1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dajmy się lubić jako rodzice, reszta pójdzie sama. Kwarantanna z nastolatkiem

Dajmy się lubić jako rodzice, reszta pójdzie sama. Kwarantanna z nastolatkiem

Domowa izolacja to ciężki czas, zwłaszcza dla młodych, którzy, mają silne potrzeby kontaktu z równieśnikami. (Fot. iStock)
Domowa izolacja to ciężki czas, zwłaszcza dla młodych, którzy, mają silne potrzeby kontaktu z równieśnikami. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W okresie dojrzewania najważniejsza jest grupa rówieśnicza, więc dla nastolatków, pozbawionych możliwości spotkania z przyjaciółmi, siedzenie w domu jest szczególnie dotkliwe. A do tego rodzice pytają tylko o szkołę... O wskazówki, jak w kryzysowej sytuacji budować dobre relacji  z nastoletnimi dziećmi – poprosiliśmy pedagożkę terapeutkę Ewa Nowak.

 

 

Pandemia koronawirusa oznacza przymusowe siedzenie w domu, jednak czas nie stanął w miejscu, wiele osób pracuje zdalnie, szkoła toczy się on-line, więc odrabianie lekcji i nauka to nadal zapalny temat na linii rodzice-dzieci. Jak znaleźć granicę między trzymaniem się zasad a przyzwoleniem na pewne odstępstwa, bo pod wpływem powszechnego niepokoju nikt z nas nie funkcjonuje całkiem normalnie? Zaczęłabym od zbudowania dobrych relacji. Przybliżmy się do naszego dziecka, pogadajmy się z nim, pośmiejmy się z memów, i filmików, które go śmieszą, posłuchajmy dziwnych rzeczy, które wrzucają do sieci jego koledzy, przegadajmy żarty, które już krążą w Internecie. Żartujmy, wygłupiajmy się – nastolatki bardzo potrzebują takiego oddechu emocjonalnego, także w relacjach z rodzicami. Gdy rodzice mają serdecznie relacje z nastolatkiem, to on łatwiej zaakceptuje ich prośby czy zasady funkcjonowania domu. Na nic się zdadzą pogadanki, groźby czy awantury, jeśli dziecko po prostu nie lubi swoich rodziców, uważa ich za na oderwanego od jego rzeczywistości – nic z nim nie załatwią. Dajmy się lubić jako rodzice, reszta pójdzie sama.

Dla wielu dorosłych praca zdalna niesie konieczność używania narzędzi internetowych, z którymi nie umieją sobie poradzić, dla nastolatków to normalna sprawa. Czy to oznacza, że nastolatki lepiej odnalazły się w dzisiejszej rzeczywistości? Uważam, że to zbytnie uproszczenie, bo owszem nastolatki lepiej mają opanowane umiejętności związane z cyfryzacją życia, jednak nie umieją jeszcze o siebie samodzielnie zadbać. A w ogóle może to właśnie dobra okazja, żeby poprosić dzieci o pomoc? Wtedy okaże się, czy robią to chętnie, z radością, a nawet z dumą, że pomagają rodzicom, że uczestniczą w ich życiu zawodowym. Czy też przy okazji ich wyśmieją, wyszydzą i celowo wytrącą z równowagi. To będzie sprawdzian rodzinnych relacji, bo jeśli nie są one dobre, to dziecko wykorzysta taką okazję, żeby się odegrać na rodzicach za krzywdy, które w sobie nosi.

Panuje przekonanie, że nastolatki żyją w sieci i nie potrzebują kontaktów w realnym świecie. Co innego jednak siedzieć na fejsie w gronie znajomych i komentować na głos, co kto zalajkował, a co innego robić to przed monitorem. Co dla dorastającego dziecka oznacza przymusowe oderwanie od kolegów? To nie do końca prawda, że nastolatki przeniosły swoje życie do sieci. Człowiek to istota społeczna także w sensie fizycznym, więc nastolatek też potrzebuje fizycznej obecności drugiego człowieka, zwłaszcza rówieśnika. To zupełnie inne fale energetyczne niż obraz kolegi czy koleżanki na monitorze. Domowa izolacja to ciężki czas, zwłaszcza dla młodych, którzy, pamiętajmy o tym stale, mają inną mentalność, a więc inne potrzeby psychiczne niż dorośli. To kwestia rozwojowa, nastolatki kształtują swoją osobowość przez kontakty społeczne, a nawet najlepsi rodzice świata nie zastąpią kolegów.

Nastolatki chcą poznawać świat na własnych warunkach, jednak psychicznie nie są w stanie przewidzieć w pełni konsekwencji swojego działania. Jak rozmawiać z dorastającym dzieckiem, które mimo pandemii koronawirusa nie chce siedzieć w domu i argumenty rodzica kwituje słowami „najwyżej się zarażę”? Jeśli nastolatek tak jawnie występuje przeciwko obowiązującym dziś zasadom, jest to sygnał, że chce ukarać rodziców, otoczenie a nawet cały świat. Taki nastolatek jest wyraźnie niepogodzony, nie ma wypracowanej ścieżki porozumienia z rodzicami i w ten sposób wyraża swój bunt. Warto z nim bardzo spokojnie porozmawiać o istocie zagrożenia, o tym,  że wszyscy jesteśmy częścią społeczeństwa i każdy w swoim obszarze musi zachowywać się odpowiedzialnie. Trzeba, jeśli to konieczne nawet wiele razy, omawiać to z nastolatkiem, żeby miał świadomość, że wyjście z domu, spotkanie z kolegami to kwestia dużo szersza niż jego ewentualne zarażenie się. Musimy też pamiętać, że taka postawa dziecka świadczy również o tym, jak bardzo  martwi się o utratę znajomych i swojej pozycji w grupie. To jest naturalne, bo w okresie dojrzewania przyjaciele są fundamentem życia społecznego.

Na koniec przyznam jednak, że obserwuję odwrotne zjawisko. To młodzież jest niezwykle karna w przestrzeganiu zasad i wielokrotnie to ona dyscyplinują dorosłych, którzy podchodzą do „ zostań w domu” niefrasobliwie. Nie znam wyników badań, bo ich zapewne jeszcze nie ma, ale zdaje się, że nasze nastolatki w większości stanęły na wysokości zadania i wykazały się ogromną dojrzałością.

Ewa Nowak pedagożka terapeutka, autorka wielu nagradzanych książek dla dzieci i młodzieży, ostatnio ukazała się jej powieść „Orkan. Depresja”, wyd. Egmont

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Tężyczka - choroba życia w biegu, napięcia i przerostu ambicji

Pacjentów z tężyczką przybywa, zwłaszcza w czasie pandemii - to efekt życia w stresie. 
(Fot. iStock)
Pacjentów z tężyczką przybywa, zwłaszcza w czasie pandemii - to efekt życia w stresie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Objawy są nieprzyjemne – skurcze mięśni. Bywa, na szczęście rzadko, niebezpieczna, może nawet zagrażać życiu. W dodatku trudno się ją diagnozuje. – Tężyczka jest trochę przez lekarzy pomijana. Część w nią wierzy, część nie do końca – mówi neurolog dr Katarzyna Toruńska, zajmująca się tą chorobą.

