1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak oszczędzać i nie rezygnować z przyjemności na wakacjach?

Jak oszczędzać i nie rezygnować z przyjemności na wakacjach?

Na początku należy zastanowić się, czy skoro tak bardzo zależy mi na superfajnym urlopie, na który mnie nie stać, to czego tak naprawdę chcę? Jaka potrzeba za tym stoi? Może zdołam ją zaspokoić tańszymi wakacjami, a może jeszcze czymś innym. (Fot. iStock)
Na początku należy zastanowić się, czy skoro tak bardzo zależy mi na superfajnym urlopie, na który mnie nie stać, to czego tak naprawdę chcę? Jaka potrzeba za tym stoi? Może zdołam ją zaspokoić tańszymi wakacjami, a może jeszcze czymś innym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
W tym roku miało być inaczej, a jednak znowu po wakacjach masz do spłacenia debet na koncie lub zadłużenie na karcie? Psychoterapeuta Mateusz Ostrowski przekonuje, że zamiast się frustrować, lepiej zdać sobie sprawę z tego, że jakaś część nas pragnie spełniania zachcianek. Druga część – racjonalna – jest w stanie ją trochę okiełznać. I o to „trochę” toczy się cała dyskusja

Obiecałam sobie, że w tym roku wydam mniej na urlop, ale, niestety, znów mam debet na koncie. Przez kilka miesięcy nad głową będą mi wisiały spłaty. Jak pozbyć się dyskomfortu związanego z tym, że zadłużam się podczas wakacji? Są dwa wyjścia: albo tego nie robić, albo się na to zgodzić. Z jednej strony można sobie pomyśleć: „Niedobrze mi z tym, nie służy mi to, więc próbuję rozwinąć racjonalną stronę mojej osobowości”, z drugiej – można się na ten dług zgodzić: „To jest mój wybór, chcę mieć fajne wakacje, chcę dać sobie coś ekstra – wiem, że to będzie kosztować”. W psychologii pieniądza dużo mówi się o odraczaniu gratyfikacji, czyli odkładaniu przyjemności na później, a korzystanie z kredytu jest takim przyspieszaniem gratyfikacji. Jeżeli to jest mój świadomy wybór i zakładam, że będę w stanie spłacić debet w przyszłości, nie ma w tym nic złego. Pytanie, na ile robię to świadomie, a na ile ulegam wpływom. Czy to zewnętrznym, takim jak reklama, czy wewnętrznym, wynikającym z niespełnionych potrzeb, które chcę zaspokoić właśnie tymi wakacjami, na które się zadłużam.

Tym razem chcę naprawdę coś zmienić, bo wiem, że mam tendencję do wydawania pieniędzy lekką ręką. Jak wzmacniać w sobie tę racjonalną postawę? W podejściu do pieniędzy jesteśmy rozpięci między hedonizmem a racjonalizmem. Taka teza pojawia się między innymi w behawioralnej hipotezie cyklu życia, w której każdy ma w sobie „plannera” dążącego do życia w racjonalny sposób, ale utrudniają mu to różne pokusy, na które podatna jest nasza inna wewnętrzna postać – „doer”, czyli ktoś, kto pragnie przyjemności szybko, tu i teraz. Taka wewnętrzna polaryzacja jest dość powszechna. Najgorszą rzeczą byłoby skupienie się na jednej albo drugiej stronie. Jeśli utożsamię się wyłącznie z wewnętrznym hedonistą, to dopóki mam szczęście, bogatych rodziców i spadek – mogę tak funkcjonować, ale w życiu zazwyczaj dochodzi do jakiegoś ograniczenia, z którym trzeba się zmierzyć – w wariancie najgorszym mogę wręcz wylądować na bruku.

Jeśli przesadzę z racjonalnością, z koncentracją na przyszłości, planowaniu – pozbawię się radości życia. Zbyt zapatrzeni w przyszłość ludzie mają często odłożone duże oszczędności, ale z nich nie korzystają, a przecież jak mówił znany ekonomista John Maynard Keynes: „w długim okresie wszyscy będziemy martwi”.

Jeżeli uważa pani, że brak pani racjonalności i pragnie ją rozwijać, to powinna pani robić rzeczy, które będą ją wspierać, nie zapominając o swoim wewnętrznym hedoniście. Trzeba dać mu miejsce i sposób na odczuwanie przyjemności, bo inaczej będzie on sabotował te zmiany. I skończy się jak z postanowieniami noworocznymi, których przestajemy przestrzegać po kilku tygodniach. Dlatego dobrze zacząć od mniejszych zmian i przygotować plan szczegółowy, rozpisany na miesiące, a nawet na tygodnie. Realizując go krok po kroku, będzie pani czuć satysfakcję i mieć poczucie sprawstwa, a to zawsze daje napęd. Racjonalną stronę można także wzmacniać przez robienie jednej rzeczy regularnie i z myślą o przyszłości, np. zapisać się do szkoły językowej czy na zajęcia z jogi. Jeśli się uda z jedną rzeczą, będzie łatwiej z kolejną. Wytrenowany „mięsień” silnej woli będzie pracował lepiej.

Uważa pan, że finansowej dyscyplinie może pomóc dyscyplina w innych sferach życia? Tak. Bo jeżeli czegokolwiek uczymy się w sposób przyszłościowo-racjonalny, budujemy w sobie pewną umiejętność, której będzie nam potem łatwiej użyć przy planowaniu finansów. Jeśli mamy w sobie mocnego hedonistę, musimy szukać działań, które będą wzmacniały naszą sferę racjonalną. Jako ciekawostkę mogę podać fakt, że badacze z uniwersytetu w Chicago stwierdzili, że ludzie podejmują bardziej racjonalne decyzje finansowe w języku, który nie jest dla nich ojczysty. To ma głęboki sens, bo przecież pierwszego języka uczymy się głównie przez emocje, a języka obcego w racjonalny sposób: poznajemy gramatykę, reguły. Nam chodzi zaś o nauczenie się przestawiania na ten racjonalny tryb.

