1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Tęsknota mnie zżera. Dlaczego tęsknimy?

Tęsknota mnie zżera. Dlaczego tęsknimy?

Tęsknota jest jednocześnie protestem przeciwko oddaleniu się obiektu miłości i uznaniem łączącego nas uczucia. (Fot. iStock)
Tęsknota jest jednocześnie protestem przeciwko oddaleniu się obiektu miłości i uznaniem łączącego nas uczucia. (Fot. iStock)
Zdrowe przeżywanie tęsknoty za ukochaną czy ukochanym wymaga sporej dojrzałości. Tęskniąc, lawirujemy pomiędzy dwiema „niekompatybilnymi” emocjami: doświadczaniem braku i poczuciem więzi. Sztuką jest odnalezienie równowagi. Czy tęsknota oznacza miłość? Czy zawsze tęsknimy za tymi, których kochamy?

Czym jest tęsknota? Trudno jednoznacznie określić. Tęsknić wcale nie jest łatwo. To wręcz ambitne zadanie. By przeżywać tęsknotę za ukochanym czy ukochaną, trzeba umieć tolerować w sobie całą gamę emocji: poczucie opuszczenia, ubytku, osamotnienia, frustracji, braku, a jednocześnie więzi, przywiązania, wspólnoty i miłości. Trzeba umieć być blisko, ale też dopuszczać świadomość, że ukochana osoba jest odrębnym, wolnym człowiekiem, i pozwalać jej na oddalanie się.

A czy tęsknota oznacza miłość? Tęsknota jest jednocześnie protestem przeciwko oddaleniu się obiektu miłości i uznaniem łączącego nas uczucia. Dla niektórych to tak trudne połączenie, że w ogóle nie są w stanie przeżywać tęsknoty.

Pierwsze rozstanie

Dlaczego różnie przeżywamy tęsknotę za ukochanym? Ponieważ każdy z nas inaczej przeszedł we wczesnym dzieciństwie separację od matki. Czym jest tęsknota w tak młodym wieku? Otóż małe dziecko nie odróżnia siebie od matki, czuje, że „mama i ja to jedno”. Kiedy ma mniej więcej sześć miesięcy, zaczyna spostrzegać: „to, co zapewnia mi komfort i przetrwanie, to nie jestem ja”. Zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że matka jest odrębną istotą, niemożliwą do skontrolowania. To, że do szczęścia, bezpieczeństwa i przetrwania potrzebuje czegoś zewnętrznego, budzi jego frustrację.

Umiejętność przyszłego tolerowania rozdzielenia, braku i tęsknoty za ukochaną osobą zależy w dużej mierze od tego, jak rozegrała się ta pierwsza, kluczowa separacja: czy moment ten przebiegł łagodnie, był dla dziecka do zniesienia, czy zerwanie symbiozy było gwałtowne i budzące poczucie zagrożenia. Jeśli mama oddalała się od dziecka, by zająć się innymi sprawami, ale wciąż była w zasięgu wzroku czy słuchu i reagowała na wołanie, a znikając na jakiś czas, dbała, by maluch pozostawał pod troskliwą opieką, wówczas dziecko powoli uczyło się tolerować świadomość oddzielenia. Jeśli jednak mama znikała i wołana nie przychodziła (zdarzają się rodziny, w których się uważa, że płacz dziecka należy „przetrzymać”) lub zostawiała je zbyt długo same, pod opieką rożnych opiekunek, dziecko przeżywało wstrząs. Gdy proces separacji nie przebiega łagodnie, maleństwo doświadcza rozstania z matką jak utratę kawałka siebie, wręcz fizyczne uszkodzenie.

Kolejny ważny etap to powrót mamy. Opuszczone dziecko jest wściekłe na nią i jej chwilową niedostępność, ponieważ rozstanie budzi w nim bardzo gwałtowne uczucia – przecież oddalił się od niego komfort! I kiedy mama wraca, maluch nie umie poukładać sobie w głowie: „to jest dobra mama, ta, która wróciła”; wciąż czuje: „to jest zła mama, ta, która odeszła”. I reaguje na matkę agresją, np. odpychając ją od siebie albo gryząc pierś. W takim momencie rolą mamy jest zrozumienie złości dziecka i mądre jej tolerowanie. Jeśli jednak mama sama zaczyna odpowiadać złością, wyrabia w dziecku negatywne mechanizmy. Maluch czuje wtedy, że jego wściekłość i frustracja nie są przyjmowane, że niszczą relację. Tymczasem tylko harmonijne „spotkanie” tych trzech etapów: spostrzeżenia odrębności, łagodnej separacji i poczucia bezpieczeństwa także w wyrażaniu negatywnych emocji, pozwala w duszy maleńkiego człowieka zbudować umiejętność przeżywania tęsknoty za ukochaną osobą i oddzielania się od obiektu miłości.

Druga lekcja

Kiedy dziecko ma około roku, przeżywa jeszcze jeden moment oddalania się od mamy: zaczyna chodzić, szybko rośnie i jeszcze szybciej się uczy. Odkrywa mnóstwo nowych rzeczy. Odkrycie własnej sprawności powoduje, że dziecko czuje się wszechmogące i balansuje na granicy czegoś, co w psychologii nazywamy manią – bardzo podniesionym nastrojem. Maluch nabiera poczucia niezależności od mamy, chwilami wręcz mama jest mu w ogóle niepotrzebna.

Bardzo ważne jest to, jak matka znosi tę swoją chwilową „bezużyteczność” i jak przyjmuje dziecko z powrotem, kiedy maluch demonstruje, że nie radzi sobie sam. Niedojrzała emocjonalnie mama będzie obrażona i odepchnie dziecko: „teraz to ja ciebie nie chcę, radź sobie sam”, albo będzie triumfowała: „a widzisz, nie trzeba było od mamusi odchodzić”. Dojrzała natomiast cieszy się z rosnącej samodzielności dziecka i pozwala mu czuć się doskonale, także kiedy się oddala. Rozumie, w jak drażliwym położeniu jest dziecko, które do niej wraca; zdaje sobie sprawę z tego, że może się czuć przerażone czy bezradne. Powinna je przytulić, pocałować i powiedzieć: „chodź, skarbie, mamusia cię kocha”. Tym bardziej że ten moment jest kolejnym etapem w rozwoju, determinującym, jak w dorosłym życiu będziemy przyjmować tęsknotę.

Trzy ataki

Osoba, której rozwój na opisanych wyżej etapach nie przebiegł harmonijnie, będzie miała w dorosłym życiu problem, by w zdrowy sposób oddzielać się od partnera i radzić sobie z tęsknotą za ukochanym. Ktoś, kto nie rozumie, czym jest tęsknoty nie toleruje, musi jakoś ją stłumić, wyprzeć lub uciec przed nią. Może mieć poczucie, że to uczucie jest nie do zniesienia, bo jest kojarzone z katastrofą, utratą części siebie, miłości, a nawet kompletnym zawaleniem się świata. A skoro uczucie to nie jest oswojone, trzeba je jakoś zaatakować. Wyróżniamy trzy reakcje: zaatakowanie więzi, zaatakowanie znikającej osoby albo zaatakowanie siebie jako kogoś, kto tęsknotę za ukochaną osobą czuje.

