1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego mężczyźni mają prawo do jawnej zazdrości, a kobiety cierpią po cichu?

Dlaczego mężczyźni mają prawo do jawnej zazdrości, a kobiety cierpią po cichu?

Zazdrość często łączy się z szacunkiem: albo ktoś mnie szanuje, albo ktoś mnie lekceważy. (Fot. iStock)
Zazdrość często łączy się z szacunkiem: albo ktoś mnie szanuje, albo ktoś mnie lekceważy. (Fot. iStock)
Zazdrość potrafi zniszczyć, ale i wzmocnić związek. Jeśli jest łagodna i krótkotrwała – bywa dobrym narzędziem samopoznania i komunikacji. Może też przerodzić się w obsesję i w konsekwencji nawet doprowadzić do tragedii. Skąd biorą się tak silne emocje? Wyjaśnia psycholożka i terapeutka Ewa Woydyłło.

 

Czy zazdrość to emocja?
Pojęcia emocji i uczucia czasami przenikają się, trudno je rozdzielić. Ale mówi się, że emocja jest czymś bardziej gwałtownym, a uczucie – bardziej trwałym. Bywa zazdrość, która ogarnia na moment – pod wpływem nagłego podejrzenia czy czyjegoś zachowania. Bywa też że ktoś jest pełen nieufności w stosunku do drugiej osoby w wyniku wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie mówimy o gwałtownej emocji, tylko o stanie, który pod wpływem jakichś okoliczności w danym człowieku się zatrzymał.

Pytam, ponieważ w książce „Ludzie, ludzie...2”, używa pani sformułowania „psychoza”, czyli zazdrość, a przynajmniej pewien jej poziom, byłaby swoistym zaburzeniem...
Zazdrość może mieć łagodny przebieg, krótkotrwały i nieszkodliwy. Może nawet odgrywać ważną rolę w komunikacji i samopoznaniu. Na przykład zauważam, że denerwuje mnie, gdy mój partner zwraca uwagę na inne kobiety – i to można omówić, przeanalizować. W dobrych i trwałych związkach ten temat pojawia się dość często. Ale może też dojść do stanu, który jest patologią – wtedy mówimy o poważnym zaburzeniu, nazywanym „syndromem Otella”, który czasami doprowadza do zbrodni.

Syndrom Otella, szekspirowskiego bohatera, który udusił swoją żonę. Jak pani pisze – statystycznie to mężczyźni przodują w chorobliwej zazdrości. A mnie się wydawało, że to kobiety częściej reagują zazdrością na zachowania partnera.
Aby to wytłumaczyć, warto popatrzeć na uwarunkowania obyczajowo-kulturowe – zazwyczaj to mężczyzna przypisuje sobie prawo do posiadania kobiety. Nawet nasz język to odzwierciedla. Niedawno podczas warsztatu, który prowadziłam, jeden z uczestników zapytał: „A co jeśli mężczyzna zabierze najbliższemu przyjacielowi żonę?”. Od razu zwróciłam uwagę na sformułowanie, z którego wynika, że kobieta jest prawie jak mebel: można ją wziąć, zabrać, przestawić. Wywiązała się z tego bardzo ciekawa dyskusja... W naszej kulturze przez całe stulecia mężczyzna był właścicielem „swojej” kobiety – mąż nad żoną, a wcześniej ojciec nad córką czy brat nad siostrą miał nieograniczoną władzę. Dlatego jeśli kobieta swoim postępowaniem stwarzała choć cień ryzyka niewierności, mężczyzna był uprawniony do karania jej w jakiś sposób. Do dziś o partnerkach, które wiążą się z innym mężczyzną, mówi się krótko i niecenzuralnie... Tymczasem w przypadku kobiet, którym nie przysługują analogiczne prawa do mężczyzny, uzewnętrznianie zazdrości nie ma uzasadnienia społecznego. Kobiety przeżywają burzliwe uczucia, ale ich zazdrość jest bardziej prywatna.

W książce pisze pani również, że zazdrośnikom często brakuje bezpieczeństwa, czyli czego właściwie?
Gdy pracowałam w Instytucie Psychiatrii, pewnego razu gościliśmy terapeutę ze Stanów Zjednoczonych. Wygłaszał wykład dla pacjentów, w którym uczestniczyli przede wszystkim mężczyźni. I mówiąc o zazdrości jako jednym ze stanów, z którym trudno nam się uporać, stwierdził, że zazdrość bierze się przede wszystkim ze strachu. Pamiętam, że słuchacze zaczęli się niespokojnie kręcić, ponieważ w pewien sposób było to dla nich uwłaczające. Mężczyzna wstydzi się strachu, a pod zazdrością kryje się właśnie lęk przed utratą partnerki, bo ta utrata oznacza dla niego wstydliwą porażkę. Tu znowu wracamy do statusu kobiety jako obiektu własności, skąd bierze się uprawnienie mężczyzny do upubliczniania zazdrości i właściwie wszyscy go w tym wspierają.

Dziś mamy wiele możliwości technicznych, które mogą wzmacniać zazdrość, a i pomagają zazdrośnikom kontrolować partnerów. Słyszałam kiedyś, jak mężczyźni chwalili się na spotkaniu w swoim gronie, że zainstalowali swoim żonom program  śledzący w smartfonach...
Komputery, smartfony i wszelkie nowe technologie bardzo ułatwiają dziś zweryfikowanie podejrzeń. Ale w samym postępowaniu nie ma nic nowego, bo z własnej praktyki znam kobiety wynajmujące prywatnego detektywa – w zaprzyjaźnionym gronie przekazując sobie jego namiary – który śledził ich mężów i umiał sprawnie i szybko zrobić kompromitujące zdjęcia. Dzięki temu one zdobywały dowody i materiały do wywierania nacisku na swoich niewiernych partnerów.

Czasami zazdrość przybiera wręcz paranoidalną formę, mimo braku logicznych podstaw. Skąd bierze się taki stan? Czy to wiąże się z jakimś osobistymi brakami?
Jak już ustaliłyśmy, podstawą zazdrości jest strach. U mężczyzny jest to przede wszystkim lęk przed kompromitacją i przyprawieniem mu tzw. rogów, kobiety obawiają się czegoś innego. Pojawia się u nich lęk o byt, i to nie tylko w sensie materialnym, ale i społecznym, bo wciąż jeszcze samotne kobiety nie mają łatwego życia. Towarzyszy im często wstyd, a także niepokój, jak to wytłumaczyć dzieciom.

