1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Strach przed dorosłością

Strach przed dorosłością

fot.123rf
fot.123rf
Skąd wśród nas tylu wiecznych chłopców i tak wiele wiecznych dziewczynek? Z Waldemarem Dudkiem, psychiatrą, autorem znanych publikacji, w tym z zakresu psychologii analitycznej junga, rozmawia Maja Jaszewska.

Dlaczego dziś tak wielu ludzi nie chce dorosnąć?
Byłoby zbyt ryzykowne twierdzić, że syndrom wiecznego dziecka to produkt wyłącznie naszej kultury, ale z pewnością jest silnie związany ze współczesną cywilizacją. W zasadzie już od odrodzenia, a na pewno od oświecenia wyraźnie widać, że Zachód hołduje młodości, propaguje kult człowieka i ciągłego postępu. To tworzy rodzaj świeckiego mitu heroicznego przepojonego wiarą, że nauka odkryje wszelką prawdę, a możliwości ludzkie są nieograniczone. Jednostka poczuła się wszechmocna, a jej euforia nie podlega żadnej korekcie. Uleganie takim mitom dotyczy zwłaszcza osób niedojrzałych psychicznie. To właśnie dzieci fascynuje możliwość zostania herosem. Na to nakłada się współczesny kult wybujałego indywidualizmu. Wieczne dzieci są ciągle zbuntowane, zaprzeczają wszelkim ograniczeniom zewnętrznym i wewnętrznym. Chcą siebie widzieć jako istotę wszechmocną. Istnieje jednak różnica między wieczną dziewczynką a wiecznym chłopcem. Wynika z faktu, że tradycja Zachodu jest jedną z najbardziej represywnych w stosunku do kobiet. Dlatego kult wiecznej dziewczynki przyjmuje wersje bardziej radykalne, czego wyrazem są skrajne ruchy feministyczne. Kult wszechmocy kobiecej zamienia się w walkę z mężczyznami, co okazuje się zabójcze, bo model doskonały to współistnienie oraz współpraca wzorców kobiecego i męskiego w wymiarze rodziny i społeczeństwa.

Czyli łatwiej być wiecznym chłopcem niż wieczną dziewczynką?
Typowym przykładem tragicznych losów wiecznej dziewczynki jest bohaterka książki „Córeńka” Wojciecha Tochmana. Kobieta nieszczęśliwa w kolejnych relacjach z mężczyznami, sfrustrowana w sferze zawodowej i wiecznie zbuntowana. Dążąc do doskonałości, w rezultacie pozostaje bez bliskich, bez mężczyzny, bez domu i bez rodziny. Jej zaginięcie jest metaforą losów wiecznej dziewczynki, która nie potrafi znaleźć swojego miejsca na ziemi. Typowy wieczny chłopiec czuje się szczęśliwszy, bo zyskuje większy dostęp do tego, co oferuje życie. Żeńska wersja wiecznego mitu młodości jest bardziej tragiczna, bo kobieta, walcząc przeciwko mężczyźnie, unieszczęśliwia siebie. Dążąc do nieograniczonych możliwości, musi większą część siebie złożyć w ofierze – poświęcić macierzyństwo, zostawić swoje środowisko i zerwać z nim więzy w sposób bardzo radykalny.

Mówi pan o braku poszanowania dla kobiecej tożsamości w zachodniej kulturze, ale to przecież w niej kobieta wywalczyła sobie najwięcej praw i wolności.
Osiągnęła to, że pozwolono jej realizować męskie wzorce funkcjonowania. Kobieta zakłada spodnie, wchodzi w męskie role i to się nazywa wyzwolenie kobiet. W swoim dążeniu do autonomii zachodnia kobieta zamiast budować świat wartości kobiecych wynikających z istoty kobiecości, związanych z macierzyństwem, miłością, empatią, zakłada mundur i idzie do wojska. W naszej kulturze z kobiecości czyni się analogię męskości.

Za syndrom wiecznego chłopca winę ponosi nadopiekuńczość matek i nieobecność ojców. A skąd się biorą wieczne dziewczynki?
To wina inicjowania dziewczynek do ról męskich przy jednoczesnym braku inicjowania w kobiecość. W ramach swej praktyki terapeutycznej spotykam wstrząsające historie ilustrujące postawy matek, które w niezwykle prymitywny i okrutny sposób porzucają psychologicznie swoje córki w obszarze ich rodzącej się kobiecości. Jeśli 12-letnia córka dostaje pierwszej miesiączki i pokazuje mamie swoje majtki z plamką krwi, a ta oburzona ma o to pretensje albo na rosnące córce piersi reaguje okrzykiem „ale masz mleczarnię!”, jest to przejaw braku jakiejkolwiek solidarności z inicjacją własnego dziecka w kobiecość. Jeśli nałożą się na to niedojrzałe zachowania ojca, który odrzuca albo erotyzuje relacje z dorastającą córką, problem się pogłębia. Stąd biorą się potem kobiety zranione, dla których polem spełnienia może stać się realizowanie niedojrzałych wzorców męskich.

Ale przecież sam temat dojrzewania, seksualności czy fizjologii nie jest dziś tabu?
Tajemnica, jaką kiedyś owiane było ciało i fizjologia, została przełamana. Pozostaje jednak istotne pytanie: dlaczego przy tak powszechnym dostępie do informacji wtajemniczanie w dojrzewanie rzadko odbywa się z wyczuciem, taktem i zrozumieniem? Sama wiedza nie zapewni prawidłowego przebiegu inicjacji, potrzeba dojrzałej matki i wspierającego w rozwoju ojca, aby wejście w tajemnicę dojrzewania odbyło się bez urazów. Jeśli nie ma właściwie przeżytej inicjacji, całe życie przeradza się w wieczny eksperyment.

Jakich partnerów szukają wieczne dzieci?
Stopień, w jakim ulega się fascynacji ideałem, jest tym większy, im większa niedojrzałość. Jeżeli wyobrażenie ideału dodaje sił do działania, to znaczy, że wzorzec spełnia swoją funkcję. Po to są kultura, religia, sztuka, by wyzwalać te wzorce w wyobraźni.

Ale czasem ideały zamieniają się w przekleństwo, są jak nimfy, które uwodzą, a potem ściągają na głębię i topią niedojrzałych mężczyzn. Wieczny chłopiec zakochuje się w animie – motywie idealnej kobiety, a kiedy pojawi się realna partnerka, okazuje się, że taki mężczyzna albo sam ginie, bo nie wierzy w swoje możliwości tworzenia związku, albo niszczy kobietę za to, że nie pasuje do ideału.

A jak kocha wieczna dziewczynka?
Nieustannie szuka supermężczyzny, a trafia na samych gnojków. Jej pragnienie znalezienia ideału jest tak wielkie, że wystarczy, jeśli zobaczy jedną choćby wyrazistą cechę, która jej się podoba, a już zaczyna projektować na partnera swój ideał mężczyzny w każdym wymiarze. Stąd już tylko krok do rozczarowania. Wieczna dziewczynka odrzuca realnego mężczyznę, bo szuka ideału. Po każdym kolejnym związku ląduje coraz bardziej potrzaskana i na każdym kolejnym wymusza rekompensatę strat poniesionych we wcześniejszych relacjach z mężczyznami.

Jak wieczne dzieci widzą same siebie?
Jak wszyscy chcą być zaakceptowane przez zbiorowość, w której żyją, ale z racji niedojrzałości i dążenia do bezkompromisowego realizowania ideałów ta potrzeba akceptacji zamienia się w potrzebę zwalczania świata.

Wieczne dziecko cierpi z powodu poczucia niższości. Atakowane ideałami czuje się kimś dalekim od wzorca, próbuje więc to rekompensować, popisując się wszechmocą. Jest wtedy rozdarte między poczuciem niższości a poczuciem wyższości, co czyni zeń istotę tragiczną. Pojawiają się zachowania ryzykanckie typu uprawianie sportów ekstremalnych. Towarzysząca im adrenalina i przymuszanie się do skrajnego wysiłku nie mają nic wspólnego z samodyscypliną w życiu codziennym czy odpowiedzialnością. Wieczne dzieci są zagubione, nie wiedzą, do czego służą im własne zdolności i talenty. Zamiast je rozwijać, konsumują je. Tym samym dążą do samozniszczenia.

Jakimi rodzicami są wieczne dzieci?
Ich modele zachowań mogą być różne. W naszych czasach typowym wariantem, jeśli chodzi o wiecznego chłopca, jest ojciec nieobecny, czyli kompletnie wycofany z życia rodzinnego. Taki mężczyzna realizuje się jedynie poza rodziną. Często traktuje żonę tylko jako obiekt seksualny i uważa, że współżycie mu się należy. Jeżeli nawet dba o rodzinę finansowo czy starannie edukuje swoje dzieci, robi to po to, żeby pokazać swoją sprawczość.

