1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zagubione dzieci, zestresowani rodzice, przestarzała szkoła - edukacja w pandemii. Nie dajmy się zwariować!

Zagubione dzieci, zestresowani rodzice, przestarzała szkoła - edukacja w pandemii. Nie dajmy się zwariować!

Nauka przez internet to przyszłość, warto się z nią oswoić (Fot. Getty Images)
Nauka przez internet to przyszłość, warto się z nią oswoić (Fot. Getty Images)
Nauczanie zdalne w ostatnich miesiącach naprawdę może zaważyć na następnych latach życia dzieci, bo ukształtuje taki, a nie inny stosunek do nauczycieli i dorosłych w ogóle. Koszmarne jest to, że traktuje się podstawy programowe jako coś równie niezbędnego do życia jak woda i powietrze. A co za problem powiedzieć: „połowę z tego wyrzucamy i już”. To naprawdę nie będzie miało żadnych negatywnych następstw – mówi psycholożka dr Aleksandra Piotrowska z Wydziału Pedagogicznego UW.

Nauczanie zdalne w ostatnich miesiącach naprawdę może zaważyć na następnych latach życia dzieci, bo ukształtuje taki, a nie inny stosunek do nauczycieli i dorosłych w ogóle. Koszmarne jest to, że traktuje się podstawy programowe jako coś równie niezbędnego do życia jak woda i powietrze. A co za problem powiedzieć: „połowę z tego wyrzucamy i już”. To naprawdę nie będzie miało żadnych negatywnych następstw – mówi psycholożka dr Aleksandra Piotrowska z Wydziału Pedagogicznego UW.

Nauczyciele zadają lekcje na potęgę, rodzice pilnują, żeby dzieci je odrobiły, a one albo się podporządkowują, albo buntują. Wydaje mi się, że nauka online w polskim wydaniu dużo mówi o naszej edukacji w ogóle.
Całkowicie się z panią zgadzam. Ta wyjątkowa sytuacja pokazuje, nomen omen jak w zwierciadle, wszystkie słabości naszej edukacji, poczynając od tego, że zawsze spora część pracy związanej z opanowaniem treści była cedowana przez szkoły na rodziców – co teraz widać niezwykle wyraźnie – a kończąc na pruskim podejściu do nauczania. Rośnie mi ciśnienie, kiedy słyszę pana ministra opowiadającego, że 95 proc. szkół świetnie radzi sobie ze zdalną edukacją. Albo gdy słyszę wypowiedź jednego z kuratorów: „Nauczyciele narzekają na brak komputera? A przecież mają komórki, mogą uczniom wysłać SMS-em numery stron i zadań”. Całkowite niezrozumienie, czym jest edukacja!

A czym jest?
Edukacja to taki trójkąt równoboczny, w którym jedno ramię stanowią nauczyciele i wszyscy pracownicy szkoły, drugie – uczniowie, a trzecie – rodzice. I wszystkie te ramiona muszą ze sobą ściśle współpracować. My, rodzice, nie możemy wykazywać się potulnością i pokorą wobec absurdów, jakie ze szkoły płyną. Dziwię się też bardzo nauczycielom, że pozwalają na to, żeby odium tego zamieszania związanego z nauką przez internet spadło na nich.

Nauczyciele nie mają wyjścia, są rozliczani, w dziennikach elektronicznych widać, co zapisują. I zgodnie z teorią dziobania dziobią tego, kto niżej, czyli uczniów.
Ta teoria rzeczywiście dokładnie się tu sprawdza. Nauczyciele od dawna są zastraszaną i sponiewieraną grupą, w związku z czym gotowi są podejmować takie właśnie pseudoaktywności, byleby zwierzchnicy dostali informację, że ich zalecenia zostały wprowadzone w życie. Decydentom chodzi o to, żeby przebieg tego roku szkolnego nie był zakłócony, jeśli chodzi o terminy, i większość nauczycieli dała się w tę nieuczciwą grę wmanewrować. Bo naprawdę to tak pięknie wygląda wyłącznie w ministerialnych sprawozdaniach.

Dlatego rozsądkiem muszą wykazać się rodzice?
Tak, dobrze by było, żeby zweryfikowali przeświadczenie, że ich obowiązkiem jest wywiązywanie się z absurdalnych zadań narzuconych przez szkołę. Podam przykład: rozmawiam z kobietą, i to z Warszawy, więc wydawałoby się, że tu powinno być z techniką lepiej, samotną matką czwartoklasisty, która nie dysponuje ani drukarką, ani skanerem. W większości polskich rodzin są komputery, laptopy, ale nie ma drukarek i skanerów. I ta matka mówi mi, że właśnie skończyła przepisywać 12. stronę karty pracy, bo jak zaalarmowała nauczyciela, że jej dziecko nie może wywiązać się ze zleconych zadań ze względu na brak drukarki, to usłyszała: „To może wziąć pani kartkę i przepisać to, co wysłałam”. No to przepisała, a nawet przerysowała, bo na tej karcie były też rysunki, dziecko miało ją uzupełnić i potem ona musiała wysłać to do nauczyciela. To jakaś paranoja! Częściowo mogę usprawiedliwić nauczycieli, którym mówi się, że są obibokami, że mają trzy miesiące wakacji, więc oni robią wszystko, żeby się wykazać.

Rodzice powinni się zbuntować?
Tak, powinni się zbuntować, ja ich bardzo do tego namawiam. Powinni odmówić wykonywania nierealnych w takich warunkach zadań, które teoretycznie są zadaniami dla dzieci, ale dzieci z różnych powodów nie mogą ich wykonać bez udziału rodziców.

Pewnie rodzice mają ochotę, żeby się zbuntować, ale wiedzą, że zapłaci za to dziecko.
Tak, bo dostanie gorsze stopnie, zdobędzie mniej punktów na egzaminach. Ale nie ma innej rady. Możemy apelować też do dyrekcji szkół, choć dyrektorzy w ogromnej większości przypadków wchodzą w tę grę i zaczynają udawać przed zwierzchnikami, że jest świetnie. Rodziców powinien skłonić do tego zdrowy egoizm, bo przecież mają swoje obowiązki zawodowe, często teraz wykonywane zdalnie, a nie jest normą w polskich rodzinach, że każdy członek ma swoje narzędzie elektroniczne, natomiast bawienie się w odrabianie pracy domowej na smartfonie to koszmar. Zdarzają się dzieci, które same radzą sobie znakomicie, ale takich jest co najwyżej 1 proc., natomiast cała większość musi mieć dostęp i do narzędzi, i mieć obok siebie dorosłego, który będzie nie tylko wyjaśniał, tłumaczył, ale także zachęcał, motywował.

Ta sytuacja może generować mnóstwo napięć, pogłębiać niechęć dzieci do nauki?
Może. Nasze władze oświatowe mają cudowne zdolności do demotywowania dzieci. Ich poczynania zmierzają do tego, żeby nawet bardzo dobrzy uczniowie ziali nienawiścią do szkolnej nauki, co nie tłumi przecież zainteresowań poznawczych dzieci, natomiast powoduje, że coraz rzadziej kojarzą szkołę z miejscem, które odpowiada na ich zainteresowania. I to jest dramatyczne! Przecież w Centrum Nauki „Kopernik” każdemu dziecku błyszczą z zaciekawienia oczy, jeśli może samo coś odkrywać, ale na pewno nie stanie się to w trybie tak zwanej zdalnej edukacji, czyli w takim kształcie, w jakim to się teraz odbywa.

