiego dziecka „nie za bardzo wartym przeżycia” – i w nim również wzbudzić poczucie winy.

Tacy rodzice to dopiero powinni mieć poczucie winy! Tymczasem karzący siebie „biczownicy” często są pełni nieuświadamianej narcystycznej pychy. Przecież mianowali się sędziami samych siebie, wyręczając Boga. A poza tym mogą czerpać narcystyczną satysfakcję z tego, że „takich grzeszników jak oni to nie ma nigdzie na świecie”. Nie widzą, że celebrowanie permanentnego poczucia winy i dręczenia się jest pseudocnotą i często prowadzi do kolejnego nieszczęścia. Tak jak w przypadku ojca dwóch synów, który w trakcie kąpieli w rzece nie upilnował jednego z nich i chłopak utonął. A ojciec, zamiast zadbać o drugie dziecko, w odruchu rozpaczy i karania siebie, a także przez wpędzanie się w poczucie winy, tak się spił, że sam zmarł z powodu zatrucia alkoholem.

Straszne… I jednocześnie w ukryty sposób wygodne. Bo wzbudzanie w sobie poczucia winy i  zadręczanie się to ucieczka przed odpowiedzialnością, która – w przeciwieństwie do tarzania się w samoudręczeniu – zmusza nas do tego, by czynić zadość, czyli starać się naprawiać błąd lub zadbać o to, by go ponownie nie popełnić. To znacznie trudniejsze od samobiczowania. A nawet niemożliwe. Urojone, nadmierne czy wymyślone poczucie winy może przygnieść nas tak wielkim ciężarem, że nabieramy przekonania, że nic się nie da odkupić, że przeprosiny i zadośćuczynienie na nic się zdadzą. Nie próbujemy nawet wówczas naprawić krzywdy, którą myślimy, że wyrządziliśmy, wycofujemy się ze świata i z życia, chcemy ukryć się przed pełnymi potępienia spojrzeniami, choć te są naszym wyobrażeniem.

Więc wpędzanie się w poczucie winy nic nie daje światu, a co więcej – jest groźne nie tylko dla dotkniętych nim, ale także dla innych. Tak, tylko branie odpowiedzialności może czynić świat bardziej przyjaznym miejscem do życia, a nas świadomymi własnych ograniczeń. Jest tylko jeden wyjątek: nie powinniśmy brać odpowiedzialności za uczucia innych ludzi. Każdy sam odpowiada za swoje emocjonalne reakcje. Także za uczucia religijne. Dlatego przepis o karaniu za obrazę tychże uczuć jest psychologicznie absurdalny i demoralizujący.

Nie jesteśmy odpowiedzialni za uczucia innych? Czy mogą one prowadzić do wywoływania poczucia winy u nas? Ktoś wstaje lewą nogą z łóżka i epatuje swoim wszechogarniającym fochem. Czy to twoja wina? Czy nie przypisujesz sobie przypadkiem zbyt wielkiego wpływu na wewnętrzne życie tego kogoś? Czy nie wyobrażasz sobie przypadkiem, że jesteś potężnym uosobieniem zła, negatywnym centrum świata, które odpowiada za wszystkich tkniętych fochem ludzi? Jak mówiliśmy, neurotyczne wzbudzanie w sobie poczucia winy może być przejawem narcyzmu. Ale może też być przejawem masochizmu. Wybieraj. W wydaniu kobiecym nazywam to „syndromem skruszonej czarownicy” albo „syndromem Ewy”. Jak wiemy, nasza patriarchalno-chrześcijańska tradycja obie te kobiece postaci obwinia za niemal wszystko. Czarownicę za to, że sąsiadowi krowa zdechła, że w sąsiedniej wsi wybuchł pożar, że gradobicie zniszczyło plony. A z kolei Ewa spowodowała wszystkie cierpienia ludzkości. Boże! Jak ona i jej wszystkie potomkinie się z tego wykaraskają? Kiedy? Czy ich dług wobec męskiej połowy ludzkości jest do spłacenia? Czy dusza Ewy może być w ogóle zbawiona? Obwinianie kobiet jest mitem założycielskim patriarchatu i wywodzącego się z niego męskiego szowinizmu. Strach pomyśleć, co się stanie z nami, mężczyznami, gdy kobiety naprawdę przestaną mieć poczucie winy.

Ja często czuję się winna… Co zrobić z syndromem zrzucania winy na siebie? Zmień płeć! Spokojnie, żartuję sobie. Bo „co z tym zrobić?” to pytanie, na które nie ma jednej dobrej dla wszystkich odpowiedzi. Najogólniej mówiąc, trzeba najpierw rozpoznać najbardziej złośliwe wrzutki mentalne, czyli to wszystko, co przeszkadza nam żyć bez nadmiernego obwiniania się, a co odziedziczyliśmy po rodzicach, opiekunach, zwichrowanych księżach i nauczycielach. Jak nie dajemy sami rady, to warto skorzystać z psychoterapii. Zarówno narcystyczne, jak i masochistyczne obwinianie się ma źródło w niedojrzałości rodziców, opiekunów, wychowawców i wszystkich innych, którzy dla dziecka byli autorytetami, oraz w ich nierozwiązanych problemach. Bardzo głęboko w nasze dziecięce umysły wgryzają się wszystkie wypowiadane przez nich niesprawiedliwe oskarżenia typu: „Gdyby nie ty, to skończyłabym studia”; „To przez ciebie żyję z twoim ojcem pijakiem”; „Jak mogłeś doprowadzić mnie do takiego stanu, że aż cię musiałam zlać?!” itp. Potrzebna jest terapia, aby się z tego podnieść. Ale nawet gruntowna psychoterapia nie zdoła nas uwolnić od tego poczucia winy, które nazywamy egzystencjalnym.

To jeszcze raz zapytam: jak się pozbyć na zawsze wywoływania poczucia winy? Wiem, że się powtarzam, ale tylko wgląd w prawdziwą, niedualną naturę rzeczy może nas z tego w pełni uwolnić. Tylko wtedy przestajemy utożsamiać się z ego cierpiącym na wrodzone poczucie winy. Mistycy mówią to samo o niedualnej rzeczywistości co fizycy kwantowi, tyle że innym językiem. Co mówią? Otóż weźmy za przykład buddyjskie prawo karmy, czyli inaczej prawo przyczyny i skutku. Ale dotyczy ono tylko umysłów, które nie dokonały wglądu i pozostają w stanie dualnym, czyli takim, w którym czujemy się oddzieleni od wszechświata, w którym wszystkie rzeczy są osobne. W świecie niedualnym w niedualnym stanie umysłu wszystko jest jednością, a więc przyczyna i skutek także są jednym. A to znaczy, że nie ma związków przyczynowo-skutkowych. W świecie kwantowym obecność obserwatora „wpływa” na wynik eksperymentu. Dominujący materialistyczny sposób myślenia – a właściwie nawyk myślowy – każe nam myśleć o tym w kategoriach wpływu. Mistrz zen mówi natomiast: „Ta chwila sama jest umysłem”. Czyli zachowujący się w określony sposób kwant i umysł obserwatora to nie dwa. Innymi słowy nie można mówić o żadnym wpływie czy przyczynowo-skutkowym wynikaniu. W niedualnym świecie przyczyny/grzechy nie wywołają skutków, czyli nie ma też sensu to, co nazywamy karą. Może na tym polega chrześcijańskie, boskie miłosierdzie.

Hulaj dusza, piekła nie ma? Więcej! Nie ma ani duszy, ani piekła, ani potrzeby hulania. Jest tak, jak powiedział chrześcijański mistyk św. Augustyn: kochaj i rób, co chcesz. Innymi słowy w stanie miłości/jedności, który tu nazywamy umysłem niedualnym, nie jest możliwe zrobienie czegokolwiek złego ani dobrego. Zanika świadomość bycia odrębną osobą, która ma jakieś dobre czy złe intencje, z premedytacją podejmuje jakieś działania. Jak mówią chrześcijanie: „Dziej się wola boża”. Buddyści powiedzieliby: „Rządzi Jeden Umysł”. W terminach fizyki kwantowej można by powiedzieć, że niedualny, oświecony umysł doświadcza i zarazem jednoczy się ze wszechświatem, który jest w istocie splątany, czyli wszystko dzieje się w nim równocześnie. Splątane są też przyczyna i skutek. Wprawdzie niedualni mistrzowie życia twierdzą z absolutną pewnością, że to, co najmniejsze, jest również największe, to jednak fizycy kwantowi nie czują się jeszcze uprawnieni do dokonania ekstrapolacji zasad rządzących światem subatomowym na makroświat. Więc z ich punktu widzenia uprawiamy tutaj jakąś podejrzaną metafizykę.

Niedualny umysł nie ma w nawyku wpędzania w poczucie winy i nie cierpi? Można powiedzieć, że poczucie winy – podobnie jak wszelkie inne odczucia, motywacje i aspiracje – zamienia się w całkowitą otwartość, bezwolność, przejrzystość, we wszechogarniającą pokorę. Cokolwiek się dzieje, jest po prostu i tylko tym, co jest. Pojawia się i przemija – przepływa przez umysł – bez interpretacji, bez oporu czy marudzenia i bez potrzeby „wzywania Boga nadaremnie”. Działanie karmy przypomina wtedy odzyskiwanie długów. Choć nie mamy nawet świadomości spłacania czegokolwiek.