Sposobem jest budowanie nawyków, przy czym ważna jest regularność, bodziec, który odpala czynność, i nagroda. Nie można z niej rezygnować, ale nie musi być ona bardzo realna, chodzi o pewien stan satysfakcji. Odkładając jakąś kwotę, za każdym razem może pani sobie wyobrazić efekt, a to przywoła pewne emocje. Jeżeli przy wpłatach będzie sobie pani przypominać ulgę związaną ze spłaceniem debetu, poczucie wolności, mniejszy lęk o przyszłość – to spłaty nie będą już takie bolesne. Z kolei jeżeli narzuci sobie pani reżim szybszej spłaty, to może pani „wędrować” pomiędzy wewnętrznymi stanami: od hedonizmu do życia w tym reżimie. A to nie najlepsze rozwiązanie... Nasz wewnętrzny hedonista jest tym mocniejszy, im bardziej go ograniczamy. Jeśli przez cały rok trzymamy go krótko, a tylko na wakacjach pozwalamy mu na swobodę, to faktycznie zachowuje się nierozsądnie. Gdybyśmy mu dawali więcej przestrzeni w codzienności, to prawdopodobnie nie musiałby aż tak bardzo odreagowywać raz na rok. I w efekcie byłoby nam łatwiej korzystać z tej racjonalnej strony.

A tak rozbrykaliśmy się, więc teraz trzeba się zdyscyplinować. Taką powakacyjną frustracją w pewien sposób karzemy też siebie. Od tego właśnie zaczęliśmy rozmowę. Jeśli przyjmę, że miałem fajne wakacje, bawiłem się i sporo wydałem – wtedy zmieniam optykę i po prostu spłacam zadłużenie. To zdejmuje trochę napięcia. Pamiętajmy jednak, że konflikt w naszej głowie wyraża też to, co się dzieje w całym świecie, bo przecież wymaga się od nas z jednej strony racjonalności, planowania, zachęca do oszczędzania, a z drugiej jesteśmy bombardowani hasłem „kup teraz”. Instytucje finansowe namawiają nas do oszczędzania, jednocześnie kusząc kartami kredytowymi. Żyjemy w otoczeniu, które nie wspiera racjonalnego modelu. Tym większy wysiłek musimy włożyć w to sami.

Mówi pan, że zaciąganie długów może wzmacniać lęk o przyszłość. Z jakim ryzykiem wiąże się życie na kredyt? Na liście stresorów kredyt hipoteczny zajmuje dość wysokie, 20. miejsce. W zależności od osobowości przejmujemy się tym mniej lub bardziej, ale z pewnością duży kredyt zaburza poczucie bezpieczeństwa. No i pojawia się ryzyko, którego często nie bierzemy pod uwagę. Polecam książkę Nassima Taleba, ekonomisty, filozofa pochodzącego z Libanu, „Czarny łabędź”. Tytuł wziął się stąd, że odkrycie czarnego łabędzia wywołało duże zdziwienie, długo znano tylko białe. W książce czarny łabędź jest symbolem mało prawdopodobnej rzeczy, która – jeśli się wydarzy – robi ogromną rewolucję, a po fakcie wszyscy są w stanie to wytłumaczyć. Taki właśnie był kryzys ekonomiczny w 2008 r.: poza nielicznymi wyjątkami nikt go nie przewidywał, gdy się wydarzył, przewrócił rynek do góry nogami, a potem wszyscy mówili, że właściwie można go było się spodziewać. To pokazuje ludzką skłonność do myślenia w kategoriach tego, co znamy, i zakładania, że tak będzie zawsze. Bardzo mało prawdopodobne rzeczy wypieramy, ale przecież one od czasu do czasu się przydarzają. Tak jak doszło do kryzysu w skali makro, tak może dojść do kryzysu w mojej indywidualnej gospodarce. Czy jestem przygotowany na to, że mogę stracić pracę? Jeżeli nie mam oszczędności, a jeszcze generuję długi, to igram z rzeczywistością. Oczywiście mogę sobie poradzić, ale nastawiam się na większe ryzyko.

Pieniądze i emocje zawsze idą ze sobą w parze? Ekonomią rządzą przede wszystkim chciwość i strach. Stąd w marketingu niweluje się strach i wzmacnia chciwość. Strach ma złą renomę – mamy myśleć pozytywnie i nie bać się niczego. Ale jeśli zastanowimy się nad strachem w bardziej atawistyczny sposób, to jest to mechanizm ostrzegawczy, potrzebny biologicznie do przeżycia, a my tę czujność sztucznie usypiamy. Dlatego uwzględnianie strachu i ryzyka ma sens. Szczególnie, że człowiek jest kiepski w szacowaniu niebezpieczeństwa. Decyzje kredytowe zapadają zwykle pod wpływem emocji, reklamy są coraz bardziej skuteczne, sprzedawcy lepiej wyszkoleni, więc faktycznie potrzeba wiele asertywności, żeby decydować racjonalnie. Im bardziej emocjonalnie podejmiemy tę decyzję, tym większe mogą być jej negatywne konsekwencje. Na tej zasadzie wpadamy w dół finansowy po wakacjach, bo „tak bardzo marzyłem o idealnym urlopie”. Dlatego przed podjęciem decyzji warto odwołać się do prostych sposobów: porównać różne oferty, policzyć koszty, to, ile faktycznie będziemy musieli potem spłacić. I wreszcie zastanowić się, czy muszę się zadłużać na wakacje. A może lepiej przesunąć wyjazd? Skoro podczas urlopu zawsze robię debet i potem miesiąc w miesiąc oddaję spore kwoty, to przecież mógłbym te kwoty regularnie odkładać wcześniej, przed wakacjami. Wyszłoby mi nawet taniej, bo bez odsetek. To wymaga rozwijania racjonalnej części, ale też i dbałości o swojego wewnętrznego hedonistę. Moim zdaniem bez zadbania o obie strony osobowości to się nam nie uda.

A może nas nie stać na ten wakacyjny hedonizm? Za mało zarabiamy, ale „wkręcamy się” w pewien system. Zdecydowana większość pożyczek nie jest przeznaczona na rzeczywiste życiowe potrzeby, czyli np. sytuację, że zabrakło mi do pierwszego albo ktoś w rodzinie zachorował i trzeba mu zapewnić prywatne leczenie czy opiekę, albo inwestuję w kurs, który podniesie moje kompetencje. Większość kredytów nastawiona jest na spełnianie marzeń. Chcemy poczuć się bezpiecznie, komfortowo, wyjątkowo... I tu znowu powraca temat trzeźwego podejmowania decyzji. Co będzie dla mnie dobre? Skoro tak bardzo zależy mi na superfajnym urlopie, na który mnie nie stać, to czego tak naprawdę chcę? Jaka potrzeba za tym stoi? Może zdołam ją zaspokoić tańszymi wakacjami, a może jeszcze czymś innym. Chcę spędzić wreszcie czas z rodziną? Super, ale co mi w tym przeszkadza przez cały rok? Potrzebuję odpoczynku? Jakie przekonania nie pozwalają mi odpoczywać na bieżąco? Jeśli znajdę rzeczywistą potrzebę, to presja wyjazdu na wymarzone drogie wakacje zmaleje, więc mniej wydam. Hedonistyczne zachowania to często swoista rekompensata. Ale czy potrzebujemy takich trików? Czy nie lepiej rozpoznać swoje potrzeby i starać się zaspokajać je na co dzień?

