1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Strach przed dorosłością

Strach przed dorosłością

fot.123rf
fot.123rf
Skąd wśród nas tylu wiecznych chłopców i tak wiele wiecznych dziewczynek? Z Waldemarem Dudkiem, psychiatrą, autorem znanych publikacji, w tym z zakresu psychologii analitycznej junga, rozmawia Maja Jaszewska.

Dlaczego dziś tak wielu ludzi nie chce dorosnąć?
Byłoby zbyt ryzykowne twierdzić, że syndrom wiecznego dziecka to produkt wyłącznie naszej kultury, ale z pewnością jest silnie związany ze współczesną cywilizacją. W zasadzie już od odrodzenia, a na pewno od oświecenia wyraźnie widać, że Zachód hołduje młodości, propaguje kult człowieka i ciągłego postępu. To tworzy rodzaj świeckiego mitu heroicznego przepojonego wiarą, że nauka odkryje wszelką prawdę, a możliwości ludzkie są nieograniczone. Jednostka poczuła się wszechmocna, a jej euforia nie podlega żadnej korekcie. Uleganie takim mitom dotyczy zwłaszcza osób niedojrzałych psychicznie. To właśnie dzieci fascynuje możliwość zostania herosem. Na to nakłada się współczesny kult wybujałego indywidualizmu. Wieczne dzieci są ciągle zbuntowane, zaprzeczają wszelkim ograniczeniom zewnętrznym i wewnętrznym. Chcą siebie widzieć jako istotę wszechmocną. Istnieje jednak różnica między wieczną dziewczynką a wiecznym chłopcem. Wynika z faktu, że tradycja Zachodu jest jedną z najbardziej represywnych w stosunku do kobiet. Dlatego kult wiecznej dziewczynki przyjmuje wersje bardziej radykalne, czego wyrazem są skrajne ruchy feministyczne. Kult wszechmocy kobiecej zamienia się w walkę z mężczyznami, co okazuje się zabójcze, bo model doskonały to współistnienie oraz współpraca wzorców kobiecego i męskiego w wymiarze rodziny i społeczeństwa.

Czyli łatwiej być wiecznym chłopcem niż wieczną dziewczynką?
Typowym przykładem tragicznych losów wiecznej dziewczynki jest bohaterka książki „Córeńka” Wojciecha Tochmana. Kobieta nieszczęśliwa w kolejnych relacjach z mężczyznami, sfrustrowana w sferze zawodowej i wiecznie zbuntowana. Dążąc do doskonałości, w rezultacie pozostaje bez bliskich, bez mężczyzny, bez domu i bez rodziny. Jej zaginięcie jest metaforą losów wiecznej dziewczynki, która nie potrafi znaleźć swojego miejsca na ziemi. Typowy wieczny chłopiec czuje się szczęśliwszy, bo zyskuje większy dostęp do tego, co oferuje życie. Żeńska wersja wiecznego mitu młodości jest bardziej tragiczna, bo kobieta, walcząc przeciwko mężczyźnie, unieszczęśliwia siebie. Dążąc do nieograniczonych możliwości, musi większą część siebie złożyć w ofierze – poświęcić macierzyństwo, zostawić swoje środowisko i zerwać z nim więzy w sposób bardzo radykalny.

Mówi pan o braku poszanowania dla kobiecej tożsamości w zachodniej kulturze, ale to przecież w niej kobieta wywalczyła sobie najwięcej praw i wolności.
Osiągnęła to, że pozwolono jej realizować męskie wzorce funkcjonowania. Kobieta zakłada spodnie, wchodzi w męskie role i to się nazywa wyzwolenie kobiet. W swoim dążeniu do autonomii zachodnia kobieta zamiast budować świat wartości kobiecych wynikających z istoty kobiecości, związanych z macierzyństwem, miłością, empatią, zakłada mundur i idzie do wojska. W naszej kulturze z kobiecości czyni się analogię męskości.

Za syndrom wiecznego chłopca winę ponosi nadopiekuńczość matek i nieobecność ojców. A skąd się biorą wieczne dziewczynki?
To wina inicjowania dziewczynek do ról męskich przy jednoczesnym braku inicjowania w kobiecość. W ramach swej praktyki terapeutycznej spotykam wstrząsające historie ilustrujące postawy matek, które w niezwykle prymitywny i okrutny sposób porzucają psychologicznie swoje córki w obszarze ich rodzącej się kobiecości. Jeśli 12-letnia córka dostaje pierwszej miesiączki i pokazuje mamie swoje majtki z plamką krwi, a ta oburzona ma o to pretensje albo na rosnące córce piersi reaguje okrzykiem „ale masz mleczarnię!”, jest to przejaw braku jakiejkolwiek solidarności z inicjacją własnego dziecka w kobiecość. Jeśli nałożą się na to niedojrzałe zachowania ojca, który odrzuca albo erotyzuje relacje z dorastającą córką, problem się pogłębia. Stąd biorą się potem kobiety zranione, dla których polem spełnienia może stać się realizowanie niedojrzałych wzorców męskich.

Ale przecież sam temat dojrzewania, seksualności czy fizjologii nie jest dziś tabu?
Tajemnica, jaką kiedyś owiane było ciało i fizjologia, została przełamana. Pozostaje jednak istotne pytanie: dlaczego przy tak powszechnym dostępie do informacji wtajemniczanie w dojrzewanie rzadko odbywa się z wyczuciem, taktem i zrozumieniem? Sama wiedza nie zapewni prawidłowego przebiegu inicjacji, potrzeba dojrzałej matki i wspierającego w rozwoju ojca, aby wejście w tajemnicę dojrzewania odbyło się bez urazów. Jeśli nie ma właściwie przeżytej inicjacji, całe życie przeradza się w wieczny eksperyment.

Jakich partnerów szukają wieczne dzieci?
Stopień, w jakim ulega się fascynacji ideałem, jest tym większy, im większa niedojrzałość. Jeżeli wyobrażenie ideału dodaje sił do działania, to znaczy, że wzorzec spełnia swoją funkcję. Po to są kultura, religia, sztuka, by wyzwalać te wzorce w wyobraźni.

Ale czasem ideały zamieniają się w przekleństwo, są jak nimfy, które uwodzą, a potem ściągają na głębię i topią niedojrzałych mężczyzn. Wieczny chłopiec zakochuje się w animie – motywie idealnej kobiety, a kiedy pojawi się realna partnerka, okazuje się, że taki mężczyzna albo sam ginie, bo nie wierzy w swoje możliwości tworzenia związku, albo niszczy kobietę za to, że nie pasuje do ideału.

A jak kocha wieczna dziewczynka?
Nieustannie szuka supermężczyzny, a trafia na samych gnojków. Jej pragnienie znalezienia ideału jest tak wielkie, że wystarczy, jeśli zobaczy jedną choćby wyrazistą cechę, która jej się podoba, a już zaczyna projektować na partnera swój ideał mężczyzny w każdym wymiarze. Stąd już tylko krok do rozczarowania. Wieczna dziewczynka odrzuca realnego mężczyznę, bo szuka ideału. Po każdym kolejnym związku ląduje coraz bardziej potrzaskana i na każdym kolejnym wymusza rekompensatę strat poniesionych we wcześniejszych relacjach z mężczyznami.

Jak wieczne dzieci widzą same siebie?
Jak wszyscy chcą być zaakceptowane przez zbiorowość, w której żyją, ale z racji niedojrzałości i dążenia do bezkompromisowego realizowania ideałów ta potrzeba akceptacji zamienia się w potrzebę zwalczania świata.

Wieczne dziecko cierpi z powodu poczucia niższości. Atakowane ideałami czuje się kimś dalekim od wzorca, próbuje więc to rekompensować, popisując się wszechmocą. Jest wtedy rozdarte między poczuciem niższości a poczuciem wyższości, co czyni zeń istotę tragiczną. Pojawiają się zachowania ryzykanckie typu uprawianie sportów ekstremalnych. Towarzysząca im adrenalina i przymuszanie się do skrajnego wysiłku nie mają nic wspólnego z samodyscypliną w życiu codziennym czy odpowiedzialnością. Wieczne dzieci są zagubione, nie wiedzą, do czego służą im własne zdolności i talenty. Zamiast je rozwijać, konsumują je. Tym samym dążą do samozniszczenia.

Jakimi rodzicami są wieczne dzieci?
Ich modele zachowań mogą być różne. W naszych czasach typowym wariantem, jeśli chodzi o wiecznego chłopca, jest ojciec nieobecny, czyli kompletnie wycofany z życia rodzinnego. Taki mężczyzna realizuje się jedynie poza rodziną. Często traktuje żonę tylko jako obiekt seksualny i uważa, że współżycie mu się należy. Jeżeli nawet dba o rodzinę finansowo czy starannie edukuje swoje dzieci, robi to po to, żeby pokazać swoją sprawczość.

Inny typ wiecznego chłopca w roli ojca to domowy terrorysta. Może być towarzyszem zabaw, może się dzieckiem chwalić, bo podbudowuje ono jego ego, ale jeśli dziecko przerośnie go emocjonalnie, zaczyna je niszczyć i być agresywny.

