1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Przepraszanie a psychologia. Czy warto przepraszać niezależnie od sytuacji?

Przepraszanie a psychologia. Czy warto przepraszać niezależnie od sytuacji?

Zarówno nadmierne przepraszanie, jak i domaganie się przeprosin to oznaki naszych wewnętrznych braków. (Fot. Getty Images)
Zarówno nadmierne przepraszanie, jak i domaganie się przeprosin to oznaki naszych wewnętrznych braków. (Fot. Getty Images)
Dobry obyczaj uczy ustępować i naprawiać krzywdy, nawet jeśli nie ma w nich naszej winy, ale ktoś poczuł się urażony. A co podpowiada życiowa praktyka i doświadczenie terapeuty? Doktor Tomasz Srebnicki zwraca uwagę na to, że zarówno nadmierne przepraszanie, jak i domaganie się przeprosin to oznaki naszych wewnętrznych braków.

Jak przyjąć odrzucone przeprosiny? Czy warto przepraszać każdego, nawet gdy czujemy, że na to nie zasługuje?

Zostałam wychowana w przekonaniu, że lepiej ocenić, czy warto przepraszać za nasz czyn, nawet jeśli się nie do końca poczuwa do winy, niż tkwić w uporze i nie przepraszać. To słuszne podejście?
Najlepiej odnieść się do konkretnej sytuacji. Przepraszanie ma bowiem różne warstwy, począwszy od tej wynikającej z zasad savoir-vivre’u, czyli dobrego wychowania, kiedy kogoś przypadkiem potrącimy ramieniem czy się spóźnimy na spotkanie. Ale jak rozumiem nie o to pani chodzi.

Chodzi mi o sytuację, kiedy ktoś ma do nas pretensje, słusznie lub nie. Nasza reakcja może być różna – możemy uznać zasadność i przeprosić. Albo nie uznać zasadności i przeprosić lub nie. O czym świadczą zarówno pretensje innych, jak i nasze reakcje na nie?
Mówimy o sytuacji, w której dochodzi między ludźmi – powiedzmy między nami – do jakiegoś konfliktu. To, co istotne dla tego przykładu, to że jesteśmy wobec siebie w jakiejś zależności – my akurat zawodowej, ale może być to także zależność prywatna. I teraz jedna strona konfliktu nie dąży do rozwiązania sytuacji, tylko chce wzbudzić w drugiej osobie poczucie winy, przekierować odpowiedzialność na jej stronę. Mogą za tym stać różne motywy: na przykład żeby sprawować nad kimś kontrolę lub żeby pokazać, że jest mniej inteligentny czy gorszy... Wtedy druga osoba przeprasza nie dlatego, że czuje taką potrzebę, ale by uniknąć odrzucenia i braku wybaczenia ze strony tego, kto ją obwinia. Przeprasza, nie będąc w zgodzie ze sobą, czyli trochę przeprasza za to, jaka jest.

Mając wybór, czy pozostać w zgodzie ze sobą, czy pozostać w zgodzie z drugą osobą – wybiera to drugie?
Pytanie: co to znaczy pozostać w zgodzie ze sobą? Weźmy sytuację sprzed chwili. Umówiliśmy się dziś w kawiarni na wywiad, pani spóźniła się pięć minut, bo najpierw zajrzała do naleśnikarni, a nie tu, gdzie usiadłem. Przychodzi pani, mówi: „przepraszam” i chce zaczynać wywiad, ale ja pełnym pretensji tonem mówię, że przez panią musiałem czekać. Co więcej, mam ku temu racjonalne podstawy. Ale one są podstawą do przeproszenia według zasad savoir-vivre‘u, co też pani zrobiła. Problem pojawia się wtedy, kiedy domagam się od pani ponownego lub bardziej kajającego się przeproszenia, grożąc odrzuceniem. Na przykład mówię: „Wiesz co, Asiu, naprawdę źle zrobiłaś. Nikt nigdy mnie nie potraktował tak jak ty. Ludzie zawsze przychodzą na wywiady ze mną na czas. Zastanawiam się, czy chcę z wami dalej współpracować“. A ponieważ jesteśmy w sytuacji zależności zawodowej, oznacza to, że dążę do tego, żeby pani mnie przeprosiła, ale wyłącznie po to, by poczuć się ważnym, kontrolującym, wyjątkowym, sprawczym... Natomiast jeżeli pani w to wejdzie i przy okazji jest osobą, która szuka akceptacji u innych, więc zwykle przeprasza pani w sposób nadmiarowy – to pani bardzo się tą sytuacją przejmie i pokaja nawet trochę zbyt przesadnie.

Nadmierne przepraszanie nie jest dobre?
Ktoś kiedyś powiedział, że kiedy przepraszasz pierwszy raz, to robisz to dla kogoś, a jeśli przepraszasz wiele razy, to przepraszasz już dla siebie – by nie poczuć się odrzuconym. I wtedy nie jest istotne, za co właściwie przepraszasz.

Jeśli osoba z potrzebą władzy trafi na kogoś z potrzebą akceptacji...
...wtedy mogą w takim klinczu trzymać się latami.