Przymusowe nauczanie online obnaża to, jak anachroniczna i przestarzała jest polska szkoła, jak schematycznie, odtwórczo uczy. A może, paradoksalnie, uświadomienie sobie tej prawdy to dobra strona nauczania zdalnego, bo zapoczątkuje jakieś zmiany?
Oby. Niestety, w nas, dorosłych, jest duża doza myślenia, że „za moich czasów to było świetnie, nikt się mną nie przejmował, nie zaszkodziło mi nawet to, że mnie lali, w sumie na dobre mi to wyszło”. Jest w nas zgoda na transmisyjny model funkcjonowania szkoły, gdzie wiadomości z głowy nauczyciela jak na taśmie przepływają do głowy uczniów, uważamy, że to świetny model, jedyny możliwy. Ciągle nie kupiliśmy – jako społeczeństwo, jako rodzice – prawdy, że edukacja to organizacja uczenia się, a nie mechaniczne przekazywanie wiedzy. Oczywiście, mamy garstkę nauczycieli zapaleńców i ja wierzę, że ta grupa będzie z każdym rokiem się powiększała. Mamy także światłych rodziców, co pokazał chociażby ruch wokół ukrócenia prac domowych. Jeszcze przed kryzysem prace domowe w większości polskich domów były zarzewiem konfliktów, sprawiały, że relacje między rodzicami a dziećmi nie układały się dobrze. A to, co się teraz dzieje, jeszcze bardziej może je pogorszyć. U rodziców mogą budzić się najprostsze mechanizmy obronne: „To nie moja wina, to dzieciak się nie stara, marnuje czas”. Tymczasem oskarżanie dzieci nie ma nic wspólnego ze wspomaganiem ich rozwoju, a przecież to właśnie powinniśmy robić.

Zawsze powinno się stanąć po stronie dziecka?
Może nie używajmy wielkiego kwantyfikatora „zawsze”, bywają różne przypadki, ale w większości jest tak, że opory dziecka są zasadne, że ono nie ma nic przeciwko zdobywaniu wiedzy w ogóle, tylko nie chce jej nabywać w taki sposób, takim kosztem. Rodzice, którzy zastanawiają się, jak dokręcić mu śrubę, tak naprawdę stają po stronie opresyjnego systemu. Symptomatyczne jest to, że jak jestem zapraszana na spotkania z rodzicami, to jednym z najbardziej pożądanych tematów do rozmowy jest to, jak motywować dzieci do nauki. Czyli tak naprawdę chodzi o to, jak zmusić dzieci do tego, żeby robiły to, co im się każe.

Może rodzice, widząc teraz, ile dzieci mają pracy, zweryfikują swoje wymagania?
Tak rzeczywiście mogłoby się stać, gdyby kierowali się uważnością na swoje dzieci, analizowali, w jakiej one znajdują się sytuacji. Wtedy tygodnie domowej edukacji mogłyby stać się dobrą okazją do obserwacji, jak nauczanie szkolne wygląda naprawdę. Ale ja się obawiam, że rodzice nie nawykli do tego, żeby cały dzień uczestniczyć w ciężkiej pracy dziecka, bo do tej pory uczestniczyli tylko w jego pracach domowych. Dlatego mogą odczuwać przede wszystkim narastające pretensje do własnych dzieci, oskarżać je, że się nie starają. Niedostatku intelektu raczej im nie zarzucą, bo sądzą, że dziecko odzwierciedla ich intelekt, więc tu na pewno mu niczego nie brakuje. „Zdolny, ale leniwy” to określenie funkcjonuje w większości polskich rodzin. Mówimy o uczeniu się, ale już sama obecność dziecka z rodzicami na niedużej przestrzeni sprawia, że relacje wewnątrzrodzinne mogą teraz być burzliwe.

Jak pomagać dzieciom przetrwać ten czas?
Rozmawiać o sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, o trudnościach, które na nas spadły. Dzieci muszą wiedzieć, w jakim świecie funkcjonują, nie wolno ukrywać przed nimi prawdy, bo one potem w tym świecie muszą żyć. Ale, na Boga, w trosce o swoje dzieci i o komfort własnego życia powinniśmy się przeciwstawiać absurdom, a nie je w bierny sposób akceptować, zaganiając całą rodzinę do odrabiania lekcji. To niedobry pomysł.

No, ale zdać maturę trzeba, i to dobrze!
Wiele inteligentnych dzieci kwestionuje sens wkładania wielkiego wysiłku w to, żeby jak najlepiej zdać maturę. A rodzicom coraz trudniej znajdować argumenty, żeby je przekonać, że procent zdobytych punktów ma rozstrzygające znaczenie dla ich przyszłości. Bo może 40 lat temu ukończenie dobrej uczelni dawało pewne gwarancje dobrej pracy, ale dzisiaj nie daje. Dzisiaj lepiej radzić sobie w życiu, wykonywać ciekawszą pracę, wieść szczęśliwsze życie mogą ludzie, którzy potrafili w pewnym momencie odrzucić presję szkoły. Nie chcę powiedzieć, że tak trzeba robić, tylko uzmysłowić, że dzisiaj dobra szkoła i dobra edukacja nie gwarantują sukcesów zawodowych i dobrego życia. Dzieci to chyba zauważają częściej niż rodzice. A jakaż to tragedia będzie się wiązała z tym, że dziecko nie dostanie się do renomowanego liceum?

Taka, że nie dostanie się na dobre studia.
No to się nie dostanie, pójdzie na inne, a te wymarzone zrobi później, w trybie zaocznym. Dla wykonywania niektórych rodzajów pracy nie ma aż takiego znaczenia, jakie studia skończę. Mój syn przez wiele lat pracował w Hewlett Packard i miał szefową, która była po filologii klasycznej. Może ważniejsze od studiów jest to, żeby ukształtować człowieka o przydatnych w życiu umiejętnościach, który umie dostrzegać wokół siebie niespójności, realne problemy, umie krytycznie myśleć, a nie człowieka, który pokazuje dyplomy 18 kursów. Z przykrością muszę powiedzieć, że celują w tym nauczyciele, którzy łapią każde dodatkowe szkolenie, jeśli tylko wiąże z uzyskaniem certyfikatu, by potem wpisać je sobie do CV.

Świat wyglądałby inaczej, gdyby dzieci miały możliwość odkrywania w szkole swoich pasji, a nie wkuwały na pamięć?
Ludzie na pewno byliby wtedy zdrowsi psychicznie. Ze światowych badań dotyczących nerwic, chorób psychicznych wynika, że najwięcej kłopotów w tym zakresie bierze się stąd, że ludzie są niezadowoleni ze swojego życia, nieszczęśliwi. I zdarza się to wśród dobrze uposażonej klasy średniej. Więc jeśli o godzinie 22 dociera do dzieci na Librusie pięć zadań z chemii, które mają być zrobione na następny dzień (autentyczne!), to każdy normalny rodzic w takiej sytuacji prosi o zamknięcie komputera i pójście spać. Tymczasem co na ogół robimy? Nerwowo rzucamy się do podręczników, żeby zgłębić temat i zrobić zadania z dziećmi albo za dzieci.

Co powiedzieć tym wszystkim zestresowanym rodzicom?
Miejcie odwagę mówić „nie”. Oceniajcie, co w tych warunkach jest rozsądne i możliwe do zrobienia, a jeśli sądzicie, że nie jest, odmawiajcie, czyli informujcie nauczyciela, że tego wasze dziecko nie zrobi, bo nie ma takich możliwości. W ten sposób będziecie wspierać dzieci, ale – paradoksalnie – także nauczycieli.

Bo nauczyciele odważą się powiedzieć „nie” zwierzchnikom?
Tak, ale myślę, że ta odwaga powinna zacząć się od rodziców.

Co można zmienić od zaraz w nauczaniu online?
Gdyby szkoła działała racjonalnie i była nastawiona nie na usatysfakcjonowanie władz oświatowych, tylko na dzieci, to zdalna edukacja mogłaby być fajną okazją do rozwinięcia ważnych umiejętności. Można na przykład wyznaczać czteroosobowe grupki, których skład będzie się zmieniać co parę dni, i zamiast tych nieszczęsnych kart ćwiczeń, zlecać opracowanie zagadnień w grupach. Dzieci miałyby wtedy okazję nabyć kompetencje, które są w życiu ważne.