Z kolei wieczna dziewczynka jako matka najczęściej porzuca emocjonalnie dziecko albo traktuje jak swoją własność. Trzyma je nadmiernie przy sobie, odcinając kontakty z rówieśnikami, i ciągle kontroluje. Takie matki często same zostały zranione głęboko w dzieciństwie, więc idealizują własne dzieci i dążą do symbiozy z nimi. Ponieważ same ledwo wyrwały się z trudnych warunków, żyją mitem doskonałości. Chcą być idealnymi matkami i takiej samej perfekcji oczekują od swoich bliskich.

Jak przestać być wiecznym dzieckiem i wreszcie dorosnąć?
Dojrzałość polega na zaakceptowaniu, że są chwile szczególne, świąteczne, a obok płyną zwyczajne dni. Człowiek ma prawo do momentów boskości i uniesienia, to go wzmacnia, ale potem przychodzi rzeczywistość z realnymi problemami. Tymczasem wieczny chłopiec i wieczna dziewczynka odrzucają takie strony rzeczywistości jak bezradność, starość, słabość i śmierć. Rozwiązaniem kłopotów wiecznych dzieci jest konfrontacja z własnym Cieniem – czyli wszystkimi słabościami i ograniczeniami. W tradycyjnej kulturze przemiana dziewczynek i chłopców w kobiety i mężczyzn dokonywana była przez wzorce, które nakazywały w pewnym momencie zmądrzeć, podejmować decyzje, ustąpić nowemu pokoleniu miejsca. Pomagała w tym religia, mówiąc, że jest nad nami jakaś rzeczywistość, która zmusza do pokory, a człowiek nie jest zawsze superbohaterem o boskiej mocy, musi więc od czasu do czasu pochylić się i powiedzieć „nie potrafię, nie mam siły, przepraszam”. Akceptacja własnych ograniczeń i umiejętność zobaczenia ideału w realnej osobie ze wszystkimi jej ułomnościami to droga wiodąca nas ku dojrzałości.

Waldemar Dudek psychiatra, znawca psychologii kultury i psychologii głębi

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wpędzanie w poczucie winy – jak robią to szantażyści emocjonalni?

Wpędzanie w poczucie winy często inicjują najbliższe nam osoby. (Ilustracja: iStock)
Wpędzanie w poczucie winy często inicjują najbliższe nam osoby. (Ilustracja: iStock)
Czym różni się poczucie winy od poczucia odpowiedzialności – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Manipulowanie i wpędzanie w poczucie winy? Zdarza się naszym bliskim. Ulegamy im, rezygnujemy z siebie i myślimy, że kieruje nami cnota. Jednak w świecie kwantów nie rządzi prawo przyczyny i skutku. A skoro tak, to poczucie winy związane z jakimś naszym działaniem nie ma sensu. Czy to znaczy, że nie ma też kary? Hulaj dusza, piekła nie ma? Czym różni się owo poczucie winy od poczucia odpowiedzialności – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, odpowiadając na pytania, czym jest syndrom zrzucania winy i jak wygląda wpędzanie w poczucie winy przez samego siebie.

Zrobiłam coś bardzo, bardzo złego...
Zrobiłaś czy ci się wydaje?

A jeśli... mi się wydaje?
Jeśli tylko ci się wydaje, to kara ze strony innych cię nie spotka. Ale możesz sama sobie ją wykrakać, bo wymyślone, neurotyczne poczucie winy działa jak samospełniająca się przepowiednia. Możesz zafundować sobie „śmierć wudu”, czyli sprowadzić na siebie nieszczęście, karę na zasadzie autohipnozy. Bo gdy wmówisz sobie, że zrobiłaś coś bardzo złego, to za tym pójdzie przekonanie, że dla tak złej osoby jak ty nie ma miejsca na świecie. A wtedy albo sprokurujesz sobie autoagresywną chorobę, albo wpadniesz w uzależnienie, albo zostaniesz męczennikiem, albo trafisz do więzienia – czyli popełnisz stopniowe lub nagłe samobójstwo...

Poczucie winy aż tak pragnie kary?
Oczywiście. Dążymy wówczas do tego, aby inni nas ukarali, albo karzemy sami siebie. Karanie siebie jest społecznie nagradzane, bo gdy „dobrowolnie poddamy się karze”, sąd jest łaskawszy, kara kodeksowa mniejsza niż dla sprawcy nieodczuwającego skruchy. Gorzej, gdy karzemy siebie dobrowolnie za winę urojoną jak średniowieczni biczownicy raniący i okaleczający się, ponieważ uznali za grzeszne swoje naturalne seksualne lub agresywne impulsy. Samobiczowanie ma swoje współczesne zamienniki w postaci anoreksji i bulimii, zamęczania ciała wyczerpującymi eksperymentami dietetycznymi, uzależnieniami od używek i pokarmów, a także obsesyjnym uprawianiem różnych ćwiczeń.

Myślę po prostu, że szczęście mi się nie należy, skoro zrobiłam coś tak złego... Skąd bierze się takie wpędzanie w poczucie winy samego siebie?
Tak myślimy, gdy mamy wmówione, wyuczone neurotyczne poczucie winy. Czujemy się wtedy winni wszystkiemu, nawet złej pogodzie i stanowi świata… Stoją za tym rodzice obwiniający nas w dzieciństwie o wszystko, za co sami nie chcieli brać odpowiedzialności: za swoje uczucia, zachowania, decyzje, a nawet losy. To od nich mogło zacząć się to wzbudzanie poczucia winy. W ten sposób nauczyliśmy się być odpowiedzialni za to, co się wydarza, a nawet za to, co może się wydarzyć! W parze z obwinianiem dzieci idzie często ich dewaluowanie. W rezultacie w naszej psychice instaluje się syndrom chronicznego poczucia winy z niską samooceną, autoagresją i nieświadomym sabotowaniem wszelkiego dobra, które nam życie niesie, np. dobrego związku z kochającą nas osobą.

Aż strach mieć wyrzuty sumienia... skoro od razu prowadzą one do wywoływania poczucia winy.
No właśnie, bo też lęk jest związany z poczuciem winy. Tam, gdzie jest wina, tam i kara, a więc także lęk przed nią. Dlatego u osób wpędzonych w poczucie winy częste są fantazje: że samolot, którym lecą, zaraz spadnie, że ktoś ich napadnie albo zgwałci: „Jestem złym człowiekiem, więc z pewnością spotka mnie coś złego. Na nic innego nie zasługuję”. To też może mieć moc samosprawdzającej się przepowiedni. Co więcej, gdy naszym życiem kieruje nieadekwatne poczucie winy, to popełniamy kolejne błędy. Na przykład depresyjni rodzice czują się winni temu, że przypadkiem powołali swoje dziecko na świat: „Co myśmy zrobili?! Będzie się męczyć tak jak my całe życie, a w dodatku na koniec umrze!”. Ponieważ na ogół trudno nam przychodzi kochanie tych, wobec których czujemy się winni, więc ci rodzice będą nieświadomie ograniczać zaangażowanie serca w relację z dzieckiem lub zaleją je nadopiekuńczością. Oba warianty – w ekstremalnym nasileniu – mogą rzeczywiście uczynić życie takiego dziecka „nie za bardzo wartym przeżycia” – i w nim również wzbudzić poczucie winy.

Tacy rodzice to dopiero powinni mieć poczucie winy!
Tymczasem karzący siebie „biczownicy” często są pełni nieuświadamianej narcystycznej pychy. Przecież mianowali się sędziami samych siebie, wyręczając Boga. A poza tym mogą czerpać narcystyczną satysfakcję z tego, że „takich grzeszników jak oni to nie ma nigdzie na świecie”. Nie widzą, że celebrowanie permanentnego poczucia winy i dręczenia się jest pseudocnotą i często prowadzi do kolejnego nieszczęścia. Tak jak w przypadku ojca dwóch synów, który w trakcie kąpieli w rzece nie upilnował jednego z nich i chłopak utonął. A ojciec, zamiast zadbać o drugie dziecko, w odruchu rozpaczy i karania siebie, a także przez wpędzanie się w poczucie winy, tak się spił, że sam zmarł z powodu zatrucia alkoholem.

Straszne…
I jednocześnie w ukryty sposób wygodne. Bo wzbudzanie w sobie poczucia winy i  zadręczanie się to ucieczka przed odpowiedzialnością, która – w przeciwieństwie do tarzania się w samoudręczeniu – zmusza nas do tego, by czynić zadość, czyli starać się naprawiać błąd lub zadbać o to, by go ponownie nie popełnić. To znacznie trudniejsze od samobiczowania. A nawet niemożliwe. Urojone, nadmierne czy wymyślone poczucie winy może przygnieść nas tak wielkim ciężarem, że nabieramy przekonania, że nic się nie da odkupić, że przeprosiny i zadośćuczynienie na nic się zdadzą. Nie próbujemy nawet wówczas naprawić krzywdy, którą myślimy, że wyrządziliśmy, wycofujemy się ze świata i z życia, chcemy ukryć się przed pełnymi potępienia spojrzeniami, choć te są naszym wyobrażeniem.