Kilka lat temu moja przyjaciółka, mieszkająca wtedy w Londynie, zaczęła odczuwać dziwne objawy. Najpierw mrowienie rąk. Potem nóg. Doszły do tego skurcze mięśni. Majka, przestraszona, poszła do lekarza. Ten zaczął przeprowadzać diagnostykę w kierunku stwardnienia rozsianego. Pamiętam, jak dzwoniła do mnie w panice. Na szczęście szybko okazało się, że to nie SM. Więc co? – Wyobraź sobie, mam tężyczkę – powiedziała.

Czym jest ta choroba?

– Właściwie to zespół objawów – mówi neurolog dr Katarzyna Toruńska. – Niecharakterystycznych, z różnych grup. Wynikają z nadpobudliwości błony nerwowo-mięśniowej, a to z kolei powodowane jest różnego rodzaju niedoborami tkankowymi. Głównie niedobory dotyczą magnezu i potasu a także witaminy D – jeżeli mówimy o tężyczce utajonej. Ten zespół objawów jest bardzo uciążliwy. Trzeba szukać, co jest jego źródłem w przypadku konkretnego pacjenta.

Czy łatwo tężyczkę zdiagnozować? – Bardzo trudno, niestety. Bo przyczyn może być dużo. Od psychicznych, psychogennych, poprzez gastrologiczne, endokrynologiczne diabetologiczne, przyjmowane leki, nieprawidłową dietę. Diagnoza nie jest prosta, ale staramy się mieć swoje schematy w diagnostyce, żeby pacjentowi pomóc, żeby znaleźć przyczynę tych dolegliwości – tłumaczy dr Toruńska. – Zwykle na początku rzeczywiście sprawdzamy, czy to nie stwardnienie rozsiane. Robimy rezonans mózgu, żeby je wykluczyć, choć w tej chorobie przebieg jest jednak inny. Tężyczka nie daje objawów konkretnego zespołu neurologicznego, trzeba wykonać podstawowe badania, żeby SM wykluczyć i dalej szukać przyczyny, źródła. Zwykle to źródło znajdujemy.

Mogą to być na przykład choroby tarczycy, nadczynność, niedoczynność, Hashimoto. Choroby przewodu pokarmowego, wszelkiego rodzaju nietolerancje pokarmowe, na gluten, na laktozę. Są pacjenci po zapaleniu błony śluzowej żołądka, tacy, którzy bardzo długo przyjmują inhibitory pompy protonowej (IPP), zaburzające wchłanianie pierwiastków i witamin. Bywa to też niewykryta insulinooporność albo monodiety, często wyniszczające organizm. Także niektóre leki oraz, oczywiście, wszelkie używki.

Zwykle tężyczka sama w sobie nie jest chorobą, a efektem innych chorób. Choć, jak tłumaczy dr Toruńska, jest taka jednostka jak hipomagnezemia rodzinna, gdzie tężyczka jest pierwotna, bo mamy tu jedną przyczynę – genetyczną. Ale to się zdarza niezwykle rzadko.

Tężyczka - do kogo po pomoc

Żeby jeszcze bardziej sprawę skomplikować, trzeba powiedzieć, że tężyczki są dwie: jawna i utajona. Endokrynolodzy zajmują się tężyczką jawną, czyli wapniową, pojawiającą się (oczywiście nie zawsze) po operacjach tarczycy, przytarczyc, przy chorobach tarczycy, kiedy są duże niedobory wapnia. Ta postać tężyczki jest bardziej niebezpieczna, czasami nawet zagrażająca życiu – występują tu bardzo silne skurcze, może – przy gwałtownych spadkach wapnia – dojść do skurczu głośni, utraty przytomności.

Neurolodzy leczą tężyczkę utajoną. Łagodniejszą w przebiegu, choć trudniejszą do wykrycia. Pojawiają się mocne samoistne skurcze mięśni, ale może je wywołać zewnętrzny bodziec. – Choćby hiperwentylacja – czyli szybkie, głębokie oddychanie. Zaburza się wtedy równowaga kwasowo-zasadowa i dochodzi do utraty pierwiastków, głównie magnezu, z tkanek. Każdy mówi: jak się boisz, to głęboko oddychaj. No właśnie nie. Wtedy się pogarsza, zamiast poprawiać – tłumaczy dr Toruńska.

Nieprawidłowe oddychanie może być pogłębiane przez stres. Na początku, kiedy jeszcze nie wiemy, co nam dolega, a objawy są niepokojące, można się porządnie przestraszyć. Czasem pojawiają się bóle w klatce piersiowej, czasem duszności, a razem z tym nakręca się spirala lęku.

Wydawałoby się, że skoro przyczyną tężyczki utajonej są niedobory magnezu, potasu i witamin, wystarczy zrobić badanie krwi, żeby wykryć chorobę.

– Nie jest to takie proste – mówi dr Toruńska. – Ja się zajmuję tężyczką utajoną, tu pacjenci mają zwykle prawidłowy poziom wapnia czy parahormonu, a z kolei niski magnezu czy potasu. Jednak na ogół w badaniu krwi te pierwiastki nie wychodzą nieprawidłowo, bo organizm dąży do homeostazy – krew więc wygląda dobrze, ale kosztem tkanek. Mamy już na szczęście możliwość wykonania badań na poziom magnezu w erytrocytach, to najbardziej wiarygodnie pokazuje, co dzieje się w tkankach, nadal jednak mamy trudności w oznaczeniu poziomu magnezu zjonizowanego, a to jest frakcja aktywna, więc nawet to badanie w erytrocytach jest badaniem tylko pośrednim.

Tymczasem pacjentów z tężyczką przybywa. Z czego to wynika? – Ze stylu życia. Z biegu, pędu, permanentnego braku czasu, braku możliwości czy chęci skomponowania odpowiedniej dla siebie diety – tłumaczy dr Toruńska. – Ludzie się nie badają, mówią, że źle się czują, że mrowienie, skurcze, w reklamach słyszą, że niedobór magnezu, więc łykają suplementy, które nie działają… I kolejny znak naszych czasów, czyli żywność wysokoprzetworzona, z dużą ilością fosforanów, które blokują wchłanialność magnezu. Jest też dużo produktów, które ten magnez wypłukują, a których na co dzień nadużywamy. Kawa, cola, mocna herbata, napoje energetyzujące, alkohol, używki, a nawet niektóre leki. A leki przecież ludzie przyjmują, bo muszą, wszystko to powoduje, że mamy ujemny bilans magnezu czy potasu w organizmie W tkankach.

Oczywiście byłoby idealnie, gdyby pacjenci razem z receptą na leki blokujące wchłanianie magnezu dostawali od lekarza informację, że powinni ten magnez uzupełniać. Jednak dr Katarzyna Toruńska mówi, że tak, niestety, dzieje się rzadko: – Tężyczka jest trochę przez lekarzy pomijana. Część w nią wierzy, część nie do końca. Twierdzą, że każdy, kto się zhiperwentyluje i zrobi próbę tężyczkową, ta wyjdzie dodatnia. Co jest nieprawdą. My 20 lat temu też nie wiedzieliśmy, że jak będziemy podawać inhibitory pompy protonowej, żeby pacjent nie krwawił z wrzodów żołądka, to za jakiś czas się okaże, że chory ma niedobory. Nigdzie nie mogliśmy o tym przeczytać, o pewnych lekach uczymy się dopiero na przestrzeni czasu.

