1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Seks bez kompleksów. Czy to w ogóle możliwe?

Seks bez kompleksów. Czy to w ogóle możliwe?

Wiele kobiet, które  ogląda magazyny albo zdjęcia w Internecie z wyretuszowanymi wizerunkami kobiecego ciała, ma problem z akceptacją swojego ciała. (Fot. iStock)
Wiele kobiet, które ogląda magazyny albo zdjęcia w Internecie z wyretuszowanymi wizerunkami kobiecego ciała, ma problem z akceptacją swojego ciała. (Fot. iStock)
Smukli kochankowie w scenach łóżkowych, porady, w jakiej pozycji będziesz najlepiej wyglądać w sytuacji intymnej… Presja idealnej sylwetki dosięga nas nawet w sypialni. Tymczasem dobry seks nie ma nic wspólnego z proporcjami ciała – przekonuje sex coach Marta Niedźwiecka. Jak wyrzucić z łóżka kompleksy? Zacznij od oswojenia nagości.

Latem rośnie ochota na seks. Czy dlatego, że bardziej odsłaniamy ciało? Wiosenno-letnią zwyżkę libido powoduje zarówno ciepło i słońce – jako mieszkańcy zimnego kraju bardzo za nimi tęsknimy – jak i nieuchronne przy tej okazji odsłanianie ciała. Także zamiana rytmu dobowego i lżejsza dieta bardzo wzmagają zainteresowanie seksem. Więcej się ruszamy, a aktywność ożywia ciało, więc natychmiast bardziej nam się chce. Poza tym działają też afrodyzjaki społeczne: wysyp spotkań towarzyskich, wieczory poza domem, podróże, mnogość bodźców i inspiracji. Wiosna i lato to idealny czas na namiętność – żeby ją odkryć w sobie na nowo, jeśli przez długą zimę nieco przygasła.

Żyjemy pod presją szczupłego i jędrnego ciała. Czy to przenosi się na poczucie własnej atrakcyjności w seksie? Atrakcyjność ciała zawsze była połączona z pojęciem atrakcyjności seksualnej. Możemy debatować, czy to dobrze, czy źle, ale ludzie patrzą na siebie także pod kątem tego, czy mają ochotę z tą osobą pójść do łóżka, czy też nie. Jeżeli norma kulturowa jest bardzo restrykcyjna, czyli za właściwy uznawany jest tylko określony kształt i rozmiar piersi, pośladków, ust, rysy twarzy takie, a nie inne – to przestaje istnieć przestrzeń dla różnorodności. A przecież w odmienności jest powab. Podążając ślepo za nowoczesnym kanonem piękna, fundujemy sobie wieczną niepewność w zakresie ciała. Skoro nie wyglądam jak piękność, to jak mogę czuć się atrakcyjna i ponętna? Jeśli nie czuję się atrakcyjna, to jak mam odnaleźć pewność siebie w sypialni, gdzie jeszcze dodatkowo czuję się oceniana męskim spojrzeniem? To zaklęty krąg, z którego wyprowadzić nas może tylko zdrowy rozsądek i autentyczna akceptacja ciała.

Jest już cały zestaw badań pokazujących, że kobiety, które przez określony czas oglądały magazyny albo zdjęcia w Internecie z wyretuszowanymi wizerunkami kobiecego ciała, mają dramatycznie zaniżoną samoocenę, znikomą akceptację siebie i doświadczają całego spektrum trudnych emocji – od smutku do rozpaczy i gniewu. To, jak od kilku dekad kultura traktuje temat ciała, zahacza o perwersję.

Co masz na myśli? Pozornie żyjemy w wolności decydowania o naszych ciałach. Mogłoby się wydawać, że wszystkie dawne zasady dotyczące wyglądu i zachowania znikają, a ludzie Zachodu dysponują nieznaną dotychczas niezależnością cielesnego bycia tym, kim chcą być. Jednak to wszystko nie takie proste. W przestrzeni publicznej ludzkie ciało jest powszechnie eksploatowane jako scenografia reklamowa, utylizowane jako komunikat w mediach społecznościowych – po prostu używane jak przedmiot. Z drugiej strony nakładane są na nie rozliczne obostrzenia, którym my poddajemy się bez szemrania, niczym nasze prababki dające się sznurować w obciskające gorsety.

Teoretycznie możemy się ubrać, jak chcemy, i wyglądać, jak chcemy, ale kanon urody, kształtu kobiecego ciała jest jeszcze bardziej restrykcyjny niż pod koniec minionego stulecia. W latach 90. supermodelki wyglądały jak boginie i kobiety chciały wyglądać podobnie, jednak w większości wiedziały, że to raczej niemożliwe. Dziś niemal każde konto na Instagramie udowadnia nam, że perfekcyjny wygląd jest na wyciągnięcie ręki. Jeśli więc nie wyglądasz perfekcyjnie, to znaczy, że nie starasz się dość mocno. To już nie jest presja kulturowa, to raczej terror. I dotyka on zarówno nastolatek, których stosunek do ciała właśnie się kształtuje i które wzrastają wypełnione kompleksami i niepewnością, dwudziesto- i trzydziestolatek, które czują, że miesiąc po urodzeniu dziecka powinny zmieścić się w dżinsy z liceum, jak i kobiet dojrzałych, które dają się zastraszyć przemijaniu i inwestują fortunę w usuwanie jego śladów.

Za małe piersi, cellulit, oponka na brzuchu... Czy to wszystko ma znaczenie dla partnera? Będę radykalna: jeśli związałaś się z mężczyzną, który trudności relacyjne czy seksualne łączy z rozmiarem twojego biustu lub niedoskonałością skóry na pośladkach, to jesteś z niewłaściwym mężczyzną.

Ale idźmy dalej. Jeśli kobieta wierzy, że każdy mężczyzna, z którym mogłaby mieć relację, oceni ją według określonych norm kulturowych, to będzie się starała do nich dostosować, żeby zwiększyć swoje szanse na udany związek miłosny. Pozornie wszystko brzmi logicznie, ale warto tutaj się zatrzymać i chwilę pomyśleć. Czy żyjemy po to, żeby zadowolić innych ludzi? Czy związek, który zbuduję tylko na podstawie wyglądu, da mi szczęście? Moment, w którym odłączamy się od oczekiwań innych ludzi na nasz temat i zaczynamy uznawać swoje zasady, to moment prawdziwej wolności. Mamy prawo kochać swoje ciała w ich pełnej nieidealności. Bo każde ciało, także to perfekcyjnie sfotografowane, zoperowane, jest nieidealne – poci się, smuci, starzeje. Bo jesteśmy nieidealni i tacy chcemy być kochani.

Czy mężczyźni także odczuwają w łóżku kompleksy? Ich nigdy nie poddawano tak surowej ocenie pod względem wyglądu. W Polsce mamy nawet powiedzenie: „byle był ładniejszy od diabła”. Trudno porównywać tę sytuację z tym, jak wiele oczekuje się od kobiet pod kątem wyglądu, troski o siebie i atrakcyjności. Jednak mężczyźni też cierpią, bo stają w szranki o rozmiar penisa, czas erekcji, stan konta bankowego oraz pozycję społeczną. No i oczywiście to odwieczne pytanie, czy są wystarczająco męscy. Jednym zdaniem – im też doskwiera obawa przed byciem nieatrakcyjnymi i także czują się w łóżku niepewnie, zastanawiając się, czy sprostają wymaganiom. Warto zobaczyć, że obydwie płcie uganiają się za nieistniejącymi ideałami, by zdobyć aprobatę. A kiedy nawet ją osiągną, to nie są w stanie jej przeżywać, ponieważ w tym łóżku spotykają się dwie osoby, które udają kogoś innego, kogoś lepszego.

Łóżko to drugi, po plaży, obszar, gdzie nasze ciało bywa nagie. Na plaży możemy się owinąć w pareo, a co w łóżku? Jeśli w łóżku odczuwamy dyskomfort z powodu tego, jak prezentuje się nasze ciało, to musimy wrócić do początków. To znaczy, że potrzebujemy zobaczyć ciało nie jako kombinezon okrywający nasze „ja”, który powinien być dostosowany do obowiązujących trendów, tylko jako najbardziej namacalną i fizyczną jego emanację. Czując się niepewnie z ciałem, czujemy się niepewnie w wielu sferach życia. Doświadczając wstydu, zakłopotania, lęków – przeżywamy całą swoją nieadekwatność. Nie ma pareo, które to przykryje, ani makijażu, który to zatuszuje. Aby dotrzeć do miejsca, w którym przyjmiesz i zaakceptujesz wszystkie aspekty siebie – od wad charakteru poprzez obwód bioder – potrzebujesz sobie uświadomić, że twoje ciało to tak naprawdę ty.

