1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zapętleni w żalu - dlaczego relacje ojca z synem często są tak trudne?

Zapętleni w żalu - dlaczego relacje ojca z synem często są tak trudne?

Brak zrozumienia, skumulowana złość, ból i smutek - tak wygląda relacja wielu ojców z synami. (fot. iStock)
Brak zrozumienia, skumulowana złość, ból i smutek - tak wygląda relacja wielu ojców z synami. (fot. iStock)
Syn przyznaje, że nie może zatrzymać wybuchów wściekłości na ojca. Dochodzi do aktów przemocy, także fizycznej. I w takim stanie obaj – ojciec i syn – zapisują się na wspólną sesję do psychoterapeuty. Pogratulować – mówi Benedykt Peczko.

Relacja między ojcem a synem to najczęściej sprawa wielce drażliwa i skomplikowana. Badania pokazują, że zaledwie kilka procent mężczyzn ma serdeczną relację ze swoim ojcem. Pozostali czują do ojców obezwładniający żal, a nierzadko wściekłość i wrogość. Właśnie opowiadasz mi o ojcach i dorosłych synach, którzy z tą złością i bezradnością przychodzą razem na psychoterapię. Nastąpił jakiś wyraźny przełom w zbiorowej świadomości, skoro ojcowie i synowie mimo tylu urazów i zadrażnień decydują się na zmianę, ale – co najważniejsze – wierzą, że zmiana jest możliwa. Jak wyglądają sesje psychoterapeutyczne dla nich? Z czym konkretnie przychodzą?
Ojciec z ręką na temblaku, zwichniętą w czasie szarpaniny z synem, mówi: „Jestem coraz starszy, chcę chłopakowi pomóc, ale mi nie wychodzi. Może pan zaradzi?”. Ojciec przedstawia sytuację: syn ma problemy ze sobą, wybucha, ma pretensje, obraża go. „Sytuacja jest już tak dramatyczna – mówi ojciec – że boję się, iż następnym razem on mnie dźgnie nożem albo udusi! Co robić?”. W trakcie sesji syn przywołuje różne skandaliczne zachowania ojca i znów padają wyzwiska: ojciec jest rasistą, seksistą, ksenofobem. To, oczywiście, bierna agresja, nierozładowana złość, która teraz dochodzi do głosu.

Zemsta.
Tak. Ojciec dowiaduje się od syna, że nie ma prawa zgłaszać jakichkolwiek oczekiwań po tym, co mu zrobił.

A co mu zrobił?
„Zostawiłeś mnie, kiedy cię najbardziej potrzebowałem. Nie było cię przy mnie, a gdy już byłeś, zmuszałeś mnie do posłuszeństwa. Zmarnowałeś mi życie!” To są bardzo burzliwe spotkania. Panowie wymachują rękami, przekrzykują się. Zachowują się tak, jak w codziennym życiu, gdzie tracą panowanie nad sobą i nierzadko dochodzi nawet do przemocy fizycznej. Gratuluję im świadomości psychologicznej; zdają sobie sprawę z tego, że sami już nie dadzą rady, i sięgają po pomoc. To naprawdę wielka sprawa. To ich siła, zasób, nie słabość czy wstyd. To także siła ich relacji.

Jak już nieraz mówiliśmy, silni ludzie proszą o pomoc.
Trzeba to przypominać, wciąż sobie uświadamiać.

Co jest głównym wyzwalaczem biernej i czynnej agresji?
Syn czuje się rozpaczliwie bezradny. Nie wie, jak zatrzymać ojca, który go ocenia, porównuje do innych, do siebie. Ojciec mówi: „Co ty osiągnąłeś? Rozejrzyj się, tylu młodych ludzi odnosi sukcesy, mają pasje”. Syn czuje, że ojciec go nie rozumie, narzuca mu własne rozwiązania, więc niejako odbiera mu prawo do odrębności, indywidualności. A ojciec nadal swoje: „Przecież gdybym go rano nie obudził, to przespałby cały dzień! Co ja mam robić? Mam zamknąć oczy, wycofać się? »Tak, synku, poleż, nic nie rób, pośpij do drugiej po południu. Nie zaliczyłeś roku na studiach? Nie szkodzi, kocham cię i tak!«” Mam mu tak mówić? No, proszę pana!”. Ten monolog ojca jest wyrazem jego bezradności.

Obaj więc czują się bezradni.
Nie wiedzą, jak się porozumieć. Trudność polega na tym, że ojcowie próbują użyć jakiegoś sposobu komunikacji, a widząc, że ten sposób nie działa, następnym razem robią to samo, tylko mocniej, ale sama metoda perswazji się nie zmienia. To trochę tak jak próba przekręcenia klucza w zamku w sytuacji, gdy klucz nie pasuje do zamka. Ojcowie nie zdają sobie sprawy, że używają niewłaściwego klucza. To jest pułapka w komunikacji. Druga pułapka to usprawiedliwianie się. Gdy syn oskarża ojca, że zmarnował mu życie, ponieważ nie było go wtedy, gdy jako chłopiec najbardziej go potrzebował, ojciec tłumaczy się: „Musiałem pracować, zapewnić rodzinie materialne przetrwanie, co w tamtych czasach było bardzo trudne, trzeba było wszystko zdobywać, dorabiać, więc mnie nie było, bo chciałem, żebyś miał jak najlepsze warunki”. A syn na to: „W dupie mam te warunki! Nie było cię! Byłem sam w okrutnym świecie, na podwórku, w szkole. Matka ciągle czymś zajęta, a ciebie nie ma!”. Na to ojciec: „No tak, ja rozumiem, ale nie było mnie dlatego, że musiałem ciężko pracować, żeby starczyło na wszystko, na twoje książki, ubrania… Starałem się dla ciebie”. Syn: „Dla mnie? Ty w ogóle nie rozumiałeś moich potrzeb! Dla siebie to robiłeś! Potrzebowałem czegoś innego! Ciebie mi brakowało! Nie miałem kogo zapytać, poradzić się. Matka gotowała, sprzątała, prała, kołysała kolejne dziecko. A ciebie nie było! Ja potrzebowałem wtedy mężczyzny, wzorca! Nie miałem wzorca!”. W kółko to samo. I ojciec, i syn mówią ciągle to samo. Tylko obaj coraz mocniej: ojciec coraz mocniej się usprawiedliwia, a syn coraz mocniej atakuje.

Jak wychodzą z tej komunikacyjnej zapaści?
Pytam syna, co byłoby dla niego potwierdzeniem, że ojciec ma świadomość tego, co się wydarzyło, że go rozumie. Odpowiada: „No… zwykłe przepraszam!”. Na to ojciec: „Ale przecież ja już cię przeprosiłem”. Syn: „No, niby formalnie tak, ale ja tego nie poczułem!”. Syn tłumaczy, że nie chce już usprawiedliwień ojca, chce, aby ojciec przyznał, że go skrzywdził. Ojciec to przyznaje, ale zaraz potem znowu się tłumaczy. To się nazywa pętla komunikacyjna, w kółko wracamy do tych samych zdań, sformułowań, te z kolei wywołują te same emocje: bezradność, frustrację, złość.

Jak czujesz się, obserwując ten teatr męskiej miłości i nienawiści?
Jestem bardzo zmobilizowany. Potrzeba uwagi, żeby ogarnąć to, co dzieje się z każdym z nich i dodatkowo między nimi. Kiedy dochodzi do eskalacji przemocy, mam chwile zwątpienia, nie wiem, czy tu jeszcze coś da się zrobić. Ale te chwile szybko mijają, gdy przypominam sobie, że przecież są tutaj – zdecydowali się odsłaniać siebie, co przecież nie jest łatwe, tylko z jednego powodu – ponieważ zależy im na sobie nawzajem, kochają się. Gdy na chwilę wchodzę w stan zagubienia czy zniechęcenia, to wiem, że odczuwam dokładnie to, co oni, dzięki czemu lepiej ich rozumiem, poznaję, jak to jest przeżywać coś takiego. To mnie tym bardziej motywuje, żeby podpowiadać im nietypowe rozwiązania. Dużo zmienia już sam fakt, że ja nazywam ich uczucia, mówię o tym, co dzieje się między nimi, co widzę, dzięki czemu zyskują samoświadomość. Szczególnie dla ojców jest to ważne. Ojcowie zwykle mówią: „Proszę pana, całe życie przepracowałem. Kto miał czas zastanawiać się nad swoimi uczuciami? Kto o tym mówił? Mnie nie jest łatwo nazywać te rzeczy…”.

Ojciec się tłumaczy, czuje, że zawiódł. Dlaczego ta ojcowska skrucha nie wywołuje ciepłych uczuć syna?
Syn chroni siebie. Gdyby naprawdę chciał przebaczyć i dopuścić do siebie współczucie, wtedy musiałby dotrzeć do bardziej miękkich uczuć w sobie, poczuć miłość do ojca, tęsknotę za nim, smutek, rozpacz, przed którymi skutecznie się obronił, przykrywając miłość skorupą złości, agresji, pretensji, wyrzutów i oskarżeń. Paradoksalnie łatwiej jest przeżywać tego typu stany – bo to takie męskie, daje energię – niż dotknąć swojej męskiej depresji, związanej z nieobecnością ojca. Syn musiałby się otworzyć na coś nowego, czego dotąd nie znał, ale właśnie tego nowego najbardziej pragnie i potrzebuje. Ponieważ to jest nowe, nieznane, więc odruchowo broni się, sabotuje bliskość nawet wtedy, gdy ojciec wyciąga rękę pierwszy, przyznaje się do błędów, żałuje za nie. Chłopiec w nim – irracjonalnie, głęboko i organicznie – boi się otwarcia. Boi się, żeby znów nie być zostawionym. Oszukanym. Ukaranym. Nie chce odrzucenia. Przemocy. Bólu. Samotności. Teraz w bezpiecznych warunkach uczą się, w jaki sposób mogą otwierać serce. I że to otwarcie nie musi się wiązać z tym, co było kiedyś. Obaj podejmują ryzyko.