Jak go przerwać i zwalczyć w sobie potrzebę ciągłego przepraszania?
Jedyne, co może zrobić ktoś zmuszany ciągle do przepraszania, to zacząć się narażać na odrzucenie ze strony osób, które ciągle mu grożą odrzuceniem. Może to być wzorzec wymuszania przeprosin, ale też wymuszania seksu, pieniędzy, różnych rzeczy. Najlepiej zacząć od osób, których odrzucenia się najmniej boję – czyli na przykład od pani w kiosku lub pana na przystanku – i powoli zacząć się narażać na sytuacje, w których nie będą z jakiegoś mojego zachowania zadowoleni, np. nie dam pani dokładnie odliczonej kwoty, nie pomogę panu w sprawdzeniu rozkładu autobusów. Stopniowo można to przenieść na relacje z osobami, na których nam zależy. Oczywiście chodzi o to, by przyjąć jakiś racjonalny parametr tego, czy krzywdzimy kogoś, czy nie. No bo jeśli zacznę praktykować to, o czym mówię, poprzez spóźnianie się na różne spotkania o godzinę, uznając, że nic się nie dzieje, to w ten sposób będę okazywał jednak brak szacunku czy nawet pogardę wobec innych. Natomiast jeżeli dojdzie do sytuacji, że się spóźnię dwie minuty, a ktoś będzie w sposób nadmiarowy zdenerwowany, to mogę sobie zadać pytanie, ile zwykle się ludzie spóźniają i jak zwykle na to reagują. Przeważnie albo mówią: „Przepraszam za spóźnienie“ i przechodzą do innego tematu albo w ogóle ignorują ten fakt. Natomiast jeśli druga osoba cały czas napiera: „To brak szacunku”, to moim zdaniem na ten rodzaj odrzucenia musimy się już narazić. I właśnie nie przepraszać.

Ale jak powinniśmy zatem zareagować, jeśli nie chcemy decydować się na ciągłe przepraszanie?
Możemy na przykład zadać pytanie: „Czego się ode mnie domagasz?”, czyli zdemaskować drugą osobę. Można też opisać to, co robi: „Wiesz co, spóźniłam się dwie minuty, ludzie spóźniają się czasem dwie minuty, ale czuję, że chcesz, żebym wyjątkowo cię za to przeprosiła. Oczywiście, że mogę cię przeprosić, ale nie uważam, bym zrobiła coś, co takich ponawianych co chwila przeprosin wymaga”. Druga osoba może zareagować wybuchem, bo została zdemaskowana. Może też zauważyć absurdalność tej sytuacji lub pomimo zdenerwowania przejść nad tym do porządku dziennego. Najgorszą wersją dalszych wypadków jest wspomniane odrzucenie, czyli kiedy na przykład ja w reakcji na pani spóźnienie mówię: „No nie, to koniec naszej współpracy“. I należy się umieć na to narazić. Najlepiej odwołując się do swoich zasobów.

Co to znaczy?
Może pani powiedzieć sobie: „Na cholerę mi ten Srebnicki! Znam mnóstwo psychologów, którzy mogą robić to, co on. Zachowując się w ten sposób, nie tylko przekracza moje granice, ale jest nieprofesjonalny i niegrzeczny. Po co mi kontakt z takim człowiekiem? Chce zerwać umowę, proszę bardzo, zgłoszę to do naszego działu prawnego, niech z nim to załatwiają”. Naraża się pani na moje odrzucenie, jednocześnie rozpoznając zasoby, jakie pani ma w sytuacji, w której tego odrzucenia zaznała.

Czyli zadaję sobie pytanie: czy to jest taka straszna rzecz być odrzuconym przez kogoś w takiej sytuacji i w taki sposób?
Tylko właśnie osoby, które mają problem z nadmiernym przepraszaniem, najczęściej całą energię wkładają w budowanie jednej–dwóch bliskich relacji. I bardzo boją się potem je stracić. Czyli w pani przypadku mogłoby to być takie myślenie: „Boże, tylko Srebnicki może odpowiadać na listy do SENSu”. Co więcej, ja mogę pani przez lata wcześniej dawać do zrozumienia, że nikt inny do tego się nie nadaje i jeśli ja nie będę odpowiadał na listy, to SENS splajtuje, i to będzie pani wina. Mogę przez lata osaczać panią swoją osobą, by miała pani takie poczucie, że albo ja, albo nikt inny. I jeżeli ma pani lęk przed odrzuceniem, a do tego problemy z kompetencjami, pewnie będzie pani dążyć do tego, by mnie zaspokoić emocjonalnie – czyli będzie pani ciągle przepraszać i ugłaskiwać mnie.

Mówimy teraz o relacji zawodowej, ale bardzo często takie właśnie osaczanie i manipulowanie stosują wobec nas znajomi albo przyjaciele, czy raczej osoby, które uważamy za przyjaciół. Dlatego dobrze jest nie skupiać się na jednej–dwóch relacjach. Nie mówię, by mieć tabuny przyjaciół, bo o dobre przyjaźnie zawsze jest trudno, ale by mieć ciepłe i dobre relacje z ludźmi oraz zasoby techniczne, które pomogą nam poradzić sobie z ewentualnym odrzuceniem, np. koleżankę, u której mogę przenocować, kiedy pokłócę się z partnerem, lub zaoszczędzone pieniądze, gdy postanowię rzucić pracę. W ten sposób budujemy zasoby do tego, by nie musieć przepraszać, jeśli tego nie chcemy.

Po czym rozpoznać nadmierne przepraszanie?
Czyli po czym poznać, że skrzywdziłem, a po czym poznać, że nie skrzywdziłem? Krzywda jest zawsze intencjonalna. Oczywiście można kogoś skrzywdzić przez przypadek, ale to dotyczy zwykle ludzi, których mało znamy. W bliskich relacjach krzywda jest z reguły intencjonalna. A ponieważ ludzie są nieustająco w relacjach, to się nieustająco nawzajem naruszają, bo z reguły w pierwszej kolejności działają we własnym interesie. Przeważnie w 98 proc. bliskich relacji wiemy, kiedy nasze zachowanie sprawi komuś przykrość, i jeśli mimo to je podejmujemy, to trzeba za nie przeprosić. Czyli na przykład ekstremalna sytuacja: ma pani kochanka i spotyka się z nim w ukryciu. I mąż się o tym dowiaduje.

