1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Co jest ważne w relacji z przyjaciółką? Odpowiada Katarzyna Miller

Co jest ważne w relacji z przyjaciółką? Odpowiada Katarzyna Miller

Przyjaźnie też się kończą, umierają czy chorują. I też nie można mieć na to miejsce szybko kogoś innego - przyjaźń się buduje. (fot. iStock)
Przyjaźnie też się kończą, umierają czy chorują. I też nie można mieć na to miejsce szybko kogoś innego - przyjaźń się buduje. (fot. iStock)
Katarzyna Miller w rozmowach z Ewą Konarowską zastanawiają się, czego tak naprawdę szukamy w przyjaciółkach i czy rzeczywiście podobieństwo nas do siebie zbliża? 

Ewa: Co dla ciebie, Kasiu, jest najważniejsze w przyjaźni z kobietą? Kasia: To, jak się z nią czuję. Poza tym podobna postawa wobec życia, światopogląd, osobowość, która mnie ciekawi w niej, więc też chyba ją ciekawi we mnie. Coś, co mamy sobie do przekazania i do wzajemnego wzbogacenia.

Ewa: Ale jednocześnie podobieństwo... Kasia: Ja bardziej czuję to jako podobieństwo w emocjach - że jest mi przy tym kimś w miarę łatwo, ciepło, dość wesoło. To znaczy swobodnie. Nie trzeba się zastanawiać, o czym będziemy mówić, co robić, bo możemy milczeć albo możemy rozmawiać. To jest coś tajemniczego. Nie da się chyba inaczej tego nazwać niż "nasze aury pasują". To może być osoba zupełnie inna ode mnie, wielokrotnie mi się to zdarzyło. Nawet światopoglądy były różne. Ale to powietrze, które się tworzyło wokół nas, było pełne zgody na siebie, zaciekawienia, serdeczności, dobrego życia razem.

Ewa: Mówisz o rzeczach dla mnie mniej uchwytnych, leżących w sferze energii, trudno nazywalnych, a ku mojemu zaskoczeniu nie powiedziałaś tego, czego ja się spodziewałam: że ważna jest lojalność, przyzwoitość, dyskrecja. Nie wymieniłaś cech, które ja uważam za ważne i podstawowe w przyjaźni: oddanie, możliwość liczenia na siebie w trudnych sytuacjach. Kasia: Dla mnie najważniejsza jest wzajemna potrzeba siebie. Lojalność jest czymś oczywistym - jeśli jej nie ma, to nie będziemy przyjaciółkami. Natomiast ta potrzeba siebie zakłada, że myślę o mojej przyjaciółce, mam ochotę dzwonić i pytać, co u niej, pamiętam. Kiedy jest chora, to się troszczę, kiedy jest mi źle, nie wstydzę się zadzwonić i popłakać albo poprosić ją o pomoc i powiedzieć, że jej potrzebuję. Możemy razem nic nie robić, ale umiemy też wziąć się do jakiejś roboty, tak że jedna drugą stymuluje.

Liczenie na siebie pojawia się w trakcie zaciekawienia sobą. Sprawdza się, czy ta wzajemna potrzeba siebie przekłada się na różne dziedziny życia. Bo ktoś może być interesujący, ale niekoniecznie będzie zaraz moją przyjaciółką. Można się od czasu do czasu spotkać, spędzić miło czas czy sobie pogadać, ale nie myśli się o tej osobie wtedy, kiedy się chce porozmawiać o czymś bardzo ważnym.

Ewa: Czyli dochodzimy do tego, co dla kobiet jest ogromnie istotne, a mianowicie: zwierzenia. Kasia: I czy ufam tej osobie.

Ewa: Czy jej zdanie jest dla mnie na tyle ważne, że zapytam ją, co myśli o sprawach dla mnie naprawdę znaczących. Kasia: Zauważam, że niektóre z tych rzeczy są mi coraz mniej potrzebne. Gdy byłam młodsza, o wiele częściej odwoływałam się do opinii moich przyjaciółek. Teraz od dłuższego czasu już nie potrzebuję czyjejś rady w podejmowaniu decyzji, aczkolwiek może być mi potrzebne, by powiedzieć jej: "Wiesz, podjęłam taką decyzję", szczególnie kiedy ona zna drogę, która mogła do tego prowadzić.

Ewa: Pamiętam, że raz umówiłyśmy się, że zadam ci trudne pytania, których ty nie umiałaś sobie zadać. Wypróbowałam to też z moją inną przyjaciółką, Elą. Rzadko mamy możliwość, by się widywać, ale posiadamy umiejętność wzajemnego zadawania sobie trudnych pytań, których same nie mamy odwagi sobie postawić. Moim zdaniem potrzebna jest taka osoba, pomagająca podjąć decyzję. Wsparcie polega na pokazaniu innej opcji. Kasia: To jest wyższa szkoła jazdy, by dostać od przyjaciółki uczciwy punkt widzenia, prawdę i istotne informacje, a nie tylko mizianie się. O sobie myślę, że jestem taką przyjaciółką (choć "miziać" też się lubię). Ale straciłam jedną znajomą (nie mogę powiedzieć, że przyjaciółkę, bo właśnie się nią nie stała) dokładnie przez to, że coś świadomie sprawdziłam. Miałam poczucie ryzyka - co to będzie, jeśli jej powiem, że tak dużo opowiada o sobie, a mnie nie słucha. I niespecjalnie nawet pyta, co u mnie. Zapytałam, czy jej to nie interesuje, czy ona zawsze tak tylko o sobie. Już po dwóch, trzech pierwszych zdaniach odpowiedzi widziałam, że będzie niedobrze. Zaczerwieniła się, zrobiła spięta i okropnie pomieszana. Usłyszała tyle, że ja ją skrytykowałam, że jest niefajna, a to nieprawda, bo nie to mówiłam. Potem się okazało, że już w ogóle nic nie da się dalej.

Ewa: Powiem szczerze, że to ty mi zwróciłaś uwagę na coś, o czym nie wiedziałam przez wiele lat, że ja też mówiłam cały czas o sobie. I spotkałam wiele takich osób, które - podobnie jak do niedawna ja - uważają, że to jest objaw szczerości i wzajemności. Mówią: "A, wiesz, bo u mnie... Ja to mam tak a tak". W ich pojęciu jest to rewanż otwartości. Nie rozumieją, że nie odnoszą się wtedy do moich spraw, tylko do swoich. Kasia: To typowe. Pierwsza zaczyna mówić: "Wiesz, bo z moją mamą ostatnio...". A druga od razu: "A wiesz, ja z moją też...". I fru, leci... Tego szczerze nie szanuję, nie mam zamiaru uprawiać. Kiedy ze mną ktoś rozmawia o czymś ważnym dla siebie, to ja go słucham, pytam, odpowiadam, coś mówię od siebie, ale do niej, do jej tematu. I sprawdzam, czy tam coś jeszcze jest. Potem ewentualnie mogę powiedzieć, że mnie spotkało coś podobnego albo że ja to przeżyłam inaczej. Natomiast jeśli zaczynam mówić coś ważnego dla siebie, a ktoś na to: "Bo ja też" albo "Bo ja nigdy", to we mnie się wszystko cofa.

Ewa: Powiedz, skąd się bierze taki powszechny sposób komunikacji? Kasia: Czysty egocentryzm. Nieprzekroczony pierwszy poziom zrozumienia, że świat drugiego człowieka jest absolutnie odrębnym, równoprawnym światem. Prawdopodobnie innym, nawet jeśli nam się wydaje podobny, i należy poświęcić mu osobno uwagę, by kiedyś dostać odrębną uwagę dla swojego świata.

Ewa: Ale ciebie twój zawód tego wyuczył. Jesteś taką profesjonalną przyjaciółką... Kasia: Wypraszam sobie...

Ewa: No dobrze, jesteś uważną profesjonalną słuchaczką. Kasia: Dlatego uprawiam ten zawód, że jestem uważna dla ludzi. Odwrotnie niż sugerujesz - nie nauczyłam się uważności, bo wykonuję te zawód, tylko wybrałam ten zawód, bo interesuje mnie, co się dzieje w innych ludziach. Naprawdę mam - oprócz cudownie egoistycznego zainteresowania własną osobą, która jest dla mnie numer jeden - prawdziwe zainteresowanie dla drugiego człowieka, który jest dla mnie też numer jeden. Nie znaczy to, że kiedy go słucham, to siebie przekreślam. Jestem tylko naprawdę skupiona na tym, co się dzieje z nią lub z nim, bliska tej lojalności bez udawania. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła wtedy myśleć o niebieskich migdałach, a ciebie puszczać bokiem. Tak mogę traktować gadatliwą sąsiadkę, która mówi o nieistotnych sprawach. Mam taką jedną przyjaciółkę, pod tym względem jest rewelacyjna. Z nią zawsze mogą uzgodnić: "Czy ty, kochana, masz teraz czas, siłę i ochotę na omówienie ze mną ważnej dla mnie sprawy?".

Ewa: I jeśli ty odpowiesz, że dzisiaj nie, to co? Kasia: To ona mówi: "Aha, to zdzwonimy się jutro". I nie dzieje się tak, że ona ma poczucie krzywdy...

Ewa: A jeśli ci powie, że jesteś jej ostatnią deską ratunku? Kasia: Wtedy najprawdopodobniej sięgnę po rezerwy. Jeśli to moja przyjaciółka, tego samego spodziewałabym się przecież od niej. Aczkolwiek uważam, że nie wolno tego nadużywać. Zniesmacza mnie, kiedy ludzie mówią: "Mój przyjaciel ma mieć zawsze czas, kiedy ja go potrzebuję...".

