1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak rozmawiać z dzieckiem o seksie i sprawach intymnych?

Jak rozmawiać z dzieckiem o seksie i sprawach intymnych?

(Ilustracja Agata Nowicka)
(Ilustracja Agata Nowicka)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W tej dziedzinie czas jakby zatrzymał się w miejscu. Mamy problem, co i kiedy mówić dziecku o seksualności, jak reagować na jego zainteresowanie tą sferą. No i co z edukacją seksualną – posyłać na lekcje czy lepiej nie? Nie wiemy, co pomaga w edukowaniu, a co szkodzi. I komu wierzyć, bo teorii, często sprzecznych, pojawia się wiele. Do tego dochodzą stereotypy, podsycane zewsząd lęki. Jak się w tym odnaleźć? Sprawdzamy.

W dziedzinie edukacji seksualnej czas jakby zatrzymał się w miejscu. Mamy problem, jak rozmawiać z dzieckiem o seksie, co i kiedy mówić mu o seksualności, jak reagować na jego zainteresowanie tą sferą. No i co z edukacją seksualną dzieci w szkole – posyłać na lekcje czy lepiej nie? Nie wiemy, co pomaga w edukowaniu, a co szkodzi. I komu wierzyć, bo teorii, często sprzecznych, pojawia się wiele. Do tego dochodzą stereotypy, podsycane zewsząd lęki. Jak się w tym odnaleźć? Sprawdzamy.

Mama czteroletniego Kacpra żali się na jednym z forów dla rodziców: „Jestem zdruzgotana, bo chyba dałam straszną plamę. Kacper turlał się po dywanie, po czym zdjął spodenki i dotykając sterczącego siusiaka, krzyknął: »Mamo, popac!«. Zamurowało mnie. Natychmiast włączyłam bajkę, żeby odwrócić jego uwagę. To był odruch. Jak powinnam zareagować?”.

Seksuolożka Izabela Jąderek nie dziwi się, że mama Kacpra straciła w tej sytuacji głowę. Nawet młodzi rodzice, zdecydowanie lepiej wyedukowani niż ich matki i ojcowie, mają silne opory przed otwartą rozmową o seksualności ze swoimi dziećmi. Bo z nimi też nikt o tym nie rozmawiał. Bo nie wiedzą, jak to robić. Bo straszy się ich, że zbyt wczesne poruszanie tego tematu rozbudzi dziecko seksualnie.

– Te wszystkie obawy wynikają z niewiedzy, że małe dziecko nie ma wykształconego napięcia seksualnego – mówi seksuolożka. – Ono, oczywiście, jest istotą seksualną, bo ma płeć, natomiast nie ma ochoty na seks! Napięcie seksualne rozwija się dopiero w okresie dojrzewania, wraz z przemianami hormonalnymi w całym organizmie. Dziecko w tym wieku, czyli kiedy zaczyna poznawać świat, chce nie tylko wiedzieć, jak zbudowane jest jego ciało: noga, ręka, głowa, także siusiak, cipka, spontanicznie i naturalnie pyta o to, co je zaciekawia. Patrzy na świat bez skojarzeń i rozumienia, które ma osoba dorosła. Wynika to z jego naturalnego rozwoju poznawczego, a nie z jakiejś dewiacji. Tymczasem dorosłym penis kojarzy się z kontaktem seksualnym.

Ono pyta, ja odpowiadam

Mama Kacpra powinna zatem powiedzieć: „Widzę”. Tylko tyle, bo o to pytał synek. Nie odwracać jego uwagi, ale też nie obrzydzać dziecku stref intymnych, nie mówić: „A fuj”, bo w ten sposób wzbudzamy poczucie zawstydzenia i opór przed dotykaniem swojego ciała.

Psycholożka i edukatorka seksualna Agnieszka Stein: – Na tym etapie wystarczy, że rodzice odpowiadają na pytania, nie rozszerzają wypowiedzi. Bo jak będą próbować mówić więcej, to dziecko przestanie ich słuchać. Dzieci w każdym wieku dużo lepiej współpracują, gdy dostają konkretną odpowiedź niż wtedy, gdy robi się im wykład. Możemy zapytać, co ono na ten temat myśli, skąd takie pytanie. W ten sposób razem sprawdzamy, co już wie, i zamiast sytuacji: pytanie – odpowiedź, rodzi się rozmowa.

Izabela Jąderek apeluje: – Nie reagujmy złością, gdy na przykład maluch zajrzy w majteczki siostry. Małe dziecko jest ciekawe także tego, jak zbudowane są inne osoby, w tym mama i tata, zadaje pytania, obserwuje. To jedno z zadań rozwojowych wieku przedszkolnego – zobaczyć, że ludzie są różni: dziewczynka ma waginę, zwaną cipką, chłopczyk ma penisa, którego nazywa się siusiakiem. I niezależnie od tego, czy ktoś założy sukienkę, czy spodnie, czy ma włosy dłuższe, czy krótsze, to jest tym, kim się czuje. Mówimy to, gdy nadarzy się ku temu okazja, sięgamy po książeczki, których jest na rynku coraz więcej.

Psychologowie podkreślają, że okres przedszkolny jest kluczowy dla rozwoju dziecka, poznawania siebie, innych i rozumienia, w jakim świecie funkcjonujemy. Po pierwsze, dlatego że dzieci w tym wieku są bardzo otwarte. A po drugie, w tym okresie malec najintensywniej czerpie wzorce od starszych, obserwuje, jak traktują się rodzice, i powiela te obserwacje w zabawach w mamę i tatę.

– To dobry moment, żeby korygować postawy, przede wszystkim swoje – zauważa Izabela Jąderek. – Bo rodzice nie zdają sobie sprawy z tego, że to, co dziecku powiedzą, to jest jedno, ale najważniejsze jest to, co robią. Jeżeli tata rozkazuje, mama zajmuje się tylko domem, to te stereotypy zaczną się już w tym wieku utrwalać. A one też są częścią edukacji seksualnej. I mogą rzutować na późniejsze życie.

Taka scenka: mama z kilkuletnią córką maszerują wzdłuż sklepowych stoisk. Nagle dziewczynka zatrzymuje się przy samochodzikach, bierze jeden do ręki, ogląda. Na co mama gwałtownie: „Chodź, to nie dla dziewczynki, to dla chłopców”. I odkłada zabawkę na półkę.

Izabela Jąderek: – Jeśli takich sytuacji jest więcej, to potem ta córka, już jako nastolatka czy dorosła kobieta, może mieć stereotypowe przekonania dotyczące ról społecznych, tego, co wypada albo nie kobiecie, jak powinna się zachowywać, jak wyglądać. Ale na ogół nie widzimy między tymi faktami związku.

Wyprzedzamy zmiany

Wpis na forum: „ Moja Maja nie ma jeszcze dziesięciu lat, a już dziwnie się zachowuje. Ostatnio zamknęła się w łazience i nie chciała mnie wpuścić. Zbieram się do rozmowy z nią na temat miesiączki, jak zmieni się jej ciało, podsunęłam jej nawet książkę dla nastolatków, ale ona nie jest zainteresowana. Może to za wcześnie?”.

Izabela Jąderek wyjaśnia, że na etapie wczesnoszkolnym, od siódmego do dziesiątego roku życia, zainteresowanie seksualnością trochę się wycisza.

– To tak zwany okres latentny, dziecko skupia się wtedy na innych zadaniach. Ale to nie znaczy, że nie należy mu wtedy przekazywać wiedzy. Przeciwnie, powinno się przygotować je do dojrzewania. W tym okresie zasada dotycząca małych dzieci – żeby mówić tylko to, o co pytają – nie obowiązuje, tu podajemy informacje wyprzedzająco. Czyli mówimy ośmiolatkom, co będzie się zmieniać w ich ciele, że ona dostanie miesiączki, że może boleć ją brzuch, a jemu zaczną rosnąć wąsy, będzie przechodził mutację, miał nocne wytryski. I że to wszystko jest OK. Mówimy też o związkach, o tym, że rodziny są różne, o emocjach czy treściach, które można znaleźć w Internecie.

Psychologowie mówią zgodnie: zadaniem rodziców jest zbudowanie w dziecku do 12. roku życia przekonania, że zawsze może się do nich zwrócić z pytaniem, prośbą o pomoc, nie tylko jeśli chodzi o edukację seksualną, ale w ogóle. W okresie dojrzewania coraz bardziej liczą się bowiem rówieśnicy. I jeśli rodzice nie zbudują wcześniej autorytetu, to potem będzie im bardzo trudno to nadrobić.

– Burza hormonalna wieku dojrzewania sprawia, że świat dziecka wywraca się do góry nogami – mówi Izabela Jąderek. – Dziewczynki na lekcjach edukacji, które prowadziłam, mówiły, że czasem same nie mogą ze sobą wytrzymać, bo raz są wesołe, raz płaczą. Nastolatek jest zagubiony, nie rozumie, co się dzieje z jego ciałem i jaki jest cel tych zmian. W związku z tym rośnie w nim napięcie. Może je rozładowywać zachowaniami agresywnymi, zupełnie przy tym nie rozumiejąc, skąd one się biorą. Badania mówią, że co drugi nastolatek (zdecydowana większość to chłopcy, nawet w wieku 9–11 lat) miał styczność z pornografią. Nikt ich nie edukuje, czym pornografia różni się od seksu i w ogóle od bliskości. Jeśli dajemy dziecku do ręki telefon z dostępem do Internetu, to powinniśmy je przygotować na to, że może natknąć się na takie treści. Dlatego tak ważna jest edukacja. Problemy nastolatka nie znikną, gdy zakaże się takich zajęć. To infantylizm.

Rodzice odgrywają tu jednak rolę najważniejszą. Agnieszka Stein pytana, kiedy zaczynać edukację seksualną, odpowiada: – Od urodzenia. Nigdy nie jest na to za wcześnie. Edukujemy dzieci stosunkiem do swojego ciała, swoim poczuciem wartości, tym, czy komunikujemy swoje granice, czy nie, i jak rozumiemy bliskość i miłość. Tym, jak traktujemy dziecko, czy słuchamy, co ma do powiedzenia, czy uwzględniamy jego odmowę, w tym do jedzenia. Tym, jak traktujemy innych. To są podstawowe elementy edukacji seksualnej, którą buduje się od małego, a nie w wieku 15 lat, kiedy nastolatek jest w dużej mierze ukształtowany.

– Seksualność to nie jest obszar leżący w oddzielnej szufladzie, tylko sfera powiązana z innymi sferami życia – mówi psycholożka. – Zauważyłam, że jak rodzice zdają sobie sprawę, czym jest seksualność, jak to bogaty temat, to chcą wspierać swoje dzieci, ale też bardziej chcą zadbać o siebie. A to bardzo ważne.

Dlaczego? Bo zdaniem psycholożki dbanie o siebie, akceptowanie siebie pozwalają lepiej radzić sobie z własną seksualnością, a to przekłada się na akceptowanie podmiotowości seksualnej swoich dzieci. Zadaniem rodziców jest wspieranie dzieci w wyznaczaniu własnych granic oraz szanowaniu granic innych. Jak to robić?