Spłacanie długów jest ważne? Nie ma takich długów w życiu, które są umarzane. A w stanie dualnej świadomości zaciągamy je nagminnie – powodowani fałszywym doświadczaniem świata, czyli niewiedzą i uczuciami, które z tej niewiedzy się rodzą, tj. chciwością, zazdrością, gniewem, lękiem itp. To wszystko tworzy naszą indywidualną karmę. W świecie dualnym muszą zaowocować określonymi skutkami. Zabrałaś coś komuś albo oszukałaś, albo zaniechałaś jakiegoś działania, więc zjawia się przed tobą ktoś, kto ci chce zabrać płaszcz. W rezultacie wzbudzasz w sobie poczucie krzywdy i czujesz się okradziona. Doświadczasz cierpienia, którego ktoś kiedyś doświadczył przez ciebie. Spłacasz swój dług i powinnaś nauczyć się, aby nie czynić innym tego, co tobie niemiłe, czyli empatii i współodczuwania. Ale jeśli twój umysł byłby w stanie niedualnym, oddanie płaszcza nie byłoby problemem. Ty i agresor to nie dwa. Nikt nie traci – nikt nie zyskuje. Karma przestaje działać.

Świat może więc funkcjonować bez winy i kary, a syndrom zrzucania winy zniknie? Pod warunkiem że wszyscy znajdziemy się w stanie niedualnego oświeconego umysłu. Wtedy nie pojawi się impuls, żeby krzywdzić innych, bo przecież nie chcemy krzywdzić siebie samych. A gdy inni ciebie krzywdzą, to wiesz, że krzywdzą siebie, i nie budzi się twoje pragnienie zemsty. Świat zmierza w tę stronę, skoro nawet fizyka podpowiada nam taką perspektywę. Ale zanim się to stanie, to jako ludzka zbiorowość musimy jeszcze odrobić kilka lekcji.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Porozmawiajmy o żalu – karty emocji Katarzyny Miller

Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
To uczucie zwykle ściąga nas w dół i każe ciągle spoglądać w przeszłość, ale można też podejść do niego konstruktywnie. Kiedy żałujemy, wiemy przynajmniej, co było dla nas ważne. Oto kolejna karta emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk. 

Żal...

...pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. Zwykle żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy albo wprost przeciwnie - że właśnie zrobiliśmy. Bliskim bratem żalu jest poczucie winy, dlatego często lubią chodzić razem. Taka para zwykle działa podwójnie dołująco, bo im bardziej zapętlamy się w krytykowaniu siebie, tym bardziej żałujemy. Zwykle tuż po jakimś zdarzeniu najbardziej żałujemy tego, co zrobiliśmy, z perspektywy czasu - bardziej boli nas coś, czego zaniechaliśmy: nie pojechaliśmy w tamtą podróż, nie zagadaliśmy do tamtego chłopaka czy nie spróbowaliśmy jeszcze raz podejść do egzaminu. Paradoksalnie, im mamy większy wachlarz możliwości, tym większe pole do popisu dla żalu. Kiedy niewiele rzeczy zależy od nas, nie mamy do siebie pretensji i nie wyrzucamy sobie po latach własnej opieszałości czy złego wyboru. Można też powiedzieć, że im większa wyobraźnia i skłonność do idealizacji, tym odczuwany żal może być intensywniejszy. Bo przecież nie mamy dowodów na to, jak inaczej potoczyłoby się nasze życie, my tylko projektujemy je we własnej głowie. Odczuwanie żalu zależy więc jedynie od nas. Możemy też czuć żal do kogoś (np. do rodziców), że nie odnosił się do nas tak, jak tego potrzebowaliśmy, za porzucenie, za krzywdzące potraktowanie.

Po co nam to uczucie?

Żal nie musi nas skłaniać do podcinania własnych skrzydeł, a do ich rozwijania. Jest bowiem informacją - otrzymaną od samego siebie - że stać nas na więcej, że mamy w sobie niewykorzystany potencjał. Żal może być konstruktywny, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, o jakiej niespełnionej potrzebie nas informuje. Wtedy łatwiej zmotywować się do tego, by naprawić błędy z przeszłości (oraz unikać ich w przyszłości), a także by zmienić kierunek swojego życia.

Zadania:

  • Czego w życiu najbardziej żałujesz? Poświęć chwilę na zastanowienie się nad tym, a nawet zrobienie listy. To bardzo ważne zadanie, które wcale nie ma na celu zdołowania cię. Kiedy ujrzysz czarno na białym, czego ci żal, dowiesz się, co ma dla ciebie największą wartość. Jeśli najbardziej żałujesz porzucenia studiów artystycznych - to już wiesz, że czujesz się źle, bo nie realizujesz się twórczo w swoim życiu. Dobra wiadomość jest taka, że nawet teraz możesz to zmienić.
  • Jeśli żal jest uczuciem, które nierzadko ci towarzyszy, prawdopodobnie zbyt często wybiegasz myślami w przyszłość albo sięgasz do przyszłości. Za mało jest cię w twojej teraźniejszości, która jest przecież piękna i ważna, głównie dlatego, że dzieje się teraz i nigdy już się nie powtórzy. Pomyśl o wszystkich rzeczach, które obecnie możesz zrobić - od najbardziej prostych, jak zjeść coś dobrego czy pójść na spacer, po te bardziej wymagające, ale przecież też możliwe: powiedzieć komuś, że go kochasz; przeprosić za coś, co kiedyś zrobiłeś. Ćwicz się we wzbudzaniu w sobie uczucia wdzięczności - to skuteczny sposób na przywołanie dobrego samopoczucia.
  • Jedna sprawa, kiedy ogarnia nas żal na myśl o czymś, co nam się nie udało; inna - gdy żałujemy utraty czegoś lub kogoś, na który to fakt nie mieliśmy żadnego wpływu. Jeśli nadal cierpisz z powodu czyjegoś odejścia, śmierci czy wyjazdu; jeśli opłakujesz utracone dzieciństwo czy młodość - jedyną wskazówką będzie praktyka akceptacji i zgody na to, co jest, bo jest.
Więcej w zestawie z książeczką: "Poznaj siebie. Karty emocji", Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep.

  1. Psychologia

Gaslighting - nie daj się zgasić

Udając, że jest w porządku, ofiara manipulacji staje się manipulatorem. Dla własnego komfortu przemilcza to, co czuje, aby osiągnąć własny cel, choćby spokój w domu. (Fot. iStock)
Udając, że jest w porządku, ofiara manipulacji staje się manipulatorem. Dla własnego komfortu przemilcza to, co czuje, aby osiągnąć własny cel, choćby spokój w domu. (Fot. iStock)
„Przesadzasz”, „histeryzujesz”, „wydaje ci się”... Czy ktoś robił z ciebie kiedyś wariata? Wmawiał, że mylisz się co do swoich wrażeń i emocji? Że nie możesz czuć tego, co czujesz? Jeśli tak, możliwe, że stałeś się ofiarą gaslightingu. Czym on jest i jak go pokonać? – pytamy terapeutę Pawła Przybysza.

„Przesadzasz”, „histeryzujesz”, „wydaje ci się”... Czy ktoś robił z ciebie kiedyś wariata? Wmawiał, że mylisz się co do swoich wrażeń i emocji? Że nie możesz czuć tego, co czujesz? Jeśli tak, możliwe, że stałeś się ofiarą gaslightingu. Czym on jest i jak go pokonać? – pytamy terapeutę Pawła Przybysza.

Jako dziecko często słyszałam, że jestem przewrażliwiona, że coś mi się wydaje, więc kiedy partner powiedział coś takiego, zrobiło mi się bardzo przykro. Potem dowiedziałam się, że jeśli podobne komentarze się powtarzają, to możemy mówić o tzw. gaslightingu. Jak reagować na takie słowa? Zacznę od tego, że gaslighting, co możemy przetłumaczyć jak „przygaszanie światła”, to rodzaj psychicznej manipulacji. Intencjonalnej, adresowanej do konkretnej osoby. Jeśli trwa dość długo, to manipulator przejmuje kontrolę nad tym, jak jego ofiara postrzega rzeczywistość. Ona już nie wie, w co ma wierzyć; ma poczucie, że traci rozum.

Ofiarą gaslightingu pada zazwyczaj ktoś, kto przyjmuje postawę uległą, ale także manipulującą, do czego jeszcze wrócimy. Ktoś taki da sobie wmówić wszystko, bo nie ma jasnego i mocnego systemu przekonań i wartości. Nie ma więc oparcia w sobie, które pomogłoby mu rozeznać, co jest prawdą, a co fikcją – zwłaszcza gdy ktoś ważny zaprzecza jego ocenom i odczuciom. Dlatego zdanie i postawy innych ludzi przyjmuje za własne. Staje się jednak tą ofiarą niejako na własne życzenie, a to dlatego, że w głowie ma wciąż wątpliwości: „czy dobrze zapamiętałam, to co mówił partner?”, „czy dobrze widziałem, co się właściwie stało?”.