Inny typ wiecznego chłopca w roli ojca to domowy terrorysta. Może być towarzyszem zabaw, może się dzieckiem chwalić, bo podbudowuje ono jego ego, ale jeśli dziecko przerośnie go emocjonalnie, zaczyna je niszczyć i być agresywny.

Z kolei wieczna dziewczynka jako matka najczęściej porzuca emocjonalnie dziecko albo traktuje jak swoją własność. Trzyma je nadmiernie przy sobie, odcinając kontakty z rówieśnikami, i ciągle kontroluje. Takie matki często same zostały zranione głęboko w dzieciństwie, więc idealizują własne dzieci i dążą do symbiozy z nimi. Ponieważ same ledwo wyrwały się z trudnych warunków, żyją mitem doskonałości. Chcą być idealnymi matkami i takiej samej perfekcji oczekują od swoich bliskich.

Jak przestać być wiecznym dzieckiem i wreszcie dorosnąć?
Dojrzałość polega na zaakceptowaniu, że są chwile szczególne, świąteczne, a obok płyną zwyczajne dni. Człowiek ma prawo do momentów boskości i uniesienia, to go wzmacnia, ale potem przychodzi rzeczywistość z realnymi problemami. Tymczasem wieczny chłopiec i wieczna dziewczynka odrzucają takie strony rzeczywistości jak bezradność, starość, słabość i śmierć. Rozwiązaniem kłopotów wiecznych dzieci jest konfrontacja z własnym Cieniem – czyli wszystkimi słabościami i ograniczeniami. W tradycyjnej kulturze przemiana dziewczynek i chłopców w kobiety i mężczyzn dokonywana była przez wzorce, które nakazywały w pewnym momencie zmądrzeć, podejmować decyzje, ustąpić nowemu pokoleniu miejsca. Pomagała w tym religia, mówiąc, że jest nad nami jakaś rzeczywistość, która zmusza do pokory, a człowiek nie jest zawsze superbohaterem o boskiej mocy, musi więc od czasu do czasu pochylić się i powiedzieć „nie potrafię, nie mam siły, przepraszam”. Akceptacja własnych ograniczeń i umiejętność zobaczenia ideału w realnej osobie ze wszystkimi jej ułomnościami to droga wiodąca nas ku dojrzałości.

Waldemar Dudek psychiatra, znawca psychologii kultury i psychologii głębi

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wpędzanie w poczucie winy – jak robią to szantażyści emocjonalni?

Wpędzanie w poczucie winy często inicjują najbliższe nam osoby. (Ilustracja: iStock)
Wpędzanie w poczucie winy często inicjują najbliższe nam osoby. (Ilustracja: iStock)
Czym różni się poczucie winy od poczucia odpowiedzialności – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Manipulowanie i wpędzanie w poczucie winy? Zdarza się naszym bliskim. Ulegamy im, rezygnujemy z siebie i myślimy, że kieruje nami cnota. Jednak w świecie kwantów nie rządzi prawo przyczyny i skutku. A skoro tak, to poczucie winy związane z jakimś naszym działaniem nie ma sensu. Czy to znaczy, że nie ma też kary? Hulaj dusza, piekła nie ma? Czym różni się owo poczucie winy od poczucia odpowiedzialności – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, odpowiadając na pytania, czym jest syndrom zrzucania winy i jak wygląda wpędzanie w poczucie winy przez samego siebie.

Zrobiłam coś bardzo, bardzo złego...
Zrobiłaś czy ci się wydaje?

A jeśli... mi się wydaje?
Jeśli tylko ci się wydaje, to kara ze strony innych cię nie spotka. Ale możesz sama sobie ją wykrakać, bo wymyślone, neurotyczne poczucie winy działa jak samospełniająca się przepowiednia. Możesz zafundować sobie „śmierć wudu”, czyli sprowadzić na siebie nieszczęście, karę na zasadzie autohipnozy. Bo gdy wmówisz sobie, że zrobiłaś coś bardzo złego, to za tym pójdzie przekonanie, że dla tak złej osoby jak ty nie ma miejsca na świecie. A wtedy albo sprokurujesz sobie autoagresywną chorobę, albo wpadniesz w uzależnienie, albo zostaniesz męczennikiem, albo trafisz do więzienia – czyli popełnisz stopniowe lub nagłe samobójstwo...

Poczucie winy aż tak pragnie kary?
Oczywiście. Dążymy wówczas do tego, aby inni nas ukarali, albo karzemy sami siebie. Karanie siebie jest społecznie nagradzane, bo gdy „dobrowolnie poddamy się karze”, sąd jest łaskawszy, kara kodeksowa mniejsza niż dla sprawcy nieodczuwającego skruchy. Gorzej, gdy karzemy siebie dobrowolnie za winę urojoną jak średniowieczni biczownicy raniący i okaleczający się, ponieważ uznali za grzeszne swoje naturalne seksualne lub agresywne impulsy. Samobiczowanie ma swoje współczesne zamienniki w postaci anoreksji i bulimii, zamęczania ciała wyczerpującymi eksperymentami dietetycznymi, uzależnieniami od używek i pokarmów, a także obsesyjnym uprawianiem różnych ćwiczeń.

Myślę po prostu, że szczęście mi się nie należy, skoro zrobiłam coś tak złego... Skąd bierze się takie wpędzanie w poczucie winy samego siebie?
Tak myślimy, gdy mamy wmówione, wyuczone neurotyczne poczucie winy. Czujemy się wtedy winni wszystkiemu, nawet złej pogodzie i stanowi świata… Stoją za tym rodzice obwiniający nas w dzieciństwie o wszystko, za co sami nie chcieli brać odpowiedzialności: za swoje uczucia, zachowania, decyzje, a nawet losy. To od nich mogło zacząć się to wzbudzanie poczucia winy. W ten sposób nauczyliśmy się być odpowiedzialni za to, co się wydarza, a nawet za to, co może się wydarzyć! W parze z obwinianiem dzieci idzie często ich dewaluowanie. W rezultacie w naszej psychice instaluje się syndrom chronicznego poczucia winy z niską samooceną, autoagresją i nieświadomym sabotowaniem wszelkiego dobra, które nam życie niesie, np. dobrego związku z kochającą nas osobą.

Aż strach mieć wyrzuty sumienia... skoro od razu prowadzą one do wywoływania poczucia winy.
No właśnie, bo też lęk jest związany z poczuciem winy. Tam, gdzie jest wina, tam i kara, a więc także lęk przed nią. Dlatego u osób wpędzonych w poczucie winy częste są fantazje: że samolot, którym lecą, zaraz spadnie, że ktoś ich napadnie albo zgwałci: „Jestem złym człowiekiem, więc z pewnością spotka mnie coś złego. Na nic innego nie zasługuję”. To też może mieć moc samosprawdzającej się przepowiedni. Co więcej, gdy naszym życiem kieruje nieadekwatne poczucie winy, to popełniamy kolejne błędy. Na przykład depresyjni rodzice czują się winni temu, że przypadkiem powołali swoje dziecko na świat: „Co myśmy zrobili?! Będzie się męczyć tak jak my całe życie, a w dodatku na koniec umrze!”. Ponieważ na ogół trudno nam przychodzi kochanie tych, wobec których czujemy się winni, więc ci rodzice będą nieświadomie ograniczać zaangażowanie serca w relację z dzieckiem lub zaleją je nadopiekuńczością. Oba warianty – w ekstremalnym nasileniu – mogą rzeczywiście uczynić życie takiego dziecka „nie za bardzo wartym przeżycia” – i w nim również wzbudzić poczucie winy.

Tacy rodzice to dopiero powinni mieć poczucie winy!
Tymczasem karzący siebie „biczownicy” często są pełni nieuświadamianej narcystycznej pychy. Przecież mianowali się sędziami samych siebie, wyręczając Boga. A poza tym mogą czerpać narcystyczną satysfakcję z tego, że „takich grzeszników jak oni to nie ma nigdzie na świecie”. Nie widzą, że celebrowanie permanentnego poczucia winy i dręczenia się jest pseudocnotą i często prowadzi do kolejnego nieszczęścia. Tak jak w przypadku ojca dwóch synów, który w trakcie kąpieli w rzece nie upilnował jednego z nich i chłopak utonął. A ojciec, zamiast zadbać o drugie dziecko, w odruchu rozpaczy i karania siebie, a także przez wpędzanie się w poczucie winy, tak się spił, że sam zmarł z powodu zatrucia alkoholem.