Więc wpędzanie się w poczucie winy nic nie daje światu, a co więcej – jest groźne nie tylko dla dotkniętych nim, ale także dla innych.
Tak, tylko branie odpowiedzialności może czynić świat bardziej przyjaznym miejscem do życia, a nas świadomymi własnych ograniczeń. Jest tylko jeden wyjątek: nie powinniśmy brać odpowiedzialności za uczucia innych ludzi. Każdy sam odpowiada za swoje emocjonalne reakcje. Także za uczucia religijne. Dlatego przepis o karaniu za obrazę tychże uczuć jest psychologicznie absurdalny i demoralizujący.

Nie jesteśmy odpowiedzialni za uczucia innych? Czy mogą one prowadzić do wywoływania poczucia winy u nas?
Ktoś wstaje lewą nogą z łóżka i epatuje swoim wszechogarniającym fochem. Czy to twoja wina? Czy nie przypisujesz sobie przypadkiem zbyt wielkiego wpływu na wewnętrzne życie tego kogoś? Czy nie wyobrażasz sobie przypadkiem, że jesteś potężnym uosobieniem zła, negatywnym centrum świata, które odpowiada za wszystkich tkniętych fochem ludzi? Jak mówiliśmy, neurotyczne wzbudzanie w sobie poczucia winy może być przejawem narcyzmu. Ale może też być przejawem masochizmu. Wybieraj. W wydaniu kobiecym nazywam to „syndromem skruszonej czarownicy” albo „syndromem Ewy”. Jak wiemy, nasza patriarchalno-chrześcijańska tradycja obie te kobiece postaci obwinia za niemal wszystko. Czarownicę za to, że sąsiadowi krowa zdechła, że w sąsiedniej wsi wybuchł pożar, że gradobicie zniszczyło plony. A z kolei Ewa spowodowała wszystkie cierpienia ludzkości. Boże! Jak ona i jej wszystkie potomkinie się z tego wykaraskają? Kiedy? Czy ich dług wobec męskiej połowy ludzkości jest do spłacenia? Czy dusza Ewy może być w ogóle zbawiona? Obwinianie kobiet jest mitem założycielskim patriarchatu i wywodzącego się z niego męskiego szowinizmu. Strach pomyśleć, co się stanie z nami, mężczyznami, gdy kobiety naprawdę przestaną mieć poczucie winy.

Ja często czuję się winna… Co zrobić z syndromem zrzucania winy na siebie?
Zmień płeć! Spokojnie, żartuję sobie. Bo „co z tym zrobić?” to pytanie, na które nie ma jednej dobrej dla wszystkich odpowiedzi. Najogólniej mówiąc, trzeba najpierw rozpoznać najbardziej złośliwe wrzutki mentalne, czyli to wszystko, co przeszkadza nam żyć bez nadmiernego obwiniania się, a co odziedziczyliśmy po rodzicach, opiekunach, zwichrowanych księżach i nauczycielach. Jak nie dajemy sami rady, to warto skorzystać z psychoterapii. Zarówno narcystyczne, jak i masochistyczne obwinianie się ma źródło w niedojrzałości rodziców, opiekunów, wychowawców i wszystkich innych, którzy dla dziecka byli autorytetami, oraz w ich nierozwiązanych problemach. Bardzo głęboko w nasze dziecięce umysły wgryzają się wszystkie wypowiadane przez nich niesprawiedliwe oskarżenia typu: „Gdyby nie ty, to skończyłabym studia”; „To przez ciebie żyję z twoim ojcem pijakiem”; „Jak mogłeś doprowadzić mnie do takiego stanu, że aż cię musiałam zlać?!” itp. Potrzebna jest terapia, aby się z tego podnieść. Ale nawet gruntowna psychoterapia nie zdoła nas uwolnić od tego poczucia winy, które nazywamy egzystencjalnym.

To jeszcze raz zapytam: jak się pozbyć na zawsze wywoływania poczucia winy?
Wiem, że się powtarzam, ale tylko wgląd w prawdziwą, niedualną naturę rzeczy może nas z tego w pełni uwolnić. Tylko wtedy przestajemy utożsamiać się z ego cierpiącym na wrodzone poczucie winy. Mistycy mówią to samo o niedualnej rzeczywistości co fizycy kwantowi, tyle że innym językiem. Co mówią? Otóż weźmy za przykład buddyjskie prawo karmy, czyli inaczej prawo przyczyny i skutku. Ale dotyczy ono tylko umysłów, które nie dokonały wglądu i pozostają w stanie dualnym, czyli takim, w którym czujemy się oddzieleni od wszechświata, w którym wszystkie rzeczy są osobne. W świecie niedualnym w niedualnym stanie umysłu wszystko jest jednością, a więc przyczyna i skutek także są jednym. A to znaczy, że nie ma związków przyczynowo-skutkowych. W świecie kwantowym obecność obserwatora „wpływa” na wynik eksperymentu. Dominujący materialistyczny sposób myślenia – a właściwie nawyk myślowy – każe nam myśleć o tym w kategoriach wpływu. Mistrz zen mówi natomiast: „Ta chwila sama jest umysłem”. Czyli zachowujący się w określony sposób kwant i umysł obserwatora to nie dwa. Innymi słowy nie można mówić o żadnym wpływie czy przyczynowo-skutkowym wynikaniu. W niedualnym świecie przyczyny/grzechy nie wywołają skutków, czyli nie ma też sensu to, co nazywamy karą. Może na tym polega chrześcijańskie, boskie miłosierdzie.

Hulaj dusza, piekła nie ma? Więcej! Nie ma ani duszy, ani piekła, ani potrzeby hulania. Jest tak, jak powiedział chrześcijański mistyk św. Augustyn: kochaj i rób, co chcesz. Innymi słowy w stanie miłości/jedności, który tu nazywamy umysłem niedualnym, nie jest możliwe zrobienie czegokolwiek złego ani dobrego. Zanika świadomość bycia odrębną osobą, która ma jakieś dobre czy złe intencje, z premedytacją podejmuje jakieś działania. Jak mówią chrześcijanie: „Dziej się wola boża”. Buddyści powiedzieliby: „Rządzi Jeden Umysł”. W terminach fizyki kwantowej można by powiedzieć, że niedualny, oświecony umysł doświadcza i zarazem jednoczy się ze wszechświatem, który jest w istocie splątany, czyli wszystko dzieje się w nim równocześnie. Splątane są też przyczyna i skutek. Wprawdzie niedualni mistrzowie życia twierdzą z absolutną pewnością, że to, co najmniejsze, jest również największe, to jednak fizycy kwantowi nie czują się jeszcze uprawnieni do dokonania ekstrapolacji zasad rządzących światem subatomowym na makroświat. Więc z ich punktu widzenia uprawiamy tutaj jakąś podejrzaną metafizykę.

Niedualny umysł nie ma w nawyku wpędzania w poczucie winy i nie cierpi?
Można powiedzieć, że poczucie winy – podobnie jak wszelkie inne odczucia, motywacje i aspiracje – zamienia się w całkowitą otwartość, bezwolność, przejrzystość, we wszechogarniającą pokorę. Cokolwiek się dzieje, jest po prostu i tylko tym, co jest. Pojawia się i przemija – przepływa przez umysł – bez interpretacji, bez oporu czy marudzenia i bez potrzeby „wzywania Boga nadaremnie”. Działanie karmy przypomina wtedy odzyskiwanie długów. Choć nie mamy nawet świadomości spłacania czegokolwiek.

Spłacanie długów jest ważne?
Nie ma takich długów w życiu, które są umarzane. A w stanie dualnej świadomości zaciągamy je nagminnie – powodowani fałszywym doświadczaniem świata, czyli niewiedzą i uczuciami, które z tej niewiedzy się rodzą, tj. chciwością, zazdrością, gniewem, lękiem itp. To wszystko tworzy naszą indywidualną karmę. W świecie dualnym muszą zaowocować określonymi skutkami. Zabrałaś coś komuś albo oszukałaś, albo zaniechałaś jakiegoś działania, więc zjawia się przed tobą ktoś, kto ci chce zabrać płaszcz. W rezultacie wzbudzasz w sobie poczucie krzywdy i czujesz się okradziona. Doświadczasz cierpienia, którego ktoś kiedyś doświadczył przez ciebie. Spłacasz swój dług i powinnaś nauczyć się, aby nie czynić innym tego, co tobie niemiłe, czyli empatii i współodczuwania. Ale jeśli twój umysł byłby w stanie niedualnym, oddanie płaszcza nie byłoby problemem. Ty i agresor to nie dwa. Nikt nie traci – nikt nie zyskuje. Karma przestaje działać.

Świat może więc funkcjonować bez winy i kary, a syndrom zrzucania winy zniknie?
Pod warunkiem że wszyscy znajdziemy się w stanie niedualnego oświeconego umysłu. Wtedy nie pojawi się impuls, żeby krzywdzić innych, bo przecież nie chcemy krzywdzić siebie samych. A gdy inni ciebie krzywdzą, to wiesz, że krzywdzą siebie, i nie budzi się twoje pragnienie zemsty. Świat zmierza w tę stronę, skoro nawet fizyka podpowiada nam taką perspektywę. Ale zanim się to stanie, to jako ludzka zbiorowość musimy jeszcze odrobić kilka lekcji.