Powinnam przeprosić za to, że mam kochanka?
Nie za fakt posiadania kochanka, tylko za to, że w taki sposób rozwiązała pani problem w relacji z mężem.

A klasyczne faux pas? Niezamierzone, ale krzywdzi.
Jeżeli widzę, że niewinny według mnie żart wpłynął na pogorszenie samopoczucia drugiej osoby, to absolutnie trzeba za to przeprosić, bo te przeprosiny są wyrazem mojej czujności na rozmówcę. Czyli dajmy na to opowiadam dowcip o wisielcu i widzę, że komuś twarz tężeje. Domyślamy się, że ktoś z jego bliskich się powiesił. Mogę wtedy powiedzieć: „Widzę, że pana czymś uraziłem. Absolutnie nie miałem takiej intencji i przepraszam“. Myślę, że te wszystkie nasze problemy wokół tematu „przeprosić czy nie przeprosić?” najczęściej obracają się wokół lojalności i uważności w relacjach międzyludzkich.

A co siedzi w głowach czy sercach osób, które nigdy nie decydują się na przepraszanie? Psychologia jest w stanie uzasadnić takie zachowanie?
Na poziomie klinicznym mogą być to osoby z rysem psychopatycznym, które nie przepraszają, bo nie czują takiej potrzeby. Uważają, że to, co robią, jest absolutnie uzasadnione – nawet jeśli oszukały albo zabiły. Nie mają pewnej struktury poznawczej, która by pozwalała im zdefiniować siebie jako obiekt krzywdzący. Takie osoby, jak powiedziałem, mają zwykle rys psychopatyczny, ale też socjopatyczny lub narcystyczny. Zwykle nie przepraszają, a jeśli już, to robią to fasadowo, czyli w sposób absolutnie manipulacyjny. Na przykład mogę być psychopatą i uwodzić panią po to, by pani wzięła dla mnie kredyt. I nagle widzi mnie pani na ulicy z inną kobietą. Jako psychopata, który nie ma wyrzutów sumienia i chce po prostu pani użyć, rzucę się do przepraszania, łzami nawet zaleję – byle tylko w przyszłości naciągnąć panią na dużą kasę.

Czyli dobre przeprosiny powinny być szczere i adekwatne do sytuacji?
Tak. W szerszym znaczeniu, kulturowo-religijnym – zwłaszcza w naszej tradycji, gdzie przeprosiny są związane z formą spowiedzi, która jest przeproszeniem Boga – ważnym elementem przeprosin jest też mocne postanowienie poprawy. Czyli powinna iść za nimi zmiana w zachowaniu lub czujność wobec błędów, które popełniam, po to, by więcej tego nie robić. Jeśli ktoś stale powtarza te same błędy, to jego przepraszanie ma mało wspólnego z tą częścią „ja”, która może potencjalnie krzywdzić innych. I nie trzeba być psychopatą albo narcyzem, by nie widzieć swojego „ja” krzywdzącego – z reguły ludzie wolą postrzegać siebie w roli tych dobrych. Sporo wysiłku trzeba, by zaakceptować siebie w roli tego, kto nie zawsze jest dobry a nawet – w określonej sytuacji – może być zły.

Kiedy do pana jechałam, w radiu usłyszałam piosenkę, w której pojawiał się refren „Za późno na przeprosiny”. Czy są takie sytuacje? Co musiałoby się stać, by przeprosiny straciły „przydatność do spożycia”? Czy warto przepraszać niezależnie od momentu, w którym wyrządziliśmy krzywdę drugiej stronie?
Przydatnością do spożycia przeprosin jest rozpad relacji. Jeżeli dochodzi do sytuacji, w której przestaję mieć motywację, by dążyć do kontaktu z osobą, którą chcę przeprosić lub która chce, bym ja ją przeprosił – to znaczy, że jest już zdecydowanie za późno. Oczywiście możemy się spotkać i przeprosić za pięć lat, ale nie będzie już powrotu do relacji. Słowo „przepraszam“ zawiera w sobie przekaz: „Wróćmy do stanu sprzed” albo „Nauczymy się czegoś z tego doświadczenia i żyjmy dalej razem“. Jeśli to słowo się nie pojawia lub kiedy dwie strony konfliktu ponad porozumienie przedkładają swoje poczucie skrzywdzenia – i trwa to rok, dwa czy pięć lat – to w sposób naturalny dochodzi do rozpadu relacji.

A co w sytuacjach, kiedy obie strony uważają, że to ta druga powinna przeprosić? Czy – tak jak mawiały mamy, rozsądzając spory – ten, kto ustąpi, jest mądrzejszy?
To są sytuacje, w których trzeba najpierw zadać sobie pytanie: „O co chodzi?”. O co chodzi w tym, że chcę nadal tkwić w roli ofiary? Bo to, o czym pani mówi, to jest tkwietnie w roli ofiary. I przerzucanie się: „Ja jestem bardziej ofiarą”, „Nie, to ja jestem bardziej ofiarą”. I ponownie – może być milion motywacji dla takiego zachowania. Można zadać sobie pytanie: „Dlaczego ja tak bardzo chcę, by ktoś mnie przeprosił?”. Mamy miały rację, mądrzejszy ustąpi, czyli przeprosi. Przeprosi, by nadal być w tej relacji, i po to, by dalej sprawować kontrolę, w czym nie ma nic złego.