Jakie ryzyko podejmuje ojciec?
To najczęściej ojcowie umawiają spotkania, wykazują gotowość zmiany, starają się. Wielokrotnie zwracam im uwagę, ile w nich determinacji, motywacji. Podejmują ryzyko, bo ryzykiem jest w obecności innego mężczyzny, psychoterapeuty, odsłaniać się, pokazywać słabe strony, konfrontować się z atakami syna, uznać, że w tej ważnej roli nie sprostało się wyzwaniom.

Pytam ojca, jak mógłby sformułować swój komunikat do syna w taki sposób, jakiego do tej pory nigdy nie stosował. Żeby powiedział, zrobił coś innego, nowego, może szalonego, zwariowanego, coś, co teoretycznie absolutnie do niego nie pasuje. Trochę pomagam, podpowiadam, co by to mogło być. Jeden z ojców, który skarżył się, że syn mu przerywa, nie daje mu skończyć zdania, krzyczy, wpadł na pomysł, aby napisać do syna list. Inny doszedł do wniosku, że powie synowi o czymś, o czym mu jeszcze nigdy nie mówił, o swoich lękach, o tym, czego się obawiał, gdy był młody, i co teraz go dręczy. Inny zaczął mówić o poczuciu straty, jaką czuje, gdy nie może się porozumieć z synem. Zostaje przełamany schemat. Ojciec przestaje się usprawiedliwiać, mówi o sobie, może po raz pierwszy w relacji z synem. W końcu przyznaje: „Gdybym wiedział to, co wiem teraz, inaczej zorganizowałbym życie, pracę, zadbałbym o to, żebyśmy więcej czasu spędzali razem”. Teraz mogę już wręczyć obu panom spisane nowe zasady komunikacji.

Teoretycznie wszyscy znamy te zasady. Nie przerywamy sobie: gdy jedna osoba mówi, druga słucha. Mówimy o swoich reakcjach, które odnoszą się do konkretnych zachowań; unikamy uogólnień typu: „bo ty zawsze”, „bo ty nigdy”. Mówimy o swoich uczuciach i potrzebach, wyrażamy prośby, nie żądania. Nie obrażamy siebie nawzajem. Nie krytykujemy. Nie atakujemy. Nie osądzamy.
W ten sposób stwarzamy bezpieczną przestrzeń do rozmowy. Uczymy się mówić o sprawach trudnych w sposób, który nie rani. Uczymy się, jak te zasady praktykować w codziennym życiu. Do tego ojciec i syn zobowiązują się wobec siebie i wobec mnie. Dobra wiadomość jest taka, że poprawa komunikacji następuje już po kilku tygodniach. Oczywiście na to, aby dokonała się głębsza wewnętrzna zmiana, potrzeba więcej czasu. Bywa i tak, że komunikacja się poprawia, a syn mówi: „Coś mnie w środku trzyma, coś nie zostało dokończone, coś przeszkadza, abym mógł być w bliskiej, zażyłej relacji z ojcem…”. Ojciec nieśmiało wtrąca: „Nie wiem, synu, czy doczekam…”. I to prawda. Staram się zwrócić na to uwagę synowi: w oczekiwaniu na to, aż coś się domknie, dopełni, każda kolejna chwila jest tracona, przemija. Nie wiadomo, ile jeszcze tych chwil będzie. To, co teraz, jest najważniejsze. Mamy tylko ten czas, który właśnie mamy. Od nas zależy, jak go wykorzystamy. Możemy, oczywiście, żałować, że nie wcześniej, że tak późno, ale to byłoby kolejne marnowanie czasu i energii. Syn mógłby powiedzieć: „Nie było cię, do tej pory za to płacę. Mam do ciebie żal, złość, a jednocześnie chciałbym cieszyć się chwilami z tobą. Nie bardzo mi to wychodzi, ale pragnę tego, bo mi na tobie zależy”. Takie serdeczne słowa mogą się stać początkiem prawdziwej bliskości i zażyłości z ojcem.

Benedykt Peczko
jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP. Niedawno ukazała się książka „Zrozumieć mężczyznę”, którą napisał z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ojciec, czyli ten obcy. Jaką rolę pełni ojciec w wychowaniu dziewczynki?

- Matka jest niezbędna do przetrwania fizycznego dziecka, a ojciec jest potrzebny, żeby dziecko się mogło stać członkiem wspólnoty. Matka reprezentuje naturę, a ojciec – kulturę - mówi psychoterapeutka psychoanalityczna Danuta Golec. (Fot. iStock)
- Matka jest niezbędna do przetrwania fizycznego dziecka, a ojciec jest potrzebny, żeby dziecko się mogło stać członkiem wspólnoty. Matka reprezentuje naturę, a ojciec – kulturę - mówi psychoterapeutka psychoanalityczna Danuta Golec. (Fot. iStock)
Najpierw pojawia się jako siła z zewnątrz, która ma za zadanie rozbić jedność dziecka z matką. Pokazuje mu świat – ze wszystkimi jego granicami i zakazami, ale też fascynującą różnorodnością. Według freudystów dla dziewczynki ojciec jest też poligonem, na którym może testować kiełkującą kobiecość. Psychoterapeutka psychoanalityczna Danuta Golec (z pewnym wsparciem Billa Murraya) wyjaśnia, jak powinna wyglądać ta relacja.

Jaką rolę odgrywa ojciec w wychowaniu córki? Jest dla niej wzorcem męskości? Opiekunem? Czym różni się jego rola od roli matki? Może to, co powiem, będzie niepoprawne politycznie, ale my, psychoterapeuci psychoanalityczni, nie mamy wątpliwości: dla dziecka – zarówno dziewczynki, jak i chłopca – najważniejsza jest matka. Czyli: matka jest tylko jedna i matka jest najważniejsza (śmiech). Mój nauczyciel, psychoanalityk Franco De Masi, twierdzi: „Jeśli są problemy z matką we wczesnym stadium rozwoju, to będą potem duże problemy psychiczne, jeśli z ojcem – to nie takie duże”. Ujmę to w dużym skrócie: matka jest niezbędna do przetrwania fizycznego dziecka, a ojciec jest potrzebny, żeby dziecko się mogło stać członkiem wspólnoty. Matka reprezentuje naturę, a ojciec – kulturę.

Niezależnie od płci dziecka? Niezależnie. Kiedy matka jest w ciąży, rolą ojca jest zapewnienie jej bezpieczeństwa i opieki – fizycznie i psychicznie. Może pomasować plecy, kupić wyprawkę dla dziecka, zawieźć do lekarza. Kiedy dziecko się rodzi, nadal pozostaje w tle i nadal powinien zapewniać matce opiekę – tym razem chroniąc ją przed nadmiarem ciekawskich krewnych albo wstając w nocy do płaczącego dziecka, żeby ona mogła trochę odpocząć. Ale cóż, piersią nie nakarmi, często też nie uspokoi, bo dziecko zna rytm serca i zapach matki, a ojciec jest dla niego ciałem obcym. I to w pewnym momencie zaczyna grać na korzyść ojca. Ponieważ może to brzmieć paradoksalnie i zaskakująco, postaram się zwięźle tę kwestię objaśnić.

Matka jest jak strefa komfortu, którą dziecko kiedyś musi opuścić, by się rozwijać. Początkowo zaspokaja ona wszystkie potrzeby dziecka, do tego stopnia, że dochodzi między nimi do pewnego zlania się, czyli oboje nie wiedzą, gdzie dokładnie kończy się matka a zaczyna dziecko, co jest „jej”, a co „jego”. Na początku istnienia, jeszcze przed narodzinami, stanowi to fakt biologiczny, a potem przez jakiś czas jest to potrzebne dla rozwoju psychicznego dziecka. I ojciec ma za zadanie pojawiać się w tej niezróżnicowanej parze, by ją stopniowo rozdzielać. Z czasem jest to bowiem coraz bardziej potrzebne – zarówno matka, jak i dziecko powinni trochę od siebie odetchnąć, wyodrębnić się.

Ta naturalna symbioza kończy się gdzieś koło 9–10 miesiąca życia dziecka, co bywa trudne. Ale by dziecko stało się człowiekiem, musi wykonać ruch, który potem powtarza się mnóstwo razy w jego dzieciństwie, a który my fachowo nazywamy „przechodzeniem od zasady przyjemności do zasady rzeczywistości”, czyli od przeżywania świata jako miejsca, w którym moje potrzeby są natychmiast zaspokajane, do przeżywania świata jako miejsca, w którym są jakieś granice, a nie samoobsługowego sklepu otwartego całą dobę. I to właśnie wnosi ojciec.