Nie wszyscy są jednakowo podatni na zazdrość. Skąd się biorą te różnice?
Generalnie niektórzy są bardziej podatni na różne niepokoje i lęki. W jednej z książek dość dokładnie pisałam o tym, dlaczego do dobrego życia przydaje się tzw. gruba skóra, czyli mniejsza nadwrażliwość w relacjach. Sama wrażliwość to dobra rzecz – oznacza empatię, uczuciowość, serdeczność i zdolność do miłości, natomiast nadwrażliwość przyczynia się do lęku i braku poczucia własnej wartości. Moim czytelniczkom radzę, żeby pracowały nad wzmacnianiem odporności. Po angielsku na odzyskiwanie kontroli nad swoim życiem używa się określenia: empowerment. Chodzi o to, by w sytuacji kryzysowej nie załamać się, tylko szukać wyjścia. Kobieta o dużej odporności, zdradzana czy opuszczona przez męża dla kochanki – będzie oczywiście cierpieć, ale nie straci poczucia pewności.

Niemniej trudno jej będzie nie odczuwać zazdrości, przynajmniej na początku.
Oczywiście, bo skoro kochała męża, to chciała mieć wyłączność w jego życiu jako kobieta. Zazdrość nie jest tylko przedmiotem anegdotycznych opowieści, dla wielu ludzi jest podstawą wartości, wiąże się z lojalnością i szacunkiem: albo ktoś mnie szanuje, albo ktoś mnie lekceważy. W pierwszym tomie książki „Ludzie, ludzie” piszę o kobietach, które wiążą się z żonatymi mężczyznami. Odnoszę się do nich surowo i nie mam dla nich wyrozumiałości, bo choć nie godzi się żonatemu podrywać każdą, która mu się spodoba, to uważam, że kochanka nie powinna się przyłączać do spisku przeciwko zdradzanej żonie. Zresztą może ta kochanka za kilka lat znajdzie się w takiej samej sytuacji jak była żona, jeśli zwiąże się ze zdradzającym mężczyzną.

W tym miejscu warto wspomnieć o zaufaniu. Czy można ufać partnerowi, jeśli nasz związek rozpoczyna się na gruzach poprzedniego?
Jeżeli miłość oparta jest na krętactwie, na oszustwie, na wydawaniu wspólnych pieniędzy na inne miłostki – to jest to niedobra miłość. W przyjaźni, która powinna być częścią miłości, najważniejsze są zaufanie i lojalność. I przyjaźń jest pod tym względem bardzo surowa, a do miłości stosujemy bardziej liberalne, nieco pokrętne podejście. To źle, bo taka miłość brzydnie. W Stanach Zjednoczonych obowiązuje pewien kanon terapeutyczny – mówi się: „Jesteś tak chory jak twoje sekrety”. Jeżeli ukrywasz coś głęboko i wstydliwie, nawet przed najbliższymi ludźmi, to oznacza, że masz z tym jakiś problem. Dla mnie nie ma większej wartości niż uczciwość w związku, choć wiem, że wiele osób się z tym nie zgadza.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zespół Otella – do czego może prowadzić chorobliwa zazdrość?

Skrajna postać zazdrości, czyli Zespół Otella, rozpoznawany często u osób długotrwale uzależnionych od alkoholu, u których zazdrość nie syci się już niepewnością, lecz przekonaniem o niewierności partnerki. (Fot. iStock)
Skrajna postać zazdrości, czyli Zespół Otella, rozpoznawany często u osób długotrwale uzależnionych od alkoholu, u których zazdrość nie syci się już niepewnością, lecz przekonaniem o niewierności partnerki. (Fot. iStock)
Bohater szekspirowski uległ podszeptom Jagona i owładnięty zazdrością zabił Desdemonę. Współczesny Otello nie potrzebuje Jagona, by niszczyć swój związek. Zazdrość nie wymaga dowodów, potrafi sama je wyprodukować.

„Kto nie jest zazdrosny, nie kocha” – stwierdził już święty Augustyn i w tym akurat trudno nie przyznać mu racji. Większość z nas dobrze zna ukłucie zazdrości, gdy partner lub partnerka wydają się interesować kimś innym. Jeśli kochamy, to chcemy, by nasza miłość była odwzajemniona i trwała wiecznie. Zazdrość ostrzega, stoi na straży związku, służy jego trwałości. Ale nadmiar zazdrości potrafi zabić największą miłość, choć początki wydają się zwykle niegroźne.

Mini pod kluczem

Beata w niczym nie przypomina radosnej, młodej mężatki, jaką była dwa lata temu. Bez makijażu, jakaś szara, zgaszona, „kobieta po przejściach” – pomyślałam, zanim usłyszałam jej opowieść.

– Cieszyłam się, że Tomek jest o mnie zazdrosny. Dzięki temu czułam, jak bardzo mnie kocha, jak bardzo mu na mnie zależy – opowiada, niespokojnie rozglądając się na boki, jakby sprawdzała, czy nikt jej nie podsłuchuje. – Najpierw prosił, żebym nie chodziła w mini, bo jestem taka zgrabna, że faceci się za mną oglądają. Pochlebiało mi, że tak myśli. Nigdy nie czułam się specjalnie atrakcyjna, bez bólu przestałam więc nosić mini. Potem przyszła pora na dekolty – codzienne sprawdzał, jak się ubrałam, czy nic nie widać, gdy się pochylam. Kazał mi się przebierać, nawet kiedy spieszyłam się do pracy. W końcu zaczęło mnie to złościć. „Będę się ubierać, jak chcę” – powiedziałam. Dostałam w twarz. „Ty, dziwko!” – wykrzyczał. „Wiem, że chcesz się puszczać ze wszystkimi!”.

Z czasem Tomek zaczął ją kontrolować coraz bardziej: godzinę powrotu do domu, strój, zawartość torebki, telefon... Nieoczekiwanie wpadał do pracy, sprawdzał, czy nikt się przy niej nie kręci. Ograniczał jej wyjścia z domu. Bała się, żeby ktoś do niej nie zadzwonił – jakiś klient czy kolega z pracy, bo to byłaby świetna pożywka dla podejrzeń męża.

Najpierw próbowała przekonywać, że bardzo go kocha, że liczy się tylko on..., ale bez efektu. „Widziałem, jak gapiłaś się na tego faceta” – mówił znienacka, gdy szli razem ulicą. „Jakiego faceta?” – Beata nie miała pojęcia, o kim mówi. „Dobrze wiesz, nie wykręcaj się, pewnie wolałabyś iść z nim niż ze mną”.