Na przykład?
Na przykład możliwości współpracowania z każdym, nie tylko z ulubionym kolegą, z którym dziecko zna się od żłobka. Bo to niezwykle ważne, żeby człowiek umiał pracować z każdym, kogo życie postawi mu na drodze. Przy okazji można realizować merytoryczne zagadnienia, ale nie jakieś bzdurne treści. No i byłaby, choć w części, zaspokojona potrzeba relacji z rówieśnikami, której dzieciom tak bardzo dzisiaj brakuje.

To dla nich chyba najbardziej dotkliwy brak. Słyszałam o świetnej inicjatywie nauczycieli  pewnej szkoły społecznej, którzy skrzykują wieczorem na platformie komunikacyjnej swoich uczniów na tak zwane dobranocki. Polegają one na tym, że nauczyciele mówią o swoich pasjach, a uczniowie opowiadają, co u nich się dzieje, śmieją się, dowcipkują.
Cudowna inicjatywa! To muszę też pochwalić się, co robi szkoła mojego wnuka, ucznia trzeciej klasy. Otóż każdego dnia, dzięki aplikacji Zoom, mają kontakt pod wodzą wychowawczyni, który nie służy jednak realizacji treści programowej, ale rozmowie, opowiadaniu, co kto fajnego robił, z czym ma kłopoty. Nauczycielka pomyślała o tym, choć dla ośmiolatków potrzeba bycia w grupie nie jest aż tak silna jak dla nastolatków.

Co możemy zrobić, żeby w tym ciężkim czasie wspomóc dzieci?
Wesprzeć je w zaplanowaniu dnia, uwzględniając czas na rozrywkę i odpoczynek. Organizować wspólne dla wszystkich domowników ćwiczenia fizyczne, treningi. Zachęcać dzieci do kultywowania swojego hobby w warunkach domowych. Te miesiące naprawdę mogą zaważyć na następnych latach życia dzieci, bo ukształtują taki, a nie inny stosunek do nauczycieli i, nie daj Boże, do dorosłych w ogóle. Koszmarne jest to, że traktuje się te nieszczęsne podstawy programowe jako coś równie niezbędnego do życia jak woda czy powietrze. A co za problem powiedzieć: „Połowę z tego wyrzucamy i już”, to nie będzie miało żadnych negatywnych następstw. O to rodzice powinni zabiegać.

Płynie dla nas z tych zdalnych lekcji coś pozytywnego?
Może to, że dzieci, rodzice i nauczyciele, przymuszeni sytuacją, przekonają się do idei zdalnej edukacji, zobaczą, że to kolejne narzędzie, które może wspomagać w nauce. Teraz ta forma jest źródłem utrapienia, płacimy za nią wysoką cenę, ale tak naprawdę potencjał nauczania zdalnego jest bardzo duży.

Aleksandra Piotrowska, psycholożka, dr psychologii na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dojrzewanie w trybie online

W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
Wydaje się, że młodzi w pandemii mają trudniej niż my. Że skutki izolacji mogą być dla nich fatalne. Czy tak jest rzeczywiście? Michał Czernuszczyk, psychoterapeuta, uważa, że bilans nie jest wcale wyłącznie ujemny. Bo tego typu doświadczenia mogą się przekładać twórczo na życie.

Wszyscy mamy dosyć. Izolacja, brak prawdziwych spotkań, świat zredukowany do ekranu komputera. Młodzi znoszą pandemiczną samotność gorzej niż my, dorośli. Widzi to pan w gabinecie?
Widzę. Byłem zresztą zdziwiony, że młodzi ludzie są izolacją aż tak poruszeni. Czytałem badania na ten temat – zaskakująca jest dla mnie odpowiedź emocjonalna tej właśnie grupy. Mówimy o adolescentach – to czas między 14. a 24. rokiem życia. Kiedy młody człowiek jest w czasie dojrzewania, nieosadzony jeszcze w dorosłych rolach społecznych. Układ nerwowy wciąż się kształtuje. Oczywiście między 18-latkiem a 24-latkiem różnica etapu życiowego jest ogromna, ale z medycznego punktu widzenia można ich włożyć do jednej grupy. Myślałem, że skoro komunikacja online to dla nich codzienność, przestawienie się na to, że będzie jej więcej, nie sprawi im kłopotu. A jednak okazało się, że to właśnie oni najczęściej reagują lękowo.

Czyli lęk jest dominującą emocją?
Tak. To jest lęk uogólniony. Nie strach, tylko lęk, reakcja niepokoju uwarunkowana okolicznościami.

Czyli nie lęk o przyszłość, o egzaminy, o utratę miłości?
Nie. Oczywiście, jeśli zapytamy o konkretną sprawę, na przykład właśnie egzaminy, maturę, studia, mówią: „Tak, boimy się, że będziemy gorzej przygotowani, że będziemy mieć gorszy start w życie”. Jeśli zapytamy o relacje z rówieśnikami, mówią: „Tak, boimy się, że ucierpią”. Ale ten lęk rozlewa się raczej na różne dziedziny życia. Mocny jest też lęk przed chorobą, przed zarażeniem. O swoje zdrowie i życie. Młodzi ludzie wiedzą, że są w grupie stosunkowo mało narażonej, że nawet jeśli zachorują, to jest duża szansa, że przejdą zakażenie lekko albo wręcz bezobjawowo – a jednak się boją. I to zdecydowanie bardziej o siebie niż bliskich.

Nie miałam świadomości, że tak duży jest lęk przed chorobą.
Tak, i to prowadzący czasem do stanów pełnoobjawowych ataków paniki. Młodzi doświadczają też uczucia osaczenia, uwięzienia, tylko przejawia się to nie złością, lecz przestrachem.

Choć przecież każdy tego uczucia uwięzienia doświadcza.
Ja za chwilę kończę 47 lat. I kiedy opowiadam moim wczesno­nastoletnim dzieciom o swojej młodości, to mówię o tym, że wtedy telefon był rzadkością. I nie chodzi o telefon komórkowy, ale o zwykły stacjonarny. Proszę sobie teraz wyobrazić, co by było, gdyby nagle zniknęły komórki, Internet. Cechą naszych czasów jest to, że z każdym w każdej chwili można mieć kontakt. W Polsce, w innym kraju, na innym kontynencie. I my, starsi, jesteśmy nauczeni, że ten kontakt to nie jest coś oczywistego. I że nie musi być non stop. Że czasem można, a czasem nie. Wiemy to, rozumiemy, bo mamy takie doświadczenie. Oni nie, bo ich doświadczenie jest inne – każdy zawsze, w każdej chwili jest dostępny.

Ale tego im nikt nie odbiera, przeciwnie, kontakty przeniosły się do sieci, ale w tej sieci odbywają się z ogromnym natężeniem.
Tak, choć, jak się okazuje, jest pewien problem. Na początku pandemii byłem przekonany, że bez większego problemu da się kontynuować terapię online. I oczywiście robię to, ale są różnice. Esencją psychoterapii jest rozmowa – i ta się odbywa, coś jednak nam umyka. Kiedy siedzimy razem w gabinecie, widzę całą sylwetkę pacjenta, czuję bijące od niego ciepło, czasem wręcz zapach. Teraz jestem od tych bodźców towarzyszących odcięty i jednak o coś uboższy. Rozmowa osobista to coś diametralnie innego. Lockdown pokazuje nam więc pewną umowność tego pozornie nieustannego dostępu do świata, który ofiaruje sieć. Kontakt online tylko w połączeniu z możliwością osobistego spotkania jest wnoszący. Odkrywamy teraz efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. I jeśli do młodych dociera, że kontakt przez media elektroniczne jest tylko namiastką prawdziwego spotkania, to tym sroższy zawód przeżywają, im bardziej byli wcześniej w tym wirtualnym świecie zanurzeni. Są podwójnie rozczarowani. Bo muszą zrezygnować z pewnej ułudy, która dotychczas współtworzyła ich wizję świata, że ta powszechna dostępność kontaktu to podstawa. Kiedy moi rówieśnicy używają Internetu, nawet jeśli robią to bardzo sprawnie, to traktują to jednak narzędziowo. Dla młodych komunikacja online była czymś więcej niż sięganie do, umownie mówiąc, bardzo dużej biblioteki.