Atak na więź może z zewnątrz wyglądać jak świetna zabawa, ponieważ mamy do dyspozycji tzw. obronę maniakalną – ucieczkę w dobry nastrój. Nie chcąc doświadczać uczucia straty, uznajemy, że więź nie jest dla nas niczym wartościowym, a czasowa utrata ukochanej osoby nie jest żadnym brakiem. To nawet dobrze, że ktoś się oddala, wyjeżdża, wreszcie poczujemy się znów wolni i niezależni. Bliscy dziwią się, że choć zostaliśmy opuszczeni, mamy nawet lepszy humor, oddajemy się wielu aktywnościom i świetnie się bawimy. Dochodzimy do wniosku, że więź jest w sumie czymś negatywnym, czymś, co nas nie wzbogacało, ale ograniczało. Takie osoby z reguły twierdzą, że tęsknota za ukochanym czy ukochaną jest oznaką słabości albo emocjonalnego uzależnienia.

Atak na partnera wbrew pozorom nie polega na zrobieniu mu awantury, że znowu wyjeżdża, nieodbieraniu jego telefonów czy nieodpisywaniu na SMS-y. Wyrażenie negatywnych emocji to dobry znak: wskazuje, że wiemy, co nas wścieka, że nam go brakuje i że to właśnie budzi nasz gniew. Problem rodzi się, gdy kierujemy tę niezgodę na tęsknotę do środka: atakujemy partnera w swoim sercu. Każdy z nas buduje sobie własny obraz ukochanej osoby. I żeby nie tęsknić, trzeba go zniszczyć. Na czym to polega? Gdy żona planuje wyjazd, już sama zapowiedź takiej separacji sprawia, że zaczyna się mężowi wydawać brzydsza, głupsza, mniej interesująca. I o to chodzi: jeżeli umniejszy wartość żony, to nie będzie tęsknić, bo jak tu tęsknić za kimś, kogo nisko się ceni? Niestety, istnieje ryzyko, że ta dewaluacja przestanie być chwilowa. Żona za jakiś czas wróci, ale jej wartość już niekoniecznie wzrośnie.

Trzecia strategia walki z tęsknotą za ukochaną osobą – atak na siebie – to odtworzenie wczesnodziecięcych uczuć, echo dziecięcych przeżyć. Separacja wywołuje w nas uczucie utraty kawałka siebie. Ogarnia nas wewnętrzna pustka, stan rozbicia – ale nie rozumiemy dlaczego, nie umiemy tego uczucia powiązać z brakiem, czyimś zniknięciem. Zaczynamy napadać na siebie: skoro jestem opuszczany, to jestem nic niewart, nie spełniam oczekiwań. W najskrajniejszym przypadku tracimy motywację, by wstać rano z łóżka. W wersji łagodniejszej myślimy: znowu nawaliłem, nie sprawdzam się w związkach. Rozłąka powoduje, że nie radzimy sobie w pracy, jesteśmy słabsi w rywalizacji i nawalamy z wypełnianiem obowiązków. Bardzo ważnym krokiem ku zdrowieniu będzie odkrycie, uświadomienie sobie, że to właśnie tęsknota z ukochaną osobą i jej czasowy brak sprawiają, że gorzej radzimy sobie z codziennością.

Siła napędowa

Czy tęsknota oznacza miłość do drugiej połówki? Nie, nie tylko do niej. Nie tylko nieobecny partner może być źródłem tęsknoty. Tęsknimy za rodzicami, którzy odeszli lub mieszkają daleko, rodzinnymi stronami, spokojem, pewnymi wartościami, dzieciństwem, miłością, jakąś ideą, stanem jedności z ukochaną osobą, roztopieniem się w niej, czasem czujemy tęsknotę niesprecyzowaną, której źródło trudno wskazać. Dla dorosłego człowieka tęsknota może być motorem wielu działań. Jednych ta tęsknota wyprawia na duchową ścieżkę, innych wysyła w podróż dookoła świata, jeszcze innych na drogę niesienia pomocy potrzebującym; niektórych pcha w coraz to nowe ramiona. Bez względu na rodzaj tęsknoty warto poszukać jej początku. Bez obaw – kiedy go znajdziemy i zrealizujemy naszą tęsknotę, nie stracimy siły napędowej. Doświadczymy raczej uspokojenia, poczujemy się pewniej, kompletniej, bardziej adekwatnie.

Przykład? Ktoś z powodu przeszłych traum odrzucił swoich rodziców, zerwał z nimi kontakty. Jednak tęsknota za wpojonymi wartościami i bezwarunkową miłością może powodować, że mimo separacji osoba ta realizuje jakieś plany rodziców lub przejęła cechy odrzuconego rodzica. I kiedy to zrozumie, przepracuje, poczuje się pewniej. Zrozumienie i akceptacja tęsknoty da jej dużą dawkę energii, uwolni ze starych więzów, pomoże wejść na nową ścieżkę, da poczucie, że coś odzyskała. Im bardziej jesteśmy świadomi, tym łagodniej i spokojniej przeżywamy tęsknotę.

Jak wytropić, za czym tęsknimy? Jak odkryć, czym jest tęsknota, którą odczuwamy? Czasem trzeba poszukać pomocy terapeuty, ale często, choć my tego nie widzimy, potrafią to zauważyć bliskie nam osoby.

To, że za czymś tęsknimy, nie znaczy, że nasze życie jest nieudane. Czasem pojawia się tęsknota za poprzednimi partnerami, za przeszłymi przeżyciami albo sytuacjami i wtedy zaczynamy się zastanawiać: „skoro tęsknię, to znaczy, że nie jestem szczęśliwy?”. Owszem, momenty tęsknoty mogą oznaczać, że czegoś nam brakuje. Ale ten brak nie wyklucza szczęścia. Jeśli nie będziemy dewaluować tego, co mamy, i negatywnie myśleć, np. „mój partner jest nie taki” czy „znowu nie uda mi się wyjechać na wymarzone wakacje”, tęsknota nam nie zaszkodzi. Trzeba tylko zrozumieć, że możemy szczęśliwie żyć, nie mając wszystkiego.

Tomasz Tuszewski psycholog, psychoterapeuta. Zajmuje się głównie klasyczną, długoterminową psychoterapią indywidualną, choć prowadzi także terapie grupowe.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Syndrom SAD - jak nie dać się depresji sezonowej?

Podczas tych krótkich, ciemnych dni warto zaopiekować się sobą bardziej niż zwykle. (fot. iStock)
Podczas tych krótkich, ciemnych dni warto zaopiekować się sobą bardziej niż zwykle. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Coraz szybciej robi się ciemno, mała ilość światła słonecznego może powodować tymczasowy spadek nastroju. Są jednak osoby, które bardzo trudno znoszą zmniejszony dopływ światła słonecznego w okresie jesienno-zimowym.

Obniżony nastrój w okresie jesienno-zimowym (określany m.in jako depresja sezonowa) naukowo nazywany jest SAD czyli seasonal affective disorder. Jego przyczyną jest przede wszystkim niedobór światła słonecznego, który powoduje obniżenie poziomu serotoniny - neuroprzekaźnika mającego znaczący wpływ na nasze samopoczucie. Zmniejszona ilość światła zaburza również rytm dobowy organizmu: szyszynka zaczyna produkować więcej melatoniny - hormonu snu. To może powodować większą senność i spadek samopoczucia. Jednak u większości ludzi nie spowoduje to trwałego obniżenia samopoczucia, które trwa aż do wiosny. Objawów depresji sezonowej będzie doświadczało około pięć procent populacji.

Naukowcy są zdania, że schorzenie to dotyka najczęściej ludzi mieszkających w krajach, w których występuje wysoki deficyt światła słonecznego w okresie jesienno-zimowym: Skandynawia, Kanada, Alaska, ale nie tylko. W Polsce również wiele osób może doświadczać SAD każdej jesieni i zimy, nie do końca zdając sobie z tego sprawę.

Jakie są objawy SAD?