  1. Psychologia

Czy można zmienić swój charakter w dorosłym życiu? Na czym polega jego siła?

Nasza odporność psychiczna w dużej mierze zależy od charakteru. (fot. iStock)
Nasza odporność psychiczna w dużej mierze zależy od charakteru. (fot. iStock)
Czy można zmienić charakter? Psychologia dowodzi, że w dojrzałym wieku to trudne. Ale z pewnością można wzmacniać jego mocne strony. Na czym polega związek między emocjonalnością a silnym charakterem – wyjaśnia neuropsycholog Daniel Jerzy Żyżniewski. 

Jak bardzo mózg wpływa na to, jaki mamy charakter?
Raczej to, jak kształtowany jest charakter, wpływa na mózg. Charakter to składnik naszego wnętrza, bardziej podstawowy niż osobowość. Są 24 składniki wytrzymałościowe charakteru zwane mocnymi stronami, zgrupowane w sześć tzw. Zalet charakteru, zwanych cnotami. Opisali je Christopher Peterson i Martin Seligman oraz David Goldberg. Są to: Mądrość (albo Wiedza), Odwaga, Człowieczeństwo (albo Humanitaryzm), Umiar (inaczej Powściągliwość), Sprawiedliwość i Transcendencja. Każdy ze składników rozwija się w zależności od indywidualnego doświadczenia, tworząc zróżnicowane konfiguracje, które wiążą się również z aktywnością naszego mózgu. Czy charakter będzie słaby, czy silny, czyli z prawidłowo wykształconymi wszystkimi mocnymi stronami – zależy od wpływu środowiska. A to ważne, bo charakter tworzy tzw. odporność psychiczną.

Mocne strony charakteru

  • Mądrość: kreatywność, ciekawość, uczenie się, otwartość umysłu, perspektywa;
  • Odwaga: waleczność, wytrwałość, witalność, spójność;
  • Człowieczeństwo: zdolność do kochania, życzliwość, inteligencja społeczna;
  • Umiar: przebaczenie, pokora, roztropność, samoregulacja;
  • Sprawiedliwość: uczciwość, przywództwo, zespołowość;
  • Transcendencja: wdzięczność, docenianie piękna, nadzieja, duchowość, poczucie humoru.

Od kiedy zaczynamy kształtować nasz charakter?
Etap od narodzin do około szóstego roku życia jest decydujący dla rozwoju zdolności regulowania własnych emocji, a to wpływa na charakter. Uczymy się tego, obserwując i naśladując reakcje najbliższych opiekunów. Mogą oni reagować destrukcyjnie na to, co czują, i na przykład deprecjonować siebie lub innych albo wchodzić w tryb pretensji wobec życia i ludzi, czyli przejawiać negatywne schematy przeżywania siebie i świata. Mogą też, mimo rosnącej amplitudy emocji, sięgać po konstruktywne reagowanie. Przykładowo w destrukcyjnym reagowaniu wyłaniają się schematy typu: „ten, kto się boi, jest tchórzem, a kto płacze, jest słaby”. Natomiast w konstruktywnym reagowaniu emocje traktuje się niepiętnująco, jako zupełnie naturalne, a ich dynamika oraz skutki zależą od tego, kto ich doświadcza. Obserwacja emocjonalności opiekunów w połączeniu z komunikatami na temat siebie, ludzi, świata, życia, które oni generują, wpływa na kształtowanie się charakteru poprzez podstawowy mechanizm związany z emocjami, tzw. afekt.

Czym jest afekt?
Jest to siła, tempo i czas trwania pobudzenia psychofizjologicznego w związku z emocją. Afekt trwa krótko: narasta, osiąga szczyt, opada, więc i emocje są krótkotrwałe. Tylko że afekt jest stymulowany reakcjami innych ludzi, w tym ich własnym afektem. Może więc szybko narastać, szybko osiągać szczyt, ale wolno opadać. Wtedy pojawiają się impulsywność i trudności z uspokojeniem się. Może to oznaczać trudności ze świadomym doświadczaniem emocji, a na tej bazie pojawia się dodatkowy niepokój, co nasila rozregulowanie emocjonalne. To utrudnia rozwój silnego charakteru, a więc odporności psychicznej.

A jakie konkretnie czynniki mogą zakłócić rozwój silnego charakteru?
Po pierwsze, wychowanie w rodzinie i w szkole, w którym regularnie stosuje się kary, a nagrody – sporadycznie. Gorzej, gdy karanie jest nieadekwatne i z zaskoczenia – impulsywne. A jeśli kary są sporadyczne, charakter osłabia brak nagród (niezauważanie, ignorowanie). Taki negatywny bilans skutkuje tym, że „ja” danej osoby silnie koncentruje się na oczekiwaniach innych ludzi. Własne poczucie bezpieczeństwa staje się bardziej zależne od czynników zewnętrznych. To mocno ogranicza zdolność samodzielnego myślenia. Człowiek samodzielny wewnętrznie może trafnie określać emocjonalność zarówno własną, jak i drugiego człowieka. Dzięki temu łatwiej dbać o własne i cudze emocje, bez konieczności ulegania lub dominowania w relacji z drugim człowiekiem.

To silny charakter odpowiada za zdolność trafnego rozpoznania swoich myśli i umiejętność ich wyrażania?
Tak, a zwłaszcza jedna z jego mocnych stron – spójność wewnętrzna, nazywana Koherencją (albo Autentycznością). To składnik cnoty Odwagi. Jeśli będzie ona rozwijać się słabo, stracą także inne aspekty charakteru zgrupowane w Odwadze: Wytrwałość (albo Zaradność, Pracowitość), Waleczność (albo Dzielność) i Witalność (czyli Zapał). Dzieci mają w sobie dużą witalność, czyli spontaniczną chęć życia, niezależnie od biegu zdarzeń, ale jest ona zniekształcana systemem kar, zachęcaniem do rywalizacji zamiast kooperacji, różnicowaniem na lepszych i gorszych poprzez ocenianie i krytykowanie. To główne czynniki osłabiające charakter. To, jak ukształtowany w ten sposób człowiek ocenia siebie, jest zdominowane przez reakcje i oceny innych ludzi. Ciągle myśli się o innych ludziach i ich oczekiwaniach.

Wydawałoby się, że zorientowanie na innych ludzi to dobra postawa...
W tym wypadku chodzi o brak wewnętrznie stabilnego „ja”, które uniemożliwia rozpoznanie, co narusza, a co nie narusza nasze wzajemne granice emocjonalne. Gdy wewnętrzne „ja” osoby utożsamiane jest z zewnętrznymi oczekiwaniami, to taki człowiek nie jest wcale bardziej uważny na własne i cudze uczucia, tylko kontroluje swoje reakcje, by wpisać się w schematy bycia takim, jakim powinien być według innych. To braki związane z niestabilnym „ja” tworzą postawę wrogości i agresji wobec siebie oraz innych, co może być nieuświadomione, ale przejawiać się w reakcjach i zachowaniu. Trudno wtedy rozwijać kolejną cnotę – Człowieczeństwa (czyli: Zdolność do kochania; spontaniczną Życzliwość, również wobec nieznanych osób, oraz Inteligencję społeczną). Wtedy reaguje się w czarno-biały sposób, awersją, a nawet wrogością. Siła jest wtedy utożsamiana z dominacją.

Czy to wpływa na inne składowe charakteru?
Tak, przy słabo rozwijanej Odwadze i Człowieczeństwie nie może rozwijać się prawidłowo cnota Sprawiedliwości, czyli poczucie, że zaangażowanie społeczne polega na codziennym dbaniu o siebie nawzajem i przestrzeń wspólnego życia. Nie jest to więc narzucanie reguł, na przykład większości wobec mniejszości. Dlatego w Sprawiedliwości kluczowe jest odruchowe myślenie, że wszyscy ludzie powinni mieć równe prawa, do czego trzeba dobrze rozwiniętej składowej zwanej Równością (albo Uczciwością). Sprawiedliwość to również skłonność do brania spraw w swoje ręce, tzw. Przywódczość – nie tylko gdy jest to w naszym interesie, ale ze świadomością, że wiele aspektów codzienności to wspólne społeczne dobro. Postawy autorytarne poważnie zakłócają rozwój Sprawiedliwości.

A jak przejawia się siła charakteru?
Choćby w cnocie Mądrości, na przykład odruchem zadawania sobie w różnych sytuacjach pytania o to, co mogę zrobić innego niż dotychczas, innego niż każą, proponują ludzie wokół. To składnik Mądrości nazywany Otwartością umysłową. Dzięki temu trenuje się inny jej składnik – Zaciekawienie, i jeszcze kolejny – Kreatywność. A to jest konieczne do rozwoju następnego składnika Mądrości, którym jest Chęć uczenia się. Gdy człowiek lubi się uczyć i częściej doświadcza wsparcia płynącego z kooperacji zamiast zagrożenia płynącego z rywalizacji, to jest bardziej odporny psychicznie. Dzięki temu powstaje tzw. Szeroki horyzont umysłowy – kolejna mocna strona charakteru i składowa Mądrości. To sprzyja myśleniu o przyszłości, że będzie lepsza, nie dlatego, że zdarzy się cud, tylko dlatego, że można mieć na nią choćby częściowy wpływ. W efekcie łatwiej jest uchronić się w przeżywaniu porażki i przed depresją w obliczu życiowych potknięć.

