1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Katarzyna Miller i pochwała zdrowego egoizmu

Katarzyna Miller i pochwała zdrowego egoizmu

Dobry egoizm to bycie sobą. (Fot. iStock)
Dobry egoizm to bycie sobą. (Fot. iStock)
Egoizm to postawa, która istnieje, by budować dobre życie, w miarę spełnione, dające satysfakcję, ale nie wyłącznie. Mądry człowiek zdaje sobie sprawę, że nie będzie miał wszystkiego. Egoizm związany jest z szacunkiem dla siebie, a zaraz potem dla innych ludzi.

Jestem wielką zwolenniczką egoizmu. Dodałabym do tego jeszcze: zdrowego albo oświeconego. Nie chodzi o prymitywny egoizm, jaki się wyłącznie z tym słowem często kojarzy. Bardzo wiele szkód w wychowaniu i myśleniu społecznym przynosi straszenie egoizmem, ponieważ tak naprawdę wszyscy jesteśmy egoistami. Przecież myślimy o sobie najwięcej, jesteśmy dla siebie całym światem. Kobiety kulturowo bardzo często są wychowywane do tego, aby służyć innym. Córkom w procesie wychowania wpaja się na ogół przekaz: „Nie bądźcie egoistkami”. Synom rzadko tak się mówi. Mężczyznom po prostu wolno być egoistami, kobietom nie i przez to marnują swoje życie, same starają się być na szarym końcu układu, w którym się znajdują. Jednocześnie myślą o sobie bez przerwy, że są nieszczęśliwe i biedne, czyli i tak wciąż egoistycznie koncentrują się na sobie, tylko że w negatywny sposób, psując sobie frajdę z życia.

Zdrowy egoizm polega na tym, że człowiek lubi siebie, zgadza się na to, że ma mocne i słabe strony, że nie wszystko potrafi. Zdaje sobie sprawę, że inni ludzie tak jak on traktują siebie poważnie. Żyje szczęśliwie i daje światu odetchnąć. Egoista, który jest spełniony, jest zadowolony z tego, że siebie kocha i akceptuje, przyjmuje ludzi takimi, jacy są. Jest tolerancyjny, bo wie, że sam nie będzie wszechmocny, nie oczekuje też tego od innych, nie ma postawy roszczeniowej. Egoizm to postawa, która istnieje, by budować twoje dobre życie, w miarę spełnione, dające satysfakcję, ale nie wyłącznie. Mądry człowiek zdaje sobie sprawę, że nie będzie miał wszystkiego.

Bez ego nie ma zdrowia psychicznego, nie ma człowieka, nie ma charakteru, osobowości. I nie ma też człowieka. Tylko ten egoizm najczęściej jest zakłamany. Udajemy, że można inaczej, ale wszyscy jesteśmy egoistami. W dodatku często chorymi zamiast zdrowymi. Właśnie dlatego to słowo jest nacechowane negatywnie, ponieważ je wypaczamy. Nie pracujemy nad tym, żeby egoizm stał się świadomy, związany z szacunkiem przede wszystkim dla siebie, a zaraz potem dla innych ludzi. W polskim języku istnieją natomiast jeszcze takie słowa, jak „egocentryzm” i „egotyzm”, i to one właśnie oznaczają ego, które jest chore, nie widzi innych ludzi, nie chce im poświęcać uwagi. Zdrowy egoista wie, że jest dla siebie tak ważny jak każdy inny człowiek dla siebie samego. Zdaje sobie z tego sprawę, bierze to pod uwagę i zgodnie z tym działa. Egocentryk traktuje innych jak tło swojego życia, środek do celu. W czasie terapii w reakcji na potrzeby i żądania ego, które zostało puszczone za bardzo samopas, mówię często pacjentom: „Nie jesteś pępkiem świata”.

Moje ego najbardziej karmi się tym, że jestem potrzebna, że klienci mi dziękują, są mi wdzięczni, czasem fantastycznie reagują, nie- którzy, nie wszyscy. Tym, że oni biorą to, co ja im daję, że się dogadujemy. Kiedy moi klienci rosną, dostaję wielką nagrodę i serce mi rośnie. Druga strona tego medalu, trudniejsza, jest taka, że terapeuta jest czasem dla nich takim Panem Bogiem, niektórzy tak nas traktują. Łatwo popaść w egotyzm i pychę. Relacja z klientem to ogromna odpowiedzialność.

Kultura, w której żyjemy, każe nam się koncentrować na osiągnięciach. Popularny trend mówi: wygraj ranking, bo wtedy dopiero zaistniejesz dla ludzi, pokaż im, że coś masz. To, oczywiście, jest zgubne w skutkach. Nie znaczy jednak, że mamy zaprzeczyć wartości myślenia o sobie, ponieważ jak wspominałam, człowiek i tak myśli o sobie nieustannie. Może najwyżej udawać, że tego nie robi, ale wtedy bywa tak pogubiony, że już w ogóle nie wie, co począć.

Zdegenerowany egoizm polega na pazerności, zawziętości, niechęci do ludzi, nieustannym współzawodnictwie, porównywaniu. Człowiek ma wrócić do egoizmu pod tytułem „Naprawdę jestem ważny, troszczę się o siebie”. Jedno z najpiękniejszych zdań w terapii, jakie znam i jakiego używam, brzmi: „Zmiana to stać się tym, kim się jest”. Dotrzeć do siebie, a nie do tego, że mamusia sobie życzyła, żebym była baletnicą, bo ona nie zdołała. Ani do tego, że musisz mieć samochód określonej wartości, bo inaczej niektórzy ludzie nie będą się z tobą kolegować. To jest chore, przerost totalny materializmu, mieć zamiast być. Dla mnie egoizm to bycie sobą. Niektórzy nie wiedzą, co to znaczy. Im się wydaje, że być sobą to jest dostać awans, zrobić karierę, pokazać wszystkim, że na coś mnie było stać. Jeśli mam zdolności i to wszystko zrobię, to cudownie, ale to nie może być jedyny cel życia. Bo co z życiem w zgodzie ze sobą, w porozumieniu z ludźmi, w akceptacji tego, co się dzieje, a nie w zdobywaniu?!

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Przejrzyjmy na oczy - posprzątajmy świat ze szkodliwych jednorazowych okularów

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Pod hasłem #SuperMocOkularów ruszyła kampania edukacyjna Czas Na Wzrok 2021. Jej celem jest zwrócenie uwagi na szkodliwość niewłaściwie dobranych okularów oraz wpływ „jednorazówek” na środowisko.

Każdego roku do naszego kraju trafia blisko 14 mln sztuk gotowych, jednorazowych okularów – zarówno korekcyjnych bezbarwnych, jak i tanich okularów przeciwsłonecznych. Mimo, że blisko 80 proc. Polaków ma świadomość zagrożeń wynikających z użytkowania ich bez konsultacji ze specjalistą, kupują je, szkodząc tym samym nie tylko wzrokowi, ale także środowisku. Ze zleconego przez Grupę Essilor i zrealizowanego przez SW Research w lutym br. badania wynika, że w 2020 roku aż 70 proc. Polaków nie zbadało swojego wzroku u okulisty lub optometrysty. Jednocześnie, 69 proc. respondentów przyznało, że w „pandemicznej rzeczywistości”, w wyniku zwiększonej ilości czasu spędzonego przed ekranem, ich wzrok uległ pogorszeniu. Ta szczególna sytuacja i związane z nią ograniczenia spowodowały, że wiele osób – zamiast skorzystać z usługi badania wzroku i profesjonalnego doboru okularów w salonie optycznym – wybrało szybszy, ale niekoniecznie lepszy sposób, ratując się jednorazowymi okularami z drogerii, apteki czy supermarketu.