Jak to „stajemy się ofiarą na własne życzenie”? Mam w tym swój udział, że znów to słyszę?! Możesz mieć. Choćby dlatego, że człowiek uległy często dopytuje się innych: „Jak to było? Co myślisz?”. Zatem niejako się podkłada! No a wtedy albo słyszy potwierdzenie, albo zaprzeczenie. Jeśli kolejny i kolejny raz jest to zaprzeczenie, to w pewnym momencie doświadcza dużego dysonansu, czyli poczucia, że myśli i osądy nie zgadzają się z jego wartościami. Na przykład partner kobiety mówi, że nie jest chamem, że się jej wydaje! A ona źle się czuje czy nawet boi, słysząc, jak on klnie. Trudno jej jednak powiedzieć: „przestań zaprzeczać faktom”, bo usłyszała kiedyś, że ludzie po studiach nie mogą być chamami, a on ma dwa fakultety! Czuje się zagubiona, bo nie wierzy sobie i stara się siebie przekonać, że zachowanie partnera nie powinno jej przeszkadzać. Ale tak naprawdę ją męczy. No i tu dotykamy delikatnej struny, dasz radę?

Postaram się! Zatem udając, że jest w porządku, ofiara manipulacji staje się manipulatorem. Nie wierząc w siebie, manipuluje sama sobą, ale także partnerem. Dla własnego komfortu przemilcza to, co czuje, aby osiągnąć własny cel, choćby spokój w domu. Zapewne wyniosła ten sposób działania z dzieciństwa. Bo jeśli rodzice szanują się, mówią sobie prawdę, nie przeklinają, nie upijają się – to ich dzieci będą mieć w swoich zasobach ważne wartości: szczerość, empatię i chęć pomagania innym. A to przełoży się na pewność własnych ocen i emocji. Kiedy więc zakochają się w manipulatorze, to szybko się orientują, z kim mają do czynienia.

Kłopot z rozpoznaniem rzeczywistości będą mieć natomiast ci, którzy wychowali się w domach, gdzie się kłamało. Matka manipulowała ojcem: „Ta sukienka jest z ubiegłego roku!”, a ojciec manipulował matką: „Po prostu musiałem zostać dłużej w pracy”. Słysząc to, dziecko wie, że któreś z rodziców coś ukrywa. Nie wie jednak które. Może nawet nie chcieć wiedzieć, bo kocha i mamę, i tatę, i nie chce wybierać.

Nie chce poznać prawdy... Tak, i dlatego staje się podatne na wpływy i niepewne siebie. Dlatego wciąż się o wszystko dopytuje. Kiedy wejdzie z tą swoją niepewnością w dorosłą relację, będzie prowokować partnera do tego, żeby podpowiadał, prowadził za rękę, przekazywał swój system wartości. Jeśli uległą osobą jest dziewczyna, która ma wrażenie, że cudem udało się jej poderwać chłopaka, bo on taki piękny i chodzi na siłownię, to uzna każde jego słowo za prawdę. Nawet jeśli będzie jej kłamał w żywe oczy.

Jeśli dziewczyna z domu, gdzie nie ceniło się szczerości, trafi na manipulatora, będzie miała o wiele większy kłopot. Bo gaslighting oznacza wieczne zdenerwowanie, trudności w podejmowaniu najprostszych decyzji czy obniżone poczucie wartości. Co więcej, ona prawdopodobnie już je w sobie wykształciła. Dlatego podatne są Dorosłe Dzieci z Dysfunkcyjnych rodzin, bo one nie wiedzą, co czują, czego chcą i co im wolno chcieć... Skupione są za to na odczytywaniu potrzeb bliskich i dbaniu o ich dobrostan kosztem swojego. Co więcej, kiedy słyszą od partnera: „ja tego nie powiedziałem”, „tobie się wydaje”, „o co ci, do cholery, znowu chodzi?” – mają wrażenie, jakby słyszały rodziców. A to sprawia, że wracają mentalnie do dzieciństwa i zgadzają się z partnerem, który mówi: „wiem lepiej, jak masz przeżywać orgazmy”, „przecież lubisz do nich chodzić”. Jeśli wciąż się tej manipulacji ulega, to cena jest wysoka: dysonans i zagubienie, frustracje i niezaspokojone potrzeby. Dlatego takie osoby potrzebują głębokiej refleksji nad tym, czego doświadczyły jako dzieci, aby wreszcie przestało się im mylić, co jest prawdą. A myli im się od lat...

I mogą nie wiedzieć, że nie można zaprzeczać ich emocjom i osądom? Dokładnie tak. Dlatego trzeba jasno powiedzieć, że mężczyzna, który mówi partnerce „przesadzasz”, „wydawało ci się” – stosuje przemoc, zaprzecza temu, co ona przeżywa swoim sercem, umysłem i ciałem! Mówi na przykład: „Przecież skok ze spadochronem jest bezpieczny. Masz tam sznurki. Czego się boisz?!”. To jej sprawa, czego się boi. Ma prawo się bać i nikt nie może wypychać jej z samolotu, nawet wyposażonej w najlepszy spadochron. Szacunek wymaga, aby liczyć się ze zdaniem, odczuciami i decyzjami drugiego człowieka. A więc każda uwaga, która podważa to, co mówi o sobie drugi człowiek, jest manipulacją i przemocą.

Trzeba też wiedzieć, że podstawą gaslightingu jest kłamstwo. A kłamstwo to każde mówienie nieprawdy, ale też przemilczanie, przeinaczenie, zaprzeczanie, np. „nie mogę być pijany, wypiłem tylko kieliszek wina!”, podczas gdy partnerka widzi, że mężczyzna ledwo stoi. Manipulacją jest każde umyślne wprowadzanie w błąd drugiego człowieka dla własnej wygody czy wygranej.

Jak się wydostać z tego pokoju krzywych luster, jakim staje się świat wewnętrzny kogoś, kto nie wie, co się dzieje i co czuje? Pracować nad zasobami, czyli nad systemem wartości. Jeśli nie wynieśliśmy go z domu, warto znaleźć jakiś autorytet – może nim być wykładowca, a może też przyjaciel, lekarz czy osoba duchowna. Albo ktoś z dalszej rodziny, stryj czy ciocia? Ważne, aby system wartość tej osoby był jasny i oparty na odróżnianiu prawdy od kłamstwa, na uczciwości, empatii, szlachetności. To będzie fundament, na którym zbudujemy solidne poczucie własnej wartości i własny system ocen i osądów, czyli wewnętrzne zasoby.

Dlaczego prawda jest tu tak ważna? Bo tylko ona ochroni nas przed manipulacjami innych, mocno postawi nas na ziemi. Może jesteśmy grubi, ale za to gościnni i pomagamy przyjaciołom, którym się nie przelewa. Nie mamy studiów, ale umiemy naprawić każde urządzenie. To prawda o nas, o naszej wartości, której nie zaprzeczamy. Jeśli to wiemy, to nie pozwolimy nikomu innemu, by wmówił nam, że nie możemy bać się skoku ze spadochronem czy…

...że to nie ślad szminki na kołnierzu! Właśnie. Jeśli wiem, kim jestem, to nikt mi nie wmówi – ani mąż, ani kochanek, ani przyjaciółka czy nawet matka – że czarne jest białe. Ale jeśli nie wiem, kim jestem i co jest w życiu ważne, to każdy może wmówić mi, co tylko zechce. Zwłaszcza gdy mam do tego predyspozycje, czyli np. jestem Dorosłym Dzieckiem z rodziny Dysfunkcyjnej, czyli takiej, gdzie panowała jakaś forma przemocy czy zaniedbania, gdzie baliśmy się opiekunów, zamiast im ufać.

Możemy zrobić jakiś test, aby rozpoznać, czy ktoś nami manipuluje? Wystarczy zadać sobie proste pytanie: „Czy chcę wiedzieć, jaka jest prawda? A może lubię być oszukiwany czy oszukiwana?”. Z kłamstwem jest tak jak z nadmiernym piciem alkoholu. Jeśli nie chcesz już pić, to popatrz na straty, jakie to przynosi, nie pij więcej! A kiedy nie dajesz rady, idź do specjalisty. Jeżeli więc nie chcesz być oszukiwana, to stań w prawdzie. Popatrz na koszty – jeśli zobaczysz, że są one większe niż zyski, to będziesz starała się to zmienić. Ale wiele kobiet nie chce prawdy, bo konfrontacja z nią wydaje się im zbyt bolesna. Odkrywają, że są nieszanowane, niekochane, oszukiwane i wtedy muszą coś z tym zrobić. W tym sensie prawda zmusza nas do zmiany, do dokonania trudnych wyborów.

Wiele kobiet zna takie sytuacje, kiedy partner mówi, że przesadzają, bo on nie ma żadnego romansu. Gdy tymczasem ciągnie go od lat. Aby poznać prawdę, trzeba często zajrzeć do jego telefonu, do bankowych wyciągów. A przecież tak się nie robi, to przekraczanie prywatności... W związku granice prywatności są inaczej ustawione niż w przyjaźni czy nawet w rodzinie. Telefon może być użyty przez wszystkich domowników. Jeśli nie może, to coś mi tu śmierdzi. Komputer też jest wspólny, jeśli nie, bo ktoś zakodował wejścia, to coś jest niejasne. Owszem, grzebanie w czyjejś korespondencji jest przekroczeniem granic, ale szukasz prawdy, masz prawo wiedzieć, i jeśli coś znajdziesz, to należy to ujawnić: „Oszukujesz mnie, mówisz, że nie wydajesz pieniędzy odłożonych na dom, a już ich nie ma na koncie! Masz długi z hazardu? Robisz ze mnie wariatkę, a ja znalazłam to i to! Wyjaśnij mi to!”. Do tego jednak potrzeba bardzo dużo siły woli, odwagi, samozaparcia. Najpierw trzeba wyjść z postawy uległej ofiary, by skonfrontować siebie i partnera z prawdą.