Co jeszcze tworzy charakter?
Cnota Umiaru (albo Powściągliwości) niesie ze sobą składnik Wielkoduszności (albo Wybaczania), czyli odruch pochylania się nad słabszym w jego krzywdzie i odruch wybaczania krzywdy. Inne składowe Umiaru to Skromność (albo Pokora), czyli wewnętrzna zgoda na to, że drugi człowiek ma prawo do swojej odrębności odczuwania, reagowania, zachowania. W cnocie Umiaru jest jeszcze Samoregulacja, czyli uważność no to, co czuję i robię, przy jednoczesnej uważności na to, co czuje i robi drugi człowiek. Ostatnia grupa mocnych stron charakteru jest w cnocie Transcendencji. Należy do niej spontaniczna Wdzięczność, uważność na pozytywne aspekty codzienności nazywana Docenianiem piękna, a także Nadzieja, czyli traktowanie przyszłości poprzez możliwości, a nie ograniczenia. W tej grupie jest też Poczucie humoru rozumiane jako skłonność do spontanicznej reakcji na dowcipy, które swoją treścią nie naruszają granic innych, oraz dostrzeganie pozytywów rozmaitych zdarzeń. I wreszcie Duchowość definiowana jako własny wewnętrzny system wartości stosowanych, by doświadczać na przykład pocieszenia oraz umieć je okazać innym.

Wróćmy jeszcze do czynników kształtujących charakter…
To przede wszystkim wymuszanie przemocą i krytykowanie, gdyż wywołuje reakcje obronne bezpośrednio w mózgu. Te natomiast zakłócają afekt: napięcie gwałtownie rośnie, zbyt długo pozostaje nasilone i powoli opada, i jest ciągle stymulowane do kolejnych skoków w podobnym schemacie. Dynamika reakcji obronnych wiąże się z podziałem dróg emocjonalnych w mózgu na niską i wysoką. Na drodze niskiej dominuje ciało migdałowate, które jest przedsionkiem do emocjonalności, to tam jest epicentrum reakcji obronnych. Są bardzo szybkie, łatwo osiągają parametry wysokiego pobudzenia i dają wyraźne objawy fizjologiczne, takie jak pocenie się, rosnący puls, drżenie kończyn czy wiele innych. W rezultacie reakcje obronne mogą być stymulowane bez przerwy, a mimo to można mieć trudność w uświadomieniu sobie, o którą emocję chodzi. Do tego potrzeba drogi wysokiej, którą tworzą tzw. ośrodki korowe mózgu. Ich aktywność wiąże się ze świadomością zmieniającego się napięcia. Dzięki niej pojawiają się złożone myśli towarzyszące napięciu. Ośrodki korowe są niezbędne, by umieć nazwać to, co się czuje. Tymczasem przemoc i krytykowanie tak silnie stymulują drogę niską, że ten wzorzec wysokiego pobudzenia obronnego utrwala się i poważnie utrudnia dostęp do pełnej świadomości tego, co się czuje, a zatem i do panowania nad tymi reakcjami.

Kiedy kończy się kształtowanie charakteru?
Najważniejszy dla kształtowania charakteru jest okres rozwojowy, który trwa do około 20.–25. Roku życia. Nabyte wzorce zachowania znajdują wtedy swoje odzwierciedlenie w równowadze neurochemicznej i w fizjologii. Jeśli więc jest się silnie stymulowanym ciągłym krytykowaniem i karaniem, to regularnie wywoływany jest w organizmie wzrost adrenaliny i kortyzolu, a spadek serotoniny, dopaminy, acetylocholiny. To trwała skłonność do reagowania niepokojem i awersją, nawet gdy jest spokojnie. Ludzie tak ukształtowani nietrafnie określają, co czują, i mylą się również, określając, co czuje drugi człowiek. Wzorce powstałe w okresie rozwojowym są silne i trudno je zmienić, ale można je przeciwważyć, rozwijając słabe aspekty charakteru.

Co więc możemy zrobić, jeśli zależy nam na zmianie postaw?
Przede wszystkim nie robić tego, co osłabia charakter, a więc zrezygnować z reagowania z poziomu władzy na rzecz partnerskiego. Uczyć się emocjonalności własnej oraz innych ludzi. Ćwiczyć się w odróżnianiu opinii od faktów i w nieocenianiu na podstawie opinii. Starać się rozumieć różnice między ludźmi, a jeśli trudno jest je zrozumieć, to przynajmniej akceptować ich istnienie. Współpracować, a nie rywalizować. Uwrażliwiać się na krzywdę – nie tylko własną, ale również innych ludzi, także tych daleko poza naszym bezpośrednim zasięgiem. Każdego dnia być bezinteresownie życzliwym wobec różnych osób. No i przebywać w mocno zróżnicowanym środowisku – wtedy uczymy się nowych strategii reagowania i zachowania, co rozwija siłę charakteru lub przeciwważy jego słabości. W ten sposób wydeptujemy nowe ścieżki neuronalne. Mózg jest plastyczny przez całe życie, więc taki trening daje efekty.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Byłam chora z miłości

Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależniająca relacja, obsesja na punkcie byłego partnera, myśli samobójcze. Jak wyrwać się ze spirali cierpienia? Docierając do traum dzieciństwa. Przypadek Heleny komentuje coach Beata Markowska.

Związek z Piotrem Helena traktowała najpoważniej na świecie. Wewnętrzny głos szeptał jej, że to miłość życia. Ten, któremu chce urodzić dzieci i którego będzie nazywać „mężem”. Jej umysł wyreżyserował w szczegółach scenariusz, pozostało go tylko zrealizować. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Nieistotne było to, że Piotr otwarcie mówił, że pchanie wózka w sobotnie przedpołudnia wcale go nie interesuje, że woli przeznaczyć go na unoszenie się nad ziemią na paralotni. Jeszcze bardziej pochłaniała go błyskotliwa kariera i podróże do Ameryki Południowej. Helena uważała jego pasje za dopust boży oraz nieszkodliwe fanaberie, które miną jak katar, gdy za niego wyjdzie.

Minęły trzy lata ich wspólnego pożycia, Helena skończyła 35 lat. Usłyszała nie tyle nawet tykanie biologicznego zegara, co jego głośno nastawiony budzik. Żeby osiągnąć swój cel, czyli stanąć na ślubnym kobiercu i zostać matką, postanowiła działać. Jak?

– Jeszcze bardziej się poświęcać – wspomina. – Ubierałam się w stonowane kolory, bo kiedyś wspomniał, że tak lubi. Wydawało mi się, że jak będę piękna, miła, dobra, urocza – nasza miłość będzie kwitła. Zasłużę sobie na szczęście. Wypracuję je sobie.

Beata Markowska: Kobiety często łudzą się, że zmienią mężczyznę, że będą tą pierwszą, która go „uratuje”, uwolni od używek, nadmiaru pracy, egocentryzmu, introwertyzmu i wielu innych przywar. Nie chcą zobaczyć w nim człowieka z krwi i kości, ponieważ nie pasowałby do mitu, który stworzyły. Podobnie postępuje Helena. Jak długo będzie żyła w swojej iluzji, tak długo będzie doznawać rozczarowań. Czasem takie kobiety wywierają emocjonalny szantaż na partnerze, po to, żeby osiągnąć swój cel. I czasem im się udaje. Nie oznacza to jednak udanego związku.

Rada: Słuchaj uważnie partnera, gdy mówi o tym, co jest dla niego ważne. Jeśli wasze priorytety i plany życiowe znacznie się różnią, nie licz na to, że uda ci się go przekonać do zmiany zdania. Jeżeli kompromis nie jest możliwy, rozejrzyj się za kimś, kto zmierza w podobnym kierunku.

Dla niego wszystko, co najlepsze

Piotr wracał późno z pracy, nigdy przed dwudziestą. Helena czekała na niego z ciepłą kolacją, pamiętała też, by w domu zawsze był budyń, koniecznie śmietankowy. Piotrowi kojarzył się z dzieciństwem, ciepłem i bezpieczeństwem. A Helena chciała, żeby ukochanemu było jak najlepiej. Pytała: „Jak minął ci dzień? Co nowego w pracy?”. I Piotr opowiadał. A ona słuchała i nie mogła wyjść nad nim z podziwu.

B.M.: Helena wybrała tzw. strategię idealnej partnerki. Wszystkie jej działania zmierzały do tego, żeby pokazać, że jest najlepsza, najbardziej atrakcyjna, potrafiąca zadbać o mężczyznę, gotować mu, wspierać i słuchać. Chciała uzależnić partnera od siebie. Spełnianie jego nawet niewypowiedzianych pragnień dawało jej złudne poczucie kontroli nad sytuacją. Co więcej, Helena – świadoma tego czy nie – weszła w rolę matki Piotra. Taki związek gwarantuje wprawdzie partnerowi wygodę, ale mężczyzna jest przecież typem łowcy.