Straszne…
I jednocześnie w ukryty sposób wygodne. Bo wzbudzanie w sobie poczucia winy i  zadręczanie się to ucieczka przed odpowiedzialnością, która – w przeciwieństwie do tarzania się w samoudręczeniu – zmusza nas do tego, by czynić zadość, czyli starać się naprawiać błąd lub zadbać o to, by go ponownie nie popełnić. To znacznie trudniejsze od samobiczowania. A nawet niemożliwe. Urojone, nadmierne czy wymyślone poczucie winy może przygnieść nas tak wielkim ciężarem, że nabieramy przekonania, że nic się nie da odkupić, że przeprosiny i zadośćuczynienie na nic się zdadzą. Nie próbujemy nawet wówczas naprawić krzywdy, którą myślimy, że wyrządziliśmy, wycofujemy się ze świata i z życia, chcemy ukryć się przed pełnymi potępienia spojrzeniami, choć te są naszym wyobrażeniem.

Więc wpędzanie się w poczucie winy nic nie daje światu, a co więcej – jest groźne nie tylko dla dotkniętych nim, ale także dla innych.
Tak, tylko branie odpowiedzialności może czynić świat bardziej przyjaznym miejscem do życia, a nas świadomymi własnych ograniczeń. Jest tylko jeden wyjątek: nie powinniśmy brać odpowiedzialności za uczucia innych ludzi. Każdy sam odpowiada za swoje emocjonalne reakcje. Także za uczucia religijne. Dlatego przepis o karaniu za obrazę tychże uczuć jest psychologicznie absurdalny i demoralizujący.

Nie jesteśmy odpowiedzialni za uczucia innych? Czy mogą one prowadzić do wywoływania poczucia winy u nas?
Ktoś wstaje lewą nogą z łóżka i epatuje swoim wszechogarniającym fochem. Czy to twoja wina? Czy nie przypisujesz sobie przypadkiem zbyt wielkiego wpływu na wewnętrzne życie tego kogoś? Czy nie wyobrażasz sobie przypadkiem, że jesteś potężnym uosobieniem zła, negatywnym centrum świata, które odpowiada za wszystkich tkniętych fochem ludzi? Jak mówiliśmy, neurotyczne wzbudzanie w sobie poczucia winy może być przejawem narcyzmu. Ale może też być przejawem masochizmu. Wybieraj. W wydaniu kobiecym nazywam to „syndromem skruszonej czarownicy” albo „syndromem Ewy”. Jak wiemy, nasza patriarchalno-chrześcijańska tradycja obie te kobiece postaci obwinia za niemal wszystko. Czarownicę za to, że sąsiadowi krowa zdechła, że w sąsiedniej wsi wybuchł pożar, że gradobicie zniszczyło plony. A z kolei Ewa spowodowała wszystkie cierpienia ludzkości. Boże! Jak ona i jej wszystkie potomkinie się z tego wykaraskają? Kiedy? Czy ich dług wobec męskiej połowy ludzkości jest do spłacenia? Czy dusza Ewy może być w ogóle zbawiona? Obwinianie kobiet jest mitem założycielskim patriarchatu i wywodzącego się z niego męskiego szowinizmu. Strach pomyśleć, co się stanie z nami, mężczyznami, gdy kobiety naprawdę przestaną mieć poczucie winy.

Ja często czuję się winna… Co zrobić z syndromem zrzucania winy na siebie?
Zmień płeć! Spokojnie, żartuję sobie. Bo „co z tym zrobić?” to pytanie, na które nie ma jednej dobrej dla wszystkich odpowiedzi. Najogólniej mówiąc, trzeba najpierw rozpoznać najbardziej złośliwe wrzutki mentalne, czyli to wszystko, co przeszkadza nam żyć bez nadmiernego obwiniania się, a co odziedziczyliśmy po rodzicach, opiekunach, zwichrowanych księżach i nauczycielach. Jak nie dajemy sami rady, to warto skorzystać z psychoterapii. Zarówno narcystyczne, jak i masochistyczne obwinianie się ma źródło w niedojrzałości rodziców, opiekunów, wychowawców i wszystkich innych, którzy dla dziecka byli autorytetami, oraz w ich nierozwiązanych problemach. Bardzo głęboko w nasze dziecięce umysły wgryzają się wszystkie wypowiadane przez nich niesprawiedliwe oskarżenia typu: „Gdyby nie ty, to skończyłabym studia”; „To przez ciebie żyję z twoim ojcem pijakiem”; „Jak mogłeś doprowadzić mnie do takiego stanu, że aż cię musiałam zlać?!” itp. Potrzebna jest terapia, aby się z tego podnieść. Ale nawet gruntowna psychoterapia nie zdoła nas uwolnić od tego poczucia winy, które nazywamy egzystencjalnym.

To jeszcze raz zapytam: jak się pozbyć na zawsze wywoływania poczucia winy?
Wiem, że się powtarzam, ale tylko wgląd w prawdziwą, niedualną naturę rzeczy może nas z tego w pełni uwolnić. Tylko wtedy przestajemy utożsamiać się z ego cierpiącym na wrodzone poczucie winy. Mistycy mówią to samo o niedualnej rzeczywistości co fizycy kwantowi, tyle że innym językiem. Co mówią? Otóż weźmy za przykład buddyjskie prawo karmy, czyli inaczej prawo przyczyny i skutku. Ale dotyczy ono tylko umysłów, które nie dokonały wglądu i pozostają w stanie dualnym, czyli takim, w którym czujemy się oddzieleni od wszechświata, w którym wszystkie rzeczy są osobne. W świecie niedualnym w niedualnym stanie umysłu wszystko jest jednością, a więc przyczyna i skutek także są jednym. A to znaczy, że nie ma związków przyczynowo-skutkowych. W świecie kwantowym obecność obserwatora „wpływa” na wynik eksperymentu. Dominujący materialistyczny sposób myślenia – a właściwie nawyk myślowy – każe nam myśleć o tym w kategoriach wpływu. Mistrz zen mówi natomiast: „Ta chwila sama jest umysłem”. Czyli zachowujący się w określony sposób kwant i umysł obserwatora to nie dwa. Innymi słowy nie można mówić o żadnym wpływie czy przyczynowo-skutkowym wynikaniu. W niedualnym świecie przyczyny/grzechy nie wywołają skutków, czyli nie ma też sensu to, co nazywamy karą. Może na tym polega chrześcijańskie, boskie miłosierdzie.

Hulaj dusza, piekła nie ma? Więcej! Nie ma ani duszy, ani piekła, ani potrzeby hulania. Jest tak, jak powiedział chrześcijański mistyk św. Augustyn: kochaj i rób, co chcesz. Innymi słowy w stanie miłości/jedności, który tu nazywamy umysłem niedualnym, nie jest możliwe zrobienie czegokolwiek złego ani dobrego. Zanika świadomość bycia odrębną osobą, która ma jakieś dobre czy złe intencje, z premedytacją podejmuje jakieś działania. Jak mówią chrześcijanie: „Dziej się wola boża”. Buddyści powiedzieliby: „Rządzi Jeden Umysł”. W terminach fizyki kwantowej można by powiedzieć, że niedualny, oświecony umysł doświadcza i zarazem jednoczy się ze wszechświatem, który jest w istocie splątany, czyli wszystko dzieje się w nim równocześnie. Splątane są też przyczyna i skutek. Wprawdzie niedualni mistrzowie życia twierdzą z absolutną pewnością, że to, co najmniejsze, jest również największe, to jednak fizycy kwantowi nie czują się jeszcze uprawnieni do dokonania ekstrapolacji zasad rządzących światem subatomowym na makroświat. Więc z ich punktu widzenia uprawiamy tutaj jakąś podejrzaną metafizykę.

Niedualny umysł nie ma w nawyku wpędzania w poczucie winy i nie cierpi?
Można powiedzieć, że poczucie winy – podobnie jak wszelkie inne odczucia, motywacje i aspiracje – zamienia się w całkowitą otwartość, bezwolność, przejrzystość, we wszechogarniającą pokorę. Cokolwiek się dzieje, jest po prostu i tylko tym, co jest. Pojawia się i przemija – przepływa przez umysł – bez interpretacji, bez oporu czy marudzenia i bez potrzeby „wzywania Boga nadaremnie”. Działanie karmy przypomina wtedy odzyskiwanie długów. Choć nie mamy nawet świadomości spłacania czegokolwiek.