Brak kontaktu osobistego z rówieśnikami to jedna strona medalu. A druga – nadmiar kontaktu z domownikami. A ten nie zawsze jest dobry.
Tylko pytanie, co to znaczy dobry kontakt. Lockdown w przypadku młodych trafił w czas, kiedy zadaniem rozwojowym człowieka jest zbudowanie własnej, odrębnej tożsamości. Trudniej powiedzieć wtedy, czego się chce, łatwiej – czego się nie chce. To się kształtuje przez odrzucenie. Co, siłą rzeczy, wpływa na atmosferę w domu.

Łatwiej odrzucić, jak z tego domu można wyjść, budować siebie na zewnątrz.
Tak, jeśli można spędzać czas z rówieśnikami, znajdować u nich zrozumienie, potwierdzenie swojego stanowiska, zaprzeczenie dotyczące zasad poprzedniego pokolenia. Współprzeżywanie. Często zresztą – tu dygresja – mówi się o tym buncie jak o zjawisku negatywnym, opartym tylko na destrukcji. Ale to moim zdaniem niesprawiedliwa ocena. Spójrzmy choćby na problem klimatu. To pokolenie jest zaangażowane, właśnie oni podkreślają, że trzeba troszczyć się o Ziemię, o środowisko, o bioróżnorodność, niby przeciwzależność i bunt, a jakie konstruktywne przesłanie. Plus bezkompromisowość, o którą trudniej u starszych. Ale wracamy do tematu – zweryfikowaniu odczuć młodych służy grupa rówieśnicza. Czy kiwają głowami, czy się wykrzywiają, czy przybijają piątkę. Jest więc w nich niepewność przy wyrabianiu sobie nowych poglądów. Coś z ich życia zniknęło. Coś, co w tym momencie rozwojowym jest wręcz kluczowe. Z jednej strony deficyt kontaktów. Z drugiej – dom. Już Konrad Lorenz pisał, że stężenie osobników tego samego gatunku na małej przestrzeni grozi aktami agresji. Jeśli więc jesteśmy zmuszeni, żeby non stop zajmować tę małą przestrzeń, to wydaje się to trudny emocjonalnie, napinający czynnik, który może prowadzić do eskalacji konfliktów.

To co robić? Psychologowie mówią: rozmawiać. Ale to chyba nie takie proste. Zwłaszcza że często rozmawiać nie umiemy. Jak tu nagle wdrożyć w życie taki program?
Muszę przyznać, że mam ochotę dać radę przeciwną. Żeby niekoniecznie rozmawiać. Jeśli już jesteśmy ściśnięci w ograniczonej przestrzeni, to może dobrym pomysłem jest wejść we własną przestrzeń. Dosłownie i w przenośni. Starać się raczej oddzielać. Spójrzmy na kulturę eskimoską. Rodzina, igloo, minus 40 stopni – wyjść trudno, trzeba być razem. Tam się więc złości jawnie nie okazuje. Porównanie ekstremalne, ale zobaczmy jego użyteczną część. Kiedy jesteśmy zamknięci, ciśnienie wzrasta. Rozmowa – jeśli będzie otwarta, jeśli pojawią się treści do tej pory unikane – ma swoją cenę. I potem z efektami trzeba móc coś zrobić. Jakoś odreagować. Czy przez aktywność fizyczną, sport, czy kontakt z kimś na zewnątrz naszej domowej grupy. W lockdownie o to trudno. Ja do takich szczerych rozmów nie namawiam. Oczywiście kiedy młody człowiek zgłosi taką potrzebę, trudno odmówić, ale też warto mieć świadomość możliwych kosztów. Można natomiast spróbować pobyć we własnej przestrzeni. Poprzyglądajmy się też sobie. Swoim oczekiwaniom. Wobec siebie, wobec innych. Nie musimy ich wypowiadać, czekać na reakcję. Jest oczywiście pokusa, żeby – kiedy coś przeżywam – się tym dzielić, ale to nie jest dobry moment. A ponieważ nie ma już szczęśliwie zakazu wychodzenia z domu, to wychodźmy. Warto do tego dzieci zachęcać. Ruch na powietrzu, zwłaszcza intensywny – to może być bieganie, choć może też być zwykły spacer – naprawdę dobrze robi. Pomaga się „odtruć”, wyrzucić z siebie emocje. Dobrze robi też kontakt z naturą. Spacer w parku czy lesie ma teraz szczególną wartość.

A z praktycznego punktu widzenia – widzę, że coś złego dzieje się z dzieckiem, widzę lęk, niepokój, samotność. Rodzice – nie zawsze, ale często – są w parze, dzieci są od swojej pary czy grupy odcięte. Co robić? Zostawić?
Tu powstaje paradoksalna sytuacja. Rodzic, którego autorytet ma w tym czasie w sposób naturalny maleć, wydaje się teraz tym, który ma możliwość kojenia, dostarczania sposobów radzenia sobie z tą trudną sytuacją. Nie ma tu jednej uniwersalnej rady. Nie bardzo wierzę w to, że można się uczyć na cudzych błędach, naszym zadaniem życiowym jest nauczyć się na błędach swoich. A żeby tak się stało, musimy mieć możliwość ich popełniania. Choć może teraz sposobem będzie korzystanie z autorytetów pośrednich – pokazywanie, jak inni radzili sobie w podobnych okolicznościach. Mogą to być przykłady zaczerpnięte z literatury, filmu czy seriali. Przychodzi mi na myśl serial „Terror”, o okrętach, które utknęły w lodzie Arktyki, załogi muszą przeżyć razem w tej ekstremalnej sytuacji. Dość to okrutne, ale i realistyczne, pokazuje, że między ludźmi bywa trudno. Pomóc może nie zapewnienie, że będzie dobrze, ale powiedzenie: choć trudno, jesteśmy razem. COVID-19 uczy nas, że przeświadczenie o wszechmocy człowieka było ulotne, więc w deklaracje, że na pewno będzie dobrze, nikt myślący nie uwierzy. Dlatego warto nienatrętnie proponować jakieś wzorce.

Rozmawiamy o sytuacjach trudnych, ale nie ekstremalnych. Bywa jednak, że uaktywniają się uśpione od jakiegoś czasu problemy, jak choćby anoreksja. Zaczyna się depresja. Pojawiają się nawet myśli samobójcze. Co robić, żeby niczego nie przegapić?
Jeśli mówiłem wcześniej o niezmuszaniu do rozmowy, o wycofaniu się do własnej przestrzeni, nie miałem na myśli obojętności czy niezwracania uwagi na dziecko. Nie chcę podgrzewać kwestii zagrożenia samobójstwami, ale wiem i widzę, że zwiększa się liczba stanów okołodepresyjnych. Nie ma co zapewniać, że „będzie dobrze”, to nigdy nie działa. Depresja, którą obserwujemy teraz, to depresja sytuacyjna. Nie jest to tak dramatyczna forma choroby jak ta, która przychodzi nie wiadomo skąd i dlaczego, i jest podwójnie bolesna, bo oderwana od kontekstu. Dziś na ogół depresje pojawiają się w specyficznym, pandemicznym kontekście. Problemy najczęściej zgłaszane określam jako podwyższony poziom lęku, przejęcie tym, co będzie, wytrącenie z równowagi, zgubienie ścieżki, którą do tej pory podążaliśmy, obawy o realizację planów. Kiedy coś się dzieje, musimy reagować. Powiedzieć, że istnieje możliwość konsultacji psychologicznej czy psychiatrycznej. To na ogół przyjmowane jest fatalnie, mówię bez złudzeń, ale czasem, kiedy myśl zostanie wypowiedziana, udrażnia jakiś kanał, z którego za jakiś czas można będzie skorzystać. Wiele osób nadal myśli, że „psychiatra to dla świrów”, i ta stygmatyzująca treść powstrzymuje przed zwróceniem się do specjalisty. Ale można odwołać się do badań mówiących, że ludzie fatalnie znoszą izolację. I że są możliwe formy pomocy, czy to psychoterapia, czy farmakoterapia. Czasem wystarczy konsultacja. I świadomość, że jeśli będzie gorzej, mogę sięgnąć po leki. Czasem zapisuje się małe dawki. Depresja to nie tylko przygnębienie, to też bezsenność, drażliwość, poczucie braku sensu. Warto uświadomić sobie, że to nie jest coś bez nazwy, co dotyka tylko mnie. A jak już ma nazwę, staje się czymś konkretnym – można sięgnąć po leczenie. Z nadzieją, że, powiedzmy, w ciągu roku mamy szanse na zluzowanie obostrzeń. Może świat nie wróci w takiej formie, jaką znaliśmy, ale jakąś część naszego dawnego życia odzyskamy. Łatwiej więc sięgać po pomoc z myślą, że to przejściowe.