Wyobraźmy sobie, że nagle się o coś pokłóciliśmy i oboje jesteśmy obrażeni. Mogę uznać: „Wiem, że ta Olekszyk jest wybuchowa i uparta, ale ponieważ ją lubię – to postawię się w roli tego złego i ja przeproszę“. Przeproszę, ponieważ dużo mnie to nie kosztuje, ponieważ wiem, że nikogo strasznie nie skrzywdziłem, i ponieważ wiem, że chodzi w tym o to, by ta Olekszyk poczuła się ważna. A niech się czuje ważna. Czyli wybieram relację. Ustępując jej, nadal w istocie sprawuję nad tą relacją kontrolę.

Jak to? Nie ja sprawuję?
Nie, pani się tylko wydaje, że sprawuje kontrolę. Na tym polega cała mądrość przeprosin. Ja sprawuję kontrolę nad naszą relacją w tym sensie, że pani samopoczucie jest uzależnione od tego, czy ją przeproszę, czy nie. Dzięki mnie nadal może pani czuć się ważna, natomiast w niczym pani nie pomogłem, jeśli chodzi o pracę nad sobą, moje przeprosiny nie są dla pani rozwojowe.

Czyli przepraszanie jest mądrzejsze niż nieprzepraszanie i niż żądanie przeprosin.
Dokładnie tak. Ale ten mądry, o którym mówimy, ma też swoją wyporność. To, że ja pani teraz ustąpię, nie zwalnia pani z refleksji nad tym, co się stało. Jeśli po raz 55. powtarza pani to samo i nie podejmuje refleksji, czyli znów wylewa mi kieliszek na twarz i robi scenę przy innych, to ja te 54 razy byłem mądrzejszy i nie dotykało mnie zbytnio pani zachowanie, ale ten 55. raz może mi się już nie chcieć być w relacji z osobą, która jest tak niereformowalna.

Są sytuacje, w których można nie przyjąć przeprosin? Co będą oznaczać dla drugiej strony takie odrzucone przeprosiny?
Nieprzyjęcie przeprosin zwykle oznacza: „Nie jestem już zainteresowany relacją z tobą“. Najczęściej jednak oznacza, że wielokrotnie już to robiłeś i straciłem zaufanie do twoich przeprosin albo uważam, że należy mi się coś więcej niż tylko przeprosiny. Ale co to znaczy „nie przyjmuję twoich przeprosin” – w codziennych kontaktach międzyludzkich jest to oczywiście absolutnie kretyńska odpowiedź. Można jednak wyobrazić sobie sytuacje, w których by się nie przyjęło czyichś przeprosin – ja na przykład nie przyjąłbym przeprosin kogoś, kto zabiłby moje dziecko lub mniej ekstremalnie – kogoś, kto mi obsmarował dupę. Jest skala krzywdzenia, poza którą można wprawdzie rozumieć, ale niekoniecznie wybaczać.

A czy warto przepraszać siebie samego? W jakich sytuacjach?
Myślę, że tak. Zwłaszcza za rzeczy, które wynikały z braku akceptacji siebie, czyli na przykład za to, że byłem alkoholikiem albo pracowałem 13 godzin dziennie i zostawiałem dziecko na cały dzień w przedszkolu, bo chciałem spłacić kolejną ratę za superdrogi samochód. Ale znów – to wymaga przyznania, że bywamy też tymi, którzy krzywdzą, w tym wypadku siebie. I trzeba to zaakceptować – walczyć z tym, ale uznać, że zło, tak jak i dobro, w nas jest.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

W czym tkwi źródło naszych codziennych frustracji?

Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Co jest źródłem naszego codziennego stresu oraz co do tego mają pośpiech i poczucie humoru – mówi psycholog dr Anna Braniecka.

Podobno Polki są coraz bardziej wkurzone.
Rzeczywiście, mówi się ostatnio o coraz większej nerwowości kobiet, szczególnie młodych i z dużych miast. To znamienne, bo świadczy o sporych zmianach w społeczeństwie. Kobiety przez wiele stuleci pełniły role pokornych towarzyszek życia, stale zadowolonych strażniczek domowego ogniska. To było niewyobrażalne, żeby mogły wyrazić swoją negację. Podejmowane przez nie próby demonstrowania frustracji czy niezadowolenia były przez społeczeństwo karane, więc się nie opłacały.

Teraz to wszystko się odwróciło. Dlaczego? Po pierwsze, wreszcie „wolno” nam nie mieć dobrego humoru, sprzeciwiać się zastanemu porządkowi. Po drugie, mamy ku temu więcej powodów. Współczesna kobieta spotyka się z rozlicznymi oczekiwaniami społecznymi. Ma być atrakcyjna, opiekuńcza, a jednocześnie skuteczna w tym, co robi. Rozwijać się zawodowo, uczyć się języków obcych, robić szkolenia, być aktywna towarzysko, a jednocześnie spędzać czas z dzieckiem i mężem. Te wszystkie zadania są bardzo trudne do pogodzenia, a niekiedy stoją w stosunku do siebie w sprzeczności. Co gorsza, kobiety często uwewnętrzniają je, czyli traktują jako własne, i wpadają w pułapkę spełniania cudzych oczekiwań. Stąd rodzą się napięcie i frustracja. Na przestrzeni krótkiego okresu nie jest to szkodliwe, ale jeśli trwa zbyt długo, powoduje wyczerpanie psychiczne i fizyczne, które manifestuje się rozdrażnieniem, nerwowością, tym ciągłym wkurzeniem.