Gdyby Beata zdradzała męża, a przynajmniej interesowała się innymi mężczyznami, jego zazdrość byłaby zrozumiała. Mamy tu jednak do czynienia z wcale nierzadkim przypadkiem zazdrości, która karmi się jedynie podejrzeniami, a te nie giną wraz z brakiem dowodów. Skoro Tomek kontroluje Beatę na każdym kroku, w swoim poczuciu uniemożliwia jej zdradę, ale czy to znaczy, że zapobiega jej pragnieniom? A co dzieje się wtedy, gdy on jest w pracy? Co, kiedy wyjeżdża w delegację?

Tomek męczy się podejrzeniami i zaostrza środki kontroli. Wraca do domu wcześniej niż zapowiedział, czatuje na Beatę pod pracą, szuka dowodu jej winy, jakby zdrada mogła przynieść mu ulgę. Tak jak Otello, który cierpi męki, nie mając pewności, że jest zdradzony, i nie mając pewności, że nie jest.

Zespół Otella, czyli licho nigdy nie śpi

Paweł nie może znieść poczucia niepewności, odkąd jego dziewczyna, Monika, wyjechała na studia do Madrytu. Najpierw cieszył się razem z nią, ale natychmiast po odprowadzeniu jej na lotnisko zaczął przeżywać katusze. Wydzwania do niej dziesięć razy dziennie, każe się jej rozliczać z każdej godziny. W przypływie szlachetności sam zachęca, żeby się z kimś spotkała, że nie może cały czas siedzieć w pokoju, przecież chciała doskonalić język w kontakcie z ludźmi, ale gdy nie ma jej na Skypie, oddaje się bolesnym fantazjom. Co teraz robi, gdzie jest, może kogoś poznała? Paweł cierpi, dzwoni do niej w nocy, każe sobie wszystko opowiedzieć, przesłuchuje ją kilkakrotnie, w końcu Monika rzuca słuchawkę, a on traktuje to jako dowód, że już się dla niej nie liczy. Rano idzie po rozum do głowy, znów dzwoni, przeprasza, ale później wszystko zaczyna się na nowo.

Paweł ma świadomość, że problem tkwi w nim, nie w Monice. Jego zazdrość zniszczyła już dwa związki, teraz niszczy trzeci.

– Co mam robić? – Paweł czuje się bezradny wobec swoich uczuć. – Wciąż porównuję się z innymi facetami, wydaję się sobie gorszy od nich wszystkich. Jestem pewien, że ona to w końcu odkryje. No bo czemu miałaby chcieć być ze mną?

Paweł płacze, choć wie, że to mężczyznom nie przystoi. Jego ojciec też był mazgajem, tak przynajmniej o nim mówi. Może właśnie dlatego porzuciła go żona? Ojciec nigdy się z tego nie podniósł. Paweł wie, że to nie ma nic wspólnego z Moniką, a jednak to ją wciąż podejrzewa o zdradę. W końcu postanawia z nią zerwać. – Najpierw muszę uporać się ze sobą – stwierdza z bólem.

Gdyby umieli to stwierdzić inni zazdrośnicy, nie zamienialiby życia swoich rodzin w piekło. Niestety, wielu z nich zamiast pracować nad sobą, woli zmniejszać niepokój, zwiększając kontrolę nad partnerką.

Gdy patrzymy przez pryzmat podejrzliwości, świat nabiera nowych znaczeń. Każde zachowanie partnerki podlega interpretacji: nie chce ze mną rozmawiać, bo myśli o innym. Chce rozmawiać, jest miła i czuła – próbuje ukryć to, że myśli o innym. I nie chodzi tu wcale o skrajną postać zazdrości, czyli o zespół Otella rozpoznawany często u osób długotrwale uzależnionych od alkoholu, u których zazdrość nie syci się już niepewnością, lecz przekonaniem o niewierności partnerki. Brak dowodów w niczym nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, sam w sobie jest dowodem na niezwykłą przebiegłość partnerki, której kochankiem jest każdy mężczyzna, z jakim się kontaktuje. Zespół Otella może prowadzić do morderstwa, ale także „zwykła”, choć nadmierna zazdrość łączy się często z przemocą.

Zielonooki potwór

„Czy ktokolwiek policzył kiedyś ofiary zazdrości? Każdego dnia ktoś pod jej wpływem naciska spust rewolweru, codziennie wbijany jest nóż w czyjeś ciepłe ciało, co dzień nieszczęśnicy zżerani przez zazdrość i znękani życiem skaczą w bezdenne głębiny wód. Czym są okrutne bitwy, o których opowiada historia, w porównaniu z tą przerażająca namiętnością, jaką jest zazdrość?” – pytał austriacki psychoanalityk Wilhelm Stekel kilkadziesiąt lat temu.

Od tego czasu nic się nie zmieniło. Ofiary zazdrości padają na polu bitwy, która z miłością ma niewiele wspólnego. Z badań prowadzonych na świecie wynika, że zazdrość jest główną przyczyną przemocy fizycznej w małżeństwie. Spośród 60 maltretowanych kobiet badanych w ośrodku dla ofiar przemocy w Północnej Karolinie, aż 57 stwierdziło, że ich partnerzy są tak zazdrośni, że każde ich wyjście z domu kończy się oskarżeniami o niewierność i przemoc fizyczną.

Szekspirowski zielonooki potwór doczekał się wielu definicji naukowych. Mowa w nich o tym, że zazdrość to reakcja na zagrożenie związku, który jest dla danej osoby wartością i w który wiele zainwestowała. Zazdrość motywuje do zachowań mających przeciwdziałać zagrożeniu, a więc pełni funkcję chroniącą związek i właśnie po to w procesie ewolucji powstała. Dlaczego zatem tak często go niszczy? David M. Buss, psycholog ewolucyjny, autor książki „Zazdrość – niebezpieczna namiętność”, wyjaśnia to za pomocą teorii mniejszego zła. Błąd polegający na niezauważeniu oznak zdrady pociągał za sobą większe koszty w postaci wydatkowania energii na opiekowanie się cudzymi dzieci, niż błąd polegający na niesłusznych podejrzeniach o zdradę. Ewolucyjnie uzasadniona skłonność do nadmiernej zazdrości nie pojawia się jednak bez powodu. Predestynuje do niej niskie poczucie własnej wartości, traumatyczne wydarzenia z przeszłości – zdrada czy porzucenie, wysoki poziom lęku, zaburzenia erekcji, różnica w atrakcyjności partnerów. Za to wierność czy niewierność partnerki nie ma tu większego znaczenia.