– Nie ma prostej odpowiedzi – mówi Agnieszka Stein. – Nie chodzi o to, żeby ktoś przeczytał, że jak zrobi tak, to jest dobrze, a jak inaczej, to źle, tylko o to, żeby się dowiedział, że w dziedzinie seksualności może wybierać i decydować. Ale najpierw trzeba rozpoznać, co mi służy. A potem uczyć tego samego dziecko. Jeden z przekazów naszej kultury mówi, że jak się troszczymy o siebie, to coś innym zabieramy. Moje doświadczenie jest inne – od tego, jak dbamy o siebie, czy robimy coś z tym, że nasze granice były kiedyś naruszane, zależy nasza wrażliwość na naruszanie granic dzieci. Bo nie chcemy przecież robić dzieciom tego, co nas bolało. Komuś, kto nie czuje siebie, trudno poczuć dziecko i wspierać je w tym, żeby czuło siebie.

(Ilustracja Agata Nowicka) (Ilustracja Agata Nowicka)

Edukacja seksualna w szkole, czyli czego uczą edukatorzy

Rozwiedziony tata z forum dla ojców: „Moja była dręczy mnie, żebym pogadał z synem, jak powinien się zabezpieczyć, bo ma już dziewczynę. Powtarza, że to moja działka. Próbowałem kilka razy, ale nie umiem. Czy ktoś z was ma już taką rozmowę za sobą?”.

Dla wielu rodziców rozmowy na temat seksualności są bardzo trudne. Często sami nie otrzymali odpowiedniej edukacji w tym zakresie, nigdzie też nie uczy się tego, jak poruszać takie tematy z dziećmi. Nie możemy wymagać od opiekunów posiadania specjalistycznej wiedzy na przykład o tym, jak dokładnie działają poszczególne środki antykoncepcyjne, jak chronić się przed zakażeniami przenoszonymi drogą płciową, jak w asertywny sposób odmawiać niechcianych kontaktów seksualnych. Dlatego tak ważna jest rzetelna edukacja, oparta na wiedzy naukowej i badaniach. No, ale edukacją seksualną się straszy: że pozbawia rodziców wpływu na dziecko, że przemyca ideologie, że seksualizuje dzieci.

To po kolei: czy edukacja seksualna w szkole pozbawia rodziców wpływu na dziecko?

Katarzyna Banasiak, koordynatorka grupy edukacyjnej Ponton: – Absolutnie nie. Rola rodziców w edukacji seksualnej dzieci jest niekwestionowana. To oni przekazują im światopogląd, wartości, dają przykład, jak budować relacje. Natomiast szkoła powinna być merytorycznym uzupełnieniem tej wiedzy. Edukacja seksualna to taki sam przedmiot jak matematyka czy WOS. Opieramy się na wiedzy medycznej, biologicznej, psychologicznej. Dużo uwagi poświęcamy zagadnieniom z obszaru praw człowieka.

Drugi mit: edukacja seksualna przemyca ideologie.

Katarzyna Banasiak podkreśla: – Profesjonalnie przeprowadzone zajęcia wykluczają przekazywanie zideologizowanych treści. Podczas warsztatów nie ma miejsca na dzielenie się swoimi prywatnymi przekonaniami. Jasno komunikujemy, że ludzie wyznają różne wartości, że dobrze jest je poznać, ale decyzja, jakimi będziemy się kierować, należy do nas. Na warsztatach rozmawiamy o tym, co to jest asertywność, czyli jak mówić „nie”, jak wyznaczać swoje granice, że nie trzeba się na wszystko zgadzać. Ale też jak respektować granice drugiego człowieka. Rozmawiamy o tym, jak budować relacje, o prawach, jakie nam przysługują, i o tym, jak możemy się ich domagać. Przedstawiamy wiedzę na temat antykoncepcji, ale też podkreślamy, że znajomość metod nie obliguje do ich stosowania.

Mówimy o zakażeniach przenoszonych drogą płciową. To ważne, bo punkty konsultacyjno-diagnostyczne, w których można anonimowo i bezpłatnie się przebadać, biją na alarm, że mamy obecnie w Polsce epidemię kiły, zwłaszcza wśród osób młodych. Nastolatki najbardziej obawiają się ciąży, natomiast małą uwagę skupiają na infekcjach, które są naprawdę niebezpieczne, bo często przebiegają bezobjawowo i młodzi ludzie zakażają siebie nawzajem, nie wiedząc o tym.

Okazuje się, że młodzież ma wiele pytań, czasem podstawowych: Co to jest miesiączka? Jak dochodzi do zapłodnienia? Czy dojdzie do niego, kiedy intymne narządy mają kontakt, ale w majtkach? A gdy jest penetracja, ale bez wytrysku? Pewna dziewczynka zapytała, czy może zajść w ciążę, jak usiądzie na sedesie, na którym przed chwilą siedział jej brat, bo nie wiadomo, co on tam robił. Czasem dziewczynki boją się, że się wykrwawią, pytają, jak używać tamponów. To są realne problemy młodych ludzi. Czy rozmowa na ten temat to ideologizacja?

(Ilustracja Agata Nowicka) (Ilustracja Agata Nowicka)

Stop seksualizacji? Pełna zgoda!

Kolejny głos z forum: „Hej, powiedzcie, czy się bać, bo słyszałam, że w Warszawie seksualizują przedszkolaki, a ja właśnie się tu przeprowadziłam i nie wiem, czy posłać moją Malwinę do przedszkola, czy ściągać babcię”.

– Seksualizacja to kolejny mit – mówi Katarzyna Banasiak. – W przedszkolach nie ma w ogóle systemowej edukacji w tym zakresie. Ta przewidziana jest dopiero od czwartej klasy szkoły podstawowej w ramach lekcji wychowania do życia w rodzinie. My prowadzimy warsztaty dla młodzieży od 15. roku życia do matury, robimy to na zaproszenie pedagogów, dyrektorów, rodziców – wolontaryjnie, zawsze za pisemną zgodą wcześniej poinformowanych opiekunów. Bardzo przykro czyta się takie głosy, one nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Skąd się biorą? Z nagłośnienia słynnej już tabelki WHO, która jest częścią wytycznych tej organizacji. W ocenie specjalistów podstawowy problem polega na tym, że mało kto przeczytał całość wytycznych, tylko wyrywa się jedno zdanie z całego dokumentu i straszy, że to instrukcja. Edukatorzy zauważają, że wytyczne WHO nie są programem zajęć ani żadną instrukcją. To informacja o rozwoju człowieka przeznaczona dla rodziców, osób pracujących z dziećmi i młodzieżą. Można się z niej dowiedzieć na przykład, że na danym etapie dzieci mogą, ale nie muszą się masturbować. I jak wtedy reagować: że nie należy tych czynności wyśmiewać, karać za nie. Dziecko powinno usłyszeć: „To normalne, ale nie rób tego w miejscach publicznych, nie używaj do tego żadnych przedmiotów”. Rodzice dowiadują się także, że masturbacje są różne, nie tylko te czysto rozwojowe. Dziecko może w ten sposób odreagowywać stres, radzić sobie z trudnymi emocjami. Warto wtedy poszukać pomocy u specjalisty. Zadaniem rodziców jest obserwowanie dziecka, wyjaśnianie, co się z nim dzieje, i czuwanie nad jego bezpieczeństwem.

Katarzyna Banasiak: – Wytyczne WHO to pomoc w nawigowaniu po tym szerokim obszarze zagadnień. To przykre, że osoby pełniące odpowiedzialne funkcje w kraju posługują się pojęciami, których definicji nie znają. Bo co to jest seksualizacja? To wartościowanie człowieka na podstawie jego atrakcyjności fizycznej, sprowadzanie osoby wyłącznie do jej wyglądu, uprzedmiotowienie jej. Często możemy zauważyć to zjawisko w reklamach, w których półnagim ciałem kobiet sprzedaje się różne towary czy usługi, albo w social mediach, gdzie promowane są osoby, które przede wszystkim chwalą się swoim idealnym ciałem. Seksualizacja wpływa destrukcyjnie na postrzeganie siebie, swojego ciała, na zdrowie psychiczne i fizyczne, gdy dążymy do nierealistycznych wzorców piękna. Na zajęciach tłumaczymy, na czym polega seksualizacja i jak możemy się jej przeciwstawiać.

Edukuję, nie manipuluję

Seksuolożka Izabela Jąderek: – W moim przekonaniu boimy się edukacji seksualnej dlatego, że bardzo wiele osób, a w zasadzie większość, sądzi, iż służy ona temu, żeby nauczyć dzieci seksu. Może z powodu słowa „seksualna”? Tymczasem „seks” po angielsku znaczy „płeć”, a edukacja seksualna ma za zadanie wykształcenie prawidłowej postawy względem własnej płciowości, począwszy od wiedzy dotyczącej fizjologii, anatomii, poprzez stereotypy kulturowe i przekłamania związane z płcią, po relacje i emocjonalność. Jesteśmy seksualni, bo przynależymy do określonej płci, z czym wiążą się wszystkie nasze doświadczenia. Edukacja w równym stopniu służy także temu, żeby wyposażyć dziecko w informacje pomocne do tego, by mogło wchodzić bezpiecznie, świadomie, odpowiedzialnie i z zaangażowaniem w różne relacje romantyczne czy partnerskie.

Agnieszka Stein zauważa, że rodzice często nie protestują przeciwko edukacji seksualnej w ogóle, tylko nie chcą, żeby ich dziecko uczył konkretny nauczyciel. Jej zdaniem edukacji seksualnej nie pomagają też napięcia wokół edukacji w ogóle. Bo żeby nauczać, powinniśmy się zgadzać, co do tego czego. A zgody nie ma, każdy ma swoją perspektywę.

– Seksualność nie jest prostym obszarem, w którym wiedzę da się oddzielić od przekonań, emocji, od wartości, które ludzie wyznają – mówi psycholożka. – Moim zdaniem większe znaczenie dla edukacji seksualnej w szkole ma to, jak zachowują się nauczyciele wszystkich przedmiotów, co mówią o innych ludziach, jak traktują uczniów, niż treści przekazywane na lekcji z przedmiotu poświęconego tej sferze. Dlatego edukację seksualną zaczęłabym od wszystkich nauczycieli. Powiem więcej – od specjalistów, bo niektórzy zatrzymali się na wiedzy z ubiegłego stulecia. Tak jak jedna seksuolożka, która mówi w wywiadzie, że kąpiel rodzica z trzylatkiem jest molestowaniem. I jak tu się dziwić, że rodzice są zagubieni. Największym narzędziem samoedukacji jest obecnie Internet, a tam są różne treści. Przed tym tematem więc nie uciekniemy.

Rodzicom wydaje się, że edukacja seksualna w szkole jest zagrażająca, bo propaguje inne wartości niż te przez nich wyznawane.

– To nie jest prawda – mówi Izabela Jąderek. – Na lekcjach w równym stopniu omawia się różne normy i wartości, wedle których ludzie podejmują swoje decyzje, na przykład w zakresie zapobiegania ciąży. Nie krytykuje się światopoglądów czy religii, przedstawia się szerokie spektrum różnych zjawisk, które dotyczą lub w przyszłości będą dotyczyć każdej osoby. Jeśli edukatorzy coś propagują, to wiedzę opartą na badaniach – ona nie stanowi zagrożenia.

Katarzyna Banasiak: – Obawy, że przekazywanie wiedzy spowoduje zainteresowanie dziecka tą sferą i że będzie chciało uprawiać seks, nie mają potwierdzenia w badaniach. Te jasno mówią: rzetelnie prowadzona edukacja seksualna opóźnia wiek inicjacji seksualnej! Współczesne nastolatki żyją w podwójnym świecie. Jeden to świat social mediów, gdzie przekaz jest następujący: musisz być seksowna, hot, podobać się, podejmować aktywność seksualną, bo dzięki temu będziesz megapopularna. A z drugiej – słyszą, że wszystko, co wiąże się z seksem, jest złe, grzeszne i niebezpieczne. Trudno im potem cieszyć się seksem, nawet jeśli znajdą właściwego partnera. Mogą mieć zaburzone relacje, co jest m.in. skutkiem braku rzetelnej edukacji.