Jak oswoić się z własną nagością? Jeśli jesteśmy dorośli i traktowanie własnej nagości jako naturalnej nie przychodzi nam z łatwością, warto zastanowić się nad przekonaniami, które za tym stoją. Możemy sądzić, że to „niepoważne” lub „nie przystoi, tak się obnosić ze swoim ciałem”, możemy nawet uważać, że w byciu nago jest coś niewłaściwego. Wiele zależy od tego, na ile aprobujący stosunek do ciała i nagości panował w naszym domu. Uporanie się z tymi przekonaniami – na przykład przez pytanie samego siebie, czy się z nimi zgadzamy – powinno nieco odciążyć nasz sposób myślenia. Po tym może nastąpić drugi krok: wizualne oswajanie się z widokiem ciała, takim jakim jest. Możemy oglądać się w lustrze po kąpieli, spacerować nago po mieszkaniu. Ważne, żeby powstrzymać się w tym czasie od negatywnych ocen i nie krytykować siebie samego.

Czy nagość na co dzień działa pobudzająco, czy powszednieje? Nie ma reguły. Będą osoby, które poczują dreszcze wzdłuż pleców za każdym razem, gdy zobaczą partnera czy partnerkę w negliżu, innym zaś to spowszednieje bardzo szybko. Z pewnością jedna aktywność powtarzana nieustannie raczej będzie nam się nudzić, więc jeśli z uroczego dezabilu chcemy zrobić afrodyzjak, to postarajmy się o odmianę.

Marta Niedźwiecka ukończyła studia podyplomowe z life coachingu na Collegium Civitas oraz uzyskała stopień Master Sex Coach na Sex Coach University afiliowanym przy Institute for Advanced Studies of Human Sexuality, San Francisco USA. Prowadzi sesje i warsztaty dla solistów i par. Współautorka poczytnej książki „Slow sex. Uwolnij miłość“

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Martyna Wojciechowska: "Wspieram, nie oceniam"

Martyna Wojciechowska:
Martyna Wojciechowska: "Pamiętam doskonale, jak powtarzałam, że dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pusta. Zawsze. I kiedy tylko trochę z niej ubędzie, to chcę ją od razu zapełnić. Tak bardzo byłam wszystkiego spragniona. Dzisiaj z pełną świadomością tego, że mówię coś zupełnie odwrotnego, twierdzę, że szklanka jest zawsze do połowy pełna. I cieszę się z tego, ile w niej mam". (Fot. Marta Wojtal)
Czego teraz wszyscy najbardziej pragniemy? Natury, wolności i słońca. Oto więc Martyna Wojciechowska, wcielenie tych trzech jakości. Dziś ma w sobie więcej spokoju i akceptacji, ale ma też nową misję. Chce powiedzieć młodym ludziom, że są wystarczająco dobrzy, wystarczająco fajni i wystarczająco atrakcyjni. I to bardzo chce!

Kiedyś kojarzyłaś mi się z wojowniczką, dziś powiedziałabym, że z matką naturą.
Podoba mi się to porównanie. Bo chyba dobrze obrazuje moją przemianę. Oczywiście nadal potrafię skutecznie walczyć, ale metody tej walki, jeśli w ogóle do niej dochodzi, są już inne. Jest we mnie więcej akceptacji, spokoju, łagodności, ale też pokory i wątpliwości. A bycie blisko natury zawsze było dla mnie najważniejsze, i to na wielu poziomach. Najszczęśliwsza jestem, kiedy czuję wiatr na twarzy – dosłownie i w przenośni.

Natura to zmiana, ale też żywioł. Daje życie, ale i je odbiera. Cierpliwie znosi to, jak ją traktujemy, ale potrafi też powiedzieć: dość.
Moja dojrzałość polega na tym, że nie tylko wiem, czego chcę – choć czasem jeszcze tego poszukuję – ale też dobrze wiem, czego na pewno nie chcę. Na przykład nie zamierzam już w imię czegokolwiek – tytułów, zaszczytów, pieniędzy czy jakichkolwiek innych korzyści – godzić się na kompromisy dotyczące przebywania w moim najbliższym otoczeniu ludzi, z którymi jest mi zwyczajnie nie po drodze. Dla mnie dziś relacje są ponad wszystko.

Martyna Wojciechowska: 'Najszczęśliwsza jestem, kiedy czuję wiatr na twarzy – dosłownie i w przenośni'.(Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Najszczęśliwsza jestem, kiedy czuję wiatr na twarzy – dosłownie i w przenośni".(Fot. Marta Wojtal)

Słusznie! Pewne rzeczy jesteśmy jednak w stanie dostrzec dopiero z perspektywy czasu.
Ostatnio wpadł mi w ręce wywiad, którego udzieliłam wiele lat temu. Niesamowite, jak różna jestem od tamtej siebie. Nie chodzi o to, że wtedy kłamałam, a teraz mówię prawdę, tylko po prostu zupełnie inaczej widziałam pewne rzeczy. Pamiętam doskonale, jak powtarzałam, że dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pusta. Zawsze. I kiedy tylko trochę z niej ubędzie, to chcę ją od razu zapełnić. Tak bardzo byłam wszystkiego spragniona. Dzisiaj z pełną świadomością tego, że mówię coś zupełnie odwrotnego, twierdzę, że szklanka jest zawsze do połowy pełna. I cieszę się z tego, ile w niej mam.
Kiedy tak jak ja dojrzewa się w mediach, bo właściwie całe moje dorosłe życie w nich spędziłam, ma się też możliwość zobaczenia siebie w naprawdę różnych odsłonach. To trochę jak taki oficjalny pamiętnik.

I coś w rodzaju osobistej kroniki zmian. Lubisz wracać do swoich dawnych zdjęć? Ja niedawno przejrzałam swój album z liceum i pomyślałam: „Jaka fajna i śliczna dziewczyna. Szkoda, że wtedy tego nie wiedziała. I że nikt jej nie powiedział”. Zamiast tego ciągle słyszała, że jest za chuda, za wysoka, ma za dużo tu i tam.
Być może osoby z twojego otoczenia robiły to, bo same słyszały w młodości podobne rzeczy, bo nie potrafiły wyjść z kanonu, w którym zostały wychowane. W sumie to bardzo smutne, że tak z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same uprzedzenia, lęki, kompleksy. Dlatego warto mówić o tym głośno, mieć odwagę wyrwać się ze schematów, żyć i wyglądać inaczej. No i przestać oceniać. Siebie i innych.
Dlatego bardzo się pilnuję i przy mojej córce nie rzucam już od niechcenia takich pustych komentarzy: „Ale mi się przytyło”. Albo: „Cholera, mam grube uda”. Szczerze, to uważam, że mam, ale od kiedy zrozumiałam, że niewinny komentarz powtarzany wielokrotnie zapisuje się na naszej matrycy przekonań i matrycy przekonań naszych dzieci, zaczęłam uważać na to, co mówię o sobie i o innych. Świadomie chcę przerwać ten ciąg powielania zapisu. Oczywiście moja 13-letnia córka, jak każda nastolatka, jest także pod wpływem otoczenia, rówieśników, social mediów, więc nie tylko ode mnie zależy to, jak będzie się postrzegała. Ale staram się jak mogę wspierać ją w niezależności myślenia o sobie i o świecie. Każdy człowiek, szczególnie młody, ma mnóstwo wątpliwości i bez przerwy zastanawia się, czy jest wystarczająco dobry, wystarczająco fajny, wystarczająco atrakcyjny. Dlatego dobrze by było, gdybyśmy wreszcie przestali wypowiadać gorzkie opinie o innych ludziach. Że ta jest gruba, a ta chuda, tamta za niska, a jeszcze inna – za wysoka. To wszystko zostaje w nas na głębszym poziomie, daje przyzwolenie innym do ciągłego oceniania, przypinania łatek. Odetnijmy się wreszcie od tego.
I nie chodzi mi o to, by ludzie, którzy dzięki Internetowi zyskali możliwość zabierania głosu, mieli zostać go pozbawieni. Istnieje natomiast coś takiego jak odpowiedzialność za słowa, które wypowiadamy w przestrzeni publicznej. Dlatego ja #WspieramNieOceniam, mam zero tolerancji dla hejtu i namawiam do tego innych.