Jako Grupa Essilor, od przeszło trzech lat staramy się podnosić w społeczeństwie świadomość potrzeby dbania o wzrok. Zatrważające statystyki dotyczące zaniechania badań wzroku wśród Polaków w ubiegłym roku, jak i sama liczba tzw. „gotowców”, które trafiają do Polski, uderzyły nas na tyle, że tegoroczną edycję edukacyjno-społecznej kampanii „Czas Na Wzrok” postanowiliśmy w pełni poświęcić właśnie kwestii okularów jednorazowych. Chcemy przypomnieć Polakom, że jest to rozwiązanie wyłącznie awaryjne i nie może być traktowane w kategorii regularnej korekcji. To niezwykle istotne, aby uświadamiać, jak ważna jest profesjonalna, indywidualnie dobrana korekcja okularowa. Stąd pomysł na tegoroczny temat kampanii. Chcemy przekonać Polaków do tego, że po okulary powinno się przychodzić wyłącznie do optyka. Przy okazji zadbamy o naszą planetę dla kolejnych pokoleń! – mówi Justyna Skrzypek, Country Marketing Director Grupy Essilor na Polskę, Litwę, Łotwę, Estonię i Ukrainę.

Nadużywane jednorazówki

Okulary jednorazowe są powszechnie dostępne – w marketach, na bazarach, nawet w aptekach. Ich stosunkowo niska cena sprawia, że może sobie na nie pozwolić większość z nas. Jednak, jak zauważa okulistka Anna Ambroziak, kwestia popularności tzw. „gotowców” generuje istotny problem.

Wiele osób, pomimo wyraźnych, rygorystycznych wskazań producentów, z okularów jednorazowych korzysta niezgodnie z instrukcją. Chociaż jest to tanie i wygodne rozwiązanie w sytuacji, kiedy zapomnimy zabrać swoją parę z domu, lub kiedy oczekujemy na odbiór nowych okularów od optyka, to coraz częściej zauważam niepokojący trend – ludzie, zamiast traktować jednorazówki jako rozwiązanie doraźne i awaryjne, zaczynają nosić je na co dzień.  W ten sposób szkodzą swoim oczom. Głównie dlatego, że okulary jednorazowe posiadają jednakowy rodzaj szkieł. Oznacza to, że obie soczewki w takich okularach mają najczęściej tę samą moc. Tymczasem oczy potrzebują najczęściej innej w prawym, a innej w lewym oku. W konsekwencji tego, użytkując okulary jednorazowe na stałe, ryzykujemy nieprawidłową korekcją wzroku i pogorszeniem widzenia. Dlatego tak ważne jest, by okulary – zarówno korekcyjne, jak i przeciwsłoneczne – kupować u optyka. To jedyna gwarancja dopasowania ich indywidualnie do potrzeb każdego z nas – przestrzega okulistka.

Chodzenie w przeciwsłonecznych „jednorazówek” z ulicznego straganu również nie jest zdrowe dla naszym oczu. Niestety, okulary z niepewnego źródła zwykle nie mają ochrony przeciwsłonecznej nawet jeśli informacja o filtrach znajduje się na zausznikach. W okularach za 15 złotych najczęściej znajdują się po prostu przyciemniane szkiełka, przez które do naszych oczu dociera mniej światła, co powoduję, że źrenice naszych oczu rozszerzają się. W efekcie do oka wpada więcej szkodliwego promieniowania UV.

Dla zdrowia i planety!

Tegoroczna akcja #SuperMocOkularów ma nakłonić Polaków do dbania o wzrok oraz przyczynić się do ochrony środowiska. Essilor we współpracy z partnerskimi salonami optycznymi, organizuje zbiórkę jednorazowych, szkodliwych okularów. Do każdego salonu optycznego, oznakowanego specjalną „eko ikoną” można przynieść stare, nieużywane, zniszczone oraz przede wszystkim szkodliwe  dla zdrowia jednorazowe okulary i w zamian – otrzymać specjalną ofertę na kupno nowej, profesjonalnie wykonanej pary okularów wraz z badaniem wzroku w ich cenie (w tych salonach, w których prowadzone są badania wzroku). Zebrane z całej Polski jednorazowe okulary Grupa Essilor przekaże do przetworzenia na energię dla naszych domów.

Salony optyczne, biorące udział w akcji, można wyszukać w lokalizatorze na stronie internetowej kampanii www.czasnawzrok.pl.

Organizatorem kampanii Czas Na Wzrok jest Grupa Essilor (firmy Essilor Polonia, JZO i Jai Kudo) Organizatorem kampanii Czas Na Wzrok jest Grupa Essilor (firmy Essilor Polonia, JZO i Jai Kudo)

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o żalu – karty emocji Katarzyny Miller

Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
To uczucie zwykle ściąga nas w dół i każe ciągle spoglądać w przeszłość, ale można też podejść do niego konstruktywnie. Kiedy żałujemy, wiemy przynajmniej, co było dla nas ważne. Oto kolejna karta emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk. 

Żal...

...pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. Zwykle żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy albo wprost przeciwnie - że właśnie zrobiliśmy. Bliskim bratem żalu jest poczucie winy, dlatego często lubią chodzić razem. Taka para zwykle działa podwójnie dołująco, bo im bardziej zapętlamy się w krytykowaniu siebie, tym bardziej żałujemy. Zwykle tuż po jakimś zdarzeniu najbardziej żałujemy tego, co zrobiliśmy, z perspektywy czasu - bardziej boli nas coś, czego zaniechaliśmy: nie pojechaliśmy w tamtą podróż, nie zagadaliśmy do tamtego chłopaka czy nie spróbowaliśmy jeszcze raz podejść do egzaminu. Paradoksalnie, im mamy większy wachlarz możliwości, tym większe pole do popisu dla żalu. Kiedy niewiele rzeczy zależy od nas, nie mamy do siebie pretensji i nie wyrzucamy sobie po latach własnej opieszałości czy złego wyboru. Można też powiedzieć, że im większa wyobraźnia i skłonność do idealizacji, tym odczuwany żal może być intensywniejszy. Bo przecież nie mamy dowodów na to, jak inaczej potoczyłoby się nasze życie, my tylko projektujemy je we własnej głowie. Odczuwanie żalu zależy więc jedynie od nas. Możemy też czuć żal do kogoś (np. do rodziców), że nie odnosił się do nas tak, jak tego potrzebowaliśmy, za porzucenie, za krzywdzące potraktowanie.

Po co nam to uczucie?

Żal nie musi nas skłaniać do podcinania własnych skrzydeł, a do ich rozwijania. Jest bowiem informacją - otrzymaną od samego siebie - że stać nas na więcej, że mamy w sobie niewykorzystany potencjał. Żal może być konstruktywny, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, o jakiej niespełnionej potrzebie nas informuje. Wtedy łatwiej zmotywować się do tego, by naprawić błędy z przeszłości (oraz unikać ich w przyszłości), a także by zmienić kierunek swojego życia.

Zadania:

  • Czego w życiu najbardziej żałujesz? Poświęć chwilę na zastanowienie się nad tym, a nawet zrobienie listy. To bardzo ważne zadanie, które wcale nie ma na celu zdołowania cię. Kiedy ujrzysz czarno na białym, czego ci żal, dowiesz się, co ma dla ciebie największą wartość. Jeśli najbardziej żałujesz porzucenia studiów artystycznych - to już wiesz, że czujesz się źle, bo nie realizujesz się twórczo w swoim życiu. Dobra wiadomość jest taka, że nawet teraz możesz to zmienić.
  • Jeśli żal jest uczuciem, które nierzadko ci towarzyszy, prawdopodobnie zbyt często wybiegasz myślami w przyszłość albo sięgasz do przyszłości. Za mało jest cię w twojej teraźniejszości, która jest przecież piękna i ważna, głównie dlatego, że dzieje się teraz i nigdy już się nie powtórzy. Pomyśl o wszystkich rzeczach, które obecnie możesz zrobić - od najbardziej prostych, jak zjeść coś dobrego czy pójść na spacer, po te bardziej wymagające, ale przecież też możliwe: powiedzieć komuś, że go kochasz; przeprosić za coś, co kiedyś zrobiłeś. Ćwicz się we wzbudzaniu w sobie uczucia wdzięczności - to skuteczny sposób na przywołanie dobrego samopoczucia.
  • Jedna sprawa, kiedy ogarnia nas żal na myśl o czymś, co nam się nie udało; inna - gdy żałujemy utraty czegoś lub kogoś, na który to fakt nie mieliśmy żadnego wpływu. Jeśli nadal cierpisz z powodu czyjegoś odejścia, śmierci czy wyjazdu; jeśli opłakujesz utracone dzieciństwo czy młodość - jedyną wskazówką będzie praktyka akceptacji i zgody na to, co jest, bo jest.
Więcej w zestawie z książeczką: "Poznaj siebie. Karty emocji", Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep.