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dla nastolatków najważniejsze są relacje przyjacielskie. To naturalny etap dojrzewania

Zamiast odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać im, jak być dobrym przyjacielem. (Fot. iStock)
Zamiast odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać im, jak być dobrym przyjacielem. (Fot. iStock)
Ten fakt może zasmuci rodziców, ale dla nastolatków najistotniejsze są relacje przyjacielskie. To naturalny etap dojrzewania, który przygotowuje ich do dorosłego życia i zdrowych relacji rodzinnych w przyszłości. Zamiast zatem odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać, jak być dobrym przyjacielem – przekonuje pedagożka Ewa Nowak.

Z powodu epidemii coraz więcej nastolatków spędza czas wolny w domach. I to, że mają rodzeństwo, nie rozwiązuje problemu, bo brat czy siostra – tak samo jako rodzice – nigdy nie zastąpią przyjaciół. Krewni, w tym właśnie rodzeństwo, zazwyczaj obracają się w tym samym kręgu, nie oferują więc niczego nowego. Przyjaźń zaś otwiera człowiekowi oczy na nowe światy. Czasem są to mroczne światy, ale przejście przez nie to proces rozwojowy.  W końcu, jak wynika z badań, na które powołują się autorki książki „Przyjaźń jako wartość w relacjach społecznych dzieci i młodzieży” – to przyjaciele zajmują pierwsze miejsce wśród zmiennych decydujących o stanie naszego ducha, przed pieniędzmi, wykształceniem i innymi zasobami indywidualnymi.

Siła równa grawitacji

Przyjaźń w okresie nastoletnim działa na zasadzie „my i reszta świata” – nawet jeśli przyjaciele są z punktu widzenia rodziców nieodpowiednim towarzystwem. Jak ogromna jest siła tej relacji, wie każdy rodzic, którego nastoletnie dziecko wróciło spóźnione, wzięło samochód bez pozwolenia czy pierwszy raz wypiło alkohol z kolegami. Dla przyjaciół młody człowiek sprzeniewierza się nawet kluczowym wartościom domu rodzinnego. Nastolatki bez trudu łączą skrajny altruizm wobec przyjaciela ze skrajnym egoizmem wobec wszystkich innych. To normalny i bardzo ważny etap rozwoju osobowości.

Kiedy wracasz po weekendzie do domu, a stan mieszkania wskazuje, że przez dwa dni trwała w nim nieustająca domówka, wiedz, że twoje dziecko testuje, jak bardzo chce się zaangażować w przyjaźń. Sprawdza, ile warte jest poświęcanie relacji z rodzicami na rzecz aktualnych przyjaciół. Psycholog i psychoterapeutka Agnieszka Binkul radzi, by wznieść  się wtedy ponad gniew i rozczarowanie swoimi metodami wychowawczymi i popatrzeć na sprawę z szerszej perspektywy. „Każ oczywiście posprzątać, wyraź swoje niezadowolenie, ale pamiętaj, że to przyjaciele pomogą twojemu dorastającemu dziecku uwolnić się od ciebie, przeciąć pępowinę i ruszyć z domu w świat. Dziecko musi symbolicznie zniszczyć rodziców, żeby później mogli oni zaistnieć w jego życiu na nowych warunkach. Musi się buntować, bo inaczej się od nich nie oddzieli” – wyjaśnia w książce Hanny Rydlewskiej „Po prostu przyjaźń”.

Przyjaźń to miłość okresu dojrzewania

Robin Dunbar, profesor antropologii ewolucyjnej z University of Oxford, w książce „Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek?” przekonuje, że grono naszych znajomych nie powinno przekraczać 150 osób – jeśli jest ich więcej, tracimy orientację. W ramach tej grupy najważniejsze jest 5 najbardziej zaufanych przyjaciół i członków rodziny, do których zwracamy się w potrzebie. Kolejne 15 osób to ci, których śmiercią bardzo byśmy się przejęli. Z pozostałymi łączy nas dużo mniejsza zażyłość.

Nastolatek, owszem, lubi mieć setki lajków, ale w odróżnieniu od rodziców wcale nie chce, żeby go wszyscy lubili i byli jego przyjaciółmi, bo czuje, że temu nie podoła. Woli, żeby lubiła go jedna ważna dla niego osoba. Utrata złudzenia, że zawsze będziemy przez świat lubiani, jest jednym z filarów dojrzewania.

W okresie nastoletnim przyjaźń ma siłę miłości. Jest tak samo ufna, zazdrosna i zaborcza. Gdy twoje dorastające dziecko traci przyjaciela, pęka mu serce. Dowód? Siedemnastoletni syn znajomych dokonał samookaleczenia. Po wielu dniach wyznał, że dwaj koledzy odtrącili go podczas lockdownu. Mieszkają blisko siebie, a on gdzie indziej.

Specyfika okresu dojrzewania sprawia, że w piramidzie stresu utrata przyjaciela jest punktowana równo ze śmiercią rodzica. Nie bagatelizuj tego i zrezygnuj z płytkich pocieszeń, tzw. dobrych rad typu: „Każda przyjaźń przecież się kończy. To była taka szkolna znajomość, ale zostaną ci piękne wspomnienia”, „A może zadzwonisz do Helenki? Może pójdziesz do Stasia?”. A zwłaszcza nie podsuwaj rozwiązań w stylu: „Weź się lepiej do nauki, zamiast wymyślać głupoty”.

Przypomnij sobie, jak ty się czułeś, kiedy zostałeś pozbawiony tak ogromnego emocjonalnego oparcia, jakim był przyjaciel. Zasmuć się razem z nastolatkiem. Potwierdź, że ma prawo czuć się parszywie, bo przyjaźń to ogromna wartość w życiu. A żadna inna relacja nie pozwala mu się czuć równie autentycznym. Nastolatek nie oczekuje od ciebie, że dokonasz cudu ani że obrzucisz jego przyjaciela błotem. On chce tylko, żeby rodzice dali mu prawo poczuć się skrajnie źle.

Bezpośrednio po porzuceniu przez przyjaciela nie należy tego robić, ale gdy emocje nieco opadną, warto zwrócić uwagę nastolatka na to, że on też rani, też porzuca, też odchodzi i na pewno kogoś już rozczarował. Warto uświadomić mu, że ludzie mają prawo do odmawiana, w tym do odmówienia dalszej przyjaźni. Przyjaźń to bardzo dobry temat na rozmowy o przemijaniu i tym, że to, co się kończy, nie przestaje być wartościowe, że trzeba doceniać to, co się nam przytrafia, a nie zakładać naiwnie, że zdrowie, młodość i przyjaciół uda nam się utrzymać do końca życia.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

Lekcja przyjaźni

  • Staraj się, żeby twoje dziecko, na ile tylko się da, spędzało czas wśród rówieśników. Zapisuj je na zajęcia, woź i przywoź, zapraszaj do domu jego kolegów, zabieraj ich na działkę, na ferie, pozwalaj nocować razem i robić imprezy.
  • Nie neguj pozytywnych uczuć dziecka do drugiej osoby. Czasem możesz być o nie zazdrosny, ale to ty musisz sobie z tym poradzić.
  • Podkreślaj wagę posiadania przez twoje dziecko przyjaciół. Mów z dumą: „To jest przyjaciółka mojej córki, wspaniała dziewczyna”.
  • Miej swoich przyjaciół i szanuj ich. Niech nastolatek widzi, że przyjaźń jest w waszej rodzinie ceniona i może trwać mimo różnic poglądów.
  • Podkreślaj, że cenisz ludzi, którzy mają przyjaciół. Niech to będzie czynnikiem pozytywnie świadczącym o twoich znajomych i w ogóle o ludziach.
  • Naucz swoje dziecko autorefleksji. Zadawaj mu pytania: „Jakim ty jesteś przyjacielem? Co ty dajesz od siebie? Co robisz dla przyjaciół?”.

Matka czy przyjaciółka?

Pyta dziennikarka Beata Pawłowicz. Odpowiada dr Tomasz Srebnicki, certyfikowany terapeuta poznawczo-behawioralny, starszy asystent w Klinice Psychiatrii Wieku Rozwojowego WUM.

Czy to dobrze czy źle, gdy rodzice i dzieci nazywają się przyjaciółmi? Zacznę od tego, że kiedy rodzi się twoje dziecko, razem z nim rodzisz się nowa ty – ty jako rodzic. A więc masz dorosnąć! Ale też pojawia się wtedy na nowo stara ty, czyli ty jako dziecko, którym byłaś. Bo wiele rzeczy z twojego dzieciństwa zacznie ci się teraz przypominać. Świadomie lub nie będą one wpływały na to, jaką okażesz się matką. I dla przykładu, jeśli z rodzicami kojarzą ci się: surowość, nadmierne wymagania, krytyka, to prawdopodobnie nie zechcesz być taką matką dla swojego dziecka.

Mogę wówczas chcieć być jego przyjaciółką? Możesz, możesz też nie stawiać mu żadnych wymagań. Odrzucisz je razem z tym, co bywa w nich dobre, jak nauka definiowania i rozwiązywania problemów. Zapewne też będziesz unikać jakiejkolwiek krytyki twojego dziecka. Ale nazywanie dobra i zła po imieniu jest mu potrzebne. Podobnie jak akceptacja błędów jako niezbędnego elementu uczenia się życia. Możesz też traktować dziecko tak, jakby było twoim rówieśnikiem: zwierzać się mu, nosić podobne ubrania, czy kolegować się z jego przyjaciółmi ze szkoły. Jeśli tak się stanie, niech to będzie dla ciebie znak, że być może sama jeszcze nie wyszłaś z dziecięcego pokoju. Siedzisz w nim i, co gorsza, jest ci tam źle. Szukasz więc sobie towarzysza w niedoli. Taka postawa, taka niedojrzałość mamy stwarza ryzyko, że dziecko nie będzie miało takiego rodzica, jakiego potrzebuje.