I wtedy drobna rzecz może doprowadzić do stanu wrzenia…
Tak, bo staje się iskrą zapalną, za sprawą której dochodzi do wybuchu tłumionego – czasem miesiącami czy latami – gniewu. Ta impulsywna reakcja nie wynika z danego bodźca, czyli np. z tego, że ktoś zostawił brudny kubek, że zakupy są niezrobione, tylko jest efektem skumulowania wcześniejszych stresów.

Ewolucyjnie jesteśmy przystosowani do intensywnych reakcji autonomicznego układu nerwowego, wyrażających się w komunikacie: „walcz albo uciekaj”, które powodują mobilizację całego organizmu. Tyle tylko, że w minionych tysiącleciach człowiek musiał mobilizować się bardzo rzadko, może raz na tydzień, raz na miesiąc – w obliczu bezpośredniego zagrożenia życia. Teraz uruchamiamy tę atawistyczną reakcję zbyt często, nawet kilka razy dziennie. Kiedy spóźniamy się do pracy, kiedy kolejka w sklepie jest za długa, kiedy z kimś wchodzimy w konfrontację… A nasz organizm nie jest do tego przystosowany. Dlatego po kilku dniach czy miesiącach takiego pobudzania jesteśmy bardziej podminowani.

Można powiedzieć, że frustracja czy złość to sygnał, że robię coś, co nie jest w zgodzie ze mną?
Tak, i zachęcam wtedy do obserwacji swojego ciała i uczuć. Emocje mają swoje funkcje, także informacyjne. Jeśli ciągle jestem podenerwowana, powinnam spytać siebie, co mnie tak uwiera, że nie mogę się uspokoić.

Autor książki „Pochwała powolności” Carl Honoré pisze, że wszystkiemu winien pośpiech dzisiejszych czasów.
Zgadzam się z nim. Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem. Wiecznie za czymś goniąc, przeceniamy wagę pilności niektórych spraw, bagatelizując te najważniejsze. Organizując swój czas, trzeba zawsze pamiętać o tym, by wybierać do realizacji najpierw rzeczy ważne (jak kontakt z dzieckiem, spotkania z bliskimi ludźmi, odpoczynek czy realizowanie istotnych, długoterminowych celów), a potem rzeczy pilne (sprzątanie, zakupy, praca „na wczoraj”). Nieumiejętność ustalania priorytetów to ważny problem dzisiejszych czasów, tym bardziej że często idzie za tym trudność z podejmowaniem decyzji.

A codziennie mamy ich do podjęcia kilka, o ile nie kilkanaście.
Właśnie. Kiedyś człowiek żył w małych społecznościach, od urodzenia wiedział, jak będzie wyglądało jego życie, jakie role ma do wypełnienia, i był spokojny. Teraz mamy większą wolność, mnóstwo możliwości, ale nie bardzo wiemy, jak z nich skorzystać. Mądrość dawnych pokoleń kształtowała się przez stulecia, dlatego ludzie czuli się bezpieczniej, wypełniając przekazywane im skrypty. Oczywiście, lepiej mieć możliwość wyboru i decydowania o sobie, ale dzisiejsze pokolenia płacą za to określoną cenę – obciążenia decyzjami. Nic dziwnego, że niektórzy postanawiają z niczego nie rezygnować, nie wybierać i mieć wszystko. Ale to jest niemożliwe i też rodzi frustrację.

No dobrze, z jednej strony słyszymy, żeby wyrażać siebie, nawet w gniewie, nie tłumić złych emocji, z drugiej strony kosztuje nas to wiele nerwów.
Wyrażając złość, wyrzucamy ją z siebie, ale też w pewien sposób pielęgnujemy. Przeżywając wiele negatywnych emocji, wprowadzamy siebie w negatywny stan, zapominając o pozytywności. A według Barbary Fredrickson, jednej z czołowych przedstawicielek psychologii pozytywnej, by człowiek rozkwitał życiowo, powinien doświadczać pewnej proporcji emocji pozytywnych do negatywnych. Według niej ta proporcja wynosi 3:1, czyli żeby czuć się dobrze, powinniśmy na jedną emocję negatywną przeżywać trzy pozytywne, co nie jest wcale takie proste. Okazuje się, że tylko 25 proc. ludzi tak potrafi. Negatywność stale wkrada się do naszego życia, jest bardziej zauważalna. Pozytywność jest subtelniejsza, czasem niedostrzegalna. Łatwo ją zepchnąć, pominąć i skupić się na negatywności. Ale doświadczając za często negatywności, utrudniamy sobie doświadczanie szczęścia i spokoju.

Psycholog Wayne W. Dyer twierdzi, że antidotum na gniew jest wyeliminowanie myśli „Gdybyś tylko był bardziej taki jak ja”.
Rzeczywiście, osoby spokojne, odporne na złość, mają zdolność do decentracji, czyli potrafią sobie wyobrazić położenie drugiej osoby i przyjąć, że jej nastawienie, jej rozumienie danej sprawy może być zupełnie inne niż ich. Z kolei ludzie, którzy mają skłonność do złości, skupiają się na swoim punkcie widzenia i reagują wzburzeniem, kiedy inni zachowują się inaczej niż oni. Umiejętność radzenia sobie ze złością, ale też z rozczarowaniem, to w dużym stopniu umiejętność przyjęcia perspektywy drugiej osoby i jej uszanowania.

