1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Filozofia – do czego przydaje się na co dzień?

Na miano filozofki najbardziej zasługuje Hypatia z Aleksandrii. Wyznawała filozofię Platona, prowadziła szkołę i wykłady. Na zdjęciu: Rachel Weisz jako Hypatia w filmie „Agora”, reż. Alejandro Amenábar (Fot. BEW Photo)
Coraz trudniej nam się porozumieć, bo te same pojęcia wypełniamy różnymi treściami. I zdaniem historyk filozofii prof. Lilianny Kiejzik bez czytania Platona trudno dyskutować o rzeczach uniwersalnych. Do czego jeszcze przydaje się na co dzień znajomość filozofii?

Jak to jest być filozofką?
Szczerze mówiąc, sama bym się tak nie nazwała. Nie stworzyłam żadnego systemu filozoficznego, jak Platon, Arystoteles, Kant, Hegel, Marks czy Sołowjow. Nie mogę więc powiedzieć, jak to jest być wielkim myślicielem. Jestem historykiem filozofii, wykładowcą, pośrednikiem między filozofami a współczesnymi odbiorcami.

Ale przecież ceni pani mądrość.
To prawda, jeśli odwołamy się do etymologii greckiego słowa „filozofia”, czyli umiłowanie mądrości, to tu już wszystko się zgadza, jestem filozofką. Kocham mądrość rozumianą przez starożytnych Greków i Rzymian jako umiejętność podejmowania decyzji, które mają doprowadzić do wymiernych, pozytywnych rezultatów. A także zdolność do praktycznego wykorzystywania naszej wiedzy. Przybliżam więc filozofię nie tylko studentom, ale również lekarzom, gdyż w ich zawodzie te umiejętności są szczególnie ważne.

Dlaczego wybrała pani ten kierunek?
To przypadek. Sama często się nad tym zastanawiam i nie znajduję odpowiedzi. Jest tu jakaś tajemnica. Miałam być lekarzem, ratować ludzi, pomagać. Może to prawo świata każe mi realizować taki właśnie plan losu, bo przecież teraz też pomagam. W końcu filozofia to lekarka duszy.

Myślałam, że to psychologia leczy duszę.
To prawda, ale psychologia od zawsze była częścią filozofii. Wyewoluowała z niej dość późno, bo jako odrębna dyscyplina badająca ludzką psychikę istnieje dopiero od XIX wieku. To nie oznacza, że filozofia utraciła swoją funkcję terapeutyczną. Popularny dziś coaching nie jest niczym innym jak doradztwem filozoficznym. Bez znajomości filozofii nie można być coachem.

To dowód na to, że wbrew pozorom w czasach wielkich korporacji wciąż jest miejsce dla filozofów.
Ależ oczywiście. Dobrze wykształcony filozof jest człowiekiem wszechstronnym, może pracować wszędzie. Przecież cała dyskusja wokół reformy szkolnictwa, która służyła wykształceniu w studentach tzw. kompetencji miękkich, podstaw prawidłowego wnioskowania, empatii, szacunku dla drugiego człowieka, poszanowania zwierząt i ich podmiotowego traktowania, opiera się na filozofii. Aby inżynier czy lekarz był cenionym specjalistą, a nie tylko rzemieślnikiem, powinien czytać, znać filozofię. I nie chodzi mi o to, że musi się orientować we wszystkich nurtach czy trendach, wystarczy, że zacznie od Homera i Hezjoda.

Ale czym właściwie jest filozofia? To osobna nauka czy coś w ogóle od nauki odrębnego?
To trudne pytanie, bo filozofia ewoluowała. Kiedy pojawiła się na przełomie VII i VI w. p.n.e., była całościową wiedzą o rzeczywistości. Dopiero później wszystkie, dosłownie wszystkie nauki wydzieliły się z filozofii. Pierwszą była matematyka, gdzieś około IV w. p.n.e., a jedną z ostatnich – socjologia. Wraz z rozwojem nauk szczegółowych przedmiot filozofii stawał się coraz bardziej abstrakcyjny i jednocześnie się zawężał, a filozofia zaczęła tracić miejsce „królowej nauk”. Inne dziedziny próbowały ją zrzucić z „tronu”. Moim zdaniem nie udało im się to, ponieważ każda korzysta w swych badaniach z metod wypracowanych przez filozofię. A ona sama stała się nauką o najbardziej ogólnych prawach rozwoju rzeczywistości.