To poproszę o porady dla zagubionych, niedojrzałych mam i ojców, którzy chcieli do tej chwili, by ich córki czy synowie stali się ich przyjaciółmi. Rodzic, o którym da się powiedzieć, że jest udany, nie może podszywać się pod przyjaciela swojego dziecka. Podobnie jak nie może stać się ojcem tyranem czy przybrać maskę „poświęcającej się” matki. Bo każdy z tych rodziców przyjmuje wobec dziecka niedobrą dla jego rozwoju postawę. I to niezależnie od tego, jakie jest to jego dziecko, nie stwarza mu odpowiednich warunków rozwojowych.

Fragment pochodzi z książki "Niezwykły rodzic" (do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep).

  1. Psychologia

"Smutek dzielony z drugą osobą jest połową smutku,  radość dzielona z kimś jest podwójną radością". O sztuce przyjaźni

Niezachwianym filarem prawdziwej przyjaźni zawsze była i jest życzliwa wymiana uczuć. (Fot. iStock)
Niezachwianym filarem prawdziwej przyjaźni zawsze była i jest życzliwa wymiana uczuć. (Fot. iStock)
Budowanie przyjaźni jest jak misterne wyplatanie koszyka. Musisz umieć się zatrzymać, poświęcić czas, mieć cierpliwość i zaangażować się w szczegóły, by powstało coś pięknego. Najpierw jednak… otwórz serce. Bo czasem nic plus twoi przyjaciele równa się mnóstwo czegoś. Oni stają się fragmentem twojej biografii jak data urodzenia czy imiona rodziców.

Czy masz choć jedną, a maksymalnie trzy osoby, z którymi podzieliłbyś się uczuciami w chwili załamania? A takie, którym możesz złożyć niespodziewaną wizytę bez potrzeby usprawiedliwiania się? Potrafisz wskazać ludzi, z którymi spędzasz czas na rekreacji i zabawie? Istnieje ktoś spoza rodziny, kto pożyczy ci pieniądze, gdy będziesz potrzebować, lub pomoże w sposób praktyczny, gdy zajdzie konieczność? Pomysłodawcą tych pytań, diagnozujących kondycję bliskich relacji, jest autor książki „Sztuka przyjaźni”, psychoterapeuta i pastor Alan Loy McGinnis. Warto je sobie zadać.

Należysz do szczęśliwców, którzy na większość pytań odpowiedzieli twierdząco? Zachowałeś więc umiejętność pielęgnowania związków, obdarzania ich troską i uwagą. Jednak jeśli dominują u ciebie negatywne odpowiedzi, straciłeś zręczność w sztuce przyjaźni. Być może skupiłeś się na samorozwoju, zarabianiu pieniędzy, zbawianiu świata. Może schowałeś się w domu w lęku przed innymi albo poświęciłeś się obowiązkom rodzinnym, nie bacząc na przyjaciół. A to właśnie oni pomogą ci dostrzec chwile szczęścia, pokazując ci, czym jest bliskość. Zapewnią odpoczynek od zwyczajności. Zaakceptują wszystko, co chciane w tobie i niechciane.

Sednem przyjaźni jest wzajemna życzliwość, możliwość polegania na sobie, dzielenia się przeżyciami i wzajemna odpowiedzialność za siebie dwóch osób. Wszystkie te aspekty – już zdaniem starożytnych epikurejczyków – niosły potencjał uniesienia, nieporównywalny z inną rozkoszą. Amicycja – bo tak o niej mówili – to wcale nie koleżanka z dużym biustem, jak żartował Leszek Niedzielski w kabarecie Elita. To jedna z najbardziej cenionych w historii, szczęściodajnych cnót. Chciałbyś się w niej zrealizować? Jak wszystko, co wartościowe, nie spadnie ci z nieba.

Przyjaźń według badań CBOS-u jest istotną wartością tylko dla co dziesiątego Polaka. Bo pojawiło się na świecie wiele wartości konkurencyjnych. Rozwój, rozrywka, wygoda nie są niczym zdrożnym. Potrafią nadać życiu rytm i treść. Mogą uszczęśliwiać. Ale nie są to wartości więzotwórcze. Bo zamiast pobyć z kimś razem, idziesz na zakupy. Zamiast poświęcić czas czyjejś sprawie, zamykasz się w wyścigu po doktorat, podwyżkę czy awans. Wspaniale. Tyle że robisz to solo, więc na końcu ścieżki też zostaniesz sam. Będziesz świętował we własnym towarzystwie, bo gdy nie masz przyjaciół, twój sukces nikogo oprócz ciebie nie ucieszy.

– Uczucia szczęścia nie da się na dłuższą metę generować samodzielnie – twierdzi psycholog Violetta Nowacka z poradni SELF Przyjazne Terapie w Poznaniu. – Jeśli o naszym powodzeniu wie przyjaciel, a my mamy świadomość, że cieszy się nim, odczuwamy radość na znacznie głębszym poziomie. Kilkakrotnie dłużej też utrzyma się ona w naszym ciele.

Może więc zanim pozostawimy przyjaźń na trzecim planie życia, warto wejrzeć w swój system wartości, nazwać każdą z nich i uszeregować je według kryterium ważności. A potem zadać sobie pytanie, które z nich rzeczywiście są dla mnie istotne. Z ręką na sercu przyznać, w jakim stopniu faktycznie odzwierciedlamy je w życiu. Zdecydowałeś, że chcesz przyjaźni? Przypomnij sobie, jak ją uprawiać. Panuje obiegowa opinia, że podwaliną bliskich relacji są wspólne rozrywki, poglądy, zainteresowania. Słyszymy wokół, że wielkie znaczenie ma ilość wspólnie spędzanego czasu, wzajemne obdarowywanie się przysługami czy prezentami. Tymczasem to tylko dodatki do autentycznej przyjacielskiej relacji. Bo jej niezachwianym filarem zawsze była i jest życzliwa wymiana uczuć.

Wiążę się, bo czuję

Od początku dziejów przyjaźń uważana była przez filozofów za niezbędną do życia. Arystoteles wyróżniał jej trzy rodzaje. Pierwszą – opartą na przyjemności, drugą – na pożytku i trzecią – na tzw. dzielności etycznej, czyli na cnocie. Ten trzeci rodzaj relacji przyjacielskiej szanował i uznawał za właściwy, bo tylko ukierunkowana na dobro drugiego człowieka, a nie na korzyści wynikające z obcowania z nim, miała dla niego wartość. Współczesna psychologia wniosła do tej definicji jeszcze jeden aspekt. Emocjonalną naturę przyjaźni. Staje się ona bowiem autentyczną więzią wtedy, gdy potrafimy dedykować ją uczuciom. Mówi się, że smutek dzielony z drugą osobą jest połową smutku, a radość dzielona z kimś jest podwójną radością. To instrukcja, jak budować rusztowanie dla przyjaźni.

Wbrew pozorom mniej ważne, jak często się spotykacie i czy lubicie te same filmy. Drugoplanowe, czy blisko siebie mieszkacie i czy zaliczyliście w życiu podobne doświadczenia. Nie zaprzyjaźnisz się z nikim naprawdę, jeśli nie zaczniesz dzielić się swoimi dobrymi i złymi uczuciami. Ani jeśli nie nauczysz się być odbiorcą dobrych i złych uczuć, którymi ktoś zechce się z tobą podzielić. Wszystkie dobre nawyki przyjaźni, które warto kultywować, wynikają z tej prawdy.

Otwarcie po wsparcie

Kobiety i mężczyźni zapytani o definicję przyjaźni określają ją, używając różnych słów. I tak… panie mówią o powiernictwie i zaufaniu, panowie zaś o towarzystwie osoby, którą lubią. Panie o dzieleniu się troskami i sprawami dnia codziennego, panowie – o tych, z którymi od czasu do czasu zagrają w tenisa.

– Dzielenie się uczuciami kobietom przychodzi łatwiej. Przekonanie o tym, że troski warto trzymać w sobie i nie obciążać innych, nie służy przyjaźni – mówi Violetta Nowacka. – Jeśli chcemy ćwiczyć umiejętność kształtowania bliskich związków, nauczmy się prosić o wsparcie. Zgłośmy się do przyjaciela i zapłaczmy. To właściwa reakcja. Rzucanie się w wir zakupów, morderczej pracy, ekstremalnych przygód, zamykanie się w sobie w kącie i czekanie, aż sam się zorientuje – to błąd. Przyjaciel nie czyta w twoich myślach. Otwarte zwracanie się do niego ze swoim bólem… to cnota.

Nie chcesz odreagowywać złych emocji na innych? Samo odreagowanie nie jest niczym złym. Najważniejsze, by robić to w kontakcie z drugą osobą, a nie jej kosztem. „Zaproś przyjaciela do swojej złości, do swojego smutku. Pozwól, by się w nich rozgościł, pobył z nimi. Z tobą. Zrozumiał, współodczuł. Powiedz mu, jak ci źle, patrząc mu prosto w oczy. Bez oporów, wstydu, owijania w bawełnę. A przyjdzie ulga”, pisze Alan Loy McGinnis w „Sztuce przyjaźni”.

A kiedy załamany przyjaciel zapuka do ciebie? Ważne są dwie rzeczy. Pierwsza – znajdź czas dla niego, gdy tego potrzebuje, a nie po pracy, w sobotę, za dwa dni. Druga – gdy już dojdzie do spotkania, nie przechodź od razu do znajdywania gotowych rozwiązań.