Jak najlepiej oszczędzać pieniądze? Wzmacniając swojego racjonalistę

  • Najlepszym sposobem racjonalisty na poradzenie sobie z hedonistą są zasady. Mogą być to zasady zewnętrze, jak ustawienie automatycznego przelewu raz w miesiącu na określoną kwotę na konto oszczędnościowe albo stałą ratę spłaty debetu. Jeśli to za mało, można skorzystać z programów oszczędnościowych, które proponują instytucje finansowe. W umowie z nimi zobowiązujesz się do określonych wpłat w określonych terminach. – Ja nazywam to outsourcingiem silnej woli – mówi Mateusz Ostrowski. Tyle tylko że każda taka usługa kosztuje – banki pobierają prowizje. Jeśli sam odkładasz pieniądze, wyjdzie taniej.
  • Warto też umówić się na zasadę wewnętrzną. Prostą, ale wymagającą konsekwencji – chodzi o zbudowanie nawyku. Niech to będzie jedna rzecz, np. chcesz wyjść z debetu i postanawiasz co miesiąc przeznaczać na spłatę określoną kwotę.
  • – Najłatwiej oszczędza się na konkretny cel – mówi Mateusz Ostrowski. Jeśli nie masz celu, brakuje ci nagrody w działaniu nawykowym. Dlatego dobrze jest odkładać na coś, np. jeśli oszczędzasz na emeryturę, możesz wizualizować siebie na ganku przed domem, jeśli na wakacje – nad basenem pod palmami. Cel oznacza pewną realność, bo oszczędzanie i wydawanie sprowadza się właściwie do odraczania i przyspieszania gratyfikacji.
Mateusz Ostrowski terapeuta pracy z procesem, trener biznesu. Członek Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Trenerów Psychologii Procesu. Prowadzi terapię indywidualną i dla par oraz warsztaty rozwoju osobistego. Lubi podróże na Wschód i literaturę science fiction, www.mateuszostrowski.pl.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak radzić sobie z zazdrością o partnera?

Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
To nie sama zazdrość jest problemem, a zachowanie, jakie może z niej wyniknąć. Jak podkreśla dr Robert L. Leahy, psycholog i autor książek poradniczych, ta emocja nie zniknie z naszego życia... Warto zatem zrobić dla niej miejsce i przygotować strategię na czas, gdy da o sobie znać.

Trudna sprawa z tą zazdrością...
Ale interesująca, uniwersalna. Zazdrość występuje nawet u zwierząt. Spotkałem w życiu wielu nieszczęśliwych ludzi, niszczących swoje związki i siebie właśnie z powodu zazdrości.

Skąd bierze się zazdrość?
Z punktu widzenia ewolucji takie emocje jak zazdrość były kiedyś potrzebne, pełniły pewną funkcję, w końcu w grę wchodziło pytanie, czy opiekuję się swoim czy cudzym dzieckiem. Kobiety zawsze wiedzą, że to ich dziecko, a mężczyźni nigdy nie mogą być pewni. Stąd męska zazdrość i będąca często jej pokłosiem kontrola.

Ale prawda o romantycznej zazdrości jest taka, że doświadczają jej zarówno mężczyźni, jak i kobiety, tyle że one są bardziej zazdrosne o emocjonalną bliskość partnerów w stosunku do innych kobiet, a oni – o seksualną bliskość, intymność, jaką partnerki mogą obdarować kogoś innego. Kiedy jesteśmy na początku związku, podchodzimy dużo bardziej swobodnie i wyrozumiale do drugiej osoby, ale gdy związek się rozwija i mamy więcej do stracenia, wtedy robimy się zazdrośni.

Jednak nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli wzbudzić zazdrość u partnera.
Są takie momenty w związku, kiedy nie jesteśmy pewni, czy nasi partnerzy są do nas przywiązani, i wtedy możemy chcieć wywołać w nich zazdrość. Nie twierdzę, że powinniśmy, ale to sprawdzian w rodzaju: „jeśli naprawdę mnie cenisz, to powinieneś być zazdrosny o moich eks albo o kogoś, kto ze mną flirtował lub z kim ja flirtowałam”.

To brzmi jak manipulacja czy przemoc emocjonalna.
Ludzie nie zawsze są mili, to prawda. Badania pokazują, że zazdrość jest częstym prognostykiem przemocy domowej oraz zabójstw kobiet przez mężczyzn, jeśli w grę wchodzi jej agresywna odmiana, związana z władzą i kontrolą. Ludzie czasem popełniają samobójstwa, bo nie mogą sobie z nią poradzić. To silna, powszechna i czasem zabójcza emocja, ale będziemy się z nią w życiu spotykać, więc musimy mieć strategię.

Ale jest spora różnica między uczuciem zazdrości a zachowaniem podejmowanym pod wpływem tej emocji.
Ktoś może powiedzieć, że czuje zazdrość, ale to nie oznacza, że na przykład śledzi partnera czy partnerkę, próbuje jego lub ją kontrolować, grozić czy ograniczać wolność. To te zachowania, a nie odczuwanie zazdrości, stają się problemem. Bo zazdrość sama w sobie może prowadzić do dobrych rzeczy, na przykład pomaga uświadomić sobie, że cenimy nasz związek, że nasz partner czy partnerka są dla nas bardzo ważni, że chcemy wierności. Zazdrość to uniwersalna emocja, ale trzeba rozróżnić emocje od działań.

Jak to zrobić?
Zacznijmy od rozmowy o tym, co się dzieje, o tym, na ile obie strony są zaangażowane w związek, czego chcemy i oczekujemy od naszego związku, a także od partnera czy partnerki. Powiedzmy o tym, że jesteśmy zazdrośni o różne zachowania drugiej strony, na przykład o to, że on albo ona wciąż z kimś się spotyka bez nas lub jest w kontakcie ze swoim eks. Wyznanie zazdrości może być początkiem negocjacji, kontraktu, jaki ze sobą ustalamy. Jeśli jedna osoba chce zaangażowania, a druga woli spotykać się także z innymi ludźmi, to nie sposób stworzyć związku, w którym możemy sobie ufać.