  1. Styl Życia

"Śpiewam, bo lubię". Katarzyna Miller zaczyna nową przygodę

Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Miniony rok? Nie był wcale taki zły, choć nie obyło się też bez trudnych rozliczeń z samą sobą. A kiedy już przyszedł spokój i pogodzenie, Katarzyna Miller ruszyła jak burza. Czego dowodem jest płyta „Choćby tylko na chwilę”, na której śpiewa – tak, tak – swoje własne piosenki. O tym, co psycholożce (w pewnym wieku) wypada, a co nie, rozmawia z Joanną Olekszyk.

Jak się czujesz, Kasiu? A różnie, bo są różne części mojego czucia się. Jedna jest bardzo miła i związana z tym, że niedługo ukazuje się moja płyta. Druga, też miła, bierze się z tego, że jestem z siebie dumna, bo trzymam dietę. Trzecia jest smutna, bo mi się ta dieta trochę nudzi i na razie mam tak zwane plateau i już nie spadam z wagi. Ale czwarta jest taka, że wiem, że się nie poddam!

No to masz niezły bukiet uczuć, jak to piszemy w książce „Poznaj siebie. Karty emocji”! Podekscytowanie, znużenie, duma, zadowolenie... Zgadza się, a do tego jeszcze dobrze czuję się u siebie w domu. Lubię być w moim mieszkaniu, podoba mi się, jak jest urządzone i jakie jest. Czyli kolorowe i naćkane, jak to u mnie.

A jaki był dla ciebie miniony rok? Jak się czułaś? Nie był wcale zły. Zdaję sobie sprawę, że niektórym ludziom jest strasznie trudno i bardzo im z tego powodu współczuję, zwłaszcza tym, którzy stracili pracę albo którym padły firmy. Ja jednak patrzę na to, co było dobre. Na przykład poznałam moją firmę muzyczną – Life Art Group i chłopaków, z którymi zrobiłam płytę. Kolejne moje książki powychodziły, inne się powoli nakręcają. Ta pandemia mi się przydała. To, że przestałam wyjeżdżać na różne warsztaty na terenie całej Polski, początkowo mnie zmartwiło, a zaraz potem ucieszyło, bo byłam zmęczona i przepracowana, choć to bardzo lubię. Poczułam nawet ulgę, że przez jakiś czas nikt się do mnie nie odzywał zawodowo, bo wszyscy byli  skupieni na kwarantannie. Przeczytałam wtedy tyle kryminałów jak nigdy, a kryminały lubię, tylko do tej pory miałam na nie za mało czasu.

Ja wyznaję zasadę, że zawsze znajdzie się czas na kryminał. Choćby cztery stroniczki dziennie. Dla mnie kryminał to lektura na wolny czas – urlop, wakacje. No, a teraz sobie wreszcie do woli poleżałam. Leżenie i czytanie, choć muszę dodać, że jednak przeważnie nie kryminały czytam, to jest w ogóle sytuacja, do której dążę w życiu. Czyli: wszystko pozałatwiać, by się położyć i czytać. Potem jednak dotarło do mnie, że jest pusto na ulicach, nie ma moich ukochanych knajp i ukochanego kina. No i nie ma spotkań, eventów, promocji książek czy płyt. Ja jestem mocno imprezowa. Lubię być zapraszana jako uczestnik i jako widz.

Potwierdzam! Jestem i introwertyczna, i ekstrawertyczna. Pół na pół, na zmianę. Gdy posiedziałam w domu, to zapragnęłam wyjść. A że nie było dokąd, zrobiło mi się smutno. I ponieważ, poza fajnymi wyjątkami, byłam głównie ze sobą, zaczęłam się w siebie zagłębiać. Weszłam na poziom dość poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie.

Z czego się rozliczałaś? Z siebie samej, ze wszystkiego, co wydarzyło się w moim życiu. Przeszłam proces, który jest bardzo potrzebny do zmiany wewnętrznego nastawienia i zmiany życia, czyli: najpierw musisz zaakceptować to, że czegoś nie możesz, a dopiero potem już możesz. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale postanowiłam sobie rzecz cudowną: że nie będę mieć do siebie o nic pretensji. Bo nie robię nic złego. I tego też uczę ludzi. Po prostu wybaczyłam sobie, to niesamowicie ważne.

I kiedy tak sobie poprzeżywałam, to potem poszłam jak burza. Dostałam energii, wróciła pogoda ducha, wszystko się zaczęło samo układać. Co jest dowodem na to, że to był dobry rachunek sumienia, i uczciwy. Niektórym trudno uwierzyć, że trzeba zaakceptować siebie, jak mówię, bez celofanu i kokardki, czyli taką, co to nie potrafię, nie wychodzi mi, źle się z czymś czuję czy źle myślę. Taką siebie trzeba przyjąć, w dodatku z czułością. Po tym wszystkim zrobiłam rzeczy, których wcześniej nie potrafiłam. I zrobiłam to w sposób konsekwentny. Wiem, że nie odpuszczę.

Doświadczyłaś momentów przełomowych... W dodatku tak się cudnie poskładało – dla niektórych to śmieszne, a niektórym bliskie – że one zbiegły się z przesileniem dnia z nocą, z końcem kalendarza Majów, z rozpoczęciem ery Wodnika... Cieszę się, że weszliśmy w erę Wodnika, a pożegnaliśmy erę Ryb. Ryby jako znak zodiaku są łatwo uzależniające się, Wodnik zaś – towarzyski, wesoły, lotny, twórczy. W zodiaku chińskim był to rok Szczura, który też jest trudnym znakiem, ale weszliśmy teraz w rok Bawoła – bardziej pozytywnego, mocniejszego i pewniejszego od poprzednika. Era Wodnika jest wspaniała, cały świat wiąże z nią wielkie nadzieje. Ci, którzy się zajmują astrologią, bardzo się na te zmiany cieszą; ja astrologią się nie zajmuję, ale lubię ją i szanuję, jest dla mnie dobrą metaforą wielu spraw. I też mam nadzieję, że w tej nowej erze zmądrzejemy, staniemy się bardziej twórczy i społecznie uświadomieni. Chciałabym, by okazało się, że pandemia dała nam szansę na przemyślenia.

Niektórzy mówią, że to był najwspanialszy rok w ich życiu... Ja nie powiem, że był najwspanialszy, bo właściwie nie wiem, który był najwspanialszy. Zawsze jestem zdania, że najcudowniejszy moment to ten, w którym jestem teraz. Nawet jeśli mi jest smutno.