Do dziecka zaczyna docierać, że jest taki dziwny pan, który wchodzi i zabiera gdzieś mamę, a potem robi z nią różne rzeczy, na przykład robi z nią nowe dzieci. Co więcej, ona nagle zaczyna mu okazywać czułość, a do tej pory okazywała ją tylko mnie. Czyli – i to jest nowość – mama nie istnieje tylko dla mnie. Ale, uwaga, kiedy ojciec się pojawia i dziecko go rejestruje, to ono rejestruje go poprzez matkę. Tak jakby patrzyło na nią i pytało: „Lubimy tego pana czy nie?”, „A może on jest nieważny?”. Dlatego liczy się nie tylko to, co matka sądzi na temat realnego ojca jej dziecka, ale też wzorzec ojca, jaki wykształcił się w jej umyśle – nazwijmy go roboczo „wewnętrznym ojcem matki” – bo według tego wzorca traktuje swojego męża czy partnera.

A co jeśli na tym etapie w życiu dziecka ojciec nie jest obecny? Ma to wpływ na prawidłowy rozwój? Bez matki – a mam tu na myśli nie tyle matkę biologiczną, co opiekunkę dziecka, karmiącą go i opiekującą się nim 24 godziny na dobę – dziecko nie przeżyje. Natomiast bez ojca można przeżyć, co więcej – można nie mieć ojca, który uczestniczy w naszym wychowaniu, a jednocześnie mieć wspomnianego już wewnętrznego ojca, co jest potrzebne, by budować potem zdrowe relacje. Bo dziecko – jak już powiedzieliśmy – najbardziej instynktownie odczytuje nie tyle nawet swojego ojca, co wewnętrznego ojca swojej matki. Jeśli więc matkę ktoś albo coś odciąga od dziecka, jeśli ma ona jakieś swoje inne sprawy, jeśli potrafi stawiać granice – to znaczy, że ma w sobie wykształconego wewnętrznego ojca. Taka matka, nawet jeśli jest samotna, może dla rozwoju psychicznego dziecka pełnić rolę zarówno matki, jak i ojca. Chociaż na pewno nie jest to dla niej łatwe, bo to duże obciążenie – nie tylko życiowe, ale też psychiczne.

Wewnętrzna matka to bezwarunkowa miłość, wewnętrzny ojciec – granice? Tak, oczywiście w bardzo dużym skrócie. Chcę powiedzieć, że wystarczy – jeśli nie ma w życiu dziecka figury realnego ojca – by matka miała w swojej głowie przekonanie, że dziecko nie jest jej jedynym pragnieniem, bo wtedy ono to odbiera i to wspiera go w rozwoju. Choć może też się zdarzyć, że w otoczeniu dziecka jest ojciec realny, ale jest on przez matkę tak zmarginalizowany – niczym klasyczny Dulski – że nie wypełnia swojej rozwojowej roli. Bo matka nie wpuszcza go między siebie a dziecko.

Podkreślam to dlatego, żeby z jednej strony nie skazywać córek czy synów wychowanych przez samotne matki na to, że zawsze będą jacyś wybrakowani, bo to nieprawda, a z drugiej nie myśleć, że skoro ojciec był w domu, to wszystko w porządku. No i pamiętajmy, że problemy, o jakich dzisiaj rozmawiamy, kształtują się przez kilka pokoleń.

To znaczy? Zarówno matka dziecka, jak i ojciec mają – lub nie – wspomnianego wewnętrznego ojca i, oczywiście, wewnętrzną matkę, czyli psychiczne reprezentacje postaci i ról rodziców. I to jest ta baza, na której dziecko może budować własne wzorce roli ojca i matki. Największy problem pojawia się wtedy, gdy ojciec w głowie matki (lub ojca) jest nieobecny lub osłabiony, nieważny, wyautowany.

Na przykład matka nie jest w stanie postawić swojemu dziecku żadnych granic i podczas terapii okazuje się, że w jej rodzinie ojciec był takim właśnie panem Dulskim, a matka – królową ula. Jeśli do tego realny ojciec dziecka z różnych powodów nie pojawi się w jego życiu – maluch nie ma skąd czerpać tego ważnego dla jego rozwoju przekonania, że „nie wszystko mogę”. Bo ojciec jest potrzebny głównie do tego, by dziecko mogło wejść w społeczność, mogło się socjalizować, a żeby to zrobić – musi poznać i uznać pewne zakazy.

Czyli dobry ojciec powinien stanowić zasady? Bycie ojcem to złożony i niełatwy projekt, a stanowienie zasad to tylko jedno z zadań. Porozmawiajmy więc najpierw o tym, co to znaczy być ojcem.

Nie jest to kwestia biologiczna, do tego trzeba osiągnąć pewien poziom rozwoju emocjonalnego. Dobry ojciec powinien stawiać potrzeby dziecka przed swoimi, czyli być oddanym rodzicem – a to wcale nie jest dla mężczyzny takie oczywiste. Czy będzie to potrafił, zależy w dużym stopniu od tego, jakiej opieki on sam doznawał w dzieciństwie. Po drugie, bardzo ważne jest, by miał wyraźną i dojrzałą tożsamość, by wiedział, kim jest. To uchroni go przed tymi wszystkimi huśtawkami, które są w sposób naturalny wpisane w bycie ojcem.

Kolejna rzecz, kluczowa dla rodzicielstwa, a dla ojcostwa szczególnie – mężczyzna musi mieć poczucie swojej tożsamości seksualnej, czyli swojej męskości. Nie chodzi o to, by się zachwycał sobą, że ma takie piękne owłosienie i mocne mięśnie, ale by umiał rozpoznawać i doceniać różnice między płciami.

Dlaczego to takie istotne? Znów podam coś niepoprawnego politycznie, ale psychoanaliza nigdy nie była politycznie poprawna – najpierw obrazoburcza i skandaliczna, a dziś uważana za zbyt tradycjonalistyczną i niepostępową. To, co powiem, wymagałoby na pewno bardziej pogłębionego omówienia, ale wtedy napisałybyśmy książkę, a nie wywiad, więc muszę przedstawić to w skrócie, ryzykując uproszczenie tematu. Otóż według psychoanalizy różnica między płciami to jedna z tych różnic, którą zaliczamy do faktów życiowych. By zachować zdrowie psychiczne i tworzyć nieuszkadzające relacje, należy te fakty zauważyć, uszanować i docenić. Należą do nich między innymi różnice między pokoleniami i różnice między płciami. Jeśli te granice są przekraczane, a różnice niwelowane, pojawia się pole do nadużyć. Bo jeśli nie ma uznania dla tych różnic, to ojciec może równie dobrze mieć relację seksualną z córką.

Zatem faktem jest, że różnimy się płciami, co nie znaczy, że któraś z nich jest ważniejsza lub lepsza od drugiej – one po prostu są inne. Płcie mogą wymieniać się funkcjami, ale mają jednak różną biologię. Oczywiście, nie oznacza to, że ojciec ma nie angażować się w opiekę nad dzieckiem, pielęgnację niemowlęcia czy ma nie brać „tacierzyńskiego”. To są fantastyczne doświadczenia, budujące więź ojca z dzieckiem. Niemniej ojciec musi pamiętać też o swojej roli.

Zatem, żeby stać się ojcem, trzeba pogodzić się z istnieniem tych różnic. Mieć świadomość: „Jestem mężczyzną, kimś innym od kobiety, nie dewaluuję kobiecej płci, nie twierdzę, że jestem lepszy, ale wiem, że jestem różny”. Wtedy dopiero mężczyzna może się pokazać dziecku jako „ten inny”. Poza tym ojciec musi być silny psychicznie, by zniósł wykluczenie z romansu matki i niemowlęcia, musi trzymać w umyśle i dziecko, i matkę.

A kiedy ojciec staje się dla dziewczynki czymś innym niż tylko ciałem obcym czy zakazem? Kiedy na przykład staje się też obiektem pożądania? W rozwoju człowieka dwa razy dochodzi do takiej sytuacji. Pierwszy okres to tak zwana faza edypalna, drugi to okres dojrzewania, choć wtedy dużą rolę w kształtowaniu się seksualności odgrywają też rówieśnicy. Ale wróćmy do pierwszej fazy.

Istnieje wiele teorii psychoanalitycznych na temat fazy edypalnej, w pewnym skrócie możemy powiedzieć, że ojciec po raz pierwszy pojawia się jako obiekt miłości dziecka, a nie tylko ktoś, kto wkracza i zabiera mamę, około 3. roku życia. Wtedy synek zakochuje się w mamusi, a córeczka w tatusiu, czyli słyszymy te rozbrajające oświadczenia dziewczynek, że kiedy ona dorośnie albo kiedy mama umrze, to ona wyjdzie za mąż za tatę. Tyle tylko że ona tak nie myśli dosłownie, mówi o tym, że wyjdzie za mąż, bo dorośli tak robią. Ona pragnie niepodzielnej uwagi ojca.

I jak ten ojciec powinien na jej zachowanie reagować? To jest bardzo trudny moment, bo jeśli niedojrzały emocjonalnie ojciec traktuje to jako uwodzenie ze strony córki – to dochodzi do pomieszania języków. Dziewczynka testuje swoją kobiecość, chce przyciągnąć uwagę taty i odciągnąć go od mamy, z którą się jednocześnie utożsamia; krótko mówiąc, dziewczynka przeżywa silny konflikt, „konflikt edypalny”. Odpowiedź obojga rodziców jest bardzo istotna. Trzeba to delikatne uwodzenie zauważyć, ale jednocześnie traktować jak zabawę, grę, choć bardzo poważną zabawę czy grę. Niełatwe wyzwanie.