Mówi pan: za jakiś czas, może za rok. Ale wydaje mi się, że dla młodych rok jest w gruncie rzeczy dłuższy niż dla osoby dorosłej, dla nich inaczej płynie czas.
Także dlatego, że te lata są dla nich tak ważne, na nich potem będą budować. Dla człowieka dorosłego jeden rok tej samej pracy jest bliźniaczo podobny do innego, u adolescentów jest inaczej, klasa maturalna na przykład już się nie powtórzy.

W mediach społecznościowych rośnie też cyberprzemoc.
Ja w gabinecie mam z tym mały kontakt, choć oczywiście wiem, że to istnieje. Jest też – poza „zwykłym” ośmieszaniem, drwinami, upokarzaniem, coś, co nosi nazwę revenge porn. Polega na umieszczeniu w sieci – w ramach zemsty, odegrania się – nagrań scen intymnych. To narusza intymność, obraża, upokarza, daje poczucie wielowymiarowej zdrady, jest źródłem wstydu, a przy tym jest praktycznie nieusuwalne, czyli stale rani. Na szczęście to nie jest zjawisko powszechne. Pamiętajmy jednak, że były już samobójstwa pod wpływem hejtu w mediach społecznościowych.

Kiedy rozmawia pan z młodymi w gabinecie, widzi pan, jak ważny jest kontakt osobisty. Że dopiero uzupełnienie się światów realnego i wirtualnego stanowi całość. A czy młodzi mają tę świadomość? Czują brak? Czy jakość kontaktu w sieci też się jakoś teraz zmienia?
Widzę tu dwie skrajności. Jedna – że pojawiło się zjawisko przebywania ze sobą non stop. Mamy cały czas włączony komunikator, nasz partner po drugiej stronie ekranu jest świadkiem naszego życia, a my – jego. Ale jednocześnie zajmujemy się nie tym partnerem, lecz sobą. I niby ten kontakt trwa całą dobę, ale to właściwie nie jest kontakt. Po prostu tam ktoś jest, ale nie wchodzimy z nim w interakcję. Druga – że kontakt online intencjonalny, w parze czy w grupie, nakierowany na wymianę myśli, jest dużo słabszy. Bo nie ma tych pozawerbalnych informacji, których na co dzień nie dostrzegamy, więc nawet nie umiemy powiedzieć, że ich brak. Badania neuropsychologiczne pokazują, jak ważna jest mikromimika, takie gesty czy miny, które robimy nieświadomie, trwające tysięczne części sekundy. Przez nasz system poznawczy nie są one rejestrowane, ale przez system afektywny jak najbardziej, przez to poznajemy, jakie nastawienie do nas ma druga osoba. To w kontakcie online ginie, pozawerbalnych sygnałów kamerka w laptopie nie pokaże. To powoduje poczucie pewnej pustki, czegoś nie ma, nie wiemy nawet czego.

Czy to może coś zabrać na dobre? Młodzi stracą coś, czego już nie odbudują?
Nie wiemy, co będzie dalej. To, czego doświadczamy, to coś nowego, coś, czego się nikt nie spodziewał. Naprawdę nie wiadomo, jak się to rozwinie. Nie odważę się przewidywać. Nie mówię tylko o rzeczywistości pandemii, ale o relacjach z innymi. Czy to, że teraz są inne, coś młodym ludziom w kontakcie na przyszłość zabierze? Te relacje się zmienią? Znów: nie będę prorokować. Oczywiście gdyby się okazało, że kontakt internetowy stanie się teraz normą i zastąpi kontakt osobisty, to byłoby zubażające. Choć nie jest tak, że coś to nam amputuje – mogłoby się tak zdarzyć w przypadku noworodka, który byłby pozbawiony żywego kontaktu z opiekunami, to okaleczyłoby go emocjonalnie. Ale adolescenci mają już aparat emocjonalny wykształcony. Bezpośredni kontakt nie jest im niezbędny do przeżycia, ale na pewno jego brak nas zubaża. Może to skutkować depresją, zniechęceniem do życia.

Stracone pokolenie? Ktoś tak mi o młodych ludziach powiedział.
Nie, ja tego tak nie widzę. Powiem więcej – ja młodymi ludźmi jestem zachwycony. Uważam za niesamowite, jak potrafią się adaptować do okoliczności, korzystać z różnych form wyrazu, wystarczy spojrzeć, jak się ubierają, jak używają form, kolorów, jak są twórczy i odważni. Mają elastyczność przeżywania, która z wiekiem więdnie. Prowadzą rodzaj żywej gry ze światem, także w pandemicznych okolicznościach znajdują swoje środki wyrazu. Córka pokazała mi ostatnio komiks, który narysowała do szkolnej gazetki. Trzy obrazki. Na pierwszym postać i jej myśli, sny. Na drugim – marzenia. Na trzecim szare tło, bezlistne drzewa, człowiek pod parasolem – i podpis: „rzeczywistość”. Z jednej strony – smutek. Z drugiej – myślę, że przełożenie poczucia smutku i szarości na rodzaj sztuki to sposób twórczy i życiodajny. Jeśli tak ma wyglądać stracone pokolenie, to nie, ono nie jest stracone.

Widzę tu trochę optymizmu.
Doświadczenia związane z cierpieniem nas kształtują. Z jednej strony doświadczamy cierpienia, z drugiej – przekonujemy się, że to coś, co przemija. A czasem okazuje się czymś poza naszą kontrolą. Lockdown to pokazuje. Młodzi czują lęk, często dołącza się też poczucie winy w stosunku do starszych pokoleń, bardziej narażonych na zakażenie i skutki choroby. Tego typu doświadczenia mogą przekładać się twórczo na życie, bo widać, o co warto się starać, dlaczego warto żyć. Cierpienie konfrontuje z kwestiami egzystencjalnymi, zmusza do pewnej uwagi, refleksji, myślenia o wartości życia. Ja tak właśnie patrzę na młodych. Myślę, że oni dzięki pandemii mają też ogromną szansę. 

Michał Czernuszczyk, psycholog i psychoterapeuta certyfikowany przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne. Prowadzi psychoterapię indywidualną dorosłych i młodzieży oraz psychoterapię grupową.

 

  1. Psychologia

Ratujmy dzieci w pandemii – 10 propozycji do wprowadzenia od zaraz

Ograniczenia związane z pandemią nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Warto więc pomóc zachować dzieciom radość dzieciństwa. (Fot. iStock)
Ograniczenia związane z pandemią nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Warto więc pomóc zachować dzieciom radość dzieciństwa. (Fot. iStock)
Co dzieci zapamiętają z minionego roku? Gry na komputerze, lekcje online, rozdrażnionych dorosłych... Dziś już wiemy, że pandemia nie skończy się z nadejściem wiosny, a związane z nią ograniczenia nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Pedagożka Ewa Nowak proponuje – by zamiast liczyć, że to tylko tymczasowe – wprowadzać zmiany, które pomogą zachować radość dzieciństwa.