Skąd tę siłę i odwagę wziąć? Nie bać się prawdy, uwierzyć, że to jedyna broń na manipulację. I tu wracamy do tego, że warto mieć w sobie zasoby, pracować nad nimi. Można też iść do specjalisty i powiedzieć: „Coś ze mną nie tak, bo wydaje mi się, że mój mąż gasi światło, a nie zapala. Ale on twierdzi coś odwrotnego. Chciałabym dowiedzieć się, jaka jest prawda. Czuję, że mam już tego dość, że on mówi coś innego niż ja czuję”.

Można też iść do przyjaciółki, do autorytetu, do kogoś, komu naprawdę ufamy i wiemy, że jest po naszej stronie. I powiedzieć: „Marysiu, znasz mnie tyle czasu, wydaje mi się Franek mnie oszukuje, że tworzy mi jakąś alternatywną rzeczywistość. Głupia nie jestem, kocham go, ale czuję niepokój”. Konfrontując się z prawdą, skorzystać ze wsparcia przyjaciół.

A jak Franek zareaguje na żądanie wyjaśnień? Zapewne będzie zaprzeczał, bo odkryliśmy jego tajemnicę. Może to być facet, który lubi mieć władzę, bo sam ma problem z poczuciem własnej wartości i dlatego podporządkował sobie partnerkę, a jej uległość bardzo mu odpowiada. W takim związku nie ma partnerstwa, ale jest symbioza, bo jak już mówiłem, osoby podatne na te manipulacje wręcz proszą się o to, żeby im podpowiedzieć, jaka jest rzeczywistość.

Czyli taki partner dowartościowuje się uległością… Dlatego kiedy kobieta postawi go w prawdzie, on zaprzeczy i powie, że jest przewrażliwiona. Decydujące jest to, co wtedy ona zrobi. Może przyjąć te wykręty, bo okażą się dla niej wygodne, bo zda sobie sprawę, że prawda będzie zbyt kosztowna i doprowadzi do rozstania. Zwłaszcza jeśli wyniosła z domu zamiatanie rzeczy pod dywan, bo jej matka też udawała, że nie wie o zdradach ojca. Może się też bać! Jej partner był panem i władcą, a tu nagle stoi przed nią zdemaskowany. Jeśli więc poczuje się poniżany, może z „łagodnej” formy przemocy psychicznej przejść do karania kobiety bardziej wprost: „nie dam ci pieniędzy”, wyzywania jej: „całe życie ci mówiłem, że jesteś głupia i do cholery, jesteś” czy nawet bicia. Mimo wszystko do zdrowia psychicznego i poczucia dobrostanu prowadzi tylko jedna droga: prawda. Jakkolwiek byłaby trudna... Z takich związków trzeba uciekać jak najszybciej.

Paweł Przybysz, terapeuta uzależnień, współuzależnień i przemocy. Prowadzi terapię indywidualną i grupową, pracuje w nurcie poznawczo-behawioralnym.

  1. Psychologia

Wredni i toksyczni ludzie - dlaczego często im ulegamy?

Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie (fot. iStock)
Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie (fot. iStock)
Każdy z nas doświadczył w swoim życiu katastrofalnych skutków obcowania z wrednymi ludźmi. Co oni tak naprawdę robią, że po kontakcie z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie; wytrąceni z równowagi, zawstydzeni, przygnębieni i winni. Co dzieje się we wrednych umysłach? I dlaczego im ulegamy?

„Zaprosiłam ją na lunch i po pięciu minutach pożałowałam tego. Na wstępie usłyszałam, że ubieram się nawet nieźle, ale fryzurę mam okropną, powinnam koniecznie ściąć włosy. Rozejrzała się po sali: kelnerka miała »kaczy kuper«, gość przy oknie po prawej »coś obrzydliwego w oczach, spójrz tylko…«, »blondynie« przy sąsiednim stoliku nie darowała niebieskiego makijażu i krągłych kształtów. Uwagi na temat nieszczęsnej dziewczyny, jej piersi, partnera, potraw i wszystkich obecnych w restauracji stawały się coraz bardziej grubiańskie. Co jakiś czas wybuchała niekontrolowanym śmiechem. Po godzinie tego miłego spotkania czułam się tak osłabiona, że najchętniej położyłabym się do łóżka”.

„Zadzwoniłem, żeby powiedzieć mamie, że w tym roku nie będę na jej urodzinach, bo zaplanowałem wyjazd integracyjny ze swoim zespołem. W słuchawce zaległa cisza, a po chwili usłyszałem znajomy zbolały głos: »Jak myślisz, ilu jeszcze urodzin dożyję?«. Zacząłem się tłumaczyć, że przecież odwiedzę ją za kilka dni, ale nie pomogło. Czułem się paskudnie, jak zwykle, gdy do niej dzwonię”.

„Powiedzieliśmy z mężem naszej 30-letniej córce, że czas, żeby wyprowadziła się z domu i zaczęła żyć na własny rachunek. Wybuchła gniewem: »Proszę bardzo, zostanę prostytutką i wtedy będziecie szczęśliwi!«. Zamilkliśmy”. To tylko trzy z dziesiątków historii, których wysłuchałam w ostatnich latach na temat trudności w relacjach z ludźmi. A przecież są jeszcze opowieści o toksycznych mężach, żonach, partnerach, przyjaciółkach, szefach, podwładnych, współpracownikach, braciach, siostrach, sąsiadach, księżach. Znawcy psychologicznej strony tematu twierdzą, że każdy z nas doświadczył w swoim życiu katastrofalnych skutków obcowania z toksycznymi ludźmi. I nie mówimy tu o patologii, gdy relacja z drugim człowiekiem zmienia życie w piekło i zagraża naszemu istnieniu, mówimy o normalnym życiu. Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie: wytrąceni z równowagi, zawstydzeni, przygnębieni i winni. W kontakcie z nimi myślimy: Znów przegrałam. Zawsze się poddaję. Nie powiedziałam tego, co naprawdę czuję. Dlaczego nigdy nie przedstawiam swojego punktu widzenia? Dlaczego nie potrafię się obronić? Toksyczni ludzie wyzwalają w nas to, co najgorsze.

Czarujący i zagrażający

To mogą być niewinne zdania: „Ach, dostałaś podwyżkę? Pracujesz w dobrej firmie, skoro daje podwyżki dla zachęty”. „Straciłaś na wadze? Świetnie, ale nie powinnaś chudnąć tak gwałtownie, bo się rozchorujesz”. „Weź jeszcze jedną bułeczkę, do twarzy ci z nimi. Hej, rozchmurz się, nie znasz się na żartach?”. Lillian Glass w książce „Toksyczni ludzie” pisze, że ktoś, kto mówi niemiłe rzeczy lub sprawia ci przykrość, po czym oświadcza, że to „tylko żart”, zdradza tym samym, jak nieprzyjazne uczucia żywi wobec ciebie. Podobnie dwuznaczne komplementy mówią: „Nie lubię cię. Zazdroszczę ci. Nie mogę na ciebie patrzeć. Za kogo ty się uważasz? Ktoś musi ci pokazać twoje miejsce”.

Glass na podstawie kilkudziesięciu lat pracy terapeutycznej twierdzi, że „niewyobrażalnie olbrzymie” jest znaczenie słów, które wypowiadamy. Cytuje biblijną Księgę Przysłów: „Życie i śmierć są w mocy języka”. Toksycznych ludzi definiuje jako tych, którzy nas ranią, dręczą, ciskają w naszą stronę słownym śmieciem, nie wspierają nas, nie zachęcają do rozwoju: „Ktoś, kogo nie cieszą twoje sukcesy, kto nie życzy ci dobrze, w istocie udaremnia twoje dążenie do szczęśliwego, twórczego życia”.

Toksyczni ludzie nie znoszą tych, którzy dobrze wyglądają i odnoszą sukcesy. Ale nie znoszą też tych, którym powodzi się źle. Atakują, robią złośliwe uwagi, podświadomie pragną innych zniszczyć. Czasem wyrażają radość z powodu czyjegoś sukcesu, jednak wyraz ich twarzy i gesty przeczą słowom.

Jay Carter we „Wstrętnych mężczyznach” i „Wstrętnych kobietach” pisze, że najbardziej niebezpieczni są ci, którzy próbują nas kontrolować i manipulują nami; obniżają naszą samoocenę insynuacjami, subtelnymi oskarżeniami, poniżaniem lub tzw. szczerością, czyli „powiem ci, co z tobą nie tak”.

Wredny jest oczywiście tyran, co widać na pierwszy rzut oka, ponieważ jest grubiański, uparty („ma być tak, jak ja chcę albo wcale!”), wybuchowy, gwałtowny. Jednak równie wredny może być mężczyzna kulturalny, przystojny, towarzyski, czarujący i błyskotliwy. Toksyczni ludzie mogą być geniuszami intelektu, mogą być utalentowani artystycznie i podziwiani, a jednak gdy z nimi przebywamy, czujemy się zdezorientowani i bezsilni. Najczęściej nie zdają sobie sprawy z tego, że stanowią dla innych zagrożenie. Twój wstrętny facet może nawet wyglądać na czułego i wspierającego, pisze Carter. Dopóki nie przekonasz się, że twoje uczucia i potrzeby nic dla niego nie znaczą. Są ważne o tyle, o ile można nimi manipulować. Lojalność, oddanie, współczucie i miłość postrzega jako słabości, które można wykorzystać.