Uprawianie cnoty przyjaźni to przede wszystkim wewnętrzna zgoda, że część twojego życia oddajesz bliskiej osobie. Określony czas, energię, uwagę, które nie będą już należeć do ciebie. To gotowość do bycia dla drugiego człowieka. Cena za stabilność i szczęście w bliskości. Sztuką jest też współtworzenie z kimś przestrzeni, w której powie wszystko, co zechce. Wyrazi uczucia, z którymi do ciebie przyszedł. Zwerbalizuje je, a zarazem wypowie je ciałem w postaci łez czy zaciśniętych pięści. Prawdziwy przyjaciel nie przerwie drugiemu, wysłucha. I dopiero potem zdecyduje się powiedzieć: „Bardzo ci współczuję”. Przytuli. Pocieszy.

– Czasem popełniamy błąd, przechodząc od razu do praktyki pomagania, wymyślania rozwiązań. A umiejętność uważnego słuchania, okazywanie zrozumienia dla wszelkich uczuć, nieprzerywanie czy dotyk, bywają cenniejsze. Dają poczucie uwolnienia. To realna pomoc – uważa Violetta Nowacka. – Podrzucanie przedwcześnie gotowych recept nie pomaga rozładować emocji. Ale gdy to już się stanie, podpowiadanie rozwiązań bywa niezbędnym etapem spotkania z przyjacielem w potrzebie, szczególnie gdy jest mężczyzną. Dla panów pomysł na „następny krok” bywa warunkiem koniecznym, by spełnili się w bliskim kontakcie. Paniom wystarcza czasem ukojenie.

Za rękę po jasnej stronie

Od lat krąży przysłowie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Tymczasem oddany kompan zjawi się przy tobie w każdej sytuacji. Zapraszanie go do swojej radości, odnajdywanie energii i czasu, żeby z nim świętować własne sukcesy, to element praktyki dobrej przyjaźni. Istotą więzi są emocje, więc wspólne oblewanie podwyżki, zmiany pracy, zażegnania zmartwień nie spełnią swojej roli, jeśli na tym poprzestaniesz. Spełni, jeśli wyrazisz radość ze swojego sukcesu w obecności towarzysza. I jeśli zadedykujesz mu ten sukces.

Dzielenie się dobrymi uczuciami bywa tak trudne jak wyrażanie tych uważanych za złe. Doceniaj więc siebie, pokaż, jak cieszy cię twój sukces. I jak ważne jest, że możesz go dzielić z taką osobą. Twój przyjaciel poczuje się jego współtwórcą. Okaż mu wdzięczność za to, kim się dla ciebie stał, i doceń jego wkład w twój dobrostan. Wiele poradników o przyjaźni rozpisuje się na temat rytuałów, jak konieczność regularnych spotkań czy sprawianie bliskim dziękczynnych upominków. Jak twierdzi Violetta Nowacka, tak jak żaden rytuał pozbawiony emocjonalnego przeżycia, tak i sam prezent nie zacieśni więzów przyjaźni. Uczyni to zaś wypowiedzenie podziękowań z otwartym sercem i patrzenie towarzyszom w oczy.

A jeśli to przyjaciel jest tym, któremu się powiodło, i zaprosił cię do świętowania? Sztuką, którą możesz ćwiczyć, jest zaangażowanie w jego radość. Umiejętność kibicowania mu, cieszenia się jego szczęściem, gratulowania, okazywania podziwu. Bez żalu. Udawania. Ale jeśli zamiast dobrych uczuć poczujesz wtedy zawiść czy złość, znaczy to, że mógłbyś najpierw zmienić siebie, zanim sięgniesz po praktykę bliskości. Bo nic bardziej nie zniszczy plonów przyjaźni niż twoje złe myślenie o sobie samym.

  1. Psychologia

Gdy przyjaciel staje się wrogiem

W przyjacielu możesz się przejrzeć jak w lustrze. To, co drażni cię w nim, znajdziesz też w sobie. (Fot. iStock)
W przyjacielu możesz się przejrzeć jak w lustrze. To, co drażni cię w nim, znajdziesz też w sobie. (Fot. iStock)
Ponoć pokrewne dusze zawsze znajdą do siebie drogę. I tkwi w tym głęboka prawda. Druga brzmi mniej optymistycznie, bowiem tylko ci, którym ufasz, mogą cię zdradzić czy zranić. Trzecia pozbawia złudzeń, bo najszybciej to właśnie przyjaciel przyczyni się do twojego upadku, skaże na samotność. A czwarta prawda… budzi nadzieję.

Wyrzuty, pretensje, szkalowanie w sieci, na koniec list do zwierzchnika, po którym Adę zwolniono ze stanowiska konsultanta w urzędzie pracy. Kłopotami zakończyła się jej blisko siedmioletnia przyjaźń z Gosią, zabawną i gadatliwą badaczką wschodnich kultur. Poznały się na pokazie filmów arabskich. Małgosia powiedziała dowcip, po którym śmiały się do łez. Rozumiały świat podobnie, inaczej żyły. Uzupełniały się i wzajemnie podziwiały w sobie to, co było mocną stroną każdej. Ada, stabilna mężatka, zmęczona monotonią pracy. Postrzelona Gosia, pochłonięta pasją naukową, sypiąca anegdotami z rękawa, była dla Ady odskocznią od szarości. Z kolei przeżywająca zawody miłosne Gosia mogła liczyć na jej wsparcie. Wiedziała o Adzie wszystko. O konflikcie z szefem na wiecznym rauszu, marzeniu o własnej poradni. Po pięciu latach Gosia wyjechała na stypendium do Belgii.

Pewnego dnia po powrocie do domu Ada znalazła na Skypie wiadomość: „Mam raka. I tylko Ciebie. Małgorzata”. Zaczęło się szukanie pomocy, doktorów, szamanów. – W ciągu 18 miesięcy byłam u Gosi osiem razy. Stałam się opiekunką, kasą zapomogowo-pożyczkową, matką i ojcem. Następnie wybawcą, wróżką i księdzem. Operacja zwróciła Gosi siły, emocjonalnie nie mogła do siebie dojść – mówi Ada. – Zatraciły się granice. Jej apetyt na wsparcie eskalował tak, że stał się nie do przejścia. Nie było próśb, ale roszczenia. Bo prawdziwy przyjaciel „musi”, „ma obowiązek…”. Powiedziałam: „Mam swoje życie. Będę cię wspierać, ale nie pięć razy dziennie. Nie przyjadę w tym roku więcej. Wykorzystałam cały urlop. Masz się lepiej, więc usłysz własne myśli. Zostań z nimi choć na chwilę sama”.

Wściekłość na „odrzucenie chorej i samotnej w najgorszej chwili”. Taka była reakcja Gosi. Ada starała się tłumaczyć. Na próżno. Na portalu ZnanyLekarz.pl znalazła wpis, że jest niekompetentnym doradcą i psychologiem. Że krzywdzi ludzi. Po adresie IP ustaliła autora. Miesiąc później na dywaniku z ust przełożonego usłyszała to, co mówiła o nim przyjaciółce. Wraz z określeniami, jakich w emocjach użyła. „Frajer” i „moczymorda” nie przedłużył jej więc umowy. Ada zablokowała kontakty z Gosią.

Wyjątkowo bolesny finał? Przeciwnie. Historia jakich tysiące. W ankiecie przeprowadzonej na jednym z portali internetowych „Czy zdarzyło się wam kiedykolwiek, by największy przyjaciel stał się waszym największym wrogiem?” aż 61 procent odpowiedzi okazało się twierdzące. To prawie dwie trzecie korzystającej z Internetu populacji. Reszta? Ma takie doświadczenie przed sobą lub jest siebie na tyle świadoma, by wiedzieć, jak zarządzać kryzysem, nim wróg sięgnie po nóż. Bo z racji natury głębokiej zażyłości przynajmniej raz w życiu bratnia dusza staje się naszym antagonistą, rywalem, adwersarzem, balastem, zaborcą czy napastnikiem.

Cudownie z bratnią duszą

Potrzeba przyjaciół jest naturalnym pragnieniem na każdym etapie życia. Ich brak zaś bywa tak niebezpieczny dla zdrowia jak palenie i złe odżywianie. Osoby utrzymujące relacje społeczne mają o połowę więcej szans na przeżycie niż samotnicy lub ci, którzy ograniczają kontakty do małżeńskich. Czym to tłumaczyć? Z badań amerykańskiej terapeutki dr Samanthy Linenburg wynika, że przyjaciel daje więcej sygnałów akceptujących i wspierających niż kolega z pracy czy współmałżonek. Zaobserwowała też, że hojniejsze są panie, bo gdy rozmawiają z mężem, mogą liczyć, że pokiwa on głową raz na 5 minut. A przyjaciółka zrobi to średnio co 43 sekundy. Zwroty „rozumiem” albo „tak, oczywiście” padną z ust męża co 7 minut. Ona wypowie je w rozmowie co półtorej minuty. Czyżby więź z bratnią duszą była głębsza niż więzy krwi? Mówi się, że „przyjaźnie to rodzina z wyboru”. Bo nie zawieramy ich z przypadkowymi osobami, które staną na drodze. Bliskich kolegów… właśnie wybieramy. Otaczamy się ludźmi do nas podobnymi. Na początku idealizujemy ich, uważamy za niepowtarzalnych. Ale oczarowanie na pierwszych spotkaniach, wspólnota doświadczeń czy zainteresowań, jaka nas wtedy cieszy, to sprawa drugorzędna.

Jak uważa Anna Lissewska z gabinetu psychoterapii psychoanalitycznej w Olecku, pracująca również online, głównym motorem do poszukiwania przyjaciół są deficyty z dzieciństwa i wynikające z nich sposoby radzenia sobie w dorosłym życiu. Bo szukamy osób, które zaspokoją nasze emocjonalne głody, np. potrzebę opieki czy akceptacji. Zawierając przyjaźń, pokładamy w niej więc konkretne, nieświadome oczekiwania.