A utożsamiasz się ze swoim znakiem zodiaku? Jesteś, zdaje się, Wagą... Owszem, podoba mi się jej opis. Wagi są bezstronne, widzą zawsze oba końce tego samego problemu, dlatego spokojnie mogę pracować z parami, bo zawsze jestem po obu stronach. Ale czasami mi to „wyważenie” przeszkadza, bo z jednej strony – racja, ale z drugiej strony... (śmiech) Dużo bardziej mnie to męczy przy małych decyzjach niż przy dużych. Już wstać czy jeszcze poleżeć? I to nęci, i to kusi. Lubię to, że jestem Wagą. W całym naszym zachodnim zodiaku jest pierwszym znakiem, który zwraca się ku społeczności, a nie ku sobie – dla mnie to było zawsze szalenie ważne, by tworzyć wspólnoty. Ale co mnie naszło na te ezoteryzmy w naszej rozmowie, to nie wiem...

Wszystko przez erę Wodnika, tak sądzę.  Idźmy dalej tym tropem – kim jesteś w chińskim horoskopie? Dzikiem. Bardzo łagodny, o dziwo, znak. Ja jestem dość mocna i potrafię się złościć, a świnia jest bardzo ciepła. No, ale ciepła też umiem być, lubię i bywam. Świnia w wielu aspektach jest podobna do Wagi. Waga jest dyplomatyczna, artystyczna. W numerologii jestem Trójką, a to totalny artysta. I lubi tworzyć dobrą atmosferę.

Z tą ezoteryką nie jesteś osamotniona, w tym roku nastąpił prawdziwy rozkwit zainteresowania astrologią. I bardzo słusznie. Skoro przeszedł przez świat jeden wielki marsz czegoś dziwnego – bo pandemii nie uważam za rzecz straszną, są gorsze problemy i choroby – to chcemy to jakoś zrozumieć, wyjaśnić sobie i odnaleźć się w tym. Każda podpowiedź jest dobra – również ta prosto od gwiazd. A może gwiazdy są mądrzejsze od nas, ludzi?

W ubiegłym roku miałam kilka razy takie poczucie, że oto na naszych oczach dzieje się historia i że to doświadczenie jednoczące wszystkich. Wojny też były wspólnymi doświadczeniami, i dżumy także. Widzę to jako przypomnienie: „zdajcie sobie sprawę, że jesteście równi, niezależnie od stanu majątkowego, pozycji społecznej i urody”. Bo każdego może capnąć. Choć podobno jednak nie każdego. Słyszałam, że ludzi z grupą krwi 0 RH- koronawirus bierze mniej, a ja taką mam.

A jak radziłaś sobie w tym roku z tym, że nie do końca od ciebie zależało, co ci się uda zrobić, a co nie? Wakacje, plany zawodowe – wszystko było odwoływane. Jednych rzeczy nie zrobiłam, ale w ich miejsce zrobiłam coś innego. To dla mnie było od początku jasne, że kiedy jedno wypada, to robi się miejsce na coś innego. Jest tylko to, co jest. Marzenie jest marzeniem, jest planem, który wyjdzie albo nie. Oczywiście trzeba je mieć – i marzenia, i plany – bo człowiek lubi eksplorować siebie „na przyszłość”, ale tej przyszłości nie ma, więc my nie wiemy, która z tych rzeczy, co je chcemy, może się spełnić. I tak część się spełnia. A część nas zaskakuje. Jeśli będziemy nastawieni na sztywno, to nie przyjmiemy tych fajnych niespodzianek. Wróżki, tasując karty, mówią często taki tekst: „co cię spotka, co ci serce zaspokoi”. A może cię zaspokoi coś, czego się nie spodziewasz?

To jak było z płytą „Choćby tylko na chwilę”? Jej nagranie było twoim marzeniem? Te piosenki, tak jak i wiersze zresztą, właściwie same do mnie przyszły. Napadły na mnie. Bez żadnej mojej prośby czy świadomej intencji. Ja jestem natchnieniowiec – coś mi się układa w głowie, gada do mnie, a kiedy mi się spodoba, to zapisuję. Czasami niestety gada w nocy i jeśli nie zdążę zapisać, to rano najczęściej już nie pamiętam. Pierwsza piosenka, która na mnie napadła, jest zresztą pierwszą na płycie, nazywa się „Spokój”. To było już dość dawno temu i w dodatku nie miało nic wspólnego z moim życiem. Po prostu pojawiła mi się taka opowieść o ludziach, którzy żyją ze sobą i właściwie nic innego sobie nie dają, poza poczuciem bezpieczeństwa. Są razem, a nie sami. „Nie ma klęsk, nie ma wzlotów, nie ma rozstań, powrotów, nie ma nic, tylko spokój”.

Pięknie… „Nasze dni już bez zdarzeń, nasze oczy bez łez, nasze sny już bez marzeń, nasze ciała – bez serc”. Kiedy się słyszy te słowa, to ten spokój nie jest już taki beztroski, prawda?

Ale śpiewasz to takim błogim i przyjemnym głosem... Bo w tym głosie jest łagodna akceptacja tego, że czasem tak żyjemy. Bardzo wielu ludzi tak żyje. I to wcale nie jest najgorsza wersja. Spokój to jest bardzo dużo. Wiele osób prosi mnie o „Dojrzałą miłość”, sama też lubię tę piosenkę. Z kolei „Pamięć” jest dla mnie ważna dlatego, że moje dwie przyjaciółki w odstępie paru miesięcy straciły ukochanych mężów – a nie każdy, kto ma męża, może powiedzieć, że jest on „ukochany” – i były w takiej żałobie po nich, że byłam w tym z nimi. To jest piosenka, która bardzo mnie obchodzi. „Otwieram książkę, twoją ostatnią i spać nie idę, by nie spać samotnie”. Wzrusza mnie to. Ale piszę też o tym, że czasem faceci sobie myślą, że pieniądze to wszystko. A to nieprawda. W „A mogło być coś z tej miłości” śpiewam razem z Maćkiem Szulcem. Tekst jest przewrotny, a puenta pozytywna.

Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński) Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Te piosenki przychodzą do ciebie od razu z melodią? Niektóre tak. Na przykład „Idę w ciebie jak w tango” to jest mój dar od Bozi, w ogóle wszystkie są darami od Bozi, książki zresztą też. Stałam wtedy pod prysznicem i nagle, ku swojemu zaskoczeniu, zaśpiewałam: „Idę w ciebie jak w tango” w rytmie tanga właśnie. „O kurde! Ale fajne” – pomyślałam.  I zaraz poszło dalej: „Idę w ciebie jak w dym, moja ręka w twojej, ja i ty to rym”. Jak to cudnie iść tak w kogoś, prawda?! Później oczywiście musiałam trochę popracować nad tekstem, pomogła mi w tym Bela Olejnik. A potem zaśpiewała na promocji mojej pierwszej książki „Chcę być kochana tak jak chcę”. W ogóle paru fajnych aktorów i aktorek śpiewało wtedy moje piosenki. Pierwszy raz zaryzykowałam, że zaprezentuję je ludziom. A później one się już układały masowo. Siedziałam na przykład na koncercie w „Jazzowni”, cudownym klubie, którego już nie ma, a który mieścił się na Rynku Starego Miasta i w którym też sama występowałam; słuchałam sobie muzyki i w trakcie „napisał” mi się „Babski blues”. Coś zagrało, coś mi w duszy zaśpiewało, i ciach. Calutki tekst poszedł na serwetkę. Mówię, że to są nagrody, dary od mojej Pani Bozi, bo to jest dla mnie najlepsza wersja tego, co nad nami jest – czy to jest Nadświadomość, czy to jest Absolut, czy energia boska.

Pani Bozia? Moja Pani Bozia. Moja osobista! Bardzo ją kocham i bardzo ją szanuję. Jest piękna, eteryczna, a jednocześnie bardzo prawdziwa.