Martyna Wojciechowska: 'W sumie to bardzo smutne, że tak z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same uprzedzenia, lęki, kompleksy. Dlatego warto mówić o tym głośno, mieć odwagę wyrwać się ze schematów, żyć i wyglądać inaczej. No i przestać oceniać. Siebie i innych'. (Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "W sumie to bardzo smutne, że tak z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same uprzedzenia, lęki, kompleksy. Dlatego warto mówić o tym głośno, mieć odwagę wyrwać się ze schematów, żyć i wyglądać inaczej. No i przestać oceniać. Siebie i innych". (Fot. Marta Wojtal)

Stąd zeszłoroczna kampania twojej Fundacji „Unaweza” i hasło I’m enough, czyli: „Jestem wystarczająca”.
To hasło trafiło na bardzo podatny grunt, bo okazało się, że większość z nas, dorosłych kobiet, czuje się niewystarczająco mądra, ładna, zabawna, ale też często czujemy się niewystarczająco dobrymi mamami, żonami czy kochankami. Pewnego dnia zrozumiałam, że to, co próbujemy zrobić, to potrząsnąć kobietami, które już czują się niewystarczające. A co, gdyby zwrócić się do osób znacznie młodszych? Do tych, których poglądy dopiero się kształtują – i zacząć działać, zanim te przekonania się ugruntują? Dlatego to, czym jako szefowa Fundacji „Unaweza” zamierzam się teraz zajmować, to nasze dzieci i młodzież. Zapraszam do współpracy wszystkie zainteresowane fundacje i organizacje, bo wierzę, że trzeba zacząć działać ponad podziałami.


Czy widziałaś, jakie są statystyki dotyczące samooceny polskich nastolatków, przygotowane przez sieć badawczą HBSC? Jesteśmy na ostatnim miejscu w Europie, z najwyższym wskaźnikiem negatywnego postrzegania własnego ciała! I to mnie przeraża. A dotyczy „tylko” wyglądu. Celowo mówię to w cudzysłowie, bo przecież wygląd to coś, na czym wyjątkowo skupia się uwaga nastolatków, choć z badań wynika, że „za grube” czują się już dziewięciolatki. I wiemy też, że dziewczynki są znacznie bardziej narażone na depresję z tego powodu niż chłopcy. Nasze dzieci czują się nietrakcyjne, zagubione i niezrozumiane, nie dają rady dźwigać presji. Wzrósł odsetek samobójstw wśród najmłodszych i jest to obecnie najczęstsza przyczyna śmierci dzieci w wieku 15–19 lat w krajach bogatych, w Polsce przyczyną co piątego pogrzebu dziecka jest samobójstwo. Nie można nie reagować, a tymczasem coś tak podstawowego jak telefon zaufania dla dzieci i młodzieży nie ma wsparcia państwa i stosownego dofinansowania!

Martyna Wojciechowska: 'Moja dojrzałość polega na tym, że nie tylko wiem, czego chcę – choć czasem jeszcze tego poszukuję – ale też dobrze wiem, czego na pewno nie chcę'. (Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Moja dojrzałość polega na tym, że nie tylko wiem, czego chcę – choć czasem jeszcze tego poszukuję – ale też dobrze wiem, czego na pewno nie chcę". (Fot. Marta Wojtal)

Może takie statystyki powinny się pojawiać na pasku informacyjnym obok tych covidowych?
U ilu nastolatków dziś stwierdzono depresję, u ilu bulimię, u ilu anoreksję... Ilu się okaleczyło, ilu targnęło się na życie... Im dłużej i im głębiej grzebię w tym temacie, tym mocniej czuję, że to powinna być teraz nasza najważniejsza misja. Od tego przecież zależy, jakie będą nasze przyszłe pokolenia, jaki będzie świat. Dlatego podczas tej sesji występuję też w koszulce z napisem Beautiful enough, czyli: „Wystarczająco piękna”. To początek kolejnej kampanii Fundacji „Unaweza”, której celem jest praca nad samooceną naszych dzieciaków. Wybrałam prowokacyjnie kolor różowy, który w tym przypadku ma być kolorem siły, a projekt pomogła mi stworzyć moja córka Marysia. „Jestem wystarczająco piękna!” – powtarzajmy to sobie każdego dnia i dawajmy sobie wzajemnie wsparcie. Bez oceniania.


To, co robisz, jest bardzo ważne, ale też bardzo trudne, bo trzeba najpierw mocno uderzyć się w pierś. I zastanowić się, co ja robię i mówię. Czy idąc ulicą, nie powiedziałam lub nie pomyślałam o innej kobiecie: „Jak ona się ubrała”? Ja tak. I to nie raz.
Przyznaję, że i ja pomyślałam kiedyś o innej kobiecie: „Gdybym miała takie nogi, w życiu nie założyłabym krótkiej spódnicy”. Dziś myślę inaczej. O sobie także. Moje ciało, choć nie jest idealne, jest najwspanialsze, bo pozwoliło mi zrobić rzeczy niezwykłe, a moje nogi zaniosły mnie na szczyty wszystkich najwyższych gór na siedmiu kontynentach i na wiele niezwykłych krańców świata. A poza tym wygląd to prywatna sprawa każdego z nas i nikomu nic do tego.

Niektórzy mówią, że czyjś strój obraża ich poczucie estetyki.
Na świecie jest blisko 8 miliardów ludzi. Wyobraźmy sobie, że każdy chciałby, by dbano o jego poczucie estetyki. No, nie jest to możliwe. Poza tym piękno jako wartość uniwersalna nie istnieje. Ja mam to szczęście, że spotykam się z kobietami z najbardziej egzotycznych zakątków naszego globu i za każdym razem mam szansę sobie o tym przypomnieć. Na przykład pobyt w Kolumbii podziałał na mnie bardzo odchudzająco, choć zaznaczam, że moja waga się nie zmieniła. Po prostu stanęłam pomiędzy tymi fantastycznymi, pięknymi Kolumbijkami i wyglądałam przy nich jak drobinka – a żadna z nich nigdy nie powiedziałaby o sobie, że ma za duży tyłek, bo są dumne ze swoich rozmiarów. Natomiast w naszym europejskim kanonie urody uchodzę za kobietę solidnych gabarytów. Dlatego powtarzam, że czasem wystarczy zmienić miejsce na Ziemi – dziś nie jest to już żaden problem ani wyzwanie – żeby nagle to, co jest kompleksem czy powodem do wstydu, urosło do rangi atrybutu atrakcyjności. Co znaczy, że wszystko, a piękno w szczególności, jest względne.

W twoim cyklu „Kobieta na krańcu świata” było wiele poruszających odcinków, ale ja zapamiętałam szczególnie jeden, który dla mnie – ale i dla ciebie z tego, co pamiętam – był nie lada wyzwaniem. Chodzi o Larisę Renar prowadzącą w Sankt Petersburgu szkołę dla kobiet, które chcą zostać żonami milionerów.
To było dla mnie jak lądowanie na innej planecie! A jednocześnie bardzo polubiłam Larisę. Miała tak skrajnie inne niż ja podejście do podstawowych spraw życiowych, że niemal wszystko we mnie chciało się z nią kłócić. A jednocześnie świetnie spędzało się nam ten wspólny czas. Oczywiście jej techniki „szkoleniowe” mogą wzbudzać wiele kontrowersji. Począwszy od tego, jak prosić mężczyznę o prezenty: gdzie i jak wtedy siedzieć, w które oko wybranka patrzeć. Jednak najbardziej zaskoczyła mnie technika „przyciągania bogactwa”. Pamiętam, że wszystkie studentki miały przynieść ze sobą dolary, euro lub ruble i na koniec spotkania trzeba było rzucać te pieniądze do góry i się nimi nacierać. Pomyślałam wtedy: „To się nie dzieje, to jest niemożliwe”. Po czym usiadłam z nimi w kręgu i one zaczęły obsypywać mnie tymi banknotami, a ja dostałam ataku histerycznego śmiechu. Mimo że jechałam do Petersburga z pewną opinią na temat Larisy, to jednak na miejscu otworzyłam głowę, zakładając, że mój punkt widzenia nie jest przecież jedynym słusznym i niech każdy żyje jak chce.

Pamiętam wątek o jej książce…
Tak, Larisa napisała książkę o tym, jak z męża zrobić milionera, która w Rosji stała się bestsellerem. Spytałam ją wprost: „A czy nie byłoby prościej, żebym to ja została milionerką?”. Na co ona zaczęła mi tłumaczyć, że trzeba pozwolić się obdarować, bo kobieta obdarowywana prezentami kwitnie. „A czego ty pragniesz, Martyno?” – zapytała. „Co chciałabyś dostać?”. Powiedziałam, że przydałby mi się nowy kask motocyklowy, a ona gwałtownie zaprotestowała: „Nie, nie! To musi być coś, co napełnia twoją kobiecość, poczucie estetyki, zmysły. To może być biżuteria, pachnąca świeca, coś z zupełnie innego wymiaru niż praktyczny”. Ja z kolei lubię moje praktyczne i raczej minimalistyczne podejście do tematu zakupów, nie mówiąc o tym, że czuję się dumna i niezależna, kiedy sama kupuję sobie prezenty. Larisa – odwrotnie.
Ale za to od jakiegoś czasu lubię dostawać kwiaty. Pamiętam, że kiedy poznałam Przemka, przyszedł i spytał, czy takiej zdeklarowanej feministce jak ja można w ogóle kupić kwiaty. Odpowiedziałam: „Kwiaty? Moje koty je zjadają, a potem wymiotują. To niezbyt dobry pomysł”. Sama nie mogę uwierzyć, że to powiedziałam, dziś byłabym chyba bardziej dyplomatyczna. Ale on któregoś dnia przyszedł z bukietem i powiedział: „Zaryzykuję”. Od tamtego czasu dostaję kwiaty regularnie.