Zgadnij, co mi zrobiłeś?

Co oni robią? Są bezlitośni w dążeniu do własnego celu naszym kosztem. Życie traktują jak walkę i nienawidzą przegrywać. Stare powiedzenie: nieważne, czy przegrasz, czy wygrasz, liczy się, jak grasz, przekształcili w: nieważne, jak grasz, bylebyś wygrał.

Wiele kobiet mówi o takim doświadczeniu, które przywołuje Carter we „Wstrętnych mężczyznach”. Gdy kobieta robi to, co on chce, jest względny spokój. Ale któregoś razu wyraża swoje zdanie. „To, co nastąpiło później, było najgorszym, najbardziej poniżającym strumieniem wyzwisk, jaki kiedykolwiek usłyszałam, i miało na celu zabicie mojej duszy” – opowiada jedna z bohaterek książki. Inna: „Traktował mnie jak księżniczkę i jak więźniarkę. Pozwoliłam mu mieć absolutny wpływ na to, jak się czuję”.

 
„Jeśli nie będziesz zachowywać się tak, jak chcę, będziesz cierpieć” – o tej niebezpiecznej w skutkach groźbie pisze Susan Forward w książce „Szantaż emocjonalny”. Jeśli nie podporządkujesz się jego woli, jesteś samolubną, nieczułą egoistką, a nawet wredną suką, dziwką, złą matką. Przypomina to tresowanie psa. To dlatego przeciwstawienie się szantażowi emocjonalnemu jest tak trudne: trzeba uznać, że być może jestem suką, ale dłużej nie zgadzam się na takie traktowanie. W ten sposób odzyskuję swoją siłę – to ja i tylko ja decyduję, co jest dla mnie dobre, a co złe. Najbardziej niebezpiecznymi manipulatorami mogą być nasi najbliżsi. Mogą grozić, że utrudnią nam życie, jeśli nie zrobimy tego, czego chcą. Będą zaniedbywać siebie, obowiązki, zrobią sobie krzywdę, popadną w depresję. Chcą więcej niezależnie od tego, ile im dajemy. Wpadamy w poczucie winy i ulegamy. Toksyczni ludzie – kochankowie, szefowie, rodzice – mogą obiecywać nam miłość, prezenty, pieniądze, karierę, ale tylko wtedy, gdy będziemy zachowywać się zgodnie z ich wolą. Niekończąca się seria testów i żądań, mnóstwo obietnic, ale trzeba spełnić warunki, warunki, warunki, ciągle nowe i bardziej wyrafinowane.

Są jeszcze cierpiętnicy. „Zgadnij, co mi zrobiłeś?” – tę grę opanowali do perfekcji. Przygnębieni, milczący, często ze łzami w oczach wycofują się, kiedy nie realizujemy ich oczekiwań. Cierpiętnicy mogą z pozoru wydawać się słabi, ale tak naprawdę to odmiana tyranów.

Wredni stosują negatywne porównania: „spójrz na nią, ona to potrafi!”. Nie jesteśmy tak dobrzy jak inni, niepokoi nas to i czujemy się winni. Często postępują w ten sposób ci, którzy zarządzają ludźmi w pracy. Negatywne porównania wywołują fatalną atmosferę, zazdrość i rywalizację. Możemy nagle zauważyć, że staramy się osiągać nierealistyczne normy wyznaczane przez szefa, który podjudza pracowników przeciwko sobie nawzajem. Wredni ludzie manipulują nami tak, że koncentrujemy się na ich potrzebach, natomiast opuszczamy siebie; ulegamy chwilowej iluzji bezpieczeństwa, jakie uzyskaliśmy, poddając się.

Przychodzi lęk do głowy

Trudno w to uwierzyć, ale ci silni, kontrolujący, manipulujący ludzie są zalęknieni i głodni bliskości, bezradni, obawiają się, że ich zranimy albo opuścimy. W swoich głowach słyszą przewijającą się taśmę: „To się nie uda. Nigdy nie dostanę tego, czego chcę. Nie wierzę, że innych obchodzi, czego pragnę. Nie mam tego, co jest mi niezbędne, bym mogła realizować moje potrzeby. Nie wiem, czy potrafię znieść sytuację, w której stracę coś, czego pragnę. Nikt nie dba o mnie tak, jak ja dbam o innych. Zawsze tracę tych, na których mi zależy”. Pełni niechęci, a nawet pogardy w stosunku do siebie, czują się zagrożeni. Postawą: „jestem lepszy od ciebie”, maskują przekonanie: „jestem od ciebie gorszy”.

Dlaczego więc im ulegamy? Ponieważ nadmiernie pożądamy aprobaty. Boimy się złości. Pragniemy mieć spokój za wszelką cenę. Przejmujemy przesadną odpowiedzialność za życie innych. Nie czujemy się dobrze ze sobą, nie wierzymy, że zasługujemy na miłość. Ustępujemy, bo przecież on miał takie straszne życie; lepiej ustąpić, niż zranić jego uczucia. Jednak cena za uległość jest bardzo wysoka. Ciągłe przebywanie w towarzystwie toksycznej osoby może być przyczyną licznych chorób psychosomatycznych – piszą wszyscy autorzy książek o wrednych ludziach. Mogą męczyć nas chroniczne bóle głowy, nudności, bóle krzyża, możemy odczuwać suchość w gardle, skarżyć się na wysypki, ataki astmy, alergiczny kaszel, ospałość, utratę energii, depresję. Możemy cierpieć na bóle żołądka, zaburzenia łaknienia, choroby serca, a nawet wyhodować raka z powodu tłumionego sprzeciwu czy gniewu. Ulegając, nagradzamy i wzmacniamy wrednych ludzi.

Wredność jest niebezpieczna, bo zaraźliwa. Jeśli jesteśmy szantażowani w pracy, często po przyjściu do domu odgrywamy się na dzieciach. Jeśli mamy złe relacje z rodzicami, negatywne emocje przelewamy na partnera. Sami stajemy się toksyczni, odreagowując swoje frustracje na kimś słabszym czy bardziej wrażliwym.

Lillian Glass zwraca uwagę, że w każdej chwili sami jesteśmy narażeni na wredność. Uratować może nas jedynie… uczciwość wobec siebie, która oznacza, że w żadnych okolicznościach nie będziemy zgadzać się na towarzystwo innych tylko dlatego, że mogą być dla nas użyteczni. Ludzie potrafią odebrać subtelne sygnały ukryte w naszych gestach i tonie głosu, wiedzą, czy ich lubimy, czy nie; czy mamy na względzie ich dobro, czy – wręcz przeciwnie – chcemy ich wykorzystać do własnych celów. „Ludzie nie są kamieniami w rzece, po których przechodzi się, po czym je odtrąca” – przypomina Glass. I radzi: „Wiąż się tylko z osobami, które wzbogacają cię, które cenisz, szanujesz i podziwiasz”.

Polecamy książki: Lillian Glass „Toksyczni ludzie”, Rebis; Susan Forward „Szantaż emocjonalny”, GWP; Jay Carter: „Wstrętni mężczyźni” i „Wstrętne kobiety”, Helion; John Hoover „Trudni ludzie”, Helion; Susan Forward „Toksyczni rodzice”, Santorski & Co; Patricia Evans „Toksyczne słowa”, Czarna Owca; Roy H. Lubit „Toksyczni ludzie. Jak z nimi współpracować”, One Press.

  1. Psychologia

Życie to nie regaty, żegluj przez nie we własnym tempie. Jak żyć, żeby nie dać się złym nastrojom

Właściwie każdy człowiek, który wprowadzi się w zbyt szybki bieg – wbrew swoim biologicznym rytmom, wbrew naturalnym zmianom pór roku – zaczyna dostawać zadyszki, potykać się, upadać... (Fot. iStock)
Właściwie każdy człowiek, który wprowadzi się w zbyt szybki bieg – wbrew swoim biologicznym rytmom, wbrew naturalnym zmianom pór roku – zaczyna dostawać zadyszki, potykać się, upadać... (Fot. iStock)
Nadmierne tempo życia jest sprzeczne z ludzką naturą, przynosi złe skutki. A depresja to nasza nauczycielka, tylko bardzo okrutna, bo przychodzi często wtedy, gdy jesteśmy już wrakiem człowieka – kompletnie zużyliśmy życiową energię. Rozmowa z psycholog Ewą Woydyłło.

Artykuł z archiwalnego numeru magazynu "Sens." Przypominamy go w lutym - Miesiącu Walki z Depresją.