Jednak matematyka, fizyka czy chemia dla każdego mają oczywisty wymiar praktyczny. A do czego w życiu codziennym może się przydać filozofia?
Wspomniana przez panią chemia pozwala zamienić jedną rzecz w drugą. Ale żebyśmy mogli to zrobić, najpierw musimy poznać istotę tej rzeczy. A to jest możliwe tylko dzięki filozofii, o czym już w XVII wieku pisał Franciszek Bacon, a potem Kartezjusz. Jej praktyczną stroną jest też etyka, czyli nauka o tym, jak powinniśmy postępować, aby być człowiekiem. Uprawiał ją już Sokrates, a potem kolejni wielcy filozofowie. Ja szczególnie cenię Kanta. Wszyscy znają cytat: „niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”. Żeby jednak w pełni zrozumieć jego znaczenie, trzeba znać „Krytykę praktycznego rozumu” Kanta, która uświadamia, że dzięki moralności nie jesteśmy maleńkim punktem we wszechświecie, czymś nieważnym, że człowiek nigdy nie jest środkiem do jakiegoś celu, tylko celem samym w sobie. Musimy więc postępować tak, jakbyśmy chcieli, aby w stosunku do nas postępowali inni. Często się o tym mówi, ale tylko nieliczni wiedzą, że źródła tych rozważań tkwią w filozofii.

Kolejną sprawą są wartości, o których tak bardzo lubimy rozprawiać. Dyskutujemy o wolności, jej granicach, o dobru, o sprawiedliwości. Co jednak wiemy o ich istocie, naturze? Mało, jeśli nie czytaliśmy Platona. Najczęściej jest tak, że własne − czasem zdroworozsądkowe, czasem prymitywne − wyobrażenie wolności czy sprawiedliwości chcemy ekstrapolować na całe społeczeństwo. A przecież to są tylko − i aż − pojęcia abstrakcyjne. Aby je napełnić wymierną treścią, musimy je rozumieć. A to da nam tylko znajomość filozofii.

Mam wrażenie, że współczesny język deprecjonuje nieco tę naukę. Mówimy ironicznie „nie filozofuj”...
Niestety, też to słyszę. To tylko znaczy, że coraz płycej patrzymy na świat, nie potrafimy go interpretować, ba, nie umiemy go nawet opisywać. Rugowanie filozofii ze studiów, bo można zostać inżynierem, nie mając pojęcia, kim był Arystoteles, Kant czy Sartre, świadczy o tym, że coraz mniej wiemy o podstawach europejskiej cywilizacji. Bo przecież kultura antyczna, filozofia i mitologia grecka to podstawa całej europejskiej cywilizacji, a nie tylko jej duchowej nadbudowy. Chrześcijaństwo, na które tak lubimy się powoływać, także wiele jej zawdzięcza.

Jeśli ekonomista czy lekarz chce być człowiekiem wykształconym, musi mieć pojęcie o świecie antycznym. Uważam, że stopniowe ograniczanie wykształcenia humanistycznego, z którym mamy właśnie do czynienia, doprowadzi w końcu do przekształcenia ludzi w tępe roboty.

Dużo ma pani studentek? Wybitnych studentek?
Nie, niedużo. Miałam studentki, które zdawały egzaminy na piątki, nie były jednak wybitne. Ale to dlatego, że umiejętność swobodnego poruszania się po filozofii zdobywa się później, nie na studiach. Trzeba dużo czytać samemu. Nie tylko traktaty filozoficzne, także korespondencję, pamiętniki, ale i podręczniki.