Martyna Wojciechowska: 'Zawsze powtarzam, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są dla mnie największą inspiracją'. (Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Zawsze powtarzam, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są dla mnie największą inspiracją". (Fot. Marta Wojtal)

A Larisa uśmiecha się do ciebie z Petersburga... W jednym się z nią zgadzam. Za rzadko pozwalamy się obdarować. Cudownie móc i chcieć sobie coś kupić, ale fajnie też coś dostać, nie tylko od mężczyzn.
Ja regularnie doświadczam wspaniałej energii siostrzeństwa. Doszło do tego, że wilczyce, jak mówię o mojej paczce przyjaciółek, nawet mnie nie pytają, czy mi w czymś pomóc. Wiedzą, że odpowiem jak klasyczna Zosia Samosia, że sobie poradzę, co zresztą jest zgodne z prawdą. Więc nie pytają, tylko robią. Kiedy miałam trudny moment w życiu, napisałam na naszej grupie, że jest mi źle, ale nie chcę o tym rozmawiać i w ogóle ogarniam rzeczywistość, więc żeby się nie martwiły. I wiesz co, były u mnie kilka minut później. Rozmawiać faktycznie nie chciałam, ale ze mną pobyły, coś ugotowały. Każdemu życzę takiej watahy, ale przyznaję, że wymaga to też otwarcia się na ludzi. I tu znów uderzmy się w pierś – jak często wykręcamy się od budowania bliskich relacji? Jak wiele stawiamy murów i ograniczeń: „zarobiona jestem”, „oddzwonię”, „może za tydzień”. Uczę się więc mówić, że chętnie przyjmę pomoc, a nawet proszę o nią częściej niż kiedyś. To działa.

Inna sprawa to uprzedzenia i ocenianie innych ludzi jedynie na podstawie wrażenia. Ile razy tak miałam, że myślałam o kimś: „nie lubię jej”, mimo że wcale jej nie znałam.
Wiele lat temu jechałam do Meksyku realizować odcinek o kobiecie wampirzycy – sama nadała sobie taki pseudonim. Maria Jose Cristerna, bo o niej mowa, jest najbardziej zmodyfikowaną kobietą na świecie. Cała jej skóra jest pokryta tatuażami, kolczykami, do tego ma zęby jak wampir i liczne implanty w ciele. Wielkim zaskoczeniem było dla mnie odkrywanie jej wrażliwości oraz historii, która sprawiła, że jej ciało stało się jedyną sferą, nad którą mogła mieć kontrolę i władzę. Doświadczyła przemocy domowej i bardzo długiego zaniedbywania. Jedyne, co było naprawdę jej, to było właśnie jej ciało. I dlatego tak je zmodyfikowała. A ja skarciłam się za to, że wcześniej, patrząc na jej zdjęcia, widziałam w niej dziwaczkę; nie przypuszczałam nawet, że jest absolwentką prawa i udziela bezpłatnie porad kobietom, które są w kryzysie przemocy domowej; albo że jest przykładną mamą trójki dzieci. Scena, w której smaży im naleśniki, a one odrabiają pracę domową, wbiła mi się w pamięć.

Z drugiej strony to, że kategoryzujemy ludzi na podstawie ich wyglądu, to normalne działanie naszego mózgu. Nie ma co się o to obwiniać, ale trzeba wyjść poza ten pierwszy odruch, ten mechanizm. Nie chciałabym, byśmy teraz biły się w pierś cały czas.
Słowem kluczem jest „zmiana”. Otwartość na to, że można zrobić coś inaczej. I pozwolenie sobie na to. Zmiana jest niepokojąca, bo wynosi nas poza strefę komfortu, dlatego na samym początku może nas uwierać. Ale warto w niej wytrwać.

Życie to ciągła zmiana. Dziś czujemy to bardziej niż kiedykolwiek. Mam wrażenie, że tym trudniej reagujemy na zmiany przychodzące z zewnątrz, im bardziej w środku jesteśmy niepoukładani.
Ja w ogóle powinnam mieć na imię Zmiana. Zresztą swoje prawdziwe imię też zmieniłam, zmieniając tym samym trochę swój los i swoją historię. Marta – piastunka ogniska domowego, słowo z języka aramejskiego – a Martyna – wywodząca się od Marsa, boga wojny – to są dwie różne kobiety. To imię wybrało mnie samo, bo odkąd pamiętam, wszyscy tak do mnie mówili, ale dopiero niedawno zmieniłam je też oficjalnie.
W moim życiu było wiele zmian, czasem to były zakręty, a czasem dramatyczne zwroty akcji. Przeprowadziłam zmiany o charakterze ewolucyjnym, krok po kroku, ale też wykonałam wiele wolt. Jedną z takich rewolucji było i jest dla mnie doświadczenie macierzyństwa i myślę, że wiele z nas zna to uczucie.
Nie boję się zmian, bo są wpisane w nasze życie. Nasze ciało i nastrój zmieniają się zależnie od dnia miesiąca, podczas ciąży, połogu czy po prostu wraz z upływem czasu. A tobie jakie pierwsze słowo kojarzy ci się, kiedy słyszysz „zmiana”?

Nowość. Lubię nowości.
Czyli czujesz raczej ekscytację, ciekawość.

Tak. A ty?
Ja też. Choć czasem czuję też lęk, niepokój, i to też naturalna reakcja. Ale wierzę też, że wszystko w naszym życiu jest jednak kwestią decyzji. Odwaga przeprowadzenia zmian to też decyzja. Dziś czuję się dużo bardziej poukładana, ale nie traktuję siebie jako osoby dokończonej. Wiem, że jeszcze wiele zmian przede mną. Kiedyś bardzo lubiłam planować i nadal lubię, ale teraz ma to bardziej postać wyznaczenia kierunku niż robienia listy rzeczy do zrobienia. Życie tyle razy mnie zaskoczyło, często też pozytywnie, że nauczyłam się większej elastyczności i otwartości na nowe.

Niedawno na Instagramie napisałaś, jak na przestrzeni lat zmieniało się też twoje podejście do kobiecości. Najpierw chciałaś zawojować męski świat, potem, jak dziś to widzisz, przesadnie podkreślałaś kobiecość. A teraz z czym ci się kojarzy to słowo?
Pierwsze skojarzenie to „wrażliwość”, ale po chwili zastanowienia nie chciałabym, żeby wrażliwość była przypisana tylko kobietom, bo to po prostu bardzo piękna ludzka cecha. Kobiecość i męskość zyskują dziś nowe znaczenia, przestaje być aktualny podział na typowo kobiece i typowo męskie cechy, zawody czy zachowania. Myślę, że warto być po prostu sobą. Nie mnie wartościować, co jest bardziej kobiece, a co mniej. Ale faktem jest, że kobiety liderki w dzisiejszych trudnych i niestabilnych czasach radzą sobie lepiej, bo są bardziej empatyczne, chętniej szukają porozumienia ponad podziałami, mają mniejsze ego.

Co byś chciała, by młode dziewczyny, w wieku twojej córki, myślały o sobie, o kobiecości, o świecie?
Że mogą wszystko, a niemożliwe nie istnieje – w tym sensie, żeby nie czuły sztucznych ograniczeń wynikających z płci, roli społecznej, miejsca, w którym się urodziły, a przede wszystkim z cudzych oczekiwań. To jest to, co chciałabym dziś powiedzieć wszystkim młodym ludziom, choć mam też świadomość tego, że jestem dla nich lamusem.

Słucham?!
Czyli takim oldskulem, dinozaurem. Dowiedziałam się tego od mojego dziecka [śmiech].

Z tym lamusem to jednak mogłabyś się zdziwić. W końcu masz Barbie, która wygląda jak ty i jest sheroską.
I jestem tym zachwycona! Niedawno opublikowałam u siebie na Instagramie informację o tym, że powstała kolejna Barbie – tym razem z protezą nogi. Inspiracją do jej powstania jest cudowna kobieta – brazylijska modelka Paola Antonini France Costa, która w wyniku wypadku straciła nogę. Dopiero co do grona Barbie Sheros dołączyła Anita Włodarczyk i strasznie się cieszę, że jest Barbie, która rzuca młotem. Moja Barbie ma tatuaże i mały plecaczek, który jest idealną kopią mojego, a do tego ciężkie buty. Ma 46 lat, a zaraz 47, i z pewnością wygląda i żyje niestandardowo.