Pewnie do tego ruda... A nie mam pojęcia! Nie wznoszę wzroku tak wysoko! Pokornie się do niej modlę i nieustannie jej dziękuję, a i czasem proszę o pomoc, kiedy trzeba. Ostatnio proszę też moją mamę, i przyszła do mnie we śnie, tak bardzo ciepło. To jeden z ważnych przełomów w moim życiu, który nastąpił właśnie w ubiegłym roku. Mama  przyszła do mnie wtedy, kiedy zrobiłam coś bardzo ważnego, w dodatku przyszła razem z moją przyszywaną ciocią Zosią, czyli swoją przyjaciółką, którą bardzo kochałam. Siedziały sobie ze mną i były dla mnie bardzo dobre. To ważny sen. Wracając do mojej Pani Bozi, jest kochana i spełnia moje marzenia, choć czasami trzeba na nie poczekać. A piosenki same się piszą i, mam nadzieję, same mnie wybierają. Miałam okres, kiedy pisałam tzw. psychokicze. Dawałam też wtedy występy, które nazywałam „Psychokicz i liryka”.

Jakiś fragment? „Marzę, by ciebie pomścić i zabić potrafię, uderzę wiele razy, grzech nie ma znaczenia, niechaj się spełnią drogi mego przeznaczenia”. Czyż to nie piękne? No taki kicz, że hej! „Czerwona suknia” na nowej płycie pochodzi właśnie ze zbiorów moich „psychokiczów”. To od nich się wszystko zaczęło – kiedy już się ośmieliłam śpiewać „psychokicze”, to słyszałam od ludzi: „Jakie to fajne!”. I chcieli więcej. Kilka razy śpiewałam w Kazimierzu Dolnym i na Kazimierzu w Krakowie, ale też w „Saloniku poetów” w Gdańsku czy w „Nowym Świecie” i „Pożarze w burdelu” w Warszawie. I w paru prywatnych klubach. Największa publiczność „naraz” była na promocji mojej książki – 350 osób u Porazińskich. Wszystko wtedy było pierwsze – pierwsza książka, pierwsze piosenki. Mnóstwo emocji!

Nie stresowałaś się? Ależ oczywiście, że się stresowałam! A jednocześnie byłam tak podekscytowana. Misiu, przecież jako psychoterapeutka występuję od lat...

Co innego robić taki psychologiczny stand up, a co innego śpiewać! Jestem psychoterapeutką, która pracuje nad sobą. A praca nad sobą dotyczy wszystkiego: głosu i emisji też. Chodzi o to, żeby mnie słyszano i słuchano, żeby moje ciało było swobodne, nawet jeśli jest grube i się niektórym nie podoba. Jako psychoterapeutka po przejściach mogę dużo: mogę się jednocześnie stresować i cieszyć.

Dziś nikogo już nie dziwi, że psycholog czy coach wychodzi na scenę i bawi publiczność do łez. Ty, jakieś 30 lat temu, byłaś tego prekursorką. Dziękuję. Zawsze mówię i na poważnie, i na śmiesznie...

A teraz do tego jeszcze śpiewasz! Śpiewająca psycholożka – tego jeszcze nie było! No to już jest. A w dodatku śpiewająca psycholożka w tym wieku (śmiech).

W Wikipedii podają, że jestem rocznik '62. I proszę bardzo, nie będę tego prostować. Choć nie jest to prawda. Czasami się przyznaję, choć nie zawsze mi się chce.

Ale chce ci się śpiewać. To pewne. Czy tą płytą rozpoczynasz karierę muzyczną? Nie mam pojęcia, co nią rozpoczynam! Choć nie, jedno wiem, rozpoczynam nową przygodę. Moja praca też jest wielką przygodą. I nieustającą. To, że mnie dużo ludzi czyta, że na ulicy padają mi w ramiona i dziękują, że im życie uratowałam – jest wprost rozkoszne. Dziękuję mojej Pani Bozi, że mam taką robotę. I naprawdę czuję, że po to żyję. Wiem, że mam pomagać. Ludziom, którzy się gubią. Pierwszy raz to poczułam, kiedy zaczęłam pracować z alkoholikami. I zawsze o ludziach myślę nie, że są nie tacy jak trzeba i ja mam ich naprawić, tylko że jeszcze sami siebie nie odnaleźli. Wracając do płyty, chciałabym, by te piosenki po prostu się ludziom spodobały. Kiedy pierwszy raz dałam do przeczytania swoje wiersze mojej grupie terapeutycznej, to zaraz dziewczyny zaczęły je przepisywać, bo to „było o nich”. Jak ja się ucieszyłam! Raz przyszła do mnie studentka na gender studies, na których miałam wykłady, i przyprowadziła koleżankę. Usłyszałam, że mój tomik uratował ją od samobójstwa. „Pani mnie wtedy tak podtrzymała, tak ucieszyła, że warto żyć” – powiedziała. Wyobrażasz sobie, co ta dziewczyna mi dała za prezent?!

To o czym ty tam pisałaś? Pisałam po prostu całą prawdę, dobre i smutne rzeczy też. Pierwszy wiersz był o tym, że można mi wszystko zrobić, również można mnie zabić, ale jestem.

„Byłam, bo chciałam” – śpiewasz na nowej płycie. W ostatniej piosence. Cała płyta się kończy tymi słowami: „Byłam, bo chciałam”. Ale czasami nie chciałam być, więc rozumiem, że ludzie też czasem nie chcą. Można rozmawiać ze mną i o śmierci, i o samobójstwie, i o żałobie. Ja to wszystko znam...

Czyli mówisz, że wydajesz tę płytę nie tylko dla swojej przyjemności... Przede wszystkim dla swojej przyjemności! Ale dla cudzej, mam nadzieję, też. Niektórzy mówią, że na nią czekają. Wiem, że będą również tacy, co powiedzą: „A czegóż to się jej zachciewa na stare lata?!”. I mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza, póty próbowania. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać. Ile mamy na to dowodów! Znam DJ Wikę, boską dziewczynę, znam Mazurównę – laska, że paść można. I Irenkę Santor – niech nam króluje po wsze czasy! Jest Ula Dudziak, Barbara Krafftówna. Danuta Szaflarska – niestety niedawno nas opuściła, ale co to była za kobieta! Grała do ostatniej chwili, błyszcząc intelektem. Długo by wyliczać!

Mnie mniej interesują ci, którym twoja płyta się nie spodoba, bardziej ci, którzy dzięki niej przestaną myśleć, że w pewnym wieku nie wypada. Zwłaszcza jeśli jest się psycholożką, urzędniczką, prawniczką, nauczycielką... A jakie nauczycielki dzieci lubią najbardziej? Te, którym wypada! Niektóre kobiety po sześćdziesiątce mówią mi, że one nie pójdą na kurs, bo się wstydzą, że czegoś nie potrafią. Ale w takim razie ja bym nigdy nie wzięła się do pisania do gazet. Kiedy mi to kiedyś zaproponowano, dostałam ostrego pietra, bo przecież  NIGDY TEGO NIE ROBIŁAM. Ale na szczęście pewien przyjaciel spytał mnie: „Kasia, czytasz gazety?”. „Czytam”.  „Masz poczucie, że czasem ludzie bełkot piszą?”. „Mam”. „I się nie wstydzą”. Wiesz, że mnie tym przekonał?

Co jest wyznacznikiem tego, że trzeba za czymś iść? Że sprawia przyjemność? Że jest komuś potrzebne? Że to cię rozwija. Śpiewałam jako dziecko i dużo tańczyłam, bo to kochałam. Tata raz mi powiedział, że fałszuję, więc się zawstydziłam i śpiewałam tylko na ogniskach i koloniach. I sama sobie. Ale śpiewanie było zawsze moim marzeniem. Kiedy mnie pytano, jaki dar chciałabym mieć, to odpowiadałam: piękny głos. Taki, który by się niósł po wielkiej sali koncertowej. Jak Barbra Streisand. Choć podobają mi się też niskie, czarne głosy, jakie miały Aretha Franklin czy Billie Holiday. A teraz LP. No ale zdawałam sobie sprawę, że nie mam takiego. Choć czasem ktoś powie, że ładny. No i nut nie znam. Muzycy mi zapisują to, co wyśpiewam. Mówisz, że się ośmielam. Z moimi przyjaciółkami piosenkarkami chodzimy po knajpach i czasem im mówię: „Mam nową piosenkę” – i śpiewam ją na głos. Wtedy mili ludzie wokół biją brawo, i to jest przeurocze. A one mi wtedy mówią: „My byśmy tak nigdy nie zaśpiewały”. „No bo wy jesteście profesjonalistki, a kim jestem ja? Wesołą amatorką, to i się ośmielam”.