– Problem w tym, że wybrana osoba czuje ten sam głód, tylko inaczej próbuje go zaspokoić, np. dając innym to, czego sama potrzebuje. Stąd częste układy ratownik i ofiara, zaradna i niezaradna, odpowiedzialna i niefrasobliwa. Nietrudno się domyślić, że głodny w roli karmiciela długo nie wytrzyma, więc konflikt to kwestia czasu – mówi. – Pokrewna dusza jest do nas podobna zwłaszcza w tych negatywnych aspektach, których nie jesteśmy w stanie w sobie zaakceptować, a nawet ich tam dostrzec. Przyjaciel służy więc do tego, by męczyć się z nim, a nie ze sobą. A gdy już mamy dość, nadzieja, że pozbędziemy się trudnego kawałka siebie, wyrzucając go z życia razem z kimś bliskim, popycha nas do zerwania znajomości.

O ile łatwiej zastanawiać się nad niezaradnością koleżanki, niż mierzyć się z tym deficytem w sobie. Nasze poczucie wszechmocy ucierpiałoby przecież. O ile wygodniej nie zajmować się własną agresją, tylko mieć za kumpla furiata. Będzie złościł się „za nas”, byśmy mogli w tym czasie odgrywać przed własną osobą ostoję spokoju. O ile prościej spędzać czas z kimś odrobinę chciwym, niż dostrzec, że sami większość dnia skupiamy się na pieniądzach. Musielibyśmy przyznać się do nikczemnej natury, a my wolimy myśleć o sobie, że jesteśmy szlachetnymi altruistami.

– Przyciągamy konkretne osoby. Jeśli ktoś nie dysponuje „właściwym zapleczem”, to między nami nie kliknie – kwituje Anna Lissewska.

Wciąż doktor Jekyll czy już pan Hyde

„W jednej chwili zmieniła oblicze o 180 stopni. Ze skupionej, rzeczowej osoby zrobił się rozkojarzony potwór”. „Zostawiła mnie samą! Sadystka!”, „Nie zniżyłabym się do podrywania faceta koleżanki. Mam chęć oblać kwasem jej piękną buzię”. Przez chwile, w których przyjaciel staje się wrogiem, przebija zaskoczenie. Ale też rozczarowanie i złość. Czasem potrzeba okrutnej zemsty albo… odcięcia się od obiektu niechęci. Gdy przychodzi moment niespełnienia oczekiwań przez osobę bliską, pojawiają się opór i agresja. Czasem próba manipulowania jej poczuciem winy.

Jak mówi poznańska psycholog i psychoterapeutka Monika Osakiewicz, zapłonem takiej sytuacji bywa kropla przelewająca czarę goryczy. Np. zbyt przesadne roszczenie strony, która uważa, że druga nie sprostała „obowiązkom prawdziwego przyjaciela”. – Do konfliktu prowadzić też może zwlekanie z postawieniem komuś granic. Dajemy sobie wejść na głowę, nie chcąc urazić bratniej duszy. Ale poczucie bycia wykorzystanym i złość kumulują się. Stajemy się bombą zegarową z opóźnionym zapłonem – wyjaśnia. – Czasem do waśni dochodzi po latach świetnych stosunków. Bo nie aktualizujemy własnych map. Brak nam uważności na kogoś, z kim znamy się przecież jak łyse konie. I pewnego dnia zdziwieni orientujemy się, że to ktoś całkiem inny niż ta cudowna osoba sprzed lat. Zmiana budzi sprzeciw. Znacznie łatwiej wtedy zobaczyć kogoś w negatywnym świetle, źle go ocenić, przypisać mu całe zło.

– Podświadomość nie zna słówka „nie”. Gdybyśmy przyjrzeli się z bliska sytuacji pomstowania na wroga, dostrzeglibyśmy, że mówiąc: „Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła”, „nie zniżyłabym się do…”, „nie rozumiem, jak można być tak…”, odżegnujemy się od własnych, niechcianych przywar czy pobudek. Po to, by toczyć z nimi walkę. Ale nie w sobie, tylko w kimś – tłumaczy Anna Lissewska. – Takie radzenie sobie z niechcianymi aspektami nas samych jest lżejsze. Nie wymaga gorzkiej konfrontacji z prawdą o sobie. Im bardziej zależy nam na tym, by jej nie zobaczyć, tym bardziej „wpychamy” ją komuś i nie potrafimy go znieść. Pojawia się wrogość, eskaluje konflikt, wybucha wojna. Najczęściej zrywamy wtedy kontakt z ekstowarzyszem. Mamy nadzieję, że wraz z nim odejdą z naszego życia słabość, złośliwość, interesowność, okrucieństwo, brak wyczucia itd. Całe zło, przez które nie moglibyśmy spać, gdybyśmy je u siebie zobaczyli. Ale czy to skuteczna strategia? Nie bardzo. Bo po śmiertelnym wrogu nie ma śladu. A nasze ja… wciąż paskudne.

Dzięki wrogom zdrowiejemy

Jak wynika z badań TNS, Polacy wolą więzi towarzyskie z osobami tej samej płci. Co więcej, zapytani o trzech najlepszych przyjaciół, w 58 procentach wskazują same kobiety, a tylko w 3 procentach samych mężczyzn. Czy łamie to stereotyp o silniejszej męskiej przyjaźni i płytszych relacjach między kobietami? Według prof. Janusza Czapińskiego tak. Ale w badaniu najciekawsze jest to, że co czwarty Polak w ogóle nie ma przyjaciela. Wzajemna niechęć wrogów eskaluje i padają słowa, po których trudno odbudować więź. Zapiekły konflikt z czasem blednie, a my… nie potrafimy wyciągnąć do siebie ręki. Przyjaciel maluje się w naszej pamięci jako życiowa pomyłka, największy zawód. Nie potrafimy wybaczyć. To przepis na samotność. Trudno nam zbudować kolejną relację w obawie przed powtórką z rozrywki. Co jest rozwiązaniem? Obłaskawić wroga, odzyskać przyjaciela. Bo konflikt służy czemuś dobremu. Rozwojowi naszej wspaniałości, wewnętrznemu zdrowieniu, pogłębianiu związków.

– Od wroga możemy wziąć więcej niż od przyjaciela. Pod warunkiem że umiemy przyjąć do siebie „zło”, które mu przypisaliśmy. Zobaczyć je w sobie. A gdyby to było proste, nie mielibyśmy wojen – mówi Anna Lissewska. – Po pierwsze, nasz przyjaciel-wróg musi być na tyle dla nas ważny, byśmy chcieli o niego walczyć. Zebrać w sobie moc pokory, odpuścić, zadzwonić i powiedzieć: „Wiesz, poniosło mnie, wybacz mi, przepraszam”. Po drugie, musimy wszystkiemu, czego w nim nienawidzimy, przyjrzeć się jako swojemu. Ego schować do kieszeni i przełknąć gorzką pigułkę wiedzy na swój temat. Wróg rozpoznany w sobie chroni przyjaźń przed konfliktem, bo przestajemy nieświadomie popychać bratnią duszę do odegrania roli nieprzyjaciela.

– Niska samoocena nie pomoże przejść z otwartym sercem przez urazę – mówi Monika Osakiewicz. – Zdarza nam się myśleć, że hołubienie niechęci to zadawanie bólu wrogowi. Ale pielęgnując negatywne emocje do innych, osłabiamy własne siły. Wieloletnia zadra czyni spustoszenia w naszej zdolności do szczęścia i w układzie odpornościowym.

Gdy przyjaciela-wroga przestajemy traktować źle, nie prowokujemy go, nie ma na co reagować. Konflikt słabnie. Nasze serdeczne słowa rozbrajają jego napięcie. Tworzy się przestrzeń do zgody. Ale czy nasz eksprzyjaciel poda nam rękę?

Zażegnanie konfliktu wymaga skruchy dwóch stron. Obopólnego przyznania się do błędu. Rozprawienia się z własną niedoskonałością. Jednak nad pokrewną duszą nie mamy kontroli. Jak pisał amerykański autor bestsellerów dla młodzieży David Levithan: „Masz wpływ na wybór swoich przyjaciół. Masz wpływ na kształt swojego nosa. Ale nie masz wpływu na kształt nosa swoich przyjaciół”.  Jeśli zdecydują się odejść, życz im szczęścia.

  1. Psychologia

Urlop ze znajomymi - jak wyjechać i wrócić w przyjaźni?

Jadąc na urlop z przyjaciółmi, nie zakładajmy, że będzie świetnie, bo znamy się tyle lat. (Fot. iStock)
Jadąc na urlop z przyjaciółmi, nie zakładajmy, że będzie świetnie, bo znamy się tyle lat. (Fot. iStock)
Jadąc na urlop z przyjaciółmi, nie zakładajmy, że będzie świetnie, bo znamy się tyle lat. Ustalmy wcześniej zasady, a potem dajmy sobie trochę wolności. Wtedy czas spędzany razem będzie nam bardziej smakować – radzi psychoterapeutka Bianca-Beata Kotoro.

Przyjaźnili się dopóty, dopóki nie pojechali razem na wakacje. Często słyszysz takie historie? Oczywiście, wiele osób jedzie na wakacje w przyjaźni i wraca w przyjaźni, ale bywa też, że ludzie znają się od lat, zwierzają się sobie, znają swoje mocne i słabe strony, sądzą, że wspólny urlop będzie wspaniały, będzie ukoronowaniem ich relacji, a on okazuje się katorgą.