Kontrola seksualności kobiet jest wpisana w patriarchat od wieków. Do dziś zdrada kobiety w krajach islamskich to plama na honorze mężczyzny, którą zmazać może jedynie zamordowanie żony. Aż do 1974 roku zabójstwo niewiernej żony nie podlegało w stanie Teksas karze, jeśli zostało dokonane, zanim osoby dopuszczające się cudzołóstwa opuściły miejsce zbrodni. Zabicie kochanków w łóżku nie było przestępstwem również w prawie angielskim.

Jeśli chodzi o mężczyzn, nasza kultura ma inne standardy. Delikatnie wyraził to Yves Montand: „Myślę, że żonaty mężczyzna może mieć dwa, no, może trzy romanse. Więcej to już nieuczciwość”. Kobieta zazdrośnika nie musi mieć romansów, by podlegać totalitarnej kontroli. On stosuje ją prewencyjnie. Dręczony przez niepewność i poczucie zagrożenia, uzależnia kobietę od siebie, ogranicza jej wolność osobistą, grozi, czasem przeprasza, żeby znów stosować przemoc. A to wszystko w imię miłości!

  1. Psychologia

Czy miłość wszystko wybaczy?

To, co się wybacza, a czego nie, to indywidualna sprawa każdego człowieka i nie można tu konstruować żadnych teorii, bo byłoby to nadużycie. (Fot. iStock)
To, co się wybacza, a czego nie, to indywidualna sprawa każdego człowieka i nie można tu konstruować żadnych teorii, bo byłoby to nadużycie. (Fot. iStock)
Ktoś bliski zawiódł, zdradził… Czy miłość wszystko wybaczy? – pyta Agata Domańska. Tak, jeśli zaczniemy od miłości do siebie – mówi psychoterapeutka Teresa Raczkowska.

Co to właściwie jest zranienie?
To jest rodzaj wyjątkowej sytuacji, której doświadczamy nagle – choć bywa, że często – i która odbiera nam poczucie tożsamości, bezpieczeństwa, gruntu pod nogami. Zranienie jest poczuciem utraty łączności i jedności z drugą osobą, zachwianiem takiego podstawowego „mostu”, który nas łączy.

Czyli cierpimy podwójnie: z powodu zranienia, jak i oddzielenia.
Tak, przy czym poczucie oddzielenia dotyczy relacji, ale także oddzielenia od nas samych, co jest mniej uświadamianym, głębszym aspektem. Zazwyczaj reakcją na zranienie jest nawykowe obwinianie: ktoś mnie zranił, to jego wina. Tymczasem druga osoba jest wprawdzie nadawcą bodźca, ale żeby raniła, musi trafić w nasze dawne zranienie. Każdy ma w sobie takie obszary – im ich więcej, tym łatwiej i częściej będzie się czuł raniony.

I dlatego reakcja bywa nieadekwatna do bodźca?
Właśnie! Oczywiście z punktu widzenia osoby doświadczającej zranienia, reakcja jest adekwatna. Więc odpowiada złością, smutkiem, izolacją, wściekłością, obniżeniem nastroju, lękiem przed bliskością. Kiedy poczucie zranienia jest bardzo głębokie i zupełnie nieprzepracowane, często wycofuje się z relacji.

Trzeba mieć świadomość, że to moja reakcja i przyglądać się jej?
Tak, zobaczyć, co się we mnie obudziło. Za pierwszym razem to się raczej nie udaje, ale kiedy napięcie opada, może pojawić się ślad w pamięci, myśli: „Już kiedyś to przeżyłem, tylko bardzo skrzętnie wyparłem. Teraz ktoś utorował temu bolesnemu wydarzeniu drogę na powierzchnię. I właściwie powinienem być mu wdzięczny, bo pokazuje mi mnie samego”.

Ale złość, obraza czy opór są chyba normalne?
Jasne! Problem polega na tym, że my najczęściej od razu wpadamy w mechanizm obrony i ataku, który jest automatyczny, nieświadomy i niczego nie wnosi. Kolejność powinna być taka, że najpierw załatwiam sprawę ze sobą – i można to zrobić względnie szybko – a dopiero potem się konfrontuję z sytuacją. Nie ma nic gorszego, niż zamknięcie się w bólu – „jestem zraniona i teraz sobie cierpię”.

Powinniśmy drugiej osobie pokazać, co nam robi?
Raczej pokazać, co czujemy. Powiedzieć z pozycji „ja”, co „mnie” dotyka. Nie przerzucać poczucia winy, nie oskarżać, nie osądzać, nie ferować wyroków. Ograniczyć się do własnego wnętrza.

Ale są przecież niepotrzebne zranienia, takie ewidentne krzywdy?
Tak, są takie sytuacje. Z reguły mamy poczucie krzywdy, kiedy inni nami manipulują, bo chcą mieć rację, przeforsować swoje zdanie. Ale i wtedy – w pełni świadomi – możemy zobaczyć, że gdybyśmy naprawdę siebie zaakceptowali, nie doszłoby do zranienia. Manipulator nieświadomie zahacza o tę część, której w sobie nie lubimy, a to powoduje, że nie odpowiadamy mu z właściwej pozycji.

Wszystko można wybaczyć? Zdradę również?
Zdrada to ogromne nadszarpnięcie zaufania. Oczywiście, że można wybaczyć, ale takiego obowiązku nie mamy, nawet gdy partner bardzo prosi o wybaczenie.

Czasem się wybacza, ale się nie zapomina, tylko np. wypiera coś ze świadomości. To nie jest zdrowe. W ogóle to, co się wybacza, a czego nie, to indywidualna sprawa każdego człowieka i nie można tu konstruować żadnych teorii, bo byłoby to nadużycie.

Ja nie namawiam nikogo do wybaczania, bo żeby wybaczyć, trzeba najpierw ranę zabliźnić w sobie, ponownie przeżyć tę sytuację. O wybaczeniu można myśleć, kiedy poczujemy, że uraza, zranienie i ból zostały rozpuszczone – troską o siebie albo zabiegami tego, który skrzywdził.

A jeśli pozostajemy w relacji, w której ktoś nas krzywdzi i wcale nie wybaczamy…
To znaczy, że jest to relacja oparta na uzależnieniu, a my nie akceptujemy samych siebie. Jeśli nie odnajdziemy się w swoich uczuciach i będziemy nosić urazę, nie będzie zgodności z tym, co czujemy i robimy – wtedy będziemy postępować wbrew sobie.