Trudno się przyznać do zazdrości, to trochę upokarzające.
I ludzie czasem czują wstyd z tego powodu, zastanawiają się, co jest z nimi nie tak, co partner o nich pomyśli... Z kolei z jego strony potrzebne jest wsparcie, powiedzenie, że każdy czasem czuje zazdrość, że wszystko w porządku. No bo przecież jasne, że czujemy ukłucie na widok partnera czy partnerki, którzy z kimś flirtują. Ale ja zawsze proponuję, żeby – zamiast starać się pozbyć zazdrości – znaleźć dla niej przestrzeń. Używam wtedy metafory związku jako pokoju, w którym gromadzone są wszystkie doświadczenia z partnerem, a zazdrość jest po prostu jednym z nich. Zróbmy miejsce dla zazdrości, postawmy ją na półce, bo będziemy co jakiś czas ją stamtąd zdejmować.

Jednak powiedział pan także, że niezdrowa zazdrość może zmienić się w kontrolę czy agresję. Jak rozpoznać, czy nasz partner nie zmierza w tym kierunku?
Różnica sprowadza się do tego, jak dana osoba wyraża zazdrość oraz na ile jest otwarta na rozmowę, negocjacje. Warto mówić wprost: „widzę, że jesteś zazdrosny, widzę, że jesteś zaniepokojona”. Z jednej strony możemy potraktować to uczucie jako coś dobrego i przyznać, że czujemy się przez to wyjątkowi i docenieni, ale warto też dodać, że przeszkadza nam sposób, w jaki partner czy partnerka okazują tę zazdrość: nie chcemy być kontrolowani, obrażani, bo to nas odstręcza, odsuwa.

Wiele osób, kiedy słyszy, że są zazdrosne, przyjmuje postawę defensywną, bo czują się jeszcze mniej pewnie. Z drugiej strony temu, kto jest celem zazdrości, niełatwo znaleźć w sobie zrozumienie i współczucie dla drugiej strony. Utrzymanie takiego związku może być prawdziwym wyzwaniem. Wtedy trzeba zastanowić się, czy może lepiej byłoby rozstać się na chwilę, uspokoić i przemyśleć, co dalej.

Kiedy powiedzieć: „dość” i zrezygnować ze związku?
To indywidualna decyzja, ale gdy czujemy, że sobie nie radzimy, zawsze przyda się pomoc specjalisty. A kiedy w związku zaczyna się przemoc, gdy partner podważa nasze poczucie wartości, gdy jesteśmy odcinani od systemu wsparcia, czyli od rodziny i przyjaciół – trzeba poważnie zastanowić się nad rozstaniem. Może nawet takim raz na zawsze.

Powiedzmy to sobie krok po kroku: jakie strategie powinniśmy stosować, gdy mamy do czynienia z zazdrością?
Pierwszy krok to nazwać tę emocję, powiedzieć wprost: czuję zazdrość. Drugi krok to uznać ją za normalną reakcję. Trzeci to zrozumieć, że naszym celem nie jest pozbycie się zazdrości, tylko zrobienie dla niej przestrzeni, żeby nie zniszczyła związku.

Pamiętajmy, że zazdrość to tylko jedno z uczuć, jakie czujemy w stosunku do naszego partnera czy partnerki, obok radości, szczęścia, ciekawości, nudy czy podekscytowania. Kolejna rzecz to rozróżnienie na emocję i zachowanie. Cały czas pamiętamy o rozmowie, negocjujemy granice zachowania: na co się zgadzamy, na co nie.

No właśnie, to zachowanie...
Dobrym rozwiązaniem może być wyznaczenie sobie czasu na zazdrość czy czasu na martwienie się, na przykład co dzień o konkretnej godzinie przez 15 minut. Wtedy dajmy upust wszystkim uczuciom i myślom związanym z naszym partnerem czy partnerką. A po tym czasie zajmijmy się już innymi rzeczami.

Kolejną przydatną rzeczą, którą możemy zrobić, kiedy cały czas zastanawiamy się, co robi moja ukochana czy ukochany albo z kim się spotyka, jest odwrócenie ról. Wydaje nam się, że nikt nie powinien flirtować z naszym partnerem, a on powinien myśleć tylko o nas, ale czy tak samo jest w drugą stronę? Czy ja myślę tylko o mojej partnerce, czy nie flirtuję z innymi, czy nie miałem romansów?

Wreszcie, zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, popracujmy nad tym, aby nasza relacja stała się atrakcyjna. Zamiast okazywania złości mówmy drugiej osobie, za co ją kochamy, co w niej lubimy i cenimy i jakbyśmy się czuli, gdyby odeszła.

Wymaga to zupełnej zmiany w postrzeganiu świata. Innego sposobu myślenia.
Dobrze to pani nazwała. Kluczem jest zaakceptowanie, że mamy w sobie uczucie zazdrości, ale podejmujemy wybór, żeby mimo to nie zrobić nic przeciwko ukochanej osobie. Nie musimy jej kontrolować, krzywdzić, prześladować. Możemy po prostu wyrażać uznanie, miłość, zrozumienie, docenić i przyjąć jej perspektywę. Zamiast oskarżać, okażmy miłość i serdeczność.

dr Robert L. Leahy, psycholog, autor wielu poradników. Regularnie publikuje w serwisie „Psychology Today”, występuje na międzynarodowych konferencjach oraz w programach telewizyjnych i radiowych.

  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Materiał partnera

Jak inwestować w monety i nie popełnić błędu?

Specjaliści twierdzą, że posiadanie dużych oszczędności i trzymanie ich w banku na zwykłym lub nawet oszczędnościowym koncie to najgorszy pomysł i nieekonomiczna decyzja. Pieniądze powinny na siebie zarabiać, a jeśli nie ma takiej możliwości, najlepiej jest je po prostu dobrze zainwestować. Problem stanowi jednak podjęcie decyzji, w co konkretnie zainwestować. Mieszkanie, działka, biznes? Polskie Towarzystwo numizmatyczne zachęca do inwestowania w monety.

Dlaczego warto inwestować w monety?

Złoto i srebro nigdy się nie nudzi – nigdy nie wychodzi też z mody. Monety wykonywane ze szlachetnych kruszców są gromadzone od wieków, przede wszystkim po to, aby wartość kapitału została przeniesiona w czasie. Choć straciły one na wartości przez ostatnie lata, wyparte przez nowoczesne, bardziej użyteczne formy, takie jak pieniądze papierowe, czy karty do płatności elektronicznej, nadal cieszą się popularnością i stanowią inwestycję, którą warto się zainteresować. Był czas, kiedy zbieranie monet wydawało się po prostu modą. Dzisiaj tak nie jest, ale nadal istnieje ogromna liczba pasjonatów, dla których posiadanie konkretnej monety to nie tyle inwestycja, co po prostu pasja.