Leczenie

To zależy, czy to tężyczka jawna, czy utajona. I jaka jest przyczyna. Oczywiście podstawa to suplementacja, zwykle magnezowo-potasowa. – Niekiedy, jeśli u pacjenta widzimy wysoki poziom lęku czy depresję, włącza się leki antydepresyjne. Jeśli są problemy z tarczycą, chory musi być pod opieką endokrynologa. Przy insulinooporności – diabetologa. Czyli leczenie często musi przebiegać na kilku poziomach. I bardzo ważna jest współpraca między lekarzem a pacjentem – tłumaczy dr Toruńska. – Lekarz nie da pigułek na wszystko. Nie zawsze jest to proste. Jeśli źródłem permanentnego stresu jest nasza praca, idealnie byłoby ją zmienić. Ale na ogół nie jest to możliwe. Na pewno można odstawić używki. I włączyć techniki relaksacyjne. Wyciszenie, joga. Wyłączyć za to nieustanne myślenie o obowiązkach, kłopotach, pracowanie 24 godziny na dobę – nawet jeśli nie siedzimy cały czas przy biurku, to głowa nie odpuszcza. – Mam takich pacjentów – mówi dr Toruńska. – To tylko zwiększa dolegliwości. Nie umiemy dziś radzić sobie ze stresem, odpoczywać, odpuścić sobie. Często nawet urlopu nie potrafimy wykorzystać, w wolnym czasie też nie dajemy sobie taryfy ulgowej. W dodatku pandemia nasiliła tężyczki. I więcej mamy tych świeżo rozpoznawanych, i ci pacjenci, którzy są po diagnozie i regularnie się suplementują, też odczuwają silniejsze dolegliwości.

Jest grupa osób szczególnie narażonych – to ludzie ambitni, trochę neurotycy, perfekcjoniści, osobowość typu A. Często też sportowcy – tu przyczyną jest duży wysiłek fizyczny bez mądrej suplementacji.

– Zawsze staram się szukać przyczyny, jak się nie da, zostaje styl życia. Tu zmiana zależy od nas. Choć nigdy – a szczególnie w  dobie pandemii – nie jest to łatwe. Ale daje efekty, można się pozbyć objawów. To długie leczenie, ale na ogół z sukcesem – mówi dr Katarzyna Toruńska.

  1. Psychologia

Dojrzewanie w trybie online

W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wydaje się, że młodzi w pandemii mają trudniej niż my. Że skutki izolacji mogą być dla nich fatalne. Czy tak jest rzeczywiście? Michał Czernuszczyk, psychoterapeuta, uważa, że bilans nie jest wcale wyłącznie ujemny. Bo tego typu doświadczenia mogą się przekładać twórczo na życie.

Wszyscy mamy dosyć. Izolacja, brak prawdziwych spotkań, świat zredukowany do ekranu komputera. Młodzi znoszą pandemiczną samotność gorzej niż my, dorośli. Widzi to pan w gabinecie? Widzę. Byłem zresztą zdziwiony, że młodzi ludzie są izolacją aż tak poruszeni. Czytałem badania na ten temat – zaskakująca jest dla mnie odpowiedź emocjonalna tej właśnie grupy. Mówimy o adolescentach – to czas między 14. a 24. rokiem życia. Kiedy młody człowiek jest w czasie dojrzewania, nieosadzony jeszcze w dorosłych rolach społecznych. Układ nerwowy wciąż się kształtuje. Oczywiście między 18-latkiem a 24-latkiem różnica etapu życiowego jest ogromna, ale z medycznego punktu widzenia można ich włożyć do jednej grupy. Myślałem, że skoro komunikacja online to dla nich codzienność, przestawienie się na to, że będzie jej więcej, nie sprawi im kłopotu. A jednak okazało się, że to właśnie oni najczęściej reagują lękowo.

Czyli lęk jest dominującą emocją? Tak. To jest lęk uogólniony. Nie strach, tylko lęk, reakcja niepokoju uwarunkowana okolicznościami.

Czyli nie lęk o przyszłość, o egzaminy, o utratę miłości? Nie. Oczywiście, jeśli zapytamy o konkretną sprawę, na przykład właśnie egzaminy, maturę, studia, mówią: „Tak, boimy się, że będziemy gorzej przygotowani, że będziemy mieć gorszy start w życie”. Jeśli zapytamy o relacje z rówieśnikami, mówią: „Tak, boimy się, że ucierpią”. Ale ten lęk rozlewa się raczej na różne dziedziny życia. Mocny jest też lęk przed chorobą, przed zarażeniem. O swoje zdrowie i życie. Młodzi ludzie wiedzą, że są w grupie stosunkowo mało narażonej, że nawet jeśli zachorują, to jest duża szansa, że przejdą zakażenie lekko albo wręcz bezobjawowo – a jednak się boją. I to zdecydowanie bardziej o siebie niż bliskich.

Nie miałam świadomości, że tak duży jest lęk przed chorobą. Tak, i to prowadzący czasem do stanów pełnoobjawowych ataków paniki. Młodzi doświadczają też uczucia osaczenia, uwięzienia, tylko przejawia się to nie złością, lecz przestrachem.

Choć przecież każdy tego uczucia uwięzienia doświadcza. Ja za chwilę kończę 47 lat. I kiedy opowiadam moim wczesno­nastoletnim dzieciom o swojej młodości, to mówię o tym, że wtedy telefon był rzadkością. I nie chodzi o telefon komórkowy, ale o zwykły stacjonarny. Proszę sobie teraz wyobrazić, co by było, gdyby nagle zniknęły komórki, Internet. Cechą naszych czasów jest to, że z każdym w każdej chwili można mieć kontakt. W Polsce, w innym kraju, na innym kontynencie. I my, starsi, jesteśmy nauczeni, że ten kontakt to nie jest coś oczywistego. I że nie musi być non stop. Że czasem można, a czasem nie. Wiemy to, rozumiemy, bo mamy takie doświadczenie. Oni nie, bo ich doświadczenie jest inne – każdy zawsze, w każdej chwili jest dostępny.

Ale tego im nikt nie odbiera, przeciwnie, kontakty przeniosły się do sieci, ale w tej sieci odbywają się z ogromnym natężeniem. Tak, choć, jak się okazuje, jest pewien problem. Na początku pandemii byłem przekonany, że bez większego problemu da się kontynuować terapię online. I oczywiście robię to, ale są różnice. Esencją psychoterapii jest rozmowa – i ta się odbywa, coś jednak nam umyka. Kiedy siedzimy razem w gabinecie, widzę całą sylwetkę pacjenta, czuję bijące od niego ciepło, czasem wręcz zapach. Teraz jestem od tych bodźców towarzyszących odcięty i jednak o coś uboższy. Rozmowa osobista to coś diametralnie innego. Lockdown pokazuje nam więc pewną umowność tego pozornie nieustannego dostępu do świata, który ofiaruje sieć. Kontakt online tylko w połączeniu z możliwością osobistego spotkania jest wnoszący. Odkrywamy teraz efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. I jeśli do młodych dociera, że kontakt przez media elektroniczne jest tylko namiastką prawdziwego spotkania, to tym sroższy zawód przeżywają, im bardziej byli wcześniej w tym wirtualnym świecie zanurzeni. Są podwójnie rozczarowani. Bo muszą zrezygnować z pewnej ułudy, która dotychczas współtworzyła ich wizję świata, że ta powszechna dostępność kontaktu to podstawa. Kiedy moi rówieśnicy używają Internetu, nawet jeśli robią to bardzo sprawnie, to traktują to jednak narzędziowo. Dla młodych komunikacja online była czymś więcej niż sięganie do, umownie mówiąc, bardzo dużej biblioteki.

Brak kontaktu osobistego z rówieśnikami to jedna strona medalu. A druga – nadmiar kontaktu z domownikami. A ten nie zawsze jest dobry. Tylko pytanie, co to znaczy dobry kontakt. Lockdown w przypadku młodych trafił w czas, kiedy zadaniem rozwojowym człowieka jest zbudowanie własnej, odrębnej tożsamości. Trudniej powiedzieć wtedy, czego się chce, łatwiej – czego się nie chce. To się kształtuje przez odrzucenie. Co, siłą rzeczy, wpływa na atmosferę w domu.

Łatwiej odrzucić, jak z tego domu można wyjść, budować siebie na zewnątrz. Tak, jeśli można spędzać czas z rówieśnikami, znajdować u nich zrozumienie, potwierdzenie swojego stanowiska, zaprzeczenie dotyczące zasad poprzedniego pokolenia. Współprzeżywanie. Często zresztą – tu dygresja – mówi się o tym buncie jak o zjawisku negatywnym, opartym tylko na destrukcji. Ale to moim zdaniem niesprawiedliwa ocena. Spójrzmy choćby na problem klimatu. To pokolenie jest zaangażowane, właśnie oni podkreślają, że trzeba troszczyć się o Ziemię, o środowisko, o bioróżnorodność, niby przeciwzależność i bunt, a jakie konstruktywne przesłanie. Plus bezkompromisowość, o którą trudniej u starszych. Ale wracamy do tematu – zweryfikowaniu odczuć młodych służy grupa rówieśnicza. Czy kiwają głowami, czy się wykrzywiają, czy przybijają piątkę. Jest więc w nich niepewność przy wyrabianiu sobie nowych poglądów. Coś z ich życia zniknęło. Coś, co w tym momencie rozwojowym jest wręcz kluczowe. Z jednej strony deficyt kontaktów. Z drugiej – dom. Już Konrad Lorenz pisał, że stężenie osobników tego samego gatunku na małej przestrzeni grozi aktami agresji. Jeśli więc jesteśmy zmuszeni, żeby non stop zajmować tę małą przestrzeń, to wydaje się to trudny emocjonalnie, napinający czynnik, który może prowadzić do eskalacji konfliktów.

To co robić? Psychologowie mówią: rozmawiać. Ale to chyba nie takie proste. Zwłaszcza że często rozmawiać nie umiemy. Jak tu nagle wdrożyć w życie taki program? Muszę przyznać, że mam ochotę dać radę przeciwną. Żeby niekoniecznie rozmawiać. Jeśli już jesteśmy ściśnięci w ograniczonej przestrzeni, to może dobrym pomysłem jest wejść we własną przestrzeń. Dosłownie i w przenośni. Starać się raczej oddzielać. Spójrzmy na kulturę eskimoską. Rodzina, igloo, minus 40 stopni – wyjść trudno, trzeba być razem. Tam się więc złości jawnie nie okazuje. Porównanie ekstremalne, ale zobaczmy jego użyteczną część. Kiedy jesteśmy zamknięci, ciśnienie wzrasta. Rozmowa – jeśli będzie otwarta, jeśli pojawią się treści do tej pory unikane – ma swoją cenę. I potem z efektami trzeba móc coś zrobić. Jakoś odreagować. Czy przez aktywność fizyczną, sport, czy kontakt z kimś na zewnątrz naszej domowej grupy. W lockdownie o to trudno. Ja do takich szczerych rozmów nie namawiam. Oczywiście kiedy młody człowiek zgłosi taką potrzebę, trudno odmówić, ale też warto mieć świadomość możliwych kosztów. Można natomiast spróbować pobyć we własnej przestrzeni. Poprzyglądajmy się też sobie. Swoim oczekiwaniom. Wobec siebie, wobec innych. Nie musimy ich wypowiadać, czekać na reakcję. Jest oczywiście pokusa, żeby – kiedy coś przeżywam – się tym dzielić, ale to nie jest dobry moment. A ponieważ nie ma już szczęśliwie zakazu wychodzenia z domu, to wychodźmy. Warto do tego dzieci zachęcać. Ruch na powietrzu, zwłaszcza intensywny – to może być bieganie, choć może też być zwykły spacer – naprawdę dobrze robi. Pomaga się „odtruć”, wyrzucić z siebie emocje. Dobrze robi też kontakt z naturą. Spacer w parku czy lesie ma teraz szczególną wartość.

A z praktycznego punktu widzenia – widzę, że coś złego dzieje się z dzieckiem, widzę lęk, niepokój, samotność. Rodzice – nie zawsze, ale często – są w parze, dzieci są od swojej pary czy grupy odcięte. Co robić? Zostawić? Tu powstaje paradoksalna sytuacja. Rodzic, którego autorytet ma w tym czasie w sposób naturalny maleć, wydaje się teraz tym, który ma możliwość kojenia, dostarczania sposobów radzenia sobie z tą trudną sytuacją. Nie ma tu jednej uniwersalnej rady. Nie bardzo wierzę w to, że można się uczyć na cudzych błędach, naszym zadaniem życiowym jest nauczyć się na błędach swoich. A żeby tak się stało, musimy mieć możliwość ich popełniania. Choć może teraz sposobem będzie korzystanie z autorytetów pośrednich – pokazywanie, jak inni radzili sobie w podobnych okolicznościach. Mogą to być przykłady zaczerpnięte z literatury, filmu czy seriali. Przychodzi mi na myśl serial „Terror”, o okrętach, które utknęły w lodzie Arktyki, załogi muszą przeżyć razem w tej ekstremalnej sytuacji. Dość to okrutne, ale i realistyczne, pokazuje, że między ludźmi bywa trudno. Pomóc może nie zapewnienie, że będzie dobrze, ale powiedzenie: choć trudno, jesteśmy razem. COVID-19 uczy nas, że przeświadczenie o wszechmocy człowieka było ulotne, więc w deklaracje, że na pewno będzie dobrze, nikt myślący nie uwierzy. Dlatego warto nienatrętnie proponować jakieś wzorce.

Rozmawiamy o sytuacjach trudnych, ale nie ekstremalnych. Bywa jednak, że uaktywniają się uśpione od jakiegoś czasu problemy, jak choćby anoreksja. Zaczyna się depresja. Pojawiają się nawet myśli samobójcze. Co robić, żeby niczego nie przegapić? Jeśli mówiłem wcześniej o niezmuszaniu do rozmowy, o wycofaniu się do własnej przestrzeni, nie miałem na myśli obojętności czy niezwracania uwagi na dziecko. Nie chcę podgrzewać kwestii zagrożenia samobójstwami, ale wiem i widzę, że zwiększa się liczba stanów okołodepresyjnych. Nie ma co zapewniać, że „będzie dobrze”, to nigdy nie działa. Depresja, którą obserwujemy teraz, to depresja sytuacyjna. Nie jest to tak dramatyczna forma choroby jak ta, która przychodzi nie wiadomo skąd i dlaczego, i jest podwójnie bolesna, bo oderwana od kontekstu. Dziś na ogół depresje pojawiają się w specyficznym, pandemicznym kontekście. Problemy najczęściej zgłaszane określam jako podwyższony poziom lęku, przejęcie tym, co będzie, wytrącenie z równowagi, zgubienie ścieżki, którą do tej pory podążaliśmy, obawy o realizację planów. Kiedy coś się dzieje, musimy reagować. Powiedzieć, że istnieje możliwość konsultacji psychologicznej czy psychiatrycznej. To na ogół przyjmowane jest fatalnie, mówię bez złudzeń, ale czasem, kiedy myśl zostanie wypowiedziana, udrażnia jakiś kanał, z którego za jakiś czas można będzie skorzystać. Wiele osób nadal myśli, że „psychiatra to dla świrów”, i ta stygmatyzująca treść powstrzymuje przed zwróceniem się do specjalisty. Ale można odwołać się do badań mówiących, że ludzie fatalnie znoszą izolację. I że są możliwe formy pomocy, czy to psychoterapia, czy farmakoterapia. Czasem wystarczy konsultacja. I świadomość, że jeśli będzie gorzej, mogę sięgnąć po leki. Czasem zapisuje się małe dawki. Depresja to nie tylko przygnębienie, to też bezsenność, drażliwość, poczucie braku sensu. Warto uświadomić sobie, że to nie jest coś bez nazwy, co dotyka tylko mnie. A jak już ma nazwę, staje się czymś konkretnym – można sięgnąć po leczenie. Z nadzieją, że, powiedzmy, w ciągu roku mamy szanse na zluzowanie obostrzeń. Może świat nie wróci w takiej formie, jaką znaliśmy, ale jakąś część naszego dawnego życia odzyskamy. Łatwiej więc sięgać po pomoc z myślą, że to przejściowe.

Mówi pan: za jakiś czas, może za rok. Ale wydaje mi się, że dla młodych rok jest w gruncie rzeczy dłuższy niż dla osoby dorosłej, dla nich inaczej płynie czas. Także dlatego, że te lata są dla nich tak ważne, na nich potem będą budować. Dla człowieka dorosłego jeden rok tej samej pracy jest bliźniaczo podobny do innego, u adolescentów jest inaczej, klasa maturalna na przykład już się nie powtórzy.

W mediach społecznościowych rośnie też cyberprzemoc. Ja w gabinecie mam z tym mały kontakt, choć oczywiście wiem, że to istnieje. Jest też – poza „zwykłym” ośmieszaniem, drwinami, upokarzaniem, coś, co nosi nazwę revenge porn. Polega na umieszczeniu w sieci – w ramach zemsty, odegrania się – nagrań scen intymnych. To narusza intymność, obraża, upokarza, daje poczucie wielowymiarowej zdrady, jest źródłem wstydu, a przy tym jest praktycznie nieusuwalne, czyli stale rani. Na szczęście to nie jest zjawisko powszechne. Pamiętajmy jednak, że były już samobójstwa pod wpływem hejtu w mediach społecznościowych.

Kiedy rozmawia pan z młodymi w gabinecie, widzi pan, jak ważny jest kontakt osobisty. Że dopiero uzupełnienie się światów realnego i wirtualnego stanowi całość. A czy młodzi mają tę świadomość? Czują brak? Czy jakość kontaktu w sieci też się jakoś teraz zmienia? Widzę tu dwie skrajności. Jedna – że pojawiło się zjawisko przebywania ze sobą non stop. Mamy cały czas włączony komunikator, nasz partner po drugiej stronie ekranu jest świadkiem naszego życia, a my – jego. Ale jednocześnie zajmujemy się nie tym partnerem, lecz sobą. I niby ten kontakt trwa całą dobę, ale to właściwie nie jest kontakt. Po prostu tam ktoś jest, ale nie wchodzimy z nim w interakcję. Druga – że kontakt online intencjonalny, w parze czy w grupie, nakierowany na wymianę myśli, jest dużo słabszy. Bo nie ma tych pozawerbalnych informacji, których na co dzień nie dostrzegamy, więc nawet nie umiemy powiedzieć, że ich brak. Badania neuropsychologiczne pokazują, jak ważna jest mikromimika, takie gesty czy miny, które robimy nieświadomie, trwające tysięczne części sekundy. Przez nasz system poznawczy nie są one rejestrowane, ale przez system afektywny jak najbardziej, przez to poznajemy, jakie nastawienie do nas ma druga osoba. To w kontakcie online ginie, pozawerbalnych sygnałów kamerka w laptopie nie pokaże. To powoduje poczucie pewnej pustki, czegoś nie ma, nie wiemy nawet czego.

Czy to może coś zabrać na dobre? Młodzi stracą coś, czego już nie odbudują? Nie wiemy, co będzie dalej. To, czego doświadczamy, to coś nowego, coś, czego się nikt nie spodziewał. Naprawdę nie wiadomo, jak się to rozwinie. Nie odważę się przewidywać. Nie mówię tylko o rzeczywistości pandemii, ale o relacjach z innymi. Czy to, że teraz są inne, coś młodym ludziom w kontakcie na przyszłość zabierze? Te relacje się zmienią? Znów: nie będę prorokować. Oczywiście gdyby się okazało, że kontakt internetowy stanie się teraz normą i zastąpi kontakt osobisty, to byłoby zubażające. Choć nie jest tak, że coś to nam amputuje – mogłoby się tak zdarzyć w przypadku noworodka, który byłby pozbawiony żywego kontaktu z opiekunami, to okaleczyłoby go emocjonalnie. Ale adolescenci mają już aparat emocjonalny wykształcony. Bezpośredni kontakt nie jest im niezbędny do przeżycia, ale na pewno jego brak nas zubaża. Może to skutkować depresją, zniechęceniem do życia.

Stracone pokolenie? Ktoś tak mi o młodych ludziach powiedział. Nie, ja tego tak nie widzę. Powiem więcej – ja młodymi ludźmi jestem zachwycony. Uważam za niesamowite, jak potrafią się adaptować do okoliczności, korzystać z różnych form wyrazu, wystarczy spojrzeć, jak się ubierają, jak używają form, kolorów, jak są twórczy i odważni. Mają elastyczność przeżywania, która z wiekiem więdnie. Prowadzą rodzaj żywej gry ze światem, także w pandemicznych okolicznościach znajdują swoje środki wyrazu. Córka pokazała mi ostatnio komiks, który narysowała do szkolnej gazetki. Trzy obrazki. Na pierwszym postać i jej myśli, sny. Na drugim – marzenia. Na trzecim szare tło, bezlistne drzewa, człowiek pod parasolem – i podpis: „rzeczywistość”. Z jednej strony – smutek. Z drugiej – myślę, że przełożenie poczucia smutku i szarości na rodzaj sztuki to sposób twórczy i życiodajny. Jeśli tak ma wyglądać stracone pokolenie, to nie, ono nie jest stracone.

Widzę tu trochę optymizmu. Doświadczenia związane z cierpieniem nas kształtują. Z jednej strony doświadczamy cierpienia, z drugiej – przekonujemy się, że to coś, co przemija. A czasem okazuje się czymś poza naszą kontrolą. Lockdown to pokazuje. Młodzi czują lęk, często dołącza się też poczucie winy w stosunku do starszych pokoleń, bardziej narażonych na zakażenie i skutki choroby. Tego typu doświadczenia mogą przekładać się twórczo na życie, bo widać, o co warto się starać, dlaczego warto żyć. Cierpienie konfrontuje z kwestiami egzystencjalnymi, zmusza do pewnej uwagi, refleksji, myślenia o wartości życia. Ja tak właśnie patrzę na młodych. Myślę, że oni dzięki pandemii mają też ogromną szansę. 

Michał Czernuszczyk, psycholog i psychoterapeuta certyfikowany przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne. Prowadzi psychoterapię indywidualną dorosłych i młodzieży oraz psychoterapię grupową.

 

  1. Psychologia

Zabawy z dziećmi angażujące zmysły

Świetną zabawą rozwijającą zmysły malców będzie malowanie rączkami. Konsystencja farby i nanoszenie jej na kartkę czy płótno to cała gama doznań. (Fot. iStock)
Świetną zabawą rozwijającą zmysły malców będzie malowanie rączkami. Konsystencja farby i nanoszenie jej na kartkę czy płótno to cała gama doznań. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dzieci uwielbiają być dotykane, głaskane, tulone. Ba! Nie tylko one! Wszyscy jesteśmy istotami zmysłowymi i poznajemy świat poprzez smak, dotyk, słuch i węch. Zmysły informują, pobudzają, ostrzegają. Jak je rozwijać od najmłodszych lat? Oto kilka propozycji zabaw.

Dzieci uwielbiają być dotykane, głaskane, tulone. Ba! Nie tylko one! Wszyscy jesteśmy istotami zmysłowymi i poznajemy świat poprzez smak, dotyk, słuch i węch. Zmysły informują, pobudzają, ostrzegają. Jak je rozwijać od najmłodszych lat? Oto kilka propozycji zabaw.

Zabawy, które angażują zmysły malucha, pozwalają mu na rozwijanie wyobraźni. Sprzyjają też rozwojowi mowy, logicznego myślenia i sprawności ruchowej. W ekstremalnych przypadkach mogą być nawet formą terapii. Gdy dotykamy, smakujemy czy słuchamy, dokonujemy pewnej selekcji wrażeń, zbieramy informacje o danym przedmiocie lub zjawisku, interpretujemy je i na tej podstawie budujemy sobie ich obraz. Dla dziecka, w jego procesie poznawczym, to niezwykle ważny etap rozwoju.

Weźmy na początek zabawy, które nie wymagają dużych nakładów finansowych i szukania w sklepach specjalnych zestawów edukacyjnych. Możecie na plecach lub nóżkach malucha rysować palcem rozmaite kształty i bawić się w ich odgadywanie. Innym razem rozłóżcie na podłodze przedmioty, które macie pod ręką: może to być gazeta, kawałek tkaniny, gąbka, folia, dywanik i mata łazienkowa z wypustkami. Poproście malca, żeby przeszedł się tą nietypową ścieżką i spróbował opisać, po czym właśnie wędruje. Jeśli Wasze dzieci nie mówią jeszcze zbyt dobrze, nic nie szkodzi. W tej zabawie chodzi przede wszystkim o doznania. Jeśli macie duży pojemnik, powrzucajcie do niego przedmioty o różnym kształcie, innej fakturze, twardości i temperaturze. Zachęćcie dziecko, żeby wyciągało je po kolei i opisywało. Uważnie obserwujcie młodsze maluchy − ich mina zdradzi Wam, czy zainteresowały się przedmiotem, czy wyczuwają różnice lub czy jakiś przedmiot zaskoczył ich swoimi właściwościami. Takie ćwiczenia rozwijają sprawność manualną.

Na pewno świetną zabawą będzie też dla malców malowanie rączkami. Konsystencja farby i nanoszenie jej na kartkę czy płótno to cała gama doznań. Jeżeli jesteście fanami muzyki, a Wasze dziecko wyraźnie pobudza się, gdy usłyszy jakieś dźwięki, włączcie mu fragmenty utworów o różnym tempie i dajcie do ręki kredki lub pędzel z farbami. Poproście, by spróbowało namalować to, co słyszy. Poćwiczycie z nim wtedy percepcję wzrokowo-słuchowo-ruchową.

Robi się już coraz cieplej, więc niedługo będziecie mogli wzbogacać te wrażenia sensoryczne podczas zabaw w piasku, wodzie i na trawie. Jeżeli jesteście zbyt zmęczeni, żeby pójść na spacer, ale lubicie gotować, zaproście malca do swojego królestwa i pobawicie się w poznawanie różnych smaków. Taka dawka doznań smakowo-zapachowych dostarczy malcowi wiele cennych informacji i wzbogaci jego doświadczenie.

W niektórych sklepach traficie również na gry nawiązujące do zmysłów, np. węchu lub słuchu. Chociażby w grze edukacyjnej o powonieniu znajdziemy pojemniczki z zapachami, a do tego żetony z obrazkami, które trzeba przyporządkować konkretnemu zapachowi. Z kolei w skład gry z dźwiękami w roli głównej wchodzą muzyczne plansze, obrazki i płyta z różnymi dźwiękami, a maluchy muszą odgadnąć ich źródło i wskazać je na właściwym obrazku. Możliwości jest wiele. Najważniejsze to pokazać dzieciom różnorodność zmysłowego świata, by chciały czerpać z jego bogactwa w dorosłym życiu.

  1. Psychologia

Ratujmy dzieci w pandemii - 10 propozycji do wprowadzenia od zaraz

Ograniczenia związane z pandemią nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Warto więc pomóc zachować dzieciom radość dzieciństwa. (Fot. iStock)
Ograniczenia związane z pandemią nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Warto więc pomóc zachować dzieciom radość dzieciństwa. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Co dzieci zapamiętają z minionego roku? Gry na komputerze, lekcje online, rozdrażnionych dorosłych... Dziś już wiemy, że pandemia nie skończy się z nadejściem wiosny, a związane z nią ograniczenia nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Pedagożka Ewa Nowak proponuje – by zamiast liczyć, że to tylko tymczasowe – wprowadzać zmiany, które pomogą zachować radość dzieciństwa.

Usłyszałam od sąsiadki, że co drugie dziecko cierpi teraz na obniżenie nastroju, więc to jest już norma. Protestuję i nie przyjmuję tego do wiadomości, bo to, że z powodu covidowych restrykcji nasi najmłodsi mają obniżony nastrój, nie znaczy, że wszystko jest w porządku albo że „po pandemii jakoś się ułoży”. Czyli kiedy? Tego nie wie nikt... Zatem może lepiej przyjąć postawę „pandemia będzie już zawsze”, bo dopóki rodzice będą traktować dzisiejszą sytuację jak stan przejściowy, dopóty nie  zatroszczą się o swoje dziecko jak trzeba. Wbrew pozorom taka zmiana może zmotywować i wyzwolić kreatywność. Od czego zacząć? Oto 10 propozycji do wprowadzenia od zaraz:

1. W zdrowym ciele zdrowy duch

Ponieważ ciało zawsze reaguje na nasz stan psychiczny, użyjmy tej korelacji w odwrotną stronę: wybiegane, zmęczone, wykrzyczane i dotlenione dziecko to element prewencji dziecięcej depresji. Także otyłości, zwłaszcza że słychać w mediach, że zaczęła się plaga i że jest to związane z obniżeniem nastroju. Nie pokuszę się tu o wyliczanie zasad zdrowego żywienia, ale pamiętajmy, że otyłość zaczyna się w sklepie. Zatem embargo na niezdrowe, wysokokaloryczne zakupy – to najważniejszy postulat w temacie zdrowia psychicznego uwięzionych w domach malców. Drugi to ruch, ale nie pozorowany, tylko prawdziwy, żeby dziecko każdego dnia się spociło.

Kolejne zdrowotne zalecenie to  troska o wzrok, bo dzieci spędzają dziś większość dnia przed komputerem, laptopem, smartfonem...  W jednej pozycji, z oczami pozbawionymi naturalnej ruchliwości źrenic. A wśród pięciu zmysłów kluczową rolę odgrywa wzrok, dosłownie wchłaniamy świat oczami, bo bodźce wizualne trafiają bardzo szybko do mózgu. Zatem pamiętajmy, żeby zabawa i przerwa od nauki wiązała się także z wytchnieniem dla oczu.

2. Dobra atmosfera

Wygłupy, łaskotki, udawanie potwora, naśladowanie głosów, dziwaczne zachowania, przekręcanie słów – to wszystko wprowadza w domu luz. Wygłupiajcie się. Chichoczcie, śmiejcie się wymuszonym opętańczym śmiechem, naśladujcie głosy zwierząt w nieoczekiwanych momentach. Jeszcze na studiach uczono mnie, że poza zaspokojonym głodem i poczuciem bezpieczeństwa do udanego dzieciństwa potrzeba wesołych i uśmiechniętych rodziców. A uśmiechać możemy się przecież bez ograniczeń.

3. Poczucie bliskości fizycznej

Atmosfera psychozy związanej z pedofilią odbija się na dzieciach. Boimy się je dotykać, tymczasem kontakt fizyczny – gilgotki, mocowanie się na ręce, tarzanie, nauka chodzenia na rękach, leżenie przed telewizorem i dotykanie się stopami – jest jak witamina. Także dla udającego, że tego nie potrzebuje dziesięciolatka. Małe dziecko możesz poprosić, żeby zrobiło ci masaż deptany – niech połazi po twoich plecach. To bezpieczna, dająca ogromną frajdę zabawa (tylko musisz leżeć na twardym podłożu, czyli łóżko ani kanapa nie wchodzą w grę).

4. Nowe doświadczenia

Magia czynności, którą wykonujesz po raz pierwszy, jest wielka! Jak ugotować jajko na miękko? Jak obrać ziemniaki? Jak nawodnić storczyki? Jak przetkać zlew? Jak wymienić baterie w pilocie? Na każdym kroku pozwalaj, żeby dziecko zrobiło coś pierwszy raz i to całkiem samodzielnie. Przypomnij sobie, w jakiej euforii jest człowiek, który minutę temu czegoś nie umiał.

5. Czytanie

Statystyki wskazują, że w Polsce dzieci czytają do 10. roku życia, czyli do czasu, gdy czytają im na głos rodzice. Nie dziwię się, gdyż wielu rodziców każe czytać samodzielnie dzieciom w wieku wczesnoszkolnym, kiedy one chcą już zanurzyć się w skomplikowane historie, a same nie są jeszcze w stanie ich czytać. Dlatego czytaj na głos, nawet jeśli słucha cię nastolatek! I nie proponuj, że zrobicie to na zmianę, bo wtedy dziecko będzie tylko w stresie czekać na swoją kolej. I nici z relaksu!

6. Wszyscy razem

Wiele metod wychowawczych podkreśla znaczenie angażowania całej rodziny w obowiązki domowe. Jednak nie chodzi tu o to, by wdrożyć córkę czy syna do sprzątania domu po remoncie ani sprawdzać testem białej rękawiczki, czy na pewno dobrze wytarli góry szafek kuchennych. Zamiast nakazywać, poproś o pomoc – dzieci cierpią psychicznie z powodu nudy, niedostatków różnorodnych bodźców, braku kontaktu z rówieśnikami i tego, że czują się bezużyteczne. Zatem wyznacz coś stosownego do wieku i środowiska waszej rodziny, np. „masz jakiś pomysł, jak zmieścić wszystkie zakupy w lodówce?”. I powstrzymaj się wtedy od komenderowania, poganiania czy wyrażania niezadowolenia.

Nie samymi obowiązkami człowiek żyje, więc warto dzielić i przyjemności. Czy gracie w planszówki? A może śpiewacie razem?  Śpiew usprawnia przeponę, reguluje ciśnienie krwi, rozładowuje napięcie, poprawia pracę mózgu i sprawia frajdę. Można się bezkarnie wykrzyczeć, zmęczyć, odreagować. A śpiewy na całe gardło dzieci będą pamiętać zawsze.

7. Zapiski z czasów pandemii

Izolacja, dni spędzane w domu, kino i kościół online sprawiają, że tygodnie zlewają się, a to nie wpływa dobrze na nikogo. Pokaż dziecku, jak je odróżnić. Na przykład prowadźcie kalendarz, w którym każdy będzie codziennie wpisywać lub rysować jedną rzecz wyróżniającą ten dzień.

8. Spotkania w realu

Jeśli jedziesz do dziadków z zakupami, do biblioteki, żeby wymienić książki czy nawet po odbiór przesyłki do paczkomatu – weź dzieci ze sobą. Niech zobaczą dziadków, nawet tylko z daleka, niech porozmawiają z innymi ludźmi nawet na odległość. Nie wtrącaj się do tej rozmowy, niech dziecko wie, że poza rodzicami są na świecie inni dorośli. Tobie może się to wydawać nieprawdopodobne, ale dziś sporo dzieci martwi się przyszłością i tym, że nie będą miały na kogo liczyć.

9. Pochwały

To uniwersalna witamina wzrostowa, skądinąd równie skuteczna w przypadku dorosłych. Każde zachowanie da się pochwalić, nie bój się rozpieszczać dzieci. Nie wiem, czy to powiedział Janusz Korczak, czy profesor Ewa Tomasik, moja wykładowczyni na studiach, ale pamiętam do dziś: „Dzieci, które najbardziej potrzebują pochwał, to te, które najmniej na nie zasługują”. Zwłaszcza że ich niegrzeczne zachowanie może być reakcją na problemy z rówieśnikami, bo to, że dzieci mało widują się w realu, nie znaczy, że konflikty koleżeńskie przestają istnieć. Powodów może być wiele: źle działający Internet, brak słuchawek. Do tego dochodzi wyśmiewanie w mediach społecznościowych, nagrywanie. Rozmawiaj o tym, gdy tylko dziecko poruszy ten temat.

10. Zwierzak w domu

Kontakt z innym gatunkiem rozwija u dzieci empatię, daje poczucie sensu, bycie potrzebnym, zapobiega nudzie. A jeśli będzie to pies, to będą i kontakty społeczne, bo trzeba z nim wychodzić.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Psychologia

Szczęśliwe nie znaczy beztroskie

Nawet my, dorośli, potrzebujemy zasad i norm, a co dopiero dzieci, które poznają i zdobywają ten świat. Im jest dużo łatwiej – i bezpieczniej – jeśli mają jasno ustalone reguły, czyli czarno na białym określone, co wolno, a czego nie – a tego w bezstresowym wychowaniu brakuje. (Fot. iStock)
Nawet my, dorośli, potrzebujemy zasad i norm, a co dopiero dzieci, które poznają i zdobywają ten świat. Im jest dużo łatwiej – i bezpieczniej – jeśli mają jasno ustalone reguły, czyli czarno na białym określone, co wolno, a czego nie – a tego w bezstresowym wychowaniu brakuje. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Karać czy nie karać? Wymagać czy puścić na żywioł? Powiedzieć, że świat bywa zły czy lukrować rzeczywistość? Jak przygotować dzieci do dorosłości – radzi pedagog Natasza Zyznowska. 

Kilka lat temu w Ameryce trwała burzliwa dyskusja na temat kształtowania dzieci, zapoczątkowana przez książkę krytykującą amerykański bezstresowy model wychowania (Amy Chua, „Bojowa pieśń tygrysicy” – przyp. red.). Wcale się tej krytyce nie dziwię. Nie ma wprawdzie złotej recepty na szczęśliwe dzieciństwo, bo każde dziecko jest inne, ale jedno jest pewne: żadna skrajność nie jest dobra. Nawet my, dorośli, potrzebujemy zasad i norm, a co dopiero dzieci, które poznają i zdobywają ten świat. Im jest dużo łatwiej – i bezpieczniej – jeśli mają jasno ustalone reguły, czyli czarno na białym określone, co wolno, a czego nie – a tego w bezstresowym wychowaniu brakuje. Bez takich reguł dziecko czuje się trochę jak ktoś otoczony znakami, których nie rozumie, i zasadami, których nie zna.

Dlaczego model bezstresowego wychowania jest tak popularny, skoro nie służy dziecku? Bo jest wygodny dla rodziców. Dyscyplinowanie dziecka, mądrze, cierpliwie i z miłością, nie jest łatwe. Wielu rodzicom dyscyplina kojarzy się z wymaganiami, pruskim drylem i karami... Krótko mówiąc – z odbieraniem dziecku radości życia. Dyscyplina i reguły nie są złe! Jeżeli dziecko wie, że po śniadaniu idzie do przedszkola, a o 19 do łóżka, to dla niego jasny komunikat, co robić – i tyle. Rodzicielskie reguły są dla dziecka cechami otaczającej go rzeczywistości – jak noc i dzień, nie są ani dobre, ani złe, po prostu ją porządkują. Jeśli się buntuje, to nie dlatego, że coś mu w regułach przeszkadza, tylko żeby sprawdzić, na ile są rzeczywiście obowiązujące. Gdy się przekona, że nie ma od nich ustępstw, nie poczuje rozczarowania czy porażki, ale raczej ulgę: „o, jak dobrze to działa!”.

Słyszałam teorię, że dzieci należy traktować z miłością i wyrozumiałością i na wszystko im pozwalać, bo świat i tak nauczy je ograniczeń. Rodzic wychowuje lub nie, a konsekwencje ponosi dziecko, i to przez całe życie. Prędzej czy później zderzy się z ograniczeniami. Sęk w tym, że gdy pozna je najpierw za pośrednictwem rodziców, którzy będą je wprowadzać z miłością, nauka będzie mniej bolesna. Świat natomiast zrobi to brutalnie i z całą bezwzględnością.

A co ze złymi wiadomościami? Kiedy zdycha ulubiony chomik, rodzic pędzi kupić podobnego. Oszczędzać maluchom bolesnej prawdy? Dziecko dorasta i za chwilę dowie się, że na świecie istnieje przemoc, zło i śmierć. O wiele lepiej, żeby usłyszało o tym od kogoś bliskiego. Niech mama czy tata opowie o chomiczym niebie, przytuli i ukoi smutek. I od razu odpowie na najgorsze pytanie „czy ty także umrzesz?” – że owszem, kiedyś, ale dopiero za wiele, wiele lat. Dbanie o to, by dziecko miało szczęśliwe dzieciństwo, nie polega na ukrywaniu bolesnej prawdy o rzeczywistości i utrzymywaniu w przekonaniu, że świat jest bajkowy. W ten sposób skazujemy je raczej na odkrycie gorzkiej prawdy o życiu na własną rękę i – być może – w samotności.

Stawianie granic wymaga ich egzekwowania, a to często wiąże się z wymierzaniem kary. Jak karać, by nie ranić? Najważniejsze: kara nie jest jednoznaczna z biciem. Czasem wystarczy powiedzieć: „źle zrobiłeś”, czasem posadzić dziecko za karę w kąciku na „karnym jeżyku”, a czasem zabronić przez kilka minut zabawy konkretną zabawką. Możemy skupić się także na drugiej stronie dyscypliny – nagradzaniu dziecka za to, że dobrze coś zrobiło. Pozytywne wzmocnienia to wychowawcza potęga.

A wyzwania? Stawiać je przed dziećmi czy unikać – bo to stres? Wyzwania są potrzebne. Znam chłopca, który w wieku 5 lat nie umiał zawiązać sobie bucików, bo zawsze robiła to za niego mama. W przedszkolu było mu bardzo ciężko – siedział i płakał, bo inni potrafią, a on nie. Było to dla niego wielkim upokorzeniem. Dziecko, przed którym nie stawiano wyzwań, wkrótce i tak trafi do grupy, w której inni potrafią więcej – i to dopiero będzie nieszczęście. Jeśli stale, ale rozsądnie i odpowiednio do wieku, podnosimy dziecku poprzeczkę, nie tylko się rozwija, lecz ma także satysfakcję z tego, że samo coś zrobiło, z czymś sobie poradziło. A jeśli jeszcze podkreślimy, że to było naprawdę trudne, będzie z siebie bardzo dumne. Takie momenty małych dziecięcych triumfów doskonale budują poczucie własnej wartości i sprawstwa. Ksiądz Jan Twardowski pisał, że do szczęścia potrzebne są też małe nieszczęścia. Bo jak cały czas jest bajkowo, nie doceniamy, kiedy nam się coś uda.

Gorzej, jak się nie uda… Wtedy trzeba powiedzieć: „Tak się czasami zdarza, ale uważam, że i tak świetnie sobie poradziłeś. Jak jeszcze tylko trochę potrenujesz, będzie super”. Najważniejsze to traktować poważnie dziecięce uczucia. Jeśli maluchowi jest smutno, nie mówmy: „Jakie ty możesz mieć problemy?!”. Jak się boi, nie uspokajajmy: „nie bój się, nie ma czego”. Nie bagatelizujmy też dziecięcych  problemów i obaw – nawet gdy nam się wydaje, że są niczym w porównaniu do naszych.