Czy to równoznaczne z przyjęciem postawy ofiary?
Ofiara to ktoś, kto się godzi na to, co go w życiu spotyka i nic z tym nie robi. Pogrąża się w poczuciu bezradności. Może mieć też korzyści z tego, że jest ofiarą: jak jestem biedny i raniony, to ktoś się wreszcie nade mną zlituje i pocieszy.

Klasyczny przykład żony alkoholika: on wprawdzie pił i bił, ale ona poświęcała się „dla dzieci” i ciągnęła ten niewdzięczny wózek. To zwalnia od poczucia odpowiedzialności za swoje życie.

A przemoc fizyczna?
To jest przestępstwo. Z tym się nie dyskutuje i nie wybacza, tylko składa doniesienie do prokuratury i broni swego bezpieczeństwa. Tu nie potrzeba żadnej psychologii.

Teresa Raczkowska psycholog, psychoterapeutka prowadząca terapię humanistyczną metodą Gestlat. 

  1. Psychologia

Zazdrość - rozgrywka z krytykiem wewnętrznym

Zazdrość w relacji pojawia się wtedy, kiedy ktoś czuje się zagrożony. Może to być poczucie braku bezpieczeństwa w życiu w ogóle lub może wiązać się z brakiem dostatecznej pewności, że druga osoba jest zaangażowana w związek. (Fot. iStock)
Zazdrość w relacji pojawia się wtedy, kiedy ktoś czuje się zagrożony. Może to być poczucie braku bezpieczeństwa w życiu w ogóle lub może wiązać się z brakiem dostatecznej pewności, że druga osoba jest zaangażowana w związek. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
To uczucie obudowane szeregiem różnorodnych emocji. Złością, irytacją, żalem. Bezradnością, poczuciem krzywdy i odrzucenia. Zazdrość wiązać się może wręcz z agresją. Jaką informację o nas niesie?

Zazdrość w relacji pojawia się wtedy, kiedy ktoś czuje się zagrożony. Może to być poczucie braku bezpieczeństwa w życiu w ogóle lub może wiązać się z brakiem dostatecznej pewności, że druga osoba jest zaangażowana w związek. Każde z nas w różnym stopniu potrzebuje takiego potwierdzenia. To się zmienia w trakcie trwania związku. Zazwyczaj na pierwszym etapie bycia razem, kiedy jesteśmy zakochani i zafascynowani sobą, dostajemy dużo uwagi. Jest nam dobrze, a nawet wspaniale, cudownie, euforycznie. Mamy poczucie, że partner zawsze staje po naszej stronie i to czyni nas nie tylko szczęśliwymi, ale też wewnętrznie zintegrowanymi. W jakimś momencie ten stan zaczyna się zmieniać. Uwaga, która była skierowana na relację, przesuwa się na inne obszary. I często nie dzieje się to równocześnie u obojga partnerów. Wówczas jedna strona może zacząć się zastanawiać - o co chodzi? Rano zawsze patrzył mi w oczy, obsypywał pocałunkami i robił kawę, a teraz wstaje, łapie za telefon komórkowy i sprawdza, czy nikt do niego nie dzwonił. We mnie zaczyna budzić się niepokój. Taki może być początek zazdrości w związku.

Gdy jesteśmy zazdrości to znak, że potrzebujemy zadbać o swoje poczucie wartości. Sygnał pokazujący, że bardzo potrzebujemy wewnętrznej siły i akceptacji w ogóle w życiu lub od partnera. Ważne jest pytanie kto o kogo i o co jest zazdrosny. Zazwyczaj tak czuje się zagrożone dziecko w nas. Ale uwaga - tu może kryć się postawa tyrana, wymagającego żeby ktoś postępował tak, jak ja chcę, po to żebym czuł się bezpiecznie. Warto się przyjrzeć, na co reagujemy. Bo partner zaczął patrzeć na kogoś z większym zainteresowaniem? Dłużej niż zwykle rozmawia przez telefon albo wieczorem dostaje sms-y? Zazdrość pokazuje, że model związku, który obowiązywał do tej pory, musi ulec zmianie. Pytanie - jakiej? To są zwykle pierwsze sygnały kryzysu. Nie warto ich lekceważyć, tylko odkrywać co się za nimi kryje. Może okazać się, że potrzebuję mieć tego mężczyznę bardzo blisko siebie, a on tak nie chce i w pewnym momencie zaczynam się tego bać. Albo że jestem kontrolująca, a ktoś zaczyna stawiać mi granice i z tego powodu pojawia się napięcie między nami. Dobrze, żeby najpierw rozeznać się w sobie - co ja o tym myślę, jak się z tym czuję. Zazdrość pojawia się u osoby, która ma silniejszego krytyka wewnętrznego. Ktoś taki szybciej reaguje na sytuacje zagrożeniowe.

Pierwszym etapem radzenia sobie z zazdrością jest rozgrywka z własnym krytykiem. Dlaczego uważam, że coś jest ze mną nie tak, jeśli partner nie przychodzi na każdą kolację do domu? Dlaczego nie wpadam na pomysł, że mogę sobie w tym czasie poczytać książkę albo dwa razy w tygodniu spędzać wieczór na kursie tanga argentyńskiego, tylko myślę, że nie umiem stworzyć doskonałej atmosfery ogniska domowego. I zaczynam rozmyślać - może powinnam zrobić na kolację kalmary, albo może on by wolał steki, albo zapalić świece, albo powinniśmy iść do restauracji. Stajemy na baczność, ponieważ słyszymy od krytyka - coś robisz źle, skoro nie jesteś w stanie przyciągnąć tego faceta do domu.

Trudno jest przyjąć, że w związku czasem potrzeba zwiększyć dystans. Co to oznacza? Zazwyczaj w relacji każdy z nas konfrontuje się z konfliktem na ile chce być razem, a na ile osobno. Na początku związku zazwyczaj decydujemy się na „my”. Po jakimś czasie, kiedy w sferze tej nie ma już nowości lub też potrzebujemy bardziej skupić się na sobie, zaczynamy wybierać siebie. I wtedy myślę sobie na przykład, że jak pojadę na weekend sama w góry, świat się nie zawali. Skoro mam go przez miesiąc namawiać, a potem on i tak będzie na tym wyjeździe niezadowolony, lepiej będzie, jeśli sama coś przeżyję i wrócę z poczuciem nowych doświadczeń. To jest zgoda na to, żeby w danym związku sfera „ja” każdego z nas też była realizowana.