Sprawdź, czy to może dotyczyć ciebie. Jeśli poniższe objawy występują nieprzerwanie, przez okres co najmniej dwóch tygodni i nie ma innych przyczyn spadku nastoju, takich jak: utrata pracy, rozstanie z partnerem, czy choroba bliskiej osoby, być może doświadczasz depresji sezonowej? Oto najczęstsze jej objawy :
  • zmęczenie,
  • senność podczas dnia,
  • apatia, smutek, obniżenie nastroju,
  • pesymistyczne myślenie,
  • rozdrażnienie,
  • duży apetyt na słodycze,
  • przybieranie na wadze (efekt spożywania tłustych, wysoko kalorycznych posiłków),
  • spadek libido.
  • zaburzenia snu ( bezsenność lub sen, który nie przynosi odpoczynku, budzenie się w nocy, etc.),
  • brak zainteresowań,
  • poczucie, jakby życie straciło smak.

Jak sobie radzić z syndromem SAD?

1. Naukowcy polecają stosowanie fototerapii czyli terapii światłem. Metoda polega na naświetlaniu twarzy lampą o natężeniu od 2.5 tysiąca do 10 tysięcy luksów. Kuracja powoduje przywrócenie prawidłowej pracy zegara biologicznego. Jest skuteczna w osiemdziesięciu procentach przypadków. Jeśli nie działa, a objawy depresji bardzo utrudniają codzienne funkcjonowanie, lekarz psychiatra może zapisać leki antydepresyjne, ale i one nie zawsze pomagają.

2. Urlop w ciepłym kraju
w okresie zimowym może naładować wewnętrzne baterie i znacznie złagodzić objawy depresji (choć obecnie będzie to trudne do zrealizowania).

3. Oglądanie komedii
powoduje wytwarzanie w mózgu większej ilości endorfin, które poprawiają samopoczucie.

4. Rozwijanie pasji
pozwoli na pewien czas poczuć się lepiej.

5. Stosowanie techniki relaksacji w pozycji leżącej,
w towarzystwie odpowiedniej muzyki, wprowadzi mózg w stan alfa, czyli relaksu i kreatywności, zmniejszy napięcie psychofizyczne i poprawi samopoczucie.

6. Słuchanie pozytywnej, naładowanej słońcem muzyki
, również może poprawić nastrój: muzyka kubańska, afrykańska, reagge, etc.

7. Ubieranie się na kolorowo i otaczanie się kolorami
przypomni nam o wiośnie i lecie.

8. Taniec (czy też inna forma ruchu)
pomoże pomóc obudzić energię do życia.

9. Kontakt z przyrodą
(spacery po lesie, wyjazd w góry, nad morze, etc) naładuje pozytywną energią i pomoże przetrwać ten czas.

10. Wskazane jest również maksymalne korzystanie z każdego słonecznego dnia!

Dagmara Gmitrzak: trenerka rozwoju osobistego, socjolog o specjalizacji pomoc społeczno terapeutyczna, terapeutka reiki, dziennikarka, autorka książek (m.in.„Pokonaj stres dzięki technikom relaksacji”).

  1. Psychologia

Smutek czy nostalgia? - Jesień to najlepszy czas na przeżywanie trudnych emocji

Jesienią dopada nas depresyjny nastrój, od którego często próbujemy uciec. Warto jednak przyjrzeć się trudnym uczuciom i emocjom, zamiast stosować technikę wyparcia. (fot. iStock)
Jesienią dopada nas depresyjny nastrój, od którego często próbujemy uciec. Warto jednak przyjrzeć się trudnym uczuciom i emocjom, zamiast stosować technikę wyparcia. (fot. iStock)
Jeśli pojawia się w twojej głowie myśl o ucieczce od jesiennej szarugi, choćby do ciepłych krajów, najpierw zadaj sobie pytanie: jakiej emocji chcę uniknąć?

Jesienny czas sprzyja zatrzymaniu, często też rezonuje w nas smutkiem i nostalgią. To piękny moment na to, żeby zrobić sobie pyszną herbatę, wziąć ciepłą kąpiel, otulić się kocem i wyjść na spotkanie z emocjami. Bowiem poczucie bezsensu i apatia, które często dopadają nas jesienią, pojawiają się wtedy, kiedy zamykamy się na doświadczenie całego spektrum odczuć. Co wówczas się dzieje? Niechciane emocje zatrzymują się w nas i jak brudna woda zanieczyszczają całe życie.

Emocje, które uznajemy za trudne, jak: smutek, złość, żal lub lęk, chcą tak naprawdę, abyśmy przyznali się do nich. Jeśli doświadczamy jakiegoś uczucia, ale nie akceptujemy go, to właściwie nie przyznajemy się do jakiejś części siebie. Niewiele osób ma świadomość, że kiedy blokujemy odczuwanie choćby jednej emocji, to stopniowo zamykamy się na odczuwanie w ogóle, a wtedy bardzo łatwo tracimy orientację, co dla nas jest dobre. Oddajemy swoje życie w ręce mentorów, doradców życiowych, ogólnie mówiąc – wiedzy zewnętrznej. Wówczas istnieje duże prawdopodobieństwo, że w pewnym momencie zaczniemy odczuwać zagubienie, bowiem to właśnie uczucia, takie jak ekscytacja i fascynacja, podpowiadają nam, która ścieżka jest właściwa. Ludzie, którzy zamknęli się na emocje, nie mają dostępu do tej skarbnicy wiedzy.

Co złe to nie moje

W jaki sposób ocenić, czy dajemy sobie prawo do emocji? Jeśli na przykład nie chcemy przyznać się do tego, że odczuwamy złość, zaczną pojawiać się wokół nas ludzie, którzy zwyczajnie będą wywoływać w nas wzburzenie, bowiem to, co wypieramy, domaga się zawsze akceptacji i zauważenia. Kolejny etap można poznać po tym, że ludzie mówią: „ja nie czuję złości”, co oznacza: „zamknąłem się na wszystkich ludzi, którzy ją wywołują”, ale też, że wkrótce zamknę się na odczuwanie w ogóle. Taki stan nazywany jest powszechnie depresją i charakteryzuje się obniżeniem nastroju, utratą zainteresowań oraz brakiem zdolności do odczuwania przyjemności. Dlatego warto przyjrzeć się, jak to jest w moim życiu z odczuwaniem. Czy uciekam od niektórych emocji, czy raczej daję im przestrzeń w swoim ciele? Powodem, dla którego często odrzucamy niektóre uczucia, są oczywiście schematy myślowe, w jakich dorastaliśmy.

To, czego doświadczamy, możemy oceniać czasami jako wysoce niemoralne, wówczas zaprzeczamy temu, co czujemy, i w konsekwencji potępiamy tę część siebie. Tymczasem paradoks w pracy nad emocjami polega na tym, że zaakceptowane uczucia zamiast nas niszczyć i osłabiać, zaczynają nam służyć. Złość, której damy przestrzeń, transformuje się w energię seksualną, agresja zamienia się w wewnętrzną moc, lęk w radość, smutek zaczyna budzić zmysły, do których wcześniej nie mieliśmy dostępu. To nie emocje są złe, to nasza ocena sprawia, że nie współpracują z nami.

Emocje zapisane w ciele

Uczucia mają swoją cielesną rzeczywistość. Jeśli na przykład odczuwamy smutek, może on pojawić się jako napięcie w klatce piersiowej lub w ramionach, złości możemy doświadczać jako ściśnięcie w brzuchu, rękach lub w szczęce – u każdego dana emocja może być zapisana w innym miejscu w ciele, może przejawiać się jako napięcie, ściśnięcie, skręcenie lub zdławienie.