Świat narzuca dziś zawrotne tempo życia, pośpiech... Czy to nie sprzyja depresji? Oczywiście, że tak. Ale nie zawsze to świat narzuca takie tempo, czasami sami fundujemy sobie ten kit, goniąc wciąż za sukcesami. A one mają to do siebie, że nie tyle zaspokajają nasze potrzeby, ile stymulują nowe. Sukces jest jak narkotyk – jeśli go spróbujesz i ci zasmakuje, to sięgasz po następną dawkę. I tym sposobem stajesz się niewolnikiem gonitwy. Ten pośpiech nie musi mieć wcale fizycznego wymiaru prędkości, bo to może być siedzenie przy klawiaturze czy gotowanie, ale samo nastawienie, że ma być więcej, lepiej, szybciej... powoduje, że bierzesz udział w jakimś wyścigu, maratonie. W każde osiągnięcie trzeba włożyć dużo energii, tak więc osoba, która żyje w zawrotnym tempie, jest narażona na depresję w pierwszym rzędzie, bo zużywa energię, a nowej organizmowi nie dostarcza. Jeśli ktoś co wieczór zasuwa do dyskoteki, rano niewyspany biegnie do pracy, a potem jeszcze na areobik czy siłownię, to nawet gdy jest młody i zdrowy – w sensie psychicznym eksploatuje się. To tak jak z kopalniami – pokłady węgla mogą być bardzo bogate, ale po nieustannym wydobywaniu, wreszcie się wyczerpią.

A jeśli w moim kalendarzu – wypełnionym wprawdzie po brzegi – znajdą się oprócz obowiązków także zajęcia sportowe, kino czy pogaduszki z koleżanką? Jeśli masz kalendarz wypełniony obowiązkami codziennie od góry do dołu i to przez długi okres, to żeby nie wiem co, grozi ci wypalenie. Nawet gdy ułożysz najbardziej racjonalny grafik, w którym znajdzie się i praca, i sport, i wakacje..., ale narzucisz sobie reżim w realizacji zapisanych zadań, to jest absolutnie oczywiste, że któregoś dnia organizm wystawi ci za to słony rachunek.

Dlaczego? Bo reżim rodzi stres, a ten sprzyja depresji. W kalendarzu powinny się znaleźć wolne okienka – kiedy do nich dochodzisz, dopiero wtedy zastanawiasz się, co masz ochotę w tym czasie zrobić. Do planu zajęć należy podchodzić bez zbytniego napięcia, traktować go elastycznie. No bo co z tego, że w szczegółach zaplanujesz sobie tydzień czy miesiąc, jak nagle zadzwoni przyjaciel i powie: „słuchaj, mam wolny bilet na przegląd filmów w Kazimierzu”, a ty przecież tak bardzo kochasz kino? Co z tego, że w kalendarzu masz zapisane: środa, godz. 17 – turniej squasha, kiedy rozkłada cię temperatura i słaniasz się na nogach? Jeśli dowiedziałabym się, że przyjacielowi umarł pies i mogłabym jakoś mu pomóc, to cokolwiek by się działo, odłożyłabym coś, nie zdążyła, przesunęła termin... Zdarzają się sytuacje, które całkowicie zmieniają twój grafik. Albo okaże się, że plan jest może i dobry, ale źle dopasowany do twojej aktualnej dyspozycji psychicznej, fizycznej czy duchowej.

Aby przedstawić najlepszy obrazowy model tego, jak trzeba żyć, chętnie używam metafory nawigacji w żeglowaniu: wyruszenie z przystani i obranie sobie celu nie oznacza, że dopłyniemy do niego najkrótszą drogą. Musimy podporządkowywać swój zamiar temu, co spotka nas po drodze: rafa, wyspa, szkwał lub flauta, może też zdarzyć się jakaś usterka jachtu, którą trzeba usunąć, czasem musimy się nawet cofnąć... – mimo tych przeszkód nadal chcemy tam dopłynąć i na pewno dopłyniemy, chociaż nadkładając drogi. Ale jeśli wystartujemy w regatach, to już istnieje duże ryzyko, że będziemy narażeni na ciągły stres. Jaki stąd morał? Żegluj przez życie, ale nie czuj się jak na regatach. I jeśli Kowalski dopłynie szybciej, to świetnie. W porcie zapytasz go, jak mu się płynęło.

Kto najczęściej narzeka na spadek formy psychicznej? Z całą pewnością osoby nadmiernie ambitne. Także perfekcjoniści, którzy nie tylko lubią robić wszystko jak najlepiej, ale cokolwiek robią, chcą być w tym doskonali. A to niemożliwe, bo doskonałość jest z założenia nieosiągalna. Chodzą więc wciąż niezadowoleni. Następna cecha sprzyjająca depresji to poczucie niskiej wartości... – ludzie, których dotyka ten syndrom z powodu różnych zresztą okoliczności życiowych, cały czas usiłują coś komuś udowodnić i wtedy wkraczają w toksyczne koło. W gronie bardziej podatnych na tę chorobę są również ci, którzy noszą w sobie poczucie krzywdy i za pomocą rozmaitych osiągnięć chcą coś sobie wynagrodzić. W zawrotne tempo wciągają się również ludzie, którzy złe wzory, zasady organizowania sobie życia wynieśli z rodzinnego domu: skoro mama i tata wciąż za czymś gonili, to trudno się potem dziwić, że młodzi ludzie też pędzą przez życie. Właściwie każdy człowiek, który wprowadzi się w zbyt szybki bieg – wbrew swoim biologicznym rytmom, wbrew naturalnym zmianom pór roku – zaczyna dostawać zadyszki, potykać się, upadać... Nadmierne tempo życia jest sprzeczne z ludzką naturą. To musi pociągnąć za sobą złe skutki.

Ale świat wymusza na nas pewne zachowania... Nie, nie wymusza, on nam tylko je oferuje, a wybór, co z tej oferty weźmiemy dla siebie, zależy tylko od nas. To nie znaczy, że mamy zamykać się w pustelni, ale też nie wolno ulegać wszystkiemu, co daje współczesny świat, bo wtedy ryzykujemy, że zmęczy nas bycie sobą i pewnego dnia ockniemy się kompletnie bez sił, w stanie totalnego wyczerpania.

Jak więc iść przez życie, by się nie przewrócić? Najważniejsze: słuchać samych siebie. Trzeba mieć zdolność wyławiania informacji, które ciało, umysł i dusza przekazują poprzez uczucia i emocje, jakie się w nas pojawiają. One właśnie sygnalizują napięcia, przesadną ambicję, nadmierny wysiłek czy wybór kierunku, który de facto wcale nie jest zgodny z naszym systemem wartości, bo np. wszyscy mają po dwa samochody, to ty też chcesz – bierzesz więc dodatkowe prace, by na niego zarobić.

Musimy nauczyć się czytać w swoich uczuciach, dopuszczać do głosu tę mowę ciała i duszy, bo tylko wtedy będziemy wiedzieć, co się z nami naprawdę dzieje. Jeśli ktoś stale pędzi, to nie wie, czy mu się guzik urwał czy nie, czy skaleczył sobie nogę czy nie – dopiero jak dopędzi do celu, widzi, że ma krwawiącą ranę i bąble na stopach. Powtarzam więc, że najważniejsze to nauczyć się języka własnych uczuć.

Czasami też pomagają okoliczności zewnętrzne lub bliscy ludzie. Niekiedy właśnie im zawdzięczamy to, że w pewnym momencie zwalniamy. Na przykład mama, która powie: „oj, dziecko, chyba za dużo pracujesz” albo: „popatrz, nie widziałyśmy się już tak dawno”... A ja na to: „Mamo, bardzo chciałabym częściej się z tobą spotykać, ale mam tyle różnych obowiązków...”. I to właśnie trzeba w sobie usłyszeć. I wiedzieć, że zachodzi tutaj typowe zjawisko: mechanizm obronny odrzuca prawdę. Stawiasz przed sobą krzywe zwierciadło, które ci pokazuje rzeczywistość taką, jaką chcesz widzieć.

Ordynator mówi do pielęgniarki: „Pani Haniu, pani dzisiaj znowu w pracy?! Oj, za dużo bierze pani tych dyżurów”. A pani Hania: „Ale ja muszę kupić synowi nowe dżinsy, a córka marzy o deskorolce”, no i koło się zamyka. Bardzo często nie słyszymy, co tak naprawdę sygnalizują nam ludzie, którym na nas zależy. A właśnie poprzez słowa, jakie do nas kierują, możemy rozpoznać własne uczucia. Żeby to jednak zrobić, trzeba siebie znać i siebie słuchać.

I wiedzieć, kiedy zwolnić lub się zatrzymać? Tak. Jeśli ktoś nie umie się zatrzymać, to musi się tego nauczyć. Nie ma innego wyjścia. Tak jak musi nauczyć się angielskiego, gdy chce czytać Faulknera w oryginale. Depresja to odpowiedź duszy – na krzywdę, nadużycie, udrękę, umęczenie, odpowiedź, której nie da się nie usłyszeć. Depresja to nasza nauczycielka, tylko bardzo okrutna, bo przychodzi często wtedy, gdy jesteśmy już wrakiem człowieka, kiedy przypominamy drzewo z wypalonym pniem – kompletnie zużyliśmy życiową energię. Ale dopóki serce bije, dopóty jest szansa na ratunek. Tak więc czasem depresja nam się przydaje, bo gdybyśmy nie mieli takiego ratownika, który łapie nas mocno w kleszcze i nie pozwala zrobić kroku dalej, to pewnie byśmy ten krok zrobili i... runęli w przepaść.

Co z tego, że chciałabym popatrzeć na góry, posłuchać swoich myśli, jak wciąż muszę robić coś innego. Coś zawsze będzie kosztem czegoś. Albo kosztem siebie, albo kosztem tego, co uważam, że muszę. W pewnym momencie trzeba się zatrzymać i tak jak w każdej chorobie powiedzieć: „dziś nie pojadę do pracy, bo mam grypę”.