Dlaczego? W stosunku do wakacji tak jak do świąt Bożego Narodzenia mamy zwykle ogromne i nierealistyczne oczekiwania. Spodziewamy się idylli. Nawet partnerzy, którzy od miesięcy ze sobą nie rozmawiali, liczą, że kiedy tylko zmienią strefę czasową, ich związek rozkwitnie, a od dawna odkładane sprawy same się załatwią. Rzeczywistość nie jest w stanie sprostać temu magicznemu myśleniu. Poza tym urlop to czas, kiedy nareszcie możemy pozbyć się tych wszystkich masek, które na co dzień w różnych sytuacjach zakładamy. Wreszcie możemy być sobą, robić to, na co mamy ochotę, żyć według swojego rytmu. I może się okazać, że ten nasz rytm różni się od rytmu znajomych. My o 6:00 jesteśmy gotowi do działania, a oni stwierdzają: „Jakie śniadanie? I co z tego, że je opłaciliśmy?!”. Problem zaczyna się, gdy nie potrafimy zaakceptować tych różnic i oczekujemy, że druga strona się dopasuje.

Wcześniej nie widzieliśmy, że się różnimy? Widzieliśmy, ale łudzimy się, że nie będzie nam to przeszkadzać. Zwłaszcza jeśli nieraz wyjeżdżaliśmy razem na weekend i było świetnie. Ludzie często są zdziwieni, że mają takie dobre wspomnienia ze wspólnych wypadów, a urlop razem się nie udaje. Ale tu nie ma prostego przełożenia. W trakcie weekendowego wypadu jesteśmy na wysokich obrotach, nie zdążymy się sobą zmęczyć, sytuacji konfliktowych jest mniej, a my jesteśmy bardziej skłonni do współpracy. Jakoś idzie. Co innego, jeśli mamy spędzić ze sobą tydzień, dwa. Te wszystkie drobiazgi: „Mieliśmy pojechać na wycieczkę, ale wy nie wstaliście”; „Łazienka za długo jest zajęta” itd., zaczynają się nawarstwiać i stają się nie do wytrzymania. Na co dzień między przyjaciółmi też dochodzi do różnych konfliktów, bo przecież w przyjaźni nie chodzi o to, by głaskać się po głowie, ale potem wracamy do domu, mamy czas, by od siebie odpocząć, emocje opadają. Kiedy w czasie urlopu dzielimy ze sobą apartament, często nie ma na to miejsca.

Zwłaszcza gdy wierzymy, że z przyjaciółmi wszystko musimy robić razem. To częsty mit. Zrozumienie i zaakceptowanie tego, że nawet jeśli kogoś bardzo lubię, nie muszę być z nim 24 godziny na dobę, wielu osobom bardzo by pomogło. Nawet najwspanialszy tort czekoladowy przestanie nam smakować, jeśli będziemy go jeść przez tydzień bez przerwy. Oczywiście, jedziemy razem po to, by ze sobą być, ale jeśli damy sobie trochę wolności, to czas spędzany wspólnie będzie nam bardziej smakować, będzie jak wisienka na torcie.

Łatwo mówić. Poznałam kiedyś dziewczynę, która skarżyła się, że gdy pojechała ze swoją koleżanką z pracy na wycieczkę, ale nie spędzała z nią każdej chwili, nowi znajomi wciąż pytali ją: „To wy się  wcześniej znałyście? Dlaczego nie trzymacie się razem?”. My musimy bardzo dużo o sobie wiedzieć, żeby umieć oprzeć się temu, że komuś nie pasujemy do jakiegoś stereotypu. Jeżeli mamy silne poczucie własnej wartości i świadomość tego, co nam służy, to jesteśmy w stanie się obronić. Są jednak osoby, dla których ta presja będzie problemem. Nawet jeśli przez chwilę byli zadowoleni ze swojego wyboru, to otoczenie zasieje wątpliwości.

Niektórzy mogą też poczuć się odrzuceni. Pomyśleć: „Jak to? Znajomi nie chcą spędzać  nami czasu?”. Takie myślenie może wynikać z niskiego poczucia własnej wartości. Wtedy to, że przyjaciel chce spędzić czas sam, odbieramy osobiście i emocjonalnie. Myślimy: „Musiałam zrobić coś takiego, że ma mnie dość”. Najczęściej jednak jest to konsekwencja braku wcześniejszych ustaleń.

Warto przed wyjazdem zaproponować znajomym rozmowę o tym, jak sobie wyobrażamy nasze wakacje, jakie przyjmujemy zasady? Oczywiście.

Nie usłyszymy: „Zwariowałaś?! Przecież wakacje mają być na luzie, mamy robić to, co chcemy, a nie trzymać się jakiegoś planu!”? Pewnie usłyszymy. Można wtedy odpowiedzieć, że właśnie po to, by nie zwariować na wakacjach, wcześniej trzeba pewne rzeczy omówić. Powiedzmy np. „Ja na wakacjach czasem lubię zejść na śniadanie, a czasem zjeść w pokoju i nie chcę być do niczego zobligowana”. Jeśli druga strona ma tak samo, to świetnie. Ale jeśli np. chce od rana pływać na windsurfingu, ustalmy na przykład, że pierwszą połowę dnia spędzamy osobno, a drugą razem. Nie twierdzę, że mamy być sztywni, pewna elastyczność też jest potrzebna, ale omówmy podstawy, będziemy wiedzieć, na czym stoimy. Nie jedźmy z założeniem: „Będzie świetnie, bo znamy się tyle lat”.

Co trzeba omówić przed wyjazdem? Finanse. To, czy wykupujemy jedzenie w hotelu, czy będziemy gotować sami, czy się na coś składamy i na jakich zasadach. Pieniądze bardzo często są źródłem konfliktów, np. wyjeżdżają dwie pary, ustalają, że będą przygotowywać jedzenie razem i dzielić wszystkie koszty na pół. Potem się okazuje, że jedna osoba odlicza jedną czwartą wina, bo go nie piła, i podczas zakupów wyjmuje z koszyka zbyt drogie w jej mniemaniu produkty, bo „nie są niezbędne”, a druga nie zamierza odmawiać sobie lokalnych, nawet drogich, przysmaków. Jedni mówią „Miało być najtaniej”. Drudzy pytają: „A kto to powiedział?”.

Może lepiej nie mieć wspólnej kasy? Ja mogę tylko powiedzieć, że taki wniosek wyciąga po fakcie wiele osób. Można przygotowywać razem jedzenie, można chodzić razem do sklepu, ale do koszyka lepiej wkładać to, na co my mamy ochotę i za co sami zapłacimy. Możemy zaprosić przyjaciół na kolację, ale też bez oczekiwania, że się odwdzięczą.

A co zrobić, gdy nic wcześniej nie omówiliśmy, wyjechaliśmy i na miejscu nie możemy  się dogadać – znajomi narzucają swoją wolę albo irytują nas swoim zachowaniem? Jak najszybciej trzeba usiąść przy stole i powiedzieć np. „Nie ustaliliśmy tego wcześniej, więc chcemy zrobić to teraz. Dla nas tempo zwiedzania jest zbyt szybkie i jutro chcemy poleżeć nad basenem, zamiast jechać na wycieczkę”. Wiem, że to może być trudne, bo zwykle, kiedy mówię, że w takich sytuacjach ważna jest szczera rozmowa, słyszę: „A jakieś inne rozwiązanie?”. Tyle że to jest najlepsze. Pozbądźmy się magicznego myślenia: „Jeśli teraz odpuszczę i spędzę czas tak, jak chce moja koleżanka, to następnym razem ona nie narzuci swojej woli”.

Bo tym bardziej narzuci. Oczywiście, wyciągnie wniosek, że jeśli nie protestowałam, to mi się podobało. Może być nawet przekonana, że powinnam jej być wdzięczna.

Jak to? Na przykład ustaliliśmy, że wracamy na piechotę do hotelu, i dla nas to oznaczało przejście od punktu A do B, a dla niej zwiedzenie wszystkich kościołów po drodze, odwiedzenie dwóch kawiarni i kilku sklepów. Ona może być dumna z siebie, że tak świetnie zorganizowała wszystkim czas, a reszta może być zmęczona i wściekła. Nie mówię, że nie trzeba się dostosowywać, tylko że warto zadbać o siebie. Jeśli nie jesteśmy w stanie powiedzieć o naszych oczekiwaniach, to liczmy się z konsekwencjami, miejmy świadomość, że możemy mieć nieudane wakacje. Niestety, niektóre osoby nie są w stanie zdobyć się na taką szczerą rozmowę. To dla nich zbyt trudne.

Może one powinny pojechać z dalszymi znajomymi, z którymi łączy ich np. tylko pasja nurkowania? To dobry pomysł. Na wakacjach, inaczej niż w codziennym życiu, to, czy nam się z kimś ułoży, zależy mniej od jego osobowości, a bardziej od tego, czy lubi tak samo spędzać czas. Poza tym w towarzystwie dalszych znajomych dajemy sobie zwykle większą przestrzeń, nie mamy poczucia, że musimy się sobą zajmować, co zdarza się np. kiedy jadą dwie przyjaciółki, zwłaszcza gdy jedna z nich nie potrafi spędzać czasu sama.

Są osoby, które nie umawiają się w kawiarni, tylko przed nią, żeby nie musiały same  siedzieć przy stoliku. Wyjazd z osobą, która nie jest w stanie nic robić osobno, przypomina wyjazd z dużym dzieckiem. Nie mówię, że to zły pomysł, ale trzeba mieć świadomość tego, na co się piszemy, koleżanka na wakacjach się nie zmieni. Świetnie, że na co dzień się dogadujemy, ale czy musimy jechać razem na wakacje? Obawiam się, że byłoby to trochę poświęcenie ich w imię tego, by komuś było dobrze. Zresztą to tak samo działa w drugą stronę. Ktoś może być świetnym kumplem na wakacjach, ale żyć z nim na co dzień? O nie!