Izabela Jąderek: – Jesteśmy karmieni strachem, bo ludźmi, którzy się boją, łatwiej manipulować i łatwiej ich kontrolować. Buduje się na tym podziały, niechęć czy przemoc. To smutne. Bo brak edukacji seksualnej odbija się i na dorosłych, i na dzieciach.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak przygotować dzieci do życia seksualnego? Nie bądźmy głusi na pytania

Wychowanie seksualne to nie jest oddzielny proces, tylko część wychowania w ogóle, a nawet część rozwoju człowieka i naszego życia. (Fot. iStock)
Wychowanie seksualne to nie jest oddzielny proces, tylko część wychowania w ogóle, a nawet część rozwoju człowieka i naszego życia. (Fot. iStock)
Seksualność człowieka jest wartością, źródłem szczęścia i radości, a także atrybutem i prawem każdego. Powinniśmy jednak uczyć dzieci także wyznaczania granic seksualności. Bo tam, gdzie realizują się pragnienia seksualne jednego człowieka, może dziać się krzywda drugiemu – mówi seksuolożka i terapeutka Maria Beisert.

Teoretycznie wiemy, że dzieci trzeba uświadamiać, ale w praktyce nam to nie wychodzi. Dlaczego?
Prawdopodobnie dlatego, że traktujemy wychowanie seksualne jako coś osobnego. Tymczasem to nie jest oddzielny proces, tylko część wychowania w ogóle, a nawet część rozwoju człowieka i naszego życia.

Od kiedy zaczynać?
Tak jak nie da się określić punktu startowego wychowania, tak nie można określić początku wychowania seksualnego. Zaczyna się już w momencie, gdy dwoje ludzi decyduje się na dzieci, a w sensie duchowym nawet wcześniej – gdy młodzi ludzie podejmują kontakty seksualne i może pojawić się dziecko.

Znam rodziców, którzy niczego przed dziećmi nie ukrywają, także własnej nagości. To dobrze?
Wszystkie sposoby wychowania mają swoje zalety i wady. W tym pozytywne jest to, że dziecko, blisko dopuszczane do intymności innych ludzi, dosyć wcześnie i swobodnie porusza się po zagadnieniach seksualnych. Ta sfera nie łączy mu się poza tym z negatywnymi uczuciami, takimi jak wstyd, złość, lęk. Seks jest czymś dobrym, naturalnym i przynależnym każdemu człowiekowi. Wady – to mało wyraźne granice stawiane dziecku, co powoduje, że ma mało informacji, dokąd mu wolno dojść, lub nie ma ich wcale, bo rodzice uważają, że ciekawość dziecka jest wielką wartością, którą należy promować. Konsekwencje tego mogą być takie, że dziecko nie bardzo wie, co jest dobre, a co złe, dokąd może się posunąć, a gdzie zaczyna się obszar, na który nie powinno wkraczać. I to jest bardzo groźne na przyszłość.

Dlaczego?
Po pierwsze dziecko może samo przekraczać cudze granice niechcący, bez złej woli, mając szlachetne pobudki, jak chęć poznania czyjegoś ciała. Ale czyjeś ciało to nie krzesło czy drzewo, tylko prywatna własność, i żeby je eksplorować, trzeba mieć pozwolenie. Wszystkie kultury podkreślają, że istnieją części ciała dostępne dużej grupie osób i takie dostępne wyłącznie partnerowi. Jeśli dziecko przekracza wyznaczone w danej kulturze granice, rodzice mówią: stop.

Powinni wyjaśnić, dlaczego nie wolno?
Dwulatkowi mówią tylko stop. Pięciolatkowi tłumaczą, że tych części ciała nie wszyscy mogą dotykać. Nastolatkowi należy się dokładniejsza informacja z wyjaśnieniem, że tylko w intymnym kontakcie można mieć do tych obszarów dostęp. Konsekwencją pozwalania dzieciom na wszystko jest to, co słyszę potem od dorosłych pacjentów. Na przykład: człowiek powinien być otwarty, tymczasem blokują go bariery kulturowe zabraniające uprawiania seksu z dziećmi czy ze zwierzętami. W takim dorosłym słyszę dziecko, które w wieku pięciu lat było zachęcane do eksperymentów z przekraczaniem granicy intymności, któremu nie udzielano wskazówek, co wolno. Wychowanie przyzwalające na wszystko wyrządza podwójną krzywdę – dziecku i otoczeniu, które potem będzie musiało sobie z nim radzić.

U nas dominuje opresyjne wychowanie seksualne. Jakie mogą być konsekwencje tego modelu?
Seks obciążony zostaje lękiem, wstydem, gniewem, złością, czyli wszystkim tym, co kojarzy się z przykrymi przeżyciami, co jest negatywnie wartościowane, brzydkie, brudne, z czym porządni ludzie woleliby nie mieć do czynienia, a jeśli już, to szybko, byle jak i ewentualnie jak najkrócej. Seks to też to, co jest dozwolone tylko w celu prokreacyjnym.

Dlaczego w Polsce wychowanie seksualne budzi tyle emocji?
Duży wpływ na wychowanie w ogóle ma jedna religia, która w dodatku traktuje seksualność jako coś nieczystego, a ponadto istnieje wzorzec matki Polki, który kładzie akcent tylko na jeden aspekt płciowości, czyli na bycie matką, tak jakby matki brały się z wiecznego zatrudniania bocianów, a nie z seksualności. Tymczasem należy podkreślać, że seksualność człowieka jest wartością, źródłem szczęścia i radości, a także – atrybutem i prawem każdego. Powinniśmy też jednak uczyć, że eksploracja seksualności – naszej i innych ludzi – musi mieć granice. Bo tam, gdzie realizują się pragnienia seksualne jednego człowieka, może dziać się krzywda drugiemu.

Jakie to granice?
Po pierwsze seksualność powinna być realizowana bez przemocy, manipulacji, przymusu, zawsze z pozwoleniem. Brak przyzwolenia jest sprzeczny z istotą seksualności. Po drugie formy realizacji seksualności powinny być wzajemnie akceptowane i uzgodnione. Po trzecie nie mogą szkodzić zdrowiu. A po czwarte realizując naszą seksualność, nie możemy nią atakować innych.

Ważne są pewnie nie tylko wskazówki, ale i własny przykład.
Nie łudźmy się, że uda się nam wychować dzieci, dając im spójne wskazówki. Rodzice wyuczeni wiedzą, że dziecku należy się informacja, więc siadają z nim do rozmowy, oddychając głęboko, jakby zamierzali skoczyć do wody. Dziecko to widzi. Z jednej strony otrzymuje komunikat, że należy mu się informacja, a z drugiej – jakiż to ciężki obowiązek! Oczywiście rodziców nikt nie uczył, jak rozmawiać o seksualności, więc nie ma sensu czynić im wyrzutów, że tego nie potrafią. Chwała im za to, że próbują.

Lepiej się przyznać przed dzieckiem, że mamy z tym problem?
Oczywiście. Lepiej powiedzieć: „Porozmawiajmy, ale weź pod uwagę, że to dla mnie trudne, że robię mnóstwo błędów, choć się staram”.

Kiedy rodzice zabierają się do tej najważniejszej rozmowy z nastolatkiem, on na ogół macha ręką: „Nie wygłupiajcie się, ja to wszystko już wiem”.
Otóż to. Nadal pokutuje w rodzicach przekonanie, że trzeba odbyć tę jedną rozmowę, która nagle ustawi dziecko na całe życie. Nieprawda! Z dzieckiem trzeba rozmawiać od małego. I jak trzyletni Jaś pyta mamę, czemu nie ma siusiaka, to mama powinna odpowiedzieć: „dlatego, że mam coś zupełnie innego – małą cipkę, którą mają tylko dziewczynki, bo ja jestem kobietą”. A gdy córka dziwi się: „o, mama połknęła piłkę”, rodzice powinni wyjaśnić: „w mamy brzuchu jest twoja siostrzyczka, która wzięła się tam stąd, że się kochamy”. Takie rozmowy sprawiają, że nie będzie potrzebna ta przełomowa z nastolatkiem.

A jeśli dziecko nie pyta?
Na ogół pyta, tylko jesteśmy głusi na jego pytania, zniechęcamy go albo nie ma nas pod ręką. Oczywiście są dzieci mniej zainteresowane sferą seksualną. Ale bardzo ważne jest wychwytywanie pytań, bo dziecko nie mówi przecież: proszę o uświadomienie. Raczej powie: Czy ty wiesz, że ja czasami mam siusiaka, a czasami kijek? Mama, która odburknie „aha”, zamyka temat. Ta, która nie ucieka od tematu, powie: To nadal twój siusiak, tylko raz może być miękki, a raz twardy. Czasami dziecko nie pyta, a jednak prosi o informację. Trzeba podążać za nim, być czujnym, a czasem trzeba podać pewne informacje, nie czekając na pytania. Czekanie jest niedobrą strategią. Dziecko musi być przygotowane do tego, że jego seksualność może być wykorzystywana i powinno wiedzieć, jak się obronić. Nie możemy czekać, aż zapyta, czy to dobrze, że ktoś dotykał jego narządów płciowych.

Do jakiego stopnia wtajemniczać dzieci w nasze intymne kontakty?
Już dwu–trzyletnie dzieci muszą wiedzieć, że rodzice mają prawo do intymności. Robimy to przez drobne fakty, które uczą granic, na przykład prosząc o pukanie do sypialni.

Dziecko wchodzi do sypialni w trakcie aktu seksualnego. Jak reagować?
Zależy, ile ma lat i co widzi. Jeżeli trzylatek widzi jedną głowę na górze, drugą na dole, a zawsze widział je obok siebie, to znaczy, że niewiele zobaczył. Ale kiedy widzi dwa golasy w trakcie aktu penetracji, w dodatku od tyłu, może sądzić: „w konia się bawią”. Czternastolatek pewnie powie: „coś okropnego”. Reakcja dziecka na seks rodziców jest różna w zależności od tego, jakie kontakty obserwuje między nimi w dzień i co słyszy na temat seksu. Jeżeli matka mówi o seksie jako o „świństwie, za które idzie się do piekła”, po czym to świństwo uprawia, to córka, która przyłapie na tym matkę, jest zszokowana i zrozpaczona, że mamusia pójdzie do piekła. To wymaga poważnej rozmowy z dzieckiem – że rodzice są dorośli i okazują sobie czasami uczucia inaczej niż dzieci i obcy ludzie. Ale mało prawdopodobne, żeby taką rozmowę przeprowadziła matka źle wyrażająca się o seksie i konsekwencje tej sytuacji będą się za dzieckiem ciągnąć. W jeszcze trudniejszej sytuacji jest dziecko, które w dzień widzi między rodzicami przemoc, wrogość, poniżanie, a w nocy zobaczy kontakt seksualny. Seks może kojarzyć mu się z kontynuacją przemocy („znowu ją bije”), co potrafi fatalnie zaważyć na stosunku dziecka do tej sfery życia. W przyszłości dziewczynka może podjąć decyzję: nigdy nie pozwolę się nikomu dotknąć, albo: trzeba mamie pomóc. I na przykład ucieka w chorobę, wymyśla różne strategie po to, żeby odciągnąć ją od ojca.