Jeśli damy sobie prawo, żeby się wyłączyć, zostawić, odwrócić, to poddamy się temu naturalnemu procesowi odzyskiwania siebie. Są ludzie, którzy tego nie umieją lub się boją z czegoś zrezygnować, bo uważają, że im coś przeleci, przepadnie i potem już tego nie złapią, nie odzyskają, np. że ktoś zajmie ich miejsce pracy albo przedsiębiorstwo upadnie, gdy wezmą sobie tydzień wolnego. Właśnie takie osoby najczęściej dopada depresja. A kiedy już je dopadnie, to i tak przecież nie będą mogły wstać z łóżka i pójść do pracy. To wszystko wynika właśnie z naszego wyścigu przez życie. Z tego maratonu trzeba się czasami wyłączyć, niekiedy nawet zaryzykować, że może rzeczywiście ktoś zajmie twoje miejsce, ale wtedy ty ocalisz siebie.

Jak nauczyć się czytać siebie? Wsłuchanie się we własne myśli i uczucia wymaga uwagi. Jeśli poświęcasz ją czemuś innemu, np. pracy, to oczywiście trudno obrócić ją ku sobie. Czytanie siebie następuje w harmonii, w wyciszeniu, skupieniu... – w uspokojeniu systemu nerwowego. Każdy sam musi znaleźć sposób i miejsce, w którym najlepiej siebie słyszy.

Dawniej ludzie siadali sobie co jakiś czas na przyzbie i patrzyli w dal. Wychodzili wieczorną porą pogapić się na rozgwieżdżone niebo. Podczas sprzątania domu ktoś nagle zastygał z miotłą pod brodą i trwał tak przez długą chwilę, zasłuchany we własne myśli. Takie momenty mogą być drogocennym źródłem wyciszenia i refleksji – inaczej nie sposób ich w sobie wzbudzić. Niezadowolenie z życia, które się przeradza w chandrę, przygnębienie, smutek, dół, pogorszenie nastroju – wynika tak naprawdę z tego, jak sami sobie poukładaliśmy w głowie.

  1. Psychologia

Etapy życia kobiety - co wnosi każdy z nich?

Na każdym etapie życia i rozwoju poznajemy, odkrywamy inny kawałek siebie. (fot. iStock)
Na każdym etapie życia i rozwoju poznajemy, odkrywamy inny kawałek siebie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Etapy życia kobiety niekoniecznie zależą od wieku. Odchodzą i powracają, uczą. Nie ma faz lepszych lub gorszych. Na każdym etapie rozwoju odkrywamy inny kawałek siebie.

Przez pierwszych trzydzieści parę lat my, kobiety, jesteśmy w rolach, które często zbytnio nas „zagarniają”. Jesteś przed trzydziestką, a czujesz, jakby twoje życie nie należało do ciebie: zapracowana, nadmiernie oddana mężowi, dzieciom albo korporacji, gubisz po drodze sens tego wszystkiego i uwiera cię własna dusza. Około 35. urodzin wchodzisz w etap matkowania… własnej tożsamości. Kierowana potężną energią od środka, nabierasz dystansu do swojej fizyczności, ról, które odgrywasz. W twoim życiu krystalizuje się perspektywa ,,ja”, zadajesz sobie pytania: „kim jestem poza tymi rolami?”, „czego chcę?”, „dokąd zmierzam?”. Jeśli w naturalny sposób zaakceptujesz ten etap, perspektywa ,,ja” zacznie ustępować miejsca ,,byciu dla świata”, czyli służeniu ludziom swoją mądrością i życiowym doświadczeniem.

29-letnia Iwona została szefową zespołu w dużej agencji reklamowej. Kilka dni później zachorowała na grypę. – Nie pamiętam już, kiedy byłam tak poważnie chora – mówi. – Gorączka około 40 stopni nie spadała mi prawie przez tydzień. W malignie miałam wizję siebie jako małej dziewczynki, która zgubiła się w supermarkecie. To było przerażające doświadczenie.

Po chorobie Iwona długo nie mogła dojść do siebie. Minął miesiąc, a praca, która do tej pory tak ją cieszyła, przestała dawać dobrą energię. – Nie pomagały przepisane przez lekarza witaminy ani ziołowe preparaty na wzmocnienie. Po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się, czy moje życie ma sens. Najpierw prestiżowa szkoła średnia, potem elitarne studia, praca w korporacji, czasami po 12 godzin na dobę. Nie miałam czasu na poważny związek, na przyjaciół. Nie wiedziałam nawet, czy kiedykolwiek chcę mieć rodzinę, dzieci. Przyjaciółka namówiła ją na wzięcie bezpłatnego urlopu i samotny wyjazd w góry. Iwona wiedziała, że potrzebuje czasu, by zrobić bilans swojego życia i zastanowić się, co dalej.

Zatrzymaj się w biegu

Jolanta Włoch, psycholożka, terapeutka: Choroba pojawia się często na pewnym etapie rozwoju kobiety jako eskalacja wewnętrznego kryzysu. Jakby ciało było ostatnim głosem zmuszającym do zatrzymania się w biegu, wsłuchania w wewnętrzne potrzeby.

Współczesny świat zerwał z naturalnym przechodzeniem ludzkiego życia przez jego kolejne fazy: od długiego dzieciństwa, przez dojrzewanie połączone z oczekiwaniem na przywileje dorosłości, poprzez dojrzałość, aż do starości przygotowującej do śmierci. Teraz od dzieci szybko oczekuje się samodzielności, realizacji zadań, a równocześnie, dużo wcześniej niż kiedyś, dopuszcza się je do obszarów dawniej zarezerwowanych dla dorosłych (moda, zarabianie i posiadanie pieniędzy, kontakt z „dorosłymi” tematami w telewizji, internecie). Wcześniej też zaczyna się faza młodości, w której niemal wszystko już wolno (dochodzi do inicjacji seksualnej i alkoholowej). Zaczyna i zdaje się nie mieć końca, jakby broniła się przed przejściem w dojrzałość. Na randki bez zobowiązań, shopping i imprezki z zarywaniem nocy chodzą zarówno gimnazjaliści, jak i 40-latkowie.

Teresa Raczkowska, psycholożka, psychoterapeutka: Rozwój to scalanie wszystkich aspektów naszej osobowości. Żeby być w dobrej relacji ze światem, nie trzeba wyrzekać się samej siebie. Najczęstsze przeszkody stojące na drodze rozwoju wynikają z: braku akceptacji kobiecości przez matkę, oczekiwania szybkich rezultatów, przekonania o braku wpływu czy znaczenia naszych działań z powodu doznanych porażek oraz niezrozumienia, a przez to niechęci do samych siebie i ucieczki od tego, co w nas prawdziwe.

A tymczasem na każdym etapie życia, bez względu na wiek, warto raz na jakiś czas się zatrzymać, odsunąć wszystko, co zagłusza, i odkryć swoje miejsce błogości – czyli z czym lub kim i kiedy jest ci naprawdę dobrze, szczęśliwie, autentycznie.

38-letnia Agnieszka przyszła do gabinetu z powodu alkoholizmu męża, ale szybko okazało się, że nie to jest jej największym problemem. – Przez 15 lat małżeństwa byłam praczką, kucharką, pielęgniarką, terapeutką, ale mam tego dość – powiedziała. – Chcę wreszcie zacząć żyć swoim życiem, dbać o siebie, realizować marzenia, wyleczyć zęby, kupić sobie modny ciuch. Coraz mniej mnie obchodzi, czy on przestanie pić. Czy jestem wstrętną egoistką?

Kobieta w kryzysie

Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka: Doskonale rozumiem obawy Agnieszki. Dla wielu z nas, od dzieciństwa wtłaczanych w rolę altruistek (uległych, podporządkowanych, zależnych), wewnętrzna potrzeba zadbania o siebie to proces, który trudno zaakceptować. Każdego tygodnia przychodzą do mnie kobiety około czterdziestki, które z przerażeniem odkrywają, że coś się w nich zmieniło, że przestały być takie jak dawniej, że stary scenariusz na życie przestał się sprawdzać, a nowego jeszcze nie mają...

Męskie kryzysy zwykle przychodzą ze świata: strata pracy, bankructwo firmy, konflikty w małżeństwie. W takich chwilach mężczyzna rzuca się w wir działania, analizuje sytuację, opracowuje strategię, zawsze ma plan B. Nasze kobiece kryzysy czają się w duszach, wywodzą się z wnętrza i w końcu, jeśli je bagatelizujemy, materializują się w zewnętrznym świecie. Mężczyźni po czterdziestce, po czasie pogoni za młodością (szalonym romansie z młodą sekretarką, kupnie sportowego samochodu) w końcu godzą się z upływającym czasem, zaczynają czerpać satysfakcję z tego, co udało im się osiągnąć, a od życia oczekują stabilizacji i spokoju. Kobiety mają odwrotnie. Budzą się nagle jak księżniczki ze stuletniego snu, mniej lub bardziej zbuntowane.