Z perspektywy osoby, która chce zainwestować w złoto lub srebro w takiej formie, sprawa wygląda jednak inaczej. Jeśli nie jest się pasjonatem numizmatyki, istnieje duża szansa, że to się zmieni, ponieważ jak wiele hobby, również to wciąga. Odpowiedź, dlaczego warto inwestować w monety nie może być inna – warto. Bezsprzecznie jest to dobra lokata kapitału, a wartość dobrej monety z pewnością nie spadnie, a ku uciesze inwestującego - może tylko wzrosnąć.

Czy trzeba mieć dużą wiedzę, by inwestować w monety?

Jak twierdzą specjaliści i najwięksi pasjonaci, podobnie jak w innych aspektach życia, człowiek uczy się na błędach. Dokładnie tak samo wygląda to w przypadku numizmatyki. Co do jednego jednak wszyscy są zgodni – z pewnością niezbędna jest tutaj wiedza podstawowa. Nie ma jednak konieczności wgłębiania się w temat, aby dobrze zainwestować.

Oferta na rynku jest bardzo szeroka – nie każdy chce przecież kolekcjonować stare, czy zabytkowe monety, czyli tak zwane numizmaty, bez względu, czy to złoto, czy srebro. Dla nich przygotowana jest specjalny asortyment – na przykład nietypowe, opatrzone certyfikatami monety, bite z jakiejś okazji przez mennice państwowe albo prywatne. Kupując takie monety nie trzeba martwić się o ich unikalność, a co za tym idzie, nie ma konieczności posiadania dużej wiedzy. Z numizmatami nie jest już tak prosto, ponieważ aby rozpoznać numizmat, potrzebna jest dużą wiedza i umiejętności.

Jak inwestować w monety?

Jeśli inwestor jest początkujący i nie czuje się bezpiecznie, z pomocą przychodzi tak zwany grading. Jest to usługa, która polega na zamknięciu monety w szczelnym, zalakowanym pudełku, które jest opatrzone certyfikatem autentyczności. Takie monety są objęte gwarancją ze strony firm oferujących tego typu „produkty”.

Niestety, jest to hobby kosztowne – zawsze można zacząć od monet srebrnych, które są bardziej przystępne dla większości społeczeństwa. Trudniej jest ze złotymi monetami, a im rzadsza, tym droższa. Jak wskazują pasjonaci, już za nieduże pieniądze można zbudować naprawdę ciekawą kolekcję monet i ulokować pieniądze.

  1. Psychologia

Pieniądze między nami - co mówi o naszych relacjach stosunek do pieniędzy?

Żeby uniknąć poważnych konfliktów możemy pytać siebie nawzajem, jakie miejsce w hierarchii naszych wartości zajmują pieniądze. Im szybciej takie pytanie się pojawi, tym lepiej. (Fot. iStock)
Żeby uniknąć poważnych konfliktów możemy pytać siebie nawzajem, jakie miejsce w hierarchii naszych wartości zajmują pieniądze. Im szybciej takie pytanie się pojawi, tym lepiej. (Fot. iStock)
Kobieta, która przekracza budżet, czyści konto, nie jest do końca świadoma, że dokonuje zemsty. Tak jak mężczyzna, który traktuje pieniądze jako narzędzie władzy i dominacji. Co tak naprawdę dzieje się między nami? Co mówi o nas i o naszych relacjach stosunek do pieniędzy – tłumaczy psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Kłócimy się w parach głównie o pieniądze, seks i dzieci. Badania pokazują, że najczęściej o pieniądze.
Te kłótnie rzadko dotyczą samych pieniędzy. Pokazują napięcia i konflikty w relacji.

Jestem zła, bo nie zachwycasz się mną, więc będę suszyć ci głowę, że na nic nie starcza pieniędzy…
Gorzej: będę się mścić, uprzykrzę ci życie. Wyobraźmy sobie parę: on zarabia, ona wychowuje małe dzieci, dba o dom. On jest przepracowany, wraca późno. Może ma problemy z szefem. Przestaje zauważać i doceniać kobietę, jej starania, jej piękno. W pierwszych latach związku, gdy byli ze sobą blisko, czule, gdy zaspokajali nawzajem swoje potrzeby, pieniądze nie stanowiły żadnej kwestii; sprawnie ustalali, na co je przeznaczyć. Teraz to się zmienia. Kobieta widzi, że mężczyzna jest bierny, nie stara się. Próbuje więc – nieświadomie – zwrócić jego uwagę poprzez to, że wydaje j e g o pieniądze. Dużo wydaje, robi – jak to się fachowo mówi – niezbilansowane zakupy. Produkty tylko z górnej półki, luksusowe i dużo.

Ma satysfakcję!
Niejako wydobywa w taki sposób coś dla siebie, przynajmniej tyle zyskuje. „Jak ty jesteś taki, to ja wydam wszystkie pieniądze, wyczyszczę konto i teraz się martw, jesteś facetem, prowadzisz firmę, poradź sobie”. On orientuje się, że konto pustoszeje. To dla niego stres, zmartwienia. „Jesteś rozrzutna i nie mogę ci ufać!” Tak nakręca się spirala przemocy, biernej agresji, uprzykrzania sobie życia.

Często to mężczyzna nie może dobić się o uwagę, troskę i czułość.
I gdy nie dostaje tego, czego chce, wprowadza restrykcje, wycofuje finansowanie. Szybko znajduje racjonalne wyjaśnienie: w tym miesiącu nie mam na te wydatki, nie możesz tego kupić. To rodzaj kary, ponieważ jest zły, rozżalony.

Za co?
Często za brak seksu. To bardzo niebezpieczna sytuacja, ponieważ przeradza się w relacji w płatny seks: „Dasz, to i ja dam!”. Karanie za pomocą pieniędzy to forma rozliczenia, wyrównania. Nie mówię, o co mi chodzi, nie poruszam tego, co kluczowe, za to dokonuję rozliczenia na poziomie finansowym. „Jesteś skąpy!” „A ty nie liczysz się z pieniędzmi!” Karanie to nie wprost wyrażona złość.

„Ja zarabiam, więc ja decyduję o wydatkach!”. Kolejny przejaw dominacji i władzy.
Podkreślanie: „Nie zarabiasz, nie masz pieniędzy, chyba że ci dam”. Nieznoszące sprzeciwu stwierdzenia: „Będę ci przekazywał pewne sumy, a ty będziesz się rozliczać”. To, oczywiście, poważne nadużycie w sytuacji, gdy kobieta zajmuje się dziećmi i zarządza firmą, jaką jest dom, czyli ciężko pracuje. Mężczyźni, którzy utrzymują rodzinę, często zwalniają siebie z jakichkolwiek domowych obowiązków. To kolejne nadużycie. Najczęściej nie mają pojęcia, ile czasu i energii wymagają ogarnięcie rodzinnych wątków, organizacja różnych zadań, zarządzanie czasem, troska o dom i rodzinę. Wielu takich mężczyzn chce decydować, jak ma wyglądać życie rodzinne, jak powinna funkcjonować żona, co ma kupować, a czego nie.