Są dwa niepowodzenia w obliczu tego zadania. Pierwsze nazywa się „triumfem edypalnym”, a drugie „upokorzeniem edypalnym”. Triumf jest wtedy, gdy dziewczynka w tym wieku rzeczywiście „wygrywa” ojca, czyli dostaje informację, że matka jest totalnie zdewaluowana. Tylko że córka tak naprawdę nie chce wygrać, ona chce jedynie poćwiczyć. Jeśli wygra, będzie skołowana. Z kolei upokorzenie to wyśmianie, odrzucenie, niezauważenie. Optymalne jest coś, co nazywamy „rozwiązaniem kompleksu Edypa”. Czyli dopóki to trwa – zazwyczaj do ok. 6. roku życia – ojciec i matka w to grają, aż dziewczynka dojdzie do wniosku: „dobra, poczekam z tym kilkanaście lat”. To nie pojawia się jako świadoma myśl, ale tak to można streścić. Dziewczynka idzie spokojnie do szkoły, zajmuje się nauką, przez kilka lat nawet nie bawi się z chłopakami, dopóki nie nadejdzie burza hormonów.

W okresie dojrzewania przychodzi więc powtórka, ale nie do końca taka sama. Nastolatka może robić to, co kilkulatka odłożyła na przyszłość – umawiać się z chłopakami, potencjalnie może nawiązać relację seksualną, a nawet urodzić dziecko. Niemniej psychicznie jeszcze wielu rzeczy się uczy i potrzebuje pomocy ojca. Czyli potrzebuje przejrzeć się w jego oczach, bezpiecznie poćwiczyć swoją kobiecość, wzmocnić pewność siebie, poczuć się atrakcyjna, chciana i kochana. I ona daje temu wyraz. A to pyta się, co tata sądzi o jej nowej sukience, a to chce wyjść późno w nocy i sprawdza, czy on ją zatrzyma. Na tym etapie ojciec w pewnym sensie pojawia się jako rywal rówieśników starających się o jego córkę, dzięki czemu ona może w bezpiecznych warunkach testować bycie kobietą. W okresie dojrzewania ojciec – który był albo za mało dojrzały, albo za mało obecny, gdy córka miała kilka lat – może wiele nadrobić i bardzo pomóc dziewczynie w stawaniu się dorosłą i pewną siebie.

To są w skrócie dwa najważniejsze etapy rozwoju dziewczynki. Przy czym ojciec na każdym z nich powinien pozostawać wrażliwy na jej potrzeby, wspierać ją, dodawać jej odwagi i zachwycać się nią.

W okresie dojrzewania ta relacja jest chyba najtrudniejsza? Na pewno zmienia się to, że córka jest już na tyle dojrzała, że ma warunki, by realizować swoją seksualność. Ale ona nadal nie chce uwieść ojca, pragnie jedynie poczuć, jak to jest, gdy bezpieczny mężczyzna patrzy na nią z błyskiem w oku. I to jest dla ojców potwornie wymagające. Często się wtedy wycofują z relacji, bo córki stają się dla nich niebezpiecznymi istotami. Mogą oczywiście pójść też w nadmierną odpowiedź na ich działania, aż do nadużycia seksualnego. Do tego oczywiście nie powinni dopuścić, to oni mają wyznaczyć granice, czyli: już nie przytulają się tak jak dawniej, córka już nie siada tacie na kolanach i nie śpią razem w łóżku. Kiedy jednak ojciec za bardzo się odsuwa, córka może poczuć się odrzucona, myśleć, że coś jest z nią nie tak. Jak wtedy najlepiej postąpić?

Sądzę, że najlepszy przykład daje film Sofii Coppoli „Między słowami”. Pamiętam, że kiedy wszedł do kin, to każda pacjentka opowiadała o nim na sesjach. Nie wiedziały dlaczego, ale niesamowicie je poruszał. To jest zresztą bardzo dobry film i ogromnie mi się podobał, ale długo nie rozumiałam, co w sobie ma, że wywiera takie wrażenie, aż dotarło do mnie, że to jedna z piękniejszych opowieści o ojcostwie.

O ojcostwie? Nigdy tak na niego nie patrzyłam. Jest tam oczywiście opowiedziana historia niedoszłego romansu mężczyzny, granego przez Billa Murraya, który ma swoje lata, swoją żonę i dzieci, a podczas wyjazdu do Japonii nawiązuje relację z młodą kobietą (graną przez Scarlett Johansson), tak naiwną i niewinną, że równie dobrze mogłaby mieć 15 lat. Jeśli zdejmiemy na chwilę z głównego bohatera ciężar żony i dzieci – to jego postawa w subtelny sposób odzwierciedla to, co powinien dawać ojciec dorastającej córce. On przecież bawi się z nią, słucha jej, poświęca jej czas, rozmawia wtedy, kiedy ona tego potrzebuje. Jest tam piękna scena, kiedy oboje leżą na łóżku i on jej mówi, żeby się nie martwiła, że wszystko dobrze się ułoży, że jeszcze odkryje, co chce w życiu robić, że to, co boli, też kiedyś minie, a potem pojawią się dzieci i będzie chciała spędzać z nimi każdą chwilę. Tłumaczy jej, że dorosłość to czasem trudna, ale ostatecznie bardzo satysfakcjonująca rzecz. A kiedy ona chce wyjść na miasto i pobawić się, on idzie z nią, zaś gdy wracają i ona zasypia w jego pokoju, on zanosi ją na rękach do jej łóżka, kładzie i przykrywa kołdrą. To jest ten moment, kiedy między nimi mogłoby się wydarzyć coś więcej, ale on potrafi wyznaczyć granice i swoje pragnienia realizuje w kontakcie z inną kobietą, starszą od Scarlett Johansson. Ona, oczywiście, jest na niego za to bardzo obrażona. Młoda kobieta ciągle bada granice „ojca”, ale on je zachowuje. Na koniec filmu Bill Murray szepcze dziewczynie coś do ucha, nie wiemy co, ale widzimy, że ona spokojnie odchodzi do swojego życia. To jest naprawdę piękna opowieść o relacji córki i ojca. Niedawno dotarło do mnie, że nawet umiejscowienie akcji filmu w Japonii, tak obcej i dziwnej, jest jakimś metaforycznym wyrazem ojcostwa, czyli przestrzeni „tego obcego”, „tego innego”.

A czy prawdą jest, że kobiety, których relacje z ojcem nie ewoluowały w takim kierunku, jaki omówiłyśmy i jaki pokazuje metaforycznie film „Między słowami” – będą miały problemy w kontaktach z mężczyznami? Takie problemy pojawiają się, gdy kobieta ma kłopot z wewnętrzną reprezentacją ojca, co może wynikać z tego, że realnego ojca nie było lub się odsunął. Może być także skutkiem tego, jaki obraz ojca przekazała realna matka. Powtórzę raz jeszcze: najważniejsze jest to, co ma w głowie matka, jaki jest jej wewnętrzny ojciec. Jeśli matka nie da córce dobrego przekazu na temat roli mężczyzny, córka będzie miała kłopoty w relacjach z mężczyznami. Może na przykład powtarzać niefortunne wybory partnerów albo mieć trudności ze zniesieniem wymogów wpisanych w stały związek.

Czyli nie tyle wybieramy partnera na wzór naszego ojca, ile na wzór naszego wewnętrznego ojca? Wybieramy go na wzór wewnętrznego ojca naszej matki. Który też niekoniecznie musiał powstać na kanwie jej realnego ojca. To może być dla wielu kobiet zaskakujące, bo przecież uczy się nas, że jaki ojciec, taki mąż. I mam nadzieję, że okaże się pouczające. Bo sposób, w jaki matki wprowadzają w życie dziecka rolę i postać ojca, ma ogromne znaczenie. Jeśli matka jest w konflikcie z ojcem córki, musi bardzo uważać, by nie przekazać córce obrazu zdewaluowanego mężczyzny.

To nie są łatwe sytuacje i trudno doradzać, jak je rozwiązać. Na pewno wymagają namysłu i uwzględniania potrzeb córki – która nie musi wiedzieć wszystkiego o konfliktach rodziców, a na pewno nie powinna być zmuszana do sojuszu z matką i odrzucania ojca.

  1. Psychologia

Tata i nastolatka - trudna, ważna relacja

Zespół naukowców z Uniwersytetu w Oxfordzie zaobserwował szczególnie silną zależność między zaangażowaniem ojca w wychowanie nastoletniej córki a brakiem u niej problemów psychicznych w dorosłym życiu. (Fot. iStock)
Zespół naukowców z Uniwersytetu w Oxfordzie zaobserwował szczególnie silną zależność między zaangażowaniem ojca w wychowanie nastoletniej córki a brakiem u niej problemów psychicznych w dorosłym życiu. (Fot. iStock)
Tym razem coś tylko dla ojców... Gdy córcia wchodzi w okres dojrzewania, ty stawiasz czoła problemom wieku średniego. Najprostsze byłoby wycofać się z jej życia. Tato! Właśnie tego nie wolno ci zrobić!

Bycie ojcem nastolatki to niewdzięczna i niestety wyjątkowo mało satysfakcjonująca rola. Przestajesz być wyrocznią, a stajesz się tarczą strzelniczą lub workiem treningowym służącym do odreagowania młodzieńczych frustracji. W dodatku sam masz problem z tym, czy traktować ją jeszcze jako małą dziewczynkę, czy już jako dorosłą kobietę. Okazywać czułość, a może trzymać się na dystans?