Usłyszałam od sąsiadki, że co drugie dziecko cierpi teraz na obniżenie nastroju, więc to jest już norma. Protestuję i nie przyjmuję tego do wiadomości, bo to, że z powodu covidowych restrykcji nasi najmłodsi mają obniżony nastrój, nie znaczy, że wszystko jest w porządku albo że „po pandemii jakoś się ułoży”. Czyli kiedy? Tego nie wie nikt... Zatem może lepiej przyjąć postawę „pandemia będzie już zawsze”, bo dopóki rodzice będą traktować dzisiejszą sytuację jak stan przejściowy, dopóty nie zatroszczą się o swoje dziecko jak trzeba. Wbrew pozorom taka zmiana może zmotywować i wyzwolić kreatywność. Od czego zacząć? Oto 10 propozycji do wprowadzenia od zaraz:

1. W zdrowym ciele zdrowy duch

Ponieważ ciało zawsze reaguje na nasz stan psychiczny, użyjmy tej korelacji w odwrotną stronę: wybiegane, zmęczone, wykrzyczane i dotlenione dziecko to element prewencji dziecięcej depresji. Także otyłości, zwłaszcza że słychać w mediach, że zaczęła się plaga i że jest to związane z obniżeniem nastroju. Nie pokuszę się tu o wyliczanie zasad zdrowego żywienia, ale pamiętajmy, że otyłość zaczyna się w sklepie. Zatem embargo na niezdrowe, wysokokaloryczne zakupy – to najważniejszy postulat w temacie zdrowia psychicznego uwięzionych w domach malców. Drugi to ruch, ale nie pozorowany, tylko prawdziwy, żeby dziecko każdego dnia się spociło.

Kolejne zdrowotne zalecenie to troska o wzrok, bo dzieci spędzają dziś większość dnia przed komputerem, laptopem, smartfonem... W jednej pozycji, z oczami pozbawionymi naturalnej ruchliwości źrenic. A wśród pięciu zmysłów kluczową rolę odgrywa wzrok, dosłownie wchłaniamy świat oczami, bo bodźce wizualne trafiają bardzo szybko do mózgu. Zatem pamiętajmy, żeby zabawa i przerwa od nauki wiązała się także z wytchnieniem dla oczu.

2. Dobra atmosfera

Wygłupy, łaskotki, udawanie potwora, naśladowanie głosów, dziwaczne zachowania, przekręcanie słów – to wszystko wprowadza w domu luz. Wygłupiajcie się. Chichoczcie, śmiejcie się wymuszonym opętańczym śmiechem, naśladujcie głosy zwierząt w nieoczekiwanych momentach. Jeszcze na studiach uczono mnie, że poza zaspokojonym głodem i poczuciem bezpieczeństwa do udanego dzieciństwa potrzeba wesołych i uśmiechniętych rodziców. A uśmiechać możemy się przecież bez ograniczeń.

3. Poczucie bliskości fizycznej

Atmosfera psychozy związanej z pedofilią odbija się na dzieciach. Boimy się je dotykać, tymczasem kontakt fizyczny – gilgotki, mocowanie się na ręce, tarzanie, nauka chodzenia na rękach, leżenie przed telewizorem i dotykanie się stopami – jest jak witamina. Także dla udającego, że tego nie potrzebuje dziesięciolatka. Małe dziecko możesz poprosić, żeby zrobiło ci masaż deptany – niech połazi po twoich plecach. To bezpieczna, dająca ogromną frajdę zabawa (tylko musisz leżeć na twardym podłożu, czyli łóżko ani kanapa nie wchodzą w grę).

4. Nowe doświadczenia

Magia czynności, którą wykonujesz po raz pierwszy, jest wielka! Jak ugotować jajko na miękko? Jak obrać ziemniaki? Jak nawodnić storczyki? Jak przetkać zlew? Jak wymienić baterie w pilocie? Na każdym kroku pozwalaj, żeby dziecko zrobiło coś pierwszy raz i to całkiem samodzielnie. Przypomnij sobie, w jakiej euforii jest człowiek, który minutę temu czegoś nie umiał.

5. Czytanie

Statystyki wskazują, że w Polsce dzieci czytają do 10. roku życia, czyli do czasu, gdy czytają im na głos rodzice. Nie dziwię się, gdyż wielu rodziców każe czytać samodzielnie dzieciom w wieku wczesnoszkolnym, kiedy one chcą już zanurzyć się w skomplikowane historie, a same nie są jeszcze w stanie ich czytać. Dlatego czytaj na głos, nawet jeśli słucha cię nastolatek! I nie proponuj, że zrobicie to na zmianę, bo wtedy dziecko będzie tylko w stresie czekać na swoją kolej. I nici z relaksu!

6. Wszyscy razem

Wiele metod wychowawczych podkreśla znaczenie angażowania całej rodziny w obowiązki domowe. Jednak nie chodzi tu o to, by wdrożyć córkę czy syna do sprzątania domu po remoncie ani sprawdzać testem białej rękawiczki, czy na pewno dobrze wytarli góry szafek kuchennych. Zamiast nakazywać, poproś o pomoc – dzieci cierpią psychicznie z powodu nudy, niedostatków różnorodnych bodźców, braku kontaktu z rówieśnikami i tego, że czują się bezużyteczne. Zatem wyznacz coś stosownego do wieku i środowiska waszej rodziny, np. „masz jakiś pomysł, jak zmieścić wszystkie zakupy w lodówce?”. I powstrzymaj się wtedy od komenderowania, poganiania czy wyrażania niezadowolenia.

Nie samymi obowiązkami człowiek żyje, więc warto dzielić i przyjemności. Czy gracie w planszówki? A może śpiewacie razem? Śpiew usprawnia przeponę, reguluje ciśnienie krwi, rozładowuje napięcie, poprawia pracę mózgu i sprawia frajdę. Można się bezkarnie wykrzyczeć, zmęczyć, odreagować. A śpiewy na całe gardło dzieci będą pamiętać zawsze.

7. Zapiski z czasów pandemii

Izolacja, dni spędzane w domu, kino i kościół online sprawiają, że tygodnie zlewają się, a to nie wpływa dobrze na nikogo. Pokaż dziecku, jak je odróżnić. Na przykład prowadźcie kalendarz, w którym każdy będzie codziennie wpisywać lub rysować jedną rzecz wyróżniającą ten dzień.

8. Spotkania w realu

Jeśli jedziesz do dziadków z zakupami, do biblioteki, żeby wymienić książki czy nawet po odbiór przesyłki do paczkomatu – weź dzieci ze sobą. Niech zobaczą dziadków, nawet tylko z daleka, niech porozmawiają z innymi ludźmi nawet na odległość. Nie wtrącaj się do tej rozmowy, niech dziecko wie, że poza rodzicami są na świecie inni dorośli. Tobie może się to wydawać nieprawdopodobne, ale dziś sporo dzieci martwi się przyszłością i tym, że nie będą miały na kogo liczyć.

9. Pochwały

To uniwersalna witamina wzrostowa, skądinąd równie skuteczna w przypadku dorosłych. Każde zachowanie da się pochwalić, nie bój się rozpieszczać dzieci. Nie wiem, czy to powiedział Janusz Korczak, czy profesor Ewa Tomasik, moja wykładowczyni na studiach, ale pamiętam do dziś: „Dzieci, które najbardziej potrzebują pochwał, to te, które najmniej na nie zasługują”. Zwłaszcza że ich niegrzeczne zachowanie może być reakcją na problemy z rówieśnikami, bo to, że dzieci mało widują się w realu, nie znaczy, że konflikty koleżeńskie przestają istnieć. Powodów może być wiele: źle działający Internet, brak słuchawek. Do tego dochodzi wyśmiewanie w mediach społecznościowych, nagrywanie. Rozmawiaj o tym, gdy tylko dziecko poruszy ten temat.

10. Zwierzak w domu

Kontakt z innym gatunkiem rozwija u dzieci empatię, daje poczucie sensu, bycie potrzebnym, zapobiega nudzie. A jeśli będzie to pies, to będą i kontakty społeczne, bo trzeba z nim wychodzić.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Psychologia

Jak pomóc dzieciom uczyć się w czasie pandemii?