Co to znaczy: dobrze przygotować dzieci do życia seksualnego?
Przygotować do różnorodności, do wyboru. Popatrz, jacy ludzie są różni. Na religii siostra mówi, że współżycie przed ślubem jest grzechem, a twoja babcia urodziła mnie, zanim wyszła za mąż za dziadka. Jedni mają taki system wartości, inni siaki, ciebie będzie czekał wybór. To jest jeden z poglądów, bo oczywiście można powiedzieć: istnieje jeden jedyny słuszny. Ja wolę patrzeć na świat jak na propozycję różnorodności. I z niej czerpać siłę.

Maria Beisert prof. dr hab., kieruje Pracownią Seksuologii Społecznej i Klinicznej w Instytucie Psychologii UAM oraz Podyplomowym Studium Pomocy Psychologicznej w Dziedzinie Seksuologii działającym przy Instytucie. Prowadzi własną praktykę terapeutyczną. Autorka książek, m.in.: „Seks twojego dziecka”, „Seksualność w cyklu życia człowieka”, „Kazirodztwo. Rodzice w roli sprawców”, „Rozwód. Proces radzenia sobie z kryzysem”.

  1. Psychologia

Pierwsza, przedszkolna miłość

Pierwsze miłości mają miejsce już w przedszkolu. (Fot. Getty Images)
Pierwsze miłości mają miejsce już w przedszkolu. (Fot. Getty Images)
Kiedy mówimy o miłości młodego człowieka, staje nam przed oczami najczęściej nastolatek. Wiek 12-14 lat uważamy zwyczajowo za czas pierwszych miłości. Niesłusznie, ponieważ to czas drugich miłości.

Pierwsze zauroczenia mają bowiem miejsce już w przedszkolu. Okres przedszkolny to czas częstego zafascynowania płcią przeciwną. Większość z nas, mimo szeroko promowanej edukacji seksualnej, nadal ma ogromne kłopoty ze swoją i cudzą seksualnością, nie mówiąc już o seksualności własnego dziecka, na którą zazwyczaj nie jesteśmy w ogóle przygotowani. Tymczasem twoje dziecko właśnie w przedszkolu, mając zaledwie kilka lat, odkrywa, że dzieci innej płci są inaczej zbudowane.

Wzorowa manifestacja uczuć

Czy kilkuletnie dziecko może być zakochane? Nawet jeśli jego stan uczuć nie mieści się w twojej definicji tego uczucia –  może. Kilkuletnie zakochane dziecko kocha inaczej niż człowiek dorosły. Gdyby przyjrzeć się takiemu uczuciu z bliska, to dziecko kocha idealnie – mocnej i szlachetniej niż młodzież i dorośli:
  • chce cały czas spędzać ze swoją sympatią (nie walczy o zachowanie własnej przestrzeni w związku);
  • jest załamane, rozbite, rozdrażnione, nie może sobie znaleźć miejsca, gdy sympatia nie przyszła do przedszkola (nie ma potrzeby odpoczynku od ukochanej osoby);
  • chce jej ofiarować cały świat, wszystko, co ma: swoją kanapkę, scyzoryk zabrany tacie, ładny kamyk i wszystkie pieniądze, jakie posiada;
  • chce siedzieć zawsze z nią, stać w parze, występować razem (wierzy, że ta druga osoba to naprawdę jego druga połówka);
  • nazywa rzeczy po imieniu, nie kręci i nie zwodzi („To moja narzeczona”; nie uważa, że relacje z sympatią są skomplikowane);
  • planuje przyszłość jednoznacznie, jest ufne i wierzy, że chcieć to móc – „ożenimy się i będziemy razem” (nie zakłada nigdy innej możliwości);
  • nie wstydzi się swoich uczuć, nie utajnia ich; wręcz przeciwnie – wszystkim z miejsca opowiada o swojej narzeczonej czy narzeczonym, chce żeby cały świat wiedział o ich szczęściu;
  • wchodzi w „nowy związek” bez obciążeń i zaszłości. Zamyka za sobą drzwi poprzedniego uczucia, zanim zakocha się ponownie (nikt nie musi go pocieszać po poprzednim związku).
  • nie buduje swojego uczucia na biologicznej fascynacji fizycznej ani nie odkłada bliskości fizycznej na później – ale buduje ją zdrowo, bo jednocześnie z bliskością psychiczną.
Jeśli uda ci się pokonać strach, poczucie winy i przyjrzysz się miłości swojego dziecka, zobaczysz, że jest ona idealna. Możemy się uczyć od małych dzieci, jak wzorowo kochać.

Aspekty fizyczny

Miłość dzieci nas śmieszy, czasem wzrusza. Potrafimy nawet wznieść się na wyżyny tolerancji i przyznać dziecku prawo do posiadania sympatii w przedszkolu, ale tylko tyle. Dotyk już nas przeraża. A przecież jeśli ktoś jest dla nas szczególnie bliski, dotyk jest wyrazem naszej sympatii, elementem budowania więzi, symptomem bycia kimś szczególnym, wręcz uwiarygodnieniem miłości. Zakochany kilkulatek w spectrum zachowań związanych z wyrażaniem miłości do przedszkolnej narzeczonej czy narzeczonego, ma kontakt fizyczny. Dzieci lubią się dotykać, trzymać za ręce, przytulać, całować (to jeszcze od biedy jesteśmy w stanie znieść); przedszkolaki dotykają również się w miejscach intymnych oraz pokazują je sobie. Jeśli masz z w historii swojego życia epizod „pokazywania” innym dzieciom swoich części intymnych, będzie ci łatwiej zmierzyć się z tym tematem. Doświadczenie osobiste – „ja też to robiłam, ale wyrosłam i teraz jestem normalna” – pomoże. Gorzej mają mamy, które nigdy nie brały udziału w zabawie w „pokazywanego”. One bardziej boją się jej i demonizują zarówno przyczyny, jak i skutki.

Pokazywanie

Małe dzieci, czy nam się to podoba czy nie, pokazują sobie swoje intymne części ciała. Pokazywanie budzi przerażenie dorosłych – kojarzy nam się bowiem z przemocą seksualną, z wykorzystywaniem i molestowaniem. Niesłusznie.

Jeśli to się zdarzy

Każda mama może „nakryć” swoje dziecko na pokazywaniu. Ty również. Zabawa w pokazywanego nie jest charakterystyczna tylko dla dzieci z rodzin patologicznych, zaburzonych czy niewydolnych wychowawczo. Jeśli jesteś kochającą, mądrą mamą:

  • Zareaguj spokojnie. Chociaż to trudne do akceptacji, to normalna faza rozwoju. Dziecko poznaje świat, a jednym z elementów wiedzy jest obejrzenie sobie płci przeciwnej (a czasem też własnej) „na żywo”.
  • Porozmawiaj o tym z dzieckiem. Przede wszystkim zapobiegnij kłopotom. Powiedz, że części intymne są bardzo wrażliwe. Nie wolno ich szarpać, wykręcać, dotykać brudnymi rękami ani niczego, absolutnie niczego do nich wkładać. Dzieci dość często, wiedzione ciekawością i naturalną chęcią eksperymentowania, próbują wetknąć w swoje intymne części ciała kredki, żywność, a nawet zabawki, patyki czy piasek. Robią to zawsze z jednego powodu: z ciekawości.
  • Nie denerwuj się. Twoje dziecko nie zaczęło uprawiać seksu. Nie jest zaburzone ani zboczone. Nie myśl w ten sposób.
  • Nic złego się nie stało. Twoja reakcja może wyrządzić większe szkody. Nie wolno dziecka zawstydzać („To było obrzydliwe, wstrętne”), karać („Za to, co zrobiłaś, nie dostaniesz prezentu, nie pojedziesz do cioci” itp.), odrzucać („Nie chcę takiego synka), zastraszać („Od tego się umiera. to straszny grzech”). Przesadzona i nadmiernie emocjonalna rekcja mamy sprawi, że dziecko zrozumie, że pokazywanie to doniosłe wydarzenie, a zyskasz tylko tyle, że następnym razem starannie zadba, żebyś nigdy się o tym nie dowiedziała.
  • Nie wypytuj, nie przenoś dziecka do innego przedszkola. Etap „pokazywania” i dziecięcych narzeczonych trwa bardzo krótko i kończy się wraz z rozpoczęciem edukacji szkolnej. Dzieci zajęte nauką porzucają zainteresowanie płcią przeciwną i własnym ciałem na rzecz zabaw w środowisku własnej płci rówieśniczej.
Kiedy się martwić

Przedszkolna miłość – pokazywanie, fascynacja i chęć bycia nieustannie razem – nie jest groźna, chyba że działa destrukcyjnie na inne sfery rozwoju. Dopóki twoje dziecko rozwija się normalnie, jest wesołe, lubi być aktywne, chętnie podejmuje wyzwania i czyni postępy w rozwoju, nic złego się nie dzieje. Dopiero gdy pokazywanie staje się dziecięcą obsesją, warto zabrać dziecko do dziecięcego psychologa i zobaczyć, czy nie potrzebuje ono wsparcia w rozwiązaniu problemu.

  1. Psychologia

Wyzwolona, czyli jaka?

Zmysłowość każdej kobiety jest tak niepowtarzalna jak jej linie papilarne. (Fot. Getty images)
Zmysłowość każdej kobiety jest tak niepowtarzalna jak jej linie papilarne. (Fot. Getty images)
Większość z nas uważa się dzisiaj za seksualnie wyzwolone. Czy to jednak znaczy, że społeczeństwo nic nam już nie narzuca? Czy naprawdę czujemy się w tej sferze spełnione, czy może nadal chcemy przede wszystkim zadowolić mężczyzn?

Wyzwolenie seksualne kobiet zaczęło się wraz z rewolucją obyczajowo-kulturową lat 60. XX wieku. – Feministki nie tylko paliły staniki, ale głosiły, że kobiety mają prawo do czerpania przyjemności z seksu – mówi Bianca-Beata Kotoro, psychoseksuolożka i terapeutka.

Stało się to też możliwe dzięki pigułce antykoncepcyjnej. Prof. Zbigniew Lew-Starowicz widzi dalszy proces wyzwolenia w tym, że kobiety tę prawdę przyjęły, zmieniła się ich świadomość i seks stał się dla nich wartością. Widać tę zmianę w badaniach: 30 lat temu tylko 35 proc. kobiet pragnęło seksu raz w tygodniu, dziś – 76,5 proc. Skoro więc tak wiele kobiet kocha się już nie dla partnera, ale dla siebie, bo lubi seks i daje sobie prawo do czerpania z niego przyjemności, to czy jest się jeszcze z czego wyzwalać?

Dobranoc dla ciebie

– Pytam kobiety: Jak układasz się w łóżku, kiedy śpisz sama? Na prawym boku, na plecach? A może zwijasz się w kłębek? – mówi Bianca-Beata Kotoro. – Kiedy widzę zdziwienie, wyjaśniam: miło jest wiedzieć, czy mam ulubioną pozycję. W czym lubimy spać? W koronkowej koszulce? We flaneli? Nago? Odpowiedzi na te, zdawać by się mogło, proste pytania, bywają trudne. Jeśli, na przykład, jako dzieci jeszcze długo spałyśmy z mamą, to ona nas przytulała tak, jak lubiła, i mogłyśmy nabrać jej nawyków. A potem dopasowałyśmy się do partnera.