Taka przemoc zdarza się niejednokrotnie także wtedy, gdy i kobieta zarabia. Mężczyzna w dalszym ciągu zarządza, decyduje…
To wszystko informacje na temat ich relacji. Ostatnio pracowałem z małżeństwem, które walczyło ze sobą o to, jakie przywileje powinny przysługiwać z racji zarobków. Oboje zarabiali dużo, ona bardzo dużo, trzykrotnie więcej od męża. A więc nie musieli walczyć o przetrwanie, a jednak walczyli ze sobą. Pieniądze były tylko widocznym przejawem głębszych konfliktów, niezaspokojonych potrzeb i frustracji.

Wtedy wyraźnie widać, że walka o pieniądze to strata czasu, właściwie pogłębia konflikty. Nie jesteśmy tego świadomi?
Tak, kobieta, która przekracza budżet, czyści konto, nie jest do końca świadoma, że tak naprawdę dokonuje zemsty. Albo chce w ten sposób pozyskać uwagę mężczyzny. Co tak naprawdę dzieje się między nami? O co nam chodzi, gdy wykorzystujemy pieniądze do dominacji czy karania? Bez tej świadomości sprawy bardzo się komplikują, coraz trudniej o otwarte rozmowy. „Jesteś jak twoja matka!” „Wszyscy faceci są tacy sami!” Równia pochyła.

Istnieje – jak się wydaje – podstawowa kwestia dotycząca przyczyn nieporozumień wokół pieniędzy. To wzorce wyniesione z domów rodzinnych. Pochodzimy z różnych środowisk. Doświadczenia naszych rodziców, dziadków i poprzednich pokoleń mają na nas ogromny wpływ. Jak ten wpływ rozpoznać?
Przede wszystkim słuchać. Jakich metafor używa partner, partnerka? Co mówią o pieniądzach? Pieniądze nie rosną na drzewach? Nie leżą na ulicy? Pieniądze szczęścia nie dają? Nie ma sensu oszczędzać, trzeba wydawać, bo tracą wartość? Żaden pieniądz nie śmierdzi? Masz pieniądze, masz szacunek? Za pieniądze kupisz wszystko?

To są mocno wdrukowane programy, których najczęściej nie jesteśmy świadomi. A jednak działają. Często działają bezwzględnie precyzyjnie. Jeśli mężczyzna jest przekonany, że pieniądze zdobywa się ogromnym wysiłkiem i wyrzeczeniem, będzie stale napięty w relacji z nimi.

A gdy zwiąże się z kobietą, która ma gest, jest spontaniczna i wyznaje zasadę „raz się żyje”, problemy gotowe.
Albo on lubi mieć oszczędności, planuje, nie wydaje na głupoty. A ona kocha życie, podróże, zakupy… Mają odmienną filozofię życia. „Pieniądze są po to, aby przetrwać” kontra „pieniądze służą radości, celebrowaniu obfitości”.

Co z tym robić?
Rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Jakie wzorce wynieśliśmy z domu rodzinnego? Jaką wartość przypisywano pieniądzom? Mają znaczenie wszelkie pokoleniowe doświadczenia, upadłości majątkowe, nietrafione inwestycje, wyłudzenia, bankructwa, kradzieże, przegrane w grach losowych, finansowe walki w rodzinie. Te wszystkie wstydliwie ukrywane historie rzutują na nasz stosunek do pieniędzy. Kiedy o nich mówimy, poznajemy tło dziedziczonych przekonań. Łatwiej wtedy zrozumieć zachowania, reakcje, emocje. Łatwiej zrozumieć, że nasze zachowania niekoniecznie są wynikiem głupoty czy złośliwości, ale uwarunkowań. Świadomość rozświetla ciemności umysłu. To, co uświadomione, możemy zmienić, jak mówią psychoterapeuci: odkryć programy, a potem je zaktualizować.

Najlepiej, gdybyśmy takie rozmowy prowadzili już wtedy, gdy decydujemy się być razem.

Mocno nieromantyczne…
Unikamy w ten sposób wielu rozczarowań. Możemy pytać siebie nawzajem, jakie miejsce w hierarchii naszych wartości zajmują pieniądze. Im szybciej takie pytanie się pojawi, tym lepiej. Może się okazać, że dla niego pieniądze są zbyt ważne. Albo ma problem z rozstawaniem się z nimi, co wróży, że będzie w rodzinie finansowym tyranem. Kobieta z kolei może mieć w stosunku do partnera bardzo wyśrubowane wymagania. Gdy mężczyzna to wie, może zadać sobie pytanie, czy da radę sprostać tym oczekiwaniom. Jeśli w związku z takimi odkryciami pojawia się w nas niepokój, może sygnalizować nieporozumienia i problemy w przyszłości. Już na starcie mogą więc pojawić się rozbieżności. W jaki sposób poradzimy sobie z nimi? Intuicyjnie dobieramy się tak, żeby się porozumieć. Jednak nie zawsze to się udaje. A wtedy dochodzi do dramatycznych sytuacji w kwestii na przykład podziału majątku; sprawy w sądach, dzieci wzywane na świadków. Mnóstwo cierpienia.

Osobne konta. Albo jedno wspólne obsługujące rodzinny budżet, a nadwyżka finansowa na dwóch indywidualnych – do jej i jego wyłącznej dyspozycji. Takie mamy w parach pomysły na unikanie finansowych nieporozumień.
Dobrze sprawdzać, co w naszym przypadku działa. Z mojego terapeutycznego doświadczenia wynika, że najwięcej szkody robi nielojalność, ukrywanie, niekonsultowanie decyzji finansowych. Na przykład mąż wyprowadza z rodzinnej firmy dużą sumę pieniędzy na realizację nowego projektu. Nie uzgadnia tego z żoną. Projekt przepada, co mocno podkopuje finanse firmy. Ale co gorsze – podkopuje zaufanie w relacji, kobieta czuje się – co zrozumiałe – pominięta, zlekceważona. Zastanawia się, co dalej z małżeństwem, ponieważ przestała czuć się bezpiecznie.