Spłacanie długów jest ważne?
Nie ma takich długów w życiu, które są umarzane. A w stanie dualnej świadomości zaciągamy je nagminnie – powodowani fałszywym doświadczaniem świata, czyli niewiedzą i uczuciami, które z tej niewiedzy się rodzą, tj. chciwością, zazdrością, gniewem, lękiem itp. To wszystko tworzy naszą indywidualną karmę. W świecie dualnym muszą zaowocować określonymi skutkami. Zabrałaś coś komuś albo oszukałaś, albo zaniechałaś jakiegoś działania, więc zjawia się przed tobą ktoś, kto ci chce zabrać płaszcz. W rezultacie wzbudzasz w sobie poczucie krzywdy i czujesz się okradziona. Doświadczasz cierpienia, którego ktoś kiedyś doświadczył przez ciebie. Spłacasz swój dług i powinnaś nauczyć się, aby nie czynić innym tego, co tobie niemiłe, czyli empatii i współodczuwania. Ale jeśli twój umysł byłby w stanie niedualnym, oddanie płaszcza nie byłoby problemem. Ty i agresor to nie dwa. Nikt nie traci – nikt nie zyskuje. Karma przestaje działać.

Świat może więc funkcjonować bez winy i kary, a syndrom zrzucania winy zniknie?
Pod warunkiem że wszyscy znajdziemy się w stanie niedualnego oświeconego umysłu. Wtedy nie pojawi się impuls, żeby krzywdzić innych, bo przecież nie chcemy krzywdzić siebie samych. A gdy inni ciebie krzywdzą, to wiesz, że krzywdzą siebie, i nie budzi się twoje pragnienie zemsty. Świat zmierza w tę stronę, skoro nawet fizyka podpowiada nam taką perspektywę. Ale zanim się to stanie, to jako ludzka zbiorowość musimy jeszcze odrobić kilka lekcji.

  1. Psychologia

Energia z kamienia – na czym polega litoterapia?

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Śpiewając, że brylanty są najlepszymi przyjaciółkami kobiety, Marilyn Monroe myślała prawdopodobnie o ich pięknie. Średniowieczna mniszka Hildegarda z Bingen przypisywała im jednak także działanie lecznicze.

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. Najbardziej znana jest dziś praca Hildegardy z Bingen, w której średniowieczna mniszka polecała m.in. szmaragd na atak padaczki czy silne bóle głowy. Historycy przywołują również zapiski Pliniusza Starszego, powstałe w I wieku naszej ery.

Litoterapia, czyli leczenie kamieniami (od lithos – kamień i therapeuo – leczenie, pielęgnacja) opiera się na zasadzie przepływu energii. Kamienie pochodzenia mineralnego zawierają te same pierwiastki co ciało człowieka i mogą uregulować biochemiczny niedobór albo nadmiar w organizmie.

Terapeutyczne działanie kamieni, odrzucane przez medycynę akademicką jako naukowo niepotwierdzone, ma jednak wielu zwolenników. „Dlaczego na przykład korale bledną, gdy osoba je nosząca choruje na niedokrwistość, a odzyskują barwę, gdy wraca do zdrowia?” – pyta prezes polskiej filii światowej federacji medycyny alternatywnej Zbyszko Patyk i zwraca uwagę, że z przeprowadzonych kiedyś badań wynikło, że ułożone wokół głowy kryształy zmieniają zapis encefalogramu.

Mimo niechęci naukowców do litoterapii (która być może wzięła się po części stąd, że sama nazwa powstała w kręgach newage'owskich w latach 70. XX wieku) ma ona jednak wielu praktyków, którzy rozwijają ją jako uzupełnienie medycyny zachodniej.

Jak stosować litoterapię?

Zwolennicy metody radzą, żeby wybrać kamień, który do nas przemówi, i stworzyć własne rytuały z jego udziałem: przytrzymać co rano przez kilka chwil w dłoni czy przykładać do punktów energetycznych na ciele.

Ważna jest również odpowiednia pielęgnacja kamienia, trzeba go czyścić zgodnie ze wskazówkami, czasem w czystej wodzie, w innych przypadkach np. w roztworze soli.

Terapeutyczne znaczenie będzie miało ponadto noszenie biżuterii z wybranym kamieniem czy nawet postawienie go w swoim pokoju.

O kilka wskazówek poprosiliśmy prowadzącą sesję terapii kryształami Alicję Radej (@alicja_radej). Oto, co poleciła na nękające nas często schorzenia fizyczne i psychosomatyczne:

  • na bezsenność: ametyst, celestyn, czaroit, howlit, hematyt, lapis lazuli, sodalit, malachit;
  • na otyłość: czarny onyks, turmalin, kamień księżycowy, cytryn;
  • na wzmacnianie odporności: heliotrop, ametyst, czarny turmalin, zielony kalcyt, karneol, kwarc;
  • na bóle miesiączkowe: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menstruacją: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menopauzą: cytryn, granat, lapis lazuli, perła, kwarc różowy, rubin, heliotrop.

Wszystkie te kamienie są do kupienia w Polsce.

Kamienie lecznicze wg Hildegardy z Bingen

  • szmaragd
  • hiacynt
  • onyks
  • beryl
  • sardoniks
  • szafir
  • sard
  • topaz
  • chryzolit
  • jaspis
  • praz
  • chalcedon
  • chryzopraz
  • karbunkuł
  • ametyst
  • agat
  • diament
  • magnetyt
  • liguriusz
  • kryształ
  • perła rzeczna
  • karneol
  • alabaster
  • wapień
  1. Psychologia

Przyszłość małżeństwa – monogamia symetryczna

Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Pisze się o zdradach, rozwodach, poliamorii itp. Czy jest więc sens zastanawiać się nad monogamią i wiernością albo nad spełniającym te kryteria małżeństwem? Tak, Helen Fisher, amerykańska antropolożka i badaczka miłości, przepowiada im wielką przyszłość. Nowy rodzaj związku nazywa symetrycznym.

Gdyby kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej miała opowiedzieć o swojej seksualności, to co by powiedziała? Jak brzmiałoby jej wyznanie? Zainspirowane przez Helen Fisher, amerykańską antropolożkę, napisałyśmy z Izabelą Jąderek, warszawską seksuolożką i psychoterapeutką, wyznanie takiej kobiety: Naga? Jestem otwarta i naturalna w miłości. Nie wstydzę się swojego ciała. Lubię je. Piersi za małe, pupa za duża? Akceptuję swój wygląd, niedoskonałości nie spędzają mi snu z powiek. Jestem taka, jaka jestem. A jeśli coś mi przeszkadza, czuję zawstydzenie czy zakłopotanie, to przyglądam się temu. Zastanawiam się: „Czy tego nie chcę, czy może uważam, że nie powinnam chcieć, bo tak mnie wychowano?”. Naga w seksie, ale też naga w emocjach, w marzeniach, w fantazjach, w pragnieniach: uległości czy dominacji nad tobą. Nie czuję się zmuszona do bierności! Inicjuję seks bez obawy, że powiesz: „Jesteś zbytnio wyzwolona”, albo nawet: „wyuzdana!”. Oddaję ci się też bez wstydu, jeśli tylko mam takie pragnienie. W łóżku mogę śmiać się, krzyczeć albo śpiewać. To zależy, co czuję i jak przeżywam miłość. Mam oczekiwania i chcę, byś je spełnił. Spotkałam cię po kilku bardziej lub mniej nieudanych związkach i nareszcie mogę być sobą, będąc z mężczyzną. Ufam ci. Dajesz mi poczucie bezpieczeństwa.

Cudne? Ba! Ale czy takie pogodzenie ze swoją cielesnością i seksualnością to dla wielu kobiet nie utopia? Czy każda z nas, jeśli tylko zachce, może stać się kimś takim?

Poznaj samą siebie

Myślimy, że serce i miłość to synonimy, mówimy: „Oddałam mu serce”; „Złamał mi serce”. Izabela Jąderek przekonuje, że najważniejsze jest zbudowanie relacji z samą sobą. Poznając siebie, kobieta odkrywa, jak chce się kochać, i znajduje w sobie śmiałość, by właśnie tak to robić. Czy jednak każda z nas może zacząć kochać i żyć w zgodzie ze swoją zmysłowością, seksualnością? I czy jest to aż tak ważne? – W moim osobistym przekonaniu każda może i ma do tego potencjał – stwierdza Izabela Jąderek. – Oczywiście, napotka na tej drodze mnóstwo wybojów, ale kluczem jest słowo „chcieć”: przyglądać się sobie po to, by zrozumieć siebie i swoje potrzeby również w tym aspekcie, jakim jest seksualność. Potem można ją przyjąć albo coś w niej zmienić.