Nocna bielizna? Z badań wynika, że zazwyczaj w tej kwestii kopiujemy matkę i babcię. Oczywiście poza tymi z nas, które mówią: „Tak się napatrzyłam na flanelę, że teraz tylko koronki”. I bardzo dobrze, jeśli tylko wygodnie nam w nich spać. Inaczej dopiero kiedy przełamiemy niechęć i nałożymy piżamę, wreszcie się wyśpimy. Ważne, aby to, co robimy z naszym ciałem, było nasze.

Skoro trudno nam powiedzieć, w czym lubimy spać, to czy wiemy, jakiego seksu pragniemy? A jeśli nie kochamy się w taki sposób, to co nas przed tym powstrzymuje?

Mody i snobizmy

Absolutna wolność dla kobiety to brak mężczyzny! Czysta zmysłowość, niezakłócona seksualnością. Tak rozumie wyzwolenie autorka „Sztuki sypiania samej” Sophie Fontanel. Jej powieść spopularyzowała jedną z orientacji seksualnych, tak zwaną aseksualną. Paradoks tej sytuacji polegał na tym, że kiedy pisała swoją książkę, dowodem wyzwolenia kobiet było posiadanie wielu kochanków! A największą zbrodnią – nieuprawianie seksu. Tymczasem Sophie przyznała się, że całkiem z niego zrezygnowała! Niczym typowa młoda paryżanka miała wielu kochanków, aż spostrzegła, że jej palce zaciskają się w pięści, kiedy jest z mężczyzną. I że woli przytulać się do poduszki i śnić o miłości zmysłowej niż się kochać. Ta szczerość jej się opłaciła, bo poczuła się tak szczęśliwa, że jej przyjaciele byli pewni: „Zakochała się!” „Tak – odpowiadała im – w samej sobie!”.

Bianca-Beata Kotoro: – Właśnie! Sophie wyzwoliła się z więzów, jakie nakładały na jej seksualność obowiązujące akurat normy, czyli z traktowania seksu jak sportu. Zawsze jakieś normy, zasady, mody lub snobizmy wchodzą nam do łóżka. Dlatego warto się zastanowić: Czy ja tego chcę, czy się z tym zgadzam, czy to moje?

Eksplozja libido

– Samo hasło „wyzwolenie seksualne kobiet” narzuca nam przekonanie, że każda z nas ma i musi mieć ogromny oraz niezaspokojony apetyt na seks – mówi Bianca-Beata Kotoro. – Dlatego trzeba odrzucić wszelkie krępujące nas ograniczenia.

Sporo kobiet rozumie wyzwolenie seksualne jako eksplozję libido (zapominając, że kobiety mogą mieć różne temperamenty), zwłaszcza tych 20-, 30-letnich. One dorastały w czasie, gdy media trąbiły o masturbacji (ma rozwijać seksualność kobiety), o wibratorach (mają dawać niezależność), o multiorgazmach (dowodzą wyzwolenia), czy o zdradzie zapisywanej na receptę (jako leku na brak satysfakcji w stałym związku). Zalew takich informacji spowodował, że łatwo było nabrać przekonania, że to są właśnie wskaźniki wolności.

– No i przychodzą do mnie zmartwione i zaniepokojone kobiety i mówią: „Nigdy się nie masturbowałam!”. Odpowiadam: „Niektórzy lubią się dotykać, ale jeśli ty tego nie chcesz, nie musisz” – opowiada Bianca-Beata Kotoro. – Wtedy dopytują się: „Czy na pewno czegoś ważnego nie tracę?”. „Jeśli masz udane życie seksualne, to nie słuchaj tych, którzy powiedzą, że tracisz”. „A wibratory i inne gadżety?”. „Fajnie jest wiedzieć, że są i co z nimi można robić. Są sex shopy tylko dla kobiet. Jest Internet. Nie znaczy to jednak, że masz je koniecznie posiadać i ich używać. Nawet jeśli twoja siostra codziennie rano sięga po wibrator, to ty nie musisz! Nie jesteś przez to pruderyjna, po prostu żadna z nas nie jest wykładnią dla pozostałych”. Zmysłowość każdej kobiety jest tak niepowtarzalna jak linie papilarne. Dlatego zastanów się, co dla ciebie jest sexy. Czerwona szminka? Super! Ale to nie znaczy, że wszystkie kobiety muszą malować nią usta. Mamy robić to, co nam daje poczucie bycia zmysłowymi. Naśladowanie – związane z brakiem wiary w siebie – przeszkadza w odkrywaniu swojej niepowtarzalnej zmysłowości.

Tak jak inne!

Katarzyna przyszła do gabinetu psychoseksuolożki z powodu problemów w pracy. 37-latka po dwóch rozwodach o swoim życiu prywatnym nie chciała rozmawiać. „Bo tam wszystko fantastycznie się układa!”. Kiedy jednak omówiły jej problemy zawodowe, Bianca-Beata Kotoro zaproponowała, aby poszukując zasobów, które pomogą Katarzynie poradzić sobie w pracy, sięgnęła tam, gdzie sobie dobrze radzi. Czyli do jej życia prywatnego. Katarzyna zgodziła się i opowiedziała z radością, że jest w grupie kobiet wyzwolonych! Faceci nie są im potrzebni! „Oni wciąż tylko gonią króliczka i myślą o jednym. A że traktują kobiety instrumentalnie, to my też będziemy ich używać!”. Katarzyna razem z koleżankami chodziła do sex shopu. Oglądały i wybierały gadżety. Zalogowane na portalach randkowych znajdowały tam kochanków, a potem przy winie i kawie opowiadały sobie o tym, co przeżyły.

„Wyobraź sobie – zaproponowała ekspertka – że patrzysz na siebie z zewnątrz, jak na obcą kobietę. I co o niej myślisz, co czujesz?”. Katarzyna zadumała się i ze zdziwieniem powiedziała, że ta kobieta naśladuje koleżanki! Mimo że ich stosunek do seksu i mężczyzn jednak jej nie odpowiada.

– Problemem Katarzyny było dopasowywanie się do innych. Z tego też powodu miała kłopoty w pracy – mówi Bianca-Beata Kotoro. – Wiele z nas wychowano tak, że bardziej zależy nam na akceptacji niż na byciu sobą. Seks sportowy, jaki uprawiała Katarzyna, bywa fajnym, pikantnym dodatkiem. Ale gdy staje się jedynym posiłkiem, trudno się nim najeść. Wymaga też oddzielania seksu od uczuć, od miłości. A wiele kobiet tak naprawdę takiego wyzwolenia nie chce. I nie dlatego, że są kobietami, ale dlatego, że każdy człowiek jest zintegrowaną całością i kiedy traktuje seks osobno i technicznie, zubaża siebie.

Badania mówią, że 15 proc. Polek jest gotowych na seks na pierwszej randce. 51 proc. dobrze czuje się na drugi dzień po seksprzygodzie, ale pozostałe mają niestety moralnego kaca.

Wolna czy uzależniona?

Na okładce seksroboty. W środku: „Seksografie. Reportaż uczestniczący o pokusach i pragnieniach”. Autorka Gabriela Wiener, peruwiańska dziennikarka, oddała się naga w ręce uzbrojonych w wibratory żon guru seksu tantrycznego Ricarda Badaniego. Do klubu swingersów poszła ze swoim ukochanym, aby tam razem z nim uprawiać seks z obcymi ludźmi, m.in. pieścić gigantyczne piersi nieznajomej. Choć Gabriela czuła zazdrość, pozwalała partnerowi kochać się z innymi, odnotowując tylko, że zazdrość powoduje ból brzucha. Ból nie był jednak dla niej granicą seksualnej eksploracji, skoro na scenie klubu Bizarre, na oczach setki widzów, pozwoliła dominie Lady Monique zbić się po pupie kańczugiem.

Czy Gabriela jest wyzwolona? Jeśli wyzwolenie to odrzucenie wszystkich norm, to tak! A może jest uzależniona od seksu? Nie wiemy. Jednak jej przekraczające granice przeżycia umożliwiają nam bezpieczne, bo w zaciszu własnej sypialni, zastanowienie się nad swoimi granicami.

– Zanim zdecydujemy się na coś ekstremalnego, warto pomyśleć: Co mną kieruje? Czy tęsknię za mocnymi wrażeniami, za miłosną adrenaliną? Są kobiety, które pragną w seksie ekstremalnych przeżyć – mówi Bianca-Beata Kotoro. – Poznałam jednak też wiele takich, które mówiły o odrzuceniu tabu, a tak naprawdę ulegały swojemu mężczyźnie z lęku, że go stracą. Postępując wbrew sobie, kobieta nadużywa siebie. Zniewala się.

W zatoce miłości

W szafce koło łóżka Elżbieta trzymała od lat buteleczkę lubrykantu. Myślała, że to klimakterium, że jest sucha, że nie podnieca się tak jak kiedyś. Kiedy rozstała się z mężem (miała wtedy 46 lat), poznała nowego mężczyznę. Sam jego dotyk, zapach, pocałunek sprawiały, że robiła się wilgotna.

– Nawilżenie pochwy świadczy o tym, że kobieta jest podniecona, gotowa do bezpiecznej penetracji. Ale też że chce z tym mężczyzną sypiać. Mogą mieć różne inne problemy, ale ona się do seksu z nim nie zmusza! – mówi ekspertka. – A często tak się dzieje, że kobieta wylewa na siebie pół butelki lubrykantu, bo nie ma ochoty na seks. A mimo to decyduje się na współżycie.

Dlaczego? Motywacje bywają różne, ale kiedy nie czujemy ani w sercu, ani w ciele, ani w głowie ochoty na seks, nie powinnyśmy się zmuszać! – Nie powinnyśmy przekraczać tej linii – stwierdza Bianca-Beata Kotoro. – Po kilku latach nadużywania siebie tym bardziej nie polubimy seksu. Bo jak go lubić, skoro nasz mózg i serce utożsamiły go z nadużyciem? Może też protestować nasze ciało: bólami głowy, podbrzusza, zapaleniami sromu, pochwy, czasem nawet wymiotami, których wcale z seksem nie wiążemy.

– Jeśli kobieta ma częste problemy z pęcherzem moczowym czy zapaleniami pochwy, proszę, aby przypomniała sobie, co się działo w jej życiu intymnym (lub zawodowym) na 72 godziny przed wystąpieniem objawów – mówi Bianca-Beata Kotoro. – Zazwyczaj słyszę: „Współżyłam, choć nie było mi to na rękę, cały czas myślałam o pracy. No, ale już się z mężem umówiłam. I nie było tak źle!”.

– To dobrze, że nie było „tak źle”, ale wolałabym, żeby powiedziała: „Było przyjemnie” – mówi ekspertka. – A na pytanie o następny raz poczuła w ciele błogość. Tak byłoby, gdyby kochała się wtedy, kiedy by tego pragnęła, czuła, że jej ciało chce, żeby ten mężczyzna je dotykał.

Smutna diagnoza

Dlaczego o wolności częściej mówimy, niż ją praktykujemy? Jedna z ważnych, jeśli nie najważniejszych odpowiedzi jest prosta i dlatego tak trudno ją dostrzec. Tkwi w zaszczepianym nam wstydzie. Wstydzie wobec tego fragmentu naszego ciała, który bywa przez poetów nazywany różą. Ten wstyd nie wygasł dzięki „wyzwoleniu seksualnemu”. Gorzej: zmutował! Stał się groźniejszy za sprawą pornograficznego, wulgarnego wizerunku tego, co stanowi o sile i pięknie kobiety.