Wielu mężczyzn w tym czasie instynktownie oddaje wychowanie córki w ręce partnerki, usuwając się w cień. To błąd! Ojciec jest potrzebny dziewczynie na każdym etapie życie, a zwłaszcza w okresie, w którym kształtuje się jej stosunek do własnego ciała i wyrabia opinia na temat płci przeciwnej.

Jak to rozumieć?

Ojcowie, którzy do tej pory znakomicie radzili sobie w tej roli, stają się nieporadni i zagubieni w momencie, gdy w życie ich córek wkraczają chłopcy, kosmetyki, dyskoteki, a przede wszystkim bunt. Nie rozumieją, co znaczą te emocjonalne, czasem wrogie, ale przede wszystkim irytujące zachowania nastolatki. Też tak masz? Na szczęście większość z nich da się w prosty sposób wyjaśnić.

Jeśli córka...

...trzaska drzwiami – pokazuje ci, że dorasta i ma swoje zdanie. Jednocześnie też mówi, że się ciebie nie boi- i bardzo dobrze!;

...wrzeszczy, płacze, histeryzuje – to znak, że nie radzi sobie ze swoimi emocjami. Najczęściej nastolatka zachowuje się tak, gdy zabrnęła w ślepy zaułek i nie wie, jak z tej sytuacji wyjść z twarzą;

...ubiera się w wyzywający lub niechlujny sposób, mimo że kilka razy zwróciłeś jej uwagę, że taki strój jest niedopuszczalny – nie martw się, ona nie szuka zaczepki, tylko akceptacji w grupie rówieśniczej;

...zapomina o obowiązkach domowych – robi tak, bo wie, że ktoś w domu je za nią wykona;

...wyłącza się, jakby w ogóle cię nie słuchała – najprawdopodobniej zrzędzisz, mówisz za długo i nie na temat. Poza tym nastolatki interesują się głównie własnymi sprawami, problemy innych są dla nich mało istotne;

 
...mówi lub krzyczy, że nic nie rozumiesz, żebyś jej nie mówił, co ma robić – tak naprawdę ma do ciebie pretensje, że za mało uwagi poświęcasz jej na co dzień, że nie interesuje cię jej świat i jej życie;

...rzuca na odchodnym: „dziś już jestem umówiona”, gdy jej mówisz, że zaplanowałeś fantastyczne popołudnie w domu – bynajmniej nie chce ci zrobić na złość. Żyje w ciągłym rozdarciu między oczekiwaniami rodziny („zostań w domu i nie marnuj czasu”) a grupy rówieśniczej („wyjdź z domu i strać trochę czasu”). Presja grupy jest zazwyczaj silniejsza, a konsekwencje odrzucenia przez rówieśników są w tym wieku dotkliwsze niż brak akceptacji ze strony rodziców;

...snuje się po domu i nic nie robi – wykorzystuje czas na coś bardzo w tym wieku cennego: na dorastanie. Dziewczynki muszą mieć też czas na nicnierobienie!

...obgaduje cię przed swoimi znajomymi – a ty nie żalisz się na nią swojemu koledze? Dzieci, tak samo jak my o nich, rozmawiają o nas z innymi, a ponieważ są szczere, mówią zwykle prawdę. Nastolatka wyczuje każdy rozdźwięk między twoją deklaracją a zachowaniem, więc miej się na baczności.

...odburkuje ci coś w odpowiedzi na spokojnie zadane pytanie – najprawdopodobniej wyczuwa, że pytasz na odczepnego, albo masz coś w zanadrzu i jesteś na nią zły. Albo: poświęcasz jej za mało czasu i w ten sposób cię karze;

...wzrusza ramionami, gdy pokazujesz jej coś ciekawego, a po dwóch dniach przybiega do ciebie i chwali się, że dowiedziała się o tym… od koleżanki – w tym wieku dziewczyna nie chce się niczego uczyć od rodziców;

...zachowuje się niegrzecznie przy osobach, na których zdaniu najbardziej ci zależy – cóż, to wiek, gdy dziecko buntuje się przeciwko zasadom obowiązującym w domu i musi ten sprzeciw zamanifestować.

Bądź przy niej

Jeśli jesteś właśnie na etapie myślenia, że nigdy już nie uda ci się ułożyć sobie „normalnych” stosunków z córką, uspokój się – to minie. Co nie znaczy, że powinieneś „wziąć na przeczekanie”. Okres dojrzewania to niezwykle istotny okres w życiu twojej córki. Nie wolno go przegapić! Twoje zadanie to, bez względu na trudy, trwać przy córce. Co więcej, nawet jeśli wydaje ci się, że jawnie odrzuca twoje rady i wyklucza cię ze swojego świata, to tylko pozory. Tak naprawdę pokazuje ci, jak bardzo cię potrzebuje.

Pamiętaj:

  • Nawet jeśli córka zniechęca cię do jakichkolwiek kontaktów, nie daj się nabrać. Ona tylko wypróbowuje twoją miłość i jej granice.
  •  Bądź pewny w roli ojca. Traktuj ją jako przywilej, dzięki któremu masz dostęp do wspaniałego obszaru, jakim jest świat nastolatki.
  •  Nie zaniedbuj kontaktu fizycznego. Mimo całej swojej szorstkości, nastolatka bardzo go potrzebuje. Częściej niż słowa wystarczy zwykły całus w czoło na dobranoc.
  •  Jak najczęściej bądź wesoły, pogodny, żartuj – po prostu buduj dobrą atmosferę w domu.
  •  Poświęcaj jej swój czas. To, na co go wykorzystacie, ma podrzędne znaczenie. Może to być „tylko” wspólne oglądanie telewizji czy zjedzenie obiadu.
  •  Chwal się córką przed znajomymi, wychodźcie razem z domu. Niech widzi, że chętnie się z nią pokazujesz, nawet jeśli ma zły humor.
  •  Zachęcaj, by odwiedziła cię w pracy, przedstaw ją swoim współpracownikom, niech widzi swoje zdjęcia na twoim biurku, a obcy ludzie mówią, że tatuś wciąż się nią chwali.
  •  Nigdy jej nie krytykuj. Jeśli coś ci się nie podoba, powiedz raczej: „Hm, czyli tak to chcesz zrobić?”.
 

Dbaj o dobry kontakt

Nie układa się wam? Nie rozumiesz jej i nie potrafisz z nią rozmawiać, ale chcesz nad tym popracować? Kochasz córkę i chcesz, żeby wiedziała, że jest dla ciebie ważna. Jak to wyrazić?

Wpadłeś na pomysł, by wyjść wcześniej z pracy, pojechać do jej szkoły, wywołać ją z lekcji, dać ogromnego misia i powiedzieć, że jesteś bardzo zapracowany, ale chcesz, by wiedziała, że jest dla ciebie najważniejsza i zawsze może na ciebie liczyć?

Hm, oczywiście możesz tak zrobić, ale córka raczej nie uwierzy w twoje dobre chęci, narobisz jej tylko wstydu w szkole, czego długo ci nie wybaczy. Może nawet pomyśli, że nie zrobiłeś tego bezinteresownie. Znacznie bezpieczniej i ciekawiej jest spróbować po prostu ją lepiej poznać. Zapytaj na przykład, czego ostatnio słucha. Co to za zespół? Poproś, żeby nagrała ci kilka kawałków na płytę, którą zamierzasz słuchać w samochodzie w drodze do pracy. A potem powiedz, który fragment najbardziej ci się podobał. Nie tylko dowiesz się, jaki ma gust, ale też będziesz na bieżąco z tym, czego nastolatki teraz słuchają. Córka doceni twoje zainteresowanie, a temat do rozmowy sam się pojawi. No i nie będziesz mieć problemu z prezentem na jej urodziny.

Córce zrobi się też miło, kiedy np. zadzwonisz do niej z pracy i zapytasz, co można kupić dziewczynie w jej wieku, bo córka kolegi z pracy ma imieniny i on nie wie, jaki prezent jej się spodoba. Potem napisz SMS, że bardzo wam pomogła i oczywiście kup jej coś z wymienionych rzeczy, dodając komentarz: „Dzięki za konsultacje”.

Noś przy sobie jej zdjęcie: w portfelu, w widocznym miejscu. Jeśli masz tam jej fotkę z okresu, gdy była malutka, teraz czas dołożyć taką, na której jest nastolatką. Inaczej wysyłasz jej sygnał, że wolałeś, kiedy była dzieckiem. Najlepiej powiedz, by sama je dla ciebie wybrała. I jakiekolwiek ci da, zachwyć się jej wyborem.

I co najważniejsze, nie wykonuj takich gestów jedynie od święta. Gdy zobaczysz, że ogląda jakiś film, postaraj się obejrzeć go razem z nią. Potem zapytaj, co o nim sądzi. Jeśli ma własny pokój, zaglądaj do niej pod byle pretekstem (pamiętaj: zawsze najpierw zapukaj i zaczekaj na „proszę”!). Rozejrzyj się i powiedz, że fajną ma tu atmosferę.