Rada: W związku bądź partnerką, nie staraj się wcielać w inne role. A jeśli już to robisz, bądź tego świadoma, po to, żebyś nie zapomniała, jaka jesteś i przede wszystkim – kim naprawdę jesteś. Ktoś, kto traci swoją tożsamość, indywidualizm, przestaje być dla drugiej osoby atrakcyjny.

Nagle w ich związku zaczęły się niesnaski i drobne zgrzyty. – Niby wszystko było w porządku – opowiada Helena. – Czułam jednak, że Piotr oddala się. Mimo to nadal się bardzo starałam. Oprócz gotowania budyniu, wymyślałam też różne rozrywki. Polecieliśmy nawet na Wyspy Kanaryjskie w środku zimy, ale Piotr przez cały czas był jakiś marudny: nie podobał mu się hotel, jedzenie nie smakowało. Wróciliśmy zmęczeni.

Po powrocie narzekał coraz częściej, zwłaszcza na kuchnię Heleny, więc zaczęła popłakiwać po kątach. Gdy napomknęła, że jej przyjaciółka, Miśka zaszła już w drugą ciążę, kiedy oni nic, Piotr wykrzyczał, że przecież jej mówił, że nie chce rodziny i że ma kłopoty w pracy. Często rozmawiali o jego okropnej szefowej. Wstrętne babsko ciągle podnosiło mu w pracy poprzeczkę, namawiało do wyzwań i było kłótliwe. Helena zawsze brała stronę Piotra i podsuwała mu argumenty do dyskusji z nią. Nie wiedziała, że w rzeczywistości jej mąż ma z szefową romans.

B.M.: Nawet najlepszy budyń na świecie w zbyt dużych ilościach potrafi zemdlić. Każdego. Helena przyzwyczaiła Piotra, a przede wszystkim siebie, do tego, że jest zawsze miła, dobra, nadskakująca, kochająca, zgodna… W relacji z nią Piotr stawał się nudnym pantoflarzem, a wcale go w sobie nie lubił. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, która musi być w jakiś sposób odkryta i dopełniana. Helena sądziła, że prezentując tylko jasną część, uszczęśliwi Piotra, tymczasem on potrzebował zrównoważyć nadmiar spokoju i bezpieczeństwa czymś z przeciwległego bieguna. To oferowała mu relacja z szefową. Ognista, realizowana w ukryciu. Ta część osobowości Piotra, która lubiła ryzyko i wyzwania, mogła dojść do głosu przy kochance.

Rada: Nie bój się pokazywać partnerowi swojej „gorszej” strony – nie zgadzać się z nim, od czasu do czasu pokłócić, ujawnić swoją słabość. To tylko wzmocni waszą relację i ją ugruntuje. Gdy zdarzy się, że jakaś stłumiona część twojej tożsamości ujawni się w sposób gwałtowny, po latach bycia „uporządkowaną księgową”, nie wstydź się tego, tylko świadomie postaraj się tę nową jakość dopełnić. Jeśli jej źródłem jest jakiś brak – spróbuj go wypełnić, jeśli traumatyczne wspomnienie – przepracować. Inaczej stłumiony aspekt może poczynić w twoim życiu naprawdę sporo szkód.

On odchodzi

– Zorientowałam się, że z Piotrem coraz rzadziej się kochamy – wyznaje Helena. – Pomyślałam, że może za mało dbam o siebie, że dawno nie kupiłam sobie nowej bielizny. Kiedyś było nam w łóżku super. Może wystarczy trochę zadbać o klimat i to wróci?

Jak pomyślała, tak zrobiła. Sporą część pensji wydała w sklepie z ekskluzywną bielizną. Wieczorem długo czekała na Piotra, ale on się spóźniał. W końcu zasnęła. Rano, widząc go śpiącego obok siebie, wybuchnęła płaczem. Ze łzami wyrzuciła mu, że już się nie kochają, że właściwie nie ma go w domu, że jest mu wszystko jedno, co robi . Ku jej zaskoczeniu Piotr równie podniesionym głosem oznajmił jej, że owszem, nie ma go w domu, bo woli być poza nim. Że coś się wypaliło, zabrakło chemii. Że ma dosyć nudnego życia z nią, że się dusi w tym związku. I odchodzi. Ma nawet upatrzone mieszkanie do wynajęcia. I wyszedł.

B.M.: Relacja z szefową obudziła w Piotrze tęsknotę za czymś szalonym i nieprzewidywalnym. Trudno go obwiniać za to, że poszedł za głosem stłumionej natury. Gdyby Helena pozwoliła sobie być bardziej różnorodna, zmuszała go czasem do wysiłku, konfrontacji, wówczas część Piotra, która łaknie przygód, zostałaby usatysfakcjonowana. Uwalniając dzikość, którą nosi w sobie każda kobieta, Helena mogłaby poczuć się bardziej sobą, co przełożyłoby się pozytywnie nie tylko na relacje, ale też na inne dziedziny życia.

Rada: Gdy w związku pojawi się kryzys, nie próbuj tych samych metod, co zwykle. Zmień postawę. Jeśli do tej pory byłaś uległa – zbuntuj się, gdy byłaś przede wszystkim egocentryczna, poszukaj w sobie altruistki.

„Nie mogę się z tym pogodzić”

Zrozpaczona Helena wydzwaniała do Piotra i błagała, by wrócił. Próbował ją pocieszać, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że jeszcze ułoży sobie z kimś życie. Mówił, że gdyby wrócił, powodowałaby nim jedynie litość. A to by było nie fair, także w stosunku do niej. W końcu przestał odbierać od niej telefony.

Helena zaczęła szukać wsparcia u przyjaciółek. Opowiadała, jaki Piotr jest zły, że ją zostawił. Jak tak mógł, tak nagle. Potem wychwalała go, wspominała, jak im było dobrze. Bezustannie analizowała ich wspólną przeszłość. Przyjaciółki powiedziały: „dość”. Helena postanowiła więc nawiązać kontakt ze znajomymi Piotra. Poprzez nich dążyła do kontaktu z dawnym ukochanym. Chciała, żeby wiedział, co się z nią dzieje. Łudziła się, że on też o niej myśli i tęskni, że żałuje odejścia. Gdy była w kinie, wyobrażała sobie, że on siedzi obok niej. Nie rozstawała się z telefonem, co chwilę sprawdzała, czy aby się nie odezwał.

– Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że moje marzenia o idealnym związku i rodzinie pękły jak bańka mydlana – mówi Helena.

Przyczyny rozpadu związku nie widziała w sobie, tylko na zewnątrz. Wydawało jej się, że tu tkwi klucz do zagadki, jak odzyskać Piotra. I przypomniała sobie, że na jakiejś imprezie Piotr tańczył z Joanną, koleżanką z pracy. A po trzech wspólnych tańcach przyniósł jej kieliszek wina. Tak, musiał mieć z nią romans!

Helena zaaranżowała spotkanie w większym gronie znajomych, na które zaprosiła Joannę. Wypytała ją o Piotra. Jedno ciepłe zdanie o nim upewniło Helenę o ich zażyłości. Zrozpaczona zaczęła nękać ją telefonami. Krzyczała, żeby zostawiła w spokoju jej mężczyznę, że jest szmatą, że zniszczyła im życie.

B.M.: Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. Posługując się metaforą biznesową: jeśli dużo inwestujemy, a mało dostajemy na bieżąco – żal nam wycofać się z interesu, bo wciąż liczymy, że może tak zmieni się koniunktura, żeby wreszcie odbierzemy to, co włożyliśmy. Gdyby Helena była sobą w tym związku, gdyby dbała o swoje potrzeby – dużo szybciej pozbierałaby się po rozpadzie relacji. Druga sprawa to jej silne uzależnienie od partnera i gwałtowność reakcji wobec kobiety, którą posądzała o romans z Piotrem. Jeśli osoba zwykle tłamsząca własną złość czy frustrację, nagle straci nad sobą kontrolę, może ujawnić ukrywane wcześniej cechy i to w przerysowanej formie. Staje się wówczas agresywna, używa wulgaryzmów, manipuluje, grozi. To stało się udziałem Heleny.

Rada: W relacji miłosnej zawsze dbaj o swoje potrzeby. W razie rozstania nie pozostaniesz z niczym, poza tym zmniejszasz ryzyko wpadnięcia w obsesję i spiralę cierpienia.

„Odkręcę gaz”

Joanna poprosiła Piotra, żeby interweniował. Gdy zadzwonił, Helena była zachwycona. Osiągnęła cel, zainteresował się nią. Szybko pobiegła do fryzjera ufarbować włosy na nowy kolor. Spotkali się w restauracji. Helena wszystkiego się wyparła, ale Piotr jej nie uwierzył. Znów przestał odpowiadać na jej esemesy, więc wydzwaniała do Joanny. Wreszcie w przykrych i stanowczych słowach powiedział, że nie chce jej znać. Wtedy palnęła, że popełni samobójstwo.

– Naprawdę myślałam, by odkręcić gaz – mówi Helena. – I wyobrażałam sobie, jak Piotr mnie ratuje. Dziś wiem, że było ze mną naprawdę źle. Nie chcę nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Piotr nie skontaktował się z moją mamą i nie opowiedział, co się ze mną dzieje.