Martyna Wojciechowska: 'Nie boję się zmian, bo są wpisane w nasze życie. Nasze ciało i nastrój zmieniają się zależnie od dnia miesiąca, podczas ciąży, połogu czy po prostu wraz z upływem czasu'.(Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Nie boję się zmian, bo są wpisane w nasze życie. Nasze ciało i nastrój zmieniają się zależnie od dnia miesiąca, podczas ciąży, połogu czy po prostu wraz z upływem czasu".(Fot. Marta Wojtal)

A tak w ogóle to chciałam ci podziękować za twojego Instagrama. To serwis dobrych informacji, zachwytów nad przyrodą i ludźmi.
Przyznaję, że jest to dla mnie bardzo ważna przestrzeń i że czuję się, jakbym codziennie wydawała serwis informacyjny. Podchodzę do tego bardzo poważnie, zresztą grono, które obserwuje moje profile na social mediach, to ponad 2 miliony ludzi na Instagramie, drugie tyle na Facebooku, a to zobowiązuje. Mając świadomość każdego słowa, staram się pisać o inspirujących ludziach, ale też dużo uwagi poświęcam naturze i ochronie środowiska, bo przecież planeta Ziemia to jedyny dom, jaki mamy. Sporo piszę też o fascynujących miejscach, choć wiem, że dziś nasze podróże są raczej wirtualne niż realne. A najbardziej cieszy mnie to, że w przestrzeni moich social mediów nie ma hejtu. Jest za to konstruktywna wymiana myśli.

Kiedy ukaże się ten numer (chodzi o wydanie papierowe naszego pisma, przyp. redakcja), rozpoczniesz kolejną przygodę…
Tak! I to dla mnie zupełna nowość, a pomysł wziął się z tego, że moje dziecko mi powiedziało: „Mamo, jeśli chcesz być naprawdę cool, to powinnaś mieć kanał na YouTubie i podcasty na Spotify”. Kocham moją pracę w telewizji i nie zamierzam z niej rezygnować – wyjeżdżam zresztą zaraz na plan kolejnego sezonu programu „Kobieta na krańcu świata” – ale postanowiłam też zaimponować mojemu dziecku, więc zaczynam szerszą działalność internetową. Mój kanał na YouTubie i jednocześnie podcast noszą tytuł „Dalej”. Opowiadam w nim o ludziach, którym się chce. O tych, którzy chcą więcej, nie w sensie gromadzenia, tylko doświadczania.

I co Marysia na to?
Wyraziła aprobatę, przychodzi ustawiać scenografię do nagrań, konsultuje moje pomysły, a ja bardzo liczę się z opinią Mani, która jest dla mnie głosem nowego pokolenia. Zapraszam ludzi raczej nie z pierwszych stron gazet, takich, którzy robią rzeczy niesamowite, ale rzadko przebijają się z nimi do mainstreamu. Pierwszym gościem „Dalej” będzie jednak kobieta ikona, która od zawsze była dla mnie inspiracją do odkrywania świata – Elżbieta Dzikowska. Podziwiałam ją już jako mała dziewczynka i bardzo chciałam być taka jak ona. Wciąż mnie zawstydza swoją witalnością i ma oczy dziecka – jest w nich nieustająca ciekawość. Jej się zawsze chce.

A tobie?
Totalnie i nieustająco mi się chce!

Nawet teraz, kiedy nikomu się nie chce?
No różnie bywa, bo przecież jestem człowiekiem, a nie cyborgiem, ale generalnie chce mi się. W tej cholernej pandemii to nawet bardziej mi się chce, jakby na przekór. I chciałabym tą swoją energią podzielić się z innymi, bo mi wystarczy też dla tych, którym chwilowo się nie chce. Pomaga mi to, że jestem otoczona pozytywnymi ludźmi, którzy mają zapał i energię, a to jest zaraźliwe. Co chwila wymieniamy się z dziewczynami z redakcji i z fundacji pomysłami, inspirujemy się, wzajemnie motywujemy, kiedy którejś opadają skrzydła.
No i postanowiłam sobie, że przebiegnę maraton. Robiłam wiele rzeczy, ale tego jeszcze nie. Bo skoro kluby sportowe zamknięte, a parki i lasy otwarte, to biegać akurat można, więc biegam coraz więcej. I latam.

Co to znaczy?
W moim życiu stale przewija się motyw skrzydeł, są obecne wszędzie, w Fundacji „Unaweza”, w mojej kolekcji biżuterii dla W.Kruk. Po prostu zawsze chciałam latać, doświadczyć pędu powietrza. Próbowałam siadać za sterami awionetki, śmigłowca, podobało mi się, ale jakoś nie kliknęło. Okazało się, że dla mnie kwintesencją latania są skoki spadochronowe. Kiedy to zrozumiałam, zapisałam się na kurs, zostałam samodzielnym skoczkiem spadochronowym i zaczęłam skakać. Dopiero doświadczenie swobodnego lotu w powietrzu okazało się spełnieniem moich marzeń. Po pierwszym samodzielnym skoku napisałam: „Zrobiłam to!”, do Heather Swan, bohaterki jednego z odcinków „Kobiety na krańcu świata”, bo to ona wiele lat temu podsunęła mi ten pomysł. Sama jest zresztą rekordzistką świata w kilku dyscyplinach skoków spadochronowych. Zawsze powtarzam, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są dla mnie największą inspiracją.
Jest taka gra, w którą gram ze znajomymi w podróży – „O kim teraz myślę?”. Mają to być bardzo znane osoby. Inni zadają pytania, ty odpowiadasz: tak lub nie. Kiedyś ty byłaś jej bohaterką i było to najtrudniejsze zadanie, bo nie mieściłaś się w żadnej kategorii.
Rzeczywiście, może trudno mnie zaszufladkować, można powiedzieć, że jestem „wielozadaniowa”. Ostatnio Elżbieta Dzikowska mi tłumaczyła, że podróżnik wyjeżdża, żeby coś odkryć, turysta – żeby wypocząć, więc chyba jestem podróżniczką. Jestem też dziennikarką z wyboru, bo nie z wykształcenia. No i jestem mamą. W sumie to też mam problem ze skategoryzowaniem siebie. Najchętniej zostałabym więc po prostu sobą, Martyną. 

Martyna Wojciechowska, podróżniczka, dziennikarka, autorka kilkunastu książek, zdobywczyni między innymi Korony Ziemi. Od 2009 roku realizuje na antenie TVN program „Kobieta na krańcu świata”. Od 2019 roku stoi na czele Fundacji „Unaweza”, która daje kobietom skrzydła poprzez wyrównywanie szans ekonomicznych, społecznych i prawnych. Prywatnie mama Kabuli i Marysi. Żona dziennikarza i podróżnika Przemysława Kossakowskiego

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy Cicha 23 Event Place w Markach, www.cicha23.pl

zdjęcia: Marta Wojtal, makijaż: Eryka Sokólska, fryzury: Ewa Pieczarka, stylizacja: Dominika Zasłona-Dukielska i Marcin Brylski, produkcja: Dominika Zasłona-Dukielska. Martyna ma na sobie koszulę dżinsową i dżinsy LEVI'S, botki MAKO, kardigan beżowy MAX MARA/MODIVO.PL, sukienkę jako koszulę POLO RALPH LAUREN/MOLIERA2.COM, top BYNAMESAKKE, dżinsy LEVI'S, buty TAMARIS, sweter beżowy H&M, biustonosz TRIUMPH, spodnie beżowe RESERVED, kardigan na zdjęciu czarno-białym VICHER, top TOMMY HILFIGER/MODIVO.PL, dżinsy LEVI'S, botki MAKO, sweter H&M, koszulę RESERVED, biżuterię W.KRUK.

  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Psychologia

Mówię „tak”, myślę „nie” – dlaczego robimy dobrą minę do złej gry?

Pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. (Fot. iStock)
Pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. (Fot. iStock)
Dlaczego wiele kobiet, mówiąc np. „Wszystko w porządku”, „Jasne, możesz iść do pubu”, nie zawsze właśnie to ma na myśli? Dlaczego nie mówi prawdy?
  • Nie mówi wprost, gdyż w młodości nikt ich nie uczył, że może bezpiecznie pokazywać swoje emocje – te negatywne również.
  • Dziewczynki są wychowywane na to, żeby były grzeczne i żeby wczuwały się w emocje innych.
  • Kobieta nie chce wprowadzić negatywnych emocji, więc ukrywa je.
  • Z drugiej strony bardzo się męczy, więc „po fakcie” robi awanturę lub wybucha, czasem żałując tego i winiąc się.
  • Kobieta może odczuwać niepokój związany z tym, że mężczyzna wychodzi, podoba mu się ktoś inny itp. To są normalne emocje, ale nie dla kobiety, która czuje się bezsilna.
  • Poczucie bezsilności wynika z tego, że nikt nie liczył się z nią jak była mała, nie było ważne, czy chce czy nie chce, żeby mama wyszła czy została. Nie miała wpływu na to, czego chciała lub czego nie chciała.
  • Bezsilność też ma dużo wspólnego z poczuciem wartości. Kobieta cały czas może bać się o swojego mężczyznę, o to, że coś go porwie i już do niej nie wróci. Chce, żeby on się domyślił, czego ona naprawdę chcą. Już sama taka propozycja, że on chce iść gdzieś sam czy np. do klubu, obraża ją. Bo przecież ona zawsze z nim! Co ona mówi naprawdę? „Nie idź! Nie chciej iść, zostań ze mną lub weź mnie ze sobą”. Kobieta mówi też „A ja?”, „A ja co mam ze sobą zrobić?”, „Jak ty wybierasz inne rzeczy, to ja nie mam wartości”.
  • Globalnie kobiet nie zachęca się do rozwoju i samodzielności, więc w takich sytuacjach czują się niechciane.Dlatego tak ważne są dla kobiet warsztaty i szkolenia, które mają je wyciągnąć ze stereotypów.
  • Kobiety myślą, że są po coś, dla niego, muszą mieć wartość serwisową, więc jak facet ma swoje plany, to czują się niepotrzebne.
  • Kobieta pracująca nad sobą ucieszy się, że facet wychodzi i ma czas dla siebie... ma przecież tyle do zrobienia.
  • Jeżeli facet za często mówi o innej kobiecie i jest nią zachwycony, to zdrowa kobieta powie: „Słuchaj, mówisz o tej Ewce, że ona taka fajna, a mnie się przykro robi. To ja jestem twoją kobitką, pamiętasz? - oczywiście szczerym i miłym tonem.

Długo miałam kłopot z takim przekazem i przykładem, jaki płynął od mojej mamy pt. trzeba robić dobrą minę do złej gry. Znaczy – kobieto, nie pokazuj prawdy o sobie, bo znajdziesz się na straconej pozycji. Wobec kogo? Ano oczywiście, przede wszystkim wobec faceta, ale też właściwie wobec wszystkich. Bo wyjdziesz na tę głupią co to się przejmuje, odsłania się, słowem – nie radzi sobie.

Długie lata pokutowało i ciągle w wielu kręgach pokutuje przekonanie, że radzić sobie to albo nie czuć przykrych uczuć, albo ich nie pokazywać. Jestem przekonana, że ludzie w to głęboko wierzyli i niektórzy wciąż wierzą, że tak jest dla nich lepiej. Myślę, że moja mama też. Już jej darowałam i ogromnie się cieszę, że sama mogę żyć inaczej. Że żyję w czasach, w których o człowieku dowiadujemy się coraz więcej. Że sama też się mogę ludźmi i sobą w taki nowy, autentyczniejszy sposób zajmować.

Dwie nowożytne wojny światowe, a szczególnie ta druga, przeorały świat. W owym słynnym czasie „przed wojną” świat szczycił się uporządkowaniem, postępem, rozwojem. Ludzie mieli dość wyraźnie przypisane sobie miejsca w hierarchii społecznej i dość jasne role do odegrania. Jeśli sprawdzali się w rolach i akceptowali swoje miejsce, mieli poczucie sensu życia. Mogli się oczywiście przemieszczać między poziomami społecznymi, to nawet mogło być „coś”. Przemieszczanie do góry związane było z uznaniem, do dołu z politowaniem. Ale było dość rzadkie, wyraziste, wybijające się z tła.

Tło obowiązywało. I było jasne, gdzie góra, gdzie dół. Po wojnie już nic nigdy nie było takie samo.

Może się wam wydaje, że uderzyłam w zbyt wysoki ton, no bo gdzie damski fałsz do wojny. Zawsze „się wiedziało”, że kobitki umieją prowadzić grę. Tak, i ta gra była częścią tego porządku przedwojennego. Te flirty, minki, uwodzenia to był program do odegrania przed ślubem lub romansem. Panowie byli od zdobywania, panie od ulegania, po uprzednim wykonaniu odpowiednich kroków.

Wojna pokazała ludzkie masowe okrucieństwo, zło i obojętność na taką skalę i tak w środku naszego uporządkowanego świata, że ten porządek stałości społecznej runął.

Okazało się, że na nic nie ma gwarancji. Nastąpił chaos. Ale ludzie zaczęli powoli odbudowywać poczucie bezpieczeństwa, przenosząc je coraz bardziej do środka. Do swego wnętrza. Człowiek zaczął także sensu życia szukać bardziej w sobie niż na zewnątrz. Przywróciliśmy wartość jednostce. Skoro państwa, przywódcy, idee nas nie ratują – musimy ratować się sami. Wydaje mi się, że to pomogło kobietom wzmóc falę równouprawnienia. Kobieta jest jednostką ludzką, człowiekiem, osobowością, obywatelką, twórczynią. Jednak tam gdzie fala się wznosi – inna opada. Kiedy coś tak bardzo się zmienia, następuje też opór starego. Kobiety patriarchalne chcą zachować stary porządek. Miały w nim może poślednią rolę, ale miały zapewnienie bytu przez mężczyzn. Nie musiały być za siebie odpowiedzialne. Poza tym ktoś inny wtedy jest winien jeśli coś z życiem, ze światem się psuje. Nie one.

Żyjemy w naszych czasach, wpływa na nas cała sytuacja ogólnoświatowa, krajowa, regionalna, a rodzinna i osobista jest tego wszystkiego wypadkową. Część kobiet walczy o prawa do odpowiedzialności za siebie, widzą w tym ogromną wartość dla swego prawdziwego ludzkiego wzrostu, a nie dla odgrywania ról, część się od tego uchyla, bo niesie to ze sobą ryzyko osobiste i lęk.

Pojawiła się też po wojnie psychoterapia. Niegdyś nie przyszłoby ludziom do głowy chodzić do obcych świeckich po wysłuchanie, pomoc, poradę. Chodziło się ewentualnie do księdza. Teraz rośnie wiedza o ważności dzieciństwa, wychowania, traum życiowych, molestowania seksualnego, ale także o siłach człowieka, jego wspaniałym wyposażeniu i narzędziach, dzięki którym może sobie radzić z bólem i cierpieniem. I teraz już wiemy, że pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. Uczymy się, choć powoli (ale to dobrze, że powoli) tego jak być sobą, tego co to znaczy, tego aby dbać o swoje prawa, szanując też prawa innego. Kobiety są w niezwykłej, wspaniałej i jednocześnie bardzo trudnej sytuacji, budzą się do nowego stylu życia i bycia z radością i naturalnie, ale i z obawą i świadomością, że patriarchat nie chce ustąpić. Wewnątrz jednostek też odbywa się podobny proces. Znamy najlepiej to, co już było. Stare i zasiedziałe, co broni się przed zmianą, podczas gdy zmiana już otworzyła nowe drzwi. W sprzyjających warunkach łatwiej być sobą, w trudnych wracamy do starych sposobów. Pojawia się fałsz, uniki; wewnętrzna obrona, żeby za bardzo nie kosztowało lub nie bolało.

Jeśli chcemy prawdy, sami ją stosujmy, pamiętając o asertywności: dbam o swoje prawa, nie przestając pamiętać i o twoich. Jeśli obie strony to egzekwują – budujemy porozumienie oparte o solidne podstawy. Solidne, bo prawdziwe.

  1. Psychologia

Jak przechytrzyć gniew?

Fot. Zwierciadlo.plKiedy już wiemy, co powoduje naszą złość i w jaki sposób jej ulegamy, warto popracować nad wewnętrznym przekonaniem, że gniew można przekształcić na energię konstruktywną. (fot. iStock)
Fot. Zwierciadlo.plKiedy już wiemy, co powoduje naszą złość i w jaki sposób jej ulegamy, warto popracować nad wewnętrznym przekonaniem, że gniew można przekształcić na energię konstruktywną. (fot. iStock)
Tłumiony lub źle przeżyty gniew ma moc destrukcyjną. Jak się z nim obchodzić, żeby nie ranić siebie i innych? - wyjaśnia dr Joseph Shrand, psychiatra i terapeuta.

Na szczęście każdy z nas posiada moc rozładowania złości własnej, a nawet innych ludzi. Jest to ważne, bo gniew działa jak bezpiecznik. Od zarządzania tą emocją zależą nasze relacje i często też życiowy sukces.