Nigdy:

  •  nie krytykuj wprost jej wyglądu, nie wspominaj o wadach budowy czy niedoskonałościach jej ciała,
  •  nie śmiej się z tego, jak się ubiera i czego słucha,
  •  nie komentuj wyglądu i zachowania jej znajomych,
  •  nie mów: „twoimi jedynymi zadaniami są nauka i domowe obowiązki”,
  •  nie unikaj przebywania z córką sam na sam,
  •  nie powtarzaj, że chłopcom chodzi tylko o jedno,
  •  nie porównuj córki do siebie w jej wieku, rodzeństwa czy dzieci sąsiadów,
  •  nie mów, że dopóki mieszka pod twoim dachem, ma być ci posłuszna,
  •  nie mów źle o jej matce,
  •  nawet niechcący nie sugeruj, że dziewczynki są od chłopców słabsze, mniej inteligentne czy mniej zdolne.

Na całe życie

Badacze Josh McDowell i Norm Wakefield szczegółowo zajęli się wpływem ojca na osobowość i szeroko pojęte sukcesy życiowe dzieci. W książce ich autorstwa „Zadziwiający wpływ tatusia” czytamy: „Zdolność kobiety do nawiązywania więzi uczuciowej i, co za tym idzie, do udanego związku z mężczyzną, związana jest z jej stosunkiem do ojca”.

Z kolei zespół naukowców z Uniwersytetu w Oxfordzie, działający pod kierunkiem Eirini Flouri, zaobserwował szczególnie silną zależność między zaangażowaniem ojca w wychowanie nastoletniej córki a brakiem u niej problemów psychicznych w dorosłym życiu.

Może więc – mimo niewątpliwego wysiłku, a nieraz braku bieżącej satysfakcji – dobrze być wspaniałym tatą?

  1. Styl Życia

Świąteczne kino. Co nam daje wspólne oglądanie filmów?

Jakie filmy wybrać, by zaprowadzić w domu dobry, bezkonfliktowy nastrój? - Na pewno powinny to być obrazy, w których okres świąteczny jest obecny. Najlepiej, żeby opowieść przedstawiona była z humorem, a bohaterowie musieli pokonać przeszkody, by w finale cieszyć się miłością i radosną, świąteczną atmosferą. (fot. iStock)
Jakie filmy wybrać, by zaprowadzić w domu dobry, bezkonfliktowy nastrój? - Na pewno powinny to być obrazy, w których okres świąteczny jest obecny. Najlepiej, żeby opowieść przedstawiona była z humorem, a bohaterowie musieli pokonać przeszkody, by w finale cieszyć się miłością i radosną, świąteczną atmosferą. (fot. iStock)
W Święta mamy swoje tradycje, swoje rytuały. W ostatnich latach zaliczyć można do nich rodzinne seanse filmowe. – Wspólne oglądanie filmów, podobnie jak dawniej kolędowanie, zyskało status stałego punktu świątecznego programu – mówi dr Małgorzata Bulaszewska, kulturoznawca, filmoznawca i medioznawca z Uniwersytetu SWPS. I wyjaśnia, dlaczego taki wspólny relaks zbliża nie tylko rodzinę, ale działa też korzystnie na związki partnerskie.

Czy rodzinne oglądanie filmów to dobry pomysł na spędzanie czasu razem? Filmy są takim bezpiecznym sposobem spędzania razem czasu. Co ciekawe, dwa lata temu były zresztą zrealizowane badania przez Uniwersytet w Rochester, gdzie badano pary/ małżeństwa, które oglądały wspólnie filmy (co najmniej 3 filmy w tygodniu). Zwykle, gdy oglądamy wspólnie filmy to mamy jakiś swój komentarz, dyskutujemy, coś nam się podoba lub nie. I okazało się, że te małżeństwa, które przynajmniej trzy razy w tygodniu oglądają wspólnie filmy i później rozmawiają o nich, mają znacznie niższe prawdopodobieństwo rozwodu niż pary, które tego nie robią.

Dlaczego wciąż mamy ochotę oglądać te same świąteczne filmy? Każde święta, a zwłaszcza Święta Bożego Narodzenia, są takim innym, niecodziennym czasem. Wszyscy staramy się być milsi, lepsi dla członków rodziny i wtedy realizujemy te rzeczy, które są sprawdzone. Dotyczy to także oglądania filmów… czyli oglądamy te filmy, które już żeśmy oglądali, które znamy, które są (w pewnym sensie) bezpieczne, które obejrzą i dziadkowie, i dzieci, i wnuki, które są filmami dostępnymi, rozumianymi przez wszystkich - tylko dlatego, aby ten czas był przyjemny i żebyśmy nie popsuli tej radości, która wiąże się z czasem Świąt Bożego Narodzenia.

Czy dziś, w dobie wielu ekranów, kiedy każdy może oglądać sam dokładnie to, co go interesuje, telewizja w jakiś sposób może nas jednoczyć? Oglądanie wspólnie programu telewizyjnego, zwłaszcza o charakterze familijnym, jest taką próbą zjednoczenia rodziny, choćby dlatego, że spotykają się różne światopoglądy. Żyjemy w różnym trybie, a przychodzi taki czas, kiedy siadamy przed tym telewizorem i oglądamy wspólnie ten sam program. Oglądamy go jednak trochę inaczej. Każdy widzi trochę inne wartości, czy też odbiera to, co się dzieje na ekranie w nieco inny sposób. Dzięki temu możemy zaobserwować, jakie emocje mają członkowie naszej rodziny. Możemy zrozumieć w jakim są momencie swojego życia i co przeżywają, właśnie dzięki tym emocjom i dzięki komentarzom, które pojawiają się w trakcie oglądania. Ponadto, w trakcie oglądania filmu, zwłaszcza familijnego, zdarzają się momenty śmiechu, smutku, płaczu i to powoduje, że my wspólnie przeżywamy te emocje, a wspólne przeżywanie emocji zawsze zbliża. Niewątpliwie więc zasiadanie przed telewizorem w święta, by razem obejrzeć ten sam program czy ten sam film, jest takim elementem zbliżającym, konsolidującym rodzinę, tak bardzo współcześnie zabieganą.

Pamiętajmy też o czymś, co się nazywa filmoterapią. Przepracowujemy wtedy nasze emocje, emocje naszych bliskich, szczególnie dzieci, które nie zawsze potrafią powiedzieć co czują i jak czują, czy też jak się do danej emocji odnoszą. Oglądając coś razem, widzimy jak reagują na to, co się pojawia na ekranie. Możemy to zaobserwować. Możemy później o tym porozmawiać. Niewątpliwie zbliża to nas. A poza tym, jest to jednak wspólne spędzanie czasu. To nie jest tak, że każdy ogląda film na osobnym ekranie komputera, tabletu, czy smartfona…

Źródło: materiały prasowe SWPS

  1. Psychologia

Jak reagować, gdy dziecko zachwyca się nową partnerką taty?

Nowa partnerka eks męża to drażliwy temat, szczególnie, gdy dziecko podkreśla jak wspaniała jest macocha... (fot. iStock)
Nowa partnerka eks męża to drażliwy temat, szczególnie, gdy dziecko podkreśla jak wspaniała jest macocha... (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Zachwyt córki partnerką męża – to może być ciężka próba dla byłej żony. Co jednak zrobić, aby przetrwać tę niekomfortową sytuację i nie utracić dobrej relacji z dzieckiem?

Jak pisze jednak z czytelniczek: Rozwiedliśmy się dwa lata temu. Hela miała wtedy 11 lat. Ustaliliśmy, że córka zamieszka ze mną, a do taty będzie jeździć co drugi weekend. Na początku nie chciała, ale jakoś się ułożyło. Teraz w życiu mojego eksmęża pojawiła się nowa kobieta. Moja córka się wściekła, ale gdy raz tam pojechała, dosłownie się w niej zakochała. Wraca radosna i od progu mi pokazuje, jak Justynka jej pomalowała paznokcie (ja tak nie umiem), jak ją doskonale rozumie (bo ja nie rozumiem jej wcale). Te zachwyty sprawiają mi ogromną przykrość. Ostatnio straszy, że u ojca jest lepiej i że się do nich wyprowadzi. Może zabrzmi to okrutnie, ale zamykam serce przed córką, bo mnie to boli. Co robić?

Rozwód rodziców zawsze jest dla dziecka ogromnym stresem i ten stres trzeba jakoś odreagować. Tym odreagowaniem jest najczęściej wymierzenie komuś kary za krzywdy. Dziecko zaczyna się źle uczyć, lekceważąco zachowywać w stosunku do dorosłych, niechętnie współpracuje, rani, kogo może, i wybiera sobie kogoś na swojego najgorszego wroga. Najczęściej dzieci przyjmują postawę negacji wobec nowych partnerów rodziców i na nich odreagowują swoje żale. Hela, jak widać, po namyśle na swojego najważniejszego wroga wybrała nie ojca, a mamę.

Co ma zrobić mama? Tłamszenie w sobie negatywnych emocji nie jest dobre i na dłuższą metę nie wpłynie korzystnie na relację matka–córka, ponieważ mama, w samoobronie, zamknie się emocjonalnie przed córką, co w efekcie trwale zniszczy ich relację. Najlepsze, co można zrobić, to zagrać w otwarte karty. Błędem jest nieprzyznawanie się dzieciom do uczuć i emocji. Rodzic nie ma obowiązku znosić wszystkiego i dawać się upokarzać lub ranić. To błąd. Dziecko, zwłaszcza rozchwiane emocjonalnie po rozwodzie rodziców, jest tak skupione na swoich emocjach, że nie zastanawia się, jakie reakcje wywołają w innych ludziach jego słowa czy zachowanie.