A czy to ważne? Tak, jeśli marzy nam się symetria we dwoje, a nawet małżeństwo symetryczne. Zakłada ono równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. Żeby być równą mężczyźnie w realizacji swoich pragnień, kobieta musi wiedzieć, jakie one są, czego chce od kochanka. A to wcale nie jest takie oczywiste, nawet dla niej samej. Dlaczego? Związek monogamiczny dziś oznacza często tradycyjny podział ról i zależności. Wynika to z wychowania, a często i ekonomii. – Kobieta ekonomicznie zależna bywa też zależna mentalnie – wyjaśnia Jąderek. Powściąga się w łóżku i dostosowuje do partnera, i to w sposób całkiem bezwiedny.

Nie zawsze tak jest, ale jeśli mamy wątpliwości, czy realizujemy swoją seksualność, warto się zastanowić, jak nas wychowano. Czy moi rodzice okazywali sobie nawzajem czułość? Czy ja lubię swoje ciało? Czy potrafię wskazać, gdzie pojawiają się w nim uczucia? A może chcę się upodobnić do modelek, aby poczuć się atrakcyjna? A seks? Czy kojarzy mi się z przyjemnością, czy ze skrępowaniem? To pomoże nam odnaleźć drogę do zrozumienia swojej seksualności i do ewentualnej erotycznej zmiany siebie.

Szczęśliwi we dwoje

Równość ekonomiczna jest ważna, bo zdaniem badaczy monogamia symetryczna to powrót do archaicznego związku, w którym panowało partnerstwo! W czasach łowców i zbieraczy, a więc przed wynalezieniem pługu, kobieta i mężczyzna wnosili tyle samo do wspólnej spiżarni. Czyli byli ekonomicznie równi i dlatego mieli równe prawa erotyczne. Małżeństwo symetryczne wraca, bo kobiety stają się na powrót równe swym partnerom. Ale też mężczyźni mają dziś do wykonania wewnętrzną pracę. Do gabinetu seksuologów trafiają ci, którym przeszkadza, że żona zarabia więcej lub po prostu dużo. Mężczyzna chce czuć się potrzebny, mieć co dać kobiecie. Nie muszą to jednak być pieniądze. A co? Warto nad tym pomyśleć.

Dziś ludzie są ze sobą z różnych powodów i na różnych zasadach. Ale jeśli łączy ich miłość romantyczna (prawie 90 proc. par), czują się sobie równi także w seksie i są wierni, taki rodzaj związku to właśnie monogamia symetryczna. Sposób na szczęście we dwoje. Trwałe szczęście.

To zachęcające! Gdyby więc chcieć stworzyć taki związek, to od czego zacząć? Od udanego seksu? A co jeśli do tej pory seks nie był naszą mocną stroną? Nie wszystkie kobiety nawet go lubią. Można odblokować ukrytą, nawet przed samą sobą, energię seksualną.

– Pomagają w tym rytuały niemające wiele wspólnego z seksem – mówi Izabela Jąderek. – Bo też radość w łóżku znajdziemy, jeśli wejdziemy do niego prowadzeni intymnością i uczuciem. Miłością. Staroświeckie? Może, ale skuteczne – dodaje seksuolożka. Czerpanie radości z seksu opiera się na intymności. Udany seks nie wydarzy się bez udanej relacji, dlatego to, co wzmacnia bliskość, uwalnia także seksualną energię. Kobieta i mężczyzna czasem jej nie odczuwają tylko dlatego, że nie łączy ich intymność.

Miłosne rytuały

Siadamy naprzeciw siebie na łóżku czy dywanie. Dłonie kładziemy w okolicach serca partnera. Próbujemy dostosować oddech do jego oddechu: z jego wydechem bierzemy wdech, tworząc oddechowe koło. Patrzymy sobie w oczy.

– Jedno i drugie z dużą dozą prawdopodobieństwa może się rozpłakać, bo też rzadko kiedy ludzie okazują sobie czułe zainteresowanie przez kilka minut, bez przerwy patrząc na siebie – mówi psychoterapeutka. Po tym czasie, jeśli poczują taką potrzebę, mogą się przytulać, całować, ale nie kochać. Chodzi o odczucie bycia razem blisko, ale bez seksu. To doświadczenie intymne. Czułe bycie razem zbliża bardziej niż seks i przygotowuje do seksu, który buduje intymność. Bo też często brakuje nam właśnie tej czułości. Dlatego taki rytuał czasem wystarczy, by kobieta, która uważała, że nie ma libido, odczuła nagle ochotę na seks. Uważność mężczyzny jako afrodyzjak? Ochota na seks maleje wskutek jej braku. Odwrotnie działa poczucie bycia widzianą. Samo jednak ćwiczenie nie wystarczy.

– Potrzeba uważności w codziennym życiu – dodaje Jąderek. – Ale i na to jest sposób: nauka uważnej komunikacji. Ona lub on mówią przez trzy do pięciu minut. Drugie słucha bez przerywania, a potem powtarza to, co usłyszało, własnymi słowami. „Czy o to chodziło?” Następnie zamieniają się rolami.

– Para dodatkowo może skorzystać z rytuałów, które oparte są już na kontakcie cielesnym, ale nie seksualnym. Dzięki nim można doświadczyć tego, że w seksie nie chodzi o sam mechaniczny akt – dodaje Jąderek.

Kobieta opiera nogi na biodrach partnera, on wprowadza członek do jej pochwy. I tu podobieństwa do stosunku seksualnego się kończą. Bo oboje są tak spleceni przez pięć do dziesięciu minut. Patrzą sobie w oczy. Dłonie trzymają na klatce piersiowej, oddychają w podobnym tempie. A potem on wychodzi z niej i ją przytula. Mówią, co czują. Z seksu lepiej na tę chwilę zrezygnować, a zyska się coś, co będzie pomagało i w nim, i w byciu razem, i w miłości… Genitalia nie służą tylko do seksu, ale też byśmy poczuli, co to znaczy być Jednym. To już jest bardziej emocjonalny czy duchowy wymiar seksu. Przekroczenie jednostkowego bytu.

Mężczyzna w monogamii

– I tu jest sedno sprawy – mówi Izabela Jąderek. – Kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej może tak się zachowywać, ponieważ spotkała właściwego mężczyznę – takiego, przy którym czuje się bezpiecznie i do którego ma zaufanie. Tworzą związek partnerski, począwszy od podziału obowiązków domowych, poprzez opiekę nad dziećmi, jeśli je mają, a skończywszy na seksie. To, jacy jesteśmy, ma związek z relacjami, jakie tworzymy.

A gdyby tak dla odmiany miał się nam zwierzyć mężczyzna żyjący w monogamii symetrycznej, to jak brzmiałoby jego wyznanie? Puśćmy znów wodze wyobraźni: Pożądam cię, kiedy masz ogień w oczach. Jesteś pełna energii. A więc kiedy zajmujesz się tym, co cię pasjonuje. Pożądam cię, gdy robimy razem coś nowego, niecodziennego. Jedziemy do jaskiń obejrzeć nietoperze, gotujemy mule na ognisku, a nigdy tego nie robiliśmy. Pragnę cię, kiedy czuję, że mogę się przy tobie swobodnie zachowywać. Chcę cię zdobywać. Zgadywać, kim jesteś. Chcę, byś ciągle wzbudzała moją ciekawość.

Gdy pokochamy i poczujemy się kochane – nie rezygnujmy więc ze swoich pasji. Z siebie. A często tak robimy. Bardziej zajmują nas nowe rolety niż to, co pasjonowało przed ślubem, na przykład taniec współczesny. – Pożądanie karmi się innymi emocjami niż stabilność – dodaje Izabela Jąderek.

Pozwalajmy więc sobie na świeżość, ekscytację, tajemniczość – tam mieszka pożądanie. Pożądanie związane jest z poziomem dopaminy, a ta wydziela się, gdy robimy rzeczy nierutynowe. Dopamina zaś odpowiada za doświadczanie orgazmu, a ten stymuluje przepływ oksytocyny i wazopresyny, budzących uczucie przywiązania. Dlatego udany seks jest elementem szczęśliwej i trwałej miłości. Utrwala on wierność, która wydaje się nieoceniona w związku symetrycznej pary.