Jest jeszcze sfera „ja” bardziej wewnętrzna, związana z tym w jakim wymiarze dzielić się sobą z partnerem. Kobiety często są wylewne, otwarte. Oczekują codziennej bliskości, zakładającej że nie mamy przed sobą tajemnic, dzielimy się wszystkimi emocjami. To jest tęsknota za symbiotycznym związkiem. Takim, w którym będziemy jednością, będziemy tworzyć pełnię, a z dwóch osób będzie jedna. I będzie nam tak bezpiecznie. Tego typu uczucie pojawia się w różnych momentach - pierwszego pocałunku, seksu, wspólnej pasji. Ale na dłuższą metę jest to nie do utrzymania i nie do wytrzymania. Mężczyźni w naszej kulturze są inaczej kształtowani, niż kobiety. One pragną zjednoczenia w związku, a dla nich zwykle dramatem jest, że są wypytywani, naciskani, że oczekuje się od nich całkowitego otwarcia. I na tym tle często pojawia się zazdrość. Czujemy niepokój, bo on ma swoje tajemnice, swoją strefę „ja”, a ja? Nie mam własnego życia, bo wszystko wrzuciłam do wspólnego worka. Te układy się jednak zmieniają - jest coraz więcej związków, w których mężczyźni są zaciekawieni światem, w jakim uczestniczą kobiety.

Przed zazdrością chroni zachowanie równowagi między strefami „my” a „ja”. Problem jest wtedy, kiedy wybieramy „my” ze strachu. Na przykład jadę z nim na zorganizowaną wycieczkę, chociaż nienawidzę imprez grupowych. Jest to kiepski pomysł. Na takiej wycieczce i tak będę miała zły humor i w pewnym momencie odbije się to rykoszetem. On też nie będzie szczęśliwy, bo wyczuje, że jestem z nim nie dla własnej przyjemności, ale w imię kontroli. Poza tym sama ze sobą będę się czuła źle, bo robię coś tylko po to, żeby mi facet nie uciekł. W konfrontacji z zazdrością ważne jest, żeby powiedzieć sobie - stop, wybieram siebie.

Warto zacząć od rozprawienia się z krytykiem, który mówi, że może już mu się znudziłaś, że może tam, na wycieczce, pozna jakąś inną, młodszą, ładniejszą. W tym momencie dobrze jest obronić się przed takim głosem i odpowiedzieć mu - trudno, jak mu się jakaś inna spodoba, niech się mu podoba, znajdzie się ktoś, komu ja się spodobam. Im bardziej czujemy się wartościowi, tym więcej przestrzeni jesteśmy w stanie dać partnerowi. A przy tym należy mieć świadomość, że każdy związek może w dowolnym momencie się zakończyć, może dojść na przykład do romansu. Jednak jeśli mam dobrze ugruntowane poczucie własnej wartości i dobrze zagospodarowaną strefę „ja”, zdrada nie sprawi, że mój świat legnie w gruzach.

Jeśli zazdrość pojawia się w związku, może to być sygnał na konieczność jego transformacji. Często jednak nie widzimy kierunku tej zmiany, bo czujemy się zagrożeni, wydaje nam się że dzieje się coś strasznego. Stawiamy się w roli ofiary albo postanawiamy wymusić coś na partnerze. Wydaje się nam, że on nie ma prawa się tak zachowywać, bo skoro jesteśmy w związku, to musi zrobić wszystko, żeby mnie było komfortowo. Nie jesteśmy w stanie zobaczyć szerszej perspektywy i celu tej całej historii. Nie chcemy sami coś z tym zrobić, tylko oczekujemy, żeby ta druga strona się zmieniła. Czasem jest tak trudno, że warto iść po pomoc do psychoterapeuty, który może spojrzeć na to, co się dzieje, z zewnętrznej perspektywy. A także pomóc uporać się z odczuwaniem zazdrości, przejść przez różne uczucia, które w nas drzemią, może jeszcze z czasów dzieciństwa. Psychoterapeuta może trochę odczarować ten dramat.

Agnieszka Wróblewska, psychoterapeutka, Akademia Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie.

  1. Psychologia

Nie bój się trudnych przeżyć

Czasem sami wywołujemy awanturę i burzę emocji. Powód? - warto się nad nim zastanowić... (fot. iStock)
Czasem sami wywołujemy awanturę i burzę emocji. Powód? - warto się nad nim zastanowić... (fot. iStock)
To nasza pierwsza kłótnia – opowiada moja młoda, piękna i mądra klientka. Jest w pierwszym poważnym związku, na którym jej zależy, i żeby go nie zepsuć, przychodzi do mnie od jakiegoś czasu. Jest świadoma swoich, nie zawsze łatwych dla innych, nawyków bardzo samodzielnej, pewnej siebie kobiety sukcesu, która jednak w sprawach intymnych czuje się często jak mała dziewczynka. (Tak na marginesie, ten „emocjonalny zestaw damski” to syndrom naszych czasów).

– Nie mogę nawet sobie przypomnieć, o co się pokłóciliśmy, ale tak to się rozkręcało, że poszło na noże. On się spakował i wybiegł, krzycząc: Właśnie się tego obawiałem, że mnie wcale nie kochasz! Trzasnął drzwiami, a ja zostałam, trzęsąc się ze złości. No i bardzo dobrze, idź sobie, lepiej jak najszybciej, wcale cię nie potrzebuję, było mi lepiej, jak byłam sama, po co mi to wszystko i… buuu – zawyłam jeszcze ze złością, ale już z żalu i smutku, i straty. Więc to już? Koniec miłości i nie wiadomo nawet dlaczego? A taki był słodki, do rany przyłóż, wszystko oszustwo… ale po co? I co ja teraz zrobię?!!!

Raptem drzwi się otworzyły, walizka wylądowała u moich stóp razem z właścicielem. „Jaki ja byłem głupi, wybacz, na dole, już przy bramie poczułem zapach frytek i aż mnie wryło w ziemię!”. Co mają do tego FRYTKI? „Poczekaj, zaraz ci wszystko opowiem, tylko się już nie gniewaj, przepraszam, przepraszam…”.

Ja ciebie też przepraszam – wydukałam, bo czułam, że tyle samo włożyłam szaleństwa w tę kłótnię – bardzo przepraszam, też byłam głupia…  Jak dobrze, że wróciłeś… A te… frytki?