Dyer wspomina też o poczuciu humoru…
Tak, humor jest jak najbardziej wskazany, zwłaszcza taki, który polega na dystansowaniu się do swojego „ja”, czyli na umiejętności śmiania się z samych siebie. Jednak kiedy już wejdziemy w stan silnego podenerwowania, trudno nam dostrzec komizm sytuacji. Dlatego poczucie humoru warto stosować prewencyjnie, posługiwać się nim często, wręcz nawykowo, aby zyskać zdrowy dystans do trudnych, stresujących zdarzeń.

Obecnie coraz bardziej popularne są rodzaje oddziaływań bazujące na dalekowschodnich systemach filozoficzno-religijnych. Na przykład stosowanie różnych interwencji opartych na uważności umysłu, czyli Mindfulness. To bardzo dobry sposób wyciszania się, uspokajania, zwiększania świadomości i akceptacji swoich przeżyć. Jest on w dużym stopniu oparty na regularnych praktykach medytacyjnych. Problemem współczesnego człowieka jest bowiem funkcjonowanie w trybie działania, czyli ciągłego redukowania niespójności pomiędzy tym, jak jest, a jak chcemy, żeby było, czyli między stanem realnym a stanem pożądanym czy oczekiwanym. Myślimy: „Dlaczego nie jest tak, jakbym chciała?”, „Co zrobić, żeby było inaczej?”. Praktyka uważności mówi o tym, żeby zrezygnować z trybu działania i przerzucić się na tryb bycia. Czyli być obecnym w rzeczywistości – nie rozważać, czy nam się podoba czy nie, po prostu przeżywać ją taką, jaka jest. Badania pokazują, że nauczenie się takiego funkcjonowania, opartego na dostrzeganiu każdej chwili, bez ciągłego oceniania i wybiegania myślami w przyszłość, może przynieść ogromne korzyści dla naszego zdrowia psychicznego.

  1. Psychologia

Droga kobiety do odkrycia własnej mocy – od zachwytu męską siłą do zejścia w głąb kobiecości

Ból wielu pokoleń kobiet nosi w sobie każda z nas. Każda musi przeżyć go po swojemu i odkryć swoją moc – kobiety zrodzonej z kobiety. (Fot. iStock)
Ból wielu pokoleń kobiet nosi w sobie każda z nas. Każda musi przeżyć go po swojemu i odkryć swoją moc – kobiety zrodzonej z kobiety. (Fot. iStock)
Droga kobiety do odkrycia własnej mocy wiedzie od zachwytu męską siłą, poprzez pustkę biorącą się z tęsknoty za utuleniem w pełnych miłości opiekuńczych ramionach, aż do zejścia w głąb kobiecości. I tę drogę każda z nas musi przejść sama, kierowana wskazówkami serca i duszy – przekonuje psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Byłam typową córeczką tatusia, jego najstarszym synem – jak lubił o mnie mówić. Młodszy brat nie miał ze mną szans, musiał zostać po stronie matki. Pod jej opiekuńczymi skrzydłami, przez lata rozwijał swoją wrażliwość, delikatność, energię twórczą. W tym czasie ja trenowałam wyczynowo sport, dostałam się na oblegany wydział i zaczęłam szybko robić karierę, a ojciec każdego dnia tłumaczył, że „dam radę, bo jeśli nie ja, to kto” – wiele silnych, niezależnych kobiet mogłoby opowiedzieć tę historię jako swoją. Małe dziewczynki, które porzuciły słabe, zależne od mężów matki i przeszły na stronę silnych ojców. Zamieniły odkrywanie i pielęgnowanie kobiecej mocy na zdobywanie i podtrzymywanie męskiej siły, co z założenia jest niemożliwe.

Podróż zaczyna się od konfliktu

W dzisiejszych czasach ciężko jest nam zrezygnować z roli córki ojca – kobiety osiągającej sukcesy – tłumaczy Maureen Murdock, autorka książki „Podróż Bohaterki”. Książka ta to historia kobiecej podróży rozpoczynającej się porzuceniem matki, bo „jest słaba i żałosna, a ojciec jest silny”, dalej mamy wędrówkę w poszukiwaniu męskiej siły, odczucie pustki na szczycie, zejście do podziemi kobiecości i wreszcie integrację tego, co kobiece i męskie w każdej z nas. A to staje się możliwe, kiedy ponownie odkryjemy siebie jako córki matki.

„Pęka nam serce, kiedy uświadamiamy sobie głęboką ambiwalencję, jaką naznaczona jest nasza relacja z matką. Nie możemy nic poradzić na to, że równocześnie kochamy ją i mamy do niej żal” – pisze Murdock. To smutna historia, która ciągnie się od pokoleń; losy kobiet próbujących łączyć kobiecą wrażliwość z męską siłą, pęd do wolności i niezależności z potrzebą opiekowania się, instynkt macierzyński z karierą zawodową… Czy da się to pogodzić?