Wierność otwiera ciało

Kobieta, która wierzy, że jej partner jest wierny, mogłaby powiedzieć coś takiego: Jesteś dla mnie najważniejszy, ja dla ciebie – jedyna. To pozwala mi przeżywać naszą bliskość wyjątkowo. Moje ciało przed nikim tak się nie otwiera jak przed tobą. Kiedy się kochamy, jesteśmy jednym ciałem i duchem… A tu nagle: trzask! W twoim telefonie zdjęcie nagiej kobiety i SMS: „Będę jutro w porze lunchu”. Zdradziłeś mnie?! A więc nie jestem jedyną, na którą tak patrzysz? Jest jeszcze ktoś, kto stał się ode mnie atrakcyjniejszy, ważniejszy. Ciało się zamyka. Serce się zamyka. Czuję wstyd, lęk przed oceną, porównywaniem. Już nie patrzę na ciebie z miłością. Patrzę z lękiem i złością. Zastanawiam się, kim ty jesteś, kim ja jestem.

Zdaniem belgijskiej psychoterapeutki i badaczki Esther Perel, kiedy kochamy romantycznie, symetrycznie, zdrada bywa ostateczna właśnie dlatego, że sięga naszej tożsamości, poczucia tego, kim jesteśmy. Kiedy kochamy, wierność jest konieczna. Kiedy jesteśmy z kimś dla złotej karty, nie ma ona takiego znaczenia. Ale też trudniej wtedy o to upragnione szczęście we dwoje. Symetryczna miłość daje głębsze możliwości realizowania siebie we dwoje, ale więcej też wymaga.

Przyszłość małżeństwa

Dla wielu to żart. Wzrasta akceptacja dla rozwodów, ba, pojawił się nawet nowy rodzaj wstydu – związany z tym, że nie odchodzimy od kogoś, kto jest nie taki, jak powinien. Nie sprzyja monogamii także stawianie na siebie.

– Mimo to, a może właśnie z tego powodu, monogamia jako swoista przeciwwaga powraca – stwierdza seksuolożka. Kultura konsumpcyjna, oderwanie seksu od miłości nawet jeśli dają przyjemność, to także nużą. Coraz częściej widać chęć powrotu do takich wartości, jak miłość, partnerstwo, czułość. Zmianie ulega tylko definicja związku i potrzeb z nim związanych. Nie rezygnujemy ze ślubu. Mamy po prostu inną strategię szukania partnera czy partnerki – czekamy, aż będziemy pewni. A pewni bywamy zazwyczaj po kilku związkach. Bliżej 40. niż 20. urodzin. Nadal jednak chcemy kochać i być kochani.

  1. Psychologia

Władza a podległość – jak zmieniają ludzi?

Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
W jaki sposób miejsce w hierarchii służbowej wpływa na kreatywność? O decyzyjności, zarządzaniu i ich oddziaływaniu na pełnienie ról społecznych w organizacji mówi dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholożka społeczna z Uniwersytetu SWPS, ekspertka od zagadnień związanych z władzą i przywództwem.

Zrób prosty eksperyment. Narysuj kredką literę „E” na własnym czole. Wykonaj tę czynność i dopiero wtedy zacznij dalej czytać ten tekst. Już? Jeśli na co dzień sprawujesz władzę, to prawdopodobnie narysowałeś literę „E” z kreskami poziomymi skierowanymi w lewo.

No cóż, nie ułatwiłeś zadania obserwatorom. Nic dziwnego. Osoby zarządzające innymi koncentrują się na sobie i swojej perspektywie. Gdy w laboratorium badacze poprosili o narysowanie „E” uczestników, u których za pomocą wspomnień aktywizowano władzę lub podwładność, to aż trzy razy więcej osób kierujących personelem rysowało ją z własnego punktu widzenia. Badacze pod przewodnictwem Adama Galinsky’ego z Columbia Business School udowodnili, że sprawowanie funkcji kierowniczej znacząco podwyższa egocentryzm i zniechęca do patrzenia na rzeczywistość z innej perspektywy niż własna. Osoby uprawnione do kontroli podwładnych (nawet przez chwilę wzbudzoną w badaniach) automatycznie przyjmują założenie, że inni mają taką samą wiedzę, jak oni i taki sam dostęp do informacji. Gdyby przeanalizować sytuację osób pełniących role związane z władzą to często efekt „czołówki E” występuje w codziennej pracy i może prowadzić do uprzedmiotowienia podległych pracowników, niezauważania potrzeb innych oraz realizowania osobistych celów. Władza nie tylko obniża empatię. Prowadzi do wzrostu pewności własnych opinii i ogranicza skłonność do uwzględniania rad innych. Kierując innymi tracimy motywację do tego, aby ich rozumieć. Jak wykazały amerykańskie badaczki Jennifer Overbeck i Bernadette Park, staramy się zrozumieć inne osoby dopiero wówczas, gdy uświadamiamy sobie, że bez ich pomocy nie osiągniemy założonych celów zawodowych.

Podwładność zabija kreatywność

Władza to jednak nie tylko duże ego. Jedną z najbardziej poszukiwanych i najważniejszych kompetencji szefa jest umiejętność wprowadzania zmian i innowacji w firmie. Do tego również potrzebne jest poczucie mocy i wpływu, a przy tym takie postępowanie, by inni nie czuli się podwładnymi. Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. Pozwala widzieć świat czy cele z lotu ptaka, z pominięciem nieważnych szczegółów. Jak z kolei wykazali Keltner, Gruenfeld i Anderson psychologowie społeczni z Uniwersytetu Stanforda przyjmowanie roli podwładnego uruchamia system hamowania, który prowadzi do skupienia na analizie detali, blokuje kreatywne myślenie i utrudnia działania, a tym samym wprowadzanie zmian w swoim otoczeniu.

Dobry kierownik

Aby rozwijać ludzi trzeba znać ich potrzeby i dobrze rozpoznać potencjał. Wiedzieć, do czego ten proces ma doprowadzić w dłuższej perspektywie szefa i jego pracowników. Wtedy pojawia się prawdziwa współzależność celów. Władza jest dobra i warto ją mieć, by skutecznie zarządzać zespołem. Przywództwo też jest ważne, by inni widzieli, że wiesz dokąd i po co razem zmierzacie. Warto pamiętać o słowach Monteskiusza, który mawiał, że „By dokonać wielkich rzeczy, nie trzeba być wielkim geniuszem, nie trzeba być ponad ludźmi, trzeba być z nimi", Najważniejsze jest zarządzanie, które sprawia, że jesteś blisko ludzi, ich problemów.

Jak to osiągnąć w praktyce? Oto kilka rad wynikających z wielu badań. Przede wszystkim nie przestawaj zarządzać, czyli planować, delegować, egzekwować. Bądź blisko ludzi, pamiętaj o ich zawodowej codzienności i ich potrzebach. Nie jesteś sam. Masz zespół. Gdy go budujesz nie rób tego tylko dla siebie, ale też dla jego członków. Przywództwo uwodzi, bo szef lub kierownik czuje, że staje ponad innymi, czuje się lepszy i ważniejszy, co powoduje, że zaczyna myśleć, że może pozwolić sobie na więcej. Uważa, że ma większe prawa, co może prowadzić do łamania norm lub działań niezgodnych z zasadami. To zasługa systemu dążenia, który włącza się w sytuacji sprawowania władzy. Dlatego, gdy pojawi się poczucie wyższości, dla dobra zatrudnionych ludzi warto natychmiast wyjść z gabinetu i pójść do stołówki dwa piętra niżej, by posłuchać jakie problemy mają członkowie zespołu, co ich trapi, co interesuje. Warto dać się wypowiedzieć swoim ludziom i posłuchać o tym jakie mają pomysły. Wziąć pod uwagę perspektywę innych i szukać rozwiązań, które naprawdę wychodzą naprzeciw zgłaszanym przez nich potrzebom. Poddawać się ocenie i reagować konstruktywnie na otrzymywane komunikaty zwrotne. To ochroni szefa przed egocentryzmem, efektem „czołówki E”, przed upadkiem i wreszcie przed samą utratą władzy. Badania pokazują, że zespoły działają najlepiej – to oznacza także efektywność w realizacji zadań - gdy energia, którą daje zwierzchnictwo, połączona jest z treningiem przyjmowania perspektywy – u szefów, nie u podwładnych.

Gdy zatem słyszę, że menedżer zarządzający zespołem twierdzi, że nie chce sprawować władzy, to zaczynam się martwić o jego ludzi. Pozycja w firmie, która umożliwia kierowanie pracą ludzi, daje możliwość wywierania wpływu, a bez tego nie ma skutecznego zarządzania. Władza sprawowana z odpowiedzialnością za innych ma sens.

Dr Dorota Wiśniewska-Juszczak w pracy naukowej koncentruje się na zagadnieniach związanych z władzą i przywództwem. Prowadzi badania nad konsekwencjami stosowania różnych strategii wpływu w relacji z osobami poddanymi władzy. Jako praktyk – trener i konsultant – specjalizuje się w budowaniu efektywnych zespołów i komunikacji w ich obrębie. Jest autorką innowacyjnej metody pomiaru potencjału przywódczego menedżerów, akredytowanym trenerem Insights Discovery oraz trenerem najwyższego stopnia terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach.