– Wyzwolona kobieta nie wstydzi się swojej kobiecości, nie odcina od niej. Ma kontakt ze swoją Joni, jak w sanskrycie nazywamy waginę – mówi Julita Ostrowska, psychoterapeutka, instruktorka jogi i tantry.

Nawiązanie tej relacji często wymaga jednak pracy, bo wychowanie i bolesne doświadczenia powodują, że ta naturalna więź zostaje zerwana. Odbudować ją można m.in. poprzez medytację, świadomy oddech, dotyk i wizualizację.

– Wyobraź sobie, że stoisz pod drzwiami i że to są drzwi do twojej Joni – mówi Julita Ostrowska, prowadząc medytację „Moc Joni”. – A teraz wejdź do wnętrza tej komnaty, która jest za nimi. Co tam widzisz? Zwróć uwagę na wszystkie detale…

Kobiety mogą wówczas zobaczyć rozmaite obrazy. Jeśli są to na przykład gładkie, błyszczące czerwonością ściany, które oplatają kwiaty, to dobry znak. Ale może się też pojawić odczucie ciemnej pustki, zimna lub chropowatości. Albo brak uczuć i wrażeń. W tych obrazach symbolicznie zawarte są bolesne przeżycia związane z ich kobiecością.

– Jakiekolwiek by się jednak obrazy czy uczucia pojawiły, trzeba je przyjąć z wdzięcznością i miłością – mówi Julita Ostrowska. – Celem medytacji jest to, by poczuć miłość do Joni, dostrzec jej moc i piękno. Bywa więc, że potrzebne jest współczucie, a nawet przeprosiny, choćby za każdy seks, na który zgodziłyśmy się wbrew sobie lub który przekroczył nasze granice.

W zgodzie ze sobą samą

Wyzwolenie wymaga odwagi, gdyż jest to nauczenie się szacunku do siebie i swojego ciała, bez względu na to, jak kobieta została zraniona, bez względu na swoją wagę, bez względu na to, kogo poślubiła i jaka jest jej orientacja seksualna – twierdzi dr Christiane Northrup, ginekolożka, autorytet w dziedzinie kobiecego zdrowia. Dla Bianki-Beaty Kotoro to ważne słowa, bo często naszą wolność ograniczają przeżyte traumy, brak wiary w siebie i uległość wobec partnera, mody czy opinii innych. – Dlatego moja definicja wyzwolenia seksualnego brzmi: to życie intymne w zgodzie z samą sobą. Kobieta wyzwolona zna siebie i czerpie ze zmysłowości, cielesności i seksu jak z alfabetu, ale wybiera te litery, które chce. Ale też nie musi brać żadnej, ważne, by miała wiedzę o każdej z nich. To po prostu jej świadoma i osobista decyzja – kwituje Bianca-Beata Kotoro.

 

  1. Psychologia

Miłość nastolatków. Rozważni czy romantyczni?

Dziecko uczy się przez obserwację. Jeżeli ojciec i matka traktują się nawzajem z szacunkiem, okazują sobie uczucia, dzielą się obowiązkami, to ono poniesie w życie taki właśnie wzór relacji między kobietą a mężczyzną. (Fot. iStock)
Dziecko uczy się przez obserwację. Jeżeli ojciec i matka traktują się nawzajem z szacunkiem, okazują sobie uczucia, dzielą się obowiązkami, to ono poniesie w życie taki właśnie wzór relacji między kobietą a mężczyzną. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kiedyś rodzice martwili się, że ich dzieci za wcześnie się zakochują, teraz – że robią to późno. – To tak wygląda, jakby musieli się o coś martwić. Jeżeli już chcą czymś zaprzątać sobie głowę, to tym, żeby przekazać dzieciom wiedzę na temat seksualności – mówi psycholożka doktor Barbara Arska-Karyłowska.

Nastolatki kochają dzisiaj inaczej?
A skąd takie przypuszczenia?

Słyszę od rodziców, że ich dziecko nie ma dziewczyny, chłopaka, tylko grupę znajomych. Nauczyciele liceów też przyznają, że widzą w szkołach mniej zakochanych par niż kiedyś. 
Zawsze było tak, że ta młodsza młodzież zaczynała od chodzenia w grupach, za naszych czasów też tak było. Trzeba uspokoić rodziców, że nastoletnia miłość ma różne fazy, uwarunkowane rozwojowo, i to się nie zmienia od wieków.

Ale przyzna pani, że teraz nastolatki, zamiast spotykać się, tak jak robili to ich rówieśnicy przed laty, SMS-ują.
Oni rzeczywiście teraz piszą do siebie na Facebooku, SMS-ują. No i bardzo dobrze. Myśmy godzinami wisieli na telefonach stacjonarnych, aż nam rodzice je wyłączali, a oni czatują. I niech czatują, to jest im bardzo potrzebne. Młodzi ludzie mają lęk przed romantycznym kontaktem twarzą w twarz. Potrzebują czasu, żeby do tego dojrzeć. Myśmy zyskiwali ten czas, rozmawiając przez telefon, bo to był wówczas środek komunikacji, a oni – za pomocą różnych komunikatorów, mediów społecznościowych.

Facebook zastępuje teraz bezpośredni kontakt, jest jego substytutem, czasem na długo.
To prawda, że więcej tego czatowania niż bezpośredniego kontaktu. No bo myśmy musieli w końcu wpaść do kolegi, żeby się nagadać, a oni mają wiele innych sposobów na kontakt. Mimo to jestem przekonana, że nie ma się czym martwić, bo przyjdzie taki moment, że młody człowiek się zakocha.

Co by pani powiedziała ojcu nastolatki, który nie tyle się martwi, ile dziwi: „Ja w jej wieku miałem już kilka dziewczyn, a ona nie ma chłopaka”.
Powiedziałabym mu o badaniach, jakie przeprowadzono w 32 krajach. Wynika z nich, że rzeczywiście w Polsce rzadziej niż w innych krajach ma miejsce wczesna inicjacja seksualna, czyli przed 15. rokiem życia. U nas dotyczy ona tylko 15 procent nastolatków, a na przykład na Grenlandii – 75 procent. W Polsce średnia wieku, w którym młodzi rozpoczynają życie seksualne, wynosi 18 lat i jest dużo wyższa niż w innych krajach.

To akurat dobra wiadomość.
Zdecydowanie tak. Bo, jak pokazują badania, bardzo wczesna inicjacja ma negatywne skutki zarówno dla zdrowia fizycznego, jak i psychicznego. Szczególnie u dziewcząt – u chłopców w mniejszym stopniu – wiąże się ona z objawami somatycznymi i depresją. Może więc nie martwmy się, że młodzież zaczyna trochę później. To tak wygląda, jakby rodzice musieli się o coś martwić. Za moich czasów martwili się zbyt wczesnym randkowaniem, teraz martwią się zbyt późnym. A ja myślę, że jeżeli już muszą czymś zaprzątać sobie głowę, to tym, żeby przekazać dzieciom wiedzę na temat seksualności. Tymczasem rodzice mają taki dziwny zwyczaj, że jak małe dziecko pyta, to oni mówią: „Jesteś za mały”. A potem to ono już nie chce z nami rozmawiać.

Radzi sobie samo.
No właśnie nie, ono sobie samo nie poradzi. Gdy wkracza w okres buntu przeciwko rodzicom, to na ogół nie chce na te tematy z nimi rozmawiać. Ze względu na to, że rodzice irytują je nieprzytomnie, ale też dlatego, że jest skrępowane. Dorastanie to nie jest dobry moment na rozmowy z rodzicami o seksie.

To kiedy jest dobry moment?
Wtedy, kiedy dziecko o to pyta, a nie wtedy, gdy my chcemy z nim o tym rozmawiać, bo nas coś niepokoi. Rozmawiajmy z dziećmi na tematy seksualności od małego, odpowiadajmy na ich pytania, obserwujmy je, edukujmy.

Ale też sami się edukujmy.
Trafny postulat. Przez jakiś czas, gdy mieszkałam w Stanach, byłam przedszkolną konsultantką. I od czasu do czasu w przedszkolu, w którym pracowałam, wybuchała epidemia masturbacji u czterolatków. Telefonowano wtedy po mnie: „Niech pani przyjedzie, bo coś dziwnego dzieje się w przedszkolu, może było molestowanie”. A to po prostu jest tak, że w wieku czterech, pięciu lat dzieci mają tendencję do wzmożonego zainteresowania ciałem – bawią się w doktora, oglądają swoje części ciała, porównują się, chcą wiedzieć, jaka jest różnica między chłopcem a dziewczynką, dotykają swojego penisa czy waginy i czasem zaczyna im to sprawiać przyjemność, wtedy tę zabawę powtarzają. Inne dzieci to widzą, naśladują i wybucha „epidemia” masturbacji. Rodzice powinni to wiedzieć i wykorzystać naturalne zainteresowanie dziecka do przekazania mu wiedzy.

Jak zareagować, gdy zauważymy, że dziecko się masturbuje?
Najpierw chwilę to poignorować. Nie wolno zawstydzać czy piętnować, trzeba natomiast wyjaśnić, że tego nie robi się na środku przedszkolnej sali ani na ulicy, że jeżeli już musi to robić, to w zaciszu swojego pokoju. Trzeba też wykorzystywać każdą sytuację do nauki szacunku dla innego człowieka. Oczywiście, trzeba dostosowywać rozmowy do poziomu rozwoju dziecka. W pewnym momencie warto wyjaśniać, jak wygląda romantyczna relacja, że drugiej osobie należy się wolność. Bo skąd oni czerpią wiedzę, jak się zachować na randce?

Od rówieśników?
Też, ale przede wszystkim z filmów. W życiu wygląda to jednak całkiem inaczej niż w kinie. Pierwsza randka to strasznie krępujące wydarzenie, więc warto do tego młodzież przygotować, rozmawiać o możliwych scenariuszach. Na przykład o tym, że ktoś może ich zmuszać do czegoś, czego oni nie chcą. I że powinni wtedy asertywnie odmawiać, czyli nie bać się mówić „nie”, i umieć wycofać się z relacji. Pamiętajmy, że nastolatek przyjmie pewne rady, jeśli podamy je w odpowiednim momencie, czyli wtedy, kiedy jest na to gotowy. W wypadku 12-, 13-letniego dziecka za wcześnie na rozmowę o przemocy, jest na to za słabe emocjonalnie, lepiej porozmawiać z nim na przykład o szacunku dla innego i wymaganiu od innych szacunku dla siebie.

Co wtedy, gdy rodzice popełnili grzech zaniechania, nie rozmawiali z dziećmi o seksie, ciele? Mogą to potem jakoś nadrobić?
Obawiam się, że będzie trudno. Jedyne, co mogę im doradzić, to żeby obserwowali dziecko i – jak trzeba – interweniowali. Bo jeżeli staje się ono ofiarą przemocy – a randkowa przemoc to bardzo trudne dla młodzieży przeżycie – to powinni interweniować. Także wtedy, kiedy to ich dziecko jest agresorem.

A jeśli nastolatek nie przyjmie naszej interwencji?
To bardzo prawdopodobne, jeżeli nigdy wcześniej nie poruszaliśmy z nim wspomnianych tematów. Dobrze wtedy znaleźć osobę, której dziecko ufa. Wujka, dziadka, trenera, wychowawcę, drużynowego. Być może młody człowiek zechce z nim rozmawiać, bo dotrzeć do niego może tylko ten, kogo on zaakceptuje.