Hela może nawet nie ma pojęcia, że inni też mają emocje, więc trzeba jej o tym powiedzieć. Nie po weekendzie, gdy mama jest przepełniona poczuciem krzywdy, ale w środku tygodnia. Niech Pani zaprosi Helę na rozmowę i powie, co czuje w tej sytuacji: „Wiesz, kochanie, jesteś moją najdroższą córeczką i jest mi przykro, gdy krytykujesz wszystko, co robię. To mi sprawia przykrość”. Reakcja córki może być bardzo różna. Od natychmiastowego katharsis i rzucenia się ze łzami na szyję, po powiedzenie: „Bo ona jest lepsza. Wolę nową rodzinę taty”. Jakkolwiek córka zareaguje, i tak warto otwarcie wyznać, że jest człowiekowi smutno i przykro.

Natomiast co do przeprowadzki do ojca – na pewno nie wolno dziecku dawać się nią zastraszać. Trzeba natychmiast pozwolić, żeby się do ojca na stałe przeniosła, a samej zastanowić się, dlaczego tak Panią ta wizja przeraża.

  1. Psychologia

Rodzicielstwo ściśle według planu. Gdy plan zajęć dziecka przypomina rozkład dnia pracującego dorosłego

Bruno Bettelheim, jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku, uważa, że wychowanie to bardziej sztuka niż nauka. Wymaga od rodziców zrozumienia dziecka i wspierania go w rozwoju, ale nie na siłę, nie na swój obraz i podobieństwo. (Fot. iStock)
Bruno Bettelheim, jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku, uważa, że wychowanie to bardziej sztuka niż nauka. Wymaga od rodziców zrozumienia dziecka i wspierania go w rozwoju, ale nie na siłę, nie na swój obraz i podobieństwo. (Fot. iStock)
Pojawia się na szarym końcu po projektach: studia, praca, dom, samochód, podróże. Przygotowywany i realizowany równie perfekcyjnie jak najlepszy projekt biznesowy. Efekt? Dzieci alfa wyposażone w najnowsze gadżety, z certyfikatami modnych kursów, ale niesamodzielne, rozpieszczone, nieszczęśliwe.

Kinga (39 lat, dyrektorka w firmie reklamowej) i Paweł (40 lat, wiceprezes dużego banku) mówią ściszonym głosem. Błażej (4 lata) właśnie został uśpiony, a to wymaga wielu sztuczek. Dzisiaj na przykład Paweł woził go samochodem po osiedlowych uliczkach.

– Udało się po godzinie, ale może obudzić go byle hałas – przestrzega Kinga. – Dziwię się, jak to możliwe, skoro drzwi do jego pokoju są dźwiękoszczelne.

Kinga w ogóle dziwi się wielu zachowaniom synka. Ma wszystko: klocki, samochody, gry, a nawet swojego iPada, a ciągle mu mało. Na brak atrakcji nie może narzekać, bo w przedszkolu jest i angielski, i dżudo, i taniec towarzyski, i lepienie z gliny, i gotowanie, po południu wożą go z Pawłem na basen, zajęcia z robotyki, do szkółki piłkarskiej, kina, a on jest wiecznie znudzony, nie potrafi się na niczym skupić, nic tak naprawdę go nie cieszy.

– A co będzie, jak pójdzie do szkoły? – martwi się Kinga. – Teraz tylko przecież się bawi, a w szkole będzie musiał ostro pracować, bo to jedna z najlepszych dwujęzycznych szkół w Warszawie, do której trudno się dostać. Nam się udało, bo zapisaliśmy go, gdy tylko dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

Paweł tonuje lęki żony: – No, nie przesadzaj, Błażej jest zdolny, utalentowany, na pewno sobie poradzi. Nie wolno mu tylko odpuszczać.

Na kilku etatach

Kinga i Paweł wiedzą, jak to robić, bo sami sobie nie odpuszczali. Absolwenci słynnego Liceum im. Marynarki Wojennej RP w Gdyni i równie prestiżowej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Wspinali się na zawodowy szczyt konsekwentnie, krok po kroku. Teraz chcą zapewnić tam miejsce swojemu synowi.

Nie oni jedni. W Polsce, na wzór krajów zachodnich, przybywa rodziców projektujących rozwój dziecka od urodzenia, a nawet od poczęcia. Znam ciężarną, która zaczyna dzień od godzinnej sesji z muzyką Bacha, a kończy na audiobookach medytacyjnych, bo gdzieś przeczytała, że to dobrze wpłynie na umysł jej dziecka.

Przejęci swoją rolą rodzice nazywani są helikopterowymi (bo krążą nieustannie nad głową dziecka), nadrodzicami, a w Skandynawii – rodzicami curlingowymi (od szczotkowania lodu, zanim dziecko zrobi pierwszy krok). W swoich zapędach nie są osamotnieni, mocno wspierają ich w tym media, państwo, reklama.

Carl Honoré, dziennikarz, jeden z rodziców helikopterowych, który jednak w porę się opamiętał, napisał ku przestrodze innych ojców i matek porażającą w swojej wymowie książkę „Pod presją”. Pisze ironicznie: „Gdziekolwiek spojrzeć, zewsząd płynie jedno przesłanie: dzieciństwo jest zbyt cenne, by zostawić je dzieciom, a dzieci są zbyt cenne, by zostawić je samym sobie. To nieustanne wtrącanie się tworzy nowy rodzaj dzieciństwa. Dawniej Dziecko Pracujące harowało w polu, a po rewolucji przemysłowej – w fabrykach. XX wiek przyniósł Dziecko Wolnego Chowu. A teraz mamy epokę Dziecka Zarządzanego”.

Plan zajęć Dziecka Zarządzanego przypomina rozkład dnia pracującego na kilku etatach dorosłego. Obowiązkowe lekcje plus dodatkowe zajęcia w szkole lub przedszkolu to tylko rozgrzewka, bo prawdziwa szkoła wszechumiejętności zaczyna się po południu. Czego tam nie ma! Są zajęcia sportowe, muzyczne, taneczne, synchronizacji pracy półkul mózgowych, szybkiego czytania, autoprezentacji, aktorskie, asertywności, a nawet, a jakże, nauka gospodarowania czasem. Każdego dnia inny zestaw. 15-letnia Zuzia, zresztą córka uznanych psychologów, żeby się nie pogubić, dostała na urodziny palmtop, który wyręcza ją w pamiętaniu o tym co, gdzie i kiedy.

Pod kontrolą nadrodziców

Psycholog dziecięcy Jarosław Przybylski: – Współczesne dziecko cały czas znajduje się pod specjalnym nadzorem. Bo nawet, kiedy chwilowo nie jest poddawane jakiejś obróbce i ma tak zwany wolny czas, to i tak skrzętnie monitoruje się każdy jego ruch. W przedszkolach, domach, szkołach czujne oko kamery rejestruje, co dziecko robi, a raczej czego nie robi. Śledzenie życia małego człowieka zaczyna się od wydruku USG i nagrywania bicia serca w łonie matki i właściwie nigdy się nie kończy. Uważam, że trafne jest porównywanie współczesnych rodziców do paparazzich tropiących każdy gest gwiazdy, bo oni tak właśnie traktują swoje dzieci – jak małe gwiazdy odgrywające napisaną specjalnie dla nich rolę.

Carl Honoré zauważa, że zarządzanie dzieckiem trwa w najlepsze w wielu krajach nawet po zakończeniu szkolnej edukacji. Brytyjczycy planują każdy szczegół tak zwanego gap year, czyli roku przerwy przed pójściem dzieci na studia. Amerykańscy rodzice z kolei, gdy ich dziecko dostaje się na studia, pomagają wybierać mu przedmioty, testują jedzenie w stołówce, robią korektę prac pisemnych, a nawet sprawdzają współlokatorów w akademiku.

Dziecko współczesnych nadrodziców jest pępkiem świata, centrum wydarzeń. Bywa nie tylko monitorowane, chronione, wyręczane, ale i wyposażone we wszystko, czego zapragnie. W wyszukane zabawki, gry, elektroniczne gadżety, kino domowe, wygody. „Według wszelkich znaków na niebie i ziemi wychowujemy najbardziej okablowane, monitorowane i rozpieszczone pokolenie w historii!” – grzmi autor „Pod presją”.

Starania nadrodziców ocierają się czasem o szaleństwo. W Warszawie głośno było o przemeldowywaniu dzieci w okolice renomowanych państwowych gimnazjów (obowiązuje rejonizacja), choć wiadomo, że to fikcja i dzieci nadal mieszkają w swoich domach na drugim końcu miasta. Nauczycielka z gimnazjum na Twardej opowiadała mi o uczniach wożonych do i ze szkoły nawet pięć godzin dziennie! Pewna znajoma mama, lekarka, tak bardzo chciała pomóc synowi dostać się do najlepszego w rankingach liceum, że przez całe gimnazjum wypisywała mu zwolnienie z wuefu. Po co? Żeby nie zaniżał sobie średniej.

Czym to grozi? Nietrudno przewidzieć, że przeciążanie dzieci odbija się na ich zdrowiu. Międzynarodowe Stowarzyszenie Badań nad Otyłością ocenia, że 38 proc. młodzieży poniżej 18 lat w Europie i 50 proc. w obu Amerykach ma nadwagę. Coraz więcej dzieci zapada na choroby kojarzone dotychczas ze starością, czyli cukrzycę, miażdżycę, choroby serca.