Matka namówiła Helenę na terapię. Zaczęły więcej ze sobą rozmawiać o przeszłości. Związek rodziców nie był udany, ojciec – wpatrzony w żonę, jednocześnie oplatał ją jak bluszcz. Ona nie mogła znieść jego uległości, stawała się coraz bardziej apodyktyczna i bezlitosna. Kiedy się rozstali, Helena miała 16 lat. Przeżyła to boleśnie, zwłaszcza, że zawsze była córeczką tatusia. Kilka lat potem ojciec zmarł na raka.

B.M.: Postawa i problemy Heleny wiązały się z dawnymi relacjami w jej rodzinnym domu. W swoim dorosłym związku chciała być inną kobietą niż jej mama. Obsesyjnie wręcz zabiegała o zadowolenie Piotra, chcąc w ten sposób zrekompensować braki emocjonalne, jakich doświadczał jej ojciec. Rozwój emocjonalny Heleny doznał głębokiego uszczerbku w wieku dziecięcym. Nie mając pozytywnego wzorca, stworzyła sobie iluzję szczęśliwego związku, gdzie kobieta obdarza mężczyznę miłością absolutną, a potem żyją długo i szczęśliwie. Piotr był w tej bajce księciem.

Odgrywanie ojca

– Zaczęłyśmy z mamą lepiej się poznawać – mówi Helena. – Dowiedziałam się, że zanim wyszła za ojca, przeżyła nieszczęśliwą miłość. Została porzucona, ojciec ją pocieszał i tak zostali razem. Nie kochała go. Nagle zobaczyłam ją w innym świetle, jako słabą kobietę, która cierpiała. Przestała być katem ukochanego tatusia. Zrozumiałam, że w relacji z Piotrem weszłam w rolę ojca, manipulowałam nim poprzez uległość. Kogoś takiego trudno zostawić.

Konfrontacja z matką dała Helenie poczucie wewnętrznej siły. Wyszła z roli małej, urażonej, zalęknionej dziewczynki. Zaczęła się zmieniać. Inaczej się ubierała, przemalowała mieszkanie, wyrzuciła pamiątki po Piotrze. Nie od razu zniknął z jej serca, ale wreszcie zaczęła zajmować się sobą. Na służbowym wyjeździe integracyjnym, gdy przechodziła przez most linowy, odkryła, że nie ma lęku wysokości. Poczuła ogromną frajdę. Tak dużą, że wkrótce spróbowała skoków ze spadochronem. Tego było jej trzeba. W powietrzu poczuła się wreszcie wolna, silna, odważna, wreszcie była „nad”, nie „pod”.

Z kolegą ze zjazdów spadochronowych połączyła ją na początku przyjaźń, potem seks. Rafał był uroczym mężczyzną i miał niesamowite poczucie humoru. Helena weszła z nim w tak zwany wolny związek, bo taki układ najbardziej jej odpowiadał. Pogodziła się z tym, że nie będzie już mogła mieć dzieci. Gdy pojawiła się możliwość rocznego kontraktu w Stanach, postanowiła wyjechać.

Miała wykupiony bilet na początek lutego. Obiecała jeszcze Rafałowi, że spędzi z nim sylwestra w górach i tam pójdą na bal. Nalegał. Zaraz po północy wszedł na scenę i podszedł do mikrofonu. Poprosił ją o rękę. Zgodziła się. Została w Polsce.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z zazdrością o partnera?

Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
To nie sama zazdrość jest problemem, a zachowanie, jakie może z niej wyniknąć. Jak podkreśla dr Robert L. Leahy, psycholog i autor książek poradniczych, ta emocja nie zniknie z naszego życia... Warto zatem zrobić dla niej miejsce i przygotować strategię na czas, gdy da o sobie znać.

Trudna sprawa z tą zazdrością...
Ale interesująca, uniwersalna. Zazdrość występuje nawet u zwierząt. Spotkałem w życiu wielu nieszczęśliwych ludzi, niszczących swoje związki i siebie właśnie z powodu zazdrości.

Skąd bierze się zazdrość?
Z punktu widzenia ewolucji takie emocje jak zazdrość były kiedyś potrzebne, pełniły pewną funkcję, w końcu w grę wchodziło pytanie, czy opiekuję się swoim czy cudzym dzieckiem. Kobiety zawsze wiedzą, że to ich dziecko, a mężczyźni nigdy nie mogą być pewni. Stąd męska zazdrość i będąca często jej pokłosiem kontrola.

Ale prawda o romantycznej zazdrości jest taka, że doświadczają jej zarówno mężczyźni, jak i kobiety, tyle że one są bardziej zazdrosne o emocjonalną bliskość partnerów w stosunku do innych kobiet, a oni – o seksualną bliskość, intymność, jaką partnerki mogą obdarować kogoś innego. Kiedy jesteśmy na początku związku, podchodzimy dużo bardziej swobodnie i wyrozumiale do drugiej osoby, ale gdy związek się rozwija i mamy więcej do stracenia, wtedy robimy się zazdrośni.

Jednak nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli wzbudzić zazdrość u partnera.
Są takie momenty w związku, kiedy nie jesteśmy pewni, czy nasi partnerzy są do nas przywiązani, i wtedy możemy chcieć wywołać w nich zazdrość. Nie twierdzę, że powinniśmy, ale to sprawdzian w rodzaju: „jeśli naprawdę mnie cenisz, to powinieneś być zazdrosny o moich eks albo o kogoś, kto ze mną flirtował lub z kim ja flirtowałam”.

To brzmi jak manipulacja czy przemoc emocjonalna.
Ludzie nie zawsze są mili, to prawda. Badania pokazują, że zazdrość jest częstym prognostykiem przemocy domowej oraz zabójstw kobiet przez mężczyzn, jeśli w grę wchodzi jej agresywna odmiana, związana z władzą i kontrolą. Ludzie czasem popełniają samobójstwa, bo nie mogą sobie z nią poradzić. To silna, powszechna i czasem zabójcza emocja, ale będziemy się z nią w życiu spotykać, więc musimy mieć strategię.

Ale jest spora różnica między uczuciem zazdrości a zachowaniem podejmowanym pod wpływem tej emocji.
Ktoś może powiedzieć, że czuje zazdrość, ale to nie oznacza, że na przykład śledzi partnera czy partnerkę, próbuje jego lub ją kontrolować, grozić czy ograniczać wolność. To te zachowania, a nie odczuwanie zazdrości, stają się problemem. Bo zazdrość sama w sobie może prowadzić do dobrych rzeczy, na przykład pomaga uświadomić sobie, że cenimy nasz związek, że nasz partner czy partnerka są dla nas bardzo ważni, że chcemy wierności. Zazdrość to uniwersalna emocja, ale trzeba rozróżnić emocje od działań.

Jak to zrobić?
Zacznijmy od rozmowy o tym, co się dzieje, o tym, na ile obie strony są zaangażowane w związek, czego chcemy i oczekujemy od naszego związku, a także od partnera czy partnerki. Powiedzmy o tym, że jesteśmy zazdrośni o różne zachowania drugiej strony, na przykład o to, że on albo ona wciąż z kimś się spotyka bez nas lub jest w kontakcie ze swoim eks. Wyznanie zazdrości może być początkiem negocjacji, kontraktu, jaki ze sobą ustalamy. Jeśli jedna osoba chce zaangażowania, a druga woli spotykać się także z innymi ludźmi, to nie sposób stworzyć związku, w którym możemy sobie ufać.

Trudno się przyznać do zazdrości, to trochę upokarzające.
I ludzie czasem czują wstyd z tego powodu, zastanawiają się, co jest z nimi nie tak, co partner o nich pomyśli... Z kolei z jego strony potrzebne jest wsparcie, powiedzenie, że każdy czasem czuje zazdrość, że wszystko w porządku. No bo przecież jasne, że czujemy ukłucie na widok partnera czy partnerki, którzy z kimś flirtują. Ale ja zawsze proponuję, żeby – zamiast starać się pozbyć zazdrości – znaleźć dla niej przestrzeń. Używam wtedy metafory związku jako pokoju, w którym gromadzone są wszystkie doświadczenia z partnerem, a zazdrość jest po prostu jednym z nich. Zróbmy miejsce dla zazdrości, postawmy ją na półce, bo będziemy co jakiś czas ją stamtąd zdejmować.

Jednak powiedział pan także, że niezdrowa zazdrość może zmienić się w kontrolę czy agresję. Jak rozpoznać, czy nasz partner nie zmierza w tym kierunku?
Różnica sprowadza się do tego, jak dana osoba wyraża zazdrość oraz na ile jest otwarta na rozmowę, negocjacje. Warto mówić wprost: „widzę, że jesteś zazdrosny, widzę, że jesteś zaniepokojona”. Z jednej strony możemy potraktować to uczucie jako coś dobrego i przyznać, że czujemy się przez to wyjątkowi i docenieni, ale warto też dodać, że przeszkadza nam sposób, w jaki partner czy partnerka okazują tę zazdrość: nie chcemy być kontrolowani, obrażani, bo to nas odstręcza, odsuwa.