Łatwiej dotrzeć, gdy relacje w rodzinie były zawsze dobre?
W zasadzie tak, bo dziecko uczy się przez modelowanie, obserwację. Jeżeli ojciec i matka traktują się nawzajem z szacunkiem, okazują sobie uczucia, dzielą się obowiązkami, to ono poniesie w życie taki właśnie wzór relacji między kobietą a mężczyzną. Ale nawet w rodzinach, w których rodzice mają dobrą relację z dzieckiem, w okresie adolescencji matka i ojciec zaczynają nastolatka irytować – że źle się ubierają, zachowują, nagle wszystko jest nie tak. Pamiętam, jak moja córka była nastolatką, a miałyśmy zdecydowanie dobrą relację. Mieszkaliśmy wtedy na Florydzie i często całą rodziną chodziliśmy na spacery plażą. Pewnego razu spacerujemy, a ona nagle znika. Potem okazało się, że zobaczyła kolegę z klasy i nas zostawiła, bo wstydziła się, że z nami idzie.

Wielu rodziców przeżywa takie zachowanie dzieci jako osobistą porażkę.
A w tym wieku jest ono czymś normalnym. Nasza córka w dodatku wstydziła się tego, że mamy akcent, że inaczej się ubieramy. Rozumiałam to, przecież ona chciała być taką samą dziewczyną jak jej koleżanki i mieć takich samych rodziców, a my byliśmy inni. Ale nawet jak byśmy nie byli inni, to z innego powodu by nas kontestowała, bo tak to już jest w tym wieku. Dlatego jeśli wcześniej nie dotarliśmy do dziecka z przekazem na temat seksualności, to darujmy sobie nauki w wieku dojrzewania, bo najprawdopodobniej będzie to bezowocne.

Czekać, aż bunt minie?
Nie czekać z założonymi rękami. Innym dobrym sposobem – oprócz szukania dorosłych sojuszników – jest skierowanie dziecka do środowiska, które podziela nasze wartości. Na przykład do szkoły społecznej o wartościach liberalnych. Albo do szkoły katolickiej, jeśli bliskie nam są wartości katolickie. Bo największy wpływ na nastolatka mają rówieśnicy.

Rodzice drżą na samą myśl o wyjeździe córki z chłopakiem na wakacje. Są przekonani, że nie mogą zabronić. Mogą?
13-latce mogą zabronić, ale już 16-latce zabronić nie sposób. Gdy zostajemy rodzicami, musimy pamiętać, że budowanie dobrej relacji we wczesnym dzieciństwie zaprocentuje. Nawet jeśli nastolatek powie: „Oj, mamo, nie zawracaj głowy” albo „Oj, tato, odchrzań się” – to wysłucha. Najważniejsze, żeby wiedział, że zawsze może na nas liczyć, nawet w najtrudniejszej sytuacji, że otrzyma od nas wtedy wsparcie, że staniemy za nim murem. Pamiętam z okresu dorastania mojej córki takie zdarzenie: późno w nocy dzwoni do mnie jej kolega i mówi: „Zaaresztowali mnie, pomóż mi”. Pytam: „Dlaczego do mnie dzwonisz, a nie do rodziców?”. Na co on: „Bo rodzice by na mnie nakrzyczeli, gdyby dowiedzieli się, że paliłem marihuanę”. Myśmy z mężem wtedy pomogli, ale powinni to zrobić jego rodzice.

Nastolatek zakochuje się, przeżywa skrajne emocje, cierpi. Rodzice nie wiedzą, jak zareagować. Bo jeśli zaczną się dopytywać, oferować pomoc, mogą się narazić na oskarżenia, że się wtrącają. Jeśli będą czekać, aż emocje opadną – dziecko może uznać: „No tak, rodziców nie obchodzi to, co przeżywam”. Co mają robić?
Zachować czujność. Dopóki dziecko o nic nie pyta i nie prosi o radę, a rodzice widzą, że jego stan emocjonalny jest stabilny, można zostawić je w spokoju i pozwolić mu sobie samodzielnie radzić. Trzeba jednak w tym czasie bardzo uważnie je obserwować. Może się bowiem zdarzyć, że sytuacja przerośnie młodego człowieka, że emocje będą zbyt silne, pojawią się objawy depresji, czasem myśli samobójcze lub próba samobójcza. Jeśli rodzice zaobserwują symptomy depresji, powinni szybko i zdecydowanie interweniować.

Czyli?
Odbyć poważną, wspierającą rozmowę i zabrać dziecko do psychiatry lub psychologa.

Wielu rodziców pozwala dzisiaj nastolatkom robić, co chcą. A oni tak naprawdę nie wiedzą, czego chcą.
Pozwalanie na wszystko nie zapewnia wcale dobrej relacji, owocuje zagubieniem. Tak zwane wychowanie bezstresowe jest najbardziej stresującym wychowaniem. Dzieci potrzebują ram i te ramy powinny się rozszerzać w miarę ich dorastania.

Trudność bycia rodzicem polega na tym, że gdy stawia się granice za wąsko, podejmuje się decyzje za dziecko. Ono wtedy nie nauczy się odpowiedzialności, samodzielności, nie będzie miało poczucia sprawczości. A gdy granice postawi się za szeroko, to dziecko też się tego nie nauczy, bo będzie zagubione. Trzeba stopniowo „odpuszczać”. Trzylatek niech zadecyduje o wyborze koloru spodni, ale nie o pójściu do dentysty, to musi zrobić dorosły. Nastolatek powinien wcześniej zdobyć narzędzia do radzenia sobie w trudnych sytuacjach. W tym celu powinien pojechać bez rodziców na zieloną szkołę, obóz. I gdy potem wyjedzie sam, będzie wiedział, jak reagować.

Nastoletnia miłość idzie w parze z seksem. Znam rodziców, którzy nie mają oporów przed tym, żeby dać dziecku prezerwatywę.
Bardzo dobrze, że dają prezerwatywę, ale mam nadzieję, że też z nim rozmawiają.

Z tym bywa gorzej.
No właśnie. A młodzież musi przejść gdzieś edukację seksualną, w szkołach jej nie ma. W Ameryce też kiedyś w niektórych stanach nie było edukacji seksualnej. W szkole mojej córki, koszmarnej, nie wolno było używać słowa „prezerwatywa”, nie mówiąc o szerszej edukacji na temat zapobiegania ciąży, takie było lokalne prawo. Zaskarżyliśmy je i wygraliśmy.

Zauważyła pani, że dominujące uczucie rodziców to teraz lęk o dziecko, nawet nastoletnie?
Coś w tym jest. Myśmy wychodzili sami na podwórka, nabijaliśmy sobie guzy i jakoś żyjemy. A moja córka – mieszka na Florydzie, ma trzech synów, najstarszy ma 11 lat – mówi, że teraz nie wysyła się dzieci na obozy, bo to jest niebezpieczne. W Stanach rodzice boją się, że dzieciom ktoś zrobi coś złego, wielu z nich nie posyła ich nawet na zieloną szkołę. Pytam córkę: „Dlaczego idziesz z chłopcami do parku? Mogą iść sami”. Na co ona: „Wszyscy rodzice tak robią”.

W Polsce ten trend też jest widoczny.
W znajomych rodzinach, szczególnie tych wielodzietnych, go nie dostrzegam. Ale i w takich rodzinach nie ma gwarancji na bezkolizyjne wejście dzieci w życie, w tym uczuciowe i seksualne. Uczę studentów, że najważniejsze jest to, żeby poznawać swoje dziecko. Bo jeśli będziemy wiedzieli, w jakim tempie się rozwija, jaki jest jego system nerwowy, jak przeżywa kryzysy rozwojowe, to będziemy też wiedzieli, jak bardzo można mu zaufać, w jakich momentach będzie potrzebowało wsparcia. Poznawanie własnego dziecka to absolutnie najważniejsze zadanie rodziców. I drugie, też ogromnie ważne – zgłębienie wiedzy na temat psychologii rozwojowej dzieci. Bo kiedy będziemy wiedzieli, jak przebiega rozwój, to będziemy się mniej denerwowali. Zrozumiemy: „Aha, to jego zachowanie jest rozwojowe, a to wynika z indywidualnych cech”. Zatem nie zamartwiajmy się, tylko uczmy się dziecka i o dziecku.

  1. Kultura

"Sex Education" - o nowym sezonie rozmawiamy z głównymi aktorami

(fot. materiały prasowe Netflix)
(fot. materiały prasowe Netflix)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
"Sex Education" to jeden z najpopularniejszych seriali ostatniego roku, jakie zaprezentował nam Netflix. Produkcja okazała się takim sukcesem, a tematy w niej poruszane tak ważne i potrzebne, że natychmiast zadecydowano o powstaniu drugiego sezonu. Nowe odcinki będziemy mogli obejrzeć już od 17 stycznia, a wszyscy, którzy pokochali ekscentryczną doktor Jean (w tej roli znakomita Gillian Anderson), jej syna Otisa i resztę bohaterów wkraczających w okres dojrzewania na pewno nie będą zawiedzeni.

O tym, co spotka bohaterów "Sex Education", czym dla nich było zagranie w serialu, który obnaża wszelkie tabu na temat budzącej się seksualności wśród młodzieży pytaliśmy m.in. Emmę Mackey (serialową Maeve), Aimee Lou Wood (Aimee), Connora Swindellsa (Adam) i Kedara Williamsa-Stirlinga (Jackson).

Co możecie nam powiedzieć o drugim sezonie Sex Education? Emma
: Przede wszystkim, że posuwamy się coraz dalej i przekraczamy jeszcze więcej granic! Maeve i Aimee spędzają ze sobą mnóstwo czasu co jest bardzo ekscytujące. Między dziewczynami rodzi się bardzo interesująca i dynamiczna relację, co bardzo fajnie widać na ekranie. Ja jestem tym wątkiem bardzo podekscytowana i nie mogę się go doczekać.

Aimee:
Tak, Aimee bardzo się „wzmacnia” dzięki Maeve. Jej bohaterka przechodzi wiele i to naprawdę gruntownie zmienia ją i jej życie. I właśnie dzięki Maeve staje się stopniowo inną osobą, o wiele silniejszą niż była. Ich przyjaźń jest bardzo głęboka, ośmiela ją do wielu zachowań i zmierzenia się z różnymi problemami. No i zauważa, że w końcu może być rzeczywiście sobą.

Emma:
Tak, to prawda, ich przyjaźń bardzo się zacieśnia.

fot. materiały prasowe Netflix fot. materiały prasowe Netflix

Maeve pomimo swojej „ciemnej strony” czuje się odpowiedzialna za dziewczyny w szkole. Pomaga im, rozmawia z nimi, wstawia się za nimi pomimo tego, że sama przecież była wyszydzana i obrażana. Uważasz, że to ważne, by dziewczyny w młodym wieku się wspierały? Wierzysz w kobiecą solidarność? Emma:
Oczywiście, choć dużo łatwiej to powiedzieć niż to wcielić w życie. Według mnie serial bardzo mocno o tym opowiada. I robi to w zdrowy sposób. Szczególnie w środowisku szkolnym to jest temat, który jest bardzo delikatny i wrażliwy, gdzie granice pomiędzy dobrym, a złym zachowaniem czasem są bardzo niewyraźne. Właśnie rozmawialiśmy o odcinku „It’s My Vagina” z pierwszego sezonu, który jest przykładem takiego zachowania, zachowania bardzo wspierającego na duchu dziewczyny. Tam najbardziej było czuć kobiece wsparcie, dziewczyn, które przecież nie do końca się lubiły, czy nawet znały. Moim zdaniem to jest niesamowite zobaczyć taką scenę na ekranie. Wydaje mi się ze jest bardzo motywujące i ważne. Zresztą w ogóle uważam, że dzisiejsza generacja młodych kobiet jest i tak bardziej świadoma niż dotychczasowe pokolenia. Oczywiście nie chcę generalizować, ale mam wrażenie, że powstał czy powstaje wciąż taki ogólny ruch, który motywuje młode kobiety do tego, by bardziej utożsamiać się z innymi przedstawicielkami swojej płci. Często też sprowadza się do tego, żeby po prostu przerwać milczenie i powiedzieć o czymś wprost, angażować się w hasła damskiej solidarności. Myślę, że wiele młodych kobiet odczuwa teraz taką potrzebę i to jest świetne.