Doświadczenie rodziców w pracy online może się teraz przydać dzieciom. (Fot. iStock)
Doświadczenie rodziców w pracy online może się teraz przydać dzieciom. (Fot. iStock)
Szkoła on-line oznacza nie tylko problemy z realizacją programu, ale i zakłócenie rozwoju społecznego oraz nauki samodzielności dzieci. Jak można im pomóc? Na pytania Ewy Nowak odpowiada psycholożka Ewa Narkiewicz-Nejno.

Dzieci nie tracą lekcji, ale przecież szkoła to nie tylko nauka. Co tracą uczniowie, zwłaszcza najmłodsi, na tym, że edukacja przenosi się do Internetu?
W szkole dzieci uczą się życia. Przede wszystkim się bawią, zdobywają wiedzę społeczną i rozwijają umiejętności niezbędne w dorosłym życiu. Człowiek to istota stadna – musi się nauczyć funkcjonowania w społeczeństwie, czyli wśród koleżanek i kolegów.

Czy rodzice mogą w jakiś sposób ukształtować ten obraz, na przykład opowiadając o swoich doświadczeniach szkolnych czy nawet bawiąc się z małymi dziećmi w szkołę?
Opowiadanie o szkolnych czasach rodziców przede wszystkim na pewno buduje więź, więc rodzic będzie w przyszłości wyczulony na kłopoty, a to już dużo.

Co możemy zrobić, żeby dzieci podczas zdalnych lekcji nie oglądały filmików i nie grały z kolegami w gry na telefonie?
Dzieci będą to robić, bo kto z nas na dwudniowej konferencji nie odpisywał rodzinie na wiadomości lub nie szukał butów w sieci? Ale zwracajmy uwagę, że takie zachowanie jest niegrzeczne wobec nauczyciela i że traci się w ten sposób czas, bo nie skorzysta się z lekcji.

Do jakiego stopnia rodzice powinni pomagać dzieciom w nauce? Niektórzy wręcz odrabiają za nie lekcje...
Dziecko samo powinno być odpowiedzialne za swoje sprawy, w tym za odrabianie lekcji. Praca domowa ma służyć rozwijaniu jego samodzielności i poczucia odpowiedzialności. Jednak gdy dziecko ma wyraźny zespół wypalenia: jest zmęczone, znudzone, zblazowane – pomóżmy mu, np. uatrakcyjniając polecenia. Zamieńmy typowe zadanie z treścią z matematyki na historię Supermana, a czytanie podręcznika do historii na wspólne obejrzenie filmu dokumentalnego.

Czy są inne zagrożenia wynikające z pandemii, o których rodzice powinni pamięta?
Oczywiście. W Polsce dzieci z uboższych rodzin miały zapewniony w szkole co najmniej jeden ciepły posiłek, który teraz straciły. Zaczniemy mieć problem z realnym niedożywieniem dzieci, co wpłynie na ich rozwój fizyczny. Inny problem to taki, że wiele dzieci już zostało wykluczonych z powodu braku wystarczającej liczby komputerów w domu albo wręcz Internetu. Rozejrzyjmy się, czy kolega córki lub syna, który wcześniej często u nas przesiadywał, ma się dobrze, czy nie jest uwięziony z uzależnionym tatą w mieszkaniu. W czasie pandemii tym bardziej pamiętajmy nie tylko o swoich dzieciach.

Ewa Narkiewicz-Nejno, psycholog kliniczny, jej program „Zrób coś z tym dzieckiem” od kwietnia na antenie TVN Style.

  1. Zdrowie

Płyny do płukania jamy ustnej mogą hamować rozwój wirusa

Płyny do płukania mogą znaleźć zastosowanie w codziennej profilaktyce COVID-19, obok takich rozwiązań jak dystans społeczny, dezynfekcja rąk czy noszenie maseczek. (Fot. iStock)
Płyny do płukania mogą znaleźć zastosowanie w codziennej profilaktyce COVID-19, obok takich rozwiązań jak dystans społeczny, dezynfekcja rąk czy noszenie maseczek. (Fot. iStock)
Płyny do płukania jamy ustnej pomogą zapobiec transmisji SARS CoV-2? Badania amerykańskich naukowców dają na to szanse. Ale dentyści ostrzegają przed zbytnim optymizmem – płukanka przeciwko koronawirusowi to fake news.

Płyny do płukania jamy ustnej pomogą zapobiec transmisji SARS CoV-2? Badania amerykańskich naukowców dają na to szanse. Ale dentyści ostrzegają przed zbytnim optymizmem.  

Płukanką w koronawirusa?

Amerykańscy naukowcy potwierdzili, że dwa rodzaje płynów do płukania jamy ustnej niszczą 99,9 proc. koronawirusa w warunkach laboratoryjnych, zakłócając tym samym jego replikację w komórkach ludzkich.

Badania wykonane w Rutgers School of Dental Medicine w stanie New Jersey zostały opublikowane w czasopiśmie "Pathogens". Wykazano w nich m.in. że popularny płyn do płukania jamy ustnej, który kupimy w aptece czy drogerii oraz płyn na receptę z dodatkiem chlorheksydyny, są w stanie dezaktywować wirusa w ciągu nawet kilku sekund.

Badanie zostało przeprowadzone w laboratorium przy użyciu odpowiednich stężeń płynu do płukania oraz w czasie niezbędnym do kontaktu z tkankami w celu odtworzenia rzeczywistych warunków występujących w jamie ustnej.

Niektóre płukanki do higieny jamy ustnej, zawierające takie składniki, jak jodopowidon oraz nadtlenek wodoru, ograniczały przenoszenie się wirusa, ale wpływały przy tym szkodliwie na komórki jamy ustnej.

Natomiast inne płyny, m.in. z antyseptykiem o szerokim zastosowaniu - chlorheksydyną, zabiły jednostki wirusa zapewniając skuteczną ochronę przed zachorowaniem, ale były przy tym minimalnie inwazyjne dla komórek skóry. To sprawia, że preparaty te mogłyby znaleźć zastosowanie w codziennej profilaktyce COVID-19, obok takich rozwiązań jak dystans społeczny, dezynfekcja rąk czy noszenie maseczek.

Potrzeba jednak dalszych badań klinicznych, aby przetestować skuteczność płukanek pod kątem COVID-19 u człowieka. Już wcześniej m.in. niemieccy wirusolodzy molekularni, medyczni oraz naukowcy potwierdzili, że niektóre płyny dostępne powszechnie w handlu mogą unieszkodliwić wiriony i zahamować ich replikację.

Obiecujące są także możliwości płynów do płukania jamy ustnej zawierających co najmniej 0,07% CPC, czyli chlorku cetylopirydyniowego. Ten ostatni składnik nie tylko niszczy drobnoustroje, działając bakteriobójczo oraz przeciwgrzybiczo, ale jest przy tym bezpieczny w stosowaniu.

Czy warto więc robić sobie nadzieję, że regularnie stosowane płukanki pomogą w walce z COVID-19? Nie jest to takie proste.

– Mimo pojawiających się doniesień naukowców na temat wpływu płynów do płukania jamy ustnej na mniejsze ryzyko zarażenia się COVID-19, warto sprostować, że nie jest to metoda walki z koronawirusem. Badania w laboratorium wykazały, że niektóre płyny rzeczywiście mogą szybko niszczyć koronawirusy, ale jest to działanie miejscowe w obszarze jamy ustnej i gardła. Nie wyleczą natomiast infekcji. Nie ma też jednoznacznych dowodów na to, że mogą zapobiec przenoszeniu wirusa pomiędzy ludźmi - komentuje lek. stom. Monika Stachowicz z Centrum Periodent w Warszawie.

Z uwagi na fakt, że wirus SARS CoV-2 odpowiedzialny za COVID-19 przenika do organizmu m.in. poprzez jamę ustną i namnaża się bezpośrednio w gruczołach ślinowych, to ostatecznym celem byłoby ustalenie, czy płukanie ust płynem o działaniu antyseptycznym i przeciwwirusowym mogłoby obniżyć, w perspektywie krótkoterminowej, ryzyko przenoszenia koronawirusa na inne osoby.