Materiały prasowe SWPS

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z dzieckiem o jego chorobie – pytamy psycholożkę kliniczną Martę Rusek

Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Choć mali pacjenci przechodzą choroby nowotworowe inaczej niż dorośli i częściej od nich zdrowieją, to dla rodziców, którzy poznają diagnozę jako pierwsi, jest ona szokiem. Jak rozmawiać o tym z dzieckiem? Ile mu powiedzieć? Gdzie szukać wsparcia, żeby mieć siłę na opiekę? Wyjaśnia Marta Rusek, psycholożka kliniczna współpracująca z Fundacją Onkologiczną Alivia.

Co roku w Polsce aż 1300 rodziców małych i nastoletnich pacjentów słyszy diagnozę „nowotwór”. A kto mówi o chorobie dziecku? Czy to zawsze rola rodzica?
To zależy od wieku pacjenta. Jeśli rozmawiamy o dziecku do wieku wczesnoszkolnego, to lekarz informuje na początku tylko rodziców. Nastolatek najczęściej zapraszany jest do gabinetu razem z dorosłymi. Rozmowa odbywa się w ich obecności, czasem z udziałem psychologa.

Czy są jakieś zasady prowadzenia takich rozmów?
Oczywiście. W onkologii dziecięcej obowiązuje kilka żelaznych zasad. Po pierwsze, pacjenta prowadzi tylko jeden lekarz, do którego pacjent z czasem bardzo się przywiązuje, i wzajemnie. Nie narażamy dziecka na zmiany lekarza. I to ten lekarz przekazuje informacje o diagnozie. Po drugie, zawsze zakładamy, że chorobę wyleczymy i z takim nastawieniem wszyscy na oddziale onkologicznym pracujemy. Po trzecie, nie wyprzedzamy psychologicznych potrzeb pacjenta.

Co to znaczy?
Kiedy towarzyszyłam lekarzom w rozmowach z pacjentami, staraliśmy się, by informowanie o diagnozie, o rokowaniach czy sposobie leczenia nie było pełnym napięcia monologiem. Raczej nastawialiśmy się na dialog, w którym stosowaliśmy metodę dopytywania.

Na czym polega dopytywanie?
Na tym, żeby nie wyprzedzać pacjenta w rozmowie. Razem z lekarzem staraliśmy się, żeby dziecku nie powiedzieć za dużo. Ono i tak najczęściej domyśla się, co się dzieje; dzieci dużo wiedzą, chociaż bywa, że nikt im oficjalnie nic nie mówi. Często jednak trzeba ten obraz skorygować. Kiedy tuż po rozpoczęciu leczenia pytaliśmy: „Czy chcesz wiedzieć, dlaczego jesteś w szpitalu?”, dzieci początkowo odpowiadały: „Nie chcę nic wiedzieć”. To jest normalne, ale potem się zmienia. Gdy dziecko oswaja się ze szpitalem, z lekarzami, z personelem, z psychologiem, po jakimś czasie samo wraca do tego pytania i chce wiedzieć, na co choruje, jak się je leczy, co oznaczają medyczne słowa. Samo pokazuje, że jest już gotowe na rozmowę.

Dla każdego rodzica zdiagnozowanie choroby nowotworowej u dziecka to szok. Jak rodzice powinni wesprzeć siebie w tej sytuacji?
Po takiej informacji dotychczasowe życie w jednej chwili przestaje istnieć. Rodzic czuje ból, wściekłość, samotność. Ma poczucie, że nikt, kto nie doświadczył choroby dziecka, nie jest w stanie go zrozumieć. Bywa, że na tym etapie ludzie odsuwają się od znajomych i przyjaciół, bo relacje z nimi są w tym momencie zbyt bolesne. Najczęściej zbliżają się do grupy rodziców szpitalnych. Wsparcie ze strony dorosłych, którzy przechodzą to samo, to dobry początek.

Jak prosić tych innych dorosłych o wsparcie?
Najlepsza jest aktywna postawa polegająca na informowaniu, co jest mi teraz potrzebne. Najczęściej wcale nie chodzi o wielkie sprawy, ale o ugotowanie obiadu, przywiezienie czegoś z domu, pomoc w zakupach albo porozmawianie, pobycie. Chodzi jednak o to, żeby tymi wspierającymi osobami byli dorośli, przy których można się na przykład rozpłakać. Przy dziecku rodzic nie powinien płakać, chociaż czasem trudno powstrzymać łzy. Lepiej wyjaśnić, że płacze, ponieważ np. tęskni za domem. Wtedy te łzy stają się dla dziecka zrozumiałe, a jednocześnie pokazujemy mu, że w taki sposób można poradzić sobie z trudnymi uczuciami.

A nie powinien tu wkroczyć psycholog albo fundacja wspierająca rodziców dzieci chorych?
Nie, nikt nie powinien „wkraczać”, tylko raczej być w pobliżu i w gotowości udzielenia do pomocy i wsparcia. Tak się dzieje ze szpitalnym psychologiem lub psychologiem pracującym w fundacji – jest dostępny w razie potrzeby.

I na czym polega jego pomoc?
Najważniejsze jest uświadamianie, że chorowanie to proces, warto to nieustannie powtarzać. To, że w chwili diagnozy rodzic czuje wściekłość, rozżalenie, samotność, bezradność, zaprzecza lub za wszelką cenę szuka winnego, jest normalne. Trzeba wiedzieć, że ma się prawo do odczuwania czasem bardzo silnych emocji. To dla rodziców niezwykle ważne. Dowiadują się, że nie popadli w szaleństwo, ich emocje są naturalne i miną. Człowiek umie się przystosować do nowej sytuacji, do chorowania i leczenia także.

Czy bardziej choroby boją się dzieci, czy ich rodzice?
Nie demonizujmy tego, jak dzieci odbierają chorobę. Już to powiedziałam, ale powtórzę: choroba to jest proces. Inaczej reaguje się na początku, inaczej po miesiącu chorowania, gdy już się wie, że da się z tym żyć. Szczególnie młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Podczas hospitalizacji często bawią się właśnie w szpital, w pacjentów i personel medyczny. Bo dzieci chcą się bawić w to, co ich otacza. Wcielają się w lekarzy i mogą w ten sposób choć na chwilę wyjść z roli pacjenta. Zawsze mnie zadziwiało, jak dużo dzieci wiedzą, jakimi są świetnymi obserwatorami, a nawet ekspertami. Używają żargonu medycznego, zachowują procedury, na przykład wkładając rękawiczki przed zrobieniem zastrzyku lalce. Powtarzają to, co mówi im lekarz, i to jego tonem, znają nazwy leków, dawkowanie, wiedzą, jakie wyniki są w normie, a jakie nie, i bawią się w to. Gdy dziecko inicjuje zabawę w szpital, wiem, że mogę je dopytać, co by chciało wiedzieć.

A jak jest ze starszymi? Nastolatek nie pokaże w zabawie, że jest gotowy do poważnej rozmowy.
Przede wszystkim, by móc rozmawiać z nastolatkiem, trzeba wypracować sobie jego zaufanie. Nie chcemy żadnej „poważnej rozmowy”. Nie sadzamy nastolatka, nie robimy mądrych min. Przede wszystkim temat choroby, która opanowała ciało, bywa często trudny i zawstydzający. Działamy delikatnie, wręcz niezauważalnie odpowiadamy na pytania, do których pacjent dorósł. Ponadto nastolatki mają dostęp do Internetu, zazwyczaj same dowiadują się bardzo wiele o swojej chorobie. Nie potrzebują informacji, a zwykłej rozmowy. Wyjaśnienia różnych wątpliwości, wysłuchania tego, co ich niepokoi.

Czego boją się najbardziej?
Dzieci boją się bólu, jak my wszyscy. Jednak współczesna medycyna na szczęście nie skazuje pacjenta na cierpienie. Wytyczne są jednoznaczne: lekarz ma oszczędzać pacjentowi bólu i ograniczać dyskomfort w każdy dostępny sposób, i lekarze się tego trzymają. Mamy skuteczne środki przeciwbólowe. W onkologii dziecięcej ból traktuje się serio i jest on leczony. Dzieci boją się też zmian, jakie niesie ze sobą choroba onkologiczna – utraty włosów, zniekształcenia po operacji, protez. Boją się tego, co jest nieznane.