Gniew tak naprawdę przeznaczony jest do wymuszania na innych zmiany zachowania. Złościmy się, gdy sprawy nie idą tak, jak chcemy, gdy ktoś nie spełnia naszych oczekiwań. Ta emocja mieści się w układzie limbicznym mózgu - części zwanej gadzią. Tu są nasze impulsy i pamięć emocjonalna, tu jest jakby włącznik naszej walki. Z kolei kora przedczołowa, „nowsza”, lepiej wykształcona w toku ewolucji część mózgu, pełni funkcję ośrodka wykonawczego. Pomaga nam planować, rozwiązywać problemy, podejmować decyzje w oparciu o kontrolę impulsów. To ona pomaga nam nie kierować się w działaniu złością i gniewem. Joseph Shrand podkreśla jednak, że gniew jest wpisany w psychikę człowieka. Staje się niebezpieczny, gdy zamienia się w agresję.

Terapeuta proponuje stworzenie skali gniewu od 1 do 10:

  • rozdrażnienie,
  • lekka irytacja,
  • irytacja,
  • frustracja,
  • niecierpliwość,
  • gniew,
  • złość,
  • nasilająca się złość,
  • wściekłość
  • duża wściekłość.

Warto przy tym zdać sobie sprawę, co jest wyzwalaczem każdej z dziesięciu emocji. Według Shranda istnieją trzy główne wyzwalacze złości. Pierwszy to powody bytowe, kiedy złościmy się z powodu pieniędzy, a raczej kłopotów z nimi związanych. Drugi to nasze relacje społeczne w pracy, szkole, środowisku, a trzeci dotyczy najbliższych relacji. Aby lepiej zrozumieć swoją złość, Shrand sugeruje uświadomienie sobie, na co i jak reagujemy złością. Należy zwrócić uwagę, gdy pojawiają się odczucia powyżej 5 punktów... i co wtedy robimy? Czy pojawia się przemoc słowna, a nawet fizyczna?

Kiedy już wiemy, co powoduje naszą złość i w jaki sposób jej ulegamy, warto popracować nad wewnętrznym przekonaniem, że gniew można przekształcić na energię konstruktywną. Zwykle pomaga nam ona w osiąganiu celów, bo nasze działanie staje się efektywne. Należy zatem rozładować energię gniewu. Shrand odradza jednak uderzać w poduszkę lub kopać w kanapę, bo łatwo można od tych przedmiotów przejść do czyjejś twarzy. Lepszym sposobem jest przerwać potok pełnych złości myśli na przykład słuchaniem mocnej muzyki, w której pobrzmiewa dla nas gniew i energia działania. Dobrym sposobem jest również ruch, na przykład szybkie bieganie na świeżym powietrzu.

Co robić, kiedy inni złoszczą się w naszej obecności? Łagodzić napięcie powstałe z gniewu. Jak? Poczuciem humoru, szczerym zainteresowaniem zaistniałą sytuacją i współczuciem. Kiedy okażemy empatię komuś, kto się złości, okaże się, że dostał właśnie to, na co liczył. I nie będzie już powodu do złości.

Zresztą jak pisze dr Joseph Shrand na swojej stronie (przyp. red.): „Kiedy ostatni raz złościłeś się na kogoś, kto traktuje cię z szacunkiem? Wszyscy chcemy tego samego: po prostu być cenionym przez kogoś innego. Pomyśl o każdej osobie, którą kiedykolwiek spotkałeś. Chcą tylko czuć się doceniani. Chcę czuć się doceniony, ty też. Przez kogoś...”

Źródło: na podstawie książki Joe Shrand o strategiach rozładowywania naszych najbardziej niebezpiecznych emocji („7 Strategies for Defusing Our Most Dangerous Emotion with Leigh Devine”).

Dr Joseph Shrand jest dyrektorem medycznym Riverside Community Care z siedzibą w Dedham MA. Był wykładowcą psychiatrii w Harvard Medical School oraz adiunktem w Boston Childrens Hospital. Autor programu radiowego i książek na temat zdrowia psychicznego. Założyciel organizacji non-profit, która przyjmuje nastolatków na wczesnych etapach zdrowienia od narkotyków i alkoholu.

  1. Seks

W łóżku bez fajerwerków. O tym, jak zapracować na udany seks, mówi Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna

Jak dbać o swoją seksualność, żeby pozbyć się erotycznych rozczarowań? (Fot. iStock)
Jak dbać o swoją seksualność, żeby pozbyć się erotycznych rozczarowań? (Fot. iStock)
Udany seks jest ziemski, nie z kosmosu. I szczery, ale w sposób życzliwy, ciepły, oparty na komunikacie „ja“. Fajerwerki nie są regułą, ale jak fajnie, że się czasem zdarzają. Nasze życie nie musi kręcić się wokół seksu, ale warto, by był jego częścią – tłumaczy edukatorka seksualna Alicja Długołęcka.

Według wschodniej tradycji seks to świętość, wręcz duchowe przeżycie. Ale też radość, czerpanie i dawanie przyjemności. Im bardziej na zachód, tym różniej jest postrzegany – jako obowiązek małżeński, droga do posiadania potomstwa, element dbania o siebie, a także dodawania sobie wartości. Czy seks jest tak wielowymiarowy, czy może o wiele prostszy niż myślimy? A może jest wszystkim tym po trochu? Czy nasz stosunek do niego mówi więcej o naszych potrzebach czy brakach ? – Przez lata byliśmy uczeni, że seks to coś, co przypływa do nas wraz z miłością, pierwszym zakochaniem, coś cudownego, co dzieje się samo, taka wspólnota dusz i ciał – tłumaczy dr Alicja Długołecka.

– Taką ideę wdrukowała nam kultura, wychowanie, religia, ale też sposób opisywania swojej seksualności przez poprzednie pokolenia. Tyle że zwykle towarzyszył im brak wiedzy na temat seksu oraz słabe kompetencje komunikacyjne. Jeśli dodamy do tego sporą domieszkę wstydu, poczucia winy i stereotyp, który głosi, że kobieta ma być wierna bez względu na to, co się dzieje w relacji, i jest skazana na to, co zainicjuje partner – to trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia, by coś dobrego w sferze seksualnej się wydarzyło. W konsekwencji osoby w średnim wieku, do których i ja się zaliczam, zderzają się dzisiaj z efektem swoistego rozdwojenia. Nauczono nas oczekiwać seksu kosmicznego, a dostajemy seks ziemski. Ale cóż, taki właśnie jest. Na szczęście wiele zależy od tego, co z nim zrobimy.

Alicja Długołęcka przyznaje, że ma dużo pacjentek, które są zawiedzione tym, jak potoczyło się ich życie seksualne. – Często przychodzą do mnie wtedy, gdy mają kochanka, i są rozdarte. Chciałyby mieć więcej przyjemności i kompetencji, rozleglejszą wiedzę – uważają, że dużo im w życiu umknęło. Coraz częściej pojawiają się kobiety, które są w trakcie rozwodu i właśnie zdały sobie sprawę z tego, że przez lata uprawiały seks, z którego nie były zadowolone - mówi Długołęcka.

- Z drugiej strony sporą grupę stanowią kobiety, które nie chcą odejść od swoich mężów czy partnerów. Często byli swoimi pierwszymi i jedynymi kochankami. Czasem partner już je zdradza, a one jego nie. Nieraz nie wiedzą, czy ten związek da się jeszcze rewitalizować, czy może trzeba się pogodzić, że seksu już nie będzie i lepiej postawić na przyjaźń. To, co mnie bardzo boli, to grupa młodych kobiet, koło 30., po jednym lub dwóch porodach, które na poziomie psychosomatycznym mają ogromną niechęć do seksu. Czyli było fajnie, ale od czasu ciąży coś się popsuło. Coraz bardziej zamykają się fizycznie na seks, mają dolegliwości typu wulwodynia (bolesność narządów płciowych), pochwica (niemożność odbycia stosunku) czy obniżenie libido. Zderzenie nierealnych oczekiwań z rzeczywistością i przekonanie, że jeśli jest uczucie, "to wszystko się ułoży" - daje właśnie taki efekt - tłumaczy ekspertka.

Sprowadzeni na ziemię

Jaki zatem powinien być seks, żeby nas satysfakcjonował? – To trochę jak ze zjawiskiem zakochania. Czujemy się wspaniale, kiedy się zakochamy, i to naturalne, że idealizujemy wtedy drugą osobę, ale taki stan nie może trwać wiecznie. Prawdziwa miłość jest inna. Podobnie z seksem - porównuje dr Długołęcka. - Fajnie zaznać komunii ciał i dusz, jednak prawdziwy seks to nie wieczna erupcja wulkanu. Żyjemy z realnymi ludźmi, którzy są cudowni, lecz mają też wiele cech czy zachowań, które niekoniecznie są wadami, ale też nie wprowadzają nas w stan totalnego zachwytu. Zachwyt jest efektem trafienia w stan totalnego zachwytu. Zachwyt jest efektem trafienia w nasze potrzeby, czyli: najbardziej podoba nam się to, co jest z nami zgodne. Zakochanie takie właśnie jest, dość egoistyczne, trzeba przyznać. Tymczasem kiedy kochamy, bierzemy człowieka takim, jaki jest, a nie takim, jaki chcielibyśmy by był.