Inny przykład: mężczyzna pożyczył bratu dużą kwotę pieniędzy bez konsultacji z partnerką. Brat nie oddaje, przeciąga spłatę, kłamie, lawiruje. „Problemy finansowe brata są dla ciebie ważniejsze niż naszej rodziny” – mówi rozżalona kobieta. Mężczyzna tłumaczy, że czuje się zobowiązany…

…że trzeba sobie pomagać, że było mu niezręcznie odmówić. Wszyscy chyba, niestety, znamy te uwikłania.
Kobieta mówi: „Rozumiem, że znalazłeś się w trudnym położeniu, tym bardziej trzeba było mi powiedzieć, zapytać”. Ta, wydawałoby się z początku, drobna nielojalność położyła się cieniem na relacji tej pary. W kwestii pieniędzy – jak w każdej innej – potrzebujemy być ze sobą szczerzy, uczciwi, otwarci i odpowiedzialni. Bo tylko w ten sposób możemy zbudować mocną, pełną zaufania więź.

Rozmawiamy o pieniądzach

  • Co najmniej raz w tygodniu znajdźmy czas, aby omówić bieżące sprawy finansowe, zaplanować wydatki, oszczędności, inwestycje,
  • Niech to będzie przyjemny czas – zaplanujmy go przy kawie, gdy już dzieci pójdą spać, czy w niedzielny poranek,
  • Nie obawiajmy się mówić, co myślimy o pieniądzach w ogóle; o ich wydawaniu i oszczędzaniu oraz o swoich marzeniach,
  • Im częściej będziemy dyskutować na temat pieniędzy, tym te rozmowy staną się przyjemniejsze i tym łatwiej będzie nam podejmować finansowe decyzje,
  • Wkrótce zauważymy, że rozmawiając o finansach, zbliżamy się do siebie, coraz lepiej siebie rozumiemy, uczymy się współpracować i dbać o przyszłość.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą.

  1. Zdrowie

Nadwaga a zamrożone w ciele emocje

Jeśli masz pomysł, by zadbać o siebie i zrzucić kilka, twoim zdaniem, zbędnych kilogramów, pamiętaj, że sama dieta to za mało. Odchudzanie to proces, który zachodzi dopiero wtedy, gdy odkryjesz język swojego ciała i przeżyjesz zamrożone w nim historie.

Stań przed lustrem, nago albo w samej bieliźnie i spójrz na siebie jak na kogoś widzianego pierwszy raz w życiu. Kim jest ten ktoś?

Ciało jest jak księga życia albo mapa. Sylwetka, mimika twarzy, sposób oddychania, kolor skóry – to wszystko jest twoją historią spisywaną od momentu narodzin, a nawet jeszcze wcześniej... Wygląd, sposób poruszania się to przede wszystkim opowieść o twoich uczuciach; zwłaszcza tych niezauważonych, zamrożonych, nieprzeżytych, niewypowiedzianych. Każdy lęk zatrzymuje oddech, napina przeponę; każdy wstyd zaciska pośladki, ciężar ciała przenosi ze śródstopia na pięty, co usztywnia uda; każdy zawód napina mięśnie kręgosłupa. Te reakcje napinania, zamykania, zaciskania, zachodzące dzień po dniu – usztywniają poszczególne partie ciała, tworząc bloki mięśniowe. Sprawiają, że ciało jest mniej ruchome, tkanka gorzej ukrwiona i dochodzi do gromadzenia się w tych obszarach tkanki tłuszczowej…

Jak zbroja

Z punktu widzenia totalnej biologii automatyczny mózg, czyli podświadomy umysł robi wszystko, aby zapewnić przetrwanie, czyli zachowanie ciała jak najdłużej przy życiu. Każda sytuacja, z której wyszłaś cało, zostaje zapisana na twoim „twardym dysku”, czyli w mózgu. I we wszystkich podobnych sytuacjach pokładowy komputer automatycznie odpala program: przetrwanie. Śmiało można powiedzieć, że owe wzorce zachowań (nie tylko twoje, ale także twoich przodków) tak naprawdę sterują twoim życiem. I tak np. wzorzec przybierania na wadze w sytuacji realnego bądź potencjalnego zagrożenia i konieczności walki – jest zgodny z założeniem, że zawsze wygrywa większy i silniejszy. Odkładanie się tkanki tłuszczowej w okolicach barków, ramion i karku ma na celu obronę przed atakiem, a umięśnione uda ułatwiają ci ucieczkę, kiedy robi się zbyt niebezpiecznie, albo zamarcie – z nadzieją, że agresor zrezygnuje. Tkanka tłuszczowa chroni również przed kontaktem, który może być niebezpieczny emocjonalnie: muszę być większa, żeby chronić się przed zranieniem. Bywa, że fałdki tłuszczu na brzuchu to komunikat: „Popatrz, nie jestem wcale atrakcyjna, nie zbliżaj się”.

Tłuszcz to pancerz, który ma chronić twoje podświadome obszary lęków, wstydu, bezsilności. Może dotyczyć traumatycznych historii z przeszłości, kiedy czułaś bezpośrednie zagrożenie życia, np. tonięcie – tłuszcz chroni przed podobnym incydentem w przyszłości, poronienie – kobieta emocjonalnie nadal nosi dziecko w postaci nadwagi, dotkliwe pobicie – muszę być większa, żeby się obronić.

Z biologicznego punktu widzenia nadwaga jest efektem konfliktu porzucenia – być może w twoim ciele zapisana jest opowieść o małym dziecku, które zostaje opuszczone i, aby przetrwać, jego mózg uruchamia odpowiedni program zwiększenia masy ciała: „muszę stać się bardziej widoczne, aby matka mogła mnie łatwiej zauważyć”. Ten sam mechanizm obrony włącza się, kiedy np. w relacji z mężczyzną czujesz się niezauważana przez niego.

Tłuszcz manifestuje także konflikt związany z niedostatkiem i brakiem – jesteś przekonana, że w życiu dostajesz zwykle to, czego nie chcesz i nie masz tego, czego chcesz najbardziej na świecie. A gdy czujesz się samotna, twój mózg włącza alarm, bo „sama” znaczy „mało bezpieczna”. Gromadzimy zapasy, żeby przeżyć.

Tkanka tłuszczowa jako ważna ochrona gromadzi się zwykle w miejscach, które coś oznaczają. Mózg wysyła sygnał, że dane miejsce jest szczególnie podatne na zranienie i trzeba je otoczyć ochroną. Umownie każda strefa na ciele jest przypisana konkretnym emocjom:

  • talia – może dotyczyć problemów z podejmowaniem decyzji,
  • biodra – być może czujesz się niepewnie w rodzinie,
  • uda – zachwiane poczucie bezpieczeństwa,
  • brzuch – problemy z odczuwaniem emocji,
  • pośladki – strach,
  • duże łydki – lęk przed upadkiem,
  • grube ramiona – chęć uderzenia albo obrony przed ciosem,
  • podwójny podbródek – niezgoda na to, jak wygląda życie, chęć ucieczki do świata marzeń,
  • cellulit – może symbolizować obawę przed utratą domu lub czyjejś ochrony.