A co zrobić, gdy w moim otoczeniu ktoś ma dziecko chorujące na nowotwór?
Być przy tej rodzinie. Nie bać się cierpienia i choroby. A jeśli nie wiemy, jak wspierać – warto po prostu dopytać rodziców: „Jak mogę pomóc?”, „Ugotować coś, posprzątać, zawieźć?”. Rodzic jest tak pochłonięty leczeniem chorego dziecka, że często nie ma czasu zająć się drugim, zdrowym dzieckiem czy domowymi zwierzętami. Warto proponować, że się odbierze ze szkoły zdrowe rodzeństwo, weźmie je na weekend, przenocuje, pomoże w opiece nad psem.

Zdrowe rodzeństwo w obliczu takiej sytuacji schodzi zupełnie na drugi plan…
Niestety, to prawda. Leczenie zajmuje rodzicom tyle czasu i energii, że często nie mają już rezerw na poświęcanie czasu zdrowym dzieciom, tymczasem one potrzebują uwagi, miłości i normalności. Straciły kontakt nie tylko z rodzicami, ale też z rodzeństwem, bo dzieciom zdrowym nie wolno wchodzić do szpitala. Warto zadbać o to, żeby rodzeństwo miało kontakt, żeby do siebie na przykład dzwoniło. Mamy na szczęście do dyspozycji całą technologię.

Czy należy dokładnie wyjaśniać, co dzieję się z chorą siostrą czy bratem?
To znów zależy od wieku i od tego, ile rodzeństwo chce wiedzieć, ale generalnie warto przygotować je na ewentualne zmiany w wyglądzie pacjenta, bo przecież leczenie choroby nowotworowej odbija się na fizyczności. I oczywiście nie chodzi nam tu o przekazanie suchych informacji, tylko o rozmowę, co dzieje się z chorym. Chodzi o to, żeby zdrowe dziecko nie było zaskoczone brakiem włosów czy otyłością wywołaną zastosowaniem sterydów. Albo amputacją, bo przecież i to się zdarza w leczeniu chorób nowotworowych.

To bardzo trudne zadania dla rodzica.
Tak, i tutaj też potrzebne jest wsparcie. Dlatego warto być w stałym kontakcie z psychologiem, który przygotuje rodzica na taką rozmowę, powie, jak ją delikatnie przeprowadzić, a nawet przećwiczy.

Zatem może jednak psycholog powinien takie rozmowy przeprowadzać z rodzeństwem?
Moim zdaniem to jednak rola rodzica, z którym dziecko jest związane i czuje się bezpieczne. Taka próba wprowadzenia obcej, nieznanej osoby, żeby przeprowadziła rozmowę, może być jeszcze bardziej stresująca dla dziecka. Lepiej jest, gdy psycholog przygotowuje rodzica, ale to rodzic rozmawia ze swoim dzieckiem. Taka kolej rzeczy jest naturalna.

Myślę, że bardzo łatwo jest obciążyć zdrowe dziecko chorobą rodzeństwa.
Dlatego tak ważne jest, żeby rodzic szukał wsparcia tylko u innych dorosłych. Nie należy przy zdrowym dziecku płakać, dzielić się swoimi emocjami, szczególnie lękiem, bo dziecko zawsze chce chronić rodziców. A nawet prawie dorosłe, nastoletnie zdrowe dziecko nie może być pocieszycielem dorosłych.

Ale czasem nie ma nikogo innego…
Rodzice często mają takie wrażenie, ale przecież zawsze są wokół nas inni dorośli: lekarz, pielęgniarka, psycholog, znajomi czy chociażby rodzice innych chorych dzieci. Bywa jednak, że rodzicom jest trudno prosić o pomoc, albo nie widzą, że otoczenie jest gotowe ich wesprzeć. Warto by bliscy, przyjaciele takiej rodziny przyjęli aktywną postawę i tak jak już wcześniej wspomniałam – pytali. Czasem ta pomoc może polegać na tym, że choć na chwilę zastąpi się takiego rodzica w szpitalu i będzie on mógł chociażby wyjść na spacer czy do fryzjera.

Chyba nie miałabym odwagi zapytać rodzica, który ma tak chore dziecko, czy chce iść do fryzjera. Nie umiem sobie wyobrazić, że sama miałabym na to ochotę. Myślę też, że społeczeństwo narzuca obraz cierpiącego udręczonego.
Ten fryzjer to może bardziej metafora i pytanie, czy rodzic w trakcie chorowania dziecka ma prawo zająć się też swoimi potrzebami. Widziałam, jak rodzice dawali z siebie wszystko. A przecież leczenie trwa miesiącami, czasem nawet latami. Do opieki potrzeba mnóstwo sił. Niewyspany, udręczony, samotny, przeciążony rodzic nie będzie dobrym wsparciem. Dlatego tak ważne jest, by inni dorośli pomagali rodzicom w odzyskiwaniu, choć na chwilę, poczucia równowagi, pomagali w regeneracji. A co do fryzjera – pamiętam, jak jedna z fundacji zorganizowała wizytę właśnie fryzjera na oddziale – ileż było śmiechu i radości, gdy rodzice mogli wreszcie zająć się sobą.

Zbieram się z pytaniem na temat opieki paliatywnej. Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci, o tym, że nie wyzdrowieją?
Pamiętajmy, że onkologia dziecięca ma inną dynamikę. Dzieci zdrowieją znacznie częściej niż dorośli. Bardzo skutecznie leczymy choroby nowotworowe u dzieci. Ale bywa niestety, że choroba okazuje się silniejsza niż medycyna. I tu obowiązują te same zasady: nic na siłę. Nigdy nie atakujmy pacjenta tym tematem.

Mam poczucie, że rozmawianie o śmierci to nie są mądre monologi, bo to nie czas na nasze, dorosłe przemyślenia czy przekonania np. religijne. To czas na to, by usłyszeć, co myśli o tym dziecko, z jakimi pytaniami się mierzy. Pamiętam pacjenta, który zapytał: „czy w niebie jest McDonald?”, bo usłyszał, że w niebie jest wszystko, co najlepsze, a po śmierci idzie się do nieba. Ale najczęściej to są bardzo nieśmiałe i ulotne momenty, gdy pacjent zastanawia się, jak to jest z tą śmiercią. Chociaż bywały także sytuacje, gdy pacjent, najczęściej nastolatek, zadawał pytanie: „czy ja umrę?”. I tu nie ma jednej dobrej odpowiedzi, ale dla mnie takie pytanie pacjenta jest zawsze punktem wyjścia do rozmowy, co stoi za takim pytaniem, jakie myśli, jakie fantazje, jakie uczucia. Często w rozmawianiu o śmierci nie tyle chodzi o konkretną odpowiedź, ale o stworzenie bezpiecznej atmosfery, by dziecko mogło podzielić się z drugim dorosłym swoimi niepokojami, lękami, refleksjami. Chociaż czasem młody człowiek chce po prostu wiedzieć, jakie są jego rokowania, bo myśli o tym, by móc się z kimś pożegnać, może pogodzić, a może coś komuś ważnego powiedzieć. Tylko w rozmowie z pacjentem możemy poznać, jaki motyw stoi za jego pytaniem.

A czy dzieci boją się śmierci?
Boją się i martwią. Czasem zastanawiają się, co się stanie z ich rzeczami, jak rodzice to zniosą, co będzie po śmierci. Pamiętam dziewczynkę, która w zabawie opowiadała mi, jak sobie wyobraża, co będzie po śmierci. Wyzdrowiała i ma się dobrze, ale widać, że myśl o śmierci może się pojawić.

Nie wiem, który rodzic by to udźwignął…
Dlatego w szpitalu pracują psychologowie. Dzieci potrzebują bezpiecznej przestrzeni – z dorosłym, który nie zabroni poruszania tego tematu, nie wystraszy się ani nie rozpłacze na dźwięk słów „boję się, że umrę”. Chcę podkreślić, że nowotwory są uleczalne i że wbrew aktualnie bardzo złym opiniom na temat służby zdrowia, dziecięcy onkolodzy to w większości kompetentni, empatyczni ludzie, którzy wiążą się bardzo mocno ze swoimi pacjentami i walczą o nich tak samo jak rodzice.

Fundacja Alivia jest Organizacją Pożytku Publicznego, która pomaga chorym na raka m.in. w finansowaniu nierefundowanych terapii i konsultacji. Więcej na temat przekazania 1% podatku na rzecz fundacji na www.alivia.org.pl.

Marta Rusek, specjalistka psychologii klinicznej, psychoterapeutka, psychoonkolożka. Przez wiele lat pracowała jako psycholog na oddziale onkologii dziecięcej. Współzałożycielka Warszawskiego Centrum Psychoonkologii, www.psychoterapia-mokotow.pl.