O frytkach opowiedział po dłuższej chwili, bo najpierw musieliśmy zacałować i uszanować nasz pierwszy powrót do siebie.  – Wychowywałem się w biedzie – zaczął. – Ale bywało wesoło i kolorowo. Dużo ogrodów, częste spotkania z sąsiadami i rodziną przy ognisku. Miałem ukochaną, młodą, ładną ciotkę. Obiecała ognisko i że będą frytki. FRYTKI!!! To był rarytas, marzenie! Miałem osiem lat i uwielbiałem frytki. O niczym innym już nie myślałem. Czekałem na ten wieczór jak na Boże Narodzenie. Świat był piękny, życie pełne kuszących obietnic, a ja byłem młodym bogiem, który się w tym nurzał po uszy.

Nadszedł ów wieczór, ognisko się paliło, dorośli piekli kiełbaski, które nic mnie nie obchodziły, bo ciotka wyszła z kuchni z misą frytek. Zaczęła nakładać dzieciakom, które przepychały się w kolejce. Stałem obok. A ty co? – zawołała do mnie ciotka. – Nie chcesz frytek? – Nie chcę – usłyszałem, jak odpowiada ktoś z mojego wnętrza. Stałem jak wryty. – Ty nie chcesz frytek?– wykrzyknęła już zdenerwowana ciotka. Czułem się jak zahipnotyzowany: – Nie chcę – odpowiedziałem głośno i pewnie, choć w środku już pojawiał się lęk, że coś złego właśnie się rozpoczyna. – Ach tak, nie chcesz frytek!? – wrzasnęła ciotka, rzucając miskę. – A w tyłek chcesz?! – I ruszyła ku mnie. Jakoś oderwałem się od ziemi i zacząłem uciekać. Ona za mną. Dorwała mnie pod płotem, w krzakach. Natłukła, krzycząc: – Już nie masz wstępu do mojego ogrodu, nigdy, słyszysz? Już cię tu nie chcę, pętaku!

Pobiegła, a ja zostałem sam, drżąc cały, nie mogąc złapać tchu i niepomiernie zadziwiony: jak to się stało? I CO się stało? Jak to możliwe, że jeszcze przed chwilą cudny świat pełen frytek otwierał się ku mnie, a teraz jestem wygnańcem bez ziemi, bez ciotki i bez frytek. I nikt inny, tylko ja sam sobie to zrobiłem… Ale dlaczego?!!!

Po jakimś czasie zrozumiałem. Raptem zapragnąłem, że skoro jest tak cudnie, to żeby było JESZCZE LEPIEJ! Nieświadomie czekałem na to, że moja ulubiona ciotka, która za mną przecież też przepadała, jeszcze mnie POPROSI, żebym chciał od niej te frytki.

Ciotkę później przeprosiłem, ona też przyznała, że zbytnio się uniosła. Życie już nigdy nie było takie samo. Zapamiętałem to przeżycie na zawsze. Lepsze jest wrogiem dobrego. Szanuj to, co masz. I pamiętaj, jak bardzo ty sam jesteś autorem tego, co cię spotyka.

Urzeczona tą opowieścią powiedziałam do mojej klientki: Gratuluję narzeczonego, mądry mężczyzna, gratuluję pierwszej, wspaniałej kłótni, po której będziecie mogli oboje w trudnych chwilach krzyknąć do siebie: Uwaga, FRYTKI! Czy pozwolicie, żeby i inni skosztowali Waszej mądrości?

Pozwolili.

Katarzyna Miller – psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Kup kochance męża kwiaty”, „Chcę być kochana tak jak chcę”. Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.

  1. Psychologia

Poczucie winy w związku. Rozmowa z psycholog prof. Katarzyną Popiołek

Ważne, żeby uświadomić sobie powód i zakres poczucia winy. Bardzo często z tym przesadzamy. Obarczamy siebie winą za wszystko albo ją całkowicie odrzucamy. A ważne jest, abyśmy sobie uświadomili, co tak naprawdę się stało i jaki jest nasz w tym udział. (Fot. iStock)
Ważne, żeby uświadomić sobie powód i zakres poczucia winy. Bardzo często z tym przesadzamy. Obarczamy siebie winą za wszystko albo ją całkowicie odrzucamy. A ważne jest, abyśmy sobie uświadomili, co tak naprawdę się stało i jaki jest nasz w tym udział. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Zastanówmy się, co się stało i jaki jest w tym nasz udział. Co można naprawić? Zawsze też informujmy partnera, co czujemy, gdy coś złego nam robi. Tylko tak wzbudzane w nim wyrzuty sumienia mogą okazać się skuteczne – mówi psycholog prof. Katarzyna Popiołek.

Jak to jest z poczuciem winy w związkach kobiety i mężczyzny?
Poczucie winy w ogóle związane jest z faktem, że internalizujemy (uwewnętrzniamy) pewne normy. W związkach też istnieją normy – na przykład, że się nie zdradza. Kiedy tę normę złamiemy, odczuwamy dyskomfort, obniża nam się poczucie własnej wartości, samooskarżamy się, czyli stosujemy karę wewnętrzną. Ale poczucie winy może być wywołane także karą zewnętrzną. Na przykład tym, że partner mówi: „to ty zepsułaś nasz związek”. Ważne, żeby uświadomić sobie powód i zakres poczucia winy. Bo bardzo często z tym przesadzamy. Obarczamy siebie winą za wszystko albo ją całkowicie odrzucamy. A ważne jest, abyśmy sobie uświadomili, co tak naprawdę się stało i jaki jest nasz w tym udział.

Dostrzegamy nasz udział i co dalej?
Powinniśmy przyjąć za to odpowiedzialność. Ale nie poprzez wewnętrzne katowanie się, tylko chęć zadośćuczynienia partnerowi.

A jeżeli to nie jest możliwe?
Wtedy przyznaję się do winy, przepraszam, obiecuję poprawę. Partner powinien moje przeprosiny przyjąć. Jeżeli natomiast nie przyjmie, a ja zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby naprawić winę, nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć: „trudno, muszę z tym żyć, ale nie będę się samobiczowała”. Poczucie winy, od którego nie można się uwolnić, nic dobrego nie daje. Wpływa niekorzystnie nie tylko na moje samopoczucie i zachowanie, ale także na stosunek do partnera, bo żywię przekonanie, że to przez niego mam poczucie winy. Więc na niego warczę, oddalam się od niego albo wręcz próbuję go oskarżyć. To powoduje, że nie tylko ja ponoszę konsekwencje, ale i partner.