Odczucie wewnętrznej pustki

Rola matki jest najbardziej trwała ze wszystkich ról, właściwie jest nieodwoływalna – przekonuje Joanna Stopyra-Fiedorowicz, autorka książki „La Mamma”. Od początku swojego własnego macierzyństwa próbowała zerwać ze stereotypami, że matka – nawet jeśli jest umęczona i nieumalowana – powinna być nieustająco w dobrym humorze oraz bez przerwy dostępna dla dziecka. Nic dziwnego, że małe dziewczynki z ciekawością zerkają w stronę tatusia, gdy elegancko ubrany wychodzi rano do pracy, w której robi mnóstwo bardzo ważnych rzeczy, podczas gdy mama… wiadomo. Autorka ,,La Mammy” podjęła własny wybór: „Po prostu chciałam być mamą, która się rozwija i realizuje, mamą, która zarabia; mamą, która wraca do formy; mamą, która jest zadbana. To były moje decyzje, które miały swoje konsekwencje i swoją cenę”. To prawda, cena za godzenie ról zawsze jest wysoka. Połączenie roli matki i pracownika to odwieczny konflikt tych kobiet, które decydują się na macierzyństwo i karierę.

Czas narodzin dziecka jest często również czasem powrotu do własnej matki. „Razem z macierzyństwem dostajesz dostęp do tej części macierzyństwa twojej mamy, do której wcześniej nie miałaś” – pisze Stopyra-Fiedorowicz. To prawda. Nawet jeśli nie mamy dzieci, przez lata, ciągle na nowo próbujemy znaleźć dostęp do matki – kobiety, która przez dziewięć miesięcy nosiła nas pod sercem. Tej pierwotnej więzi nie da się zerwać, choć można ją boleśnie nadszarpnąć. To w relacji z matką jest klucz do naszej kobiecej mocy.

„Kocham swoją pracę i kocham swoją rodzinę, ale chciałabym, żeby ktoś się mną zajął” – czytamy w „Podróży Bohaterki”. Córeczka tatusia w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że potrzebuje kogoś kochającego i opiekuńczego, kto wysłuchałby zmartwień, wymasował obolałe stopy, docenił sukcesy i zmniejszył ból porażek. Jednym słowem, tęskni za wewnętrzną opiekuńczą matką, którą kiedyś porzuciła. Zdaniem Murdock, oddzielenie od osobowej matki jest dla córki szczególnie intensywnym procesem, ponieważ musi postawić granicę między sobą a tą, która jest taka sama jak ona.

Wiele z nas pragnie żyć swobodniej i bardziej niezależnie niż nasze matki, ale czujemy, że wybranie takiego życia jest przeciwko miłości pomiędzy nami i matką. Ciężar tego konfliktu domaga się znalezienia winnego i… wybór najczęściej pada na matkę. Obwinienie i przez to kolejne jej porzucenie to zdrada nie tylko kobiety, która dała nam życie, ale także samej siebie. Konsekwencją tego aktu jest odczucie pustki, którą Murdock opisuje jako zgaśnięcie wewnętrznego ognia: ,,Po co to wszystko? Dlaczego czuję się taka pusta? Osiągnęłam każdy cel, który sobie wyznaczyłam, a jednak czegoś wciąż mi brakuje. Z jakiegoś powodu czuję, że się sprzedałam, że się zdradziłam, że porzuciłam jakąś część siebie samej, której nie umiem nawet nazwać”.

Odczucie pustki to jeden z początkowych etapów podróży bohaterki, ale bardzo znaczący. W dzisiejszych czasach wiele z nas, po zachłyśnięciu się realizacją zawodową, zgodnie ze scenariuszem dla córeczek tatusia, zaczyna odczuwać tęsknotę za czymś bliżej nieokreślonym i pustkę – ssąco-gniotący ból, który umiejscawia się w różnych częściach ciała.

Wszystko będzie dobrze

Kiedy dopuścisz do siebie tę tęsknotę, poczujesz i przeżyjesz ból pustki, z pokorą przyjmiesz słabość i swoją bezsilność – pewnego dnia, gdzieś w głębi serca usłyszysz głos: „Wszystko będzie dobrze”. Te magiczne słowa brzmią autentycznie jedynie w ustach kobiety. Tęsknimy za nimi wszyscy bez wyjątku, także silni mężczyźni. Kiedy podczas sesji zdarza mi się poczuć, że to właśnie chwila na te słowa, a pacjent dopytuje: „Obiecujesz?”, wiem, że bez względu na płeć, jest to ważny moment konfrontacji z własną słabością, a jednocześnie moment przyznania się do potrzeby dostania opieki – którą może dać tylko matka.

Zdaniem Murdock dla kobiety tak zaczyna się etap podróży: schodzenie w głębiny po to, by odzyskać te części samej siebie, które odszczepiły się w momencie odrzucenia matki i ,,roztrzaskania lustra kobiecości”. Aby odbyć tę podróż, musisz, jak pisze Murdock, być może po raz pierwszy w życiu, odłożyć na bok swoją fascynację intelektem oraz grami umysłu kulturowego i zapoznać się ze swoim ciałem, swoimi emocjami, swoją seksualnością, swoimi obrazami, swoimi wartościami oraz swoim umysłem. To jest święta podróż. Kobieca pustka może być uzdrowiona przez wewnętrzne połączenie, integrację wszystkich swoich części, „złożenie na powrót ciała matki-córki”, czyli uleczenie wewnętrznego rozłamu pomiędzy tobą samą a twoją kobiecą naturą.

Najważniejszy moment jest wtedy, kiedy całą sobą poczujesz, że to nie matka jest źródłem twojej pustki, to nie z jej powodu przeszłaś na stronę ojca, nie w niej powinnaś szukać winy. Twoja matka dała ci wszystko, co miała, była najlepszą matką dla ciebie.