Maria jest znaną aktorką. Wkrótce skończy 55 lat. Wygląda na osobę znacznie młodszą. – Wie pani, w tym zawodzie wygląd to podstawa – tłumaczy. – Mówią, że masz tyle lat, na ile się czujesz. A ja niczego nie czuję, jestem w środku pusta. Kiedy gram na scenie, podziw fanów odejmuje mi lat. Gdy wieczorem wracam do wielkiego, pustego mieszkania, dopadają mnie demony realnego życia. Mąż, starszy o 20 lat. Jedyne, czego pragnie od życia, to spokojnie doczekać śmierci. Córka, niby dorosła kobieta, nie zasypia bez kilku drinków i ciągle jest na moim utrzymaniu. Na drugim końcu Polski mam kochanka, młodszego od mojej córki, który oczekuje ode mnie seksu, a ja nie wiem, czy tego chcę.

Kilka miesięcy temu odezwał się do mnie dawny narzeczony. Trzydzieści lat temu planowaliśmy wspólne życie. Tydzień przed ślubem zniknął. Dlaczego pojawił się właśnie teraz?

W pogoni za młodością

Ewa Klepacka-Gryz: Maria kompletnie pogubiła się w życiu. Nie wie, kim jest, czego potrzebuje, dokąd zmierza. Nieustanna walka z upływającym czasem przysłania jej prawdziwe pragnienia. Pod maską scenicznego makijażu ukryła prawdziwą twarz. Dramat tej sytuacji polega na tym, że ukrywa ją także przed sobą. Dopóki nie będzie gotowa skonfrontować się ze swoimi demonami, zatrzymać się w gonitwie za umykającą młodością, pomieścić w sobie swój ból, rozczarowania i cierpienie, żaden terapeuta jej nie pomoże.

Jolanta Włoch: Zgodnie z fazami życia kobiety, według Joan Borysenko, autorki książki ,,Księga życia kobiety”, rozwój nigdy się nie kończy i każda faza życia ma swój sens i urok. Nie warto trzymać się kurczowo i w nieskończoność młodości, bo kiedy będzie czas na smaki dojrzałości i starości? Gdy dziś patrzę na swoją twarz, na której jest milion zmarszczek, cieszę się z każdej z nich i nie zamieniłabym dojrzałej fazy życia na żadną wcześniejszą. Każda z moich zmarszczek na twarzy i duszy przyczynia się do bycia szczęśliwą kobietą. Mojej rocznej wnuczce życzę właśnie takiego harmonijnego, niespiesznego przechodzenia przez wszystkie fazy kobiecego rozwoju.

Recepta na zmiany

Kiedy pewnego dnia dysonans pomiędzy wyglądem, samopoczuciem i powinnościami obudzi cię o czwartej nad ranem – ogarnie cię paniczny lęk. Coś ci podpowie, że zabrnęłaś w ślepą uliczkę i dalej tak być nie może. Wewnętrzny głos szepcze: „stój, zatrzymaj się, posłuchaj, co ci w duszy gra”. Role, jakie narzuciło ci życie: bycie matką, perfekcyjnym pracownikiem, gospodarną żoną – sprawiają, że nie wiesz, kim naprawdę jesteś. Na dodatek dobija się do ciebie twoja przeszłość; pojawia się dawny narzeczony, wracają niezrealizowane marzenia, wątpliwości, czy twoje małżeństwo albo praca, ta sama od lat, to na pewno to, o co ci w życiu chodzi. Nagle ożywa w tobie bunt nastolatki; chcesz tańczyć, myślisz o zmianie zawodu, partnera, miejsca zamieszkania. Właśnie owa potrzeba zmian najbardziej cię przeraża. Co się dzieje? Tkwisz w teraźniejszości i pragniesz zmian, jednocześnie bardzo się ich bojąc.

– Tymczasem rozpoznanie, kim jesteś, i akceptacja własnych potrzeb są warunkiem rozwoju – mówi Jolanta Włoch. – Odpowiedz sobie choćby na proste pytania, np. „Czy jesteś introwertyczką czy ekstrawertyczką?”. Czyli: czy lepiej czujesz się sama ze sobą lub w kameralnym gronie, czy wśród bardzo hałaśliwego tłumu? Czy potrzebujesz wciąż nowych bodźców, bo inaczej się nudzisz, czy też możesz spędzać kolejne wakacje w tym samym odludnym miejscu, z książką? Jeśli jesteś – jak ja – introwertyczką z małą potrzebą stymulacji, nie powinnaś żyć w stylu ciągle głodnej wrażeń ekstrawertyczki, bo się unieszczęśliwisz.

Jeśli rozpoznasz, który etap, bez względu na metrykę, właśnie przechodzisz, znajdziesz się bliżej siebie. Twoi przyjaciele jadą całą bandą w Himalaje? Jeśli jesteś „z innej bajki”, miej odwagę z tego zrezygnować.

Dla świata czy dla siebie?

Mężczyzna określa swoją wartość poprzez sprawczość, działanie w świecie zewnętrznym, natomiast kobieta – poprzez relacje.

Kiedy jesteś małą dziewczynką, to matka (przekonaniami czy zachowaniami) pokazuje ci, jak to jest być kobietą. Przez pierwszych 20 lat życia szukasz autonomii, a podstawowe pytanie, jakie sobie zadajesz, to: „Czy chcę być miła, grzeczna i uległa (tak jak chciała matka) czy raczej autentyczna?”. Przez kolejnych 10 lat szukasz partnera na życie, który nauczy cię, jaką masz być kobietą dla niego (bo matka właśnie tego nauczyła cię oczekiwać od mężczyzny). Dodatkowo próbujesz odnaleźć swoją tożsamość zawodową – dobry pracownik, czyli jaki? Spełniający bez sprzeciwu polecenia szefa czy kreatywny, twórczy, niezależny? W imię dbania o relacje twój wewnętrzny system wartości często zostaje wystawiony na bolesne próby, no bo czy masz być wierna sobie czy innym? Dopóki nie znajdziesz kompromisu w tej sprawie, wewnętrzny głód domagać się będzie zaspokojenia, a lęk przed nieznanym zakłóci twój spokój. Zaczniesz sama siebie sabotować, pojawią się wątpliwości: ,,Czy ja nie zwariowałam?” i rozdźwięk pomiędzy tym, kim jesteś, a kim chciałabyś być.

Rozwój kobiety nie jest wyznaczany metryką urodzenia, wyglądem, stanem posiadania, stażem w związku czy ilością ról do spełnienia. Czasy, kiedy dokładnie było określone, co wypada 20-latce, a czego nie powinna robić 40-latka, na szczęście powoli odchodzą do lamusa. Na każdym etapie życia i rozwoju poznajemy, odkrywamy inny kawałek siebie. Jak pisze Joan Borysenko w „Księdze życia kobiety”, rozwój zmierza do ostatecznego końca, czyli do odkrycia własnej tożsamości.

Od nigredo do coniunctio

Rozwój kobiety to – według Moniki Gajdzińskiej, autorki książki ,,Jestem kobietą. Prawdziwe historie. O związkach, nadziejach, marzeniach, odwadze i przyjaźni” – alchemiczny proces przemiany. Na początku drogi jesteś prima materią – pierwotną materią, która wymaga obróbki, uszlachetnienia. Nie wiesz jeszcze, jaka jest twoja osobista droga, rola w większym planie.

Kiedy jesteś na to gotowa – pojawia się ZMIANA. Wydarza się coś, co wywraca życie do góry nogami (choroba, śmierć kogoś bliskiego, bolesny rozwód, utrata pracy). To (zgodnie z alchemicznym nazewnictwem) faza podgrzewania materii, czernienia – faza nigredo. Nie masz pojęcia, co ze sobą zrobić. Płaczesz, dopada cię depresja, czujesz, że jesteś w sytuacji bez wyjścia. Wtedy najlepiej nie robić nic, cierpliwie poczekać.

To kryzys – moment, kiedy stare przestaje działać, a nowe jeszcze się nie pojawiło. Ważne, byś powstrzymała się od działania na oślep, nie wybierała pierwszego lepszego rozwiązania. Jeśli wsłuchasz się w siebie, pozwolisz sobie na przeżycie wszystkich emocji, nawet tych najtrudniejszych, pojawi się kolejna faza – faza albedo (wybielenie, srebrzenie).

Z pustki zacznie wyłaniać się nowy porządek. Jeśli całą sobą poczujesz, że nadeszła odpowiednia pora, że jakaś propozycja czy nawet najbardziej zaskakujący pomysł jest tym, czego potrzebujesz, by odbić się od dna – działaj. Wkroczysz wtedy w fazę rubedo – czerwienienia.

Zaczniesz wprowadzać w życie wielką zmianę. Podejmiesz nową pracę, otworzysz się na nową miłość, zaczniesz malować, wyjdziesz do ludzi. Jeśli wytrwasz na tej drodze pomimo chwil zwątpienia, może uda ci się osiągnąć ostatnią fazę alchemicznego procesu – fazę coniunctio, czyli najczystszego złota.

Umów się na darcie pierza

Kiedy świat przestaje cię rozumieć, ba, ty sama siebie nie rozumiesz, szukaj… innych kobiet!

„Kobiety zawsze spotykały się i dzieliły doświadczeniem” – pisze Monika Gajdzińska – „Ta potrzeba jest częścią naszej natury. W wielu z nas do dzisiaj pozostała tęsknota za bliskością płynącą z godzin spędzanych wspólnie przy darciu pierza, opiece nad dziećmi, codziennych obowiązkach i pracy”.