Według gotowego scenariusza

Ale choruje nie tylko ciało, cierpi też dusza. Przybywa młodych ludzi ze zdiagnozowaną depresją, uzależnionych, samookaleczających się, targających się na swoje życie. ONZ ostrzega, że już u co piątego dziecka na świecie stwierdza się zaburzenia psychiczne, a Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że do roku 2020 choroby umysłowe znajdą się wśród pięciu głównych przyczyn śmierci lub inwalidztwa u młodzieży.

– Dzieci dźwigają dziś na plecach worek obciążeń ponad ich siły – mówi psycholog Justyna Nowakowska. – I nie chodzi tylko o to, że mają za dużo codziennych obowiązków, bo akurat z codziennych obowiązków rodzice często je zwalniają, a szkoda. To zresztą ciekawy paradoks, że z jednej strony mama wyręcza dziecko w podstawowych czynnościach, jak sprzątanie po sobie, samoobsługa, chucha na nie i dmucha, a z drugiej – śrubuje wymagania dotyczące zajęć w szkole. Dzieci są dzisiaj przytłoczone nie pracami, w których powinny ćwiczyć się od małego, ale nadmiernymi oczekiwaniami rodziców, tak zwanym parciem na sukces: „Musisz liczyć i czytać w wieku czterech lat, bo inaczej nie przyjmą cię do prywatnego przedszkola. A jak cię tam nie przyjmą, to masz mniejsze szanse na dostanie się do najlepszej podstawówki, która jest przepustką do świetnego gimnazjum, które z kolei daje szanse na miejsce w najlepszym liceum. Studia? Jeżeli w Polsce, to dwa kierunki. A najlepiej za granicą. Dziecko żyje pod olbrzymią presją rodziców. Ale rodzice też są pod presją. Innych rodziców, mitu sukcesu. Chcą dobrze, wypruwają sobie żyły. I oczekują efektu.

Jarosław Przybylski: – Dramat Dziecka Zarządzanego polega na tym, że wszystkie zabiegi wokół niego, całe to chuchanie i dmuchanie z jednej strony i śrubowanie wymagań w szkole z drugiej nie przygotowują go do prawdziwego życia. Już na etapie szkoły ma ono problemy z podejmowaniem decyzji, koncentracją, nie mówiąc o radzeniu sobie w relacjach społecznych. Wyniesione w domu na piedestał oczekuje, że wszyscy dokoła będą je wychwalać, że cały świat padnie do jego stóp. A nie pada.

Carl Honoré zauważa, że dzieci wychowane na narzuconej z zewnątrz definicji sukcesu, gdzie nie ma miejsca na porażkę, mają zawężone horyzonty. I zamiast wymyślać nowe strategie, ryzykować, czego wymaga współczesna gospodarka, nie wychylają się, tylko idą drogą wytyczoną przez innych. Studenci zajmują się uatrakcyjnieniem swoich CV, a nie, tak jak ich rodzice i dziadkowie, buntowaniem się, próbą zmiany zastanego porządku. „Nie ma w nich ognia, pasji, iskry bożej, determinacji, żeby podjąć ryzyko lub zakwestionować status quo. Wiele dzieciaków robi wrażenie, jakby czytało z gotowego scenariusza” – pisze.

Justyna Nowakowska: – Znakiem naszych czasów jest dzieciństwo zawłaszczone przez dorosłych, którzy nieustannie pilnują dziecka, wyręczają je i obarczają swoimi oczekiwaniami, przez co pozbawiają je prawa do przeżywania świata po swojemu. Do wolności bycia sobą. Do przygód, tajemnic, błędów, wpadek, chwil samotności, nudy i tej odrobiny dziecięcej anarchii, która buduje własną tożsamość. Od najmłodszych lat wtłaczamy dziecku przeświadczenie, że najbardziej liczy się nie znalezienie własnej drogi, ale ogólnie przyjęty schemat życia, nie nasze indywidualne prawo do szczęścia, ale powszechnie obowiązujący model sukcesu. Efektem tego bywa strasznie smutne dzieciństwo, tylko pozornie pełne wydarzeń, dziania się, konsumpcji, a tak naprawdę nijakie i puste. Pewna dziewczynka powiedziała mi wprost: „Czuję się jak projekt, nad którym moi rodzice pracują całe życie i ciągle nie są z niego zadowoleni. Nawet zwracają się do mnie w trzeciej osobie: dziecko to zrobi, choć siedzimy przy jednym stole”.

Dajmy im święty spokój!

Justyna Nowakowska podkreśla inny paradoks współczesnego wychowania: Dziecko nie ma lekko, bo wypełniamy mu całe dnie, a jednocześnie deklarujemy – w rozmowach i we wszystkich ankietach – że chcemy, żeby było mu łatwiej i lżej niż nam. Uszczęśliwiamy je więc po swojemu, kupując drogie prezenty, posyłając je na przeróżne kursy, nawet jeśli nas na to nie stać („Bo inni mają”). Zdaniem Justyny Nowakowskiej dziecko to dzisiaj wykalkulowana inwestycja obliczona na zyski.

Nie zgadzam się do końca z taką tezą. Owszem, nasze życie stało się dzieciocentryczne, całkowicie podporządkowane naszym pociechom. Sama zawsze tak układałam swoje sprawy, żeby uwzględniać plany synów. Ale nie to jest naszym największym grzechem. Najbardziej mści się co innego – nasza niepewność, niekonsekwencja, to, co Carl Honoré nazywa „plątaniną sprzeczności”. Chcemy, żeby dzieciństwo przygotowywało dziecko do dorosłości, a z drugiej – było wolne od trudów życia. Mówimy naszym dzieciom: „Pora dorosnąć”, a panikujemy, kiedy dorastają. Oczekujemy, że spełnią nasze marzenia, a mimo to jakoś pozostaną sobą. Sterujemy każdym szczegółem ich życia, a potem dziwimy się, że są niesamodzielne. Pompujemy ich ego, a zarazem bezustannie je krytykujemy. Chcemy, żeby były spokojne i radosne, a sami jesteśmy kłębkiem nerwów. I grzech największy – nie doceniamy wpływu swojego zachowania na rozwój dziecka.

Tymczasem, jak wykazała absolwentka psychologii SWPS Hanna Romanowicz, to, co rodzice mówią, a zwłaszcza to, co robią, rzeźbi dzieci na całe życie (w psychologii ten wpływ nazywa się efektem Michała Anioła). Badanie młodej psycholożki pokazało, iż matki najskuteczniej wpływają na syna poprzez pozytywne komunikaty, natomiast ojcowie – poprzez czyny.

– Gdy syn marzy o zostaniu piłkarzem, matka powinna mówić: „Podoba mi się twoja gra, jestem z ciebie dumna”, tłumaczy autorka badania. – Natomiast ojciec powinien grać z nim często w piłkę, nawet jeśli za tym nie przepada. Córki z kolei przybliżają się do wymarzonego ideału, kiedy ojcowie wspierają je w racjonalnym i intuicyjnym myśleniu, a matki pozwalają uwolnić emocje i ekspresję uczuć. Sposób, w jaki rodzice postrzegają dziecko, ma ścisły związek z tym, kim ono w przyszłości będzie.

Bruno Bettelheim, jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku, uważa, że wychowanie to bardziej sztuka niż nauka. Wymaga od rodziców zrozumienia dziecka i wspierania go w rozwoju, ale nie na siłę, nie na swój obraz i podobieństwo. Naszym zadaniem jest pomagać dziecku rozwijać jego naturalne predyspozycje i talenty oraz szukać własnej drogi.

Jean-Jacques Rousseau, francuski filozof, już dwa wieki temu zalecał dorosłym: Uszanujcie dzieciństwo i jego atrybuty: zabawy, przyjemności, dziecięcy instynkt – jako wartość samą w sobie. Dzieci rodzą się spontaniczne i pełne radości, powinny więc uczyć się i żyć własnym rytmem. Dajcie im święty spokój!

Kinga i Paweł na razie nie rozumieją tego apelu. Ale przyłącza się do niego coraz więcej ludzi na całym świecie. Stu brytyjskich intelektualistów podpisało list otwarty wzywający do kampanii na rzecz ratowania dzieciństwa przed toksycznym wpływem współczesnego świata. Amerykańska Akademia Pediatrii ostrzegła przed plagą przeciążenia programów szkolnych i przywiązywania zbytniej wagi do wyników w nauce. Także w krajach azjatyckich słychać apele o mniej klasówek i więcej snu. W Polsce jednym z kryteriów zatwierdzających podręczniki dla najmłodszych jest ich waga. W niektórych szkołach wyposaża się klasy w drugie komplety książek, a wszystko po to, aby dzieci nie dźwigały swoich.

Carl Honoré podkreśla to, co potwierdzają wszyscy psychologowie: Dzieci dobrze się rozwijają, jeśli mają czas i przestrzeń na rozwój. Jeśli czasem trochę się poobijają i ponudzą. Jeśli mogą bezpiecznie eksperymentować, podejmować ryzyko, mylić się, marzyć i bawić według swoich pomysłów. A to z kolei będzie możliwe wtedy, gdy wreszcie przekłujemy ten nadęty rodzicielski balon. Gdy damy dzieciom więcej wolności, luzu i pozwolimy im zająć się sobą. A wtedy może uda się przywrócić radość nie tylko dzieciom, ale i rodzicom.

Korzystałam z książki Carla Honoré „Pod presją”, wyd. Drzewo Babel.