Twoja matka być może również przeszła swój proces walki o męską siłę kosztem kobiecej mocy. Prawdopodobnie również doświadczyła swoich tęsknot, poznała ból pustki, a na dodatek czuła, że ty – jej córka jesteś skazana na podobną drogę. „W dniu, w którym moja mama została babcią, w jej ciele dopełniło się kontinuum pokoleniowe. W jej ciele mieszkają córka, matka i babcia (…). Stając się matką młodej matki, konfrontujemy się z tym, czego nie dałyśmy naszym córkom” – pisze Joanna Stopyra-Fiedorowicz. Ten ból wielu pokoleń kobiet nosi w sobie każda z nas. Każda musi przeżyć go po swojemu i odkryć swoją moc – kobiety zrodzonej z kobiety.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Sukces – co dla nas oznacza? Czy potrafimy obliczyć jego cenę?

Fot. i Stock
Fot. i Stock
Czym jest sukces? To pojęcie nie jest jednoznacznie zdefiniowane. Sukces postrzegany jest jako zdobycie czy osiągniecie czegoś uznawanego przez danego człowieka za wartościowe, pożądane i cenne. Utożsamiany jest z prestiżem, sławą, pieniędzmi, bogactwem, skutkiem działania ocenianym pozytywnie. Kiedy towarzyszy mu syndrom „toksycznego sukcesu"?

Trudno jednoznacznie określić, co oznacza sukces, ponieważ stan ten powiązany jest z systemem wartości człowieka - i to zarówno z systemem indywidualnym, jak i ogólnospołecznym. Dlatego właśnie analizując pojęcie sukcesu uwzględnia się wymiar subiektywny i wymiar obiektywny. Wymiar subiektywny polega na tym, że człowiek podejmuje określone działania prowadzące do indywidualnego sukcesu, a gdy go zrealizuje odczuwa zadowolenie i dumę – i to niezależnie, czy jego powodzenie jest dostrzegane przez środowisko, w którym żyje, czy też nie. Wymiar obiektywny z kolei oznacza możliwość porównania osiągniętego sukcesu z sukcesem innych osób z jego otoczenia.

Co jest dla nas sukcesem? Prowadzone badania pozwalają wyróżnić następujące wymiary sukcesu życiowego Polaków:

  • wymiar materialny: wysokość dochodów, posiadany majątek, dom, samochód itp.,
  • wymiar stratyfikacyjny: poziom wykształcenia, rodzaj wykonywanej pracy, kariera zawodowa, prestiż społeczny,
  • wymiar emocjonalno – afiliacyjny: szczęśliwa rodzina, dobre relacje z ludźmi itp.,
  • wymiar samorealizacji; spełnienie marzeń, zrealizowanie ambicji, rozwój wewnętrzny itp.,
  • i wreszcie wymiar bezpieczeństwa; stabilizacja, poczucie bezpieczeństwa, „życie bez problemów”.

Sukces jest więc jakimś osiągnięciem, faktem wyróżniającym człowieka spośród innych, jest wydarzeniem elitarnym.

Ale sukces może przynieść również rozczarowanie, samotność, depresję i choroby. Kiedy tak się dzieje?

Toksyczny sukces

Sukces może być groźny, może przybierać formę toksyczną, która zatruwa człowieka i jego społeczne środowisko. Kiedy za sukces płacimy zbyt wysoką cenę? Po czym poznać, że zmierzamy w złym kierunku? Objawy toksycznego sukcesu to często:

  • zaabsorbowanie własną osobą - zrodzona z nieuwagi ślepota na ważne sprawy w życiu własnym i u najważniejszych dla nas osób;
  • cynizm, brak zaufania, wrogość do innych ludzi i ich poglądów;
  • wzloty i upadki, oscylowanie między stanem nerwowej energii a depresyjnym wycofaniem;
  • izolacja psychiczna, stałe przebywanie myślami w pracy;
  • wyczerpanie, zaburzenie rytmu snu, syndrom wypalenia;
  • stosunek do czasu - wyznawanie podglądu że „czas to pieniądz”;
  • wyzyskiwanie związku; zaniedbywanie, nadużywanie relacji z najbliższymi;
  • zanik życia duchowego, poczucie pustki duchowej;
  • hamowana chęć władzy; duża potrzeba rządzenia, frustracja z powodu braku dostatecznej (subiektywnie) władzy i kontroli;
  • choroby jako skutek napięć; cały pakiet chorób współczesnej cywilizacji, będący skutkiem ubocznym toksycznego sukcesu.

Sukces jest wspaniały, ale jeżeli postrzegamy go jako sens życia i przekładamy na realizację kolejnych projektów, zdobywanie większych pieniędzy, władzy, tytułów, możemy – niechcący – zatruć się tak, że sukces przerodzi się w klęskę (i doprowadzi do utraty zdrowia, rozpadu rodziny, braku przyjaciół, samotności, nałogów).

Badacze zachęcają więc, aby dążyć do „słodkiego” sukcesu, który buduje się w równowadze między życiem osobistym a zawodowym. Sama równowaga nie zależy tylko od miejsca, w którym pracujemy i nie oznacza równego podziału czasu na pracę i czas wolny. To przede wszystkim zwiększenie świadomości indywidualnej, samokontroli i odpowiedzialności. Ważne, aby umieć zachować rozsądek i granice, umieć „zarządzać życiem”, potrafić określić cenę naszego sukcesu.

Tekst na podstawie wykładu prof. dr hab. Elżbiety Jędrych (specjalizuje się w problematyce zarządzania zasobami ludzkimi i kapitałem społecznym, zarządzania rozwojem pracowników, motywowania i wynagradzania) z Akademii Finansów i Biznesu Vistula w Warszawie (międzynarodowa konferencja „Chrześcijaństwo a ekonomia” Kraków, 2015r.).