Myślisz sobie: „A co ja mam do stracenia!”? No pewnie. Przecież na tym nie zarabiam, bo zarabiam gdzie indziej.

A czemu właśnie teraz? Ostatnio tak sobie pomyślałam: „Tyle lat ciężko pracuję i jestem zmęczona. Od czasu do czasu dam jakiś występ, ale do tego trzeba się też przygotować, no i ktoś musi mnie zaprosić, bo żebym sama coś zaproponowała, to nawet nie mam głowy i przestrzeni”. Więc mówię do przyjaciół: „A może to już sobie odpuszczę?”. A oni na to: „Czyś ty zwariowała? Przecież kiedy o tym mówisz, to masz gwiazdy w oczach. Ty masz to robić, i koniec”. Albo pytają: „A czemu ty płyty nie masz?”. „A co to ja za piosenkarka jestem, żeby płytę mieć?”. „Ale masz przyjemny głos i przede wszystkim twoje piosenki są o czymś”. I pomyślałam sobie: „Kurde, mają rację”. Powiem ci tak: śpiewam, bo lubię. A kiedy mnie jeszcze o to proszą, to jestem tak ucieszona, że nie czekam na dodatkową zachętę.

Co chciałabyś powiedzieć ludziom tą płytą? Że warto kochać. Życie, siebie, ludzi. Oczywiście nie da się kochać bez przerwy, nie jestem naiwną nastolatką i nie wierzę w romantyczną miłość, o co dziewczyny mają do mnie czasem pretensje, ale wierzę w miłość jako pozytywną postawę wobec życia. Kiedy kochasz, zdajesz sobie sprawę, że są rzeczy straszne i smutne, że na niektóre nie mamy wpływu i musimy się z tym pogodzić, ale też na wiele spraw – mamy. A już na pewno mamy wpływ na to, jak traktujemy siebie i innych. I na to, czy sobie pozwolimy się śmiać, tańczyć, malować, pisać wiersze, dziergać, lubić niektórych szczególnie i cieszyć się... Proszę sobie wstawić w to wykropkowane, co komu potrzeba.

Płyta "Choćby tak na chwilę", wyd. MTJ, muzyka: Maciej Szulc, Wojciech Stec, słowa: Katarzyna Miller.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Styl Życia

„Wychodź poza schematy myślowe” – radzi buddyjska mniszka Pema Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Za każdym razem, gdy ktoś pytał pewnego mistrza zen, jak się ma, ten zawsze odpowiadał: „Dobrze”. W końcu jeden z jego uczniów powiedział: „Roshi, jak to możliwe, że zawsze dobrze się czujesz? Czy ty nigdy nie masz złego dnia?”. Mistrz zen odpowiedział: „Pewnie, że mam. W złe dni czuję się dobrze. W dobre dni też czuję się dobrze”. Na tym polega równowaga.

Praktykując maitri (miłującą życzliwość), współczucie i radość, szkolimy się w wychodzeniu poza schematy myślowe, w otwieraniu się całym sercem na siebie, na naszych przyjaciół, a nawet na ludzi, których nie lubimy. Rozwijamy obiektywny stan równowagi. Bez tej czwartej niezmierzoności pozostałe trzy są ograniczone przez nawykowe lubienie i nielubienie, akceptowanie i odrzucanie.

Praktykuj bez uprzedzeń we wszystkich obszarach. Ważne jest, aby zawsze robić to dogłębnie i z oddaniem. - Wskazanie treningu umysłu Atiszy
Tradycyjnym wyobrażeniem równowagi jest bankiet, na który zaproszeni są wszyscy. To znaczy, że wszyscy i wszystko bez wyjątku jest na liście gości. Pomyśl o twoim najgorszym wrogu. Pomyśl o kimś, kto mógłby cię skrzywdzić. Pomyśl o Pol Pocie i Hitlerze oraz dilerach narkotykowych zaczepiających młodych ludzi. Wyobraź sobie, że zapraszasz ich na tę ucztę.

Trening równowagi to nauka otwierania drzwi wszystkim, przyjmowania z radością wszystkich istot, zapraszania życia w odwiedziny. Oczywiście będziemy odczuwać strach i niechęć w stosunku do niektórych gości. Na początek pozwalamy sobie tylko na uchylenie drzwi, jeśli to wszystko, co możemy obecnie zrobić, i pozwalamy sobie na zamykanie drzwi, gdy jest to konieczne. Rozwijanie równowagi jest pracą w toku. Dążymy do tego, aby spędzić nasze życie, ćwicząc się w miłości i odwadze, które są potrzebne, żeby przyjąć wszystko, co przychodzi – chorobę, zdrowie, ubóstwo, bogactwo, smutek i radość. Z radością przyjmujemy i poznajemy wszystko.

Równowaga obejmuje coś więcej niż naszą zwykłą ograniczoną perspektywę. Mamy nadzieję, że dostaniemy to, co chcemy, i boimy się stracić to, co mamy – to opisuje nasze trudne jak zawsze położenie. Nauki buddyjskie wskazują na osiem odmian skłonności do odczuwania nadziei i strachu jednocześnie: przyjemność i ból, pochwała i potępienie, zysk i strata, sława i hańba. Dopóki dajemy się wkręcać w którekolwiek z tych skrajnych uczuć, dopóty potencjał drugiego zawsze istnieje. Te skrajności cały czas podążają jedna za drugą. Żaden rodzaj trwałego szczęścia nie jest możliwy do osiągnięcia, gdy tkwimy w  tym cyklu pragnienia i niechęci. Życia nam nie starczy, żeby po ­ zbyć się wszystkiego, co wywołuje w nas lęk, i na koniec zostać tylko z tym, co dobre. Dlatego bodhisattwa pielęgnuje równowagę, szeroki umysł, który nie zawęża rzeczywistości do za i przeciw, lubienia i nie ­ lubienia.

W celu rozwijania równowagi uczymy się, jak uchwycić moment, w  którym zaczynamy czuć pragnienie lub niechęć, zanim zamienią się odpowiednio w zaborczość lub negację. Uczymy się pozostawać w miękkim miejscu i wykorzystujemy nasze uprzedzenia jako pomosty łączące nas z  zamętem, którego doświadczają inni. Silne emocje są pod tym względem bardzo przydatne. Cokolwiek się pojawi – bez względu na to, jak przykre jest to uczucie – może być wykorzystane do zwiększenia poczucia pokrewieństwa łączącego nas z innymi, którzy cierpią z powodu tego samego rodzaju agresji lub pragnienia, którzy tak jak my wpadają w sidła nadziei i strachu. Właśnie w ten sposób dociera do nas, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Wszyscy mamy dramatyczną potrzebę rozpoznania, co prowadzi do szczęścia, a co do cierpienia.