Terapia

Tkanka tłuszczowa to efekt gorszego ukrwienia, a jeszcze wcześniej napinania i bezruchu. Owo napięcie i bezruch powstały w celu obrony przed czuciem, bo tak bardzo boli… Masaż, sauna, ćwiczenia fizyczne, leżenie na macie z kolcami czy techniki oddechowe stosowane regularnie – sprawią, że napięcie mięśniowe powoli zacznie puszczać a ty zaczniesz czuć. Prawdopodobnie na początku pojawią się trudne emocje: przestraszysz się, zaczniesz płakać, poczujesz ból i rozpacz. Będziesz miała ochotę wrócić do napięcia: zacisnąć pośladki, zatrzymać oddech, spiąć łopatki, schować brzuch. Jeśli do tego dojdzie, spróbuj pobujać się na boki, pomasować napięte mięśnie ramion, kilka razy delikatnie wciągnąć i wypuścić mięśnie brzucha. Cały czas spokojnie oddychaj, staraj się, by w trakcie oddechu pracował brzuch, a klatka piersiowa była mniej ruchoma. Przyjmij każde doznanie, które pojawi się w ciele.

Zaufaj mu!

O czym szumi ciało?

Wróć do lustra i jeszcze raz popatrz na swoje ciało, z miłością. Te wszystkie krągłości, pomarańczowe skórki, fałdki i oponki są jak ślady po zranieniach. Możesz w nieskończoność je rozdrapywać albo pielęgnować z czułością. Ale najpierw musisz je z uważnością odczytać. Poniżej znajdziesz kilka wskazówek, jak to zrobić, bo tłuszcz najczęściej odkłada się w sześciu obszarach. Pamiętaj jednak, że każde ciało ma indywidualny język, którego nikt poza tobą nie zna.

Cała górna część ciała, od pasa w górę:

  • zdaniem dietetyków takie tycie najczęściej nie jest związane z chorobami, ale błędami żywieniowymi, gdy w diecie pojawia się dużo słodyczy i nadmierna ilość kalorii oraz brakuje ćwiczeń;
  • z psychologicznego punktu widzenia mocniejsza górna połowa ciała może być konsekwencją braku miłości ze strony matki, zbyt wymagającego i zimnego emocjonalnie ojca;
  • mocne barki i ramiona z nadmiarem tkanki tłuszczowej mogą symbolizować zatrzymaną potrzebę wyciągnięcia rąk ,,po miłość”, chęć pokazania „poradzę sobie sama”, obawa przed zależnością i podporządkowaniem albo gotowość do walki.

Oponka na brzuchu:

  • w tej okolicy znajduje się ośrodek stresu (komórki reagujące w sytuacji walki lub ucieczki);
  • nadmiar tkanki tłuszczowej symbolizuje problemy z radzeniem sobie ze stresem;
  • zdarza się, że w zachowaniu dominuje zajadanie stresu i zagłuszanie problemów alkoholem;
  • oponce często towarzyszy podciągnięta przepona, która jest efektem zatrzymania oddechu z powodu lęku;
  • to także solidna ochrona wrażliwości i delikatności, które z pewnością nieraz były atakowane;

Cały brzuch:

  • prawdopodobnie otłuszczone są także narządy wewnętrzne – co może mieć negatywne konsekwencje dla zdrowia i wymaga konsultacji dietetyka i lekarza;
  • tłuszcz w tej okolicy może być konsekwencją zaburzonego poczucia bezpieczeństwa, czasami sięgającego czasów dzieciństwa;
  • nadwaga może być związana z zaniedbaniami w dzieciństwie – niedokarmienie (emocjonalne lub/i fizyczne), które utrwala przekonanie, że świat nie zaspokaja potrzeb i nigdy nie dostaje się tyle, ile się potrzebuje, i tego, czego się pragnie;
  • tłuszcz może być tu tarczą ochronną, na skutek pamięci ciosu zadanego w brzuch (fizycznego lub emocjonalnego) – stąd rodzą się wspomnienia: „kiedy powiedział mi, że odchodzi, poczułam się tak, jakby walnął mnie pięścią w brzuch”.

Biodra, pośladki, uda:

  • bywa, że nadwaga w tej okolicy jest pierwszym objawem zaburzeń hormonalnych albo skutkiem objadania się np. tuż przed miesiączką;
  • psychologicznie może symbolizować zniechęcenie – ciało zamiera i wydatkuje mało energii, tłumione impulsy seksualne, wstyd czy pamięć nadużycia seksualnego;
  • tłuszcz okolicy pośladków symbolicznie chroni przed upadkiem albo kopnięciem czy uderzeniem w pupę (pamięć przemocy w dzieciństwie – bicie, albo przemocy seksualnej czy odrzucenia).

Otyłość w dolnej części ciała, od pasa w dół:

  • duża, ociężała, mało ruchliwa miednica może być skutkiem traumy seksualnej;
  • brzuch, boczki i plecy – to często efekt nadmiaru kalorii i fizycznej bezczynności;
  • nadwaga w tej części ciała często towarzyszy obniżonemu nastrojowi – zajadanie smutku i złości;
  • ciężkie nogi – przekonanie, że życie jest tak mało satysfakcjonujące, że trudno je unieść, ogólna niechęć do jakichkolwiek działań, czasami skutek traumy – wydarzyło się coś strasznego, a ty nie byłaś w stanie uciec.

Zacznij nowe życie w nowym kształcie

Czym jest otyłość? Jakie są jej przyczyny? Jak ją leczyć? Czy otyłość jest chorobą ? Odpowiedzi na te pytania przynosi kampania społeczna „W nowym kształcie”.

Jeśli uważasz, że masz za dużo kilogramów i mimo prób nie jesteś w stanie się ich pozbyć – przestań działać samotnie i dołącz do kampanii. Dzięki pomocy specjalistów dowiesz się, na czym naprawdę polega twój problem, i zyskasz wsparcie na drodze do zdrowego życia. Znajdziesz pomoc w wyborze metody leczenia otyłości oraz certyfikowanego ośrodka, w którym możesz liczyć na fachowe leczenie. Częścią kampanii jest personalizowana aplikacja wspierająca proces leczenia otyłości oraz webinary live z ekspertami, m.in. na temat metod leczenia otyłości, wsparcia w procesie leczenia oraz emocji i roli psychoterapii. Kampanię współtworzą m.in. lekarze, naukowcy zajmujący się otyłością, dietetycy oraz psycholodzy.

Zapraszamy na stronę kampanii www.wnowymksztalcie.pl.