Filozofia nie cierpi konkurencji, trzeba poświęcić się tylko jej. Wszystko inne pozostawić na uboczu. Nie wystarczy być rzemieślnikiem, trzeba być twórcą. Jedna z moich studentek miała zadatki na twórczynię, ale nie zrobiła doktoratu. Wybrała mężczyznę, którego pokochała, dla filozofii nie starczyło sił. Pracuje w bibliotece, bardzo żałuję jej potencjału.

Może ten przykład wyjaśnia, dlaczego w historii filozofii jest tak niewiele kobiet?
Filozofia od zarania dziejów była domeną mężczyzn. Nie mamy wielkich filozofek, przy czym należy tu postawić akcent na przymiotnik „wielkich”, bo oczywiście były kobiety w przestrzeni filozofii, ale nie odegrały w niej tak istotnej roli jak mężczyźni. I to bez wątpienia ma związek z podziałem ról społecznych. Kobiety po prostu nie mogły się uczyć, funkcjonowały wyłącznie wewnątrz rodziny. Nawet ich pokoje znajdowały się obok pokoi niewolników.

Dopiero w XIX wieku uzyskały dostęp do wiedzy i wtedy zaczęły pojawiać się także w filozofii. Raczej jednak jako towarzyszki mężczyzn filozofów, jak Simone de Beauvoir, związana z Jeanem-Paulem Sartre'em czy Julia Reitlinger, duchowa córka Sergiusza Bułgakowa. Kobiety nie wykładały na uniwersytetach, a więc nie miały dostępu do wydawnictw drukujących prace filozoficzne. Oczywiście wydawały jakieś teksty na swój koszt, ale nie były to traktaty. Pozostawały najczęściej na drugim planie, stały za plecami filozofów-mężczyzn.

Ale skoro nauczycielką Sokratesa była kobieta, a teksty Pitagorasa redagowały jego córki i żona, to być może mężczyźni byli poniekąd ich tubami, bo ze zdaniem kobiet nikt by się nie liczył.
To chyba jednak zbyt śmiała teza. W starożytności, ale i później, wykształcone kobiety zwykle były córkami innych filozofów, uczonych lub pochodziły z rodzin władców. Stanowiły nikły procent społeczności. Co prawda mogły się uczyć już w szkole Pitagorasa − w VI w. p.n.e., czy w Akademii Platona − w V w. p.n.e., ale musiały oddać im całe swoje majątki. Ile kobiet było na to stać? Jednostki, które w dodatku pozostawały intelektualnymi więźniami tych szkół. Wiele czytały, dyskutowały, redagowały traktaty, a może też same je pisały, ale nie uczestniczyły w życiu społecznym. Były izolowane i całkowicie odrealnione. Coś za coś. Nie wychodziły za mąż albo ich mężami byli filozofowie, żyły w takich bańkach intelektualnych.

Oczywiście mogłybyśmy też postawić tezę, że poglądy mężczyzn filozofów pojawiały się pod wpływem kobiet. Zapewne, ale też pojawiały się w rezultacie kontaktów z innymi mężczyznami. Bo nauka nie powstaje w izolacji absolutnej, zawsze są jakieś wpływy czy inspiracje, kontakty, dysputy. Samo czytanie książek jest też kontaktem z myślą innych. Tak naprawdę o wpływie kobiet możemy sądzić na podstawie wypowiedzi, wspomnień samych mężczyzn. Wiemy, że Freud i Jung korzystali z badań Sabiny Spielrein, choć początkowo wcale się do tego nie przyznawali. Dowodem na to jest jednak ich korespondencja. Wiemy, że szkice Sergiusza Bułgakowa o cudzie życia powstały na bazie jego rozmów z Julią Reitlinger, ale on sam to przyznał we wspomnieniach. Wiemy, że Sartre’a jako egzystencjalistę ukształtowała Simone de Beauvoir, że to ona redagowała wszystkie jego teksty, podsuwała pomysły, ale o tym opowiadali ich współpracownicy i przyjaciele. Takich przykładów jest sporo.