Czy jak zaczynałyście kręcić pierwszy sezon "Sex Education", spodziewałyście się tak pozytywnych reakcji i odbioru? Emma:
Na planie była tak dobra energia, że raczej wszyscy trochę to wyczuwali. I chyba od samego początku mieliśmy dobre przeczucia, co do serialu i jego odbioru przez publiczność. Natomiast inna sprawa, że w większości przypadków dla nas, aktorów, którzy odgrywają główne role to była pierwsza taka duża rola i… nie bardzo wiedzieliśmy do czego się porównywać (śmiech). Więc też z drugiej strony musieliśmy do tego podejść realistycznie i nie myśleć non stop o tym, jak zostanie to odebrane przez innych, bo jedyne co my możemy zrobić jako aktorzy to dać z siebie wszystko na planie i cieszyć się z tego, co robimy. Wiele rzeczy zależy od różnych czynników, więc poza tym… trzeba to zostawić w rękach Boga (śmiech). Ale tak, raczej wszyscy czuliśmy, że to będzie mocny serial.

Aimee:
Jak zobaczyliśmy pierwszą zapowiedź, sneak peak serialu to wszyscy mieliśmy takie wewnętrzne „wow!”. Jak to wszystko zobaczy się w końcu poskładane ze sobą: muzykę, sceny, montaż, to jest to niewyobrażalne uczucie. I wtedy pojawiły się myśli: "to będzie coś wspaniałego". Coś czuję, że tak samo będzie i z drugim sezonem. W tym roku w szkole tyle będzie się działo! Oczywiście na razie niewiele możemy zdradzić, ale większość historii się bardzo pogłębia, pojawia się dużo nowych problemów, tworzą się nowe związki, relacje. Sama nie mogę się doczekać!

(fot. materiały prasowe Netflix) (fot. materiały prasowe Netflix)

Po pierwszym sezonie pojawiło się sporo komentarzy, że serial jest bardzo "brytyjski". Osadzony w tej kulturze, żartach... Czy uważacie, że to zmienia coś w odbiorze? Aimee:
Jesteśmy bardzo bezpośredni i otwarci w tym serialu, ale to chyba nie jest związane stricte z tym, że jest to brytyjski serial. Jesteśmy w nim bardzo szczerzy i mówimy rzeczy „wprost”. Oczywiście serial ma też dużo wrażliwych, łamiących serce momentów, ale jest przede wszystkim zabawny. Choć rzeczywiście, w "Sex Education" wszyscy bohaterowie są dalecy od ideału, a czasami wydaje mi się, że jak ogląda się niektóre, zwłaszcza amerykańskie produkcje, większość bohaterów jest bardzo poprawna i… wygładzona. W Sex Education nikt nie jest zbyt „wygładzony” (śmiech).

Pierwszy sezon rozpoczyna się odważną sceną z udziałem Aimee, potem też pojawia się wiele „pikantnych” scen. Nie miałyście oporu przed odegraniem takich scen, nie bałyście się jakichś negatywnych reakcji ze strony rodziny, przyjaciół, otoczenia? Aimee:
Reakcji się nie obawiałam, ale miałam delikatne obawy przed pierwsza scena, która rzeczywiście była dość mocna. Ale jak już to zrobiłam i usłyszałam o tym, jak będzie to zrealizowane: będzie fajna muzyka, jaka będzie praca kamery i że w zasadzie to będzie bardziej "komediowa" scena, to uznałam, że nie ma się czym przejmować, będzie dobrze. Ale przed tym, nim rzeczywiście zacznie się to kręcić, to wszystko wydaje się cięższe, sama idea takiej sceny wydaje się przytłaczająca. Ale jak już się ma to za sobą, to wtedy czujesz się wolny, szczęśliwy, że podjąłeś taką, a nie inną decyzję. Poza tym, na planie "Sex Education" pracowaliśmy w tak przyjaznym środowisku, że ani przez moment nie czułam się zagrożona czy przestraszona, czy żebym robiła coś wbrew sobie.

Sporo osób mówi o tym, że jest to serial, który powinna obejrzeć cała młodzież (może nawet w szkołach), bo jest lepszy niż jakakolwiek edukacja, którą się zdobywa w czasie całej nauki. Aimee:
Mój mały brat był u mnie w ten weekend i się go spytałam, czym się zajmują na zajęciach z edukacji seksualnej w szkole. Powiedział mi, że oglądali czarno-biały film o tym, jak facet "goni" kobietę, a później znikają pod prześcieradłem, które zaczyna się ruszać i wtedy na ekranie pojawił się napis „To jest właśnie sex”. Myślałam, że żartuje, ale jest to kolejny przykład na to, że musimy udoskonalić to, jak wygląda edukacja seksualna w szkołach. Nie przygotowujemy odpowiednio młodych ludzi do wkraczania w dorosłość, do poznania tak ważnych tematów na całe życie. Wszystko jest owiane taką tajemnicą, że młodzież czuje się po prostu osamotniona w swoich problemach. A jak jesteś kobietą, która po prostu ma ochotę na seks i szuka metod zabezpieczeń, żeby nie mieć dziecka, to czuje się jak nimfomanka. A prawda jest taka, że kobiety mają tak samo ochotę na seks, jak mężczyźni, a jedyne, co dostajemy w szkole to wykład o tym, że tak można się "dorobić dziecka".

Emma:
Tak, w zasadzie zamiast edukacji seksualnej dostajemy wzmocnioną lekcję biologii o reprodukcji, nic przydatnego czy interesującego. Natomiast fakty są takie, że coraz młodsi nastolatkowie uprawiają seks, a nic o tym nie wiedzą. W szkole powinno się uczyć, jak uprawiać bezpieczny seks i adresować wszelkie z tym związane tematy, możliwości, opcje. Między innymi dlatego też zrobiliśmy ten serial.

Może dlatego nie tylko nastolatkowie, ale też rodzice powinni obejrzeć ten serial? Aimee:
Tak, jest to doskonały pomysł, żeby rodzice go obejrzeli. Szczególnie niektóre wątki takie jak na przykład wątek Jean i Otisa poruszyły wielu rodziców, którzy zdali sobie sprawę, że dokładnie to robili. Oglądając widzieli dokładnie swoje zachowanie - byli zbyt zaangażowani, próbowali mikro-zarządzać swoimi dziećmi, oczywiście robili to z miłości i chęci ochrony. Chcieli uchronić dzieci przed problemami i traumami, ale tak naprawdę młodzi i tak musza przejść przez swoje traumy sami i popełnić swoje własne błędy. Nie da się i wręcz nie powinno się trzymać dziecka zupełnie pod kloszem

(fot. materiały prasowe Netflix) (fot. materiały prasowe Netflix)

A co Wasi rodzice sądzą na temat serialu? Aimee:
Oj uwielbiają go, to najwięksi fani! Już nie mogą się doczekać kolejnego sezonu.

Emma:
Tak, mamy to szczęście, że nasi rodzice bardzo wspierają ten serial i mu kibicują.

Pamiętacie, jak wyglądała Wasza edukacja seksualna? Bo jestem pewna, że nie tak, jak w serialu. Czytałam dużo komentarzy w stylu „żałuję, że nie obejrzałam tego, jako dziecko”. Kedar:
W zasadzie to miałem bardziej biologie o systemie rozrodczym niż jakąkolwiek edukacje seksualną, a już z pewnością nie mówiło się nic o uczuciach czy czymkolwiek innym. Bardzo bym chciał widzieć w szkołach otwarty dialog, wyjaśniający problemy.

Connor:
Ja pamiętam jedynie zupełny brak edukacji seksualnej, kompletnie nic, nawet jakichś podstaw, takich jak używać antykoncepcji. Musieliśmy wszystkiego uczyć się metodą prób i błędów, co jest bardzo niebezpieczne i może być tragiczne w skutkach. Dlatego uważam, że nasz serial jest bardzo ważny, zakładając oczywiście, że dalej tak są uczone dzieci, ale mam wrażenie, że tak niestety jest.

(fot. materiały prasowe Netflix) (fot. materiały prasowe Netflix)

Czy widzieliście jakieś podobieństwa pomiędzy Waszymi doświadczeniami z liceum, a tym co odgrywaliście w serialu? Connor
: Nie bardzo, a jeżeli już to bardziej w kontekście postaci jako takiej, a nie liceum. Moje liceum zdecydowanie nie wyglądało, jak to z serialu, które jest absolutnie wyjątkowe. Ale z punktu widzenia postaci: oczywiście, w każdej osobie z tego serialu widzę jakąś cząstkę mnie. Co do Adama - to utożsamiam się z pewnością z tym, jak stawia mur dookoła siebie, żeby trzymać wszystkich na dystans, żeby czuć się bezpiecznie. Takie trochę uciekanie od problemów.

Czy przy powstawaniu serialu mieliście doradców medycznych lub innych ekspertów, którzy dbali o to, by wszystko było zgodne z prawdą? Mogliście się z kimś skonsultować? Connor:
Mieliśmy tak zwanego "eksperta do spraw intymnych", do którego mogliśmy iść z różnymi pytaniami, dotyczącymi tego, jak coś rzeczywiście się robi, albo jak coś wygląda. Jak mieliśmy problem z tym, jak podejść do konkretnego tematu to zawsze mogliśmy porozmawiać z tą osobą, czy nawet wysłać jej maila. Jak czuliśmy się dziwnie lub byliśmy niepewni, to pomagała nam uspokoić nasze myśli, także było to bardzo pomocne, żeby też nie wprowadzić nikogo w błąd.

(fot. materiały prasowe) (fot. materiały prasowe)

Co uważacie o zarzucie, że zrobiliście kontrowersyjne show, w którym wygląda, jakby szalone nastolatki ciągle uprawiały seks? Niespecjalnie jest to show familijne? Kedar:
Raczej trzeba spojrzeć na serial jako całość, a nie tylko trywializować jako nastolatków uprawiających seks. Trzeba to rozumieć jako szerszy problem, który rzeczywiście istnieje - brak wiedzy na temat seksu u nastolatków i mnóstwo problemów. Oczywiście dla rodziców może być to niekomfortowe oglądać ze swoimi dziećmi w telewizji, jak dwie osoby uprawiają seks, ale prawda jest taka, że zarówno oni, jak i dzieci ten seks uprawiali, bo inaczej by tych dzieci przecież nie było.

Connor:
Każda scena seksu w "Sex Education" przedstawia jakiś konkretny problem, czy jest istotna z punktu widzenia fabuły. Dzięki seksowi jest zaprezentowane, co nastolatkowie myślą, co przeżywają, a co najważniejsze z jakimi problemami się borykają. Nie jest to seks, który ma szokować, czy być kontrowersyjny, oburzać, ma być pewnego rodzajem katalizatorem.