Ostatnio odwiedziłam przyjaciółkę w ośrodku medytacyjnym. Każdego dnia wiele osób narzekało, że moja przyjaciółka ciągle się spóźnia. Byli z tego powodu niezadowoleni i poirytowani. Za każdym razem używała argumentów, które jej zdaniem usprawiedliwiały spóźnienie. Jej egoizm dawał się wszystkim we znaki. Pewnego dnia podeszłam do niej, kiedy siedziała na ławce. Miała czerwoną twarz i trzęsła się z wściekłości. Była z kimś umówiona i czekała już piętnaście minut, a ta osoba się nie pojawiła. Z trudem powstrzymałam się od komentarza, że jej reakcja jest co najmniej zabawna. Czekałam jednak, by sprawdzić, czy potrafi dostrzec, że role właśnie się odwróciły, że przez wiele lat to ona stawiała innych w takiej sytuacji. Ale nie było żadnej refleksji. Jeszcze nie potrafiła postawić się na ich miejscu. Zamiast tego trwała w gniewie i potęgowała swoją złość, robiąc przesycone wściekłością notatki. Nie była jeszcze gotowa, by poczuć więź z tymi wszystkimi ludźmi, którym kazała na siebie czekać. Tak jak większość z nas nieświadomie zintensyfikowała własne cierpienie. Zamiast pozwolić, by to doświadczenie ją zmiękczyło, wykorzystała je do wzmocnienia swojej zatwardziałości i obojętności.

Trwanie w gniewie i oburzeniu przychodzi z łatwością nawet po latach praktyki. Jeśli jednak uda nam się skontaktować z bezbronnością i bezradnością żalu czy wściekłości lub jeszcze innego uczucia, może pojawić się szersza perspektywa. W momencie, gdy zdecydujemy trzymać się tej energii, zamiast ją odrzucić lub stłumić, ćwiczymy się w równowadze, w myśleniu wykraczającym poza dobro i zło. W ten sposób wszystkie cztery niezmierzoności ewoluują z ograniczonych do bezgranicznych: ćwiczymy się w wychwytywaniu momentów, kiedy nasze myśli zmieniają się w twarde przekonania, i robimy wszystko, co w naszej mocy, aby je zmiękczyć. Bariery znikają dzięki zmiękczaniu.

Praktykowanie równowagi

Praktykowanie równowagi na miejscu polega na chodzeniu ulicami z intencją pozostania jak najbardziej świadomym wobec każdego, kogo spotykamy. Jest to szkolenie się w emocjonalnej uczciwości wobec siebie i stawaniu się bardziej przystępnym dla innych. Kiedy mijamy ludzi, skupiamy uwagę na tym, czy się otwieramy, czy zamykamy. Zauważamy, czy czujemy zainteresowanie, niechęć, czy obojętność, bez dodawania niczego więcej, bez oceniania.

Możemy współczuć komuś, kto wygląda na przygnębionego, lub radować się z kimś, kto uśmiecha się do siebie. Możemy odczuwać strach i niechęć do drugiej osoby, nawet nie wiedząc dlaczego. Zauważanie, gdzie się otwieramy i gdzie zamykamy – bez pochwał i obwiniania – jest podstawą naszej praktyki. Ten sposób praktykowania, choćby w czasie krótkiego spaceru, otworzy nam oczy na wiele spraw. Możemy w  tej praktyce pójść jeszcze dalej, wykorzystując to, co się pojawia, jako podstawę do odczuwania empatii i zrozumienia. Zamknięte uczucia, takie jak strach czy wstręt, pozwalają zrozumieć, że inni również dają się w ten sposób złapać. Otwarte stany, takie jak życzliwość i radość, również pozwalają na bardzo osobisty kontakt z ludźmi, których mijamy na ulicach. Tak czy inaczej, rozszerzamy nasze serca.

Podobnie jak w przypadku pozostałych niezmierzoności, formalna praktyka równowagi składa się z siedmiu etapów. Równowaga pojawia się wtedy, kiedy mamy poczucie przestronności i swobody, które nie tkwi w pułapce preferencji lub uprzedzeń. Możemy życzyć sobie i tym, których kochamy, abyśmy przebywali w tym poczuciu wolności. Następnie rozszerzamy tę aspirację na naszego przyjaciela, na osoby neutralne i na naszego wroga. Wtedy naszą aspiracją jest, abyśmy my i pozostali mogli żyć w równowadze. W końcu możemy rozszerzyć tę aspirację na wszystkie istoty w czasie i  przestrzeni. „Oby wszystkie istoty żyły w wielkiej równowadze, wolne od namiętności, agresji i uprzedzeń”.

Możemy również praktykować równowagę przed rozpoczęciem praktyki miłującej życzliwości czy współczucia. Po prostu zastanawiamy się, ile cierpienia wynika z pragnień i z niechęci, ile jest wynikiem strachu przed utratą szczęścia, a ile jest wyrazem przekonania, że niektórzy ludzie nie są godni naszego współczucia czy miłości. Potem możemy wyrazić życzenie, aby mieć siłę i odwagę, żeby odczuwać nieograniczone maitri i nieograniczone współczucie dla wszystkich istot bez wyjątku – łącznie z tymi, których nie lubimy i których się boimy. Z taką intencją rozpoczynamy siedmioetapową praktykę.

Jak mówi Sutra maitri: „Nieograniczony umysł pozwala otoczyć opieką wszystkie żywe istoty, promieniując życzliwością na cały świat, powyżej, poniżej i dookoła, bez żadnych ograniczeń”. Praktykując równowagę, ćwiczymy się w poszerzaniu naszego kręgu zrozumienia i współczucia na tyle, żeby objąć dobro i zło, piękno i brzydotę. Jednakże bezgraniczna równowaga, wolna od jakichkolwiek uprzedzeń, nie jest tym samym, co ostateczna harmonia, gdzie wszystko w końcu się zrówna. Jest to bardziej kwestia bycia w pełni zaangażowanym we wszystko, co nas spotyka. Możemy nazwać to życiem w pełni.

Ćwiczenie się w równowadze wymaga zostawienia za sobą pewnego bagażu: na przykład komfortu odrzucania jakiejś części naszego doświadczenia oraz negowania bezpieczeństwa wynikającego z przyjmowania tylko tego, co przyjemne. Odwaga niezbędna do kontynuowania tego rozwijającego się procesu wynika ze współczucia dla siebie i z dania sobie tyle czasu, ile potrzeba. Jeśli będziemy praktykować w ten sposób przez kolejne miesiące i lata, poczujemy, że nasze serca i umysły się powiększają. Kiedy ludzie pytają mnie, jak długo to trwa, mówię: „Co najmniej tak długo, jak długo będziesz żył”.

  1. Psychologia

Dbanie o siebie pozwala nam troszczyć się o innych

Jeśli potrafimy znaleźć współczucie dla siebie, to łatwiej nam troszczyć się o innych ludzi. (Fot. iStock)
Jeśli potrafimy znaleźć współczucie dla siebie, to łatwiej nam troszczyć się o innych ludzi. (Fot. iStock)
Współczucie dla siebie, dbanie o własne zdrowie i wewnętrzną równowagę pozwala być wrażliwym na innych. W trudnych czasach powinniśmy jeszcze bardziej troszczyć się o tych, którzy mogą potrzebować pomocy – twierdzi psychoterapeuta Antti Ervasti. Bo szczęście przeżywane wspólnie z drugą osobą… liczy się podwójnie.

Przez ostatnie dwa lata to Finlandia stanęła na czele w Światowym Raporcie Szczęścia. Co za tym przemawia? Na pewno po części jest to związane z faktem, że mamy bardzo sprawnie działający system socjalny i zdrowotny, a nasze uniwersytety są bezpłatne zarówno dla Finów, jak i studentów z zagranicy. Wszystkim zapewniamy równy dostęp do wiedzy i zawodu. Ale choć Finlandia należy do najszczęśliwszych krajów na świecie, to ma takie same problemy jak inne kraje i podobnie trudno nam je rozwiązać. Jednak  wydaje mi się, że bycie szczęśliwym nie oznacza, że mamy być superpogodni i radośni przez cały czas. Życie nie wygląda przecież tak jak w hollywoodzkich filmach!