Niektórzy całe życie wypominają partnerowi winę.
Ponieważ chcą mieć nad nim większą kontrolę, przewagę moralną. A to absolutny błąd. Bo albo odchodzimy od partnera, jeśli nie możemy znieść tego, co zrobił, albo jak wybaczamy, to wybaczamy i nie zadręczamy siebie i jego. Wypominanie winy jest taką grą obliczoną na pokazanie: ja jestem w porządku, a ty nie jesteś. Mamy bowiem tendencję atrybucyjną (czyli wyjaśniającą przyczyny) polegającą na tym, że jeśli my coś zawaliliśmy, to zrzucamy winę na innych lub na przypadek. Natomiast jak ktoś zawinił, to mówimy: „on tak postąpił, bo jest zły”. Szukamy zewnętrznych usprawiedliwień dla siebie, a innych obwiniamy.

Co wtedy, gdy staram się zadośćuczynić partnerowi wyrządzoną krzywdę, a on to odrzuca?
Powinniśmy doprowadzić do rozmowy, w której zapytamy, co możemy zrobić, żeby tę sprawę zakończyć. Partner, widząc nasze poczucie winy z powodu zdrady, może powiedzieć: „dobrze, ale pod pewnymi warunkami”. Na przykład: „nie spotkasz się więcej z tą osobą”. Taki warunek związany z winą jest w porządku. Natomiast warunek: „no dobrze, ale będziesz teraz sam sprzątał, sam łożył na dom, na mnie nie licz” – jest nie do przyjęcia.

Dlaczego?
Dlatego, że nie jest związany z przewinieniem. Bo to tak jakby partner powiedział: „Zdradziłem, kupię ci futro i mam załatwione. Nie obiecuję, że już nie będę zdradzał, następnym razem kupię ci samochód”. Podobny błąd popełniamy nagminnie wobec dzieci. Nie mamy dla nich czasu, z tego powodu targa nami poczucie winy, więc kupujemy im drogie zabawki, pozwalamy na wszystko. To patologiczny mechanizm.

Bywa, że zdradzający partner z masochistyczną wręcz rozkoszą przeżywa swoje poczucie winy.
Przypomina w tym alkoholika, który mówi: „wiem, że za dużo piję, ale jak cierpię!”. Zdradzający mąż użala się: „świnia ze mnie, ale przecież nie jest mi z tym dobrze!”. Albo próbuje tłumaczyć, dlaczego zdradza: „bo żona jest mniej czuła”. A nie bierze pod uwagę, że poświęcając czas kochance, nie daje szans żonie, żeby mogła okazywać mu czułość. Sam jest przyczyną dramatu, ale skutki zwala na żonę.

Czasami nadmiernie obwiniamy siebie.
Coś złego stało się kochanej osobie, a my wyrzucamy sobie: „gdybym tego nie powiedział, toby się nie zezłościła i nie dostała ataku serca”. A prawda jest taka, że ten ktoś po prostu zmarł. Jednak my, chcąc uczynić tę sytuację racjonalną, przypisujemy winę sobie. Paradoksalnie wówczas staje się ona irracjonalnie racjonalna: jest wina, więc jest i kara. Wtedy łatwiej ją nam zrozumieć. Gdy umarł  Bogumił z „Nocy i dni” Marii Dąbrowskiej, Barbara powiedziała: gdybym przypilnowała, żeby nie wyszedł na mróz bez kożuszka, toby nie umarł.

Samooskarżając się z uporem, chcemy pewnie „odcierpieć” naganny czyn i uzyskać akt łaski.
A przynosi to przeciwny skutek – przedłużające się poczucie winy powoduje, że osoba, przez którą cierpimy, staje się dla nas negatywnym bodźcem, czujemy się źle w jej towarzystwie, co w końcu obraca się przeciwko niej. Częstą przyczyną przemocy w rodzinie jest to, że mężczyzna czuje się winien (nie ma pieniędzy, nie umie czegoś załatwić) i odreagowuje złość na żonie i dzieciach. A kobieta, która ulega przemocy, zaczyna wierzyć, że to wszystko jej wina, więc ulega mężowi nie tylko ze strachu, ale właśnie dlatego, że wierzy w swoją winę. Badania nad poczuciem winy pokazują, że najczęstszym skutkiem tego stanu jest zmiana myślenia o sobie, a nie zmiana zachowania na lepsze.

Dlaczego tak się dzieje?
Bo świetnie opanowujemy normy, tylko nie nauczyliśmy się zachowań, które pomogłyby nam ich nie naruszać.

Czyli jesteśmy dobrzy w teorii. Tak, wiemy, co dobre, a co złe, ale temu ostatniemu nie umiemy zapobiec. Mamy problem z kontrolowaniem się, nie zastanawiamy się nad skutkami naszych czynów. Natomiast chętnie przerzucamy winę na partnera. Tak jak w tym kawale: Mąż mówi do żony: „jestem winien Zuckermannowi pieniądze, ale ich nie mam, co tu zrobić?” Na co żona otwiera okno i woła: „Zuckermann, mąż nie ma pieniędzy, nic nie dostaniesz”. Wraca do męża i mówi: „teraz niech się on martwi, nie ty”. Podobnie myśli mąż, który zdradził i z tego powodu gryzie go sumienie: powiem żonie, to się uspokoję. Mówi i teraz on jest w porządku, a ona cierpi. Poczucie winy należy rozpatrywać racjonalnie, a nie emocjonalnie. Psychologia uważa, że są osoby bardziej skłonne do obwiniania się i mniej skłonne. Z kolei brak poczucia winy charakteryzuje osobowości psychopatyczne. Najlepszy jest arystotelesowski złoty środek: trzeba zrozumieć zakres swojej winy, postarać się naprawić ją i żyć dalej. Nie powinno się wypominać partnerowi złego czynu, ale w momencie, gdy go popełnia, dobrze mu to pokazać. Gdy przymykamy na jego czyn oczy, machamy ręką, mówimy: „nic się nie stało”, partner myśli, że może tak się zachowywać, bo dla nas nie ma to znaczenia. Zawsze powinniśmy informować go, co czujemy, gdy coś złego nam robi. Tylko tak wzbudzane w nim poczucie winy – poprzez otwarte mówienie o tym, co nas boli – może okazać się skuteczne.

Katarzyna Popiołek
, doktor habilitowany psychologii społecznej, profesor SWPS, dziekan Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. Zajmuje się problematyką relacji międzyludzkich, szczególnie relacji pomocy i wsparcia oraz specyfiką zachowań w sytuacjach kryzysowych. Jest autorką wielu publikacji naukowych, współtwórczynią Instytutu Współczesnego Miasta.