Te, z którymi nie poradziliśmy sobie w dzieciństwie, czekają na moment, kiedy będziemy gotowi je odczuć. Drogowskazem może być każdy symptom z ciała.

Często na warsztatach słyszę pytanie: „Czy mam wyrazić swoją złość i powybijać szyby w tej sali?”. To, co proponuję, to przeniesienie uważności w to miejsce, oddychanie nim przy jednoczesnym rozluźnianiu ciała, bycie z blokadą lub bólem, który odczuwamy – jeśli uda ci się utrzymać kontakt z pojawiającą się emocją, poczujesz wyraźnie, jak ona ulega rozpuszczeniu. Metoda, którą ja stosuję, nie polega na wizualizacji zniknięcia, zniknięcie odbywa się poprzez akceptację. To tak, jakby to miejsce poprzez napięcie domagało się uwagi, a kiedy ją dostaje, uspokaja się. Zaskakujący jest fakt, że emocje, które świadomie odczuwamy w ciele, przestają nad nami panować.

Kiedyś pracowałam z osobą, która czuła ogromny ból i ściśnięcie w brzuchu. Kiedy przeniosła świadomość w to miejsce, pojawiła się silna agresja. Poprosiłam ją, aby pozwoliła sobie na pełne odczuwanie, ale jej wewnętrzny głos powstrzymywał ją. Po chwili jednak znowu skupiła swoją uwagę na tym uczuciu. Zrozumiałam, że agresja, którą czuła, dawała jej przyjemność i dopiero prawda, na którą się odważyła, sprawiła, że ściśnięcie w brzuchu zniknęło, a w zamian pojawiła się, jak to sama określiła, wibrująca, przyjemna świetlista energia. Ból już nigdy nie powrócił. Bo prawda, nawet jeśli początkowo jest trudna, zawsze prowadzi do wolności.

Jesteśmy istotami zdolnymi odczuwać wszystkie emocje, dlatego bądźmy dla siebie dobrzy w te jesienne wieczory, nie odrzucajmy tego, kim jesteśmy, bo nigdy nie doświadczymy swojej potęgi i swojego piękna, które każdego dnia czekają na objawienie.

Dorota Hołówka: psycholożka, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą.

  1. Psychologia

Problemy psychiczne. Jak żyć z depresją, nerwicą, psychozą?

10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
Depresja, psychoza czy nerwica nie muszą oznaczać rezygnacji z planów na przyszłość ani stygmatyzować. Problemy psychiczne przychodzą i mijają jak wiele innych chorób. O to, jak żyć z chorobą i mimo niej – Ewa Pągowska pyta psychiatrę, dr Joannę Krzyżanowską-Zbucką.

Kiedyś usłyszałam od internistki, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko „niezdiagnozowani”. Jak to wygląda z perspektywy psychiatry? Kiedy byłam młodą lekarką, sądziłam, że świat da się podzielić na zdrowych i chorych psychicznie, ale im dłużej pracuję i im więcej widzę osób szukających pomocy, tym ta granica staje się mniej ostra. Rzadko jest tak, że ktoś kładzie się spać zdrowy, a budzi chory. To, co jest uznawane za chorobę czy zaburzenie psychiczne, zmienia się też w zależności od tego, jak szerokie są kryteria w aktualnie obowiązującej klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych.

Mam wrażenie, że coraz więcej zachowań czy stanów uznaje się za objaw choroby lub zaburzenia psychicznego. Rzeczywiście obecnie mamy do czynienia z powszechną psychiatryzacją, więc np. osobie, która cierpi z powodu różnych problemów psychicznych, bo spotkało ją coś trudnego – straciła pracę lub kogoś bliskiego, stawia się rozpoznanie: „zaburzenia adaptacyjne” albo „depresja reaktywna”. Kiedyś nazwalibyśmy to „kryzysem życiowym”, a dziś ten kryzys ma swój numer w klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych. Nie zawsze też objawy choroby psychicznej świadczą o tym, że tę chorobę mamy, np. jedna z moich pacjentek skarżyła się: „Pani doktor, chyba zwariowałam, w środku lata słyszę kolędy”. Okazało się jednak, że nie miała psychozy, tylko niedosłuch i tzw. omamy muzyczne. Każdy z nas ma czasem objawy lękowe czy depresyjne i w związku z tym może potrzebować pomocy psychologa lub psychiatry, ale to jeszcze nie znaczy, że jest chory psychicznie.

Ale jeśli już chorujemy psychicznie, to na co najczęściej? Statystyki pokazują, że poza uzależnieniami w populacji najczęściej występują zaburzenia depresyjne. Według niektórych doniesień 50 proc. kobiet przynajmniej raz w swoim życiu doświadczyło depresji, włączając w to zaburzenia okołoporodowe i menopauzalne. Moim zdaniem mamy do czynienia z nadrozpoznawalnością depresji.

Kryteria choroby są tak szerokie, że mieszczą w sobie i epizod depresyjny, który może być spowodowany kryzysem życiowym, pojawić się raz i nigdy nie wrócić, i depresję endogenną, czyli nawracającą chorobę uwarunkowaną biologicznie. Tymczasem są to zupełnie inne przypadki. Wrzucanie ich do jednego worka i mówienie o tym, że powinno się je tak samo leczyć farmakologicznie, budzi we mnie mieszane uczucia.

Sądzi pani, że bierzemy zbyt dużo leków? Mam poczucie, że nadmiernie skupiamy się na farmakologii. Oczywiście czasem leki są konieczne, sama często je przepisuję, ale myślę, że w wielu przypadkach można by było trochę oszczędniej nimi gospodarować. Zresztą one też mogą okazać się niewystarczające i powinno się je wspomóc innymi formami leczenia, np. psychoterapią, która pomaga zwłaszcza w przypadku zaburzeń depresyjnych, osobowości czy lękowych.

No właśnie. Podobno leki antydepresyjne bierze się m.in. po to, by być w stanie pracować nad sobą na terapii. To prawda, bo pacjent, który ma objawy, może mieć problem z dotarciem na terapię. Czasem dopiero gdy ustąpią, jest w stanie w niej uczestniczyć. Psychoterapia jest bardzo ważna, bo często człowiek z zaburzeniami depresyjnymi, który poczuł się lepiej po wzięciu leków, nie ma refleksji, że może coś w jego stylu życia czy postawie doprowadziło do kryzysu. Nie zastanawia się nad przyczynami, a jeśli nie próbuje niczego zmienić, kiedy w końcu odstawi leki, szybko wróci do punktu wyjścia.

O psychoterapii warto więc pomyśleć, nawet jeśli mamy depresję endogenną, w której biologia gra decydującą rolę? Tak, bo nawet wtedy możemy zrobić coś, by zmniejszyć ryzyko nawrotu choroby. Niestety, wiele osób nie wierzy w psychoterapię, a ona naprawdę działa. Są nawet badania, które pokazują, jak zmienia się mózg pod jej wpływem. Tylko oczywiście terapia musi być odpowiednio długa. Czasem słyszę od pacjentów: „Już przeszedłem terapię i nie zadziałała”, więc pytam, ile ona trwała, i kiedy słyszę „Byłem trzy razy”, odpowiadam, że to chyba nie była psychoterapia tylko porada. Niektórzy wręcz domagają się leków. Mówią: „A może pani doktor coś by mi wypisała, tak na wszelki wypadek, jakbym się zdenerwował”.