Twierdzi pani, że nie było wielkich filozofek, ale przecież Safonę czy właśnie Simone de Beauvoir znają chyba wszyscy.
Nie, Safona była poetką, pisała o miłości, prowadziła szkołę dla dziewcząt, nie napisała żadnego traktatu filozoficznego. Simone de Beauvoir − genialnie, to prawda − wykorzystała triadę ontologiczną Sartre’a dla opisu i charakterystyki kobiety jako Innego, ale to nie ona wymyśliła tę koncepcję. Simone była więc raczej filozoficzną pisarką.

Być może na miano filozofki najbardziej zasługuje Hypatia żyjąca w Aleksandrii w IV wieku. Wyznawała filozofię Platona, była osobą nietuzinkową, prowadziła szkołę i wykłady dla arystokracji, doradzała jej, cieszyła się powszechnym szacunkiem. Ale też nie stworzyła żadnego systemu. Hypatia była światłą uczoną, ale bardziej jednak nauczycielką, komentatorką, wykładowczynią niż twórczynią. Zresztą z powodu swej ogromnej wiedzy stała się niebezpieczna dla biskupa Aleksandrii, chrześcijanina zwalczającego pogaństwo, i najprawdopodobniej na jego polecenie została ukamienowana. Nikt z jej możnych przyjaciół mężczyzn jej nie pomógł. Niektórzy z badaczy twierdzą, że była symbolem starego, greckiego, racjonalnego, pięknego świata, który został zwyciężony przez świat ciemny, fanatyczny, średniowieczny, który nienawidził kobiet, oskarżał je o czary i wszelkie zło.

To brzmi niepokojąco współcześnie.
Bo mizoginia, ta dziwna męska choroba, nie odpuściła do dziś. Dlatego w czasach nowożytnych kobietom filozofkom wcale nie było łatwiej. Pierwszą w Europie, której udało się uzyskać stopień doktora filozofii – w XVII wieku – była Elena Lukrecja Cornaro Piscopia.

Kolejna kobieta jej sukces powtórzyła dopiero dwa wieki później! Dziś mało kto ją zna, a szkoda, bo była to Polka − Stefania Wolicka. Studiowała w Szwajcarii, jednym z pierwszych krajów, który otworzył podwoje uniwersytetów dla kobiet. Właśnie wróciłam z Zurychu, gdzie w archiwum kantonalnym znalazłam napisane przez Stefanię curriculum vitae. Uwieczniłam je na zdjęciach i teraz staram się odczytać tekst. To trudne, bo jest w języku niemieckim, a w dodatku napisany ręcznie na półprzezroczystej bibule, która przebija, przez co wyrazy po obu stronach kartki nakładają się na siebie. Wspaniałe są takie odkrycia!

Opowiedziała pani historie tylu niezwykłych kobiet, czy którąś z nich uznałaby pani za swoją filozoficzną mentorkę?
Raczej nie. Moim ulubionym filozofem zdecydowanie jest Kant.

W obecnych czasach kobiety mogą dowolnie się realizować i zajmować każde stanowisko. A mimo to wciąż nie mamy wybitnych filozofek. Dlaczego tak jest?
Ależ mamy, także w Polsce, tylko rzadko wychodzą one poza mury uniwersytetów. Nie wymieniam nazwisk, bo gdybym którąś pominęła, to mogłoby być jej przykro. Filozofki nie komentują wydarzeń, nie są zapraszane do programów telewizyjnych, dlatego mało osób je zna.

Nie piszą bajek czy kryminałów, ale rozprawy dla innych uczonych. To nie jest łatwa literatura, w dodatku z reguły wydawana w niewielkich nakładach i trudno dostępna. A poza tym, jeśli filozofia jest wykreślana z programów zajęć innych kierunków w szkołach wyższych, to jak można zainteresować nią młodych ludzi? Może tylko popularyzując tematykę filozoficzną, co staram się czynić, ale to często prowadzi do wielu uproszczeń i nie wiadomo, czy da pozytywny rezultat. Nie zrażam się jednak. Kto wie…

Lilianna Kiejzik, profesor filozofii, tłumaczka, wykładowczyni na Uniwersytecie Zielonogórskim. Naukowo zajmuje się m.in. religijną filozofią rosyjską oraz problematyką kwestii kobiecej w filozofii.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze