1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Toksyczni ludzie - złodzieje tlenu

Toksyczni ludzie - złodzieje tlenu

Tak jak w ataku paniki na głębokiej wodzie – w kontakcie z toksycznymi ludźmi po jakimś czasie zaczynasz się dusić. I choć nie zawsze zdołasz przed nimi uciec, 
to możesz zminimalizować wpływ, jaki mają na ciebie. (Fot. iStock)
Tak jak w ataku paniki na głębokiej wodzie – w kontakcie z toksycznymi ludźmi po jakimś czasie zaczynasz się dusić. I choć nie zawsze zdołasz przed nimi uciec, 
to możesz zminimalizować wpływ, jaki mają na ciebie. (Fot. iStock)
Tak jak w ataku paniki na głębokiej wodzie – w kontakcie z nimi zaczynasz się dusić. I choć nie zawsze zdołasz przed nimi uciec, 
to możesz zminimalizować wpływ, jaki mają na ciebie. Wystarczy nauczyć się rozpoznawać toksycznych ludzi i poznać techniki obrony przed nimi. Oto, jak zapobiegać wampiryzmowi energetycznemu.

Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się z niewiadomego powodu wpaść w zły humor? – pyta Lillian Glass w książce „Toksyczni ludzie”. Mnie oczywiście tak, niejednokrotnie. I to w na pozór przyjemnych i bezpiecznych okolicznościach.

Może więc faktycznie przyczyną była obecność toksycznej osoby, jak twierdzi ekspertka od komunikacji? Toksycznej, czyli jednej z takich, które ranią innych przede wszystkim tym, co i jak mówią. Zdaniem Lillian Glass nie zawsze działają z premedytacją, czasem zwyczajnie popełniają gafy, bo nie umieją inaczej nawiązać kontaktu. Zwykle za ich postawą stoi poczucie wewnętrznej pustki, niska samoocena, a często i wielki smutek... Nie oznacza to jednak, że mają prawo cię niszczyć. Ani że jesteś wobec nich bezbronny!

Co na nich działa?

W poszukiwaniu sposobów radzenia sobie z wampirami energetycznymi, którzy prawdopodobnie staną mi jeszcze na drodze, znów sięgam po książkę Glass. Oto co proponuje:
  • Rozładowywanie napięcia. To pierwszy krok do zdrowych relacji, nie tylko z ludźmi toksycznymi, i nie tylko z innymi – ale i z samym sobą. Technika oparta jest na ćwiczeniach oddechowych połączonych z wyrzucaniem z siebie myśli o toksycznej osobie wraz z wydychanym powietrzem.
  • Humor. Chodzi o to, żeby odparować cios, a przy tym dobrze się bawić.  Na początek warto przygotować sobie dyżurne odpowiedzi. Kilka zabawnych propozycji podaje autorka. Mnie najbardziej podoba się ta w formie pytania: Czy nigdy nie męczy cię twoje towarzystwo?
  • Powstrzymywanie myśli. Jeśli już sama myśl o kimś wywołuje w tobie falę niechcianych emocji, nie pozostaje ci nic innego, jak... nie myśleć. „Nie myśl o tym” – powtarzaj sobie, gdy tylko zorientujesz się, że twój umysł znów dryfuje w niepożądanym kierunku.
  • Zwierciadlane odbicie. Ta technika prześmiewczo wykorzystuje skłonność niektórych toksycznych typów do traktowania innych jako lustra. Skoro tego pragną, bądź  ich odbiciem i naśladuj ich grymas czy podniesiony ton głosu. Nie musisz być równie agresywny ani głośny jak oni, zazwyczaj już próbka zachowania przynosi efekt.
  • Bezpośrednia konfrontacja. Czasem najlepiej nazwać rzeczy po imieniu i pokazać toksycznej osobie, że ją przejrzeliśmy. Niejedna lubi działać zakulisowo, więc mówiąc  np. „Nie podoba mi się, że zwalasz na mnie swoją pracę, a kiedy odmawiam, mówisz szefowi, że nie chcę współpracować”, odbierasz jej broń.
  • Spokojne pytania. To  bardzo uniwersalna technika. Jeśli ktoś mówi np. że wszyscy wegetarianie to ekoterroryści, możesz zacząć od pytania, czy ma w otoczeniu wielu wegetarian. Konsekwentnie zadając szereg spokojnych pytań, skłaniasz atakującego cię rozmówcę do zastanowienia się, co faktycznie myśli.
  • Wrzask i raban. Wulgaryzmy i krzyk to nie sposób na tzw. normalną komunikację, ale w obronie  przed toksyczną osobą masz do tego prawo. Jedyne, czego ci nie wolno, to użyć wobec innego człowieka przemocy fizycznej – z mocą podkreśla Lillian Glass.
  • Miłość i życzliwość. Oparta na przykazaniu miłości technika ma głębokie uzasadnienie, bo ludzie toksyczni często stają się tacy z braku miłości. Jest jednak wymagająca, bo niezależnie od tego, jak niemiły czy wręcz napastliwy jest dla ciebie dany człowiek, nie wolno ci nigdy stracić panowania nad sobą. Bądź empatyczny, wykazuj zainteresowanie, a tego, co mówią toksycy, nie bierz do siebie.
  • Fantazje zastępcze. Wyobrażając sobie pewne rzeczy, rozładowujemy gniew, który mógłby obrócić się przeciwko drugiej osobie (albo nam samym). Kluczowe jest tu jednak słowo: fantazja, bo najgorszy scenariusz, który wymyślasz dla toksyka, NIGDY nie  może się ziścić.
  • Odcięcie. Czyli całkowite zerwanie kontaktów. To technika „ostatniej szansy”. Odcięcie jest radykalne, potem zostaje tylko obojętność, więc wcześniej dobrze jest sprawdzić wszystkie inne możliwości i ich skuteczność.
To, jaka metoda najlepiej sprawdzi się w twoim przypadku,  zależy od typu toksycznej osoby, z  którą masz do czynienia (opis znajdziesz na kolejnych stronach),  oraz od miejsca, jakie ona zajmuje w twoim życiu – jednak rady takie, jak rozładowywanie napięcia przez oddech, spokojne pytania, a zwłaszcza miłość i życzliwość, są dość uniwersalne.

Z innej perspektywy

„Człowiek działający toksycznie  na ciebie nie zawsze jest toksyczny również dla innych (...). To twoja konstrukcja psychiczna sprawia, że reagujesz niechęcią na konkretne osoby, które nawet nie zamierzają ci dokuczyć” – ten fragment z poradnika Glass daje do myślenia. A mnie przypomina słowa dr. Tomasza Srebnickiego, który w odpowiedzi na list jednego z czytelników SENSu poruszający problem zazdrości partnerki poradził zastanowić się, co takiego ją do niego przyciągnęło...

I nie chodzi o to, żeby usprawiedliwiać toksyczne zachowania, ale o to, by uświadomić sobie, co może przyciągnąć tzw. wampiry energetyczne, i uwolnić się od takiej postawy. Psycholożka Małgorzata Ohme wymienia dziewięć potencjalnych „lepów”: stawianie się w roli ofiary,  poczucie winy, poczucie bycia nie dość dobrym, poczucie niezasługiwania na szczęście, nieumiejętność pożegnania z przeszłością, odczuwanie wstydu, nieumiejętność obrony, nieodporność psychiczna, odwlekanie koniecznych zmian.

Jak twierdzą specjaliści, po przepracowaniu własnych deficytów populacja toksycznych ludzi wokół ciebie zmaleje sama z siebie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Narcyz – mężczyzna, który niszczy kobiety

Narcyz to człowiek, z którym relacja zawsze będzie toksyczna. Jego toksyczne zachowanie powoli wyniszcza partnerkę. (fot. iStock)
Narcyz to człowiek, z którym relacja zawsze będzie toksyczna. Jego toksyczne zachowanie powoli wyniszcza partnerkę. (fot. iStock)
Perwersyjny narcyz to wielki manipulant i oczywiście zwolennik kłamstwa! On od zwykłego kłamcy różni się tym, że chce zaszkodzić. Jest jak wielki włochaty pająk, który podstępnie tka sieć, żeby cię w niej zamknąć – pisze Lisa Letessier w swojej książce „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

Psychiczne i fizyczne konsekwencje dla jego ofiar są fatalne: utrata poczucia wartości, nerwica lękowa, ataki paniki, depresja, zaburzenia apetytu, zaburzenia snu, symptomy fizyczne (migreny, bóle brzucha, bóle pleców itd.). Im dłuższy okres jego oddziaływania na kogoś, tym dłużej potrwa odzyskiwanie równowagi przez osobę krzywdzoną.

Narcyz. Oto krótki opis, który pozwoli go rozpoznać:

Perwersyjny narcyz obwinia innych. Powołuje się na więź, która was łączy lub taki czy inny powód, by pokazać, jak bardzo nie powinieneś robić tego czy innego. Podkreśla, jak wiele dla ciebie zrobił. Jest wyjątkowo wymagający i oczekuje perfekcyjności. Partner musi dorastać do jego inteligencji, nigdy nie zmieniać zdania, wszystko umieć itd. Perwersyjny narcyz chętnie krytykuje i dewaluuje, a dzień później schlebia i jest uważny. Posiłkuje się twoimi wartościami, zasadami moralnymi, żeby zaspokoić własne potrzeby i czasami wykorzystać je przeciwko tobie.

On żywi się tobą, pochłania cię. Im gorzej się czujesz, tym lepiej dla niego. Odbiera ci zalety, talenty, sukcesy, aż do wyczerpania. Jeśli to nie jest możliwe, minimalizuje je lub niszczy. Jest skrajnie zazdrosny i wymaga całkowitej dyspozycyjności. Nie akceptuje tego, że możesz mieć tajemniczy ogród. Nie masz prawa zachować żadnej przestrzeni prywatnej. Za to on nie dzieli się swoimi odczuciami w sposób konkretny. Nigdy nie wyraża jasno ani swoich potrzeb, ani próśb, ani opinii. Udziela wykrętnych i niejednoznacznych odpowiedzi. Przeinacza sytuacje i doprowadza do nieporozumień, zadając paradoksalne pytania, na które w rzeczywistości nie da się dobrze odpowiedzieć. Mówi na przykład bliskiej osobie, że nie znosi, gdy ta wciąż go osacza, jednak gdy ona planuje wyjść z przyjaciółmi, zarzuca jej, że zostawia go samego. Często bawi się dwuznacznością.

Człowiek ten zmienia opinię oraz wypowiedzi w zależności od rozmówcy lub chwili. Także jego zachowanie pozawerbalne może nagle być inne. Nie przyzna, że zmienił zdanie, lecz będzie przekonywał, że został źle zrozumiany lub usłyszany. W efekcie zaczynasz mieć wątpliwości co do własnych osądów i wydaje ci się, że popadasz w szaleństwo.

Perwersyjny narcyz potrafi udawać ofiarę i doprowadzić do tego, że poczujesz się katem, tym, kto krzywdzi, nie rozumie go, nie jest dla niego dość dobry. Nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności i nigdy nie przeprasza (a jeśli, to nieszczerze – tylko strategicznie). Zawsze o wszystko obwinia innych. Jeśli temat lub sytuacja nie podobają mu się, odchodzi lub brutalnie sprowadza rozmowę na inne tory. Działa w sposób pasywno-agresywny, zaczyna milczeć bez wyjaśnienia, nagle przestaje dzwonić. Zachowuje się wrogo i nie potrafi znieść frustracji. Wszystko mu się należy natychmiast. Nawet nie dopuszcza myśli, że ktoś może wyznaczać granice albo odmówić mu czegoś.

Odsuwa cię od bliskich, podstępnie roznieca konflikty. Oddala się. Zwłaszcza odgradza się od osób, które zagrażają jego wpływowi, przyjaciół, którzy go rozgryźli, psychoterapeutów itd. Nigdy nie angażuje się w sytuacje konfrontacyjne, robi uniki lub korzysta z pośrednictwa innych ludzi albo technologii (e-mail, SMS itd.). Nie znosi jakiejkolwiek krytyki i działa w złej wierze. Często projektuje i przypisuje ci swoje wady. Ponieważ kłamie bez przerwy, będzie cię traktował jak kłamcę! Zresztą często postępuje niezgodnie z tym, co mówi.

Perwersyjny narcyz grozi lub szantażuje. Mówi nieprawdę, przeinacza, interpretuje. Tak często kłamie, że przestaje być tego świadom. Jeśli ktoś go przyłapie, przekręca fakty, aby tamten poczuł się albo jak osoba niespełna rozumu, albo nikczemna. Nigdy nie przyzna się do kłamstwa. Przymuszony do tego, maksymalnie banalizuje znaczenie tego, co zrobił, jakby nie miało to żadnego znaczenia, a rozmówca przesadzał.

To egocentryk całkowicie pozbawiony empatii. Jest w stanie mówić bardzo raniące rzeczy w sposób naturalny, dowodząc, że to ty wykazujesz się zbyt wielką podejrzliwością i „nie można ci nic powiedzieć”. Ma za nic twoje potrzeby i przekonuje, że właśnie ty nie szanujesz jego potrzeb. Towarzysko jest natomiast bardzo ceniony, wygląda na sympatycznego, uwodzicielskiego, altruistycznego, wykształconego. Często jest bardzo dowcipny.

Perwersyjny narcyz jest świadom swojej władzy. Często odznacza się wysokim ilorazem inteligencji, co czyni go jeszcze bardziej niebezpiecznym i diabolicznym. Doskonale wie, co robi, nawet jeśli czasami wypiera konsekwencje własnych czynów i przyczyny działania.

Nie jest zdolny do kwestionowania swoich zachowań, ponieważ nie toleruje poczucia winy, więc przerzuca je na drugą osobę. Niekiedy działa subtelnie, żeby nie zostać odrzucony. Poczucie dominacji nad partnerem daje mu rozkosz.

Perwersyjny narcyz może ukrywać się przez lata pod postacią księcia z bajki czy syreny. Aż do dnia, gdy jakieś wydarzenie pokaże go w pełnym świetle. Może to być przeprowadzka, narodziny dziecka, jakieś zobowiązanie, awans itp. Terapeutka poznawczo-behawioralna, specjalistka zaburzeń perwersyjno-narcystycznych, Izabelle Nazara-Aga, wskazała 30 cech manipulanta (odróżnia ona osobowość perwersyjno-narcystyczną od perwersji charakteru). Według jej kryteriów − do zdiagnozowania wystarczy, aby potwierdziło się 14 z nich (Nazare-Aga, 2005).

Narcyz i jego ofiary

Przejdziemy teraz do ofiar perwersyjnych narcyzów. Są to często osoby bardzo empatyczne. Mogą nosić w sobie schemat samopoświęcenia, podporządkowania się lub wadliwości/ wstydu. Są bardzo szczere i uczciwe, lubią ludzi i mają skłonność do chronienia bliskich. Jednak choć pozbawione zaufania do siebie, są bardzo dumne i z trudem akceptują fakt, że padły ofiarą perwersyjnego narcyza.

Jak już uprzedziłam na początku rozdziału, jeśli w swoim partnerze rozpoznasz perwersyjnego narcyza – uciekaj. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić – to prawda. Oto kilka rad, żeby przeżyć, zanim dojrzejesz do podjęcia decyzji (Bouchoux, 2011):

  • Przestań się usprawiedliwiać i przyjmować krytykę! Ucinaj krótko rozmowy, przywołuj go do porządku i zapytaj, kim jest, żeby cię osądzać.
  • Przestań się izolować! Odnów kontakty z bliskimi, ustal momenty, kiedy odcinasz się od niego, i poszukaj pomocy u psychologa lub psychiatry.
  • Nie szukaj logiki i nie męcz się rozpamiętywaniem, czy coś ci powiedział, czy nie; zrezygnuj z prób zrozumienia i zaakceptuj fakt, że nie myślicie w ten sam sposób.
  • Poproś o pomoc. Uwolnienie się od wpływu perwersyjnego narcyza jest wyjątkowo trudne. Człowiek będący w związku z perwersyjnym narcyzem często czuje się bardzo samotny, ponieważ otoczenie nie rozumie, dlaczego ktoś tkwi w tej destrukcyjnej relacji. Przyjaciele tracą cierpliwość i niełatwo im już wczuć się w twoją sytuację. Często warto skorzystać z pomocy wyspecjalizowanego psychologa lub psychiatry, żeby odejść z toksycznych relacji.

Melisa, 30 lat, przychodzi do mnie na terapię po rozstaniu. Jest uwikłana w szczególnie toksyczny związek z perwersyjnym narcyzem. Kiedy pisała swoją opowieść (poniżej), była jeszcze pod dużym wpływem tego mężczyzny. Gdy zaczęłyśmy pracować nad opisaniem jej historii, pierwsze słowa, które powiedziała, brzmiały:

„Kiedy słucham tego, co opowiadam, upewniam się, że to wszystko to moja wina i źle zrobiłam”. To wskazuje, jaką rolę odgrywa zniekształcenie poznawcze.

» Kiedy spotkałam Adama, byłam świeżo po zerwaniu. Regularnie wymienialiśmy służbowe e-maile i między nam zaczęło się rodzić pewne porozumienie. Opowiadaliśmy sobie o życiu, codzienności, dużo się przekomarzaliśmy. Pewnego dnia Adam zaproponował, żebyśmy się spotkali po pracy, ale nie chciał, aby nas widziano razem. Nie wiem dlaczego, ale później nie bardzo miałam na to ochotę. Nie wiem, co mnie zablokowało. Napisał mi SMS-a, że jest rozczarowany, bo myślał, że bardzo chcę się z nim spotkać.

W końcu poszłam na spotkanie. Na przywitanie pocałował mnie. Wtedy zrozumiałam, że jestem w nim zakochana. Wszystko zaczęło się superszczęśliwie. Był uroczy, uważny, mówił mi mnóstwo komplementów, lubił mnie przytulać, spędzać czas ze mną. Było pięknie. Wydawało mi się, że znalazłam księcia z bajki. A potem pojechał na urlop w góry. Wtedy wszystko się zachwiało… I ciągnęło się sześć lat.

Przez pierwsze dwa dni na nartach nie odezwał się. Ja wysłałam mu masę wiadomości. Kiedy w końcu postanowił mi odpowiedzieć, stwierdził, że to nie najlepszy pomysł, żebyśmy byli razem.

Po jego powrocie i tak byliśmy zmuszeni widywać się w pracy. Porozmawialiśmy i on poprosił, żebyśmy spróbowali jeszcze raz. Ale to nie trwało długo. Znowu mnie zostawił. Stwierdził, że nie jestem dziewczyną dla niego, że do niego nie pasuję. Zupełnie tego nie rozumiem, bo spędzaliśmy razem fajne chwile; potem dowiedziałam się, że jestem zbyt uwodzicielska, zbyt nastawiona na to, by dobrze się „sprzedać”; że nie chce takiej dziewczyny jak ja, że nie może mi ufać. Potem dał mi kolejną szansę.

Przez wiele miesięcy schodziliśmy się i rozstawaliśmy. Było fajnie, a potem robił mi wyrzuty. Z trudem znosiłam tę zabawę w ciepło-zimno, bo byłam naprawdę zakochana i przywiązana do niego. Nie chciałam go stracić.

Kiedyś spałam u niego. Zanim położyłam się do łóżka, chciałam wziąć prysznic, powiedziałam mu: „Za pięć minut wracam”. Przyszłam po 20 minutach. Leżał na łóżku, patrzył na mnie i nie reagował, kiedy do niego mówiłam. Zapytałam, o co mu chodzi. Wtedy spojrzał na telefon i zawyrokował: „Okłamałaś mnie, to nie było pięć minut”. Za tym poszła lekcja na temat kłamstwa. Nie odzywał się do mnie, położył się po swojej stronie łóżka, zabraniając mi się dotykać. Potem przez wiele dni mnie unikał.

Inna sytuacja. Postanowiłam kupić sobie czerwony płaszcz, który od dawna mi się podobał. Kiedy wróciłam cała szczęśliwa do domu, pokazałam go Adamowi, byłam pewna, że powie, że jest ładny i stylowy. Zmienił się na twarzy. Stwierdził, że jest dokładnie jak myślał – że zależy mi bardzo, żeby się wyróżniać, i dlatego wybrałam ten kolor, bo wszystkie spojrzenia, zwłaszcza męskie, będą się zwracać w moją stronę; że nie mogłam się oprzeć! Znowu przepraszałam, zalana łzami, przysięgałam, że nie chcę go zranić, że mi przykro, że zwrócę płaszcz, bo nie zależy mi na tym, żeby wszyscy na mnie patrzyli. Znowu się zdystansował…

Pamiętam też wieczór, kiedy leżałam u niego w łóżku z książką. Wyszedł z łazienki, popatrzył na mnie z uśmiechem, a potem powiedział: „Idealny obrazek”. Spytałam dlaczego, a on na to: „Pięknie wyglądasz! Łatwo mi sobie wyobrazić, że będziemy razem na zawsze”.

Potem wydarzyła się historia z koleżanką z biura, Alicją. Skumplowałyśmy się i kiedyś spontanicznie postanowiłyśmy szybko spotkać się po pracy. To było dla mnie skomplikowane, bo rozmawiałyśmy o życiu, prywatnych sprawach, a ja nie mogłam powiedzieć nic o Adamie, bo to tajemnica. Równolegle ona z Adamem też się przyjaźniła! Kiedy wracałam wieczorem, często komplementował do mnie Alicję i opowiadał o niej, mówił, co robili w ciągu dnia, jakie anegdoty padły, co ich rozbawiło do łez itd.

Z czasem zaczęli się spotykać po pracy, wymyślili sobie zdrobnienia. Alicja nawet zaprosiła go do domu na kolację. Widziałam, że są coraz bliżej, przywozili sobie upominki z podróży, czasami wysyłali SMS-y w weekendy. Dla mnie to było podejrzane i robiłam się coraz bardziej zazdrosna.

Historia z Alicją trwała ponad półtora roku… Z czasem coraz bardziej odsuwałam się od niej, zrobiłam się podejrzliwa, byłam przekonana, że ona chce Adama. Ponieważ nie wiedziała o nas, nie rozumiała mojego zdystansowania. Odsunęła się ode mnie, ale utrzymała relację z Adamem. Myślałam, że oszaleję…

Wszyscy naokoło mówili, że on jest niesamowicie uwodzicielski, tak w środowisku zawodowym, jak prywatnie.

Któregoś wieczoru, kiedy byliśmy na planszówkach, przez kilka minut rozmawiałam z jednym z jego przyjaciół. Kiedy jechaliśmy razem metrem, Adam powiedział, żebym wracała do siebie. Nie chciał mnie widzieć. Powiedział mi: „I co, podoba ci się? Przyznaj”. Odpowiedziałam, że to bez sensu, że mam w nosie jego kumpla, nie podoba mi się i to jego kocham. Podsumowałam, że nie rozumiem, o co chodzi. Wtedy mi odpalił: „Myślisz, że nie widziałem, jak rozmawialiście! Patrzyłaś na niego jak kurwa!”.

Ciągle się bałam, że popełnię jakieś faux pas, że zrobię coś, co mu się nie spodoba, i że potem będzie miał o to pretensje i mnie zostawi.

W międzyczasie zmarła na raka moja babcia. Przez dwa pierwsze dni bardzo mnie wspierał, pocieszał, mówił, że przyjdzie na pogrzeb. W końcu, na dzień przed pogrzebem stwierdził, że jednak nie, że ma dosyć bycia moją podpórką. Kiedy wróciłam wieczorem po pogrzebie, był bardzo miły. Kupił moje ulubione danie na pocieszenie po tym ciężkim dniu.

Podczas kłótni często mówił zdanie: „Nie jesteś na moim poziomie”, połączone z gestem: jedna ręka w górze „ja jestem tu”, a druga niżej „a ty tu”.

Mówił, że nie wyobraża sobie życia beze mnie, ale ze mną też nie; że myślał o tym, żeby zerwać, ale że byłby nieszczęśliwy, gdyby to zrobił; że lubi to wszystko, co robimy razem, wspólne wartości, rozmowy, spędzany czas.

Potem spotkał inną dziewczynę.

Miałam dowód, że nie jest wiarygodny, ponieważ spotykał się i sypiał ze mną, kiedy ewidentnie był też z kimś innym. W seksie był jednak wyraźnie dominujący. Lubił mówić, że jestem jego własnością, że należę do niego w całości, od stóp do czubka głowy, że może ze mną zrobić, co chce i kiedy chce.

Wciąż jeszcze nie jestem w stanie słuchać, kiedy ktoś mi mówi, że zerwanie było najlepszą rzeczą, jaka mi się zdarzyła. «

A to historia Marii, 45 lat. Przychodzi na terapię, żeby nauczyć się zarządzać stresem, który wywołuje poważne dolegliwości fizyczne. Kłopoty Marii biorą się ze skomplikowanych problemów rodzinnych i ujawniają się w bolesnych relacjach. Mimo że udało się jej zakończyć toksyczny związek, wciąż odczuwa jego poważne efekty.

» Najtrudniej przełknąć mi, a zwłaszcza przetrawić to, że przeżyłam sztuczną relację. To ostatnia, zostawiła mi masę blizn. Jestem po niej podejrzliwa do tego stopnia, że nie umiem już zaufać mężczyźnie. Siedem lat nadziei, że człowiek, którego kocham, czuje to samo co ja…

To był związek na odległość, ponieważ on mieszkał za granicą, ale dość niedaleko. Żeby przeżywać to, co uważałam za prawdziwą miłość, jeździłam do niego. On nigdy nie przyjechał do mnie do Francji. Przy każdym spotkaniu wyobrażałam sobie, że nasz związek wzrasta krok po kroku, że kiedyś się połączymy, tylko muszę być cierpliwa. Jego rodzina przyjęła mnie dość dobrze i „zaadoptowała” mojego dwunastoletniego syna.

W czasie wakacji często zwiedzaliśmy jego kraj i staraliśmy się spędzać razem możliwie dużo czasu. Ale on zawsze miał sprawy zawodowe i przez kilka dni był nieobecny. Dość regularnie jeździłam też do niego, żeby pobyć sam na sam. Z czasem spotkania stały się mniej zażyłe i jego pożądanie malało. Do tego stopnia, że w pewnym momencie nie chciał już, żebyśmy uprawiali seks. Ostatniej wspólnej nocy położył się koło mnie w ubraniu i nawet mnie nie dotknął. Koszmar i okropna trauma dla mnie!

Wiele razy chciałam to zakończyć, ale zawsze wracał, obiecywał, że będzie lepiej, mówił, że potrzebuje czasu, że jesteśmy z innych kultur, ale bardzo mu na mnie zależy – nie wydaje mi się, żeby choć raz przez te siedem lat powiedział mi „kocham cię”.

Po entym razie chciał, żebym przyjechała i żebyśmy razem wybrali mieszkanie. RAZEM… Właściwie robił mi wyrzuty, że zawsze o wszystkim decyduję i nie zostawiam mu pola do działania przy organizacji naszych spotkań! Zrozumiałam to w ten sposób, że chce się zaangażować we wspólne przyszłe życie! Uwierzyłam raz jeszcze i stwierdziłam, że trzymam go za słowo. Ale kiedy przyleciałam, żeby razem szukać mieszkania, nie czekał na mnie na lotnisku! Zniknął na trzy dni, a gdy się znów pojawił, projekt już nie miał sensu…

Wreszcie zrozumiałam, że mam dość upokorzeń. Jestem już w stanie rozmawiać z nim bez płaczu. Ale długo to trwało i było bardzo bolesne. Potrzebowałam czasu, żeby przyznać, że trafiłam na perwersyjnego narcyza i czułam, jakbym okłamywała samą siebie, udając, że nie widzę, jak mną manipuluje. «

Osobowości toksyczne nie zawsze można łatwo rozpoznać. Jeśli zidentyfikujecie u kogoś taką osobowość, pora uciekać jak najdalej! Niekiedy, zwłaszcza w stosunku do perwersyjnych narcyzów, stosujemy wyparcie. Nie chcemy przyznać, że ktoś, kogo tak mocno kochaliśmy lub nadal głęboko kochamy, kto tak bardzo uszczęśliwiał nas na początku, cierpi na chorobę psychiczną.

Fragment pochodzi z książki Lisy Letessier „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

  1. Kultura

"Lekcja miłości" - film o sile, która rodzi się z szacunku do swoich potrzeb

Dokument „Lekcja miłości” (reż. Małgorzata Goliszewska, Katarzyna Mateja) dostępny jest na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)
Dokument „Lekcja miłości” (reż. Małgorzata Goliszewska, Katarzyna Mateja) dostępny jest na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Film „Lekcja miłości” pokazuje, że hasło „w każdym wieku można zmienić swoje życie” nie jest tylko sloganem z wykładów motywacyjnych. Ale wcześniej trzeba umieć zadbać o siebie. O sile, która rodzi się z szacunku do swoich potrzeb – rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland. 

Martyna Harland: Po obejrzeniu „Lekcji miłości” zakochałam się w głównej bohaterce, pani Joli. Grażyna Torbicka:
Bo pani Jola jest fascynująca! Ten film ogląda się ze względu na nią. Myślę, że jest urodzoną aktorką, kamera ją kocha i ona kocha kamerę. Ileż ma w sobie wdzięku, ile uroku osobistego, to coś niesamowitego! Przyglądasz się tej kobiecie i nie jesteś w stanie zrozumieć, jak to możliwe, że spędziła wiele lat życia z mężem alkoholikiem. Widzimy go w filmie gdzieś z daleka, jak leży w barłogu – bo inaczej tego nazwać nie można, i ubliża bohaterce w każdym zdaniu. To pozostaje dla mnie niezrozumiałe, bo film nie analizuje tego, do czego dochodziło w jej przeszłości. Chyba celowo. Najważniejsze jest to, że dzisiaj pani Jola ma na twarzy cudowny uśmiech. A młode reżyserki Małgorzata Goliszewska i Katarzyna Mateja uwieczniły go w filmie. Odnoszę wrażenie, jakby pani Jola całe życie czekała na to, aż coś podobnego się wydarzy.

Dla mnie jest kolorowym ptakiem, który nie stracił nic ze swojej natury, mimo tego, co go w życiu spotkało.
Myślę, że jej wygląd i zamiłowanie do pięknych sukienek to po części efekt długiego pobytu we Włoszech, gdzie ludzie mają w genach przywiązanie do detalu i dbania o wygląd. To prawda, że pani Jola ma radość w oczach, mimo tego wszystkiego, czego doświadczyła. Ma potrzebę zadbania o siebie. Mąż mówi o niej, że jest trochę „łobuziarą”, i coś w tym jest.

Zachwycam się tym filmem, bo pokazuje, że nigdy nie jest za późno na to, żeby zadbać o swoje szczęście.
Dzisiaj żyjemy w czasach, w których powtarzamy jak mantrę, że w każdym wieku można zmienić swoje życie. Tak, to prawda. Jednak dla mnie ważny jest jeszcze inny aspekt dbania o siebie, bo uważam, że kiedy nie zwracamy uwagi na to, co zewnętrzne, lekceważymy także nasze wnętrze. Żeby zostawić człowieka czy miejsce działające na nas toksycznie – najpierw warto porozmawiać z samym sobą, doprowadzić się do harmonii, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Dopiero wtedy zyskujemy siłę potrzebną do tego, żeby wpływać na świat. Uważam, że bohaterka tego dokumentu jest niezwykle silną postacią i na swój sposób zawsze walczyła o siebie.

A mnie się wydaje, że w zadbaniu o siebie przeszkadzały jej niektóre przekonania, którymi długo karmiono kobiety. „Wszyscy mi mówili: trzeba być dla innych. Na dobre i na złe. Tyle lat się męczyłam przez te słowa” – stwierdza w pewnym momencie.
Siłę tych przekonań dobrze pokazuje scena rozmowy z księdzem, który nie znajduje odpowiedzi, kiedy bohaterka pyta go: „A jeśli człowiek, z którym jestem przez całe życie, krzywdzi mnie, to muszę dalej go kochać?”. Ona sama zastanawia się pewnie nad tym już od lat... Dlatego uważam, że ten filmowy portret jej się należy, podobnie jak innym kobietom, które tkwią w życiowym marazmie, nie wiedząc, co zrobić. Być może nie mają w sobie tyle wewnętrznej siły co pani Jola. Zauważ też, że po wielu latach bycia krzywdzoną przez męża ona nie zamyka się na miłość. W wieku 70 lat wiąże się z innym mężczyzną. To dla mnie ciekawe i zaskakujące, bo przecież mogłaby tylko przyjmować adorację mężczyzn, której wyraźnie potrzebuje. Pani Jola nie jest pewna, czy pragnie tego związku, mimo że jej nowy partner chciałby, żeby jak najszybciej zamieszkali razem. Dlatego upewnia się, czy będzie dla niej dobry i nie będzie jej krzywdzić. Obawia się, że gdy powie „tak”, stanie się w pewnym sensie jego własnością. Czuje, że ta nowo zdobyta wolność jest niezwykle cenna. Dla niej ważne jest towarzystwo, świetnie czuje się na potańcówce czy w kawiarni, zaproszona na kawę.

Pani Jola ma w sobie coś z hollywoodzkich aktorek lat 50. Jest mieszanką ikonicznych postaci kobiet, takich jak Rita Hayworth, Jane Russell czy Marilyn Monroe. (Fot. materiały prasowe) Pani Jola ma w sobie coś z hollywoodzkich aktorek lat 50. Jest mieszanką ikonicznych postaci kobiet, takich jak Rita Hayworth, Jane Russell czy Marilyn Monroe. (Fot. materiały prasowe)

Po obejrzeniu filmu powiedziałaś mi nawet, że pani Jola jest „rodem z Hollywood”. Dlaczego tak myślisz?
Bo przypomina mi wszystkie aktorki amerykańskie lat 50., gdy w kinie europejskim panował neorealizm włoski, liczyły się naturalizm i twarze bez makijażu. Tymczasem kino hollywoodzkie proponowało nam pięknie ufryzowane, wymalowane kobiety z czerwoną szminką na ustach. Nawet na czarno-białych filmach wiedzieliśmy, że te usta są czerwone! Pani Jola ma w sobie coś z Rity Hayworth, Jane Russell czy Marilyn Monroe. Jest mieszanką różnych ikonicznych postaci kobiet.

Mam nadzieję, że nas teraz czyta! A czy pamiętasz dokument „Optymistki” Gunhild Magnor, w którym kobiety 80+ zakładają drużynę siatkarską? W jednym z odcinków programu „Kocham Kino” prof. Jerzy Vetulani powiedział, że według niego te kobiety nie są szczęśliwe, bo nie mają kontaktu międzypokoleniowego z rodziną. W „Lekcji miłości” też nie ma rodziny pani Joli.
I moim zdaniem pani Jola jest z tym szczęśliwa. Co prawda niewiele o niej wiemy, jednak możemy ją w tym filmowym portrecie podziwiać. A co dzieje z jej dziećmi? Tego film nie ujawnia. Poznajemy jedną z córek, która jest daleka od wizerunku, jakiemu jest wierna jej matka, są jakby z innego świata, ale to wszystko.

A czemu właściwie pytamy o dzieci? Czy naprawdę kobietę trzeba zawsze oceniać przez pryzmat rodziny i tego, jaką była matką?
No właśnie, zobacz, jak mocno jesteśmy tym obciążeni. Od razu pojawia się wątek, czy dbała o dzieci... A przecież nie wiemy, jak było. Dlatego ja staram się nie analizować, tylko się przyglądam.

Zdziwiły mnie niektóre reakcje na ten film, szczególnie starszych mężczyzn, których główna bohaterka irytowała. Jak myślisz, dlaczego?
Pewnie dlatego, że jest niezależna w myśleniu. Stać ją na to, żeby powiedzieć: „Teraz to ja jestem ważna”. A to w naszej kulturze rzadkość. Bo dlaczego jej nie lubić?

Bo kocha siebie, a to nie wypada?
Może chcielibyśmy widzieć, jaką udrękę przechodziła, wychowując dzieci, kiedy była znieważana przez męża. Tymczasem pani Jola pyta: „A dlaczego nie można mieć dwóch mężów?”. I to jest bardzo ciekawe pytanie. Cieszę się, że miała okazję powiedzieć to do kamery, prawdopodobnie wiele kobiet ma podobne zdanie. Mam ogromny szacunek do tej bohaterki, dlatego że to wcale niełatwe pamiętać o tym, że trzeba o siebie w życiu dbać. I nie chodzi mi o to, żeby wyglądać jak dziewczyny na plakatach reklamowych, ale o szacunek do samej siebie. Harmonię zewnętrzności z naszym wnętrzem, które jest widoczne również poprzez nasz wygląd. Jednak utrzymanie takiej spójności i równowagi wymaga dużo wysiłku, bo kobiety są bardziej niż mężczyźni uzależnione od biologii, a do tego dochodzą różne obciążenia kulturowe i rodzinne. Mówimy o kobietach, ale dbanie o siebie dotyczy również mężczyzn. I oni powinni starać się podobać swoim partnerkom. Cieszę się, że pani Jola wreszcie spotyka mężczyznę, który jest kulturalny i docenia jej starania.

Żeby zostawić człowieka czy miejsce działające na nas toksycznie, najpierw warto porozmawiać ze sobą, doprowadzić się do harmonii, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. (Fot. materiały prasowe) Żeby zostawić człowieka czy miejsce działające na nas toksycznie, najpierw warto porozmawiać ze sobą, doprowadzić się do harmonii, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. (Fot. materiały prasowe)

Historia pani Joli może być filmoterapeutyczna dla kobiet, które chciałyby zawalczyć o siebie, swoje życie i szczęście. Ale dla kogo jeszcze według ciebie?
Ja bym chciała, żeby ten film obejrzeli mężczyźni. Po to, żeby dostrzegli, jak cudowne kobiety mają obok siebie!

Dla mnie ten film to także lekcja najważniejszej miłości – do siebie.
Przyznam, że jakoś nie do końca wygodnie mi z tym pojęciem „samomiłości”. Lepiej się czuję, kiedy wiem, że komuś pomogłam i byłam dla kogoś, a nie dla siebie. Muszę się jeszcze nad tą lekcją miłości zastanowić...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

  1. Psychologia

Toksyczna męskość - czym jest maczyzm i jak może wpłynąć na związek?

Kadr z filmu
Kadr z filmu "365 dni" nakręconego na podstawie bestsellerowej książki autorstwa Blanki Lipińskiej. (Fot. materiały prasowe)
Macho, twardziel z papierosem, samiec – powoli odchodzimy od takiej definicji męskości, nazywamy ją nawet toksyczną. Czy słusznie? Jak wyznaje Michał Pozdał, seksuolog i terapeuta, z punktu widzenia jego gabinetu okazuje się, że bardzo potrzebny jest nam podział na płcie, nawet lekko graniczący ze stereotypem.

Co znaczy dzisiaj „męski”? Co się zmieniło, odkąd wyszła twoja i Agaty Jankowskiej książka „Męskie sprawy. Życie, seks i cała reszta”?
Dzisiaj mijają dokładnie cztery lata od wydania tej książki i widzę, że od tego czasu męskość zmieniła się diametralnie! Jeszcze mocniej odeszliśmy od stereotypowych wzorców męskości – faceta macho czy takiego z reklamy Marlboro. I wiesz, co myślę po tym czasie? Czuję, że my, mężczyźni oddaliśmy tamtą męskość walkowerem. Zaczęto nawet mówić o toksycznej męskości, co mnie osobiście oburza. Toksyczne są pewne zachowania, a nie męskość. Uważam, że w tym stereotypowym postrzeganiu męskości jest dużo prawdy o nas. Są oczywiście rzeczy wypaczone i do zmiany, ale odchodząc od tego wzorca, straciliśmy wiele z męskości naprawdę wartościowej...

Co na przykład?
Zanim ci odpowiem, zgadnij, do których bohaterów filmowych najczęściej nawiązują mężczyźni u mnie w terapii?… Otóż do nieziemsko przystojnego diabła z serialu „Lucyfer” i przemocowca Massima z „365 dni” w reżyserii Barbary Białowąs i Tomka Mandesa... Kiedy pytam mężczyzn, jacy chcieliby być, odpowiadają że właśnie tacy!

Czyli jacy? Chcesz mi powiedzieć, że współczesny mężczyzna tęskni skrycie za byciem „barbarzyńcą”?
Oni mówią o tym wprost! W dzisiejszym świecie nie jest to jednak akceptowane. Osobiście uważam, że wiele scen i wątków z filmu „365 dni” jest głupich i przemocowych. Ale prawda jest taka, że wydobywanie barbarzyńcy ze współczesnego faceta jest nam dzisiaj niebywale potrzebne! A Lucyfer i Massimo pokazują mężczyznom tego barbarzyńcę, za którym tak tęsknimy. Widzę to nawet na moim przykładzie. Kiedy zgłębiałem psychoterapię, w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że uczą mnie głównie kobiety. Gdy zacząłem spotykać nauczycieli psychoterapii, myślenie o mojej pracy mocno się zmieniło. Jako terapeutę uczono mnie, żeby być w terapii bardziej matką, a nie ojcem. Jednak gdy spotkałem swoich męskich mistrzów, zidentyfikowałem się z tą barbarzyńską częścią mnie. Z tym, że czasem mogę być mocniejszy w słowach, bo to jest ze mną spójne. Albo że mogę przeżywać wzruszenie w inny sposób niż kobiety. I oczywiście mogę używać swojego kobiecego pierwiastka, jednak trzon mojej tożsamości to męskość.

Lucyfer Morningstar, demoniczny, ale i sympatyczny bohater serialu Netflixa. (Fot. materiały prasowe) Lucyfer Morningstar, demoniczny, ale i sympatyczny bohater serialu Netflixa. (Fot. materiały prasowe)

Dam ci przykład z życia wzięty: mam w terapii parę młodych ludzi w partnerskiej relacji, dobrze zarabiających, którzy przygotowują się do przyjścia na świat ich pierwszego dziecka. Oboje wspierają siebie nawzajem w rozwoju. Kiedy okazało się, że w wyniku pandemii kobieta straciła pracę i stała się bardziej zależna od faceta, on w tym związku zaczął kwitnąć. Świetnie poczuł się z tym, że wreszcie to on może ją utrzymywać i być jej opiekunem. Nie wiedział nawet, że tego potrzebował.

W takim razie wróćmy na chwilę do badań sprzed kilku lat. Profesor Zimbardo mówił mi w jednym z wywiadów, że w związkach o odwróconych rolach zanika sfera seksualności. Mimo że świadomie para umawia się na taki układ i obojgu on pasuje, to podświadomie facet czuje się niemęski i kobieta również tak go postrzega. Czy to już się zmieniło?
W swojej praktyce nie widzę odzwierciedlenia tych badań. Bo jeśli facet ma własną przestrzeń w życiu i aktywność, w której może być połączony ze swoją zdrową agresją – czy to będzie sport, pasja, czy jakiś obszar zawodowy – spadku atrakcyjności i popędu seksualnego w związku nie ma. Jeden z moich pacjentów, który jest w związku z silną, feminizującą kobietą, co jakiś czas jedzie na ryby z kumplami do Norwegii, gdzie śpi w namiocie w warunkach survivalu. Inny uprawia crossfit. Myślę, że jeśli facet ma coś swojego, coś „męskiego” – dużo lepiej funkcjonuje w relacji z kobietą.

Podrążę jeszcze ten temat: czego mężczyźni szukają w tym barbarzyńcy? Co tak naprawdę stracili?
Mężczyźni potrzebują dzisiaj zdrowego połączenia ze swoją agresją. To może być na przykład siła fizyczna, poczucie sprawczości w relacji, dominacja w seksie. Bo facet może być silny i agresywny, a jednocześnie nie musi być przemocowy ani nadużywający. To, że mężczyzna może otwierać drzwi kobiecie, jest dla niego ważne i dobrze robi mu w głowę. I nie otwiera tych drzwi tylko dlatego, że chciałby ją zobaczyć od tyłu i ocenić jej tyłek.

A „męski facet w seksie” – co to znaczy?
Kobieca agresja jest dzisiaj promowana, a męska cenzurowana, co u wielu mężczyzn objawia się zaburzeniami erekcji i brakiem libido. Kobiety zaczynają eksperymentować ze swoją seksualnością. I na przykład ona zaczyna bluzgać w łóżku, podczas gdy on potrzebuje akurat czułej i łagodnej kochanki. Właśnie z tym borykają się dzisiaj faceci, ale też z całym zestawem żądań wobec nich, tego jaki ma być seks czy jaki ma być facet. No i mamy masowy brak erekcji.

Martyna Wojciechowska powiedziała kiedyś, że siła mężczyzn jest jak skała. Rzecz w tym, że mocnym naciskiem jesteś w stanie skruszyć każdą skałę. A siła kobiet jest jak ocean – niewyczerpana, ma umiejętność dostosowywania się do warunków.
Bardzo podoba mi się to porównanie, nawet skojarzyło mi się to mocno z seksualnością. U kobiet pożądanie przychodzi falami, jak ocean. A u mężczyzn po prostu jest. Twardość skały kojarzy mi się z mężczyznami, którzy najczęściej marzą o tym, żeby mieć święty spokój.

Czy męskość silnie zależy od płci? Mam wrażenie, że dzisiaj rzadziej stosuje się kategorie płci biologicznej, a częściej płci psychicznej „jestem mężczyzną, bo tak czuję”. Poza tym ujednolica się to, co męskie i kobiece, patrzymy przede wszystkim na człowieka. Jakie są tego plusy i minusy?
Dzisiaj staramy się patrzeć na każdego uniwersalnie. Jednak nie zgodzę się z tym, że nie jest nam potrzebny podział na to, co męskie i kobiece. Płeć jest naszą podstawową tożsamością. Potrzebuję czuć się mężczyzną, bo dzięki temu mam jakiś punkt odniesienia we wszechświecie. Właśnie to pomaga nam w budowaniu poczucia bezpieczeństwa. Jak najbardziej rozumiem i wspieram współczesną tendencję do zacierania różnic w myśleniu o płci, ale jednak większość z nas potrzebuje czuć się mężczyzną i utożsamiać z tym, co męskie. Zauważ, że w psychologii rozwojowej mamy etap, w którym identyfikujemy się z płciowością, kiedy chłopcy mówią: „nie chcę bawić się z dziewczynami”. To jest moja świeża refleksja, wcześniej nie myślałem, że to pozbywanie się „męskości” czy „kobiecości” może stać się dla nas zagrażające. Dostrzegam to dopiero teraz w gabinecie i widzę, że to mężczyzn kompletnie destabilizuje. Zanika podstawowe pytanie o naszą tożsamość: kim my właściwie jesteśmy? Okazuje się, że powiedzenie: „jestem człowiekiem” nie wystarczy.

No i co teraz?
Nie jestem czarnowidzem i myślę, że to wszystko samo się wyreguluje. Nadal uważam, że mężczyźni i kobiety są równi. Ale jesteśmy także inni. Mężczyźni potrzebują to zobaczyć, dlatego coraz mocniej poszukają tego, co męskie.

Kiedy zastanawiam się, co oznacza męskość dla mnie, to jest to coś kompletnie odmiennego ode mnie. Męskość zawsze tworzy się w opozycji do kobiecości?
Świetnie pokazuje to obszar naszej seksualności. Ja jako facet, psychoterapeuta i seksuolog, pomimo tego wszystkiego, co wiem o wielokrotnym orgazmie, a nawet tego uczę – tak naprawdę nie mam o tym pojęcia. To dla mnie kompletnie niewyobrażalne. My, mężczyźni musimy wziąć odpowiedzialność za tę „męskość“, bo sami sobie na ten kryzys zapracowaliśmy, wykorzystując swoją przewagę. A teraz pacjenci w gabinecie mówią mi, że oglądają nowy serial „Westworld” i co ważniejsza osoba w nim to kobieta – oni mają tego dość.

Myślę też, że powinniśmy zaktualizować nasz język, którym określamy to, co męskie i kobiece. Facet, który traci pracę, na przykład w wyniku pandemii, mówi: „to teraz ja będę panią domu”...
To działa w dwie strony. Przepraszam, ale nie ma kobiety z jajami. Jest kobieta z waginą. Proszę, zapamiętajmy to. Facet zawsze będzie panem domu, a nie panią, i nie z samym określeniem musimy sobie poradzić, tylko konotacją, jaką niesie.

Jak z perspektywy gabinetu terapeuty postrzegasz to, co może nam pomóc w dokopaniu się do tej prawdziwej, fajnej męskości?
Według mnie dla mężczyzn najważniejsza jest umiejętność kontaktu ze  swoimi emocjami. Bo dopiero wtedy mężczyzna może być sobą. Potrafi zaakceptować to, że czasem jest słabszy i może się bać, być smutny, zły, wkurzony, ale też odważny. To pomaga w lepszym komunikowaniu siebie oraz swoich potrzeb partnerce. Bo jeśli wiem, co mnie złości, to mogę mówić o tej złości. Nie muszę przed nią uciekać i nie boję się konfrontacji. To, niestety, nadal bardzo trudne dla wielu mężczyzn i tutaj kłania się gender, bo wyposażenie układu limbicznego mamy podobne, ale sposób wychowania kompletnie odcina chłopców od emocji. Młodszemu pokoleniu mężczyzn idzie to coraz lepiej.

Pamiętajmy też, że nie możemy stosować kobiecego wzorca emocjonalności do mężczyzn. Jako terapeuta sam musiałem nauczyć się tego, że jedno zdanie o emocjach w ustach mężczyzny czasami wystarczy. A my jesteśmy uczeni, nawet jeśli nie wprost, że kobieca emocjonalność jest normą. I do niej jako faceci powinniśmy równać. Na to nie ma we mnie zgody. Mówię o emocjach w kontekście męskości, dlatego że mężczyźni w terapii bardzo często zgłaszają mi problem: „nie potrafię być autentyczny". A bycie sobą w relacjach oznacza, że mamy dostęp do swoich emocji, potrafimy je nazywać, rozpoznawać, ale i wyrażać.

A gdybyśmy chcieli zrobić egzamin z męskości – które umiejętności byłyby kluczowe?
Przeżywanie swoich emocji. Ten moment, kiedy siedzę z moim pacjentem, zatwardziałym macho, i obaj mamy w oczach łzy wzruszenia – jest niesamowity. Nazywam wówczas to, co się dzieje. Mówię, że poruszyło mnie, co właśnie powiedział, i dzięki temu jest mi teraz do niego bliżej. I to, co dzieje się wówczas między nami, jest emocjonalne i męskie. Bo to ja jako mężczyzna definiuję siebie i swoje zachowania. A jeśli czuję się mężczyzną, znam siebie i swoje potrzeby – to sposób, w jaki się zachowuję, jest męski, i już. Niezależnie od oczekiwań i ocen innych, od tego, że ktoś powie: „zachowujesz się jak baba”. Pokładam dużą nadzieję w nowych modelach męskości. Podejrzewam, że współcześni fajni mężczyźni wychowują fajnych facetów, którzy nie będą mieli takich problemów z męskością jak my teraz.

Michał Pozdał, psychoterapeuta, seksuolog, wykładowca Uniwersytetu SWPS. Założyciel Instytutu Psychoterapii i Seksuologii w Katowicach, współautor książki "Męskie sprawy: życie, seks i cała reszta". Ekspert akcji Sexedpl.

  1. Psychologia

Dość wewnętrznego umniejszania. Sami najcelniej zadajemy sobie rany

Jeśli nie mamy w sobie głosu kochającego wewnętrznego rodzica z przesłaniem „Jesteś w porządku”, to musimy ten głos do naszego dialogu wewnętrznego wprowadzić. (Fot. iStock)
Jeśli nie mamy w sobie głosu kochającego wewnętrznego rodzica z przesłaniem „Jesteś w porządku”, to musimy ten głos do naszego dialogu wewnętrznego wprowadzić. (Fot. iStock)
Świat w dużym stopniu zajmuje się grą w „moje lepsze”, czyli tym, żeby powiedzieć innym: „Jesteś gorszy ode mnie”. Próby poniżania, zarówno ze strony wewnętrznego krytyka jak i toksycznych osób, można interpretować jako wołanie o pomoc. Informację o tym, że ich autor sam doznał poniżenia, jest cierpiącym człowiekiem. Co z tym zrobić?

Wzoru dostarczają na ogół rodzice, którzy są z siebie niezadowoleni, nie lubią sami siebie, nie cieszą się z tego, co mają, wciąż się porównują z innymi i też byli wychowywani przez umniejszanie. Żeby sobie poprawić na chwilę złe samopoczucie, ściągają nas w dół, często w sposób złośliwy i nieprzyjemny. Od nich uczymy się robić to samo sami sobie. W dodatku rodzicom się wydaje, że to dobry środek wychowawczy. Chcą, żeby dziecko dzięki takiemu treningowi lepiej sobie radziło, tymczasem skutek jest odwrotny. Umniejszane dzieci często boją się sytuacji, które realnie nie stwarzają zagrożenia, łatwo się wycofują.

Wychowywać przez umniejszanie próbują też często nauczyciele, lekarze, urzędnicy. Świat w dużym stopniu zajmuje się grą w „moje lepsze”, czyli tym, żeby powiedzieć innym: „Jesteś gorszy ode mnie”. Może dlatego zbyt często zdarza się, że uwewnętrzniamy ten przekaz. Wewnętrzny rodzic, który powstaje w procesie wychowania, często nam dokucza, mówiąc rzeczy w rodzaju: „Znowu ci nie wyszło”; „Nie nadajesz się”; „Nie zasługujesz”. Jeśli łapiemy się na myślach w rodzaju „Coś ze mną nie tak”, jest to sygnał ostrzegawczy, że krytyk wewnętrzny próbuje przejąć nad nami kontrolę.

Umniejszanie samego siebie sieje zniszczenie, sami najcelniej zadajemy sobie rany. Drastyczne przykłady osób słuchających najgorszych rzeczy na swój temat od wewnętrznego krytyka to np. osoby, które się okaleczają, albo te z zaburzeniami odżywiania. Uważają, że są nic niewarte. Skutkiem ulegania umniejszaczom może być także pracoholizm albo perfekcjonizm. Ciągle nie tak, za mało, jeszcze więcej, bo to, co zrobiłaś, nie starczy. Jeśli sama w siebie nie wierzysz, to nie wierzysz też, że inni mogą być z ciebie zadowoleni. To stwarza dużą presję i trudno nam coś doprowadzić do końca, a nawet jeśli się uda, to moment zadowolenia jest chwilowy. Okazuje się, że to nie wystarcza. Kolejna góra jest jeszcze wyższa, weszliśmy na tę gorszą, większe osiągnięcia są gdzie indziej i ktoś już je zdobył. Takie podejście zabiera radość, satysfakcję. Szkoda, że nie potrafimy uczyć dzieci poczucia zadowolenia z siebie: „więcej nie musisz”, „teraz się pobaw, uciesz”.

Pół sukcesu w walce z wewnętrznym umniejszaczem to uczciwa diagnoza, czyli rozpoznanie i nazwanie. Kiedy to już nastąpi, z krytykiem wewnętrznym można rozmawiać i kwestionować to, co mówi: „Znowu ci nie wyszło, kretynko”. „Ale dlaczego, kretynko? Przeproś mnie za to. Nie mów tak do mnie, bo ja nie jestem żadną kretynką”. Jeśli bez szemrania ulegamy krytycznemu głosowi, nasze życie staje się koszmarem, spada poczucie własnej wartości, postrzeganie rzeczywistości jest zniekształcone. Jeśli nie mamy w sobie głosu kochającego wewnętrznego rodzica z przesłaniem „Jesteś w porządku”, to musimy ten głos do naszego dialogu wewnętrznego wprowadzić. Choć samemu jest trudno, pomóc może w tym na przykład terapeuta. Wewnętrznego krytyka (zresztą zewnętrznego też) rozbraja również okazanie mu współczucia. Zamiast „Co ty robisz?”, mówimy mu: „Jak mi przykro, że ty to przeżywasz”. Ważne są tutaj pozytywne doświadczenia. Żebyśmy mogli sobie dać zrozumienie lub współczucie, musimy doświadczyć ich od innych, niekoniecznie rodziców. To pozwala zmienić niedobrego wewnętrznego rodzica na ciepłego i kochającego. Próby poniżania ze strony wewnętrznego krytyka, jak i toksycznych osób można interpretować jako wołanie o pomoc. Informację o tym, że ich autor sam doznał poniżenia, jest cierpiącym człowiekiem. Rozwiązaniem jest zrozumieć, że jeśli ktoś umniejsza nas, to w gruncie rzeczy mówi nie tyle o nas, ile o sobie. On sam się czuje nieważny, gorszy, nieudany i chce, żeby się to nie wydało, więc przenosi te odczucia na innych, mówi więc np. „Zobacz, znów zrobiłaś błąd”. Większość ludzi daje się na to nabrać. Nie widzimy, że ktoś, mówiąc „jak ty wyglądasz”, próbuje kosztem innego podnieść sobie samoocenę. Jeśli nie damy się wyprowadzić z równowagi i spokojnie powiemy: „Ja jestem w porządku i ty jesteś w porządku”, nie tylko nie pozwolimy się umniejszyć, ale też sami nie będziemy umniejszać. Ważne, żeby się przed sobą przyznać: „Tak, robię czasem błędy, czegoś nie potrafię, ale mnie to wcale nie skreśla”. Każdy ma jakieś braki, słabe punkty. Nie musimy znać się na wszystkim i wszystkiego umieć.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”. 

  1. Psychologia

"Oni" czy "ja"? Czemu przejmujemy się opinią innych?

Ludzie, zwłaszcza ci ważni, którzy dobrze cię znają, potrafią uderzyć w czuły punkt. Bywa, że mają rację, czasami mówią to z troski o ciebie. (fot. iStock)
Ludzie, zwłaszcza ci ważni, którzy dobrze cię znają, potrafią uderzyć w czuły punkt. Bywa, że mają rację, czasami mówią to z troski o ciebie. (fot. iStock)
To proste: bo żyjemy wśród ludzi. I jedynie w odniesieniu do innych możemy siebie określić. Ale opinie są tylko opiniami. Za każdym razem musisz odnieść je do siebie i spytać: Co ja na to? Ten proces oswaja psycholog Ewa Klepacka-Gryz.

Wyobraź sobie, że właśnie wychodzisz z domu. Ostatnie spojrzenie w lustro i… „Jest OK”, a może: „No nie, tak się nie mogę pokazać”. Dla kogo tak się starasz? Dla siebie? Chyba nie. Nie zastanawiasz się przecież, czy w tym stroju dobrze się czujesz, tylko jak wyglądasz. Bo jak cię widzą, tak cię piszą.

Kto ważniejszy: „oni” czy „ja”?

Z jednej strony żyjemy w czasach kultu pozytywnego egoizmu i narcystycznego indywidualizmu, z drugiej przejmujemy się opinią innych na nasz temat, a o tę drugą nietrudno zwłaszcza w sieci. Mamy w sobie silną potrzebę zachowania i obrony własnej niezależności, odrębności, decyzyjności, a jednak… Ile razy chciałaś coś zrobić, zmienić w życiu, jednak wycofałaś się, być może w ostatniej chwili, bo nie starczyło ci odwagi, żeby skonfrontować się z tym, jak zareagują inni?

Bo choć jesteśmy niepowtarzalni i wyjątkowi jak nasze linie papilarne, to chcemy też czuć się częścią większej całości, pragniemy poparcia, akceptacji i miłości zwłaszcza ludzi, którzy są dla nas ważni. Chcemy być inni, ale też podobni, żyć własnym życiem, lecz wśród innych, a kiedy tak się nie dzieje, czujemy się poza nawiasem; wyobcowani i odrzuceni. Od dzieciństwa przyzwyczajeni do porównywania i oceniania – najpierw w rodzinie, potem w szkole, ciągle się pozycjonujemy: Jak wypadam na tle innych? Jestem lepsza czy gorsza? I nie ma w tym niczego złego, dopóki to, co powiedzą lub nawet pomyślą „oni”, nie staje się ważniejsze od tego, co myśli „ja”.

Twoja własna przestrzeń

Wielu pacjentów trafiających do mojego gabinetu chce pracować nad poczuciem własnej wartości czy niską samooceną. Kiedy dopytuję, o co tak naprawdę chodzi, zwykle okazuje się, że sprawa sprowadza się do tego samego: uzależnienia od opinii innych.

Ilona bardzo liczy się ze zdaniem bliskich i dalszych znajomych na swój temat. Jej scenariusz na życie to zawsze być w zgodzie z innymi. By nikogo nie urazić, nie obrazić, nie zniechęcić do siebie – spotyka się z koleżankami, za którymi nie przepada, bo boi się ich „negatywnego nastawienia do siebie”. Wchodzi we współpracę z osobami, które ją wykorzystują, bo: „jeśli tego nie zrobię, oplotkują mnie na mieście”. Rezygnuje z ważnych dla siebie rzeczy, bo ktoś jej doradził, że tak będzie lepiej. Ignoruje podpowiedzi swojej intuicji, a potem nie może spać kilka nocy z rzędu, bo myśl „Czy dobrze zrobiłam?!” nie pozwala jej zmrużyć oka. Na ostatniej sesji opisała mi, co się z nią dzieje, kiedy staje po stronie „zewnętrznego doradcy”, zdradzając tym samym siebie: – Czuję ogromną, rozżarzoną kulę w okolicach splotu słonecznego, która podchodzi mi do gardła i dusi. W głowie mi szumi, pojawiają się zawroty, oddech przyspiesza, mam wrażenie, że za chwilę zemdleję.

Tego typu doznania są bardzo dotkliwe, ale to dobry znak, że Ilona powoli zaczyna zauważać, jakie są reakcje jej organizmu, kiedy robi coś wbrew sobie. Wszyscy dokonujemy wyboru pomiędzy własnym dobrem a dobrem innych. Ale nie wszyscy odczytujemy komunikaty naszego ciała w tej sprawie.

Kiedy na spotkaniach grupy rozwojowej proszę, by uczestniczki narysowały za pomocą symbolu (np. kółka) siebie i bliskich, często okazuje się, że żyjemy jak w matni; kółka, czyli opinie i przekonania na nasz temat, jak pętla zaciskają się wokół naszej szyi.

– Popatrz, jak jest ciasno wokół ciebie, nie masz czym oddychać – mówię. – Co by się stało, gdybyś zbudowała ogrodzenie wokół siebie, tym samym robiąc przestrzeń, w którą nikomu nie wolno ingerować?

Wewnętrzny krytyk

Kiedy pracowałam z osobami uzależnionymi od alkoholu, ich największą bolączką w procesie zdrowienia było: „Co powiedzą inni, gdy przestanę pić?”. – Jak wytłumaczyć, że na wyjeździe służbowym zawsze do schabowego zamawiałem setkę, a teraz tylko schabowy? – spytał mnie Jarek. – Zamów pomidorową – poradziłam. Ostatecznie na służbowym lunchu okazało się, że nikt nie pytał: „Dlaczego nie pijesz?”, nikt się nie dziwił ani nie oceniał. Ten lęk był w głowie pacjenta. Boję się, co inni o mnie pomyślą, a… ludzie zajęci są swoimi problemami. Poza tym opinia innych na nasz temat tylko wtedy ma moc, kiedy tworzymy w sobie przestrzeń na nią i wierzymy w jej prawdziwość.

Zastanów się, kiedy tak się dzieje? Kiedy sama nie jesteś pewna swojej decyzji i szukasz jej potwierdzenia. Gdy czujesz, że robisz źle i chcesz się upewnić. Albo w sytuacji, gdy boisz się wzięcia odpowiedzialności za swoje życie oraz ewentualne porażki i wolisz zdać się na innych. Brawo! To bardzo wygodna sytuacja, kiedy możesz powiedzieć: „To nie ja, to ona tak mi doradziła”.

Zabolało cię, kiedy przyjaciółka powiedziała w towarzystwie: „Ty się w to nie angażuj, bo się zapalisz, a potem jak zwykle wycofasz”? A jak jest naprawdę? Obiecujesz, bo czujesz, że inni tego od ciebie oczekują, a potem nie dotrzymujesz słowa? I jeszcze uważasz, że to inni cię do tego zmusili, a ty nie umiałaś powiedzieć: „nie”?

Ludzie, zwłaszcza ci ważni, którzy dobrze cię znają, potrafią uderzyć w czuły punkt. Bywa, że mają rację, czasami mówią to z troski o ciebie. Innym razem chcą cię dotknąć, zranić, ośmieszyć, może podświadomie odreagowując jakąś emocję, z którą sobie nie radzą, albo mają gorszy dzień. Nie masz na to wpływu, nikogo nie zmienisz. Ale zawsze możesz poczuć, co jest po twojej stronie. Co w tobie dało przestrzeń opiniotwórcy? Jaka część ciebie myśli na swój temat to, co zwerbalizowała osoba wydająca opinię? Twój Wewnętrzny Krytyk? Może to z nim powinnaś się dogadać?

Jak się nie przejmować?

Kompletne lekceważenie opinii innych ludzi na nasz temat to utopia. Nawet outsider, który głosi, że żyje tak, jak mu się podoba, swoją postawą komunikuje: „Patrzcie na mnie i zazdrośćcie”. Ale nadmierne przejmowanie się zdaniem innych jest niebezpieczne. Według socjologów to jedna z plag XXI wieku, która przyczynia się m.in. do depresji i nerwicy. Przesadne martwienie się opiniami na swój temat to jak świadome zamknięcie się w klatce ograniczeń, rezygnacja z własnego potencjału, oddanie swojego życia w ręce innych.

Jak zwykle, najlepiej sprawdza się złoty środek – ustalenie, na jakie twoje decyzje nie mają prawa wpływać inni ludzie, a co do pozostałych: wysłuchanie opinii, przemyślenie ich i skonfrontowanie z własnym zdaniem. Jak zwykle najlepszym doradcą będzie twoje ciało. Załóżmy, że decyzja A jest twoja, decyzja B – to wybór kogoś ważnego. Jakie doznania w ciele czujesz, kiedy wyobrażasz sobie, że wybierzesz A, a jakie gdy zdecydujesz się na B? Ścisk, skurcz – oznaczają sprzeciw; spokój, przyjemność – pewność, że to jest dobra droga.