Ale słyszałam też historie pacjentów, którzy podchodzili z rezerwą do leków, a psychiatra nie tylko ich namawiał, ale wciąż zwiększał dawkę i dokładał nowe specyfiki. Dlatego, jeśli człowiek ma wątpliwości i obawy, powinien porozmawiać z lekarzem, a ten powinien znaleźć chwilę, by wszystko wyjaśnić i samemu się zastanowić, czy na pewno trzeba tyle leków wypisywać – na rano, żeby się chciało wstać, na wieczór, żeby się dobrze spało… Może warto poszukać lekarstwa, które rozwiąże oba problemy albo zamienić jeden preparat na metodę niefarmakologiczną. W wielu sytuacjach rzeczywiście nie obejdzie się bez leków, np. często trudno jest stosować monoterapię u osoby z zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym.

Co to za choroba? To inaczej psychoza maniakalno-depresyjna. Zmieniono nazwę, by nie stygmatyzować pacjentów, bo wiadomo, jaki jest stosunek do osób, które mają psychozy. Budzą lęk. Podobnie jak nie mówimy już „nerwica” tylko „zaburzenia lękowe”. W przypadku schizofrenii nie mamy dobrego „zamiennika”, nazwa tej choroby straszy już od 100 lat, więc sądzę, że pora na zmianę, by ludzie nie wstydzili się tego rozpoznania i byli bardziej skłonni uwierzyć, że jakoś mogą sobie z tym poradzić.

Co jest ważne, by człowiek z chorobą psychiczną mógł wrócić do zdrowia i dobrze żyć? Przede wszystkim trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje leczenie, a nie biernie poddawać się lekarzowi. On ma tylko pomagać, można z nim zawrzeć sojusz, by osiągnąć cel, jakim jest powrót do zdrowia, ale to nie znaczy, że trzeba go ślepo słuchać, bo on czasem też może się mylić. Pacjent ma więc prawo dyskutować z lekarzem i, jeśli nie ma do niego zaufania, poszukać innego specjalisty. Dobrze, by chory uświadomił sobie, że ma wpływ na przebieg choroby – może brać leki lub nie, podejmować działania, które będą narażać go na nawrót i ponosić jego konsekwencje lub tego ryzyka unikać…

Czego dokładnie powinien się wystrzegać? To kwestia indywidualna. Na Oddziale Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii pracujemy z pacjentami nad stworzeniem „systemu wczesnego ostrzegania”. Najpierw zastanawiamy się nad tym, co u danej osoby może być zwiastunem choroby. Oczywiście jeśli ktoś ma już za sobą dwa epizody, to łatwiej dostrzec jakąś prawidłowość, np. że za każdym razem tuż przed pojawieniem się objawów choroby miał problemy ze snem, palił więcej czy częściej się modlił, ale nawet jeśli ktoś miał jeden epizod, to też można wyciągnąć jakieś wnioski. Potem pacjent wie, że kiedy zauważy już u siebie te zwiastuny, powinien reagować, czyli np. zgłosić się do lekarza. Ważne jest też określenie, w jakim czasie trzeba zgłosić się po pomoc. Niektórzy mogą poczekać trzy tygodnie na wizytę, a inni maksymalnie trzy dni. Oczywiście trzeba swojego lekarza poinformować o tych zwiastunach, żeby ich nie bagatelizował, bo niektórym pacjentom dwie nieprzespane noce nie zaszkodzą, a inni trzecią noc spędzą już w szpitalu. Potem trzeba zastanowić się nad czynnikami ryzyka, czyli tym wszystkim, co może doprowadzić do nawrotu choroby.

Podobno na czele listy jest alkohol. Rzeczywiście alkohol, marihuana czy inne substancje psychoaktywne są istotnymi czynnikami ryzyka nawrotu zaburzeń psychicznych. U wielu osób jest nim także stres, ale trzeba pamiętać, że nie każdego to samo i w takim samym stopniu stresuje. Miałam pacjenta, u którego następowało pogorszenie zawsze wtedy, gdy chorował ktoś z rodziny, i pacjentkę, dla której niebezpieczne były wyjazdy zagraniczne, bo kiedy ludzie zaczynali mówić w obcym języku, szybko dochodziła do wniosku, że ją obgadują. Ale ponieważ lubiła podróże, musiałyśmy opracować taką strategię, by wyjazd z kraju nie prowadził do nawrotu choroby. Częstym czynnikiem ryzyka jest też odstawienie leków, zwłaszcza nagłe, co w przypadku przewlekłej choroby zwykle prowadzi do zaostrzenia.

Czy to znaczy, że niektórzy muszą brać leki do końca życia? Tak bywa i wiem, że dla części pacjentów jest to trudne do zaakceptowania. Dlatego niektórzy psychiatrzy namawiają do przyjmowania leków, porównując to do brania insuliny przez chorych na cukrzycę. Myślę jednak, że lepszą analogią są środki antykoncepcyjne – bierze się je nie z powodu choroby, tylko profilaktycznie. Tak samo mogą myśleć osoby z doświadczeniem choroby psychicznej – teraz jestem zdrowy, ale zachorowałem raz i drugi, więc biorę leki, by nie zachorować po raz trzeci. Weźmy pacjentów ze schizofrenią – wbrew stereotypom większość nie ma objawów cały czas. Zdarza się, że przez całe życie mają tylko jeden epizod choroby. Mogą normalnie pracować i funkcjonować społecznie. Tymczasem osoby ze schizofrenią są stygmatyzowane. Co ważne, nie tylko spotykają się z dyskryminacją społeczną, ale też sami siebie uważają za wybrakowanych, wstydzą się choroby, nie przyznają do tego, że byli w szpitalu psychiatrycznym tylko mówią na przykład, że wrócili z sanatorium.

A jednak pojawiają się osoby, które mówią o swojej chorobie psychicznej publicznie, np. w ramach akcji społecznych. Tak. Na szczęście zaczyna się tworzyć ruch osób, które przeszły różne kryzysy zdrowotne. Ci ludzie mówią otwarcie o tym, co ich spotkało, przekonują, że choroba psychiczna nie musi degradować człowieka. Przyznają, że wprawdzie można przez nią okresowo wypaść z życia, ale potem się zdrowieje i człowiek może robić to, co sobie zaplanował. Oczywiście wiele zależy od tego, jak się pacjent do choroby „ustawi”. Czy stwierdzi, że to koniec – i wtedy rzeczywiście nic tylko na rentę przejść – czy się nie podda i uruchomi swoje wewnętrzne zasoby. Zwykle bowiem, mimo choroby, zachowujemy swoje zdolności i kompetencje. Czasem przestajemy wierzyć, że je mamy. Dlatego warto szukać pomocy wśród osób z doświadczeniem choroby psychicznej, gotowych wesprzeć tych chorujących, którzy są na początku drogi do zdrowia.

Dr Joanna Krzyżanowska-Zbucka: psychiatra, ordynator Oddziału Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Jest członkinią Zarządu Fundacji eFkropka, która zajmuje się zapobieganiem wykluczeniu społecznemu osób z doświadczeniem choroby psychicznej.

Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock) Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock)

4 powody, dla których warto rozważyć wizytę u psychiatry

  •  Cierpienie, z którym sobie nie radzisz. Jeśli jesteś pogrążony w smutku od dłuższego czasu, nic cię nie cieszy i z trudem rozpoczynasz kolejny dzień, nie warto zwlekać z wizytą.
  •  Skierowanie od innego lekarza, np. internisty, neurologa czy dermatologa. Na pewno nie warto się oburzać. Wiele chorób somatycznych, np. choroby skóry, ma swoje podłoże w psychice i czasem zadowalające efekty daje dopiero połączenie wiedzy z kilku dziedzin.
  •  Pogorszenie codziennego funkcjonowania. Jeśli problemy z koncentracją, nadmierna nerwowość, rozkojarzenie czy jakikolwiek inny objaw związany ze sferą psychiczną rodzi problemy, np. coraz częściej dochodzi do awantur w domu, dobrze jest porozmawiać o tym z lekarzem psychiatrą.
  • Namowy bliskich osób. Rady przyjaciół czy rodziny, by wybrać się do psychiatry, są zwykle najtrudniejsze do przełknięcia. Jeśli jednak radzą osoby, które zawsze były życzliwe i wspierające, warto ich posłuchać. Nawet jeśli nie do końca wierzysz, że wizyta u psychiatry ma sens.
 