Płyny do płukania ust już od dłuższego czasu wykorzystywane są w wielu gabinetach przed zabiegami dentystycznymi, aby zmniejszyć tzw. miano wirusa u pacjentów, czyli zmniejszyć niebezpieczeństwo zakażenia innych osób. Mogą też być pomocne podczas opieki medycznej nad pacjentami cierpiącymi na COVID-19.

- Pacjent może również stosować płukanki samodzielnie, np. po powrocie do domu i ściągnięciu maseczki może umyć zęby i przepłukać je płukanką ze składnikami o właściwościach odkażających. Przy tym należy pamiętać, że płyn działa doraźnie i miejscowo, czyli w jamie ustnej i gardle – można porównać to do umycia rąk, które również dezynfekujemy odpowiednimi preparatami. Wówczas będzie to dodatkowe wsparcie, które nie zaszkodzi, a może pomóc, nie tylko w zmniejszeniu transmisji wirusa na inne osoby, ale także w walce z plagą próchnicy czy schorzeniami dziąseł – dodaje stomatolog.

Źródło: biuro prasowe Periodent Centrum Leczenia i Profilaktyki Paradontozy

  1. Zdrowie

Siła Blue Light - fototerapia dla ozdrowieńców po COVID-19

Blue Light to bardzo przyjemne światło, dające kojące uczucie ciepła. (Fot. iStock)
Blue Light to bardzo przyjemne światło, dające kojące uczucie ciepła. (Fot. iStock)
Światło niebieskie tzw. blue-light, emitowane przez lampy LED, jest jedną z metod fototerapii, która cieszy się dużym zainteresowaniem w ostatnim czasie, głównie w dermatologii, ale nie tylko. Prof. Joanna Narbutt, prof. Aleksandra Lesiak oraz dr. n. med. Michał Chudzik podjęli się badań nad zastosowaniem terapii światłem niebieskim emitowanym przez lampy LED również u osób, które przeszły zakażenie COVID-19, nie były z tego powodu hospitalizowane, a nie odzyskały pełni sił po chorobie. Rozmowa z prof. Joanną Narbutt.

Światło niebieskie tzw. blue-light, emitowane przez lampy LED, jest jedną z metod fototerapii, która cieszy się dużym zainteresowaniem w ostatnim czasie, głównie w dermatologii, ale nie tylko. Prof. Joanna Narbutt, prof. Aleksandra Lesiak oraz dr. n. med. Michał Chudzik podjęli się badań nad zastosowaniem terapii światłem niebieskim emitowanym przez lampy LED również u osób, które przeszły zakażenie COVID-19, nie były z tego powodu hospitalizowane, a nie odzyskały pełni sił po chorobie. Rozmowa prof. Aleksandrą Lesiak

prof. Aleksandra Lesiak prof. Aleksandra Lesiak

Pani Profesor, proszę opowiedzieć, czym jest światło niebieskie, które stosują Państwo w leczeniu pacjentów? Światło niebieskie, o którym mówimy i które stosuje się także w dermatologii, to światło o długości fali 453 nanometry. Należy do spektrum światła widzialnego. Fototerapia jest stosowana w dermatologii od dawna, ale szukamy lepszych, bezpieczniejszych rozwiązań. Na chwilę obecną standardem jest stosowanie wąskiego pasma UVB 311 nanometrów i PUVA terapii. Są one skuteczne. Jest na ten temat dużo fachowej literatury, ale każdy ultrafiolet może łączyć się z uszkodzeniem DNA jądra komórkowego. Mutagenne działanie światła niebieskiego jest bardzo niskie. Dlatego wydaje się, że to najbezpieczniejsza forma fototerapii. Działa przeciwzapalnie, przeciwświądowo, ale również poprawia nastrój – zwiększając produkcję β-endorfin. Choroby skóry nasilają się pod wpływem stresu. Z drugiej strony same w sobie są jego źródłem. Osoby chore często są stygmatyzowane. Ze względu na przewlekłość niektórych chorób pacjenci nierzadko potrzebują wsparcia psychologa lub psychiatry. Dlatego tak ważne jest holistyczne podejście. Światło niebieskie wpisuje się w to podejście ze względu na biologiczne możliwości hamujące stan zapalny, ale też działanie relaksacyjne, antystresogenne. To nasza nadzieja na przełom w leczeniu wielu chorób skóry. Pacjenci, których leczymy w naszym ośrodku to pacjenci z atopowym zapaleniem skóry, z łuszczycą, z wypryskiem i przewlekłym świądem. W połowie lutego ruszyły badania z zastosowaniem naświetlania urządzeniem o nazwie PHLECS Full Body Blue. Grupa chętnych jest coraz większa. Pierwsze obserwacje są bardzo obiecujące.

Choroby dermatologiczne to nie wszystko. Ruszyły też badania nad wpływem światła niebieskiego na powikłania po zakażeniu koronawirusem SARS-CoV-2. Jak blue-light działa w tym przypadku? W porozumieniu z kardiologami uruchomiliśmy to światło niebieskie u pacjentów leczonych w poradni postcovidowej, u których pojawiły się powikłania. COVID-19, choroba wywołana zakażeniem koronawirusem SARS-CoV-2, charakteryzuje się szerokim spektrum objawów, a jej przebieg i powikłania późne są nie do końca poznane. Istnieją doniesienia, mówiące o tym, że u pacjentów, którzy przebyli COVID-19 i nie byli z tego powodu hospitalizowani mogą wystąpić utrzymujące się objawy pod postacią przewlekłego zmęczenia, duszności, stresu psychologicznego, obniżenia jakości życia, a także zaburzeń psychiatrycznych (lęk, depresja, zaburzenia snu, koncentracji, pamięci). Brakuje natomiast danych dotyczących pacjentów, którzy nie byli hospitalizowani z powodu COVID-19.

Opierając się na doniesieniach dotyczących wpływu terapii światłem niebieskim na wzrost poziomu β-endorfin, obniżenie wartości skurczowego ciśnienia tętniczego krwi, poprawy funkcji śródbłonka i sztywności tętnic wraz z przedstawicielami firmy PHLECS, producenta urządzenia do naświetlania Full Body Blue założyliśmy, że terapia światłem niebieskim może być korzystna. Również u pacjentów, którzy łagodnie przechodzili COVID-19, ale odczuwają skutki uboczne choroby. Dla wielu osób jest to spory problem.

W trakcie sesji naświetlane jest całe ciało? Pacjenci zostaną poddani trwającym półgodziny sesjom naświetlania 2-3 razy w tygodniu. To bardzo przyjemne światło, dające kojące uczucie ciepła. Substytut pobytu na plaży w słoneczny dzień, czyli pół godziny takiego relaksu w  pozycji leżącej. Pacjenci są naprawdę zadowoleni. To rodzaj farmakologii holistycznej o działaniu relaksującym. Sama mam zamiar poddać się takiemu naświetlaniu, bo wszystko, co teraz się dzieje, dało mi się we znaki. Sytuacja związana z Covidem wszystkich nas wykańcza. Myślę, że w przyszłości światło niebieskie może być stosowane także do leczenia sezonowych spadków nastroju. Światłoterapia zresztą jest już stosowana w psychiatrii.

Gdzie mogą się zgłaszać osoby, które chcą wziąć udział w badaniu? Badanie zaczęliśmy w lutym 2021. Nadal można się zgłaszać pod www.stop-covid.pl Należy jednak pamiętać, o kryteriach włączenia do badania: mogą w nim wziąć udział tylko osoby, które chorowały na COVID-19, ale nie były z tego powodu hospitalizowane, u których w ciągu 4 tygodni od zakończenia choroby lub ustąpienia innych objawów ciągle utrzymuje się silne poczucie zmęczenia (rozumiane jako zmęczenie powyżej 50 proc. w stosunku do okresu sprzed zachorowania na COVID-19).