A co sądzisz o wspólnym wyjeździe pary i singielki? Zakładam, że jeśli dwie osoby są razem, to nikt ich do tego nie zmusza, a ta singielka też nie będzie się naszemu partnerowi narzucała. A jeśli nawet do tego dojdzie, to on nie jest przecież bezwolny. Jeśli jesteśmy w dobrym związku, nie widzę problemu. Chyba że między nami się nie układa, jestem zazdrosna czy czuję się zagrożona, ale wtedy w ogóle wyjazd z kimkolwiek może być ryzykowny. To nie jest tak, że jeśli my mamy kryzys w małżeństwie i pojedziemy ze szczęśliwą parą, to my się tym ich udanym związkiem zarazimy, nasze brudy nie wyjdą, problemy same się załatwią.

A co zrobić, gdy dojdzie do wielkiej kłótni ze znajomymi? Postarajmy się jakoś dotrwać do końca urlopu, nie wracając do tematu.

Mamy to tak zostawić? Do powrotu z wakacji. Potem warto porozmawiać o tym, co zaszło. Ale już bez silnych emocji czy nadinterpretacji. Odwołajmy się do konkretów, faktów. Nie zostawiajmy tego, co się wydarzyło, bez komentarza, bo znajomość się rozpadnie. Mam poczucie, że jeśli chodzi o relacje, zbyt często się poddajemy. Myślimy: „Jak nie ci, to będą inni”. To błąd. Jeśli wiele lat łączyło nas coś ważnego, nie rezygnujmy tak łatwo, bez próby walki o naprawę i zrozumienie.

Uwaga, pole minowe!

Dzieci są na wakacjach jak tykające bomby. mogą zagrozić nawet najlepszej relacji między dorosłymi. Oto zasady, których warto przestrzegać, by nie doszło do wybuchu.
  • Nigdy nie krytykuj dzieci znajomych i nie rób im uwag. Od tej zasady nie ma wyjątków.
  • Nie rozmawiaj z partnerem o waszych przyjaciołach (a zwłaszcza ich nie krytykuj) w obecności swoich dzieci. Nie łudź się, że nie słyszą, bo się bawią, oglądają telewizję czy grają w grę. Słyszą. Każde słowo!
  • Jeśli twoje dzieci nie lubią dzieci przyjaciół, zrezygnujcie ze wspólnych wakacji. To, że wy – dorośli – uwielbiacie swoje towarzystwo, w niczym nie pomoże. Już prędzej sprawdzi się odwrotna sytuacja, czyli wyjazd z niezbyt lubianymi znajomymi, których dzieci przyjaźnią się z naszymi (chociaż też daleko jej do ideału).
  • Jeśli dzieci się pokłócą, nie panikuj. To dla nich okazja, by ćwiczyć umiejętności społeczne. Zamiast pytać, kto zaczął, pytaj, jak mogą rozwiązać sytuację. Staraj się nie załatwiać niczego za nich. Jeśli jednak nie są w stanie dojść do zgody, np. kłócąc się o zabawkę, zaproponuj, że będą się po kolei nią bawić. Każde przez pięć minut.
  • Staraj się wyjeżdżać ze znajomymi, którzy mają dzieci w podobnym wieku do twoich. Jeśli zdarzy się inaczej, nie wymagaj, by starsze dziecko zajmowało się młodszym. A jeśli już użyjesz argumentu: „Ustąp, bo jest młodszy” (lepiej tego unikać), daj też starszemu związane z wiekiem przywileje.
Bianca-Beata Kotoro, psycholożka społeczna, terapeutka, psychoseksuolożka, psychoonkolożka, dyrektorka Instytutu Psychologiczno-Psychoseksuologicznego Terapii i Szkoleń „Beata-Vita” w Warszawie.

  1. Psychologia

"Wyrzuciła mnie ze swojego życia", czyli co się stało z naszą przyjaźnią

Dwie przyjaciółki nagle zaczyna coś dzielić. Jedna z nich wchodzi w nowy etap życia i nie ma już czasu dla drugiej. (Fot. iStock)
Dwie przyjaciółki nagle zaczyna coś dzielić. Jedna z nich wchodzi w nowy etap życia i nie ma już czasu dla drugiej. (Fot. iStock)
Dwie najlepsze przyjaciółki od dziecięcych lat nagle zaczyna coś dzielić. Jedna z nich urodziła dziecko i nie ma już czasu dla drugiej. A może to ta druga nie rozumie problemów młodej mamy? Ewa Klepacka-Gryz przygląda się przypadkowi Basi i zastanawia, czy wejście w nowy etap życia musi oznaczać koniec przyjaźni.

Basia przyszła na tamtą sesję, jak stwierdziła: „w sprawie przyjaciółki”. – Dlaczego nie przyszła twoja przyjaciółka? – to było pierwsze pytanie, które jej zadałam. Chyba ją nieco zezłościło, bo popatrzyła na mnie wrogo i powiedziała: – Tylko mi nie tłumacz, że młodej matce jest trudno i że powinnam być dla niej wyrozumiała i takie tam...

Zanim na dobre zaczęłyśmy sesję, wiedziałam, że chodzi o przyjaciółkę i że ta przyjaciółka niedawno urodziła dziecko. Przede wszystkim jednak musiałam ustalić z Basią, na czym polega jej problem związany ze „sprawą przyjaciółki”.

Krok 1. Przekonujemy się, że po to, by nazwać problem, najpierw trzeba dać miejsce emocjom

Bardzo często pacjenci przed zapisaniem się na sesję pytają, czy mogą przyjść w sprawie ludzi dla nich ważnych: partnera, który ma depresję, ale sam na pewno do terapeuty nie przyjdzie; ojca uzależnionego od alkoholu, który twierdzi, że jeśli zechce, to przestanie pić; przyjaciółki, szefowej z pracy itp. Odpowiadam że oczywiście, ale pod warunkiem że będziemy zajmować się problemem osoby, która do mnie przychodzi, wynikającym z relacji z owym osobnikiem „od sprawy”, a nie nieobecnym.

Załóżmy, że twój partner ma depresję – z pewnością zaocznie go nie wyleczę, podobnie jak nie sprawię, by twój ojciec przestał pić albo przyjaciółka „się naprawiła”, ale możemy zająć się twoimi emocjami związanymi z depresją, uzależnieniem czy kryzysem kogoś, kto jest dla ciebie ważny czy w relacji z kim masz kłopot. Żeby to zrobić, będziemy zajmować się tobą i tylko tobą, a nie osobą, której na sesji nie ma. Brzmi nieskomplikowanie, ale zrozumienie i zaakceptowanie tego zajmuje pacjentom sporo czasu.

Również wytłumaczenie tego Basi chwilę potrwało. W pewnym momencie przypomniałam sobie jedno z pierwszych jej zastrzeżeń, żebym nie tłumaczyła, że przyjaciółce jest trudno. Postanowiłam to wykorzystać. – Najważniejsze jest to, żebyś w pełni czuła, że przyszłaś tu dla siebie i w swojej sprawie, a nie w sprawie przyjaciółki. Czy możemy dla jasności zdefiniować twój problem? – Ja nie mam problemu, to jej coś się stało po urodzeniu dziecka. – Jednak to nie ona zgłosiła się do mnie po pomoc – mówię.

Dochodzę do wniosku, że Basia jest tak obrażona na przyjaciółkę, że na razie jest w stanie głównie żalić się i narzekać. Już kilka razy próbowała mi opowiedzieć o jej „przewinieniach”, a ja celowo to przerywałam, bo monolog z cierpiącego kawałka duszy jedynie obniża napięcie emocjonalne. I kiedy pacjent już się wyżali i „upuści” trochę tzw. negatywnych emocji, zwykle uznaje problem za rozwiązany i nie ma motywacji, by zająć się tym, jak w przyszłości uniknąć podobnych sytuacji.

Czuję, że bazując jedynie na dialogu, nie posuniemy się ani o krok. Stawiam więc przed Basią dwie drewniane figurki z ruchomymi stawami i mówię: – To ty i twoja przyjaciółka. Jak ona ma na imię? – Matka Polka – odburkuje Basia. – Bardzo jesteś na nią zła i tym właśnie możemy się zająć. – Każdy na moim miejscu byłby zły, ja nic złego nie zrobiłam. – Basiu, ustaw te dwie figurki tak, jak twoim zdaniem wygląda obecnie wasza relacja. – Dla mnie to nie jest zabawa. – Wiem i nie proponuję ci zabawy, tylko ćwiczenie, dzięki któremu będzie nam łatwiej zrozumieć, co się dzieje między wami.

Basia dąsa się jeszcze przez chwilę. Dobrze wiem, że ta złość, którą pokazuje, to złość na „Matkę Polkę”, a nie na mnie. W końcu przekonuje się do ćwiczenia. Najpierw ustawia obydwie figurki naprzeciwko siebie, potem jedną z nich odwraca tyłem i pochyla do przodu, drugiej prostuje ręce w geście wyciągnięcia do przodu. Właściwie nie muszę pytać, która z figurek to ona, a która przyjaciółka. Przyjaciółka stoi tyłem w pozycji jakby pochylała się nad dzieckiem, Basia wyciąga do niej ręce, jakby próbowała ją zatrzymać.

– Popatrz, proszę, na to ustawienie i powiedz, co tu się dzieje. – Kaśka ma mnie w dupie, widać to jak na dłoni, a ja dla niej... – Zaczekaj proszę. Matka Polka odwraca się od ciebie, żeby pochylić się nad dzieckiem. Czy czujesz różnicę? – Każda matka zajmuje się swoim dzieckiem, zwłaszcza kiedy jest małe – wolno mówi Basia i widzę, że zaczyna rozumieć, o co tu chodzi, co tu się dzieje. – Może to nie Kasia cię porzuciła, tylko matka, której urodziło się małe dziecko? – Tak, wiem, ale ja nie mam nic do jej dziecka, wręcz przeciwnie; to ja ją w ciąży woziłam po lekarzach, trzymałam za głowę, kiedy rzygała nad kiblem... – Basiu, zatrzymaj się, proszę... – bardzo chcę, żeby nie koncentrowała się na szukaniu winnego, tylko próbowała zrozumieć, jak zmieniły się jej relacje z przyjaciółką.