  1. Psychologia

Jak pozbyć się poczucia winy, wstydu i niepewności - czyli uczuć, które zatruwają życie?

"Taki, jaki jestem, jestem w porządku" - to najtrudniejsza afirmacja na świecie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Poczucie winy, wstyd, żal, lęk, smutek, niepewność... Każde z nich coś nam mówi, ale czy każde buduje? O stanach, które - jeśli trwają zbyt długo - czynią nas nieszczęśliwymi i niewidzialnymi, oraz o tym, jak się z nich wyciągnąć - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. 

Wszystkie uczucia są potrzebne, choć najtrudniejsze do przyjęcia są te wynikające ze złego losu człowieka. Naturalną cechą uczuć jest to, że one przychodzą i odchodzą, czyli przemijają. Niektórych jednak tak nie lubimy, że próbujemy je tłumić, spychać ze świadomości. Nie mogą wtedy naturalnie przez nas przepłynąć, tylko kumulują się w ciele i, bez naszej świadomej wiedzy, rządzą nami. Utrwala się pewien stan i potrafi on  utrzymywać się tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Na przykład brak wiary w siebie, nienawiść do siebie czy ciągły lęk. Wszystkie te stany są dla człowieka ciężkie, bolesne, czasem zabójcze. Należy do nich także poczucie winy. Są różne szkoły na temat interpretacji tego stanu, ja uważam, że jest ono sztucznie tworzone, niepotrzebne i szkodliwe. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność, która uczy nas być dorosłymi. Robisz coś, to znaczy, że to twój czyn, jesteś za niego odpowiedzialny – tak trzeba uczyć dzieci. Natomiast nigdy nie należy wpędzać ich – i siebie – w poczucie winy. Oczywiście tak samo nie należy ich straszyć, nieustająco zawstydzać, niesprawiedliwie oceniać i pozostawiać samym sobie.

Jesteś zły – mam nad tobą przewagę

Poczucie winy jest silnym orężem w rękach tych, którzy czują się niepewni, a chcą sprawować władzę. Na przykład Kościół rzymskokatolicki, który uzurpuje sobie jedynowładztwo duchowe nad człowiekiem, od wieków wpędza ludzi w poczucie, że stale są nie w porządku i że powinni czuć się winni właściwie za wszystko: za myśli, za uczynki, za intencje, za wyobrażenia, a już szczególnie te dotyczące seksu, niezależności czy wolnomyślicielstwa. Dlaczego? Bo chce ludźmi rządzić, robiąc z nich stado baranów. Co jest dla niektórych coraz bardziej jasne, a dla niektórych nie, i jeszcze długo nie będzie, bo oni chcą być w tym stadzie baranów, gdzie mówi im się, w jakim kierunku mają iść i że jeśli wszyscy pójdą razem, to znaczy, że to jest słuszne. To jedna z niezłych zmyłek, że kiedy robi się coś powszechnie, to jest to w porządku. I że to właściwie usprawiedliwia każdą bzdurę i głupotę, bo skoro inni tak robią, to jest to OK.

W poczucie winy wbija nas od małego nie tylko Kościół i posłuszne mu media, ale też ci rodzice, którzy sami takiego tresowania zaznali. Tacy rodzice nie umieją sami siebie szanować, nie wierzą, że mogą być autorytetem dla swoich dzieci, a przecież są – już z samego faktu, że są rodzicami. A że są słabi i niepewni, przekształcają swoje niezadowolenie w uwagi, oceny i nakazy, które wpędzają dzieci w poczucie winy. Łatwiej jest im wtedy nimi zarządzać – w głównej mierze po to, by trzymać je pod butem. Żeby nie szukały własnych dróg, żeby nie miały innych autorytetów, żeby niczego się same nie dorobiły – w tym swojego światopoglądu – żeby nie przeszkadzały, żeby nie przynosiły do domu idei, które rodzicom nie odpowiadają, i w ogóle żeby było z nimi jak najmniej kłopotów. (Mam nadzieję, że jest jasne, iż ten smutny obraz nie opisuje wszystkich rodziców, niestety, jednak na tyle dużą ich część, że można się pokusić o uogólnienie).

I tak poczucie winy rozłazi się na wszystkie przestrzenie naszego życia, w tym na związki. Strasznie jest słyszeć, jak ona mówi do niego: „Ty świnio, oszukałeś mnie, upokorzyłeś, zdradziłeś”. I on wcale nie musiał jej tego naprawdę zrobić, czasami ona sama to sobie zrobiła lub zrobił jej to ktoś inny, a czasami w ogóle nie zostało to zrobione – ale zasada jest taka, że człowiek niezadowolony z siebie lubi szukać powodu tego niezadowolenia na zewnątrz. Do tego w procesie wpędzania w poczucie winy sama wina nie musi być wcale udowodniona, tylko zarzucona. A osoba, której ją zarzucono, musi mieć w środku taki klik na zasadzie „jeśli się mnie czepiają, to może słusznie” – i wtedy ona to poczucie winy na siebie przyjmuje.

Dziecko, które ani nie zna siebie, ani świata, a do tego jeszcze nie zna i nie rozumie swoich rodziców – bo jak ma ich rozumieć – przyjmuje jak objawienie wszystko, co się na nie zwala. Moja mama na przykład zawsze mi powtarzała, że przez ciężki poród całe życie miała zatwardzenie – to oczywiście miała być moja wina, bo jej było z tym wygodnie. Innej dziewczynie matka powtarzała, że przez nią nigdy nie schudła i zaczęła mieć migreny. I jak dziecko może z takim zarzutem walczyć? Dziecko może się albo na to zamknąć, albo się pod tym ugiąć i bardzo się starać, by przeprosić i wynagrodzić, czyli być idealne we wszystkim, w czym się da: nie być głośno, nie przeszkadzać, nie bałaganić, dobrze się uczyć. Robią się potem z takich dzieci, a zwłaszcza dziewczynek, szare, ciche myszeczki. Bardzo wielu rodzicom zależy, żeby mieć takie dziecko.

Niewidzialna dziewczynka

Pamiętacie Nini, bohaterkę z serii o Muminkach, dziewczynkę, która była niewidzialna i tylko dzięki dzwoneczkowi na szyi było wiadomo, gdzie jest? Ktoś był dla niej kiedyś konsekwentnie zły i okrutny, ona wzięła winę na siebie, bo była bezbronna, i postanowiła, że nie będzie nikomu zawadzać, aż stała się niewidzialna. Ale kiedy ktoś jej powiedział coś miłego, to powoli pojawiała się kokardka na czubku głowy, a potem ewentualnie włoski, przy Mamie Muminka zaczęła się pojawiać już trochę buzia, ale wtedy wpadł Muminek i spytał: „a co to takiego dziwnego?” i dziewczynka znów zniknęła – bo tak była elektryczna na każde nieaprobujące zdanie na jej temat.