Jeśli wyobrażasz sobie, że seks to trzęsienie ziemi, i tak zawsze ma być - to się rozczarujesz. Super, jeśli ziemia kilka razy się zatrzęsie, w dodatku doświadczysz tego z człowiekiem, który ma być na całe życie, ale to jest coś, co bywa, a nie jest na stałe. Takie doświadczenia graniczne powodują, że otwieramy się psychicznie i fizycznie na drugiego człowieka, ale nie ma sensu oczekiwać, że tak będzie non stop.

Błędne wyobrażenia na temat seksu dotyczą tylko tego, że zawsze ma być kosmicznie, ale też tego, że kobieta ma czekać na rozkosz, a mężczyzna ma wiedzieć, jak ją wywołać. Do tego dochodzi brak dobrego kontaktu z własnym ciałem, czego też nie jesteśmy uczeni. A jak zauważa ekspertka, nie ma pracy z seksualnością bez pracy z ciałem. Ona sprowadza nas na ziemię. - Seks jest wielką wartością, ale ta wartość wynika z nas, jest naszą częścią, dlatego dobrze, żeby była pozbawiona poczucia wstydu czy winy - tłumaczy dr Długołęcka. - Na pewnym etapie otwarcia się na siebie możemy powiedzieć: "Tak, jestem istotą seksualną i odczuwam podniecenie. To mi się w seksie podoba, a to nie. Mogę czegoś chcieć lub nie, i to jest całkowicie OK. Zmieniam się i moje potrzeby się zmieniają. Umiem o tym opowiedzieć sobie samej, ale też ludziom, z którymi wchodzę w intymne relacje".

Ciało nie kłamie

W seksie często wszystko zaczyna się psuć od pierwszego zaniechania, przemilczenia, ukrycia prawdy o swoich odczuciach. Od tego pierwszego razu, kiedy udasz, że jest ci dobrze. - W ten sposób oszukujesz siebie i partnera, bo on nie wie, że nie sprawia ci przyjemności. A skoro już raz powiedziałaś, że coś jest OK, to nie możesz nagle stwierdzić, że jednak nie jest OK, więc brniesz dalej, wzmacniając i utrwalając błędne zachowanie u partnera. I nie wiadomo właściwie, kiedy się z tego wycofać - wyjaśnia dr Długołęcka.

-Mówimy tu o kobiecej perspektywie, ale tak samo wygląda to z męskiej. Jedno myśli, co drugie myśli, ale tak naprawdę nie wie. To niedomówienie się powiększa, ludzie się od siebie oddalają. Poza tym zmuszając się do niechcianych zachowań, powodujemy napięcia w ciele, które prowadzą do unikania bliskości w ogóle. Tak się tworzą zaburzenia seksualne i dysfunkcje. Seks, w którym zamieszkało zaniechani, jest tym rodzajem seksu, który może prowadzić do rozpadu całkiem fajnych relacji. Nie chodzi mi nawet o kłamstwo intencjonalne, przecież najczęściej nie mówimy prawdy, bo się wstydzimy, lub nie chcemy zrobić przykrości drugiej osobie.

Czyli udany seks jest ziemski, nie z kosmosu, i szczery. Ale szczery w sposób życzliwy, ciepły, oparty na komunikacie "ja". Nie: "ty czegoś nie robisz albo coś robisz", tylko "uwielbiam to, pragnę tego, potrzebuję" czy: "ja mam problem, ja się wstydzę, ja czuję się skrępowana". - Szczerość to powiedzenie komuś, że mamy jakąś tęsknotę, pragnienie albo że jest we mnie jakaś bariera, ale nie umiem jej jeszcze nazwać - mówi Alicja Długołęcka. - Że jest jakaś część mnie, z którą muszę dojść do porozumienia, ale sama, i nie chcę o tym nikomu na razie opowiadać. Jak już się z tym uporam, to wyjaśnię, ale byłabym wdzięczna gdybyś ty, jako partner mi w tym pomógł i gdybyśmy etapami nad tym pracowali.

Taka praca nie tylko zbliża partnerów, lecz bardzo często uzdrawia także inne obszary naszego życia. - Seks to relacja intymna, czyli wyjątkowa i bardzo terapeutyczna. Ciało wysyła wiele ważnych sygnałów, dlatego lubię z nim pracować - mówi ekspertka. - Seks jest oparty na bliskości i zaufaniu, dlatego jeśli ich brak między ludźmi, w tej sferze od razu będzie to zauważalne. Ale w seksie ujawniają się też nasze lęki i napięcia, i tu również mogą być ukojone.

Bezcenna wiedza o sobie

Nawet jeśli kobieta odkrywa przyjemność w relacji przypadkowej, której nie chce kontynuować, i nawet jeśli jej żałuje, to dzięki temu doświadczeniu może odkryć wiele rzeczy o sobie. - Wyobraźmy sobie, że kobieta jest w stałym związku i nagle ląduje w łóżku z kimś, o kim wie, że nigdy nie będzie chciała z nim być, ale w sensie erotycznym wydarza się między nimi coś niesamowitego, coś, czego oboje nie rozumieją - podaje przykład ekspertka. - To wcale nie oznacza, że ona ma od razu pakować walizkę i iść w świat, bo ani z jednym, ani z drugim nie jest w stanie być szczęśliwa - to jedynie informacja o niej samej. Otóż ten człowiek dotknął w niej jakiejś ważnej potrzeby i może - jeśli chciałaby pozostać w związku z partnerem, z którym jest i którego kocha - należałoby żyć w prawdzie i powiedzieć mu o tym, co odkryła. Nie o zdradzie, ale o tym, czego o sobie się dowiedziała. Chciałabym być dobrze zrozumiana: do takich odkryć nie dochodzi jedynie w trakcie romansu, często jest to rezultat wejrzenia w siebie, zmiany w życiu, emocjonalnego impulsu, skontaktowania się ze swoimi potrzebami, własnym erotyzmem.

Bo w związku, czyli także w seksie, trzeba co jakiś czas aktualizować informacje o sobie - wszyscy się przecież zmieniamy. I im bardziej od serca powiemy, na czym polega ta zmiana, to tym bardziej będzie to wartościowe dla związku i dla relacji seksualnej. I na odwrót, zmiany w innych sferach też przekładają się na jakość seksu. To, że on się od ciebie oddala, wcale nie musi oznaczać, że go już nie pociągasz, tylko że na przykład obawia się utraty pracy, ma spadek nastroju albo czuje się gorzej fizycznie.

Jak pracować nad seksualnością?

-Pierwszym krokiem, zwłaszcza dla kobiety, jest to, by pomyśleć tylko o sobie, dać sobie odrobinę przestrzeni w ciągu dnia, kiedy własna seksualność będzie ważna - mówi dr Alicja Długołęcka. - Nie jest tak, że mamy czuć się pożądane wyłącznie wtedy, kiedy partner nas skomplementuje albo ktoś na ulicy się za nami odwróci i popatrzy z uznaniem, nie - seksualność jest wewnątrz nas. Warto to źródło znaleźć i nauczyć się je karmić.

Co to znaczy? Że robimy kolejny krok - w stronę własnej wyobraźni. Każdego co innego rozbudza, ale to nasza jednostkowa i niepowtarzalna wyobraźnia porusza ciało - w ten sposób możemy się z nim skontaktować i dopiero wtedy poprzez ciało pracować nad seksualnością. Trzeci krok to podarowanie sobie realnego czasu na to, co zmysłowe i pobudzające. Praca nad swoją seksualnością to tak naprawdę praca nad odbieraniem życia wszystkimi zmysłami. Nie tylko dawaniem i obdarzaniem, ale też przyjmowaniem, chłonięciem.

-Bądźmy wdzięczni naszemu ciału za to, że jest sensualne, czyli seksualne, bo dzięki niemu, ale i poprzez nie przeżywamy najcudowniejsze momenty, które wiążą się z przeżywanie świata, a więc także relacji z innymi ludźmi - mówi dr Alicja Długołęcka.

Dr n. hum. ALicja Długołęcka: pedagożka i edukatorka seksualna. Wykładowca na Wydziale Rehabilitacji w Warszawie, gdzie prowadzi zajęcia z psychosomatyki i rehabilitacji seksualnej. Wykładowca na Podyplomowych Studiach Wychowania Seksualnego na Uniwersytecie Warszawskim.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się