Proponuję, żebyśmy przez chwilę pomilczały i skoncentrowały się na obserwacji oddechu.

Krok 2. Próbuję pokazać Basi, że narodziny dziecka są sprawdzianem dla przyjaźni

Przez chwilę udaje mi się utrzymać kobietę w stanie relaksu, ale nie chcę wcale powstrzymywać jej żalu, bardziej zależy mi na tym, żeby go poczuła, a nie jedynie wyrażała.

– Co czujesz do Kasi w tym momencie? – Wiesz, czasami mam ochotę rozerwać ją na strzępy, wpaść do niej do mieszkania i zabrać te wszystkie rzeczy, które dostała ode mnie w ciąży i wcześniej też. – Jesteś na nią wściekła? – Ty byś nie była? – Co jeszcze czujesz? – dopytuję. – Chcę zażądać, żeby powiedziała, dlaczego mi to robi. – Co ci robi? – Nawet nie zaprosiła mnie na pierwsze urodziny dziecka. – Naprawdę poszłabyś tam z przyjemnością czy z obowiązku? – Nie o to chodzi. Ona zaprosiła nawet tę durną Izkę, z której nieraz razem się śmiałyśmy, że kretynka rodzi czwarte dziecko kolesiowi, który przeleciał chyba jej wszystkie przyjaciółki. A teraz nie przeszkadza jej gościć ich we własnym domu. – Rozumiem, że ty nie masz dzieci? – Uważasz, że matka może przyjaźnić się tylko z innymi matkami? – Wiesz, narodziny dziecka to wielki sprawdzian dla przyjaźni – bliskie dotąd sobie kobiety stają po przeciwnej stronie barykady. – Jakiej barykady? – Ona jest po stronie matek, ty – jakbyś nazwała to miejsce po przeciwnej stronie? – Nie mam pojęcia. A jakie to ma znaczenie? Ja się nie zmieniłam, to z nią się coś stało – odburkuje znowu.

Kiedy pacjent przeżywa silne emocje, trudno jest mi się przebić. Moje pytania pozostają bez odpowiedzi, a sesja utyka w miejscu. – Dlaczego w ogóle się zaprzyjaźniłyście? – próbuję więc.

Basia zastanawia się dłuższą chwilę. Widać, że stara się przypomnieć sobie różne sytuacje z przeszłości. Chyba musiało być wiele miłych, bo jej twarz po raz pierwszy podczas naszej rozmowy łagodnieje.

– Przyjaźnimy się od podstawówki, to już kawał czasu – zaczyna opowiadać o wspólnych wypadach w góry, imprezach, wagarach... Dzięki temu jej złość na przyjaciółkę osadza się na innych, bardziej przyjaznych emocjach. – Czuję, że łączy was przyjaźń na dobre i na złe. – Chyba łączyła. Ostatni raz widziałyśmy się, kiedy mała miała dwa tygodnie, a miesiąc temu skończyła rok.

Zadziwia mnie, że tak dokładnie pamięta wiek dziecka przyjaciółki. Ta relacja naprawdę musi być dla niej ważna. – Myślisz, że w przyjaźni nie może być przerw? – pytam. – Mogą, ale za zgodą obydwu stron, a tu ona sama o tym zadecydowała, nie powiedziała, że nie ma teraz dla mnie czasu, bo musi zajmować się dzieckiem. Ona... po prostu zniknęła z mojego życia..., a może bardziej: wyrzuciła mnie ze swojego!

Tak bardzo mi żal Basi, kiedy widzę, jak łzy spływają jej po twarzy. – Mam ochotę cię teraz przytulić, widzę, że ci trudno – mówię szczerze. – Nie..., może później – widzę, jak bardzo próbuje się nie rozkleić. – Wiesz, myślę, że to Matka Polka zniknęła i może nawet nie tyle z twojego życia, ale zniknęła w swoim życiu, które jest dla niej całkiem nowe i nieznane – tłumaczę.

Krok 3. Wyjaśniam Basi zasadę dawania i brania w relacji

– Ja nie jestem nieczułą suką, która nie rozumie, jak ciężko może być młodej matce, zwłaszcza że Kaśka wychowuje córkę sama. Ten s... ją zostawił, gdy tylko dowiedział się o ciąży. To ja ją pocieszałam, utulałam, oferowałam pomoc we wszystkim, a ona... – Basiu, opowiedz, jak było, zanim Kasia zaszła w ciążę.

Jak wyglądały wasze relacje? – Normalnie, przyjaźniłyśmy się, tyle rzeczy robiłyśmy razem. Wiem, że ona nie ma teraz na to wszystko czasu. – Kiedy ostatni raz ona w czymś ci pomogła, wsparła cię?

Basia patrzy na mnie szczerze zdziwiona. – Radzę sobie sama. W moim życiu nie ma dramatów, czasami potrzebuję się wygadać, jak każdy. – Czy Kasia była dobrą słuchaczką? – No wiesz, ona zawsze ma tyle do opowiadania o swoim życiu..., a właściwie miała, bo teraz... już nie pamiętam, kiedy do mnie pierwsza zadzwoniła. – A ty? – Od urodzenia dziecka nie ma czasu odbierać telefonów albo odbiera i mówi, że później zadzwoni. A przecież ja bym nawet wysłuchała opowieści o dziecku. W końcu byłam nawet przy na- rodzinach małej... – I? – pytam. – Pierwszy raz widziałam Kaśkę taką rozanieloną. – Jesteś zazdrosna o jej córeczkę? – Skąd! Jak można być zazdrosną o dziecko?! Tylko nie rozumiem, dlaczego ma czas dla innych znajomych, wszystkich poza mną.

Próbuję jej wytłumaczyć zasadę równowagi w dawaniu i braniu, która ważna jest w każdej relacji. Chcemy, żeby było sprawiedliwie, chcemy dostawać tyle samo, ile dajemy, ale w praktyce ludzie dzielą się na tych, którzy częściej biorą, i tych, którzy częściej dają. Wygląda na to, że Kasia od zawsze więcej brała – w zamian dawała towarzystwo. Kiedy urodziła dziecko, zabrała to, co było dla Basi ważne – swoją obecność, zniknęła z jej życia. Być może w relacji z dzieckiem musi dawać tak dużo, że nie starcza dla innych.

– Ale ja nadal jestem gotowa jej dawać, wiele razy proponowałam, że pomogę jej przy małej – przerywa Basia. – Rozumiem, ale ludzie nie lubią być dłużnikami. Być może Kasia czuje, że już więcej nie chce od ciebie brać, bo nie będzie w stanie ci się zrewanżować. – Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby ona tak to analizowała. – To się dzieje na poziomie nieświadomym, po prostu w pewnym momencie zaczynamy unikać ludzi, którzy ostatnio zbyt wiele nam dali, co wcale nie oznacza, że tego nie doceniamy.

Być może Kasia sądzi, że tylko od innych matek może dostać to, czego teraz najbardziej potrzebuje. Może także boi się oceny Basi na temat swojego macierzyństwa. Kobiety skoncentrowane głównie na sobie zwykle gorzej radzą sobie w tej roli.

Krok 4. Robimy krótkie podsumowanie sesji

Czuję, że Basia ma w głowie jeden wielki chaos. Może jest w niej mniej trudnych emocji, ale nadal nie rozumie, dlaczego przyjaciółka ją porzuciła. – Czy czujesz, że Matka Polka i Kasia to dwie różne osoby? – pytam. – Tak, chyba tak. – Rozumiesz, że każda młoda matka przez pierwszy okres jest skoncentrowana wyłącznie na dziecku? Świat dla niej przestaje istnieć. – Oczywiście. – Czy możesz zrozumieć, że twoja przyjaciółka przez pierwszy rok życia dziecka była głównie matką? – A ja matką nie jestem, tylko tym kimś po drugiej stronie barykady. – Dokładnie tak, jesteś kimś, komu trudno będzie zrozumieć zmęczenie młodej matki, jej lęki, rozszalałe emocje, bo sama tego nie przeżyłaś. I wcale nie musisz starać się tego zrozumieć, co nie świadczy o tym, że jesteś złą przyjaciółką. – Ale czy to znaczy, że jestem jej już niepotrzebna? – A bez bycia potrzebną nie możesz się przyjaźnić?

Basia nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. – Ustaliłyśmy, że ty w tej relacji więcej dawałaś, a Kasia brała. Chciałabyś zmienić teraz te proporcje, chociaż na jakiś czas? – Żeby przekonać się, jak to jest?

Basi wyraźnie podoba się ten pomysł: – To co mam zrobić? – Proponuję, żebyśmy teraz tego nie wymyślały. Poczekaj, aż poczujesz, że potrzebujesz Kasi, ale nie po to, żeby coś jej dać, tylko żeby coś od niej dostać. – Nie wiem, czy tak potrafię – mówi, ale czuję, że po- doba jej się ten pomysł. Wychodząc, uśmiecha się spokojnie.

Miesiąc później dostałam od niej SMS. Pisze, że spytała przyjaciółkę, czy mogłaby ją zawieźć gdzieś swoim samochodem, bo ona chwilowo nie prowadzi auta. Kasia bardzo się ucieszyła, że wreszcie mogą się spotkać same bez dziecka. I było prawie tak jak dawniej.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.