Wiele osób, kiedy słyszy, że są zazdrosne, przyjmuje postawę defensywną, bo czują się jeszcze mniej pewnie. Z drugiej strony temu, kto jest celem zazdrości, niełatwo znaleźć w sobie zrozumienie i współczucie dla drugiej strony. Utrzymanie takiego związku może być prawdziwym wyzwaniem. Wtedy trzeba zastanowić się, czy może lepiej byłoby rozstać się na chwilę, uspokoić i przemyśleć, co dalej.

Kiedy powiedzieć: „dość” i zrezygnować ze związku?
To indywidualna decyzja, ale gdy czujemy, że sobie nie radzimy, zawsze przyda się pomoc specjalisty. A kiedy w związku zaczyna się przemoc, gdy partner podważa nasze poczucie wartości, gdy jesteśmy odcinani od systemu wsparcia, czyli od rodziny i przyjaciół – trzeba poważnie zastanowić się nad rozstaniem. Może nawet takim raz na zawsze.

Powiedzmy to sobie krok po kroku: jakie strategie powinniśmy stosować, gdy mamy do czynienia z zazdrością?
Pierwszy krok to nazwać tę emocję, powiedzieć wprost: czuję zazdrość. Drugi krok to uznać ją za normalną reakcję. Trzeci to zrozumieć, że naszym celem nie jest pozbycie się zazdrości, tylko zrobienie dla niej przestrzeni, żeby nie zniszczyła związku.

Pamiętajmy, że zazdrość to tylko jedno z uczuć, jakie czujemy w stosunku do naszego partnera czy partnerki, obok radości, szczęścia, ciekawości, nudy czy podekscytowania. Kolejna rzecz to rozróżnienie na emocję i zachowanie. Cały czas pamiętamy o rozmowie, negocjujemy granice zachowania: na co się zgadzamy, na co nie.

No właśnie, to zachowanie...
Dobrym rozwiązaniem może być wyznaczenie sobie czasu na zazdrość czy czasu na martwienie się, na przykład co dzień o konkretnej godzinie przez 15 minut. Wtedy dajmy upust wszystkim uczuciom i myślom związanym z naszym partnerem czy partnerką. A po tym czasie zajmijmy się już innymi rzeczami.

Kolejną przydatną rzeczą, którą możemy zrobić, kiedy cały czas zastanawiamy się, co robi moja ukochana czy ukochany albo z kim się spotyka, jest odwrócenie ról. Wydaje nam się, że nikt nie powinien flirtować z naszym partnerem, a on powinien myśleć tylko o nas, ale czy tak samo jest w drugą stronę? Czy ja myślę tylko o mojej partnerce, czy nie flirtuję z innymi, czy nie miałem romansów?

Wreszcie, zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, popracujmy nad tym, aby nasza relacja stała się atrakcyjna. Zamiast okazywania złości mówmy drugiej osobie, za co ją kochamy, co w niej lubimy i cenimy i jakbyśmy się czuli, gdyby odeszła.

Wymaga to zupełnej zmiany w postrzeganiu świata. Innego sposobu myślenia.
Dobrze to pani nazwała. Kluczem jest zaakceptowanie, że mamy w sobie uczucie zazdrości, ale podejmujemy wybór, żeby mimo to nie zrobić nic przeciwko ukochanej osobie. Nie musimy jej kontrolować, krzywdzić, prześladować. Możemy po prostu wyrażać uznanie, miłość, zrozumienie, docenić i przyjąć jej perspektywę. Zamiast oskarżać, okażmy miłość i serdeczność.

dr Robert L. Leahy, psycholog, autor wielu poradników. Regularnie publikuje w serwisie „Psychology Today”, występuje na międzynarodowych konferencjach oraz w programach telewizyjnych i radiowych.

  1. Psychologia

Odpuść sobie! 6 kroków do wewnętrznego spokoju

Twoja wolność nie zależy od innych, a jedynie od ciebie. (Fot. iStock)
Twoja wolność nie zależy od innych, a jedynie od ciebie. (Fot. iStock)
Nie wzdychaj do wolności, nie zamykaj jej w sferze marzeń. Zamiast tego zrób coś, by poznać jej smak…

Kto lub co ogranicza naszą wolność? Zwykle winowajcy szukamy na zewnątrz. Tymczasem on kryje się w samym środku, w naszych głowach i sercach. Sądzisz, że byłbyś wolny, gdyby wszyscy dali ci święty spokój i nikt niczego od ciebie nie chciał? To nieprawda. Twoja wolność nie zależy od innych, a jedynie od ciebie. I tylko ty sam możesz dać sobie na nią przyzwolenie.

Uwolnij się...

1. ...od negatywnych emocji! Najpierw naucz się je rozpoznawać. Obserwuj siebie przez najbliższych kilka dni, kierując uwagę na to, jak odczuwasz pierwsze symptomy rozdrażnienia, żalu czy smutku. Może to być kłucie w żołądku, lekki ból głowy… Postaraj się je zlokalizować i zdusić w zarodku. Jak? To proste. Skoro tylko poczujesz, że robisz się coraz bardziej rozdrażniony, powiedz o tym głośno: „Jestem lekko poddenerwowany” – i weź głęboki wdech, a potem zrób naprawdę długi wydech. Używaj słów, które naprawdę odzwierciedlają twój stan ducha oraz siłę negatywnych emocji. Gdy już je nazwiesz, znikną szybciej, niż się pojawiły.

2. ...od monologu wewnętrznego krytyka! W naszej głowie rozbrzmiewa wiele głosów, niektóre aż z czasów dzieciństwa. Zwykle przeważają komunikaty negatywne, takie, jak: „no i co zrobiłeś?!”, „musiałeś to powiedzieć?”, „do niczego się nie nadajesz”, „ale z ciebie frajer”, „nikt nie potraktuje cię poważnie”... Uprzykrzają nam tylko życie. Na szczęście można się ich pozbyć. Podobnie jak w poprzednim punkcie, najlepiej wypowiedzieć je na głos i natychmiast zakwestionować. Prosty przykład: rozlałeś mleko na świeżo umytą podłogę. Co mówi twój wewnętrzny głos? – „kretyn!”. „Czyżby?” – spytaj swojego krytyka. Przypomnij mu, że dziś usłyszałeś od szefa, że świetnie wykonałeś zadanie, a wczoraj doskonale poradziłeś sobie z pewnym problemem w bardzo stresującej sytuacji. W ten sposób wytrącisz mu argument z ręki i wreszcie będzie cicho.

3. ...od schematów, w których żyjesz! Weź kartkę i napisz na niej 5 swoich największych marzeń. Nie zastanawiaj się, dlaczego jeszcze się nie spełniły, tylko puść wodze fantazji. Niech od dzisiaj będzie to twoja lista rzeczy do zrobienia. Zacznij od pierwszej. Chcesz wyruszyć w podróż dookoła Europy? Usiądź do komputera i znajdź w sieci zdjęcie, które obrazuje to marzenie. Wydrukuj je i powieś w widocznym miejscu. Czego potrzebujesz do jego realizacji? Sporządź kolejną listę. Tak postąp z każdym z kolejnych punktów. A teraz pomyśl, jaki będzie twój pierwszy krok. Pamiętaj: wszystko jest możliwe!

4. ...od krzywego lustra! Nie jesteś zadowolony ze swojego wyglądu? Weź swoje ulubione zdjęcie sprzed, powiedzmy, 10 lat. Co czujesz, gdy na nie patrzysz? Myślisz: „jaką byłam piękną kobietą”, „ale ze mnie był przystojniak”… ? Teraz przypomnij sobie, co wtedy o sobie myślałeś? Coś zupełnie przeciwnego, po prostu masa kompleksów. Oto, jak łatwo nabijamy sobie głowę mylnymi przekonaniami. Czas zaakceptować swoje ciało! Zamiast się krytykować:

  • Codziennie rano popatrz na swoje odbicie, uśmiechnij się do niego i powiedz: „dobrze wyglądasz”,
  • Zamów sobie sesję fotograficzną. Poproś przyjaciela lub idź do profesjonalnego fotografa,
  • Zacznij uprawiać sport. Wybierz dyscyplinę, która sprawia ci największą przyjemność, nie musisz bić rekordów, wystarczy sama radość z ruchu,
  • Zrób sobie przyjemność, np. kup jakiś prezent. Nie stać cię na kabriolet? Na początek mogą być kolczyki.

5. ...od potrzeby otaczania się ludźmi! Naucz się czerpać frajdę z bycia ze sobą. To jedna z najważniejszych umiejętności w życiu każdego człowieka. Uwolnij się od presji spędzania każdej wolnej chwili w czyimś towarzystwie. Nie musisz tego robić. Nawet jeśli żyjesz w związku czy dużej rodzinie, znajdź czas, by pobyć ze swoimi myślami, we własnej przestrzeni. Nie planuj tego, co będziesz wtedy robić. Zdaj się na intuicję.

6. ...od chorobliwej zazdrości! W ten sposób podarujesz wolność innym. Jeśli ci na kimś zależy, pomyśl o tym, co go uszczęśliwi. Daj mu szansę, by cieszył się tym, co lubi... Gdy przyjaciółka odwoła spotkanie, bo przyjechał do niej przyjaciel z Madrytu, pożycz jej z serca: „Baw się cudownie".