A co szczęście oznacza dla ciebie jako terapeuty? Równowagę, umiejętność zrównoważenia w życiu pozytywów i negatywów. Szczęśliwy człowiek to taki, który potrafi docenić dobre rzeczy w swoim życiu i dostrzec pozytywne strony wielu sytuacji. Umie wyrazić wdzięczność za to, co ma: za zdrowie, miłość i przyjaźń czy za dobrą pracę. No i co ważne, potrafi radzić sobie z trudnymi emocjami i kryzysami w życiu. Bo każdy z nas przechodzi jakieś kryzysy, co nie zawsze musi doprowadzić do depresji, ale może wpłynąć na pogorszenie samopoczucia czy obniżenie nastroju.

Jak osiągnąć taką równowagę? Zobaczmy, co sprawia, że siebie lubimy i dobrze się ze sobą czujemy. Czy nie pracujemy za dużo, czy znajdujemy czas dla siebie, dla rodziny i przyjaciół, czy dajemy sobie prawo do odpoczynku? Czy pozwalamy innym zatroszczyć się o siebie i czy znajdujemy w sobie siłę oraz chęć, by pomagać innym? Czy w naszym życiu jest miejsce i na odpoczynek wśród przyrody, i na satysfakcjonującą pracę, i na zaspokojenie własnych potrzeb? Jeśli odpowiesz na te pytania „tak”, to chyba wszystko u ciebie dobrze.

Z czym wiążą się dziś największe lęki i zmartwienia Finów? Dotyczą ograniczeń związanych z pandemią i jej gospodarczych skutków, które za chwilę będą widoczne. Niektórzy tracą lub za chwilę stracą pracę, inni będą musieli pracować jeszcze ciężej. Ludzie obawiają się zmian, ale też niewiadomej, jaką one niosą. Z mojej perspektywy wyzwania, jakie już się pojawiają, to m.in. konieczność zadbania o zdrowie psychiczne, bo izolacja i brak kontaktu z innymi nie sprzyjają poprawie nastroju.

Widzę, że moi klienci martwią się o swoje zdrowie psychiczne, ale też o zdrowie najbliższych. Przed pandemią wiele osób uciekało od kłopotów w związku czy rodzinie, po prostu wychodząc do pracy czy na spotkanie z przyjaciółmi. Dziś siedzą zamknięci w domu, a problemy się nasilają. Znam wiele rodzin i par, dla których to bardzo trudny czas, bo nie wszyscy chcemy przebywać ze sobą całą dobę siedem dni w tygodniu. Teraz trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, a dla wielu osób to jest prawdziwe wyzwanie. Nie ma dokąd uciec, więc niektórzy decydują się − na szczęście! −  na pomoc, są gotowi zatroszczyć się o swój związek albo o swoją rodzinę i to jest w tej sytuacji dobre rozwiązanie.

Czy doświadczenie pandemii sprawia, że szukamy raczej osobnej przestrzeni czy bardziej tęsknimy za wspólnotą? Bycie samemu często nie oznacza, że czujemy się samotni. Dla wielu osób to dobry czas, potrafią  cieszyć się swoim towarzystwem i tym, że mogą być wreszcie sami z wyboru. Ale inni z tego powodu poważnie cierpią, zwłaszcza jeśli mieszkają na wsi, gdzie kontakt z drugim człowiekiem bywa utrudniony.

Natomiast czy jesteśmy zadowoleni z obecnej sytuacji, czy nie, nie zwalnia nas to z bycia częścią wspólnoty. Mam nadzieję, że jako społeczeństwo wyciągniemy taki wniosek z pandemii, że należy bardziej dbać o innych, bo wirus atakuje wszystkich, jest egalitarny. Tym bardziej powinniśmy troszczyć się o tych, którzy mogą potrzebować pomocy i wsparcia. Chciałbym też, żebyśmy zrozumieli, jak ważne jest branie odpowiedzialności za innych, bo nikomu nie uda się przetrwać samemu.

Bycie częścią grupy to najlepsza strategia przetrwania? W tym sensie jesteśmy jak zwierzęta, a wszystkie zwierzęta mają swoje stada, grupy czy rodziny. Nie wydaje mi się, że ludzie powinni być sami, raczej powinniśmy widzieć wartość w tym, by otaczać się zróżnicowaną grupą ludzi, dbać o relacje i kontakty z różnymi ludźmi, ale też być blisko grup wsparcia. To wielkie szczęście wiedzieć, że mamy na kim polegać i że inni mogą polegać na nas.

Finowie uchodzą za samotników, więc wydaje się to wyzwaniem… Rzeczywiście, nie lubimy zamieszania i kultywujemy naszą osobistą przestrzeń. Gdy przyjedziesz do Helsinek, zobaczysz, że ludzie na przystanku czy w windzie stoją możliwie daleko od siebie. Dlatego na pierwszy rzut oka trudno nas lepiej poznać, wybieramy dystans, ale gdy już uda się z nami zaprzyjaźnić, okazujemy się prostolinijni i otwarci oraz bardzo szczerzy. Nie dla nas small talk! Kilka tygodni temu przedstawiono wyniki badań międzynarodowych, dotyczących społecznych skutków pandemii i wynikającej z niej izolacji. Wyobraź sobie, że aż 23 proc. Finów wyznało, że ma się lepiej z powodu izolacji. W innych krajach odpowiedzi były inne, ludzie przyznawali, że cierpią z powodu niemożności kontaktu z innymi. A u nas samopoczucie się poprawiło (śmiech).

Skłonność do bycia samemu to chyba także efekt środowiska naturalnego, macie tyle przyrody, że możecie się w niej schować. To prawda, nie mamy też wielkich miast, a większość ludzi mieszka w domach. Ale nawet w Helsinkach, gdzie żyje pół miliona ludzi, można złapać autobus czy pociąg i w ciągu 20 minut znaleźć się w środku lasu. Kraj nie jest bardzo zabudowany, dlatego tyle w nim przestrzeni i możliwości znalezienia się w przyrodzie zawsze, gdy tego potrzebujemy. Na każdym kroku mamy parki i lasy, jesteśmy bardzo związani z przyrodą i myślę, że tu też leży sekret naszego poczucia zadowolenia.

Po zakończeniu pandemii wiele się zmieni, ale ucieczka do lasu w ramach radzenia sobie ze stresem raczej pozostanie aktualna. Podczas pierwszego lockdownu Finowie byli w szoku, bali się wychodzić z domów, ale wszyscy chodziliśmy do lasów tak licznie, że w wiadomościach apelowano o zachowanie dystansu dwóch metrów. I myślę, że to poszukiwanie kontaktu z naturą, żeby znaleźć ukojenie,  nam pozostanie. Zwłaszcza że według badań już pięć minut w lesie uspokaja nasz system nerwowy.

Jesteś współtwórcą metody samopomocy „CupOfTherapy” oraz książki pod takim tytułem. To zestaw miniporad z ilustracjami zwierząt, opartych na idei work-life balance. Czy dobrze rozumiem jej przesłanie, że kiedy dbamy o siebie, mamy więcej empatii i możemy lepiej troszczyć się o innych? Tak właśnie jest i o tym piszemy w książce, którą wydaliśmy wspólnie z rysownikiem Mattim Pikkujämsą. Jeśli potrafimy znaleźć współczucie dla siebie, to znajdziemy go jeszcze więcej dla innych. Jest tyle okrucieństwa na świecie, a ludzie potrafią być wobec siebie chłodni i nieprzyjemni, dlatego uważam, że naprawdę potrzebujemy więcej wzajemnej serdeczności i uważności. Gdy dbamy o siebie, gdy widzimy swoją wartość i doceniamy siebie takimi, jacy jesteśmy, to łatwiej nam troszczyć się o innych, nie tylko o najbliższych.

Antti Ervasti, fiński psychoterapeuta. Współtwórca (razem z psychoterapeutką Eliną Rehmonen oraz ilustratorem Mattim Pikkujämsą) koncepcji promocji zdrowia psychicznego „CupOfTherapy”.