Bardzo dużo jest takich dorosłych niewidzialnych dziewczynek. Idzie taka do lekarza i od progu się jąka, że ją coś boli, ale w recepcji od razu zostaje usadzona i musi swoje odstać, a gdy wreszcie doczeka się swojej kolei, to się nie dopyta, nie powie, że jej coś nie pasuje albo że lekarz ją źle zrozumiał. Nie zadba o siebie, bo wszyscy są od niej ważniejsi. Wszelka złość, jaka się u niej pojawia, która ewentualnie mogłaby ją ośmielić, jest kierowana przeciwko niej samej. Może kiedy ta dorosła niewidzialna dziewczynka zacznie ciężko chorować i ktoś jej powie, że to jest psychosomatyczne, a do niej dotrze, co to znaczy – zechce to przyjąć i będzie ciekawa, jak można to zmienić. Większość takich dziewczynek woli jednak faszerować się lekami niż pracować nad zmianą samych siebie, nad dostrzeżeniem swojej złości. Poczucie winy tworzy właśnie takich niewidzialnych, niemych ludzi – po to, by łatwiej było nimi rządzić. A już broń Boże, żeby byli szczęśliwi, bo jak tu rządzić szczęśliwymi ludźmi?

Jeśli ma się w dzieciństwie wypracowany mechanizm przyjmowania na siebie poczucia winy, człowiek zaczyna sam siebie w nie wpędzać, bo to umie i zna. Dlatego powtórzę jeszcze raz: poczucie winy nie jest naturalnym stanem, to stan sztuczny i szkodliwy, to przedłużająca się krzywda. Co innego poczucie skruchy  – pojawia się wtedy, kiedy wiemy, że zrobiliśmy coś, co jest niefajne, również według nas samych. I można przeprosić, naprawić albo zadośćuczynić. Albo strach – kiedy dziecko wie, co zrobiło, i wie, że to nie spodoba się rodzicom, czuje strach, tylko tyle. Dopiero kiedy od nich dowie się za pierwszym, drugim i kolejnym razem, że nie tyle nawet zrobiło źle, co jest złe – wtedy wpada w otchłań poczucia winy.

Normalny, żyjący swobodnie człowiek ma świadomość, że raz na jakiś czas coś mu się wymsknęło spod kontroli, że coś zawalił, popsuł, czegoś nie dopilnował. Nie jest ze wszystkiego zadowolony, ale to jest wliczone w szeroki wachlarz wydarzeń ludzkiego życia – nie możemy przecież nigdy nie popełniać błędów czy nigdy o niczym nie zapominać. Dlatego można mieć poczucie błędu, ale nie winy.

Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock) Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock)

I niczego nie żałujcie

Nie tylko poczucie winy potrafi zatruć życie, także poczucie żalu. Żalu z powodu niezrobionych rzeczy, niewykorzystanych okazji, żalu do siebie o to, jakim się było. Że się o siebie nie walczyło. Że się uwierzyło w słowa: „do niczego się nie nadajesz”. Bardzo przykro zdać sobie z czegoś takiego sprawę. I żeby sobie udowodnić, że jednak się nadajemy, robimy wiele różnych rzeczy – tylko jakoś się one nie przekładają na zadowolenie z siebie, co dostrzegamy często dopiero na terapii.

Nie ma sensu żałować czegoś, co zrobiliśmy lub nie. Zrobiliśmy to dlatego, że w danym momencie po prostu samo nam wyszło, bo: albo było naszym automatyzmem, albo mieliśmy na to ochotę, albo daliśmy się namówić, albo się przestraszyliśmy i nie zrobiliśmy czegoś – czyli wynikało to z określonych okoliczności. No więc skoro takie były okoliczności, co mamy do tego? Mogę teraz powiedzieć, że żałuję, że nie pojechałam na tę wycieczkę, którą mi proponowano; nie puściłam się z chłopcem, który miał na mnie ochotę; nie kupiłam sobie tej rzeczy, która mi się strasznie podobała. A mogę powiedzieć sobie wprost przeciwnie: że świetnie, że nie wydałam pieniędzy na kolejną torebkę, bo były mi potrzebne na coś innego; świetnie, że z tamtym facetem nie poszłam do łóżka, bo potem się okazało, że on obgaduje swoje kochanki; świetnie, że nie pojechałam na tamtą wycieczkę, bo za to poszłam gdzie indziej i tam mnie spotkały różne fajne rzeczy. I gdzie tu miejsce na żal?!

Fajnie też, że pamiętamy pewne rzeczy z przeszłości, bo dzięki temu w przyszłości nie powtórzymy już tego samego. Albo właśnie wreszcie zrobimy to, czego pożałowaliśmy sobie kiedyś. Jeśli coś się już stało, to mamy traktować to jako materiał do wyciągnięcia wniosków i dowiedzenia się czegoś o sobie – bo to bardzo cenne i nas zasila.

Na przykład marzę, by jeździć po świecie, ale za każdym razem, gdy mi ktoś proponuje wycieczkę, to wynajduję różne powody, żeby nie pojechać – za drogo, niebezpiecznie. Lub: bardzo bym chciała kogoś poznać i zakochać się, ale jeśli już poznaję, to znajduję w nim różne wady: krzywe zęby, garnitur niemodny. I z tego można wyciągnąć wniosek – może powinnam się odważyć, przełamać schemat, może ja się czegoś bardziej boję niż pragnę. Nie chcę powiedzieć, że nie ma się czego bać, bo czasem jest: na przykład łajdaków, bandytów, oszustów i wszelkich krzywdzicieli. Lęk i strach są potrzebne, byle nie były naszymi jedynymi doradcami.

Zawsze jest wyjście

Żal to złożony stan emocjonalny, bierze się ze smutku, rozczarowania, zawodu. Nie ma co się go całkowicie pozbywać, bo on pokazuje naszą kondycję – zmaltretowanego człowieka, któremu się nie należało. Dlatego ważne, żebyśmy umieli siebie pożałować, ale też sobie wybaczyć i wyrównać, bo inaczej będziemy wiecznymi cierpiętnikami. Żal mówi, co było dla ciebie ważne, podobnie jak zazdrość. I to coś trzeba sobie dać, zadośćuczynić sobie, wyrównać sobie i samego siebie za to przeprosić.

Podobnie skomplikowane jest poczucie krzywdy, które z kolei ma korzenie w bezsilności i złości. Poczucie winy – jak już mówiłam, rodzi się z lęku, smutku, braku pewności siebie. I nie jest prawdą, że jeśli nie będziesz mieć poczucia winy, to będziesz zarozumiałym, bezczelnym egoistą, bo poczucie winy nas gryzie i niszczy, a nie buduje. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność czy skrucha albo zadośćuczynienie, przeproszenie, postanowienie poprawy, prawda – te rzeczy nas budują. Jeśli chcemy sobie poradzić z czymś, co nam w środku dolega, bo zrobiliśmy coś niefajnego – to są właśnie najlepsze metody. Refleksja na swój temat zawsze powinna być wszechstronna i pogłębiona – ludzie zwykle chcieliby być lepsi niż są, bo się im od dziecka wmawia, że nie są dobrzy.

„Taki, jaki jestem, jestem w porządku” – to jest najtrudniejsza afirmacja na świecie. Bo jak to, jestem w porządku?! Przecież spóźniłem się, zgubiłem portmonetkę, odpowiedziałem komuś niegrzecznie… To wszystko są drobiazgi, za które można przeprosić, wytłumaczyć, uśmiechnąć się. Nauczyliśmy się popadać w dołek, z którego nie ma wyjścia. A zawsze jest wyjście. Musi się bardzo dużo złych rzeczy poskładać, żeby przez jakiś czas tego wyjścia nie było, ale potem znów będzie.

  1. Styl Życia

Jak utrzymać wakacyjną energię i nie popaść w "holiday blues"?

By naładowane po wakacjach
By naładowane po wakacjach "baterie" służyły nam jak najdłużej trzeba nimi dobrze zarządzać. (iStock)
Koniec – urlopu, wakacji, lata. Nie każdemu łatwo się z tym pogodzić. Pojawia się stres, czasem nawet pourlopowa depresja. Buntujemy się, że ktoś zabrał kawałek naszego prywatnego nieba. A przecież ono wciąż jest, tyle że teraz przybrało trochę inne kolory. Pora je docenić.

Niektórzy czują tę nostalgię już w sierpniu, inni dopiero pod koniec września, kiedy kalendarz nieodwołalnie pokazuje jesienną równonoc, zapowiada „w tył zwrot” – w stronę mroku. Co bardziej wrażliwi wzruszają się, opróżniając walizkę po urlopie albo piorąc letnie ubrania. Przypominają – jakbyśmy mogli zapomnieć! – że już wracać czas. Do pracy, do codzienności. I jak tu się nie buntować, nie użalać nad sobą, nie posmutnieć?

Holiday blues

Piszę ten tekst w środku upalnego sycylijskiego lata, w drugim co do wielkości mieście na wyspie. W dzielnicy, w której koguty przez cały dzień pieją jak oszalałe... Przyjechałam tu na kilka miesięcy i już wiem, że ciężko będzie wracać. Miałam ochotę na pomarańcze – te czerwone, zwane zresztą sycylijskimi. Ale z jakichś powodów nie mogłam ich dostać. Wreszcie spytałam sprzedawcę, o co chodzi. Spojrzał na mnie jak na cudzoziemkę: „Signora, to nie pora! Nasze pomarańcze zbiera się zimą”. Umysł zawiesił się. A potem przyjął rzecz do wiadomości. A nawet przytaknął: co za pomysł, żeby uganiać się za pomarańczami latem!

Włosi mają dużą świadomość cykli. I – nie da się ukryć – wartościują je. Lato (i wiosnę, w każdym razie najcieplejsze miesiące) nazywają po prostu bella stagione (piękna pora). Wakacje to dla nich rzecz święta. Cierpią, kiedy dobiegają końca. Postanowiłam więc sprawdzić, co mówią i piszą na ten temat. Jak się ratują.

Nie da się ukryć – dramatyzują nieco. Koniec wakacji to dla nich koniec relaksu, zabawy, beztroski, czasu dla siebie i dla partnera. Koniec przygody, przebywania w innym, lepszym świecie. Wracają sztywny rytm i rutyna. Zamknięta przestrzeń biura i być może niewdzięczne zadania... Do tego terminy, pośpiech. Korki. Prawdziwy szok! Nic dziwnego, że lista możliwych objawów jest długa: nerwowość, zmęczenie, ociężałość, uczucie przytłoczenia, niepokój, brak koncentracji, zaburzenia snu, brak apetytu... Włoscy psychologowie nazywają to „syndromem powrotu” albo „syndromem powakacyjnym”. Amerykanie używają terminu „holiday blues”, u nas mówi się nawet o „depresji pourlopowej”.

Endorfiny i winogrona

Na szczęście lista remediów proponowanych przez Włochów jest jeszcze dłuższa:
  • przebywaj jak najwięcej na słońcu (w naszej strefie klimatycznej – przynajmniej na świeżym powietrzu);
  • jedz owoce i warzywa;
  • otaczaj się życzliwymi ludźmi;
  • pozwalaj sobie na przyjemności – kto powiedział, że są zarezerwowane tylko na czas wakacji?
  • oddawaj się aktywności fizycznej – zapewni ci przypływ endorfin, czyli dobre samopoczucie. Wykorzystaj jak najlepiej weekendy – na odpoczynek, zabawę, może wycieczkę?
  • bądź dla siebie łagodna – wracaj do codziennych obowiązków stopniowo, nie narzucaj sobie zbyt frenetycznych rytmów (zwykle potrzeba około tygodnia, by dostosować się na nowo do warunków pracy).
Ustal priorytety, zaplanuj przerwy. Jeśli możesz delegować niektóre zadania na innych, zrób to. Po jakimś czasie podejmij jednak nowe wyzwania – to ważne, żeby wciąż wytyczać sobie cele.

A wspomnienia? Czy warto zaprzątać sobie nimi głowę, czy lepiej skupić się na słynnym „tu i teraz”? Właściwie kto zabroni ci myśleć o przyjemnych rzeczach? Są przecież, po doświadczeniu, które stało się twoim udziałem, częścią ciebie... Dlatego…

  • czuj wdzięczność, że odpoczęłaś, że byłaś tam, gdzie byłaś. I że masz do czego wracać...
  • może uda ci się włączyć jakieś elementy urlopu do codziennego życia? Może podczas podróży zainspirował cię jakiś przepis i zechcesz przetestować go w swojej kuchni? Albo – czemu nie – udekorować biurko zdjęciami z urlopu?
  • tak naprawdę – wbrew zaleceniom nauczycieli od „tu i teraz” – możesz nawet zacząć planować kolejne wakacje... Da ci to energię i motywację do podejmowania codziennych wyzwań.
Wiadomo – są jeszcze kwestie związane ze zdrowiem, z zarządzaniem własną energią. Warto zadbać o regularny sen i posiłki, ale też nie wprowadzać z dnia na dzień surowego reżimu – to może być zbyt bolesne. Jeśli na przykład po szaleństwach wakacji planujesz mały (albo duży) detoks, poczekaj z nim chwilę, żeby zaoszczędzić ciału szoku. Nie szarżuj. Na regulację rytmów dobowych Włosi polecają czerwone winogrona.

Powinność i pomarańcze

To, jak czujemy się po powrocie z wakacji, zależy w dużej mierze od tego, co zastajemy na miejscu. Czy jesteśmy zadowoleni z naszego życia. Oddalenie się od miejsca stałego zamieszkania to szansa na spojrzenie na swoje życie z nowej perspektywy. Wyłapanie tego, co być może kwalifikuje się do poprawki. Niektóre odkrycia mogą zbić cię z tropu. Potraktuj je jako szansę na rozwój. Daj sobie chwilę na refleksję, na oddech. A potem zdecyduj, czego chcesz naprawdę...

À propos rozwoju – taka myśl dr Annalisy Di Giacomo na temat powinności i przyjemności, które psycholożka z Agrigento traktuje jako dwie strony tego samego medalu. „Powinność i przyjemność powinny koegzystować w harmonii i jeśli w naszym umyśle zakorzeniło się przekonanie, że jedna może przeważyć nad drugą, zaczynamy działać wbrew naszemu rozwojowi i dobremu samopoczuciu” – twierdzi Sycylijka. Z drugiej strony... Żyjemy w społeczeństwie, które cierpi na wiele dolegliwości i niewygód. I na każdą istnieje co najmniej jedno remedium. Brakuje ci słońca? Weź witaminę D, doświetl się. Jesteś smutna? Obejrzyj komedię! Otóż czasem też można nie robić nic. Dać sobie prawo do smutku, dostrzec jego piękno. Zaakceptować. W ślad za tym przyjdzie akceptacja życia, w którym wszystko polega na zmienności, na cyklach.

Mamy skłonność do sztywnych podziałów: coś jest dobre, a coś złe, coś przyjemne, a coś wręcz przeciwnie. Tak zwana codzienność nie jest szczególnie wysoko punktowana na tej skali. A przecież – nie oszukujmy się! – przedłużane w nieskończoność wakacje też musiałyby spowszednieć. Może więc warto odczarować ten mit codzienności, do której przyczepił się epitet „szara”. Tak naprawdę możesz ją pomalować na dowolny kolor... Na przykład pomarańczowy.